Monthly Archives: Czerwiec 2011

Kwestia mieszkania przed ślubem

Po dość długim czasie zbieram się wreszcie do utworzenia notki, która będzie jednocześnie odpowiedzią na pytanie Ciamajdy postawione w komentarzach do notki poprzedniej. Sam napisałem w notce, że są kwestie, w których nie zgadzam się z księdzem Markiem Dziewieckim i mam ochotę na polemikę – Ciamajda zaś zapytał, czy mogę wymienić taką kwestię. Jedną z nich jest właśnie wspólne mieszkanie narzeczonych przed ślubem.

By ukazać tło sprawy zaznaczę najpierw, że poznałem moją obecną żonę i chwilę potem wyjechaliśmy wspólnie do Szkocji celem zarobkowania. Mieszkaliśmy tam razem i tam się zaręczyliśmy. Następnie wróciliśmy do domów rodzinnych, każdy do swojego, ale gdy przeprowadziliśmy się do Warszawy celem studiowania, ponownie zamieszkaliśmy razem. Moja żona była początkowo przeciwna takiemu rozwiązaniu sprawy, jednak przekonałem ją do swojego myślenia. Ja sam osobiście nie mówię o sobie „zwolennik mieszkania razem przed ślubem” i wówczas też nie mówiłem w ten sposób. Uważałem jednak, że można wspólnie zamieszkać przed ślubem, jeśli spełni się ważne, restrykcyjne warunki. Po pierwsze nie można mieszkać ze sobą żeby lepiej się poznać, czy żeby sprawdzić czy razem się ze sobą przetrwa. Można zamieszkać tylko wtedy, kiedy już się kocha i wie się, że chce się z tą drugą osobą spędzić życie. Najlepiej – podobnie było w naszym przypadku – gdy już w tym czasie dąży się do małżeństwa. Po drugie zaś należy pamiętać o zasadzie: współżycie to rzecz małżeńska. Można zamieszkać razem tylko wówczas, gdy wie się, że nie będzie się współżyło seksualnie przed ślubem. Na tych warunkach (ponieważ byłem siebie pewny w tych kwestiach), przyszła małżonka zgodziła się ze mną zamieszkać.

Schody zaczęły się wówczas, gdy ksiądz na kursie przedmałżeńskim powiedział, iż narzeczeni zamieszkujący razem nie mogą otrzymać rozgrzeszenia. Później rzeczywiście jedno z nas tego rozgrzeszenia nie otrzymało. Ciężko nam było to zrozumieć, ponieważ wiedzieliśmy, że grzechem ciężkim jest współżycie, a my przecież nie współżyliśmy. Zaczęliśmy szukać odpowiedzi na nasze pytania, na blogu, który wówczas prowadziłem, był to temat przewodni i powód do dysput. Pojawiło się kilka źródeł argumentacji, zwłaszcza w postaci wykładów księdza Malińskiego, z których udało nam się wyciągnąć dwa nietrafione, przynajmniej w naszym wypadku, argumenty. Pierwszy to fakt, że „krew nie woda, musi się zagotować”, mężczyźni zaś mają „buraczane potrzeby”, czyli muszą zjeść i pouprawiać seks. Absolutnie to do mnie nie dotarło, gdyż byłem blisko mojej narzeczonej, spałem z nią nawet, a jakoś nic się we mnie nie gotowało. Nie miałem żadnych buraczanych potrzeb. Owszem, moja przyszła żona bardzo mi się podobała. Ale świetnie zdawałem sobie sprawę z tego, że póki nie jest moją żoną, to muszę nad swoim popędem panować. I tak powinien działać każdy mężczyzna: z pomocą woli i rozumu, a nie wmawiając sobie, że ma jakieś buraczane potrzeby, które się muszą zagotować… Drugi argument związany był z tym, że młodzi ludzie zamieszkują ze sobą i żyją jak małżeństwo, a nie są gotowi na małżeństwo i nim się nie czują. Tymczasem u nas było inaczej: bardzo pragnęliśmy być już małżeństwem i wiedzieliśmy, że nie chcemy się rozstawać, że jedynym czego nam brakuje, jest sakrament. Ale już wcześniej czuliśmy się jak małżeństwo.

Dziś jesteśmy prawie trzy lata po ślubie, kwestia już nas bezpośrednio nie dotyczy. Ale problem pozostał i miałem nadzieję, że ksiądz Marek odpowie mi nań w satysfakcjonujący sposób. Niestety, zawiodłem się i zaraz napiszę, dlaczego.

Najpierw jednak zaznaczę, że jest jeden przynajmniej argument, w którym się z nim zgadzam. Argument przeciw wspólnemu mieszkaniu przed ślubem, którego Maliński nie wymienił, a który w naszym przypadku okazał się kluczowy. Jeszcze w czasach narzeczeńskich zorientowałem się, że tę jedną kwestię M. pominął i ja ją również pominąłem w swoich rozmyślaniach. Gdy to zauważyłem, wycofałem się z popełnianego błędu i całą sprawę ponownie opisałem na blogu. Ale wróćmy do księdza Marka. Otóż pisze on tak: „Zamieszkanie razem dwojga młodych ludzi nieuchronnie prowadzi ich do wielkiej zażyłości i intymności, nawet jeśli nie śpią w jednym łóżku. Przebywają godzinami obok siebie, dotykają się, okazują sobie czułość. Każdy dzień takiej bliskości prowadzi do jeszcze większej zażyłości i intymności w kolejnym dniu. Ona i on zżywają się coraz bardziej ze sobą i nawet nie zauważają, że z dnia na dzień przekraczają kolejne granice prywatności i pozwalają sobie na kolejne przejawy bycia coraz bliżej siebie. Dla przykładu, początkowo wykluczają jednoczesne bycie razem w łazience albo przebieranie się w obecności tej drugiej osoby, ale któregoś dnia po raz pierwszy łamią te zasady, chociażby je wspólnie ustanowili i chociażby początkowo mieli stanowczy zamiar, by je respektować”. Rzeczywiście, tak było i w naszym przypadku. Śmialiśmy się z Malińskiego, który mówił, że narzeczeni wpadają w pułapkę schizofrenii: żyją jak małżeństwo, ale nie czują się jak małżeństwo, bo my się czuliśmy jak małżeństwo i nie było mowy o żadnej schizofrenii. Nikt nas jednak nie ostrzegł, że czując się jak małżeństwo zaczniemy powoli zachowywać się jak małżeństwo. Problem leżał w tym, że czuliśmy się jak małżeństwo, a nie w tym, że się nie czuliśmy. I ja nie nazwałem tego wówczas, jak ksiądz Marek, przekraczaniem granic, lecz przesuwaniem ich. Granice się jakby same, niezauważalnie – oczywiście w każdym wypadku na mocy naszych suwerennych decyzji – przesuwały. Nie przekraczaliśmy ich tak, jak się przekracza próg, lecz ten próg znajdował się jakby coraz dalej. Przez to, należy przyznać, nasze narzeczeńskie życie nie było do końca czyste. Jednak kiedy sami zorientowaliśmy się w tym, że przegapiliśmy jedną pułapkę, wycofaliśmy się, wyspowiadaliśmy (było to jeszcze przed nieudzieleniem rozgrzeszenia) i zaczęliśmy życie na nowo w czystości, wciąż mieszkając razem. Drugi raz nie popełniliśmy już tego samego błędu. Co więcej: z perspektywy czasu jestem w stanie powiedzieć, że gdyby ktoś nas przed perspektywą zaistnienia takiej sytuacji ostrzegł wcześniej, bylibyśmy w stanie sobie z tym bez większych problemów poradzić.

