Monthly Archives: Luty 2010

Jedno, dwa ustępstwa wobec zła

Daleki-bliski znajomy był wiernym, praktykującym katolikiem. Wszystkie stopnie oazy, podpisanie krucjaty, wielka waga przywiązywana do wiary, do zasad katolickich. Niestety, miał ze sobą problemy na kilku płaszczyznach. Ale nie przesadzajmy, wszyscy mają problemy. Nie zawsze jesteśmy w stanie sobie poradzić tak ot z grzesznymi przyzwyczajeniami. Tak czy inaczej te właśnie problemy doprowadziły znajomego, moderatora oazowego i głęboko uduchowionego człowieka, przed ołtarz. To znaczy najpierw doprowadziły do zapłodnienia, a w jego wyniku doprowadziły przed ołtarz.

Problemy znajomego były powszechnie znane i z nim dyskutowane. Jednak znajomy nie pozwalał sobie słowa powiedzieć, wszak ilekroć upadał, tylekroć powstawał i to mu się chwali. Mówiliśmy, błagaliśmy, trzymaj rączki przy sobie, ale znajomy swoje dobrze wiedział, no i odczepcie się od moich rączek. To się dorobił. Oczywiście podjął wielką odpowiedzialność, zdecydował poświęcić swe życie sprawie ojcostwa i mężostwa, wszak tak właśnie robi wierzący w Boga, zaangażowany katolik (nie dość wspomnieć, że jeszcze chwilę wcześniej zdawał się potępiać moją decyzję o ślubie po tak krótkim okresie znajomości; ale przecież dziecko w drodze usprawiedliwia wszystko). No i poświęcił, ślub wziął, wesele alkoholowe zrobił, bo nie potrafił niestety wykazać wyższości swej krucjaty nad polską „musi być” tradycją. Dziecko się urodziło, kontakt się osłabił, wieści z tamtej strony przestały zbyt często przychodzić. Oczywiście nadal wiedzieliśmy, że państwo młodzi mają bardzo poważne podejście do wiary i do nauczania Kościoła i że Bóg jest najważniejszy.

Tym większym szokiem było dla nas to, że owi państwo, po urodzeniu maleństwa, zdecydowali się na korzystanie z antykoncepcji mechanicznej. Źródło niezwykle wiarygodne – pewna sieciowa notatka samej panny młodej. Jak ujęła to w owej notatce: od urodzenia korzystają z gumek połączonych z NPR i póki co przynosi rezultaty pozytywne. Dodam, dla ścisłości, że jeszcze parę lat temu znajomy był absolutnie przekonany, że żadnej antykoncepcji, choćby się skichał…

Prawdopodobnie państwo nadal mają się za katolickich wiernych, nadal chodzą do kościoła i przyjmują Pana Jezusa, choć do niedawna wiedzieli, że tym samym dopuszczaliby się świętokradztwa. Tego wszystkiego jednak nie jestem pewien. Tak jak tego, że prędzej czy później w ich związku pojawi się ktoś trzeci. Ale przypuszczam…

I jak tu wychować potomstwo po katolicku…?

Inna znajoma skończyła teologię i stanowiła dla mnie autorytet niepodważalny. Silnie argumentowała przeciwko mieszkaniu ze sobą przed ślubem. Aż do momentu, gdy postanowiła zamieszkać z żonatym mężczyzną (który stara się o stwierdzenie nieważności małżeństwa). Już dziś są zaręczeni, a co tam się dzieje, tego nie wiem…

Czy ktokolwiek z nas może powiedzieć, że z nim nie jest podobnie? Że i on nigdy, dla „większego dobra” nie odstawia Boga na bok, by dać sobie pozwolenie na łatwiejsze życie? Sądzę, że każdy coś takiego kiedyś przeżył. I ja pamiętam, jak w sobotę szedłem na imprezę podrywać dziewczyny, a w niedzielę do kościoła, do Komunii, ale niekoniecznie do spowiedzi. Skończyło się na zaproszeniu pewnej dziewczyny na randkę, pierwszą dodajmy, na której doszło do namiętnego pocałunku. Do niczego więcej – dzięki Bogu. Dopadły mnie wówczas wyrzuty sumienia i wreszcie poszedłem do konfesjonału. Tej dziewczyny nigdy więcej nie spotkałem. Za to kilka dni później po raz pierwszy umówiłem się z Inką, w której widać było działanie Boga. Razem tego Boga odnaleźliśmy, a nieco ponad rok później byliśmy już małżeństwem.

Bo naprawdę nie chodzi o to, żeby się nie potykać. Żeby nigdy nie błądzić, nie gubić drogi. Chodzi o to, żeby nie słuchać świata, tylko sumienia. Więcej jeszcze – jeśli sumienie podpowiada nam inną drogę, niż nauka Boża, to chodzi o to, żeby dostosowywać swoje życie do Bożej nauki. „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe” (Rz 12, 2). My, ludzie mądrzy, inteligentni, wolni, mamy za zadanie przemieniać swój umysł, swoje sumienie tak, by były zgodne z Bożym objawieniem. A nie udawać wspaniałego, najmądrzejszego na świecie katolika, który używa prezerwatyw i leków homeopatycznych, śmiejąc się publicznie, że w tym podobno siedzi szatan, więc zostanie się ekskomunikowanym.

