Jedno, dwa ustępstwa wobec zła

Daleki-bliski znajomy był wiernym, praktykującym katolikiem. Wszystkie stopnie oazy, podpisanie krucjaty, wielka waga przywiązywana do wiary, do zasad katolickich. Niestety, miał ze sobą problemy na kilku płaszczyznach. Ale nie przesadzajmy, wszyscy mają problemy. Nie zawsze jesteśmy w stanie sobie poradzić tak ot z grzesznymi przyzwyczajeniami. Tak czy inaczej te właśnie problemy doprowadziły znajomego, moderatora oazowego i głęboko uduchowionego człowieka, przed ołtarz. To znaczy najpierw doprowadziły do zapłodnienia, a w jego wyniku doprowadziły przed ołtarz.

Problemy znajomego były powszechnie znane i z nim dyskutowane. Jednak znajomy nie pozwalał sobie słowa powiedzieć, wszak ilekroć upadał, tylekroć powstawał i to mu się chwali. Mówiliśmy, błagaliśmy, trzymaj rączki przy sobie, ale znajomy swoje dobrze wiedział, no i odczepcie się od moich rączek. To się dorobił. Oczywiście podjął wielką odpowiedzialność, zdecydował poświęcić swe życie sprawie ojcostwa i mężostwa, wszak tak właśnie robi wierzący w Boga, zaangażowany katolik (nie dość wspomnieć, że jeszcze chwilę wcześniej zdawał się potępiać moją decyzję o ślubie po tak krótkim okresie znajomości; ale przecież dziecko w drodze usprawiedliwia wszystko). No i poświęcił, ślub wziął, wesele alkoholowe zrobił, bo nie potrafił niestety wykazać wyższości swej krucjaty nad polską „musi być” tradycją. Dziecko się urodziło, kontakt się osłabił, wieści z tamtej strony przestały zbyt często przychodzić. Oczywiście nadal wiedzieliśmy, że państwo młodzi mają bardzo poważne podejście do wiary i do nauczania Kościoła i że Bóg jest najważniejszy.

Tym większym szokiem było dla nas to, że owi państwo, po urodzeniu maleństwa, zdecydowali się na korzystanie z antykoncepcji mechanicznej. Źródło niezwykle wiarygodne – pewna sieciowa notatka samej panny młodej. Jak ujęła to w owej notatce: od urodzenia korzystają z gumek połączonych z NPR i póki co przynosi rezultaty pozytywne. Dodam, dla ścisłości, że jeszcze parę lat temu znajomy był absolutnie przekonany, że żadnej antykoncepcji, choćby się skichał…

Prawdopodobnie państwo nadal mają się za katolickich wiernych, nadal chodzą do kościoła i przyjmują Pana Jezusa, choć do niedawna wiedzieli, że tym samym dopuszczaliby się świętokradztwa. Tego wszystkiego jednak nie jestem pewien. Tak jak tego, że prędzej czy później w ich związku pojawi się ktoś trzeci. Ale przypuszczam…

I jak tu wychować potomstwo po katolicku…?

Inna znajoma skończyła teologię i stanowiła dla mnie autorytet niepodważalny. Silnie argumentowała przeciwko mieszkaniu ze sobą przed ślubem. Aż do momentu, gdy postanowiła zamieszkać z żonatym mężczyzną (który stara się o stwierdzenie nieważności małżeństwa). Już dziś są zaręczeni, a co tam się dzieje, tego nie wiem…

Czy ktokolwiek z nas może powiedzieć, że z nim nie jest podobnie? Że i on nigdy, dla „większego dobra” nie odstawia Boga na bok, by dać sobie pozwolenie na łatwiejsze życie? Sądzę, że każdy coś takiego kiedyś przeżył. I ja pamiętam, jak w sobotę szedłem na imprezę podrywać dziewczyny, a w niedzielę do kościoła, do Komunii, ale niekoniecznie do spowiedzi. Skończyło się na zaproszeniu pewnej dziewczyny na randkę, pierwszą dodajmy, na której doszło do namiętnego pocałunku. Do niczego więcej – dzięki Bogu. Dopadły mnie wówczas wyrzuty sumienia i wreszcie poszedłem do konfesjonału. Tej dziewczyny nigdy więcej nie spotkałem. Za to kilka dni później po raz pierwszy umówiłem się z Inką, w której widać było działanie Boga. Razem tego Boga odnaleźliśmy, a nieco ponad rok później byliśmy już małżeństwem.

