Monthly Archives: Kwiecień 2011

Zapomniałeś

Gdy przebywaliśmy w moim rodzinnym domu w okresie świąt Wielkanocnych nadarzyła się okazja do pewnej dyskusji z jedną z bliskich mi osób. Dyskusja była w zasadzie monologiem dotyczącym braku moralności w Kościele na różnych etapach dziejów oraz tego, jak losy świata zmieniały się przez ludzi, którzy chcieli dobrze i z Bogiem na ustach zabijali innych ludzi. Oczywiście punktem wyjścia był Stary Testament, gdzie Bóg wybrał naród, który miał nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek niszczyć inne narody. Dalej były krucjaty, a wreszcie Adolf Hitler i jego „Got mit uns”. Przy okazji wspomniano też o Stalinie, który chciał dobrze i mu nie wyszło (acz z Bogiem nie miał wiele wspólnego). To wszystko jest więc dowodem na to, że religia jest zła z natury i wykorzystuje się ją do władania światem. Wszystko oparte na Gazecie Wyborczej i tym podobnych źródłach (w których dziś jest aż tłoczno od dodatków o Janie Pawle II).

Jest jedna rzecz, którą należałoby powiedzieć mojemu rozmówcy, ale nie tylko jemu: „Zapomniałeś o zmartwychwstaniu”. W uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego zapomniałeś o Zmartwychwstaniu Pańskim! Zapomniałeś o wielu rzeczach, które sprowadzić można do słów „Historia Zbawienia”. Zapomniałeś, że Bóg nie powołał narodu żydowskiego po to, by zawładnęli światem niepodzielnie, lecz po to, by przygotował drogę dla Mesjasza, Syna Bożego, którym jest sam Jezus Chrystus. Owszem, Narodowi tak się przez długi czas wydawało. Byli pewni, że będą rządzić światem, aż do dnia gdy nie napadła ich Babilonia i nie zmiotła Izraela z powierzchni ziemi. Potem zaś nadal byli pewni, że przyjdzie Mesjasz – Król – i ich wyzwoli spod panowania babilońskiego, perskiego, greckiego, rzymskiego. Później przecież także islamskiego. Teraz mają swój kraj, teren państwa i walczą z Palestyńczykami, którzy byli tam przecież pierwsi… I wciąż czekają na Mesjasza, który ich wyzwoli! Bo Judaizm jest religią oczekiwania – Żydzi będą czekać wiecznie. I się nie doczekają, bo Mesjasz przyszedł.

Mesjasz od dawna jest na świecie. Dawno temu przyniósł wyzwolenie – najpierw Żydom, a potem wszystkim innym. Nie było to wyzwolenie narodowe, lecz dużo głębsze i ważniejsze, bo duchowe. Jezus Chrystus wyzwolił nas przez swoją śmierć. Tu pojawia się kolejny raz, kiedy należy przytoczyć myśl wyżej wymienionej osoby: Cóż to za ojciec (Bóg), który skazuje swojego syna (Jezusa) na śmierć? Co to za tata, który zabija własne dziecko? I tu znowu trzeba powiedzieć: zapomniałeś. Zapomniałeś, że Jezus wyzwolił nas przez swoją śmierć i przez swoje zmartwychwstanie. Pokonał śmierć i powiedział, że i my ją pokonamy, jeśli za Nim pójdziemy. Bóg nie chciał Go zabić. On chciał dać życie – nam wszystkim!

Zapomniałeś! Kościele, zapomniałeś o zmartwychwstaniu wysyłając swych rycerzy na krucjaty; paląc czarownice na stosach; sprzeciwiając się naukowym odkryciom. Hitlerze, zapomniałeś o zmartwychwstaniu krzycząc „Got mit uns” i zabijając Żydów, których ów Got wybrał sobie, by wszystko objawić. Zapomniałeś o tym, że Pismo Święte należy odczytywać w świetle Nowego Testamentu, a Nowy Testament w świetle Ewangelii. Zapomniałeś człowieku i czas najwyższy, byś sobie przypomniał! Zapomniałeś, że bez Jezusa Chrystusa Biblia jest tylko bezsensowną książeczką o zabijaniu. Że natchnienie Ducha Świętego i Objawienie dotyka całej Biblii tylko o tyle, o ile dotyka ono słów Jezusa Chrystusa.

