Rodzić rodzinnie

Wielkimi krokami zbliża się dzień narodzin naszego drugiego potomka. Właściwie to już przedbiegi – i mogę się pochwalić, że tym razem mamy córeczkę. Kiedy pisałem notkę o narodzinach G.M. zaznaczyłem, że warto będzie napisać kiedyś o wartości porodu rodzinnego. Sądzę, że w związku ze zbliżającym się rozwiązaniem będzie dobrze, jeśli podzielę się z Wami moimi na ten temat przemyśleniami.

Jeśli ktoś (jak np. dziś koleżanka z pracy) pyta mnie, czy będziemy rodzić razem, odpowiadam bez wahania: oczywiście! Zresztą już raz to przeszedłem, drugi raz jest tym bardziej oczywisty. Być może ktoś powie: taka dziś moda, na te porody rodzinne. Ja na to odpowiem: rzeczywiście, jest moda, ale ja się w życiu modą nie kieruję. Nie dlatego pragnę uczestniczyć w porodzie, że to dziś modne.

Ciążowo-mamowe czasopisma piszą artykuły podające argumenty za uczestnictwem ojców przy narodzinach dziecka. Ważnym argumentem jest tutaj to, że przynosi to ojcu ogromną radość, a potem może być dumny z tego, że był tam i mógł natychmiast zobaczyć swojego narodzonego brzdąca. Ja zaś powiem, że owszem – to naprawdę piękna i wzruszająca chwila, być tam i to zobaczyć, ale nie należy to do najważniejszych argumentów za. Dużo ważniejszym argumentem jest wsparcie. W czasie małżeńskiej przysięgi obiecywaliśmy sobie, że będziemy ze sobą w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli. Poród nie jest ani chorobą, ani złą dolą. Jest jednak niewątpliwie jednym z najtrudniejszych momentów w życiu kobiety. Dlatego właśnie mężczyzna, jej mąż i ojciec ich dziecka, powinien być przy niej szczególnie wtedy. Oczywiście – nie urodzi za nią. Ale będąc tam, będzie mógł pocieszyć, otrzeć czoło, podać wodę, pomóc zmienić pozycję, powiedzieć że kocha i że wszystko będzie dobrze. Zawołać personel, gdy nadejdzie kryzys, ochrzanić personel, gdy nastanie konieczność, wymóc na personelu bezpośredni kontakt matki i dziecka, albo zostać z dzieckiem, gdy matka będzie musiała ich na chwilę opuścić. W naszym przypadku choćby zaistniała ta ostatnia sytuacja – gdy celem usunięcia łożyska lekarz musiał uśpić moją żonę, to ja zostałem z naszym synem by się nim opiekować. Oczywiście, że mężczyzna nie będzie w tym wszystkim najważniejszy, ale to nie ma znaczenia – i raczej w ten sposób się w czasie porodu nie myśli. A i tak w gruncie rzeczy w co bardziej ludzkich szpitalach to mężczyzna jest odpowiedzialny za wiele spraw – nie tylko za przecięcie pępowiny, ale choćby za ogrzanie dziecka po porodzie (owija się je w pieluszki ogrzane wcześniej na ciele taty, tak by było mu ciepło i by chłonęło ojcowską florę bakteryjną). Jednak najważniejsze jest wsparcie dla żony. Podobno bliskość najukochańszej osoby potrafi wielokrotnie obniżyć nawet fizyczny ból.

A teraz kilka kwestii, co do których osobiście się nie zgadzam. Przytoczę tu fragmenty z artykułu publikowanego w lutowym numerze M jak Mama (str. 94-95), czyli „Rodzić we dwoje”. Autor artykułu, Tomasz Czarnecki, pisze np. „To przecież ona rodzi, a jesteś na pewno przekonany, że nigdy w życiu nie chciałbyś tego przeżywać, co będzie musiała przeżyć ona”. Czyżby? Otóż na pewno wcale nie jestem przekonany. Co więcej: kiedy byłem młodszy, marzyłem o tym, bym mógł rodzić dzieci, aby choć z jednej z kobiet móc zdjąć ten trud i ból. Dziś uczestniczę w porodzie dlatego również, że przynajmniej część tego bólu chciałbym wziąć na siebie, choć wiem, że niewiele mogę. Tak więc pan Czarnecki się myli, mówiąc „na pewno” i zwracając się do każdego czytelnika. Bo ja akurat na pewno nie.