Niestety, inne argumenty księdza Dziewieckiego nie docierają do mnie i w związku z tym postaram się krótko napisać, co mam na myśli. Odpowiedź na list-pytanie zaczyna się od słów: „Starożytna mądra zasada głosi, że nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie”. Nie mogę się z tym nie zgodzić, z małym jednak zastrzeżeniem. Jestem w stanie stwierdzić, że ktoś może poznać samego siebie na tyle dobrze i na tyle dobrze opanować pewne cnoty, że jest w stanie jednak coś postanowić i tego postanowienia nie złamać. Ksiądz Marek ma tu jednak na myśli coś innego, przytacza mianowicie inną sytuację wspólnego zamieszkiwania, by porównać ją do tej związanej z zamieszkiwaniem dziewczyny i chłopaka: „Wyobraźmy sobie, że do jakiejś małej miejscowości, w której dotąd nie było świątyni, biskup posyła młodego księdza po to, by zbudował tam kościół i by utworzył nową parafię. Okazuje się, że ten ksiądz przybywa z młodą gospodynią. U jednego z gospodarzy wynajmuje pokój z kuchnią i łazienką. W tym małym mieszkaniu zamieszkuje ze swoją gospodynią. Ksiądz wyjaśnia parafianom, że oczywiście żyje w czystości i nie współżyje z kobietą, ale śpią w jednym pokoju, bo tak jest najwygodniej i najtaniej. (…) Nawet gdyby wszyscy dorośli, młodzież i dzieci w parafii uwierzyli, że żyje w czystości, to chyba nikomu z mądrych ludzi taki zażyły kontakt księdza z młodą kobietą nie wydawałby się mądry, dobry i odpowiedzialny”. Pierwszą moją myślą po przeczytaniu tego tekstu było to, że chyba by mi to nie przeszkadzało. Jednak odczułem pewien dysonans i po konsultacji z żoną zrozumiałem, że rzeczywiście troszkę jednak nie do końca byłaby to odpowiednia relacja. Wyobraziłem sobie siebie, zamieszkującego w jednym pokoju z obcą kobietą i zrozumiałem, w czym jest problem. Otóż ja już ślubowałem. Jestem po ślubie i ten młody ksiądz z opowieści również. Nie zamieszkuje więc jako ktoś wolny – a co więcej, z osobą, której zamierza ślubować. Więcej jeszcze, której prawdopodobnie kiedyś będzie ślubował. Ksiądz, jak i żonaty mężczyzna, nie mogą zamieszkiwać z osobą, która dodatkowo jest dla nich kimś obcym – nie jest przecież nawet potencjalną żoną, bo obaj już komuś ślubowali. Tymczasem pytanie na które formułowana jest odpowiedź dotyczy dwójki wolnych, ale związanych ze sobą osób, które są na drodze do małżeństwa. Widzę ogromną różnicę między tą sprawą, a sprawą księdza, chociaż obie już w tej chwili nie są moją własną sprawą, tak bym musiał jej sędziować. Można jednak powiedzieć: taki tok myślenia, że przedmałżeńskie zamieszkiwanie jest dozwolone, w przeciwieństwie do mieszkania kapłana z kobietą, usprawiedliwiałby również współżycie przedmałżeńskie. Nie zgadzam się jednak, ponieważ wiemy, a jest to również potwierdzone nauczaniem Kościoła, że współżycie pozamałżeńskie w każdym wypadku jest złe, ponieważ współżycie i płodność są właściwe małżeństwu. Tymczasem tylko nieliczni (znam kilka przypadków) stwierdzają, że przed ślubem nie należy się czule obejmować, całować czy nawet chodzić za rękę. Są to rzeczy typowe dla par młodych (i starszych) ludzi, dla narzeczonych. A jednak wielu przyzna, że wszystkie te sytuacje zostałyby uznane za zdradę małżeńską w przypadku, gdyby jedna z osób biorących w tym udział była zaślubiona. Byłoby to zgorszenie również w przypadku kapłana. A jednak w przypadku narzeczonych nie jest, choć nie zawsze jest tak, że przetrwają razem do ślubu. Dlatego rzeczywiście nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie, ale nie tego dotyczy argument. Dotyczy on konkretnej sytuacji, którą również i ja dziś obserwuję z zewnątrz – co więcej, będąc klerykiem również z zewnątrz ją obserwowałem. I patrzyłem na nią inaczej, niż ksiądz Marek. Sprawa dotyczy tego, co jest właściwe małżeństwu, a co można rozpatrywać szerzej. Czy wspólne zamieszkiwanie jest bliższe współżyciu, czy całowaniu i chodzeniu za rękę?

Dalej dowiadujemy się, że „Wśród ludzi zaprzyjaźnionych z Bogiem i żyjących według Jego przykazań taka sytuacja się po prostu nie zdarzała. Maryja nie zamieszkała przed ślubem z Józefem mimo to – albo właśnie dlatego (!) – że kochali się miłością czystą, wierną i mocną, której nie naruszyła nawet tak niezwykła próba zaufania jak niewytłumaczalne po ludzku macierzyństwo Maryi”. Argument może poruszyć sumienie katolika, ale często ten katolik nie wie, że Maryja nie zamieszkała z Józefem nie tylko przed, ale i przez jakiś czas po ślubie. W momencie, kiedy począł się Jezus, Maryja już była zaślubiona Józefowi, o czym świadczy to, że Józef po dowiedzeniu się o ciąży postanowił ją oddalić (nie mógłby tego zrobić, gdyby nie był jej mężem). Tak to wyglądało u mieszkańców starożytnego Izraela i tak to do dziś wygląda u ortodoksyjnych Żydów. Najpierw są zaślubiny, potem dopiero, po jakimś czasie następuje przeniesienie żony do domu męża. Dopiero wówczas zaczyna się zamieszkiwanie i współżycie. Takie były realia okresu narodzin Jezusa, a nie decyzja Maryi i Józefa. Trzeba więc raczej zapytać, czy kwestia mieszkania przed ślubem nie jest czymś, co kiedyś było niedopuszczalne, a dziś jest? Podobnie jest z wieloma kwestiami, także związanymi z prawem żydowskim. Co więcej: nieważne jak wielkim i świętym człowiekiem był Józef, w dalszym ciągu postanowił oddalić Maryję (zamiast skazać ją na ukamienowanie). Próbę zaufania przetrwali nie dzięki ogromnej miłości Józefa, lecz dzięki objawieniu, jakie otrzymał przez anioła. Oczywiście, sam musiał potem uznać dziecko za swoje i utrzymywać to wśród ludzi, żeby nie narażać Maryi na śmierć. Jednak gdyby nie anioł, wszystko potoczyłoby się inaczej. Musimy jeszcze podkreślić jedną rzecz – Maryja i Józef, nieważne jak bardzo święci – nie są i nie mogą być uznawani za typowe małżeństwo, za jego wzór. Przede wszystkim dlatego, że wierzymy w wieczyste dziewictwo Maryi. A więc w to, że z Józefem nigdy nie współżyła. Do tego jeszcze wrócimy.

