Kobieta niebita psuje się od środka

Jak mawiał kiedyś mój bliski krewny, w żartach rzecz jasna, bo nie jest z tych, który by swą żonę uderzył. Takie żartobliwe zdanko, a przecież do niedawna wcale nie było w nim nic zabawnego. Nie tak dawno jeszcze kobieta mieszkająca pod jednym dachem z mężczyzną, który zarabiał na utrzymanie jej i dzieci, a po pracy jeszcze popijał z kumplami w karczmie, musiała być gotowa na to, że kiedy ten wróci z roboty, to będzie lał równo nie patrząc na wiek i płeć. Kobieta ta, wierna żona, nie mogła o mężu złego słowa powiedzieć, bo mogła za to oberwać jeszcze mocniej. Zresztą – komu miała mówić? Nie było psychologów, grup wsparcia, a wszystkie koleżanki obrywały od swoich ślubnych tak samo, tak samo ich zachwalając. I tak to się losy kobiety plotły – spod pasa ojca pod pas męża – wszak winna była posłuszeństwo.

O nie, bynajmniej nie tęskni mi się do tych „barbarzyńskich” czasów – jestem gorącym zwolennikiem równości płciowej jeśli chodzi o godność. Moje małżeństwo buduję na miłości, a nie na przemocy. Wspominam tylko to, co możemy dobrze znać z literatury, ponieważ właśnie dziś uważa się to za coś nienormalnego. Jeśli mężczyzna uderzy kobietę – to jest przemoc w rodzinie. Ona albo jest zahukana i nikomu nic nie powie, usprawiedliwiając męża, albo pójdzie na policję, albo zgłosi się do psychologa, poradni rodzinnej, albo zadzwoni na telefon zaufania. Wszystko dlatego, że dziś właśnie zachowanie męża polegające na biciu żony uważane jest za coś złego, moralnie niedopuszczalnego. Ja oczywiście zgadzam się z tym podejściem! Ruszyłem ten temat z zupełnie innego powodu…

Nie tak dawno moja żona napisała notkę w odpowiedzi na pewien wpis blogowy z Frondy. Autor wpisu, krótko mówiąc, argumentuje za karami cielesnymi w stosunku do dzieci. Opowiada się przeciwko bezstresowemu wychowaniu, które – jego zdaniem – jest synonimem braku bicia. Podając przykład Super Niani stara się ukazać, że zwolennicy bezstresowego wychowania stracili grunt pod nogami i muszą iść na ustępstwa, a więc wciąż nie biją, za to straszą, szantażują, terroryzują. A ja, podobnie jak moja żona, muszę krzyknąć głośne, kategoryczne „nie!”

Po pierwsze Super Niania (której wielkim fanem osobiście jestem – choć jej prywatnego życia nie popieram) nie jest, o ile mi wiadomo, zwolenniczką bezstresowego wychowania. Bezstresowe wychowanie – dokładnie jak autor frondowego wpisu zauważył – opiera się na poglądach J.J.Rousseau, że ludzie są z natury dobrzy i trzeba pozwolić im się rozwijać swobodnie. Takie podejście prowadzi rzecz jasna do braku zasad, reguł postępowania, do ogólnego rozpasania – to już zostało udowodnione. Dziecko nie jest bowiem z natury dobre – wg. nauki chrześcijańskiej ma naturę skażoną grzechem – i nie jest w stanie samo się wychować. I dlatego też Dorota Zawadzka (Super Niania) jest i zawsze była absolutną przeciwniczką bezstresowego wychowania. Sama uczy o zasadach postępowania, o regulaminach, zakazach i nakazach, stanowczości i autorytecie rodziców. Uczy, moim zdaniem, bardzo mądrze – jednocześnie ucząc o wyciąganiu konsekwencji. Nazywa te konsekwencje tak jak się zwykło nazywać: a więc nagrody i kary. Ale zawsze używa kar adekwatnych do sytuacji. Dziecko przed popełnieniem błędu jest ostrzegane (a nie, jak twierdzi pan Autor, szantażowane), że jeśli go popełni, poniesie jego konsekwencje. Tak też jest przecież w świecie dorosłych: szef informuje pracownika, że jeśli jeszcze raz ukradnie coś z pracy, zostanie wywalony dyscyplinarnie. Nazwalibyście to szantażem? Sądzę, że szef, który po ukradnięciu czegoś przez pracownika daje mu ostrzeżenie, jest raczej zbyt pobłażliwy. Ostrzegania dziecka nie nazwałbym pobłażliwością – ale również nie szantażem.

Pani Zawadzka uczy też, że można użyć siły. Na przykład dla przytrzymania dziecka w ataku histerii. Nie po to jednak, by zrobić mu krzywdę – ale po to, by samo jej sobie nie zrobiło. Uczy też, by nie bić. Bicie nazywa aktem bezsilności. Rodzic, który nie może się opanować, podnosi rękę na istotę słabszą od siebie, wyładowując swój gniew. Dziecko jest istotą słabszą! Klaps (moim zdaniem niekoniecznie natychmiast karalny – ale można dać ostrzeżenie) jest dowodem słabości rodzica, który nie potrafi poradzić sobie ze swoimi uczuciami inaczej, niż przez wyładowanie złości na kimś słabszym (choć może rzeczywiście niegrzecznym lub złośliwym). Argumentem nie jest to, że dziecko uderzone szybciej się nauczy. Wierzę, że istnieje mnóstwo sposobów na nauczenie dziecka lepiej (nie w każdym wieku jest to tłumaczenie, ale sądzę, że prawidłowo stosowany „karny jeżyk” odniesie sukces).

