Mój syn nie jest mułem amiszów, a ja nie jestem za biciem dzieci

Notka planowana od jakiegoś czasu już, w związku z niedawno rozpętaną dyskusją pod dalszym ciągiem podstępu szwedzkiego. Ale zanim zdążyłem odnaleźć w sobie natchnienie, do wątku dołączyły nowe rewelacje. Mianowicie, znów dzięki profilowi Super Niani, trafiłem na książkę w Polsce wydaną i promowaną przez katolickie wydawnictwo Vocatio, pod wiele mówiącym tytułem „Jak trenować dziecko?”, autorstwa Michaela i Debi Pearl. Opis książki, jak również wystarczającą ilość bezpłatnie udostępnionych fragmentów, by zrozumieć główne jej tezy, możemy znaleźć NA STRONIE wydawnictwa. Choć odnoszę dziwne wrażenie, że w ciągu kilku ostatnich dni przytoczony fragment uległ zmianie, będę się z nim musiał zapoznać od nowa. Spróbuję się tu jednak skupić na tym, co przeczytałem wcześniej, nie mogąc się jednak podeprzeć dokładnymi cytatami.

Otóż trening oznacza w tym przypadku nie do końca nawet trening, lecz spokojną i regularną tresurę dziecka od najmłodszych lat. Rodzic, który chce wychować swoje dziecko na bezwzględnie posłuszne, powinien ćwiczyć je w posłuszeństwie od najmłodszych lat, a nawet miesięcy. Aby ćwiczyć, konieczna jest obecność dziecka, rodzica, chwili czasu i, obowiązkowo, rózgi. We fragmencie, który przeczytałem wcześniej, mogliśmy znaleźć kilka przykładowych opisów takiego ćwiczenia. Oto na przykład mamy dziesięciomiesięczne dziecko, które uczy się chodzić. Ponieważ zaś umie już chodzić, powinno jednocześnie nauczyć się przychodzić na zawołanie. Tak oto siadamy w innym pokoju, wcześniej dając dziecku zabawkę, która ma je zaabsorbować (a więc stwarzamy sytuację do ćwiczenia). Następnie, kiedy widzimy, że dziecko zatopiło się w zabawie, wołamy je do siebie. Ponieważ dziecko nie przychodzi, idziemy do niego, tłumaczymy o co nam chodziło i przyprowadzamy na miejsce. Następnie odprowadzamy ponownie do zabawki, czekamy aż się nią zajmie, po czym znów wołamy. Skoro dziecko nadal nie przychodzi, wracamy do dziecka, uderzamy dwa razy rózgą po rękach, aby odczuło, że nieposłuszeństwo powoduje ból i znów prowadzimy do siebie. Regularnie powtarzamy podobne ćwiczenia, aż dziecko zacznie słuchać poleceń. Dzięki temu opisywane dziecko do momentu opuszczenia domu rodzinnego rzucało wszystko natychmiast i przybiegało na każde zawołanie ojca.

Inny przykład ćwiczenia: uczymy kilkumiesięczne dziecko, że nie każdy przedmiot wolno łapać w rączki. Zakładamy okulary, zbliżając twarz do dziecka. Dziecko w naturalnym odruchu wyciągnie rękę po nasze okulary. Mówimy więc spokojnie, nie modulując głosu „nie” i odsuwamy twarz. Ponownie ją zbliżamy, dziecko znów wyciąga rękę, tym razem mówiąc „nie” wymierzamy raz rózgą po ręce. I tak ćwiczymy, aż zrozumie związek bólu z poleceniem „nie”. Później już do ćwiczeń nie trzeba nawet używać rózgi!

Oczywiście jest jeszcze problem z niemowlętami gryzącymi brodawki. Takie niemowlę matka powinna pociągać za włosy w momencie, gdy poczuje ból. Jeśli nie ma włosów, trzeba wymyślić coś innego. Przypuszczam, że można ciągnąć za uszy.

Córka autora, która jako raczkujący bobas uwielbiała wchodzić po schodach, dostawała wierzbową witką po gołych łydkach dopóty, dopóki na widok witki nie zrezygnowała z wchodzenia po schodach w ogóle.

Przykłady można by mnożyć.