W kolejnych fragmentach wypowiedzi księdza Marka możemy przeczytać następujące słowa: „Dla dwojga młodych, zdrowych i zakochanych ludzi bliskość i intymność, jaką stwarza im mieszkanie pod jednym dachem, staje się nieuchronnie okazją do grzechu. Zwykle bardziej odczuwa to on niż ona, gdyż serdeczna bliskość na co dzień (…) sprawia, że dziewczyna zaczyna okazywać coraz więcej czułości, a chłopak zaczyna przeżywać coraz większe podniecenie seksualne. Takie właśnie reakcje są w przypadku mężczyzny spontaniczne i odruchowe. (…) Dziewczęta zwykle mniej zdają sobie z tego sprawę. Nie wszystkie wiedzą o tym, że stała, zażyła fizyczna bliskość we dwoje prowokuje chłopaka i że nieuchronnie prowadzi go do cielesnego pobudzenia. Jeśli tak się nie dzieje, to znaczy, że chłopak nie jest czysty czy opanowany, lecz oziębły seksualnie. Jeżeli nie zakładamy, że on i ona są fizycznie chorzy czy oziębli, to realizm zobowiązuje nas do założenia, że on i ona – a zwłaszcza on – będą mieli coraz większe problemy z panowaniem nad ciałem, popędem, poruszeniem seksualnym”. Te słowa gorąco mnie oburzyły. I gdy je czytałem, zrobiło mi się przykro. Mianowicie dlatego, że w czasie narzeczeństwa wielokrotnie wypowiadałem się na temat mojego zamieszkiwania z moją narzeczoną, podkreślając, że nie współżyjemy, że panuję nad sobą i nie mam problemów z czystością. Że nie mam kłopotów z „powstrzymywaniem się” nie dlatego, że ciężko walczę, lecz dlatego, że zwyczajnie nie mam się przed czym powstrzymywać. Że, owszem, mam piękną narzeczoną, ale to nie znaczy, że muszę się na nią rzucać jak na kawał mięsa. Bo jest moją narzeczoną, a współżycie jest dobre w małżeństwie. Nie popadłem też – co, jak pisze dalej ksiądz Marek, przydarza się wielu chłopcom mieszkającym z dziewczynami przed ślubem – w nałóg samogwałtu. Nie miałem z tym żadnych problemów. I możecie się domyślać jakie kontrargumenty wysuwali moi rozmówcy: że w takim razie jestem oziębły seksualnie, albo wręcz aseksualny. Bo to jest niemożliwe, żeby w ten sposób nad sobą panować. Inni zaś stwierdzali, że mogę sobie mówić co chcę, ale co dzieje się za drzwiami pokoju, to tylko ja i moja narzeczona wiemy (w podtekście: oni też). Te osoby również po ślubie atakowały, że możemy utrzymywać, jakobyśmy żyli w czystości przedmałżeńskiej, ale jedyne co mamy na swoje usprawiedliwienie to fakt, że nie wpadliśmy (w przeciwieństwie do innych znajomych, którzy nie mieszkali razem przed ślubem i ostro z tym walczyli do momentu, w którym doszło do poczęcia). Ksiądz Marek robi dokładnie to samo, zupełnie niesprawiedliwie wstawiając mnie pomiędzy osoby oziębłe seksualnie. Tymczasem nasz synek począł się zaraz po ślubie i jest to dobitny argument za tym, że akurat ja jestem w tych kwestiach zdrowy. Dodam też, że obecnie staramy się o rodzeństwo dla maluszka, ale nie udaje się akurat z przyczyn od nas niezależnych. Nie miałem problemów ze wstrzemięźliwością przedślubną nie dlatego, że jestem oziębły, lecz na mocy własnej decyzji. Mocno bowiem przyjąłem w sobie to, czego na psychologii uczył mnie właśnie ksiądz Dziewiecki – że miłość jest decyzją (aktem woli), popęd czy pociąg seksualny jest zaś uczuciem. Pożądanie zaś jest innym aktem woli, na mocy którego człowiek przyjmuje uczucia popędu i daje im ujście poprzez masturbację, nieprzyzwoite myśli czy złe współżycie (również w małżeństwie). Uczucia jednak, zgodnie z personalistyczną psychologią, nie rządzą człowiekiem. Są typowe nie tylko dla niego, lecz również dla zwierząt. Tym, co spośród zwierząt wyróżnia człowieka, jest rozum i wola. Gdy odczuwasz więc (co rzeczywiście jest niezależne od ciebie) pociąg seksualny, możesz postanowić o daniu mu upustu (pożądanie), lub wykorzystaniu go ku dobru (miłość), np. gotując obiad. Są ludzie, katolicy, którzy proponują w to miejsce uprawianie sportu. Dla niektórych to może być dobre rozwiązanie. Ja, myśląc w ten sposób, potrafiłem zapanować nad sobą do tego stopnia, że rzeczywiście nie miałem z tym żadnego problemu i żadnych wątpliwości. I zawsze wierzyłem, że potrafi to przeżyć w ten sposób każdy człowiek, jeśli prawidłowo zrozumie rolę uczuć i woli w swoim życiu. Dlatego zdecydowałem się, że mogę z moją narzeczoną zamieszkać razem przed ślubem – bo byłem pewien, że z mojej strony nic jej nie grozi. I rzeczywiście – nie groziło.