Zapomniałeś, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,16).

Odrzućmy więc oskarżenia skierowane w stronę Boga Starego Testamentu zapominając o tym, co objawił na koniec. Odrzućmy ataki na „wierzących” którzy wybrali sobie kawałek i myślą, że to całość. Wyrzućmy w przyszłym roku kartki z króliczkami, jajeczkami, kurczaczkami i w przyszłym roku wyślijmy te z wizerunkiem Zmartwychwstałego. Wyślijmy życzenia „Błogosławieństwa Chrystusowego” zamiast „Mokrego dyngusa”. Nie zapominajmy już więcej. Bo Chrystus Zmartwychwstał. Prawdziwie zmartwychwstał. Alleluja!

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Zaskoczenie

Znów mam opóźnienie, tydzień mija a notka ma odnosi się do tygodnika Wprost z 11 kwietnia 2011 roku. Dokładnie do artykułu, który w poniedziałkowym przeglądzie prasy w Dzień dobry TVN zaproponował pan Jacek Żakowski, mówiąc, że poznamy z niego informacje, które nas zaskoczą. Artykuł dotyczył życia i wychowania w wyższych seminariach duchownych. Wraz z żoną, po interesującej recenzji, postanowiliśmy z czystej ciekawości kupić Wprost i artykuł przeczytać, co też tego samego dnia zrobiliśmy.

Rzeczywiście, w czasie lektury artykułu „Seminarium toksyczne – być klerykiem” przeżyłem zaskoczenie. Bynajmniej nie tym, że artykuł traktuje życie w seminariach (przynajmniej w ich większości) absolutnie negatywnie, absolutnie negatywnie pisze też o dyscyplinie czy edukacji kleryków. Niczego innego się nie spodziewałem czytając artykuł we Wproście. Te cechy artykułu nie zaskoczyły mnie, lecz rozjuszyły. Zdaję sobie bowiem sprawę z faktu, że właśnie owe miał na myśli pan Żakowski mówiąc, że artykuł zaskoczy. I że większość ludzi, którzy za namową Ż. to przeczytają, naprawdę się zszokuje. I uwierzy w każde słowo tam zapisane. To mnie wkurza – i to, że to nie Hołownia recenzował wyżej wymieniony artykuł.

Mogę potwierdzić, że seminarium nie jest miejscem bijącym nieskazitelną świętością. To miejsce jak każde – gdzie są sytuacje gorsze i lepsze. Momenty bardziej i mniej święte. Ludzie bardziej lub mniej na księży się nadających. Byłem przez rok w seminarium i, w przeciwieństwie do bohaterów artykułu, muszę powiedzieć, że nigdzie nie czułem Boga tak, jak tam. Chociaż, w przeciwieństwie do Karola, jednego z bohaterów, nie wstawałem o 5:30, lecz o 6:00. Nie miałem też zakazu posiadania telefonu. Ale wykładowcy byli, nie ukrywajmy, mniej lub bardziej kompetentni. Koledzy mniej lub bardziej pasujący do miejsca (znajomy, który w czasie wycieczki do Częstochowy stwierdził, że „nie było żadnych fajnych dup” jest tu, sądzę, najlepszym przykładem). A tylu dowcipów o księżach i zakonnicach co w progach Domu nie poznałem nigdy. Do dziś je zresztą opowiadam i do dziś wielu śmieszą (znam jednak osoby, które raczej gorszą). Fakt, że zostałem usunięty z seminarium przez rektora za coś, za co niewielu by mnie usunęło. I przez dłuższy czas nie mogłem się z tym pogodzić. Ale w wyraźny sposób naruszyłem zasady. A jeśli nie przestrzega się zasad, to nie pasuje się do seminarium. To jest norma i nie ma powodu, by ktokolwiek pod nią nie podchodził.