Bo naprawdę nie chodzi o to, żeby się nie potykać. Żeby nigdy nie błądzić, nie gubić drogi. Chodzi o to, żeby nie słuchać świata, tylko sumienia. Więcej jeszcze – jeśli sumienie podpowiada nam inną drogę, niż nauka Boża, to chodzi o to, żeby dostosowywać swoje życie do Bożej nauki. „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe” (Rz 12, 2). My, ludzie mądrzy, inteligentni, wolni, mamy za zadanie przemieniać swój umysł, swoje sumienie tak, by były zgodne z Bożym objawieniem. A nie udawać wspaniałego, najmądrzejszego na świecie katolika, który używa prezerwatyw i leków homeopatycznych, śmiejąc się publicznie, że w tym podobno siedzi szatan, więc zostanie się ekskomunikowanym.

I mogę zabrzmieć butnie i wyniośle, ale powiem: mnie się udało. Raz, może drugi i trzeci. Ale pokonałem swoje głupie myślenie i włączyłem się w ścieżkę Bożego objawienia. Nie udaję dobrego katolika. Wiem, że do perfekcji mi jeszcze daleko, ale obelgi skierowane w stronę mnie i mojej żony, takie jak „święta rodzina” czy „nadludzie” traktuję jak komplement. Bo właśnie Bóg powiedział mi: to jest dobre, ale to złe. A ja powiedziałem: dobrze, Panie Boże. I nie wiem, czy będę zawsze wybierał dobrą drogę. Czy nigdy nie zagłębię się w grzech tak bardzo, że zacznę go odczytywać jako dobro, a Kościół jako zacofany. Ale dziś jestem spokojny. Poznaję wolę Bożą co do mnie i staram się żyć zgodnie z nią. A naukę Kościoła staram się zrozumieć, zamiast odrzucać jako przestarzałą. Czy może raczej jako niewygodną…?

Ustąpmy raz, dajmy się złamać drugi, a potem pójdzie już całą lawiną. Nie zatrzymamy jej. Nadal będziemy mieli się za sprawiedliwych, udając że wszystko jest w porządku. Przyjmując Jezusa Chrystusa w Eucharystii, jak gdyby nigdy nic. Albo rezygnując z tego, dla jakiegoś wyższego dobra. Czyli dla własnego niepohamowanego egoizmu…

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 komentarzy

Zobacz wpisy

7 thoughts on “Jedno, dwa ustępstwa wobec zła

  1. Nie ma ludzi niezłomnych – są tylko nieudolnie łamani.
    I dlatego nigdy nie zarzekam się że ja ‚nigdy, nigdzie, za nic w świecie” – Zły dobrze wie, w jakich punktach najłatwiej mnie złamać.
    Na przykład w pysze – czyli właśnie takim zarzekaniu się :)

  2. „Nigdy nie zarzekam się…” – czy to już pycha? :) Oczywiście, że nie ma niezłomnych. Nie o to chodzi, żeby nigdy nie dać się złamać. Chodzi o to, żeby zdawać sobie sprawę z miejsca, w którym się łamiemy, a potem składać się do kupy.

    A nie udawać, że nikt nas nie złamał, tylko Kościół taki głupi…

  3. stwierdzanie faktu to jeszcze nie pycha :P
    a czy to nie w tę niedzielę było o tym, by stojący uważał coby nie upaść? ;)

  4. b-m

    Tak niedawno była ewangelia o faryzeuszu i celniku. przeczytaj ją sobie jeszcze raz – może do Ciebie osobiście przez tą ewangelie Pan cos mówi?

