Monthly Archives: Marzec 2012

Magdalenka

Ta notka powstaje w przypływie wzruszeń i szoku przeżytych wczoraj podczas lektury blogu mojej bliskiej znajomej. Część z Was z pewnością zna Panią Elę Wiater lepiej, niż ja. Część nie zna jej wcale. Bardziej dla tych drugich, niż dla tych pierwszych napiszę coś, choć sam wiem niewiele.

Kiedy chrześcijanina zapytać w co wierzy, mówi Credo. Żyd opowie całą historię działania Boga w jego życiu i w życiu jego narodu. Ponieważ Pani Ela pozostaje dla mnie zagadką i nie wiem o niej zbyt wiele, nie utworzyłem też żadnego Credo na jej temat, mogę tylko po żydowsku napisać, jaki wpływ miała na moje życie. Wszystko zaczęło się dokładnie w momencie, kiedy zamknąłem poprzedni blog i założyłem ten, nowy. Coś (któryś z tagów mojej notki?) poprowadziło mnie na blog Pani teolog, u której postanowiłem zostawić komentarz. Ona odpowiedziała komentarzem u mnie (pierwszy komentarz na tym blogu był właśnie od niej) i tak się zaczęła nasza znajomość. Szybko dowiedziałem się, że w tym czasie Pani Ela była redaktor naczelną pisma eSPe. Po niedługim czasie poprosiła mnie o napisanie artykułu do tegoż pisma, co z radością uczyniłem. Dzięki jej pomocy opublikowałem więc swój pierwszy, niezwykle grafomański artykuł, wówczas jeszcze pod pseudonimem Maurycy Teo. Artykuł dotyczył podejścia filozofów do kwestii duszy i po tym, jak zacząłem w późniejszym terminie uczęszczać na wykład w tym temacie, zorientowałem się, jak bardzo tendencyjnie poprowadziłem ów zapisek. Mimo tego udało mi się opublikować dzięki uprzejmości Pani Eli ten artykuł, następnie zaś znalazła się dla mnie i praca zarobkowa w samym wydawnictwie. Oczywiście znów Ela zakręciła się wokół mnie, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny. Napisałem kilka tekstów do książki, która ostatecznie (przynajmniej na razie) nie wyszła drukiem, ale zaraz potem znalazła się druga. Mój udział w jej pisaniu był podobny, tym razem jednak udało się ją ukończyć i wyszła drukiem (możecie o niej przeczytać w mojej notce „Samochwała„. Tam również znajdziecie link na stronę wydawnictwa, gdzie książkę możecie kupić). Kiedy książka wychodziła drukiem Pani Wiater już nie była naczelną czasopisma eSPe, dziś wygląda na to, że znów wróciła do tegoż wydawnictwa.

Kontakt między mną a Panią Elą nieco osłabł ostatnimi czasy. Nie przeszkadzało mi to jednak w szukaniu u niej wsparcia, m.in. w czasie burzliwej dyskusji, w jakiej brałem udział na Facebooku, a która dotyczyła aborcji. Ela jak zwykle potrafiła mi mądrze i spokojnie odpowiedzieć, kojąc moje nerwy i pozwalając na zaprzestanie bezsensownych dyskusji.

Kiedy Pani Wiater robiła doktorat, mocno trzymałem za nią złożone dłonie (ktoś mi kiedyś napisał, że kciuki bywają nieskuteczne). Udało się, doktorat wyszedł drukiem. Obiecałem, że kupię – jeszcze nie kupiłem. Teraz trzymam dłonie jeszcze mocniej złożone. Piszę tę notkę, bo dowiedziałem się, trochę poniewczasie, że Pani Ela była w jednym z pociągów, które zderzyły się pod Szczekocinami. Przeżyła, co napisała po długim pobycie w szpitalu u siebie na blogu. Bóg jeszcze nie chciał jej zabrać, to nie był jeszcze jej moment. Co mnie, jak i innych jej licznych znajomych, bardzo cieszy. Choć nie wątpię, że ma już przygotowane miejsce w Domu Pana.