By kontynuować mój wywód, muszę dodać do tego jeszcze kilka słów księdza Marka: „Jeśli zamieszkanie razem nie prowadzi do współżycia, to wiąże się z koniecznością czujności, dyscypliny, stawiania samemu sobie twardych wymagań, a sobie nawzajem stanowczych granic we wzajemnym kontakcie, w gestach bliskości, w okazywanej czułości. Trwanie w czystości, gdy jest się młodym, zdrowym i zakochanym człowiekiem, gdy w dzień i w nocy przebywa tuż obok nas osoba, którą jesteśmy – także fizycznie (!) – ogromnie zauroczeni, to wręcz heroiczne wyzwanie i wystawianie siebie na niepotrzebną próbę panowania nad ciałem. Łatwo wtedy o porażkę, a wygranie takiej próby dużo kosztuje, ma swoją cenę. I to cenę wysoką! Jest nią konieczność nieustannego zachowania ostrożności i zdrowego rozsądku. On i ona są zmuszeni tłumić spontaniczność we wzajemnym kontakcie, bliskości, w okazywanej sobie czułości. (…) Taka – podjęta z troski o czystość – czujność i ostrożność we wzajemnych kontaktach utrwala się w jego i jej myśleniu oraz w ich codziennych zachowaniach. Zaczyna być coraz większym ciężarem tu i teraz, a w przyszłości może doprowadzić do przekonania, że w odniesieniu do zachowań seksualnych nie wolno zdawać się na spontaniczność, że trzeba tu być ciągle czujnym i ostrożnym. Jeśli on i ona pobiorą się, to miesiące czy lata (…) ich walki o panowanie nad sobą po to, by żyć w czystości, mogą zaburzać radość i spontaniczność seksualnej bliskości w małżeństwie. Nie warto się na to narażać!” Te słowa można by uznać za mądry argument, bo skoro wyrabiamy w sobie postawę walki z popędem, to w małżeństwie będzie to trwało nadal i niszczyło ludzkie współżycie. Ale tu jest pewien znaczący haczyk! Kto bowiem powiedział, że radosne współżycie oznacza spontaniczne współżycie? Kto powiedział, że w małżeństwie należy się poddać popędowi, zamiast niepotrzebnie z nim walczyć? Być może ktoś owszem, ale nie należę do osób, które tak mówią. Czystość i opanowanie przed ślubem, wstrzemięźliwość, a nie walka, powinny być zawsze kontynuowane po ślubie. Bez względu na to, czy przed nim ze sobą mieszkaliśmy, czy nie. Gdyby powiedzieć, że współżycie małżeńskie powinno być z natury spontaniczne, to wykluczałoby ono szereg spraw, z których niektóre są aprobowane, a inne wręcz polecane przez Kościół.

Po pierwsze więc NPR, czyli naturalne planowanie rodziny. Jeśli założymy, że małżeństwo chwilowo odkłada poczęcie dziecka, to musi siłą rzeczy odłożyć również współżycie w okresie płodnym. Dodać należy, że kobieta w okresie płodnym odczuwa większy pociąg seksualny, a mężczyzna odczytuje jej sygnały i również działa w podobny sposób. Zupełnie oczywistym byłoby więc dla nich spontaniczne współżycie w okresie płodnym, ale jednocześnie odkładają poczęcie i współżyć nie mogą. Albo mogą więc zachować wstrzemięźliwość (a nie walczyć) i przełożyć swoje napięcie na coś innego, albo spontanicznie, wciąż odkładając poczęcie, zacząć używać antykoncepcji. Co oczywiście jest absolutnie niedopuszczalne, o czym każdy katolik wie. Jeśli więc powiemy: współżycie w małżeństwie powinno być spontaniczne, musimy wykluczyć jakiekolwiek racjonalne planowanie rodziny, na jakie nawet Kościół się zgadza. To znaczy: będziemy mieć tyle dzieci, ile Pan Bóg zechce, choćbym miała kopnąć w kalendarz…