Książka, na stronie wydawnictwa posiadająca oczywiście wyłącznie pozytywne opinie (mojej np. nie opublikowano) nie prezentuje żadnych metod treningu, który zdaniem autorów ma być spokojny i – co ciekawe – pozbawiony przemocy (zdrada małżeńska pozbawiona cudzołóstwa), lecz regularną zwierzęcą tresurę połączoną z wyrafinowanymi metodami tortur. We wstępie pan autor napisał, że opisane metody nie są żadną nowością, lecz doskonale wypróbowanym przez amiszów sposobem sprawdzonym w czasie tresury wołów. To podobno świadczy świetnie o metodzie. Rzeczywiście, wypróbowaliśmy ją na zwierzętach, działa, teraz czas sprawdzić ją na dzieciach. Jaki jest problem w metodzie? Po pierwsze: brak modulacji głosu. Założenie jest proste: dziecku twój codzienny, spokojny ton powinien się kojarzyć z kategorycznym rozkazem. Dlatego w normalnych warunkach będzie ci bezwzględnie posłuszne. Owszem – to prawda. Szkoda tylko, że nikt nie zauważył, że takie posłuszeństwo oparte jest na wrytym w podświadomość strachu przed ciosem rózgą. Zwykły, spokojny ton ojca wypowiadającego np. „choć do mnie” jest równoznaczny z ciosem rózgą po łapach, łydkach, pociągnięciem za włosy czy czym tam jeszcze. Dziecko słucha i przybiega rzucając wszystko natychmiast – to nie jest zachowanie zdrowego człowieka. Kieruje się on bowiem strachem, nie zaś logicznym posłuszeństwem ojcu.

Po drugie: problem rózgi. Znowu: polecenie wydawane przez ojca, podkreślane uderzeniem rózgi, ma wywoływać natychmiastową reakcję. I znów dziecko, wyćwiczone we wczesnym dzieciństwie, będzie dożywotnio posłuszne, ponieważ krótkie ojcowskie „nie” już na zawsze pozostanie dla niego ciosem wierzbową witką po gołych łydkach.

Po trzecie: jesteśmy szczęśliwi, kocham moje dzieci, bo są mi posłuszne. Egoizm do kwadratu. Pojawia się w książce opis znajomej autorów, która powiedziała dzieciom, że mają się bawić spokojnie same, bo ona będzie rozmawiać. I bawiły się, nie przeszkadzały. Kiedy któreś poprosiło o coś mamę i usłyszało „nie”, rzuciło jej się na szyję i powiedziało „kocham cię, mamusiu”. Matka stwierdziła, że są prawdziwie szczęśliwą i kochającą się rodziną. A mnie zastanawia, dlaczego dziecko jest tak skore do wyrażania miłości właśnie wtedy, gdy słyszy „nie”? Mnie się to kojarzy z terrorem psychicznym. Matka ustawiła sobie dzieci za pomocą rózgi, teraz na każde „nie” mają ogromny przypływ dziecięcych uczuć. A matka sądzi, że dzięki temu właśnie dzieci te są szczęśliwe.

Tak jak napisałem, książka jest opisem wyrafinowanej tresury połączonej z psychofizycznym znęcaniem się nad swoim dzieckiem, by wyrobić w nim bezwzględne posłuszeństwo na całe życie. A sobie spokój rodzicielskiego popołudnia. Tak jak napisałem w tytule jednak, mój syn nie jest mułem amiszów i wychowywanie go w ten sam sposób jest zupełnie niedorzeczne. Oczywiście, że musi rozumieć konsekwencje swoich czynów, ale nie muszą to być dla niego konsekwencje połączone ze strachem przed rodzicami. Metody time out nie są wcale domeną wyłącznie Super Niani, lecz potwierdzonym przez lata, skutecznym sposobem na nauczenie dziecka mądrego (nie bezwzględnego) posłuszeństwa. Wpisują się w pedagogikę personalistyczną, mającą mocne ugruntowanie w podmiotowości osoby ludzkiej. Człowiek to nie zwierzę, nie muł, choć może i muła można by było wyszkolić inaczej? Ludzi nie powinno się być, chyba że w obronie (własnej lub czyjejś), bez względu na ich wiek i stopień wychowania. Są, zawsze są, inne metody wychowawcze. I naprawdę nie istnieją takie sytuacje, ja przynajmniej ich nie znam, kiedy należy uderzyć dziecko, bo inne metody nie działają.

A już z pewnością nie wolno nam nikogo bić prewencyjnie. Bardzo mi przykro…

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Zobacz wpisy

6 thoughts on “Mój syn nie jest mułem amiszów, a ja nie jestem za biciem dzieci

  1. Dziwi mnie, że przy całej poprawności i poczuciu wyższości niektórych środowisk dopuszcza się i promuje publikację, która w oczywisty sposób promuje przemoc, a dziecko traktuje, jak małpkę w cyrku.
    Nie jest tak, że jestem za całkowitym zakazem umiarkowanej kary w postaci klapsa. Samemu bardzo rzadko, ale stosowałem, gdy już żadne modulacje głosu nie pomagały (raz wobec córki, dwa razy wobec syna). Bardziej dawało to efekt dźwiękowy i zwracało uwagę dziecka na to co rodzic chce mu powiedzieć niż sprawiało bólu. Przyznam, że użyłem tego w ostateczności i bez satysfakcji.

  2. Eee, drogi Teologu, idziesz na łatwiznę. „Dyskusja” polegająca na wynajdowaniu skrajnych przejawów poglądów adwersarzy i następnie polemizowaniu z nimi tak, jakby to był główny nurt to najstarsza chyba technika manipulacyjna na świecie.

    Równie dobrze ludzie uważający kary cielesne za NIEKIEDY konieczne mogliby przytoczyć prof.Spocka i jego bezstresowe wychowanie aby dyskutować z Tobą.
    Tylko co taka „dyskusja” wnosi do sprawy?

    Inna rzecz że dziwię się trochę ze polemizując z głupią (nie da sie ukryć) książką, polemizujesz przede wszystkim z METODAMI tam przedstawionymi. To prawda, ze są niewłaściwe, ale prawdziwym problemem jest przedstawiony tam CEL wychowania (choć w jednym czy dwu zdaniach o tym wspominasz). A przecież największym zarzutem powinno być to, że bezwzględne posłuszeństwo NIE JEST I NIE POWINNO BYĆ celem wychowania.
    pozdrawiam
    Marek Piotrowski

  3. Inka

    Zgadzam się, że to nie jest argument w dyskusji na temat bicia, bo rzeczywiście nic nie wnosi. Jest zbyt skrajny, moim zdaniem naprawdę przypomina jakieś zachowanie psychopaty. Jest to raczej coś, co nas bardzo zszokowało. Nie da się z reguły odnieść tego do rodziców stosujących kary cielesne, to oczywiste, że większość z nich nie ma tak chorego podejścia.
    Jeśli chodzi o cel wychowania to ciężko z nim polemizować – autor uparcie twierdzi, że celem jest wychowanie szczęśliwego człowieka, posłusznego (ale nie twierdzi, że bezwzględnie) dziecka i stworzenie kochającej, szczęśliwej rodziny, w której także rodzice czują się dobrze i kochają swoje dzieci (kochać dzieci, bo są posłuszne… coś strasznego). Można mu jedynie zarzucić, że jego metoda nie prowadzi do osiągnięcia tego celu.
    Też mnie zdziwiło, że taka książka jest promowana przez katolickie wydawnictwo. A może nie tyle zdziwiło (niestety wielu katolików opowiada się stanowczo za biciem), ile mocno zniesmaczyło. Ale i tak najgorsze jest to, że ta książka zbiera dużo bardzo pozytywnych opinii.

  4. Pragnę przypomnieć, że sam, polemizując ze mną poprzednim razem, powołałeś się na przykład Spocka ;). Co ciekawe – w Wikipedii znalazłem tylko tego pana ze Startrecka, choć pewnie Beniamin również by się tam znalazł.

    Oczywiście, że tego typu komentarz nie jest dobrą polemiką z ludźmi niewykluczającymi bicia. Tak naprawdę w tej notce nie polemizowałem z Tobą, lecz recenzowałem pokrótce książkę. Solidniej zabierze się do tego z pewnością Super Niania, która książkę już kupiła i czyta (i pewnie krew ją zalewa). Skomentowałem głupią książkę, która przez wielu uważana jest za mądrą (patrz komentarze pod pozycją),a ostatnio za sprawą SN zbiera żniwo popularności (negatywnej, ale i pozytywnej). Co ciekawe, autor jest przeciwnikiem stosowania kar cielesnych. Więc de facto też jest przeciwnikiem bicia…

    Co do celów, wydaje się, że jednak chodziło o bezwzględne posłuszeństwo (takie przybieganie dożywotnio na zawołanie, rzuciwszy wszystko). Jednak rzeczywiście autorzy zakładają, że to sprawi, iż rodzina będzie szczęśliwa i dziecko wyrośnie na mądrego, szczęśliwego człowieka. Wystarczy przeczytać przytoczony na stronie wydawnictwa rozdział, który bez wątpienia znalazł się tam w ciągu ostatniego tygodnia pod wpływem ostrej krytyki wcześniejszego fragmentu ze strony środowisk Super Niani. Zamiast wycofać się z głupoty, wydawca chowa głowę w piasek. Być może nie dość poważnie skrytykowałem zakładane cele, ale nie zawsze uda mi się napisać wszystko, co bym chciał napisać. Przepraszam za to.

    Odnośnie bezstresowego wychowania, albo czegoś dziś popularnego i pokrewnego, polecam w cudzysłowie stronę „Dzikie dzieci”. Sądzę, że prędzej czy później pojawi się u mnie notka i na ten temat. Nie, nie jestem zwolennikiem bezstresowego wychowania i teorii o dzikich dzieciach.

    Pozdrawiam!

  5. Pingback: Pulowerek.pl » Książka, która…bije?

  6. Pingback: Blogerki i blogerzy przeciw przemocy wobec dzieci | Anna Golus

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s