Piszę, bo chcę prosić Was, byście również pomodlili się za Panią Elę Wiater, aby szybko wracała do zdrowia. I zapraszam również na jej BLOG, na którym prócz wstrząsającej relacji z wypadku można przeczytać mnóstwo mądrzejszych i bardziej rzeczowych niż u mnie notatek dotyczących Boga i wiary.

Elu! Wracaj szybko do zdrowia! Niech Bóg pozwoli Ci jeszcze długo żyć, byśmy mogli się jeszcze wiele od Ciebie nauczyć!

Reklamy
Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Pewność zbawienia

Życie powoli wraca do bloga. Google po chwilowej przerwie (spowodowanej chyba nagłym pojawieniem się 130 nowych wpisów) ponownie odnalazł blog w czeluściach internetu i liczba wyszukań wróciła do dawnej średniej. Facebook też robi swoje i przygania czytelników. Pojawiają się nawet pierwsze komentarze od czytelników z dawnych czasów. Tylko Ciamajda mi gdzieś zginął. Czyżby zgorszył się tym, co przeczytał w archiwach? Spróbujemy Go przywołać! Zostało mi jeszcze przecież jedno pytanie, na które Mu nie odpowiedziałem!

Ciamajda napisał tak: „I ostatnie pytanie, trochę związane z pierwszym, ale w sumie najważniejsze: po co Pan Bóg posłał na świat swojego Syna? Bo mówi się, że po to by zbawić świat, ale czy to oznacza że ja otrzymałem nadzieję na zbawienie, czy że na pewno będę zbawiony i nie muszę się o nie starać, a co najwyżej mogę dłużej posiedzieć w czyśćcu jeśli bardzo nagrzeszę”. Pytanie konkretne, sprowadzające się do tego, czy mamy pewność, czy tylko nadzieję zbawienia. Temat też skomplikowany, ale nie uciekam przed nim, postaram się coś napisać.

Po pierwsze: na czym polegało zbawienie Chrystusowe? Dla Żydów i wielu współczesnych chrześcijan (czy chrześcijanopodobnych, jak Świadkowie Jehowy) zbawienie przyszło przez złożenie najlepszej, idealnej ofiary przebłagalnej za grzechy. Stąd obraz Jezusa jako baranka bez zmazy, ponieważ Żydzi mieli w zwyczaju i w Prawie składanie ofiar z baranków, gdy odpokutowywali za grzechy. Ponieważ Zbawiciel miał odkupić grzech „idealny”, a więc winę pierwszych ludzi, która ciąży na każdym z nas, musiał też być kimś idealnym. Chrześcijanie mówią: tylko Bóg mógł złożyć z siebie ofiarę idealną. Świadkowie Jehowy mówią: człowiek popełnił grzech pierworodny, więc człowiek Jezus mógł ten grzech zmazać. Ale wiele osób zatrzymuje się w swoich przemyśleniach na ofierze krzyżowej, która współczesnym wydaje się często bzdurna – dlaczego Bóg MUSIAŁ umierać na krzyżu, a nie mógł po prostu powiedzieć: zmazuję grzechy, jestem Zbawicielem? W przekonaniu moim i wielu innych (w tym także św. Pawła) celem śmierci było zmartwychwstanie, a w zmartwychwstaniu była pełnia zbawienia – „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15, 14). Zbawienie przyszło przez krzyż, ale jeśliby się na śmierci skończyło, czyż nie byłaby to jedna z wielu ofiar poniesionych bez sensu, w którą wierzyłaby tylko garstka zapaleńców? Jesteśmy jednak zbawieni, bo Chrystus dla nas zmartwychwstał, ukazując, że i my zmartwychwstaniemy. Bóg nie potrzebował ofiary ze Swego Syna, żeby wybaczyć ludziom grzech. Bóg potrzebował pokazać ludziom – dla ludzi – że jest ktoś, kto jest gotów z miłości do nich umrzeć, ale kto również obiecuje im wieczne szczęście, zmartwychwstanie, zbawienie. Bezsensem byłoby twierdzić, że istota zbawienia leży w ofierze krzyżowej. Przecież na to czekali Żydzi, to zapowiadali ich prorocy, a oni nie uwierzyli i nie przyjęli tej ofiary.

I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). Jan mówi o Żydach, którzy na Zbawiciela oczekiwali. On za nich umarł, dla nich również zmartwychwstał, ale oni go nie przyjęli. Podobnie sprawa ma się z nami. Jezus umierając na krzyżu, a potem zmartwychwstając, wcześniej zaś rodząc się, nauczając, czyniąc cuda – ukazywał nam i dawał pełnię zbawienia. Pewność zbawienia. Umarł za nas na krzyżu i zbawił nas w zmartwychwstaniu – nie mamy żadnych wątpliwości, że to się już dokonało. Jednakże! Miałem znajomego, który mówił mi tak: „A dlaczego ten wasz Jezus umarł za mnie i mnie zbawił? Ja Go o to wcale nie prosiłem i nie podoba mi się, że ktoś zmusza mnie do czegoś, czego ja nie chcę”. Zgadza się – znajomy miał rację! Nikt nikogo do niczego nie zmusza, a już z całą pewnością nie robi tego Bóg, nie robi tego Jezus Chrystus. On już umarł za nas, On już dla nas zmartwychwstał, On już nas zbawił i mamy tego pewność. Jednak wcale nie musimy się na to zgadzać. Nikt nie pozbawił nas wolności, jesteśmy wolni do tego stopnia, że możemy swobodnie odrzucić wyciągniętą w naszą stronę pomocną dłoń i skazać się na wieczne potępienie. Mamy więc pewność zbawienia, pod warunkiem, że zechcemy ją przyjąć.

Przyjęcie zbawienia danego nam przez Jezusa nie do końca jest czymś łatwym. Nie jest tak, że musimy się niesamowicie starać, żeby pójść do Domu Pana, bo nie uczynki się liczą, lecz łaska (a więc owa pewność zbawienia), ale musimy z daną nam łaską współpracować. Zdarzyło mi się usłyszeć ostatnio, że jedni dostają łaskę, inni nie. Jest to wierutna bzdura – każdy człowiek dostał tyle łaski, by wystarczyła mu do zbawienia. On tę łaskę może przyjąć, albo odrzucić. Podobnie jest z samym zbawieniem. Przyjmujemy je – a więc współpracujemy z łaską – albo odrzucamy, tak jak mój wspomniany znajomy. No i oczywiście nie wiadomo, jak już pisałem wcześniej, czy przypadkiem nie będziemy mogli uchwycić się tej łaski jeszcze w ostatniej chwili.

W tym samym fragmencie przytaczanego listu do Koryntian św. Paweł Pisze: „Jednak dzięki łasce Boga jestem tym, kim jestem. Nie zmarnowałem Jego łaski, lecz trudziłem się więcej od wszystkich apostołów. Zresztą nie ja się trudziłem, ale łaska Boża, która jest ze mną” (1 Kor 15, 10). To cała esencja nauki o łasce. Bóg daje łaskę, Paweł jej nie marnuje, lecz trudzi się. Właściwie nie on, tylko łaska. Co to oznacza dla nas? To nie my musimy się trudzić by zasłużyć na łaskę (w tym łaskę zbawienia), lecz poddawszy się łasce działamy pod jej natchnieniem. Kiedyś mówiłem: nie działam dobrze po to, by ci pokazać, jak bardzo cię kocham, ale tak bardzo cię kocham, że dzięki tej miłości działam dobrze. Nasze dobre czyny, uczynki nie są punktami zbieranymi na drodze do zbawienia, lecz jedynie naturalną konsekwencją naszego przyjęcia łaski i miłości Bożej. Uczynki nic nam nie dają. Zwyczajnie jeśli przyjęliśmy łaskę w pełni, nie potrafimy działać inaczej.

I nie każdy będzie zbawiony, mimo że już zbawieni zostaliśmy. Kto zechce przyjąć to, co ofiarował z Siebie Chrystus, ten sam siebie, z mocy i łaski Chrystusa, się zbawi. „Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13).

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Laetare

Dziś czwarta niedziela Wielkiego Postu. Niedziela zupełnie wyjątkowa, bo choć nadal nie śpiewa się podczas mszy uroczystego Alleluja, to jednak jest to niedziela radości w środku zadumy przygotowującej nas do Wielkanocy. W tym dniu ksiądz może założyć różowy ornat zamiast fioletowego, co symbolizuje właśnie tę radość.