Nie zaskoczył mnie również w artykule dobór autorytetów rozumiejących o co chodzi w seminariach. Z prof. Tadeuszem Bartosiem (czołowym odszczepieńcem, niegdysiejszym zakonnikiem) i o. Jackiem Prusakiem na czele. Wiadomo, że tylko ci, którzy nie zgadzają się z Kościołem katolickim są w stanie kompetentnie się na jego temat wypowiadać. Swoją drogą wciąż się zastanawiam co i dlaczego wciąż trzyma Jacka Prusaka w zakonie Jezuitów i w Kościele w ogóle. Nie mam na myśli tylko tego, dlaczego nie odszedł. Raczej dlaczego go nie wyrzucili…

Zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Jedna mniej, druga bardziej. Cytat tego, co mniej: „Kościół katolicki obchodził dzień judaizmu i z tej okazji w krakowskiej synagodze miało się odbyć polsko-żydowskie nabożeństwo. Karol zaproponował, by klerycy wzięli w nim udział, ale ksiądz wyśmiał pomysł. – Zapytał, czy widzieliśmy żyda modlącego się w kościele. Nie zrozumieliśmy, o co mu chodzi, więc wyjaśnił, że śmieszy go dialog między religiami, bo mówią o nim tylko katolicy, a żydzi i tak mają pretensje. A w ogóle ekumenizm jest bez sensu”. Ksiądz rektor (tu zwany dyrektorem – być może seminarium w Krakowie ma dyrektora zamiast rektora) wyraził własne zdanie. Często rektorzy mają kontrowersyjne poglądy, nasz np. wygłosił kiedyś kazanie, w którym ogłosił swoje niezrozumienie dla prób uświęcania Adama i Ewy. Okej – mogło zaboleć. Ale każdy ma swoje poglądy i to nie sprawia, że seminarium jest złe. Co mnie jednak zaskoczyło w tym fragmencie? Że nazywa się ekumenizmem dialog międzyreligijny. Podczas, gdy ekumenizm to dialog między wyznaniami chrześcijańskimi. Ale w porządku, sam dowiedziałem się o tym niedawno, kleryk Karol (i redaktorzy Wprostu) mógł się tego nigdy nie dowiedzieć. Jest jednak coś, co zaskoczyło mnie znacznie bardziej.

Dwóch kleryków wyjechało razem w góry, ktoś doniósł, że widziano ich z dziewczyną. Była to nieprawda, ale i tak postawiono ich przed wyborem: wypad albo dziekanka. „Kolega postanowił odejść, Michał wybrał dziekankę.” I teraz, uwaga!: „Przez rok był wikariuszem w niewielkiej parafii i uczył religii w szkole. Lubił to. Ale kiedy wrócił do seminarium, szybko zrozumiał, że nie zniesie panujących tam stosunków.” I dalej: „Gdy byłem wikariuszem, traktowali mnie jak partnera, ale w seminarium stałem się dla nich znowu ‚kotem'”. Podejrzewam, że wielu z Was już wie, co mnie zaskoczyło. Otóż wikariusz to ksiądz wyznaczony do pomocy proboszczowi w prowadzeniu parafii. Naturalna kolej rzeczy to: kończysz seminarium, przyjmujesz święcenia diakonatu, prezbiteratu i idziesz na parafię, a więc zostajesz wikariuszem. Żaden kleryk wysłany na urlop dziekański nigdy nie może być wikariuszem, bo nie posiada święceń kapłańskich. Ba, nawet po pierwszych święceniach – diakonatu – może wyłącznie pomagać w niektórych czynnościach, może być diakonem, ale nie wikariuszem. Pisanie o człowieku, który na urlopie dziekańskim był wikariuszem w parafii jest więc niczym innym, jak wierutnym kłamstwem spreparowanym dla osób, które o strukturach Kościoła bladego pojęcia nie mają. I które uwierzą we wszystko, co się im poda, pod warunkiem że będzie to antykościelne.