Druga rzecz to wstrzemięźliwość w przypadku różnych chorób, zagrożonej ciąży itp. Są sytuacje, kiedy kobieta nie powinna współżyć przez okrągłe 9 miesięcy, ze względu na bezpieczeństwo noszonego w łonie dziecka. Albo wyobraźmy sobie, że jedno ze współmałżonków jest nosicielem wirusa HIV. W tej sytuacji współżycie nie powinno być w ogóle brane pod uwagę, aby nie narażać na śmierć współmałżonka i potencjalnych dzieci (oczywiście i w tej sytuacji antykoncepcja jest wykluczona – nawet jeśliby nie była, pamiętajmy o jej niskiej skuteczności jeśli chodzi o przepuszczanie wirusów). To oznacza, że wszelkie przejawy spontanicznego współżycia są wykluczone przez 9 miesięcy, albo przez całe życie! Nazwiemy to niepotrzebną walką z popędem, czy opanowaniem i wstrzemięźliwością? Jeśli ufamy, że coś takiego jest możliwe w małżeństwie, gdzie przecież dwie osoby przebywają wspólnie i blisko siebie przez długi czas, dlaczego podobną sytuację przed małżeństwem nazywamy walką i czujnością? Czy wydaje nam się, że małżonkowie, w przeciwieństwie do narzeczonych, nie mogą tęsknić za czułością i intymnością? Ks. Maliński, o którym wcześniej wspominałem, powiedział, że w małżeństwie nawet są takie sytuacje, w których lepiej, żeby mężczyzna spał w osobnym łóżku. Może takie właśnie sytuacje właśnie miał na myśli. O cokolwiek by mu chodziło, we mnie budzi to tylko uśmiech. Bo mężczyzna, który potrafi racjonalnie myśleć, podejmować mądre decyzje i panować nad sobą, może przespać całe życie z kochaną osobą, nigdy z nią nie współżyjąc.

Trzecia wreszcie rzecz, popierana przez Kościół, choć niekoniecznie stawiana za wzór, to białe małżeństwa. Ludzie, którzy żyją razem jako mąż i żona, ale ze sobą nie współżyją. Są oziębli seksualnie? Może, ale na pewno nie zawsze. Zazwyczaj jednak po prostu postanawiają się oddać Bogu w małżeństwie w ten właśnie sposób. Zgodnie z naszą wiarą Maryja i Józef byli takim właśnie małżeństwem. Maryja pozostała na zawsze dziewicą. Czy Józef był aseksualny? Nie wolno nam tak mówić! A więc jednak odczuwał pociąg do najpiękniejszej kobiety świata. Maryja była niepokalanie poczęta, ale czy to oznacza, że nie wiedziała co to pociąg seksualny? Skądże znowu! Przecież Adam i Ewa, zgodnie z objawieniem, jeszcze żyjąc w Raju dostali nakaz „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Człowiek bez grzechu pierworodnego – a należała do takich również Maryja – otrzymał pociąg seksualny w akcie stworzenia. A mimo tego, że nie byli oziębli seksualnie i nie zrezygnowali ze wspólnego zamieszkiwania po ślubie, Józef i Maryja nigdy ze sobą nie współżyli. Walczyli z popędem i spontanicznością? A może raczej żyli w czystości, która w tej sytuacji była tożsama ze wstrzemięźliwością? Maryja była bezgrzeszna, ale współżyjąc ze swoim mężem grzechu by nie popełniła. Mimo tego okazuje się, że da się przeżyć życie bez współżycia, jednocześnie mieszkając pod jednym dachem.

Wreszcie jest jeszcze coś takiego jak cnota. Rozumiem ją jako wewnętrzną niemożność zrobienia czegoś złego. Można nie chcieć lub nie lubić palenia papierosów, lecz można mieć wyrobioną cnotę niepalenia, a więc coś w rodzaju wewnętrznej blokady. To samo dotyczy – i w mojej sytuacji dotyczyło – współżycia przedmałżeńskiego. Założenie konieczności spontaniczności współżycia wyklucza istnienie cnoty, niestety…

Kolejnym często podejmowanym tematem w przypadku wspólnego zamieszkiwania przed ślubem jest zgorszenie. I tym ksiądz Marek postanowił się zająć. Napisał m.in.: „Zwykle w takiej sytuacji najbardziej cierpią rodzice jego i jej. Z kolei dla rodzeństwa jest to zły przykład. Zdziwienie i zgorszenie jest nieuniknione także ze strony znajomych czy sąsiadów w parafii, jeśli on i ona przystępują do komunii świętej”. O rodzicach nie będę się tu wypowiadał, co do rodzeństwa – moje samo podejmuje własne decyzje, a ja mogłem dać tylko przykład zawsze podkreślając, że mieszkając z narzeczoną przed ślubem, nigdy nie współżyłem. Inna kwestia dotyczy zgorszenia w przypadku przyjmowania komunii świętej. Oboje z żoną w okresie narzeczeńskim przystępowaliśmy do komunii, dopóki nie zostało nam to zakazane. Nie robiliśmy bowiem nic, co w świetle naszego rozumienia zasługiwałoby na odłączenie. Pewnego dnia nasze wspólne zamieszkiwanie zaniepokoiło jednak jedną bliską osobę. Zapytała w rozmowie: „Dlaczego ktoś pozwala im mieszkać razem bez ślubu?” Odpowiedź rozmówcy była następująca: „Skoro widzisz ich przystępujących do komunii, to chyba możesz zrozumieć, że żyją w czystości”. Jak widać w naszym przypadku fakt przystępowania do komunii odegnał raczej zarzut zgorszenia, niż go wzmocnił – zwłaszcza, że rzeczywiście przystępowaliśmy do komunii z czystym sercem. Poza tym moim zdaniem zgorszenie jest winą osoby, która je czyni tylko wówczas, gdy rzeczywiście dopuszcza się czynu, o który jest podejrzewana. Wspólne mieszkanie przed ślubem gorszy tych, którzy dopisują sobie do tego współżycie. Jeżeli jednak współżycie nie ma miejsca, nie widzę winy osoby mieszkającej z inną osobą przed ślubem, lecz raczej fałszywe zgorszenie osoby zgorszonej.

Jeszcze jeden krótki cytat, na który chciałbym dać odpowiedź: „Zamieszkanie razem przed ślubem sprawia, że ludzie szlachetni z najbliższego otoczenia nabierają dystansu wobec konkubentów. Nie chcą bowiem swoją postawą stwarzać choćby pozorów tego, że akceptują udawanie małżeństwa przed ślubem. Chyba nikt z czytelników tej książki nie chciałby związać się i myśleć o małżeństwie z kimś, kto wcześniej mieszkał w jednym pokoju z kimś innym, nawet jeśli nie doszło do współżycia. Człowiek dojrzały i szczęśliwy chce mieć wyłączność na intymną bliskość z osobą, z którą zawrze małżeństwo”. Po pierwsze przeniosłem się z przyszłą żoną do Warszawy i w ciągu roku, podczas którego mieszkaliśmy razem bez ślubu, zawierałem przyjaźnie ze studentami II roku teologii ogólnej. Osoby te nie tylko nie odsunęły się ode mnie, ale z niektórymi z nich, które też już żyją w małżeństwie, współtworzymy wspólnotę Domowego Kościoła. Po drugie zaś ks. Marek chyba nie do końca docenia swoich czytelników, twierdząc że chyba nie ma wśród nich nikogo, kto związałby się lub poślubił kogoś wcześniej mieszkającego z kimś innym. Moja żona wcześniej była z innym facetem, a i ja miałem dziewczyny, z którymi zdarzało mi się sypiać w jednym łóżku. Najpierw: żadne z nas nie uznało, że samo spanie wspólnie z inną dziewczyną/chłopakiem było godne potępienia. Następnie zaś: każdy ma jakąś przeszłość, nie zawsze bardzo chwalebną. Każdy popełnił w swym życiu pewną liczbę grzechów. Nie może to jednak przekreślać żadnego człowieka i jego prawa do szczęścia i miłości. Oczywiście, w małżeństwie wymagam wręcz wierności i intymnej wyłączności (co nie znaczy, że nie wybaczyłbym zdrady). Jednak co było przed małżeństwem, to już minęło. Stało się. Ja wierzę w coś, co nazywam odrodzonym dziewictwem – a jako przykład stawiam Marię Magdalenę. Jeśli przeszkadzałoby mi to, co działo się między kimś obcym, a moją przyszłą żoną przed moim jej poznaniem, nie byłbym człowiekiem dojrzałym i szczęśliwym, lecz chorobliwie zazdrosnym i egoistycznym.

W tych właśnie kwestiach nie zgadzam się z księdzem Markiem. Na sam koniec dodam jeszcze wypowiedź pewnej studentki, którą ks. Dziewiecki przytacza dla ukazania zgubności wspólnego zamieszkiwania przed ślubem: „Odtąd nie ma już randek, kwiatów, tęsknoty, przygotowania się na jego czy na jej odwiedziny. Nie ma już radości dobierania stroju na kolejne wyjątkowe spotkanie. Nie ma już troski o wygląd w ten wyjątkowy wieczór raz na kilka czy kilkanaście dni. Zaczyna się szara codzienność w okresie, który powinien być czasem wyjątkowego świętowania młodości!” Ta wypowiedź jest z pewnością bardzo dobrym wyznaniem wiary dla wielu współczesnych młodych ludzi. Dla nich można nazwać ją definicją małżeństwa. Nie, nie mieszkania przed ślubem, ale właśnie małżeństwa! Przecież właśnie w małżeństwie mieszkamy razem, a nie czekamy na siebie z utęsknieniem. Ubieramy się w codzienne ciuchy, a nie coś specjalnego. Dla wielu to jest szara codzienność, w okresie nieustającej przecież młodości! Przytaczając te słowa ksiądz Marek, moim zdaniem, ukazał ludziom nie tyle negatywną perspektywę mieszkania ze sobą przed ślubem, lecz mieszkania ze sobą w ogóle, bez względu na to, czy ma się ślub, czy nie! A jednak – ja jestem w małżeństwie od niecałych 3 lat i wciąż kupuję żonie kwiaty. Wciąż zapraszam ją na randki. A najpiękniejsza i tak jest ta cała szara codzienność, która niewiele różni się od naszej szarej codzienności sprzed ślubu. Świętujemy naszą młodość, która przecież nadal trwa, żyjąc w małżeństwie. Narzeczeństwo zaś nie jest jakimś okresem wyjątkowego świętowania młodości, chodzenia na randki i pokazywania się takimi, jakimi w rzeczywistości nie do końca jesteśmy, lecz czasem przygotowania do małżeństwa. I może niektórzy wolą być w tym czasie ze sobą raczej, niż spotykać się tylko raz na kilka dni?

Nie będę omawiał całego tekstu księdza Marka, bo i tak mój wpis jest już wystarczająco długi. Dodam jeszcze tylko, że końcówka listu, na który autor książki odpowiadał, brzmiała: „Kiedy pojawił się w naszym życiu ten problem, zaczęliśmy przeglądać dokumenty przedstawiającą oficjalną naukę Kościoła. Znaleźliśmy wypowiedzi dotyczące wielu interesujących nas kwestii, ale nijak nie mogliśmy znaleźć czegokolwiek, co potwierdzałoby zło tkwiące w mieszkaniu ze sobą przed ślubem. Zastanawiam się więc, czy ten zakaz w ogóle wypływa z orzeczeń hierarchii kościelnej, czy jest tylko swego rodzaju wyrzutem sumienia kilku staroświeckich spowiedników, którzy chcą być bardziej papiescy od papieża.” Problem wydaje mi się szczególnie poważny: wyraźna wypowiedź hierarchii kościelnej ustawia bowiem takie kwestie, jak homoseksualizm, masturbacja czy współżycie pozamałżeńskie. Sam jednak mam od lat trudności ze znalezieniem czegokolwiek, co wskazywałoby na to, że Kościół oficjalnie zakazuje zamieszkiwania razem przed ślubem. Pytałem o to wielu osób i nikt nie dał mi żadnej odpowiedzi. Co ciekawe – ksiądz Dziewiecki ostatecznie również nie podejmuje tego tematu i nie udziela odpowiedzi na tak istotne pytanie. To może świadczyć o jednym: że Kościół nie wyraził swojego zdania na temat tak istotnej kwestii, jaką jest mieszkanie przed ślubem. I wypowiedzi zakazujące rzeczywiście mogą świadczyć o nadwrażliwości niektórych spowiedników…

Moje zdanie nieco zmieniło się odkąd wziąłem ślub. Trochę z żoną zazdrościmy tym osobom, które zamieszkały wspólnie dopiero po ślubie i dziś raczej odradzamy drogę, którą powzięliśmy. Z perspektywy czasu mogę więc powiedzieć, że jestem raczej przeciwnikiem mieszkania razem przed ślubem, niż jego zwolennikiem. Wciąż jednak sądzę, że mieszkanie razem bez ślubu nie jest samo w sobie złem. Może pomagać w dążeniu do tego zła (pokusy), jednak wcale nie musi – co więcej, sądzę, że mądrze rozumiane może nawet odwieść od zła. Są bowiem ludzie, dla których większą pokusą jest wykorzystanie dwóch godzin danych raz na tydzień (czyt. randka) do granic możliwości, niż ciągły wspólny kontakt z drugą osobą.

Z radosnych wiadomości: od wczoraj jestem magistrem teologii. Stąd zmiana nazwy bloga. Dziękuję z góry za gratulacje :P.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 19 komentarzy