Znam kilka koronnych argumentów zwolenników bicia. Jednym z nich jest to, że „moi rodzice mnie bili i jakoś mi się nic nie stało” lub nawet „i wyszło mi to na dobre”. Przytaczam TU felieton jednego księdza z (o dziwo!) katolickiego pisma „Idziemy”, w którym argumentuje, że jakoś nikt się nie skarży, iż był w dzieciństwie za mało bity – za to zdarza się, że skarżą się na słaby kontakt, brak rozmowy z rodzicami itp. Ja sam zaś mogę powiedzieć o sobie – zdarzało mi się dostać. Nie wspominam tego ani odrobinę dobrze. I tego samego nie zafunduję również swoim dzieciom.

Inny ważny argument wykorzystał mój znajomy w swojej notce dotyczącej innego tematu: „Jak można popierać aborcję, a z drugiej strony walczyć o to, żeby dziecku już narodzonemu nie można było dać nawet klapsa – wychowanie bezstresowe, prawa człowieka…” Rzeczywiście – często widzimy ludzi, którzy bronią dzieci przed biciem, a jednocześnie są za aborcją. We Frondzie (w wersji papierowej) wykorzystano w związku z tym ciekawie cykl reklam „kocham…” („Kocham, nie biję”, „Kocham, reaguję” etc.) umieszczając na zdjęciu kobietę w ciąży i napis „Kocham, nie zabiję”. Ale czy zdajemy sobie sprawę, że ci drudzy mają ten sam argument, tylko odwrotnie? „Dla tego Kościoła ważne jest tylko żeby to dziecko się urodziło. Potem niech się z nim dzieje co chce, niech tatuśkowie alkoholicy się nad nim znęcają fizycznie”. Bunt? Ale przecież mają rację! Opowiadając się za biciem dzieci – opowiadamy się za takim obrazem Kościoła! Za obrazem Kościoła walczącego o życie nienarodzonych – ale narodzonych już wcale niekoniecznie.

Bicie dzieci to znęcanie się nad młodszymi i słabszymi od siebie. Tak samo niedopuszczalne, jak zabijanie nienarodzonych. A od przyzwolenia na klapsa do prywatnych egzekucji („zostałeś osądzony i dostaniesz 10 pasów, klęknij przy łóżku”), a od egzekucji do regularnej przemocy domowej już naprawdę niedaleko.

Dziecko niebite psuje się od środka? Oby się Tobie kiedyś od kogoś nie dostało…

Categories: Duchowość i moralność | Tags: , , , , | 4 komentarzy

Zobacz wpisy

4 thoughts on “Kobieta niebita psuje się od środka

  1. Kluczem tu jest konsekwencja i jasność norm: jak dziecko wie, jakie są zasady, to nawet jak je złamie i zostanie ukarane, to nie odczuwa tego jako krzywdy. Chyba, że kara jest nieadekwatna do winy.

    No i czasem dzieci prowokują, bo szukają w ten sposób granic. I szczególnie jeśli chodzi o rozhisteryzowanego kilkulatka użycie siły może być jedynym skutecznym sposobem. Nie od razu katowanie, ale przysłowiowy klaps… Dzieci są mądre, szybko się uczą i rewelacyjnie wyczuwaja emocje. Małe manipulatorki koffane :)

  2. Są różne teorie i różne praktyki. Nie zamierzam wsadzać nikogo do więzienia za danie klapsa kilkulatkowi, ale sam nie zamierzam też tego robić. Jak wyjdzie w praktyce? Mam nadzieję, że będę konsekwentny :).

    Słyszałem, że jeśli chodzi o rozhisteryzowanego kilkulatka, wystarczy spoookój i konsekwentne odnoszenie do kąta. Tylko to pewnie wymaga większego poświęcenia, niż krótkotrwały klaps.

    Wychodzę z założenia, że ludzi się nie bije. A dzieci to też ludzie.

    Pozdrawiam i dziękuję :).

  3. Jak ma atak histerii, to odsyłanie do kąta niewiele da. Wiem to z praktyki, nie ze słyszenia :) Najlepiej wtedy rzeczywiście przytrzymać.

  4. Przytrzymywanie – owszem. Nawet siłą. Ale nie klaps. Sam jestem histerykiem i wiem, że jako dziecku bardzo brakowało mi tego „przytrzymywania”. Dziś przynajmniej przytrzymuje mnie żona :P. Dużo łatwiej dochodzę do siebie, jeśli ktoś mnie przytula, a nie dokłada, krzycząc na przykład.

    Zresztą przytrzymywanie uznaję jako sposób zapobiegania zrobienia sobie przez dziecko krzywdy. Klapsy czy krzyki – już nie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s