Moja córka wybrała sobie ciekawy dzień na przyjście na świat. Urodziła się w Wielkim Poście, okresie smutku i zadumy, ale akurat w tę niedzielę, która jest niedzielą radości. Poród nie trwał długo, choć, zgodnie z reakcją i relacją żony był nieco bardziej męczący niż poprzedni. Ale córeczkę mamy śliczną. Patrzyłem na nią dziś w szpitalu przez długą chwilę i nie mogłem powstrzymać wzruszenia. Cieszę się, że jest już z nami, po tej stronie brzucha. Mam tylko nadzieję, że dogada się z bratem, gdy wróci do domu.

„Lætáre, Ierúsalem, et convéntum fácite omnes qui dilígitis eam: gaudéte cum lætítia, qui in tristítia fuístis: ut exsultétis et satiémini ab ubéribus consolatiónis vestræ. Lætátus sum in his quæ dicta sunt mihi: in domum Dómini íbimus.”

„Wesel się, Jeruzalem! A wszyscy, którzy ją miłujecie, śpieszcie tu gromadnie. Cieszcie się i weselcie, którzyście się smucili, radujcie się i nasyćcie się z piersi pociechy waszej. Uradowałem się, gdy mi powiedziano: Pójdziemy do domu Pańskiego.”

Radujcie się więc razem ze mną moim szczęściem! I módlcie się o zdrowe życie duchowe dla mojej pięknej panienki…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Na Małysza

W liturgii Kościoła Katolickiego istnieją trzy, a jeśli się uprzeć – cztery, postawy. Jedna z nich to postawa siedząca, druga stojąca, trzecia – klęcząca. W niektórych przypadkach można jeszcze mówić o czwartej – leżącej. Zdarza się to w sytuacjach, gdy kapłan oddaje najgłębszą cześć i okazuje najwyższe oddanie Bogu, zwłaszcza na początku liturgii Wielkiego Piątku. Rzadko robią to również pozostali wierni, w tym klerycy przyjmujący święcenia.

Postawa siedząca ma pozwolić wiernym wsłuchać się i skupić na przyjmowaniu Słowa Bożego. Postawa stojąca oznacza radość z odkupienia, wierni prostują się na znak, że nie są już sługami, niewolnikami. W ten sposób również oddają cześć Bogu, wyrażają szacunek. Postawa klęcząca zaś jest postawą pokutną i błagalną. Wyraża także szacunek wobec Boga, lecz tym razem wierny ukazuje nie swą wolność i odkupienie, lecz małość wobec Boga.

Istnieje tylko jedna akceptowalna forma postawy klęczącej. Jest to uklęknięcie na dwóch kolanach, zgiętych pod kątem 90 stopni. To jest, rzecz jasna możliwe głównie poza ławkami, jak również w odpowiednio wyprofilowanych klęcznikach. Często w kościołach można spotkać ławki z klęcznikami, które uniemożliwiają przyjęcie wyprostowanej postawy i zmuszają do oparcia tylnej części ciała o siedzisko. Są jednak również rozliczne przypadki, gdy przyjęcie postawy klęczącej jest możliwe, a mimo tego przybiera najróżniejsze nieliturgiczne formy.

Dzieci często na przykład klękają opierając pupy na stopach (a więc właściwie siadają na stopach). Dzieci to jednak dzieci i wiele rzeczy należy im wybaczyć. Kiedyś się nauczą, pewnie jak nie będzie to dla nich takie męczące. Niestety, krew w żyłach mi się gotuje i tracę koncentrację na liturgii, gdy widzę dwie inne wersje uklęku u dorosłych. Pierwsza z nich, spotykana głównie u mężczyzn, to klęknięcie na jedno kolano (czy może raczej „na rycerza”). Nie do końca wiem, co miałaby oznaczać. Może oznajmienie „jestem Bożym wojownikiem”? Może wydaje się być mniej upokarzająca dla mężczyzny, niż uniżone padnięcie na kolana? A może zwyczajnie jest wygodniejsza? Tego nie wiem, zwyczajnie głupio bym się czuł próbując to sprawdzić. Smutno mi jednak, gdy widzę małe dzieci, które uczą się tej postawy od swoich ojców i nie ma nikogo, kto by im wytłumaczył, że taka postawa jest błędna.

