Monthly Archives: Lipiec 2010

Robin who?

W czasie pobytu w Szkocji postanowiliśmy wybrać się do kina. Ponieważ z filmów, które w miarę nas interesowały opcją był jedynie Robin Hood (reż. Ridley Scott), kupiliśmy na niego bilety. Na samych biletach zaś w tytule filmu nie zmieściły się wszystkie litery, dlatego napis głosił „Robin Hoo”. Po obejrzeniu filmu stwierdziłem zresztą, że przy odpowiedniej transliteracji ten tytuł lepiej oddaje treść. Robin who? – Jaki Robin?

Przyznam szczerze, wybrałem się do kina po lekturze recenzji Pani Eli, choć pewnie gdybym najpierw przeczytał recenzję na którą Pani Ela się powoływała, już bym się zastanowił. Z jednego z komentarzy autorki blogu „Especjalnie” pod notką wynikało, że film Scotta jest prequelem historii o Robin Hoodzie (czyli historią opowiadającą jego wcześniejsze dzieje). No cóż, jeśli tak byłoby w rzeczywistości, to gdzieś między najnowszym filmem, a większością pozostałych adaptacji legend o Robinie Król Ryszard Lwie Serce musiałby zmartwychwstawać, bo pod koniec przecież wraca z krucjaty, ułaskawia Robina i błogosławi jego małżeństwu z Lady Marion. Tymczasem, co mogłem był przeczytać wcześniej na blogu „Simon Café” (acz nie zrobiłem tego), film Scotta zaczyna się od śmierci Króla Ryszarda. Zgodnie z mało pewnymi, acz szeroko dostępnymi źródłami historycznymi (czyt. Wikipedia) oznacza to, że najnowsza produkcja o banicie z Sherwood zaczyna się w kwietniu 1199 roku (wówczas Ryszard ginie we Francji), podczas gdy pozostałe kończą się w 1194, kiedy to Ryszard wraca do kraju z krucjaty, odbiera władzę niesubordynowanemu bratu Janowi (wówczas jeszcze księciu Janowi) bez Ziemi – i zgodnie z legendą przywraca Robina do łask.

Oczywiście w tej sytuacji nie może być mowy o prequelu. Znajdujemy tu za to piękny materiał na sequel. Oto po powrocie króla do kraju Robin, już wolny, przyłącza się do wojska jako jeden z dowódców („znaj łaskę pana”), uczestniczy w śmierci władcy i dostarcza koronę do nowego właściciela. Towarzyszy mu w tym jego wierny kompan Mały Jan. Niestety, ponieważ królem zostaje ich wróg – Jan bez Ziemi – muszą ponownie ukrywać się w lesie. Byłby z tego wspaniały sequel, tylko mamy kilka znaczących braków:

1. Robin i Mały Jan poznają się dopiero tuż przed śmiercią Ryszarda Lwie Serce, a nie są kumplami z lasu.
2. Lady Marion nie na Robina czeka z obiadem, tylko na kogoś innego (kto umiera, pozostawiając ją w stanie wdowieńskim).
3. Nikt, prócz niewidomego starca (w tym przypadku teść Marion!), nie zna w ogóle Robina z Locksley – a i on kojarzy go jako dziecko.

Tak więc nie jest to w żadnym wypadku ani prequel, ani sequel do historii o Robin Hoodzie, lecz umieszczona 5 lat później historia alternatywna. Bohaterowie mają tak samo na imię, ale nie są tymi samymi bohaterami. Nie mają tych samych celów, nie mają tych samych zadań i nie pełnią tych samych ról. Po obejrzeniu filmu przyszły mi więc do głowy wszelkie opowieści w stylu „Prawdziwa historia Czerwonego Kapturka”, albo wręcz film pt. „Młody Einstein” (reż. Yahoo Serious), gdzie Einstein wychowuje się w Tasmanii, skąd jedzie do Europy, by ożenić się z Marią Curie (oczywiście wychowaną w domu swoich rodziców, państwa Curie). Albo „Bękarty wojny”, gdzie Hitler ginie w kinie. Albo jeszcze coś. I naprawdę nie docierają do mnie argumenty, że przecież jak ktoś jest inteligentny, to skupi się na przesłaniu, bo wie, że „było inaczej”. Amerykanie, ale również duża część innych społeczeństw, wcale nie wie. I być może Robin Hood to tylko postać legendarna. Ale postać legendarna osadzona w jakichś realiach. To, że Janosik jest postacią legendarną nie daje nam podstaw, by kazać mu robić rozbój w XXI wieku…

I właśnie wszelkie tego typu porażkowe zapędy Amerykanów do manipulowania wszystkim, co tylko możliwe, by było ciekawie, sprawiają, że nijak nie mogłem się skupić na mężczyznach w nocy obsiewających pola… Filmu nie polecam.

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze