Monthly Archives: Styczeń 2012

Rodzić rodzinnie

Wielkimi krokami zbliża się dzień narodzin naszego drugiego potomka. Właściwie to już przedbiegi – i mogę się pochwalić, że tym razem mamy córeczkę. Kiedy pisałem notkę o narodzinach G.M. zaznaczyłem, że warto będzie napisać kiedyś o wartości porodu rodzinnego. Sądzę, że w związku ze zbliżającym się rozwiązaniem będzie dobrze, jeśli podzielę się z Wami moimi na ten temat przemyśleniami.

Jeśli ktoś (jak np. dziś koleżanka z pracy) pyta mnie, czy będziemy rodzić razem, odpowiadam bez wahania: oczywiście! Zresztą już raz to przeszedłem, drugi raz jest tym bardziej oczywisty. Być może ktoś powie: taka dziś moda, na te porody rodzinne. Ja na to odpowiem: rzeczywiście, jest moda, ale ja się w życiu modą nie kieruję. Nie dlatego pragnę uczestniczyć w porodzie, że to dziś modne.

Ciążowo-mamowe czasopisma piszą artykuły podające argumenty za uczestnictwem ojców przy narodzinach dziecka. Ważnym argumentem jest tutaj to, że przynosi to ojcu ogromną radość, a potem może być dumny z tego, że był tam i mógł natychmiast zobaczyć swojego narodzonego brzdąca. Ja zaś powiem, że owszem – to naprawdę piękna i wzruszająca chwila, być tam i to zobaczyć, ale nie należy to do najważniejszych argumentów za. Dużo ważniejszym argumentem jest wsparcie. W czasie małżeńskiej przysięgi obiecywaliśmy sobie, że będziemy ze sobą w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli. Poród nie jest ani chorobą, ani złą dolą. Jest jednak niewątpliwie jednym z najtrudniejszych momentów w życiu kobiety. Dlatego właśnie mężczyzna, jej mąż i ojciec ich dziecka, powinien być przy niej szczególnie wtedy. Oczywiście – nie urodzi za nią. Ale będąc tam, będzie mógł pocieszyć, otrzeć czoło, podać wodę, pomóc zmienić pozycję, powiedzieć że kocha i że wszystko będzie dobrze. Zawołać personel, gdy nadejdzie kryzys, ochrzanić personel, gdy nastanie konieczność, wymóc na personelu bezpośredni kontakt matki i dziecka, albo zostać z dzieckiem, gdy matka będzie musiała ich na chwilę opuścić. W naszym przypadku choćby zaistniała ta ostatnia sytuacja – gdy celem usunięcia łożyska lekarz musiał uśpić moją żonę, to ja zostałem z naszym synem by się nim opiekować. Oczywiście, że mężczyzna nie będzie w tym wszystkim najważniejszy, ale to nie ma znaczenia – i raczej w ten sposób się w czasie porodu nie myśli. A i tak w gruncie rzeczy w co bardziej ludzkich szpitalach to mężczyzna jest odpowiedzialny za wiele spraw – nie tylko za przecięcie pępowiny, ale choćby za ogrzanie dziecka po porodzie (owija się je w pieluszki ogrzane wcześniej na ciele taty, tak by było mu ciepło i by chłonęło ojcowską florę bakteryjną). Jednak najważniejsze jest wsparcie dla żony. Podobno bliskość najukochańszej osoby potrafi wielokrotnie obniżyć nawet fizyczny ból.

A teraz kilka kwestii, co do których osobiście się nie zgadzam. Przytoczę tu fragmenty z artykułu publikowanego w lutowym numerze M jak Mama (str. 94-95), czyli „Rodzić we dwoje”. Autor artykułu, Tomasz Czarnecki, pisze np. „To przecież ona rodzi, a jesteś na pewno przekonany, że nigdy w życiu nie chciałbyś tego przeżywać, co będzie musiała przeżyć ona”. Czyżby? Otóż na pewno wcale nie jestem przekonany. Co więcej: kiedy byłem młodszy, marzyłem o tym, bym mógł rodzić dzieci, aby choć z jednej z kobiet móc zdjąć ten trud i ból. Dziś uczestniczę w porodzie dlatego również, że przynajmniej część tego bólu chciałbym wziąć na siebie, choć wiem, że niewiele mogę. Tak więc pan Czarnecki się myli, mówiąc „na pewno” i zwracając się do każdego czytelnika. Bo ja akurat na pewno nie.

Druga rzecz to kwestia intymności: „Przy okazji dobra rada dla ciebie: nawet jeśli istnieje takie przyzwolenie, czasem lepiej odwrócić głowę, by nie zobaczyć pewnych sytuacji. Zdaniem naocznych świadków, są widoki, które pozostawiają trwały ślad w męskiej psychice. Dlatego polecamy miejsce za głową partnerki lub obok niej. Pisząc wprost: nie warto zaglądać między nogi, bo podczas porodu widok nie musi być najwspanialszy”, a skądinąd kobieta może nie chcieć twojej obecności, ponieważ może kierować nią „obawa o utratę resztek intymności”. To mi też przypomina znane i kłamliwe hasło roznoszone przez kobiety: „Przecież nie będzie patrzył ci między nogi, tylko głęboko w oczy”. Po pierwsze: skoro teraz preferuje się porody na stojąco, kucąco, siedząco, to jak ten „partner” ma znaleźć się koło głowy partnerki i patrzeć jej w oczy? Ale, nawet jeśli poród odbywa się na leżąco (nasz taki był, przez wzgląd na jego przebieg, a nie na wrogość personelu), to po drugie: jak wyobrazimy sobie patrzenie prosto w oczy kobiecie, która właśnie napręża się w skurczach? Resztki intymności kobieta utraciła poczynając z mężczyzną dziecko (a tak naprawdę nie utraciła ich, tylko podzieliła się nimi z tymże mężczyzną). A że „między nogi” wyglądają trochę inaczej, niż poza czasem porodu naprawdę nie powinno mieć, moim zdaniem, znaczenia. Jeśli, mężczyzno, jesteś mężem swojej żony, to przyjdzie ci ją oglądać naprawdę w różnych sytuacjach w ciągu życia. Nie zawsze będzie w tym czasie umyta i pachnąca – choć zawsze będzie piękna. Co więcej – właśnie kiedy nie będzie umyta i pachnąca, może najbardziej ciebie potrzebować. Jak to było ze mną? Kiedy G.M. zaczął wychylać główkę, położna rzekła: „Proszę, widać główkę, niech pan patrzy”. No i co? Spojrzałem, oczywiście. To nie był odruch, którego żałowałem. Ja nigdy nie twierdziłem, że będę w tym czasie stał przy głowie mojej żony i patrzył jej w oczy. Jesteście małżeństwem? Jesteście dla siebie w dobrej i złej doli? To oddajcie sobie nawzajem resztki swojej intymności. I nie martwcie się. Niektórzy twierdzą, że takie „patrzenie” może wywołać traumę i odrzucić człowieka od współżycia? A ja sądzę, że to zależy od tego, z jakim nastawieniem podchodzi się do swojej żony. Czy jesteś z nią po to, by ci pachniała? Czy po to, by ją wspierać i kochać bez względu na wszystko? Jeśli druga odpowiedź jest prawidłowa, to ja nie wierzę w żadne męskie poporodowe traumy. Dla mnie to była tylko radość z uczestnictwa i obecności.

Gdy żona po raz pierwszy zaszła w ciążę, informowaliśmy wszystkich słowami „Jesteśmy w ciąży”. Te słowa niejednokrotnie wywoływały ludzką wesołość. A jednak uparcie je powtarzaliśmy, bo to było nasze dziecko od poczęcia, razem w tę ciążę zaszliśmy, razem w niej byliśmy, razem rodziliśmy i razem wychowujemy. Dlatego też jestem za porodami rodzinnymi – pod warunkiem, że ta rodzina to mąż i żona, a nie żona i teściowa…

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Nie ma złych wilków

Ciamajda pewnego dnia przyszedł do mnie z workiem pytań (chyba już o tym wspominałem), na jedno z których udało mi się dotychczas odpowiedzieć. Pozostało ich jeszcze kilka, naprawdę ciekawych, na które również znajduję odpowiedź w swojej zteologizowanej głowie. Pytanie numer dwa zadane przez Ciamajdę brzmiało: „Czy wolno powiedzieć o drugim człowieku, że jest zły, jeśli czyni zło? Oczywiście nie po to żeby go przekreślić, ale raczej by nim wstrząsnąć. Jeśli można to czy również publicznie? A jeśli np. uważam że sam jestem zły (a tak właśnie uważam), to czy mogę mieć o sobie takie zdanie i dzielić się nim z kimś innym nie popełniając grzechu? Albo czy mogę liczyć na drugiego człowieka aby mi powiedział że jestem zły?” Na to pytanie pokrótce odpowiedziała już moja żona, trafnie zresztą, jednak i ja zdecydowałem się głębiej przeanalizować temat.

Kiedy przeczytałem ten komentarz Ciamajdy przypomniała mi się krótka „bajeczka” Bruno Ferrero, którą czytałem moim wychowanicom swego czasu na koloniach, a która szczególnie zapadła mi w pamięć. Ponieważ nie jest ona zbyt długa, przytoczę ją w całości:

Bajka o złym wilku

Adaś (trzy lata):
– Opowiedz mi bajkę o złym wilku.
Kasia (dziesięć lat):
– Ależ nie ma złych wilków, są tylko wilki nieszczęśliwe.

Nie ma złych ludzi…

Oczywiście, sprowadzenie ludzkości do myślenia dziesięciolatki, na podstawie którego należałoby stwierdzić, że człowiek niedobry jest po prostu nieszczęśliwy, nieco spłyca problem. Ale sama idea jest prawidłowa. Ludzie nie są źli. Ktoś, kto czyni zło, nie jest zły – jedynie czyni zło. Wynika to z prostej sprawy: wszystko, co Bóg stworzył, było dobre. Oczywiście, najpierw upadli aniołowie, następnie zaś ludzie, wprowadzili zło w świat. Ale stworzenie Boże, nawet po upadku, nie przestało być dobre. I żaden człowiek, który upada, nie staje się złym. Bo stworzenie jest dobre z natury. I nikogo nie wolno nam nazwać złym – ani po to, by go przekreślić, ani po to, by nim wstrząsnąć.

Istnieje wiele teorii zła. Jedni uważają, że zło realne istnieje. Wg nich np. diabeł jest złem realnym. Ja jednak, obok stwierdzenia „Nie ma złych wilków” i „Nie ma złych ludzi” posunąłbym się do przewrotnego stwierdzenia „Nie ma złych diabłów”. Gdy dziś ksiądz zapytał na kazaniu: czy diabeł jest zły? moja odpowiedź (w duchu) brzmiała „nie”. Nie dlatego, że nie jest zagrożeniem realnym dla nas. Nie dlatego, że piekło jest wieczną imprezą, a diabeł to przystojny facet z rogami i ogonkiem. Wyłącznie dlatego, że Bóg nie stworzył zła, a wszystko, co realnie istnieje jest stworzeniem Bożym. A więc – zło nie istnieje.

Czym zatem jest zło? Można by powiedzieć „Zło jest dziurą w całym”. Czy, jak mówił Augustyn, zło jest brakiem dobra. Można to wytłumaczyć na prostym przykładzie. Mamy spodnie. Upadliśmy i teraz mamy dziurę na kolanie. Dziura jest czymś, co widzimy, a więc jest realna. Jednak zróbmy tak, że weźmiemy nożyczki i potniemy spodnie, żeby została sama dziura. Nie da się. Nawet jeśli wytniemy tak, żeby pozostał tylko wąski pasek materiału, w stosunku do którego dziura będzie wielokrotnie większa, to nadal pozostanie ona dziurą w całym. A gdy przetniemy pasek w jednym miejscu, dziury już nie będzie – materiał będzie całością. Tak więc na tym przykładzie można odkryć, że właściwe zło samo w sobie nie ma istnienia – jest oparte na realnym dobru. Diabeł (Szatan), gdyby był po prostu zły, musiałby w związku z tym przestać istnieć. Człowiek „zły” również by nie istniał.

Tak więc, jak widać – nie ma realnego zła, jest jedynie zło utkwione w dobru. Diabeł jest zły tylko pozornie (choć zagrożenie od niego płynące jest niewątpliwie realne), ponieważ jego złe czyny i pokusy oparte są na dobru Bożego stworzenia, a także na tym, co diabłu wydaje się dobre. Diabeł chciał rządzić światem sam, poza zwierzchnością Boga. Nie pragnął rządzić źle. Chciał być dobrym władcą, ale dobrym w inny niż Bóg sposób. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że nie da się być dobrym inaczej, niż Bóg.

I nie ma złych ludzi. Są tylko złe czyny i zachowania, które wynikają z dobrych pobudek. Stąd też nie wolno nam sądzić ludzi („Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”), ale mamy wręcz obowiązek osądzać i oceniać ich złe czyny, czasem nawet publicznie. Nie mamy zaś prawa stwierdzać, prywatnie czy publicznie, że ktoś jest złym człowiekiem. Czy o sobie możemy tak mówić, czy mielibyśmy grzech? Ja bym tego nie podciągał pod pojęcie grzechu (chyba, że przeciw 7 [poprawka: 8] przykazaniu: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”), ale z pewnością nie mówilibyśmy prawdy. Czyniąc zło, nawet naprawdę wielkie zło, nie stajemy się złymi ludźmi. Mamy w sobie, owszem, duże braki które sprawiają, że wyglądamy lub wydajemy się sobie źli. Jednak nie jest to prawda, ponieważ zawsze możemy te braki uzupełnić godziwym dobrem.

Czy możemy liczyć na kogoś, że powie nam, że jesteśmy źli? Nie. Możemy liczyć, że dla własnego dobra nigdy nam tego nie powie.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Teoria miłości

Kiedyś, w zamierzchłych czasach, często zdarzało mi się pisać o tym, co nazywamy miłością. Zdziwiło mnie, że na tym blogu tego typu notka jeszcze się nie pojawiła. Postanowiłem więc odświeżyć sobie moją teorię na ten temat i spróbować go nieco odkurzyć.

W dalszym ciągu większość ludzi sądzi, że miłość jest rodzajem uczucia. Dlatego z łatwością mówią sobie „kocham cię”, z łatwością to również odwołują. Z łatwością, może nieco mniejszą, przychodzi im również rozwodzić się, rozstawać po wielu latach małżeństwa, bo miłość się wypaliła. Logika tego rozumowania istnieje: jeśli zakłada się, że miłość to uczucie, a uczucia (wesołość, sympatia, smutek) prędzej czy później przemijają, to oczywiście miłość też ma swój kres. Dlatego też można kochać, można przestać kochać, a można też nie wiedzieć, czy się kocha.

W dawnych czasach moja teoria miłości, różniąca się znacznie od tej klasycznej, nie cieszyła się wielką popularnością wśród osób, z którymi się nią dzieliłem. Moja teoria opiera się bowiem przede wszystkim na tym, czego nauczył mnie ksiądz Marek Dziewiecki, jak również na Hymnie o miłości św. Pawła. Miłość, zgodnie z tą teorią, jest nie uczuciem (choćby najwyższym), ale aktem woli, tj. decyzją. Miłości się nie czuje, choć wiele uczuć się z nią wiąże – i niekoniecznie są to uczucia radosne. O miłości się decyduje. Chcę cię kochać – więc postanawiam, że będę cię kochał. Czyli będę się o ciebie troszczył, dbał, opiekował się tobą i będę ci oddany, bez względu na wszystko. Co więcej, zgodnie z moim ulubionym fragmentem pawłowego Hymnu, „miłość nigdy nie ustaje”. To znaczy – nie można powiedzieć, że kochałem, ale już nie kocham.

Różnica w tych dwóch teoriach w rzeczywistości polega na pomyleniu miłości z zakochaniem. Większość ludzi odczuwa ten przypływ adrenaliny, te „motylki w brzuchu”, te nieporównywalne z żadnym innym uczuciem stany emocjonalne i mówi: „kocham”. Oczywiście w (być może niemal) stu procentach przypadków zakochanie (czyli ów stan emocjonalnych uniesień) mija, bo nie da się całego życia przeżyć na potężnym zastrzyku hormonów. I wówczas ludzie mówią „coś minęło” i „już nie kocham”. Rzeczywiście – coś minęło. Ale czy to znaczy, że już nie kocham?

Skoro miłość jest decyzją (wręcz najwyższą z decyzji, jak mówił św. Augustyn), a nie uczuciem, do tego decyzją nieustającą, to podejmuje się ją bez względu na uczucia. Czasem pod wpływem uczuć, czasem mimo ich braku. Czasem przeszkadzają mi w podjęciu jej, czasem ich brak wręcz może pomóc. Miłość, w większości przypadków, wiąże się z uczuciem zakochania i jest decydowana w związku z tymże uczuciem. Ale kiedy czas mija, kiedy uczucia, jakże piękne, ulatniają się, decyzja pozostaje, ponieważ została podjęta raz na całe życie. Sam osobiście lubię decyzje podejmowane pod wpływem tzw. chwili, o ile zdajemy sobie jednocześnie sprawę, że są to decyzje nieodwołalne.

Miłość należy zdecydować na początku. Żaden odpowiedzialny człowiek nie powinien podchodzić do drugiego człowieka nie podjąwszy co do niego decyzji w stylu „nie chcę zrobić ci krzywdy, chcę tylko twojego dobra”. Zwłaszcza wówczas, gdy przychodzi do niego po rozeznanie, czy właśnie z nim chciałby spędzić resztę życia. Oczywiście są różnie odcienie miłości i może minąć trochę czasu, nim zdecydujemy, że kochamy drugą osobę tak, jak kochalibyśmy swoją żonę/swojego męża. Ale nie licząc kilku niezobowiązujących randek, ew. muśnięć dłoni, nie powinniśmy angażować się i budować poważnego związku bez postawienia fundamentu miłości „jakby” małżeńskiej. Tzn. nie wolno nam chodzić za ręce, całować się, czasem nawet mieszkać ze sobą (albo i uprawiać seks), żeby sprawdzić, czy chcę cię pokochać, czy nie. Odwrotnie! Miłość na początku! Najpierw powinniśmy pokochać daną osobę tak, jak kochalibyśmy współmałżonka, a dopiero później możemy zacząć budować poważny związek. Z prostych przyczyn – ponieważ bez fundamentu niczego nie zbudujemy.

„Najpierw” nie znaczy „od razu”. Nie musimy pokochiwać jak współmałżonka kogoś, kto właśnie wpadł nam w oko na ulicy i kogo chcielibyśmy zaprosić na kawę. Mamy prawo z tym kimś najpierw się spotkać, rozmawiać, spotykać wielokrotnie. Poznawać się nawzajem: co lubimy robić wspólnie, co osobno, jakie jest nasze podejście do Boga (podstawa), do zasad moralnych, jak wygląda nasza przeszłość, jak plany na przyszłość itp. Ale zapamiętajmy, że nic nie będziemy w stanie zbudować, choćbyśmy nie wiem jak dobrze znali tę drugą osobę, dopóki jej nie pokochamy. Dlatego, że miłość jest fundamentem. To właśnie oznacza „najpierw” a nie „od razu”.

Czy miłość „jakby” małżeńska może nas spotkać tylko raz w życiu? Po pierwsze – nie spotkać, bo miłość nie spada na nas z nieba jak objawienie Boże. Tylko to my ją podejmujemy jako decyzję. Ale dobrze, czy można ją podjąć tylko raz? Oczywiście że nie – można powiedzieć patrząc choćby na ludzi po raz kolejny poślubionych po śmierci współmałżonka. A czy można się pomylić i kochać w ten sposób więcej niż jedną osobę przed ślubem? Nie, nie można. Ponieważ podejmując w pełni świadomą decyzję o pokochaniu kogoś, jeśli wie się rzeczywiście co ta decyzja oznacza i jakie są jej konsekwencje, nie można popełnić pomyłki. Można jednak przed ślubem kochać miłością „jakby” małżeńską więcej niż jedną osobę. Nie nazywa się to jednak wówczas pomyłką. Dlaczego można? Choćby dlatego, że nie każda twoja miłość musi zostać odwzajemniona. Załóżmy, że spotykasz się z kimś, wydaje ci się taki, jakim chciałbyś widzieć swego współmałżonka, więc podejmujesz tę decyzję, o pokochaniu go/jej jak męża/żony. Deklarujesz to, dostajesz jednak odmowę (która może wyglądać różnie – od pospolitego „kosza”, poprzez „muszę się zastanowić” po „nie wiem, czy cię kocham”, lub „kocham cię. Nie, zdawało mi się” albo „to już minęło”). Czy dlatego, że pokochałeś tę jedną osobę, nie dostałeś jednak decyzji „zwrotnej”, masz obowiązek podążać za tą osobą przez całe życie, jak wierny pies? Nie, ponieważ nie na tym polega istota miłości. Kiedy kogoś kochasz, lecz ten ktoś nie kocha ciebie, nie jesteście w stanie zbudować wspólnie żadnego związku. Ty sam nic nie zbudujesz, skoro należy budować we dwoje. Poza tym – prosta sprawa – ten, kto kocha, pozwoli odejść, jeśli tak będzie lepiej dla drugiej osoby. Czy jego miłość przemija? Nie, ponieważ miłość nigdy nie ustaje. Ona jedynie zmienia swoje zabarwienie. Człowiek, który kochał kogoś miłością „jakby” małżeńską, nieodwzajemnioną jednak, ma wręcz obowiązek, ze względu na samą miłość, zmienić jej zabarwienie i kochać tę osobę w inny sposób. Np. pomagając jej dojrzeć do miłości, choćby w stosunku do kogoś innego.