Druga wersja jest dla mnie jeszcze bardziej przerażająca. Właściwie nie jest to nawet postawa klęcząca, lecz postawa kuczna. Spotyka się ją głównie wśród kobiet, jednak mężczyźni też nie pozostają daleko w tyle. Istnieją różne jej odmiany. Z nachyleniem na lewą nogę, z nachyleniem na prawą nogę, w równowadze na obie nogi, albo nieomal klęcząca. Czy jest wygodna? Wątpię. Co wyraża? Moim zdaniem – całkowity brak szacunku, a już z pewnością zrozumienia sytuacji. Co komu daje i co przynosi ukucnięcie w kluczowych momentach liturgii? Nie mam pojęcia. Najbardziej zdenerwowało mnie, gdy jeszcze w czasach mojego seminarium kolega współkleryk w ten sposób przykucał podczas drogi krzyżowej po mieście, wobec tłumu wiernych. Gdy zwróciłem mu uwagę odrzekł, że jest mu przykro, ale ma tylko jedną parę spodni od garnituru…

Pozycja kuczna w liturgii nie istnieje. Sam, ze względów ironicznych, zwykłem ją nazywać „na Małysza”. Bo tak to trochę wygląda. A wiadomo, co się robi czasem, jak nie ma toalety, albo w toalecie publicznej, na Małysza. Postawa kuczna wyraża więc chyba coś w rodzaju „Sr… na całą tą liturgię”.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Maurycy Teo wychodzi z ukrycia

Dokładnie trzy lata temu, pod wpływem atmosfery, która się nabudowała w środowisku, zamknąłem bloga. Zamieściłem krótki wpis pożegnalny i wycofałem się oficjalnie z blogosfery.

Niemalże trzy lata temu założyłem kolejnego bloga. Tym razem zdecydowałem się na bardziej drastyczne kroki, postanowiłem mianowicie zacząć pisać od początku, anonimowo, szukając dla siebie nowych czytelników, dopuszczając zaś naprawdę nielicznych spośród czytelników poprzednich.

Liczba zamykanych przeze mnie blogów wynosi 4. Z zamknięciem każdego wiąże się jedna blogowa afera, choć blog numer 3 zamknąłem w jakiś czas po aferze, z nieco innych powodów. 3 blogi „następne” otwierałem wprawdzie w nowych miejscach, ale zapraszałem do lektury wciąż te same osoby, co kondycji dyskusji pod notkami już dawno przestało wychodzić na dobre. Tym razem rozogniona dysputa wywołała we mnie tak duży napływ bolesnych uczuć, że zmieniłem założenia. Postanowiłem zamknąć bloga nie tylko teoretycznie, udostępniając go wszystkim pod innym adresem, ale wycofać się z tej strefy naprawdę, rozbijając namiot w innej okolicy. Oczywiście większość moich dawnych czytelników nie wiedziała, że zakładam anonimowo nowego bloga. Część z nich domagała się wyjaśnień, których rzecz jasna nie miałem obowiązku udzielać. Mogę to zrobić teraz, odpowiadając moim komentatorom spod „poprzedniej” notki. Przyczyny mojej decyzji są jasne: ponieważ, mimo teologicznego zabarwienia mojego bloga, głównym zainteresowaniem większości czytelników stało się roztrząsanie mojego życia prywatnego, mojej przeszłości i uczuć, a dodatkowo wyśmiewanie i krytykowanie wszystkiego, co napisałem, choćbym napisał coś najbardziej niezwiązanego z własnym osobistym życiem, postanowiłem wycofać się i zamknąć tę samonapędzającą się spiralę kłótni, gniewu i drwin. To zwyczajnie było nie na moje nerwy – i nie na nerwy mojej żony, wówczas w ciąży. Z jednego z komentarzy zamieszczonych pod notką „Wakacje” wynika również, że powinienem powiedzieć, dlaczego usunąłem wszystkie wpisy, wraz z komentarzami. Po pierwsze, rzecz jasna, nic nie powinienem. Ale ton tego stwierdzenia dobitnie świadczy o ogólnej atmosferze panującej wówczas w komentarzach. Pod drugie zaś: nic nie usuwałem. Jedyne, co zrobiłem, to przerzucenie wpisów i komentarzy w tryb prywatności. Co możecie zauważyć teraz, kiedy już wszystko jest dostępne.