  5. wera

    Zdaje się, że mam takie same odczucia jak B-m.
    A ponadto, czy to pięknie obrabiać komuś tyłek (i to dosłownie!) w Internecie?
    Czy to się przysłuży tej parze, o której pisze się tu tak, jakby się jej patykiem nawet nie chciało dotknąć?
    Nie wątpię, że Autor tego blogu ma wiele wartościowego do odsłonięcia, ku zbudowaniu innych, ale wierzę, że można inaczej.
    Pozdrawiam
    wera

  6. Właśnie o tym pisałem, kiedy nadmieniałem o świętej rodzinie i nadludziach :). Swoją drogą, czy to nie ciekawe – można pisać o faktach, grzechach, kwiatuszkach i morelkach, ale jak napiszesz „Alicja Tysiąc”, to musisz płacić grube pieniądze.

    Kradzież jest grzechem. Jak ktoś ukradł, a nikt o tym nie wie – nie warto raczej o tym mówić. Jak ktoś ukradł i jest z tego dumny, obnosi się z tym, a w niedzielę idzie do Komunii, to nie sądzę, by istniała przyczyna, dla której należałoby mówić wszystkim, że dobrze robi.

    Oczywiście, są różne sposoby. Ale jeśli na „to małżeństwo” (wymienione anonimowo na anonimowym blogu) nie działa żadne „po dobroci”, ani „na siłę”, to może warto posłużyć się przykładem, żeby chociaż przestrzec innych?

    I może rzeczywiście przypominam przypowieściowego faryzeusza. Ale przypomnijmy, że celnik w tej przypowieści się korzył. A nie wystawał na rogu ulicy i krzyczał, że jest złodziejem.

    Pozdrawiam.

  7. mateusz

    Boże jak Ci dziękuję, że już nie jestem Katolikiem, też miałem takie jazdy jaki Ty. Też mnie przerażało że poznawałem dobrze ludzi, szanowałem ich, wiedziałem że są po prostu dobrzy a tu nagle bach, ten nie wierzy w Boga, nie chodzi do kościoła a tamta uważa że jak ma 2 lata chłopaka i planują ślub to seks nie jest zbrodnią przeciw ludzkości, tamten jeszcze coś innego… Odpowiedzią na coś takiego było zradykalizowanie się w poglądach i jeszcze więcej wątpliwości odnośnie wiary. Cóż, dzisiaj już wiem, że bycie dobrym człowiekiem nie polega na wypełenianiu jakiś neojudaistycznych sakralnych praw a wyznacznikiem prawdziwości i uczciwości np. w małżeństwie nie jest używanie lub nie używanie kawałka lateksu. Dzisiaj dla mnie to takie samo zagadkowe dziwactwo jak unikanie jedzenia zwierząt niekopytnych wieprzowiny etc żeby otrzymać jakieś fructa w zaświatach od niewidzialnego przyjaciela. Wypisywanie na blogu o prywatnych sprawach bliźnich którzy jeszcze być może mogą być zidentyfikowani z imienia i nazwiska to zwykła obrzydliwość, moralizatorskie komentowanie tego co tam sobie na co nakładają w sypialni żenujące… moralna waga stosowania takich czy innych gumowych wyrobów jest znikoma a pisanie o tym, niczym nie różni się od gęgania na ławce pod blokiem że Maciejowa miała za duży dekolt na niedzielnym spacerze a Kowalski wypił o dwa kieliszki za dużo na weselu Zdziśka a przecież miesiąc temu obiecał że nie będzie nadużywał- słaby to i grzeszny człowiek obróbmy mu dupę żeby wszyscy wiedzieli, że trzeba się modlić za tego upadłego wiarołomnego pijaka i żebyśmy i my mieli się na baczności i nie spożyli przypadkiem kawałka salami w piątek w przypływie diabelskiego kuszenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s