I mogę zabrzmieć butnie i wyniośle, ale powiem: mnie się udało. Raz, może drugi i trzeci. Ale pokonałem swoje głupie myślenie i włączyłem się w ścieżkę Bożego objawienia. Nie udaję dobrego katolika. Wiem, że do perfekcji mi jeszcze daleko, ale obelgi skierowane w stronę mnie i mojej żony, takie jak „święta rodzina” czy „nadludzie” traktuję jak komplement. Bo właśnie Bóg powiedział mi: to jest dobre, ale to złe. A ja powiedziałem: dobrze, Panie Boże. I nie wiem, czy będę zawsze wybierał dobrą drogę. Czy nigdy nie zagłębię się w grzech tak bardzo, że zacznę go odczytywać jako dobro, a Kościół jako zacofany. Ale dziś jestem spokojny. Poznaję wolę Bożą co do mnie i staram się żyć zgodnie z nią. A naukę Kościoła staram się zrozumieć, zamiast odrzucać jako przestarzałą. Czy może raczej jako niewygodną…?

Ustąpmy raz, dajmy się złamać drugi, a potem pójdzie już całą lawiną. Nie zatrzymamy jej. Nadal będziemy mieli się za sprawiedliwych, udając że wszystko jest w porządku. Przyjmując Jezusa Chrystusa w Eucharystii, jak gdyby nigdy nic. Albo rezygnując z tego, dla jakiegoś wyższego dobra. Czyli dla własnego niepohamowanego egoizmu…

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Własność

Od ważnej dla nas obojga osoby, w czasie dość poważnej kłótni, usłyszałem słowa: „Traktujesz Inkę jak swoją własność!” Mimo wielu szokujących słów, które usłyszałem, na te akurat zareagowałem spokojnie: „No tak. Przecież jest moją żoną”.

Taka odpowiedź z mojej strony wymaga wyjaśnienia, wiele osób może się bowiem oburzyć, bo każdy człowiek jest autonomiczny, nikt nie należy do nikogo. W sensie ścisłym owszem – niewolnictwo się skończyło (przynajmniej w większości państw świata), a więc nikt nie jest niczyim właścicielem. Ale kwestię małżeństwa należy raczej rozpatrywać pod kątem węzła sakramentalnego. Przypomnijmy sobie słowa przysięgi małżeńskiej: „Ja biorę sobie ciebie za męża/żonę”, a potem jest „i ślubuję ci”. Biorę sobie ciebie – a to znaczy, że jesteś moja. Bo ty oddajesz mi się dobrowolnie, ja dobrowolnie oddaję się tobie, ty bierzesz sobie mnie, a ja biorę ciebie. Od tej pory ty jesteś moja, a ja twój, dopóki śmierć nas nie rozłączy. I dlatego z całą pewnością mogę powiedzieć, że owszem, Inka jest moją własnością. Tak jak ja jestem jej własnością. I do nikogo, oprócz Boga, nie należę bardziej niż do niej. Nie ma do mnie większych praw ani moja rodzona matka, ani ojciec, ani przyjaciele/przyjaciółki, ani nawet (to również jest bardzo ważne) moje własne dzieci. I choć o dzieciach możemy na początku powiedzieć, że są naszą własnością tak, jak my jesteśmy ich własnością, bo jako dzieci nie należą bardziej ani do babci, ani do dziadka, ani do państwa, ani do szkoły, to jednak są one poniekąd naszą własnością tylko do momentu względnego usamodzielnienia się. A już z pewnością do momentu spotkania własnej żony, własnego męża i wzięcia jej/go sobie. Mąż czy żona pozostają zaś nasi aż do śmierci.

Tylko taka własność (zarówno w stosunku do współmałżonka, jak i do dzieci) nie ma nic wspólnego z niewolą. Wręcz przeciwnie. „Biorę sobie ciebie” nie znaczy „Stajesz się moim niewolnikiem”, lecz odwrotnie: „Biorę za ciebie całkowitą odpowiedzialność”. To znaczy, że będę się tobą opiekował, dostarczał ci radości, pocieszał w smutku, starzał się z tobą. Ale również, że będę ci wierny, że nie będę cię zdradzał, że nie będę działał przeciwko tobie. To samo dotyczy dzieci: są moje, a więc mam obowiązek dbać o nie, kupować im ubrania, dawać jedzenie, wykształcenie. Ale przede wszystkim: swój czas i miłość. Mam obowiązek być z nimi, ochraniać je i dbać o ich wychowanie.

Osoba, o której wspomniałem na początku, doszła do podobnego wniosku ponieważ zauważyła, że ja i moja żona zgadzamy się we wszystkim (tj. mamy wspólne zdanie gdy z kimś rozmawiamy), bronimy się nawzajem. To miałoby być dowodem na moje umiejętności manipulatorskie (kiedyś Inka miała własne zdanie, a teraz ma moje). Stąd stwierdzenie, że traktuję ją jak swoją własność. Ciekawe, że niektórym takie wnioski przychodzą do głowy. Kiedy ja widzę małżeństwo zgodne, choć dyskutujące, ale stojące za sobą murem, podziwiam je, bo widzę, że połączyła ich prawdziwa miłość. Ja zgadzam się z Inką w większości kwestii, bo właśnie pod tym kątem zdecydowaliśmy się ze sobą być. Katolik i katoliczka. Owszem – każde z nas miało jakieś tam błędy w myśleniu i przez czas bycia ze sobą nawzajem pomogliśmy sobie te błędy skorygować. Dzięki temu mamy choćby wspólny front co do naszej religii czy co do wychowania dzieci i wspólnie stoimy przeciw osobom, które chcą nam ten front zburzyć. Prawdopodobnie dlatego czasem się nam zarzuca ubezwłasnowolnienie. Bo nie jest się w stanie pokonać nas obojga.

Nie, nie jesteśmy ubezwłasnowolnieni. Jesteśmy małżeństwem, jednością. Jesteśmy swoją wzajemną, absolutną własnością. Nie mamy nikogo nad sobą nawzajem, poza Bogiem Jedynym. I to jest prawidłowe rozumienie sakramentu małżeństwa.

„Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem.” (Rdz 2, 24)

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze