In vitro po polsku?

Nowoczesna popkultura coraz bardziej nas zadziwia. Do niedawna jedyne wojny i propagandy ideologiczne, na które napotykaliśmy się czytając pisma typu „M jak mama”, skierowane do młodych matek i przyszłych matek, dotyczyły pieluszek jednorazowych i karmienia piersią. Natrafiając jednak na numer grudniowy przeżyliśmy wielki szok – duża część tego numeru poświęcona była bowiem zapłodnieniu in vitro. Tytuł głównego artykułu brzmiał właśnie „In vitro po polsku”. Chciałbym skupić się jedynie na niektórych fragmentach z omawianego artykułu i postarać się zdementować tkwiącą w nich nieprawdę.

Światowa Organizacja Zdrowia uznała niepłodność za chorobę, a zapłodnienie pozaustrojowe jest w pewnych sytuacjach jedyną metodą jej wyleczenia.

Ciekawe jest stwierdzenie, że WHO uznało niepłodność za chorobę. WHO uznało również, że homoseksualizm chorobą nie jest, dlatego na logikę nie sugerowałbym się tym, co stwierdzi WHO. Niepłodność jest chorobą – i nie potrzeba tu żadnych odgórnych stwierdzeń – ponieważ czymś naturalnym dla kobiety (a także dla mężczyzny) jest bycie płodnym. A to, co wykracza poza naturę jest chorobą. Zastanawia mnie, dlaczego pismo takie jak „M jak mama” musi powoływać się na Światową Organizację Zdrowia, żeby powiedzieć, że niepłodność jest chorobą. Niestety, mimo tak dobrego początku trafiamy na kolejne stwierdzenie, że zapłodnienie pozaustrojowe (in vitro) jest czasem jedynym sposobem wyleczenia niepłodności. Wierutna bzdura – i prawdopodobnie podkreślam to po raz kolejny, a jeszcze będę podkreślał. Nie słyszałem, żeby ktokolwiek został wyleczony z niepłodności wskutek zapłodnienia in vitro. Owszem, ten ktoś zostaje zapłodniony, nosi i rodzi dziecko, ale czy to sprawia, że staje się w efekcie płodny? Czy, przy kolejnym zbliżeniu w odpowiednich okolicznościach, zajdzie w ciążę w sposób naturalny tylko dlatego, że wcześniej miał dziecko z in vitro? Takie prosto zadawane pytania i odpowiedzi doprowadzić nas muszą do oczywistego wniosku: zapłodnienie pozaustrojowe nie jest metodą wyleczenia niepłodności, ponieważ niczego nie leczy! Człowiek, który urodzi dziecko w ten sposób nie staje się zdrowy, a więc nie staje się płodny! To tak, jakby kogoś bolała wątroba i brałby na nią apap. Owszem, wątroba przestałaby go boleć, ale ból wróciłby ze zdwojoną siłą po odstawieniu środków przeciwbólowych. Dokładnie zresztą tak samo ma się sprawa ze środkami hormonalnymi, które przepisuje się na wszystko: na pryszcze, zbyt długie miesiączki, intensywne bóle. Co z tego, że wszystko się pod ich wpływem „reguluje”, jeśli tak naprawdę cykle przestają istnieć, a hormony odpowiedzialne za powstawanie wyprysków po odstawieniu tabletek wybuchają ze zdwojoną siłą?

Owszem, zdarza się, że kobieta, która urodzi dziecko z in vitro następne płodzi w sposób naturalny. Ale to nie oznacza, że zapłodnienie pozaustrojowe wyleczyło ją z niepłodności. Oznacza to raczej, że była płodna od samego początku, ale nie chciało jej się próbować.

Przyjmując, że w Polsce rodzi się rocznie ok. 1700 dzieci poczętych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego, stanowią one niespełna 0,5 proc. wszystkich urodzeń. Podczas gdy są kraje (Dania, Belgia, Słowenia, Skandynawia), gdzie odsetek ten sięga 4 proc., a w Izraelu metodą in vitro został poczęty co 10. noworodek! Porównania te są kompromitujące.

No rzeczywiście, powinniśmy się wstydzić. Tylko 0,5 procenta dzieci w naszym kraju pochodzi z próbówki, a nie z normalnego, prawidłowego współżycia między kobietą a mężczyzną, do czego owo współżycie w końcu służy. Powinniśmy sypać nasze głowy popiołem, że jesteśmy tak daleko w tyle za cywilizowanym światem jeśli chodzi o niezgodne z naturą, a w efekcie szkodliwe dla ludzkiego zdrowia działania medyczne.

Ryzyko powikłań po zapłodnieniu pozaustrojowym nie wynika z samego faktu zastosowania tej procedury – mówi prof. Sławomir Wołczyński z Kliniki Rozrodczości i Endokrynologii Ginekologicznej UM w Białymstoku – ale z występowaniem ciąż wielopłodowych. Kiedyś, gdy pacjentce wszczepiano po kilka zarodków, takie ciąże występowały stosunkowo często. Obecnie jednak nie transferujemy więcej niż dwóch zarodków, a i dwa przenosimy wyjątkowo. Najczęściej ograniczamy się do transferu tylko jednego zarodka o prawidłowym potencjale rozwojowym. Wkrótce do lamusa odejdzie więc mit, że ciąża po in vitro to często ciąża wielopłodowa.

No, tu już mamy niejaki postęp. Wystarczy „przetransferować” tylko dwa, a często już jeden zarodek w czasie zabiegu. A więc nieznośne przeświadczenie, że będzie się miało więcej niż jedno wymarzone dziecko na raz zaczyna zanikać! Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że każda ciąża wielopłodowa to automatycznie ciąża trudniejsza, cięższa i mniej bezpieczna – i oczywiście automatycznie kwalifikująca się jako powikłana – ale przecież zdarzają się i w naturze ciąże bliźniacze, a nawet trojacze. Jakoś nikt nie podnosi z tego tytułu larum. Ciekawe swoją drogą co się dzieje z tym drugim zarodkiem, gdy przenosi się dwa? Oraz ile razy trzeba przenieść zarodki, by wreszcie ciąża się przyjęła (a każda nieprzyjęta ciąża również jest swego rodzaju powikłaniem, zwłaszcza gdy obumrze trochę później niż natychmiast). W innym miejscu artykułu możemy przeczytać, że „Za 12. razem urodziła dziecko polska rekordzistka, która wcześniej miała 11 nieudanych prób in vitro”. Chwalimy się? Pani musiała być nieźle zdesperowana, skoro pochowała (co najmniej) 11 dzieci i jeszcze próbowała urodzić dwunaste…

Nieprawdziwe jest też rozpowszechniane przez przeciwników tej metody przekonanie, że zarodki przed implantacją poddawane są badaniom genetycznym, by wybrać najlepszy z nich. Takie badania wykonuje się tylko wówczas, gdy wiadomo, że rodzice mogą przekazać dziecku poważną chorobę genetyczną, często uniemożliwiającą przeżycie. Badania robi się więc po to, by mieć pewność, że dziecko uniknie groźnej choroby, a nie po to, by zaprogramować mu płeć czy kolor oczu…

Jakże szlachetnie to brzmi! Robimy badania genetyczne tylko po to, aby dziecko uniknęło groźnej choroby. A więc rodzice będą mieli zdrowe, wychuchane dziecko. To nic, że w naturze rodzą się dzieci z chorobą downa, a także z chorobami, przez które się umiera. To nic również, że zarodek (a więc bardzo młody człowiek), który począł się z chorobą genetyczną nie dostanie szansy na dalszy rozwój i zostanie zamrożony na wieki. Co więcej – ja na przykład wcale nie twierdzę, że te badania genetyczne robi się po to, żeby dobrać kolor oczu czy płeć. Twierdzę jedynie, że takie działanie jest tylko kwestią czasu. Nie wierzę, że mogłoby być inaczej.

Dlaczego Polacy nie mogą liczyć na pomoc państwa w tak ważnej sprawie? Odpowiedź jest znana – metody in vitro nie akceptuje Kościół katolicki. Pozaustrojowe zapłodnienie jako metodę leczenia – niekiedy z pewnymi zastrzeżeniami – zaakceptowały wszystkie wielkie religie: judaizm, islam, buddyzm i oraz pozostałe kościoły chrześcijańskie. Sprzeciwia się temu jednak Kościół rzymskokatolicki, a sprzeciw ten tworzy wokół in vitro klimat strachu, niechęci, tabu.

I wszystko się wyjaśnia – Polska jest zaściankiem, bo rządzi w niej niepodzielnie ostanie zaściankowe wyznanie, a więc Kościół katolicki. Wszystkie inne religie zaakceptowały tę metodę leczenia, co oznacza, że Kościół jest zacofany. Nie będę się teraz rozwodził nad powodami, dla których Kościół sprzeciwia się in vitro. Tekst zresztą też o tym nie mówi. Polska jest zacofana, bo Kościół jest zły, bo zakazuje in vitro. Dziękuję, że chociaż słowo Kościół napisała Pani wielką literą…

Najwspanialszą treść można przeczytać jednak w ramce na górze strony 26. Pojawia się tam wypowiedź doktora Sławomira Wołczyńskiego, którego cytowałem już wcześniej. Możemy tam przeczytać między innymi:

Nie oznacza to jednak, że (in vitro) ma stać się polem walki ideologicznej. Na nic zdadzą się próby podważania wiarygodności współczesnej medycyny i twierdzenia, że istnieje inna medycyna – lepsza od tej – i nazywa się naprotechnologia. Ta rzekomo nowa dziedzina nie jest przedmiotem publikacji naukowych i analiz w światowym obiegu informacji medycznej, a więc jest tylko wątpliwą ideą. Nikt na świecie ze znawców problemów rozrodu człowieka jej nie zna. Medycyna jest jedna.

Pan strzela jak z pepeszy. Nieważne czym jest wspominana przez niego naprotechnologia, ważne że nikt jej nie uznaje, nikt o niej nie pisze i w ogóle nikt, ale to nikt o niej nie słyszał. I niech sobie nie myślą, że cokolwiek zdziałają, bo nie zdziałają, kropka. A może nawet wykrzyknik! Tymczasem istnieją publikacje i konferencje, analizy i tym podobne, choć może ludzie pokroju pana doktora się nimi nie interesują. Co więcej, nikt nie próbuje twierdzić, że odkrył nową medycynę. Napro wykorzystuje dokładnie tę samą medycynę, która jest jedna, tylko w inny sposób. Dokładniej bada cykl rozrodczy kobiety, zachowania małżonków itp. Opiera się głównie na podstawowych badaniach – i okazuje się, że wielokrotnie zachowując się w odpowiedni sposób małżonkowie są w stanie zajść w ciążę bez posuwania się do in vitro, które może wydawać się nieuniknione. Medycyna jest jedna i naprotechnologia poza nią nie wykracza. Nie ma nic wspólnego z medycyną naturalną albo z homeoterapią. Dotyka tylko najbardziej podstawowej biologii człowieka. I, w przeciwieństwie do in vitro, często pomaga wyleczyć się z niepłodności. A jeszcze częściej – pomaga odkryć, że niepłodność była wyłącznie złudzeniem. A in vitro nie powinno być miejscem wojen ideologicznych – zgadzam się. Powinno zostać ocenione w prawdzie. A pan doktor ma z tym duży problem.

Wpis ten zakończę analizą zdania wprowadzającego do wymienionej ramki z wypowiedzą p. Wołczyńskiego:

Dzieci są skarbem – czas na prawo, dzięki któremu będzie ich więcej.

Najwyższy czas zdelegalizować wreszcie w pełni aborcję. I antykoncepcję również. Czego sobie i Państwu z całego serca życzę.

Dopisek: Po konsultacji z żoną doszliśmy do wniosku, że istnieją choroby uniemożliwiające zajście w ciążę, które cofają się lub leczą w dużym stopniu kiedy jest się w ciąży. W tej sytuacji in vitro nie jest metodą leczenia niepłodności, ale bycie w ciąży już tak – a in vitro byłoby jedynym możliwym sposobem zajścia w ciążę. Czy można więc dla dobrego celu wykorzystać niegodny środek? Tutaj rodzi się poważny moralny dylemat, do dalszego omówienia.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Zobacz wpisy

2 thoughts on “In vitro po polsku?

  1. Paweł Malicki

    Czytając Pańskie wywody nasuwa się tylko jedna refleksja, gdyby głupota umiała fruwać, latałbyś Pan niczym gołębica!!!

  2. Ciamajda

    Siedzieć do 3 w nocy tylko po to, żeby napisać to arcyśmieszne zdanie? Śpij lepiej, a rano pomódl się za siebie, ja też się za ciebie pomodlę, bo naprawdę giniesz w oczach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s