Ktoś, kto raz podejmie decyzję o miłości „jakby” małżeńskiej, nie jest nią uwiązany dożywotnio, chyba że podeprze ją kolejną, sakramentalną decyzją małżeńską. Należy jednak pamiętać, że tym rodzajem miłości należy kochać tylko jedną osobę jednocześnie. A więc nie możesz tak kochać swojej żony i jednocześnie koleżanki z pracy. Nie możesz też kochać narzeczonej i drugiej dziewczyny, która wpadła ci w oko. W pierwszym przypadku żona jest twoją wyłączną miłością, o czym postanowiłeś z chwilą wejścia w sakrament małżeństwa. Drugi przypadek jest trudniejszy i w rzeczywistości masz jeszcze szansę zmiany decyzji, ale wówczas będziesz musiał stwierdzić, że nie do końca dojrzałeś do podejmowania poważnych decyzji na całe życie. Tak naprawdę jedyną właściwą sytuacją, w której mógłbyś taką decyzję przenieść z jednej osoby na drugą, byłaby wspomniana wcześniej sytuacja, w której miłość nie jest wzajemna. Ponieważ nie da się budować związku na decyzji jednej osoby.

Teoria teorią, a praktyka praktyką. Moją żonę pokochałem zanim zacząłem z nią na poważnie rozmawiać. Wówczas już jednak znałem jej poglądy, podejście do religii i Boga, wiedziałem co lubi, a czego nie – dość wnikliwie ją bowiem obserwowałem. Na pierwszą randkę poszliśmy, gdy decyzję o wieczystej miłości miałem dawno podjętą. Zadeklarowałem ją jakoś po tygodniu, słowami „kocham cię i chciałbym spędzić z tobą życie”. Zostało to przyjęte ze zdziwieniem, ale teoria miłości u obojga z nas wyglądała podobnie, więc miesiąc później usłyszałem podobne słowa. Rzeczywiście był to moment tzw. zamkniętych furtek – kiedy to nie było już „co jeśli…” i różnego rodzaju dróg ucieczki. I zaczęło się budowanie na wspólnym fundamencie, na wspólnej podstawie, na miłości. Nieco ponad rok później byliśmy już małżeństwem. Dziś jesteśmy małżeństwem ponad trzy lata, mamy dwójkę dzieci. Zakochanie, ta pierwotna fascynacja, minęło. Ale miłość trwa, bo podjęliśmy ją raz na całe życie.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Podstępu szwedzkiego ciąg dalszy

Super Niania przytoczyła dziś na swoim FaceBookowym profilu artykuł z Wysokich Obcasów, noszący tytuł Dziecko po szwedzku. Artykuł opisuje istotę szwedzkiego raju dla dzieci. Szwecja jest krajem, w którym wolność (rozumiana także jako swoboda) dla dzieci jest oceniana jako jedna z najwyższych na świecie. To, o czym się najgłośniej mówi w świecie to fakt, że bicie dzieci (także dawanie klapsów) jest w Szwecji rozumiane jako przestępstwo i grożą za to surowe kary. Jest jednak o wiele więcej swobód, nie tylko prawnych, ale i zwyczajowych, jak choćby to, że każde dziecko w Szwecji ma prawo i zwykło mówić do każdego dorosłego na „ty”. Artykuł wspomina także o ogromnych centrach handlowo-rozrywkowych przewidzianych dla rodziców z dziećmi.

Jest kilka kwestii wymienionych w artykule w Wysokich Obcasach, które Polska mogłaby wziąć za wzór. Przykładem może być długość urlopu wychowawczego, płatnego po części w wysokości 80% pensji danego pracownika przebywającego na urlopie, przez ostatnich 90 dni zaś w wysokości podstawowej – 180 koron dziennie (czyli 87,28zł, co w przeliczeniu miesięcznym na nasze daje 2618,40zł). Urlop wychowawczy można podzielić po równo między rodziców, co pozwala na otrzymanie dodatkowej nagrody od państwa za równouprawnienie w wychowaniu dzieci. Dodatkowo na każde dziecko do 16 roku życia przypada zasiłek w wysokości 1050 koron miesięcznie (czyli 509,14zł). To nie wydaje się bardzo dużo, ale w Polsce przez jakiś czas otrzymywałem zasiłek dla najuboższych ze względu na wychowanie dziecka i wynosił on 64 złote miesięcznie… W Szwecji zaś owe 1050 koron dostają najubożsi i najbogatsi (wliczając w to rodzinę królewską). Wygląda więc na to, że Szwecja jest rzeczywiście państwem bardzo prorodzinnym. Niestety są też ciemne strony tej sytuacji…

Nie mówię tu o karaniu za bicie. Choć oczywiście nie jestem zdania, jakoby należało wsadzać kogokolwiek do więzienia za danie klapsa dziecku. Jestem gorącym przeciwnikiem kar cielesnych, a jak widzę na ulicy tatusia czy mamusię, którzy karcą dziecko klapsem, to mam ochotę sam podejść i dać takiemu rodzicowi w twarz. Jednak do więzienia bym za to nie wsadzał i praw rodzicielskich bym nie odbierał. Są jednak inne problemy. Może właśnie w tym widzę największy, że dzieci mają wyjątkowo wysoki poziom „róbta co chceta”. Dzieci mogą prawie wszystko, a rodzice prawie za wszystko mogą ponieść karę (łącznie z podnoszeniem głosu – jest powszechnie obowiązujący nakaz, by schylali się, gdy chcą coś dziecku powiedzieć). Co więcej – chyba to jeszcze gorsze – nie rozróżnia się u dzieci płci w wychowaniu (panuje słowo „gender”, które jest lepsze i nie szufladkuje). Nie widzę problemu w tym, że chłopcy bawią się lalkami (mój syn też lubi się bawić lalkami), ale w tym, że dąży się do całkowitego zniwelowania różnic między mężczyznami, a kobietami, co jest nierealne i prowadzi do prawdziwego pomieszania z poplątaniem. Szczytem jest moim zdaniem podejście, w którym nie mówi się dziecku jakiej jest płci, tak by samo w przyszłości mogło podjąć decyzję. Kiedyś to był pojedynczy przypadek uderzający o newsy na Pudelkach, dziś to już moda i rosnąca tendencja.

Dodatkowo w wychowaniu panuje zasada „przytulić, pocieszyć, wytłumaczyć”. Kiedy ktoś kogoś uderzy, przytulamy go, odprowadzamy na bok, a potem przy wszystkich wyjaśniamy, że ktoś, kogo się uderzy, cierpi i jest nieszczęśliwy. Bez wskazywania na to kto kogo uderzył. Dobrze, że nie ma kar publicznych, jest tylko publiczne tłumaczenie. Źle, że zakłada się, jakoby dziecko w każdym wieku potrafiło zrozumieć, że coś jest dobre bo jest dobre, a coś inne złe, bo jest złe. Do dzieci w różnym wieku docierają różne argumenty. Kary i nagrody na pewnym etapie są wręcz konieczne, choć nie powinny to być klapsy i krzyki. O tym zaś szczególnie powinna wiedzieć polecająca artykuł Super Niania, propagatorka metody oddalenia na Polskę (czyli tzw. karny jeżyk).

Ogólnie porównałbym tendencje panujące w szwedzkim wychowaniu do współczesnego kołchozu. Wszystko z zewnątrz cudnie i pięknie, możecie robić co się wam podoba (zwłaszcza gdy macie naście lat), ale jak wyjdziecie przed szereg, to w mordę. Dostajecie pieniądze na wychowanie swoich dzieci, rzeczywiście duże pieniądze (też bym tak chciał), ale jak będziecie wychowywać według innych niż nasze kryteriów, to w mordę.

Polka, która mieszka od niedawna w Szwecji, udziela odpowiedzi na kilka pytań odnośnie ingerencji w wychowanie. Choć w większości ma pozytywne odczucia, bo ludzie rozumieją problemy dzieci i się nad nimi pochylają, to stwierdza również: „Minusy? Odczuwam lekką ingerencję państwa w moje decyzje dotyczące wychowania dzieci. Nie umiem powiedzieć, na czym to polega. Moja koleżanka poprosiła niedawno nauczycielkę o to, żeby córka nie brała prysznica po wuefie, bo była chora. Wezwano ją do szkoły na rozmowę, żeby sprawdzić, czy nie jest to przypadkiem wymówka do ukrywania śladów po biciu.”

Niestety, ja nie nazwałbym tego lekką ingerencją w decyzje dotyczące wychowania. Jeśli nie życzę sobie, by moje dziecko brało prysznic po wuefie (bo przykładowo nie chcę, by oglądało i było oglądane nago przez inne dzieci), to nie muszę być sprawdzany, czy biję moje dziecko, czy jednak nie.

Podsumowując: wkład pieniężny państwa w wychowanie dzieci jest czymś wspaniałym i bardzo atrakcyjnym. Sami planujemy wielodzietną rodzinę, ale o ileż ciekawsze byłyby to plany, gdyby zamiast tysięcznego becikowego państwo dawało nam pięćset miesięcznie? Jednak z drugiej strony stopień ingerencji państwa w wychowanie dzieci jest przytłaczający. Wolę dostawać skromne 64 złote (a przy braku dostarczonych dokumentów o zarobkach nie dostawać ich wcale), niż być wsadzonym do więzienia za to, że czasami podniosę głos na moje własne dziecko. Choć oczywiście podnoszenia głosu nie polecam.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 12 Komentarzy

W ostatniej chwili

Minęło kolejne 500 lat…

Pytania Ciamajdy są naprawdę ciekawe i dają do myślenia. I czasem rzeczywiście trzeba troszkę dłużej pomyśleć, żeby udzielić na nie odpowiedzi. Ale pozwólcie, że spróbuję.

Cała komentarzowa wypowiedź Ciamajdy brzmiała tak:

Napisałeś tak: „Może Bóg nie zmusi nikogo, by za Nim poszedł, ale to człowiek w ostatniej chwili zdecyduje, że jednak chce za Nim pójść?” W takim razie moje pytanie jest następujące. Czy to nie byłoby tak, że to właśnie owa „ostatnia chwila”, jej nieskończona powaga i znaczenie – a nie sam człowiek ze swej nieprzymuszonej woli – popychałaby go w objęcia Boga? I czy w takim razie nie mielibyśmy do czynienia ze swoistym przełamaniem wolności człowieka i jego ubezwłasnowolnieniem? Bo to nawet nie chodzi o strach przed potępieniem. Powiedzmy że człowiek by się tego potępienia nie bał. Ale dlaczego ta „ostatnia chwila” miałaby się pod względem nawrócenia wyróżniać spośród wszystkich chwil mijającego życia. Jasne, że nie musiałoby być za późno, wierzę że miłosierdzie boże sprawia, że nigdy, dopóki żyje człowiek, nie jest za późno, ale nie potrafię zrozumieć tego, że właśnie tej „ostatniej chwili” nadaje się takie znaczenie w kwestii nawrócenia. No i można zapytać, czy każdy człowiek taką ostatnią chwilę, w której mógłby się namyślić, ma zagwarantowaną. Jeśli ktoś bardzo grzeszny, no potwór wręcz, wpada pod samochód, to trudno zakładać że mógłby przed śmiercią zdążyć pojednać się z Panem Bogiem, bo on może nawet nie widziałby tego rozpędzonego samochodu za sobą. Inna sprawa, to czy nawrócenie polega tylko na przeproszeniu Pana Boga i powiedzeniu: chcę. Bo to brzmi bardzo podniośle i pięknie, ale również naiwnie i zadziwiająco nierozsądnie.

Nie istnieje żadna nieskończona powaga i znaczenie „ostatniej chwili”. Ostatnia chwila nie jest żadnym magicznym zdarzeniem. Owszem, wyraziłem swego rodzaju nadzieję, że człowiek w swej wolności mógłby nawrócić się w ostatniej chwili, co prowadziłoby do powszechnego zbawienia dzięki ludzkiemu nawróceniu. Jednak sama ostatnia chwila jako cudowne zdarzenie nie istnieje. Ciamajda ma bowiem rację: gdyby wszystko zależało od owej ostatniej chwili, byłoby to złamaniem ludzkiej, koniecznej do zbawienia świadomego, wolności. Wówczas byłoby tak, jak pisze Ciamajda, że „mielibyśmy do czynienia ze swoistym przełamaniem wolności człowieka i jego ubezwłasnowolnieniem”.

Czym zatem byłaby ta ostatnia chwila, gdyby można było przypuszczać, że rzeczywiście istnieje? Otóż część teologów wyraża swoją nadzieję, że ta ostatnia chwila mogłaby być rzeczywiście czymś wyjątkowym, ale nie ze względu na swoją ostatniochwilowość. Tłumacząc wcześniej to zagadnienie zapomniałem o najważniejszym, Bożym elemencie „ostatniej chwili”. Otóż osoby wyrażające nadzieję na istnienie ostatniej chwili interpretują ją w następujący sposób: jest to moment na samej granicy życia lub śmierci, w którym jeszcze żyjesz, ale dane jest ci już oglądać Boga. Związane jest to z tym, że za życia jesteśmy od Boga oddzieleni, po śmieci zaś oglądamy Go twarzą w twarz. Ta „ostatnia chwila” miałaby być zaś taką chwilą graniczną. Mówi się więc, że w związku z obejrzeniem i zachwyceniem się wszechogromem i nieskończoną dobrocią Boga, człowiek podejmowałby w tej ostatniej chwili ostatni akt woli, wyciągając rękę do Boga i mówiąc „amen”. Albo, jak Ciamajda napisał, „chcę”.