Plan był taki: zamknąć bloga, zostawić wpis pożegnalny i już więcej się nie odzywać (co nie do końca się udało, choćby na blogu mojej żony, albo na Facebooku). Założyć nowego bloga, znaleźć nowych czytelników i, niewiele wspominając o sobie, skupić się na teologiczności moich wpisów. Spędzić tak, regularnie tworząc, trzy lata. Następnie, z nadzieją, że zarówno ja, jak i większość moich czytelników dorośniemy w tym czasie, ujawnić się z nowym adresem, z tym co napisałem. Dziś właśnie mijają te trzy lata i nie chcę się dłużej ukrywać. Nie chcę izolować nikogo od tego, co piszę. Nie chcę jednak również powrotu do tej atmosfery, która panowała na starym blogu.

Wiele wydarzyło się w ciągu tych trzech lat. Przede wszystkim skończyłem teologię, zdałem pracę magisterską i teraz już nie jestem tylko studentem, jestem teologiem. Urodziło mi się dziecko, syn, na blogu znany jako G.M., który wówczas jeszcze sobie dojrzewał w brzuszku. Dziś dojrzewa tam moja córcia, która lada moment może pojawić się po tej stronie. Znalazłem pracę – pracuję w szkole specjalnej jako nauczyciel języka angielskiego i katecheta. Rozpocząłem też studia na informatyce i skończyłem pierwszy rok. Oczywiście są to studia na uczelni prywatnej, a nie na UKSW, więc nie mają takiego znaczenia. Ale w mojej pracy nauczyciela mogą się przydać. Co jeszcze zdarzyło się – można wyczytać z wpisów blogowych powstających przez ostatnie trzy lata.

Wpisów powstało 70. Na poprzednich blogach, łącznie z tym który właśnie czytacie (zamieszczonym zarówno na starym, jak i na nowym blogu), zamieszczono ich 130. Łącznie wszystkich wpisów jest 200. Wszystkie, których nie publikowałem na WordPressie, przez ten czas nieobecności przeniosłem z MyLoga (poprzedni serwis w którym pisałem), łącznie z komentarzami. Niestety, w międzyczasie MyLog zmienił system, przez co część komentarzy zmieniło się w anonimy, część zaś zwyczajnie się rozpłynęło, dlatego dostępne jest tylko tyle, ile udało mi się uratować. Na poprzednim blogu można przeczytać 130 wpisów. Wszystkie 200 dostępne jest na blogu nowym, który zamierzam wciąż kontynuować. Jeśli na starym pojawią się jakieś nowe komentarze, zamierzam je również sukcesywnie przemieszczać na nowy blog.

Połączyłem również, jak widać, notkę kamingałtową z okrągłą publikacją (200 wpsiów). Podobnie zrobiłem przecież przy notce numer 100, tylko z czym innym trochę się wynurzałem.

Sądzę, że wśród tych 200 wpisów każdy może znaleźć coś dla siebie. Moi dawni czytelnicy mogą przeczytać wpisy, na które mieli nadzieję jeszcze za czasów poprzedniego bloga (np. ten o kapłaństwie kobiet). Mogą też zobaczyć, jak moje życie zmieniało się, jak zmieniał się styl mojego pisania przez ten czas. Część z Was z dużym prawdopodobieństwem może również wśród „przykładów” notkowych odnaleźć siebie. Jeśli kogoś tym uraziłem, przepraszam. Zwyczajnie przykłady z życia prywatnego czasem dobrze służą pisaniu na jakiś temat. A nikogo z imienia i nazwiska nie wymieniłem.