Druga rzecz to kwestia intymności: „Przy okazji dobra rada dla ciebie: nawet jeśli istnieje takie przyzwolenie, czasem lepiej odwrócić głowę, by nie zobaczyć pewnych sytuacji. Zdaniem naocznych świadków, są widoki, które pozostawiają trwały ślad w męskiej psychice. Dlatego polecamy miejsce za głową partnerki lub obok niej. Pisząc wprost: nie warto zaglądać między nogi, bo podczas porodu widok nie musi być najwspanialszy”, a skądinąd kobieta może nie chcieć twojej obecności, ponieważ może kierować nią „obawa o utratę resztek intymności”. To mi też przypomina znane i kłamliwe hasło roznoszone przez kobiety: „Przecież nie będzie patrzył ci między nogi, tylko głęboko w oczy”. Po pierwsze: skoro teraz preferuje się porody na stojąco, kucąco, siedząco, to jak ten „partner” ma znaleźć się koło głowy partnerki i patrzeć jej w oczy? Ale, nawet jeśli poród odbywa się na leżąco (nasz taki był, przez wzgląd na jego przebieg, a nie na wrogość personelu), to po drugie: jak wyobrazimy sobie patrzenie prosto w oczy kobiecie, która właśnie napręża się w skurczach? Resztki intymności kobieta utraciła poczynając z mężczyzną dziecko (a tak naprawdę nie utraciła ich, tylko podzieliła się nimi z tymże mężczyzną). A że „między nogi” wyglądają trochę inaczej, niż poza czasem porodu naprawdę nie powinno mieć, moim zdaniem, znaczenia. Jeśli, mężczyzno, jesteś mężem swojej żony, to przyjdzie ci ją oglądać naprawdę w różnych sytuacjach w ciągu życia. Nie zawsze będzie w tym czasie umyta i pachnąca – choć zawsze będzie piękna. Co więcej – właśnie kiedy nie będzie umyta i pachnąca, może najbardziej ciebie potrzebować. Jak to było ze mną? Kiedy G.M. zaczął wychylać główkę, położna rzekła: „Proszę, widać główkę, niech pan patrzy”. No i co? Spojrzałem, oczywiście. To nie był odruch, którego żałowałem. Ja nigdy nie twierdziłem, że będę w tym czasie stał przy głowie mojej żony i patrzył jej w oczy. Jesteście małżeństwem? Jesteście dla siebie w dobrej i złej doli? To oddajcie sobie nawzajem resztki swojej intymności. I nie martwcie się. Niektórzy twierdzą, że takie „patrzenie” może wywołać traumę i odrzucić człowieka od współżycia? A ja sądzę, że to zależy od tego, z jakim nastawieniem podchodzi się do swojej żony. Czy jesteś z nią po to, by ci pachniała? Czy po to, by ją wspierać i kochać bez względu na wszystko? Jeśli druga odpowiedź jest prawidłowa, to ja nie wierzę w żadne męskie poporodowe traumy. Dla mnie to była tylko radość z uczestnictwa i obecności.

Gdy żona po raz pierwszy zaszła w ciążę, informowaliśmy wszystkich słowami „Jesteśmy w ciąży”. Te słowa niejednokrotnie wywoływały ludzką wesołość. A jednak uparcie je powtarzaliśmy, bo to było nasze dziecko od poczęcia, razem w tę ciążę zaszliśmy, razem w niej byliśmy, razem rodziliśmy i razem wychowujemy. Dlatego też jestem za porodami rodzinnymi – pod warunkiem, że ta rodzina to mąż i żona, a nie żona i teściowa…

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | 5 komentarzy

Zobacz wpisy

5 thoughts on “Rodzić rodzinnie

  1. Marek Piotrowski

    Myślę że to dobre pod jednym warunkiem: że małżonkowie naprawdę tego chcą. Tj. że kobieta nie będzie przez obecność męża miała dyskomfortu (psychicznego) oraz ze dla niego nie będzie to traumatyczne przeżycie.
    No i oczywiście jeśli nie ma poważnych komplikacji (wówczas małżonek przeszkadza w czynnościach medycznych).
    Żałuję że oba porody mojej Żony były w takich okolicznościach (zagrożenie) ze (wcześniej zgadzający się na poród rodzinny) położnik prowadzący nie dopuścił mnie do udziału w porodzie.

  2. Drogi Maurycy, rozbawiłeś mnie tym wpisem. Masz szczęście, którego Ci zazdroszczę, gdyż mnie nie było dane uczestniczyć w tej pięknej chwili narodzin moich dzieci, choć bardzo tego chciałem. Dwadzieścia kilka lat temu udział ojców uważany był za fanaberie opisywane w gazetach, a nie coś naturalnego.
    Mój udział w życiu dzieci zaczął się od codziennego kąpania.

    Dużo radości z rodzenia i bycia razem w tym momencie dla Was dwojga.

  3. Ciamajda

    „Przy okazji dobra rada dla ciebie…”. Och, już sam początek tego zdania sprawia że mam ochotę wytarzać się po podłodze ze śmiechu! :)

    Przyłączam się do życzeń!

  4. Irenka

    Zakończył Pan szczerze, w piekny sposób pokazał Pan swój prawdziwy stosunek do żony!!!!!~Przecież ta cholerna Teściowa urodziła Pana żonę!!!!!.Więc żeby Pan dalej plutł ,i plutł o Pana nadzwyczajnej ,wyjątkowewj miłości do żony ,to ja nie dałbym absolutnie wiary!
    Nie prawda jest ,że przyszła moda na rodzinne porody -ona byla zawsze,ale na jakiś czas wyszla z mody …
    Jestem teściową i współuczestniczyłam w porodzie mojego dziecka…
    Ma Pan w sobie egoizmu na 10 chłopów!

  5. Przypuszczam, że przez przypadek popełniła Pani „freudowską” omyłkę. Chyba chodziło Pani o współuczestnictwo w porodzie swojego wnuka? Nie jest to bynajmniej Pani dziecko, lecz dziecko Pani córki i jej męża. Podświadomie wydaje się ono jednak być dla Pani dzieckiem Pani i Pani córki…

    Bardzo szanuję moją teściową, to że urodziła moją żonę, że wychowała ją i naprawdę wiele jej (nam) dała. Mimo tego będę się upierał, że przy mojej żonie jest moje miejsce, a nie miejsce jej mamusi. W dniu ślubu relacje się zmieniają, matka przestaje być mamusią córusi. Jeśli zechce – zyskuje syna na mało matczynych warunkach. Jeśli nie – straci córkę i nic nie zyska. Bynajmniej nie z winy córki, ani zięcia.

    Być może ma Pani nadzieję (piszę być może, bo nie mam pojęcia), że Pani córka pewnego dnia rzuci tego drania w cholerę i wraz z wnukami przeprowadzi się ponownie do Pani. W takich sytuacjach i ja życzę mniejszej dawki egoizmu i troszkę pokory. Oraz, żeby nadzieja nigdy się nie spełniła. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s