Oczywiście, w dalszym ciągu możemy mieć wątpliwości, czy gdybyśmy rzeczywiście w ostatniej chwili życia mieli możliwość oglądania oblicza Pana, to w ogóle moglibyśmy powiedzieć „nie chcę”. Czy mielibyśmy wybór, czy nie byłoby to przełamanie naszej wolności. Jest to jednak dylemat podobny do tego, czy Maryja mogła odmówić Gabrielowi przyjęcia Bożego Dziecka. Czy, jako bezgrzeszna, nie popełniłaby wówczas grzechu. I rzeczywiście można by powiedzieć, że Jej wola w jakiś sposób była złamana. Jednak nie wolno mieć wątpliwości, czy dokonała aktu zgody jako własnej decyzji. Nikt Jej do tego nie przymuszał, nawet jeśli wynik wyboru był z góry możliwy do przewidzenia. Tak też byłoby z „ostatnią chwilą”. Choć nie sposób prawdopodobnie ujrzeć oblicze Pana i powiedzieć „nie chcę”, to jednak zachwyt i wszechogarniająca miłość nie są powodem do odtrącenia naszej wolności. Bóg nie ciągnąłby nas na siłę w ostatniej chwili, lecz wyciągałby rękę, którą my moglibyśmy schwycić lub nie.

Można więc powiedzieć, że ta ostatnia chwila nie musiałaby wcale trwać nawet ułamka sekundy. Największa szuja potrącana przez niezauważony samochód też by ją miała. Dla Boga czas bowiem tak naprawdę nie ma znaczenia. Pozostaje jednak pytanie, „czy nawrócenie polega tylko na przeproszeniu Pana Boga i powiedzeniu: chcę”. To rzeczywiście „brzmi bardzo podniośle i pięknie, ale również naiwnie i zadziwiająco nierozsądnie”. Zgadza się, jest to coś w rodzaju patetycznej nadziei na, jednak, apokatastazę, bez względu na to, co poszczególni ludzie robili za życia. Dlatego ja nie jestem wielkim orędownikiem nawrócenia w ostatniej chwili. Sądzę, że potrzeba chociaż spowiedzi, przydałoby się też namaszczenie. Jednak z drugiej strony jest Jezusowa przypowieść o robotnikach.

Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy!” A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!” Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi» (Mt 20, 1-16).

W związku z powyższym fragmentem, gdyby liczyć, że ktoś przyszedłby do pracy w ostatniej chwili, dostałby taką samą nagrodę, jak ci, którzy pracowali od początku dnia. O ile oczywiście w ogóle możliwe jest nawrócenie w tej, teoretycznej przecież, ostatniej chwili.

Z trzeciej strony Szatan miał możliwość ciągłego oglądania Boga twarzą w twarz. A jednak podjął decyzję odwrotną, powiedział „nie chcę”. Niezbadane są wyroki Boskie. I wola Bożych stworzeń.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Kto nie lubi Owsiaka ma wstać, ma wstać, ma wstać

Niestety, jeśli wstaniesz, to prawdopodobnie dla zasady dostaniesz w papę. Jerzy Owsiak należy do kultowych, nietykalnych postaci w Polsce, zaraz obok Lecha Wałęsy. Napiszesz o nim coś niepozytywnego, choćby było to poważnie uargumentowanie, i lecą na ciebie gromy. Wystarczy spojrzeć na dyskusję, która przetoczyła się przez media i blogosferę (oraz FaceBook) w związku z ostatnim finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Może patrzę mało obiektywnie, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś wyraził powątpiewanie odnośnie zasadności istnienia WOŚP, był odpierany za pomocą chamskich, wulgarnych odzywek i ośmieszania, zamiast logicznych argumentów.

Owsiak

Osobiście wrzuciłem na mój profil FB demotywator, pod którym rozpętała się burzliwa dyskusja. Na democie napisano: „Tak się stara o życie dzieci, a aborcja to dla niego coś normalnego”. Nie jestem do końca przekonany, jakimi źródłami posługiwał się przy tym autor demotywatora, ale wiemy przykładowo, że w czasie Woodstoku Owsiak krytykował wystawę antyaborcyjną jako niemal kryminogenną, gorszą od połączenia dopalaczy z wódką. Tak czy inaczej pod moim wpisem rozpętała się dyskusja, w której – o dziwo – wzięli udział sami katolicy, z których większość jest magistrowanymi teologami. Większość wpisów zaś była bardzo nieprzychylna hasłu ukazanemu na obrazku. I pojawiały się naprawdę najróżniejsze argumenty. Jeden z teologów stwierdził na przykład, w odniesieniu do komentarza o wypaczonych poglądach moralnych pana Owsiaka, że „wg Ciebie one sa wypaczone moralnie – w odniesieniu do moralności katolickiej tak? czyli od systemu wartości moralnych danej osoby zależy ocena pogladów moralnych innej osoby. zostaje miejsce na szacunek dla tych co wierzą inaczej? czuja i myślą?” To mnie nieco zszokowało – coś takiego jak prawda przestało istnieć. A przecież prawda jest jedna i liczy się prawda, a nie poglądy poszczególnych osób. Aborcja jest złem nie dlatego, że ktoś ma takie poglądy, ale dlatego że jest złem właśnie, zabójstwem drugiego człowieka.

Inny teolog argumentował za pomocą tradycyjnej gry na uczuciach. Nie uważa Owsiaka za kogoś, kogo trzeba lubić, ale kiedy był chory, jechał do szpitala karetką zakupioną przez WOŚP, więc zdaje sobie sprawę, że jaki by Jerzy nie był, robi mnóstwo dobrych rzeczy. Podobny argument spotkałem na jednym z portali internetowych, gdzie krytykowali rzeczowy głos redaktora Faktu Łukasza Warzechy słowami: „Czy naprawdę jest tak, że zmieniamy zdanie na ten temat dopiero wtedy, kiedy ktoś z naszych bliskich jest leczony za pomocą sprzętu kupionego przez Fundację? Zawsze wydawało nam się, że nikomu nie trzeba tego tłumaczyć…” Gra na uczuciach: Orkiestra ci uratowała życie, to znaczy, że jest cudowna. Otóż mój syn, urodzony z poważną chorobą wrodzoną, dostawał do krwi antybiotyk z pomocą pompy zakupionej przez WOŚP. Być może to uratowało mu zdrowie. Bardziej prawdopodobne – gdyby pompa nie miała serduszka, pompowałaby antybiotyk tak samo. Zdrowie mój syn zawdzięcza wprawnemu zespołowi medycznemu i wstawiennictwu Bożemu, a nie Jurkowi Owsiakowi.

Uderzały mnie również komentarze wskazujące, że również katolicy, a nie tylko innowiercy (jak Owsiak) są różni: tacy, co są za aborcją, homoseksualiści i zdradzający żony. Po pierwsze wrzucanie wszystkiego do jednego worka jest błędem. Zdrada jest grzechem, z którego można wyjść i się obmyć, może być jednorazowa. Homoseksualizm może być niezależnym uczuciem, na które katolik wcale nie musi odpowiadać szukając sobie chłopaka. Jedynie pogląd za aborcją jest czymś stałym, co wyklucza w dużym stopniu katolika z uczestnictwa w Kościele. Katolik nie może być za aborcją, in vitro, czy choćby antykoncepcją. Jest to postawa życiowa niezgodna z duchem chrześcijańskim – i z Prawdą w ogólnym znaczeniu. Przy okazji podobnych argumentów pojawił się kolejny cios nie będący merytorycznym argumentem: „Przydałby się też jakiś konkret, w jaki to sposób Owsiak popiera aborcję. Bo ja na przykład nie popieram, ale w przypadku gwałtu albo zagrożenia życia matki uważam, że powinna mieć ona prawo zdecydować (i na pewno już nikt nie powinien kobiety wsadzać do więzienia, jeśli zdecyduje się w jednym z tych przypadków dokonać aborcji). Zapewne niejeden moher określi takie stanowisko jako popieranie aborcji…” Uważam, że każda aborcja jest zabójstwem. Uważam, że nikt nie ma moralnego prawa decydować o zabijaniu innych osób. Uważam, że takie stanowisko jest popieraniem aborcji. Ergo – jestem moher. Czyli zaszufladkowano mnie. I ośmieszono.

Odnośnie zaś tematu, który skrzętnie omijam. Czy Owsiak jest zwolennikiem aborcji – nie wiem. Nie słyszałem jego głosu, jakoby opowiadał się przeciwko, z pewnością jednak krytykował wystawę i nie wyciągnął żadnych konsekwencji za zniszczenie jej. No i słyszałem, że twierdził jakoby aborcja była wyborem kobiety. Spoko. Ja, jako katolik, nie muszę popierać i wrzucać do puszki pieniędzy dla kogoś, z kim moralnie się nie zgadzam. Dlatego też unikam kupowania Milki (zdjęli kilka lat temu z konkursu wygrywające hasła w stylu „Bóg Cię kocha”, jako urażające uczucia religijne). Kiedyś szanowałem Owsiaka za to, co robi, ale zdążyłem też przejrzeć parę dokumentów i zrozumieć, że po pierwsze: koszt Finału WOŚP może wielokrotnie przekraczać zyski uzyskane z niego (a więc bardziej warto byłoby przeznaczyć publiczne pieniądze wydawane przez samorządy na organizację koncertów na zbiórkę i zakup sprzętu). Po drugie: jest różnica między Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, a Finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Finał jest raz do roku i całość zebranych w jego trakcie pieniędzy wędruje na zakup sprzętu. WOŚP działa zaś przez cały rok, a wydatki z niej idą na najróżniejsze rzeczy, często wcale nie na to, czego wpłacający by chcieli. Wypisek z oficjalnej strony WOŚP: „Dodatkowo zdobyte w ciągu roku pieniądze, o których pisaliśmy wyżej, Fundacja przeznacza na: (…) organizowanie koncertów będących podziękowaniem dla młodych Polaków za zaangażowanie w coroczne Finały.” Co z tego wynika? Że owszem, prawdopodobnie pieniądze wpłacane w ciągu roku, np. poprzez 1% podatku, na WOŚP są wydawane m.in. na Woodstok. Który to Woodstok wątpliwe we mnie uczucia wywołuje.

Podsumowując: Jerzy Owsiak nie jest postacią przeze mnie lubianą. Boli mnie, że nie jest katolikiem (jego wybór) i ma własną moralność (jego wybór), a Finał organizuje w okolicy Bożego Narodzenia. I to zawsze w niedzielę. Choć w sobotę przecież więcej osób przyszłoby do niego na koncert. Jednak w niedzielę ludzie wchodzą i wychodzą do kościoła, a wolontariusze WOŚP, która z katolicyzmem nie ma zbyt wiele wspólnego, żerują pod kościołami. Wybór niedzieli na finał jest więc logiczny. Ja nie lubię Owsiaka i jego Orkiestry. Nie lubię obrońców Owsiaka, którzy często szczekają lub grają na uczuciach, zamiast logicznie argumentować (Skiba: jest tak fajnie, ludzie się jednoczą, mogą się zabawić i zrobić coś dobrego. Świetny argument). Nie lubię całej tej otoczki, całego szumu, który musi kosztować, nawet jeśli samorządy wszystko same opłacą, a więc cała zebrana kasa pójdzie na sprzęt. Bo opłacą to z naszych podatków.

A pieniądze możemy wpłacić na Caritas. Podobno zbierają dorocznie ok. 300mln złotych więcej niż Orkiestra. Tylko nie szumią tak, ja tamci, nie są tak medialni. I wydają zdecydowanie większy procent swoich zysków na potrzebujących, niż robi to WOŚP. Choć niekoniecznie musi to być sprzęt medyczny.

„Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.” Mt 6, 2-4.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 43 Komentarze

Chrzcić albo nie chrzcić – oto jest pytanie

Znajomy przeżywa pewien dylemat, z którym o pomoc zgłosił się do mnie. Dotychczas nie wypowiedziałem się w sprawie zbyt kategorycznie, ale pomyślałem, że mogę udzielić odpowiedzi zgodnej z moim sumieniem i umieścić ją na blogu, ponieważ z pewnością wiele osób przeżywa podobne dylematy.

Znajomy jest dziadkiem, wnuk jest malutki, rodzice nie mają z Kościołem zbyt wiele wspólnego. Przypuszczam, że uważają się za katolików, jednak do kościoła nie chodzą, nie uczestniczą w życiu wspólnoty. Nie do końca wiadomo, czy wierzą w Boga, bo głupio nie wierzyć, czy nie wierzą w Niego wcale. Jest jednak ten moment, w którym wypadałoby dziecko ochrzcić. Rodzice mają co do tego wątpliwości, dziadkowie naciskają, choć sami do katolickich ortodoksów nie należą. No ale wypada, bo tak się robi. Rodzice z kolei twierdzą, że to powinna być osobista decyzja dziecka – więc powinno samo pójść do chrztu, jak już będzie odpowiednio dojrzałe. I właśnie znajomy, który należy do naciskających dziadków, zwraca się do mnie po poradę, bo nie jest już sam pewien, czy niewierzący/niepraktykujący rodzice powinni zanosić dziecko do chrztu, bo tak wypada.

Moja odpowiedź nie jest prosta. Oczywiście – nie powinno się, a wręcz nie należy zanosić dziecka do chrztu, bo tak wypada. Chrzest to sakrament, to obecność żywego Chrystusa w naszym życiu. Żadnego sakramentu nie wolno przyjmować dlatego, że tak wypada, czy że taka jest polska tradycja. Np. na co dzień niepraktykujący mężczyzna pójdzie w święta na pasterkę, bo taka tradycja. Albo młodzież idąca ciągiem do bierzmowania bo tak się robi, po czym rezygnująca z uczestnictwa w Kościele na zawsze. Podobnie jest z dzieckiem zanoszonym do chrztu – nie wolno nam tego robić dlatego, bo tak się robi. Przy okazji odskocznia – po czym poznać, że dziecko jest zanoszone do chrztu, bo taka jest tradycja? Po tym, że matka, matka chrzestna, albo obie jednocześnie, mają na sobie mini krótsze niż kiedykolwiek w życiu.

A więc nie wolno zanosić dziecka do chrztu bo taka tradycja. Chrzczenie dziecka, które jeszcze nie jest w stanie podjąć samodzielnie decyzji o tym, czy chce być ochrzczone, jest bowiem poważnym, wymagającym zadaniem dla rodziców i rodziców chrzestnych. Podczas obrzędu chrztu to rodzice deklarują, że będą wspierać rozwój wiary swojego dziecka, a chrzestni – że będą im w tym pomagać. A więc chrzcząc dziecko, rodzice deklarują wiarę i zaangażowanie własne, a nie dziecka. Jeśli tej wiary i zaangażowania nie ma, chrzest jest udzielany w kłamstwie. Jest ważny – bo jako sakrament dotyczy dziecka, a nie rodziców – ale jest udzielany ze względu na przysięgę składaną kłamliwie. Kolejna odskocznia – jeśli ciż sami rodzice wcześniej zawierali ślub sakramentalny, to – zawarty kłamliwie (np. przysięgamy po katolicku wychować potomstwo) – jest on od początku nieważny.

Czy należy więc chrzcić? Co na temat chrzczenia dzieci mówi Kodeks Prawa Kanonicznego?

Kan. 867 – § 1. Rodzice mają obowiązek troszczyć się, ażeby ich dzieci zostały ochrzczone w pierwszych tygodniach; możliwie najszybciej po urodzeniu, a nawet jeszcze przed nim powinni się udać do proboszcza, by prosić o sakrament dla dziecka i odpowiednio do niego się przygotować.
§ 2. Jeśli dziecko znajduje się w niebezpieczeństwie śmierci, powinno być natychmiast ochrzczone.

Kan. 868 – § 1. Do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się:
1° aby zgodzili się rodzice lub przynajmniej jedno z nich, lub ci, którzy prawnie ich zastępują;
2° aby istniała uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku; jeśli jej zupełnie nie ma, chrzest należy odłożyć zgodnie z postanowieniami prawa partykularnego, powiadamiając rodziców o przyczynie.
§ 2. Dziecko rodziców katolickich, a nawet i niekatolickich, znajdujące się w niebezpieczeństwie śmierci, jest godziwie chrzczone, nawet wbrew woli rodziców.

Jak możemy więc w Kodeksie przeczytać, zaleca się, a wręcz zobowiązuje rodziców do niemal natychmiastowego ochrzczenia dziecka, w pierwszych tygodniach życia. Kanon 867 nie wspomina przy tym, aby chodziło tu tylko o rodziców katolickich. Rodzice mają obowiązek chrzcić w pierwszych tygodniach, a nie, jak to jest dziś w modzie, pozwalać dziecku już dojrzałemu samodzielnie podejmować decyzję. Za takim postawieniem sprawy stoi kilka argumentów. Przede wszystkim w Piśmie Świętym możemy przeczytać, że chrzest zmywa grzech pierworodny. Tym samym sprawia, że szatan traci władzę nad nami, którą to władzę do tego momentu posiadał. To oznacza, że człowiek ochrzczony jest bardziej podatny na działanie Boga, na religijną formację i wychowanie do modlitwy. Po drugie, w innym miejscu Pismo mówi, że w ochrzczonym mieszka Duch Święty. A to oznacza, że choć Duch działa z zewnątrz na nieochrzczonego, bo do każdego człowieka Duch ma dostęp z zewnątrz, to jednak nie może być w nim, działać od środka. A Duch mieszkający w człowieku jest w stanie o wiele lepiej ukierunkować go ku Bogu. I po trzecie – Pismo mówi też, że tylko ochrzczony będzie zbawiony. I choć istniały przez wieki najróżniejsze teorie na temat tego, co po śmierci dzieje się z dziećmi nieochrzczonymi, nadal sugeruje się, by w obliczu śmierci chrzcić każdego bez względu na wszystko (Stąd §2 Kanonu 868). Bo, mimo aktualnej przewagi teorii o miłosierdziu u współczesnych teologów, nadal Pismo mówi wyraźnie, że ochrzczony będzie zbawiony. I nadal nie wiemy, co dzieje się z nieochrzczonymi dziećmi po śmierci.

Jednak Kanon 868 – §1. 2° twierdzi, że jeśli brak jakiejkolwiek nadziei na katolickie wychowanie dziecka, chrzest należy odłożyć. Względy katolickiego życia przeważają więc nad potrzebą ochrzczenia – ponieważ chrzest ma być zaczątkiem katolickiego życia, a nie pustą, głupią tradycją. Należy jednak pamiętać, że w Polsce nadal Kościół ma duże znaczenie. W szkołach i przedszkolach są katecheci prowadzący lekcje religii katolickiej (a nie religioznawstwa). Nadzieja na katolickie wychowanie w Polsce więc pojawia się częściej, niż np. w Japonii czy niektórych krajach Afryki. Jeśli nawet nie zajmą się tym rodzice, jest szansa, że dziecko pójdzie w ślady mądrego katechety, wierzącej babci czy zaangażowanego w Oazie przyjaciela. Dlatego uważam, że w Polsce należy chrzcić dzieci, nawet gdy jest się niewierzącym, aby dać im bezwzględną pewność, że szanse na ich zbawienie zależne będą od ich decyzji i wiary, a nie od tego, czy obmyły się z grzechu pierworodnego, czy nie.

No i pozostaje jeszcze kwestia chrzestnych. O tym już pisałem wcześniej, można sobie wyszukać (choćby klikając w tag ‚chrzest’), ale tylko przypomnę, że to na chrzestnych spoczywa obowiązek dawania chrześniakom przykładu katolickiego życia. Zwłaszcza, gdy rodzice nie przywiązują do tego odpowiedniej wagi. Dlatego rodzice, wybierając chrzestnych, mają obowiązek bezwzględny kierować się tym, czy wybrane osoby są wierzące, praktykujące, czy Bóg jest dla nich najważniejszy, a nie tym, czy będą kupować niezmiernie drogie prezenty. Ty, Rodzicu, może nie dbasz za bardzo o sprawy Boże. Ale zadbaj, by Twoje dziecko, które zamierzasz ochrzcić, mogło to otrzymać od swoich chrzestnych!

A taki rodzinny chrzest mógłby też przy okazji być dobrym momentem do nawrócenia dziadka. Niech może chociaż on będzie gotów pokazać wnukowi, co znaczy być ochrzczonym.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 3 Komentarze