Tego rodzaju rzecz, która zgodnie z zapowiedzią pana Żakowskiego mnie zaskoczyła, wybitnie świadczy o jakości „zaskakujących” artykułów we Wproście. A tak swoją drogą – czy redaktor naczelny Wprostu, pan Tomasz Lis, odgryzł sobie pół języka zgodnie z obietnicą, że zrobi to, jeśli Lech Kaczyński nie wystartuje w najbliższych (czyli już minionych) wyborach prezydenckich? Nie wiem tego, ponieważ we Wproście tylko pisze, ale niestety nic nie mówi…

PS. Jeśli wydaje Wam się, że nie dość wiele napisałem na temat tego, jak jest w seminarium, dajcie znać, zadawajcie pytania. Ja spróbuję sobie przypomnieć, choć minęło już prawie sześć lat ;).

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 komentarze

All the Best Cowboys Have Mommy Issues

Dziwne zjawisko obserwuję u siebie, przebywając czasem w miejscu, z którego pochodzę. Otóż w czasie rodzinnych rozmów z moją korzenną rodziną nie potrafię powiedzieć dobrego słowa o mojej małżonce. Wręcz przeciwnie: jak jestem chory, to krzyczy na mnie, że mam się wziąć w garść. Jak stłukę szklankę, to jest tragedia, bo to była szklanka. Zachowuję się – nie można tego inaczej nazwać – jak chłopiec, który męczy się u boku swojej żony i czeka z utęsknieniem na chwile, kiedy będzie mógł się wypłakać mamusi w rękaw. Z drugiej strony kiedy padnie jakiekolwiek złe słowo w związku z tą drugą, natychmiast staję w obronie. I najciekawsze, że sam tego nie zauważam.

Nie w tym rzecz, że nie obrywa mi się za stłuczenie szklanki – bo się zdarza. Rzecz w tym, że nie jest sprawą naszych rodziców, co się dzieje w naszym domu, między nami, a naszymi współmałżonkami. Oczywiście doskonale o tym wiedziałem marząc o ślubie i ten ślub biorąc. To, o co się kłócimy, to w czym się nie zgadzamy czy co robimy nie tak to jest nasza sprawa, a nie osób trzecich. A do osób trzecich zaliczają się też ci, którzy do niedawna byli dla nas najważniejsi. Niestety, zupełnie nieświadomie o tym zapominam kiedy przychodzi odpowiedni moment i dopiero moja małżonka musi mi o tym przypomnieć.

Jest coś, co się nazywa wierność. Ślubuje się to w czasie przyjmowania małżeństwa. Ale wierność dotyczy nie tylko jedności małżeńskiej, braku zdrad czy partnerów na boku. Wierność to również lojalność wobec swojego współmałżonka. Kiedy mama mówi „Twój mąż nie naprawi gniazdka” mówi się „Oczywiście, że naprawi jak znajdzie chwilkę”, chociaż do białej gorączki doprowadza nas, że 3 tygodnie nie może znaleźć czasu. Jak mama mówi „Kuchnia żony to nie to samo co u mamusi”, trzeba absolutnie zaprzeczyć, nawet gdy bardzo tęskniliśmy za „domowym” mielonym. A gdy dochodzi do nieprzyjemnej sprzeczki z rodzicami, trzeba trzymać stronę żony/męża, choć możemy nie do końca się zgadzać i mamy prawo powiedzieć jej/mu to po dyskusji. Ale na tym polega wierność małżonków, że tworzą zwarty front. Zarówno przy wychowaniu dzieci, jak i przy dyskusjach z rodzicami. I nie obrzucają się nawzajem błotem, jak kopnięty szczeniaczek…

Nieświadomie zdarza mi się łamać te podstawowe zasady małżeńskie. Ale dziś już mam świadomość, że mogę temu zapobiec. Dlatego przypominajmy sobie codziennie, że to ze swoją żoną/mężem wzięliśmy ślub, a nie z mamusią czy tatusiem. I to z nią/nim będziemy budować dalsze życie. Dlatego to z nimi przede wszystkim powinniśmy trzymać i się dogadywać. A pępowinę czym prędzej odciąć, nareszcie!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 komentarze