Moi nowi czytelnicy mogą zaś zapoznać się z moją historią aż do roku 2005, kiedy byłem klerykiem w seminarium. Dowiedzą się, jeśli zechcą, jak poznałem moją żonę, jakie wywołało to komentarze, ale także jak wyglądało moje życie i perypetie wcześniej. Mogą też wreszcie znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego Riposta na siedem testów nosiła numer 3 – a więc przeczytać dwie poprzednie riposty.

Choć, czytając całość bloga, można prawdopodobnie wykoncypować to, jak się nazywam, dla moich czytelników pragnę nadal pozostać Maurycym Teo. Przyzwyczaiłem się do tego, a tego bloga nie chcę czynić oficjalnym (podpisanym imieniem i nazwiskiem) także z przyczyn osobistych. Polubiłem bycie Maurycym i chętnie pozostanę dla Was przy tym imieniu.

Odnośnie moich wcześniejszych wpisów: nie ze wszystkich dziś jestem dumny. Są rzeczy, których bym dziś nie napisał. Wyciąganie prywaty, obgadywanie ludzi, dziś wydaje mi się to niepotrzebne. Wiem jednak, że świadczy raczej o konkretnym etapie mojego życia i sposobie blogowania poprzednich lat (piszemy dla znajomych i o znajomych), nie zaś do końca o mojej głupocie. Mam nadzieję, że zrozumiecie to, jeśli przyjdzie Wam czytać to, co tam wymodziłem.

Mimo moich niewątpliwych umiejętności prorockich nie wiem, co stanie się teraz z moim blogiem. Mam kilka opcji, które rozpatruje równolegle i wcale nie chcę gdybać. Mam nadzieję, że dawni czytelnicy wsuną się bezboleśnie w moją twórczość, nowi zaś nie przejmą się kosmetycznymi zmianami i pozostaną aktywni. Co jednak będzie – pokaże czas. Żadnej z przypuszczalnych opcji nie będę opisywał, bo naprawdę nie wiem, która jest bardziej prawdopodobna.

Zapraszam wszystkich na mojego starego, wciąż zamkniętego (ten wpis pojawia się jako ostatni) bloga: www.artdico.wordpress.com
Zapraszam wszystkich na mojego nowego i aktywnego bloga: www.maurycyteo.wordpress.com

A na koniec chciałbym zamieścić mój ulubiony kamingałtowy dowcip. Może jest nieco nieprzyzwoity, ale liczę na Waszą wyrozumiałość.

W pociągu jedzie Don Juan i strasznie się nudzi. Wraz z nim w tym samym przedziale jedzie młoda zakonnica. Don Juan zagaduje więc:
– Może tak byśmy się trochę pokochali?
Zakonnica odpowiada:
– Nie, to jest zupełnie niemożliwe.
– No daj spokój, tylko jeden raz.
– To niemożliwe, ja jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
Don Juan poczuł ukłucie zawodu, ale na szczęście korytarzem akurat przechodził konduktor i usłyszał całą rozmowę.
– Panie Don Juan, proszę na słówko.
Don Juan wyszedł na korytarz, gdzie konduktor wyjaśnił mu:
– Widzę, że podoba się panu ta młoda dama. Wysiądzie pan za nią na stacji i w tym samym mieście pójdzie pan na cmentarz o północy. Ona zazwyczaj przychodzi tam, składać kwiaty na grobie swojego narzeczonego. Podejdzie pan do niej, powie, że jest Bogiem i sprawa załatwiona.
Jak Don Juan usłyszał, tak też zrobił. Wysiadł na tej stacji, na której wysiadała zakonnica, o północy przybrał się w ciemną narzutkę, żeby nie być rozpoznanym i poszedł na cmentarz. Patrzy: jest! Modli się przy jednym z grobów. Podchodzi do niej:
– Cześć. Może byśmy się tak trochę pokochali?
– O nie, nie mogę. Jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
– Ale przecież to ja, Pan Bóg.
Sytuacja potoczyła się sama. Don Juan zrobił co miał zrobić, a na koniec odskoczył od zakonnicy i ściągnął ukrywającą go narzutkę.
„Siach!”
– Haha! To ja! Don Juan!
„Siach!”
– Haha! To ja! Konduktor!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy