Monthly Archives: Kwiecień 2012

Riposta czwarta – na obronę treningu

Szanowny Panie Wydawco! Szanowni Czytelnicy!

Na stronie internetowej wydawnictwa Vocatio, w dziale dającym możliwość zakupienia książki Michaela i Debi Pearl „Jak trenować dziecko” pojawiło się jakiś czas temu oświadczenie Pana Wydawcy dotyczące zarówno samej książki, jak i komentarzy związanych z nią, a pojawiających się w mediach. Stało się to niedługo po tym, jak sam napisałem na blogu tekst krytykujący wydaną przez Vocatio książkę. Poczułem się więc zobowiązany do dania szerszej odpowiedzi na oświadczenie Pana Wydawcy, sam bowiem zaliczam się do komentatorów medialnych, jako że blog uznawany jest powszechnie za swego rodzaju medium.

Na swojej stronie Pan Wydawca napisał, że zarzuty stawiane publicznie omawianej książce i drugiej pozycji, zatytułowanej „Mądra miłość” są niezgodne z prawdziwym przesłaniem tych książek. Dodał Pan również, że protestuje przeciw manipulacyjnemu relacjonowaniu książek. Zacytuję fragment Pańskiej wypowiedzi: „Niestety, medialni komentatorzy, bez przeczytania książek w całości, wypowiadają się, bazując jedynie na zręcznie opracowanych przez inne osoby pamfletach, które wyrywają poszczególne zdania z kontekstu i błędnie komentują całe fragmenty”. W związku z tym, że aż do dzisiaj po wpisaniu w wyszukiwarkę słów „Vocatio Jak trenować dziecko” mój wpis blogowy pojawia się na pierwszej stronie, a w czasach największej krytyki wydanej przez Vocatio książki był wręcz na drugiej pozycji – tuż pod stroną Wydawcy – mogę snuć przypuszczenia, że Wydawca miał okazję przeczytać mój wpis. Mogę więc również prawdopodobnie zaliczyć siebie do jednej z dwóch grup: albo do medialnych komentatorów bazujących na pamfletach, albo do pamflecistów wyrywających poszczególne zdania z kontekstu. Nie czuję się obrażony tymi słowami, raczej rzeczywiście zobowiązany do bronienia własnego dobrego imienia i imienia innych osób, które książkę mniej lub bardziej dokładnie skrytykowały.

Na początek przyznam bez bicia, że pisząc, iż mój syn nie jest mułem amiszów, rzeczywiście nie znałem treści całej książki. Oparłem się jedynie na krótkim fragmencie pierwszego rozdziału, który Pan Wydawca miał umieszczony na stronie w ramach promocji książki, a który bardzo sprytnie i całkiem słusznie podmienił na rozdział czwarty w momencie, gdy atmosfera wokół książki zaczynała się podgrzewać. W moim osobistym przekonaniu jednak rozdział pierwszy, czy nawet niewielki jego wycinek wystarczył, by móc wyciągnąć prawdziwy wniosek na temat całej książki. Właściwie gdyby Wydawca uważał inaczej, nie zamieszczałby fragmentu, by przyciągnąć czytelników. Wraz z innymi komentatorami zostałem jednak skrytykowany za to, że wypowiadam się bez przeczytania całości książki, postanowiłem więc nadrobić zaległości przed kolejną moją wypowiedzią. Ponieważ książka zniknęła z oferty wydawcy, kupiłem ją na Allegro, następnie zaś przeczytałem w całości, by móc się oficjalnie wypowiadać. Niestety, obrońcy książki nie mają w tym przypadku szczęścia. Moja opinia w stosunku do książki rzeczywiście zmieniła się w porównaniu do tej, którą posiadałem po lekturze krótkich fragmentów, jednak bynajmniej nie na lepsze. Książka prezentuje treści wypełnione przemocą, zwaną z nieznanych mi przyczyn treningiem, w stopniu zdecydowanie większym, niż pierwotnie przypuszczałem.

Pan Wydawca pisze, że faktycznym przesłaniem książki „Jak trenować dziecko” nie jest to, o czym piszą media negatywnie nastawione (a więc nauka efektywnego bicia i przemocy), lecz mądre wychowanie w miłości i dyscyplinie. Nie sposób nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Rzeczywiście przesłaniem omawianej książki jest wychowanie w miłości i dyscyplinie. Takie właśnie przesłanie pragnął nadać książce jej autor. Treść książki jednak niestety odpowiada planowanemu przesłaniu w stopniu raczej miernym. W rzeczywistości jest bardziej zachętą, a momentami wręcz psychicznym przymuszaniem, do używania wobec dzieci bolesnych narzędzi celem wywołania w nich bezwzględnego posłuszeństwa. Oczywiście – jeśli się chce, można podciągnąć wszystko pod pełne miłości wychowanie. Jako alternatywę proponuję wydanie książki pedofila, który mógłby zaznaczyć, że wychowuje swoje dzieci z tak wielką miłością, że aż musi wywoływać w nich takie czy inne przyjemne odczucia. I że poleca takie zachowanie każdemu zaangażowanemu rodzicowi. Przecież prawdą jest, że wielu pedofilów molestujących własne dzieci twierdzi, że robi to z miłości. Państwo Pearl sądzą zaś, że z miłości do dzieci stosowali wobec nich karcenie rózgą (witką wierzbową, 2 milimetry), które de facto jest niezwykle wyrafinowaną i bardzo bolesną przemocą fizyczną.

Przesłanie książki jest więc bardzo piękne, zawartość już nieco mniej. Oprócz przytaczanych przeze mnie we wcześniejszym wpisie przykładów na odpowiednie bicie malutkich i bardzo malutkich dzieci w celu zapewnienia sobie ich bezwzględnego posłuszeństwa od najmłodszych lat (a tekst pierwszego rozdziału można znaleźć nadal w internecie) można w książce znaleźć również sposoby na starsze dzieci oraz na unikanie problemów związanych z poparzeniem, utopieniem itp. W jednym z fragmentów naszej książki autor opisuje, jak dla uniknięcia nieprzyjemności wynikającej z utonięcia któregoś ze swoich dzieci w przydomowym stawie postanowił wykorzenić z nich chęć zbliżania się do owego poprzez podtapianie tychże w tymże. Nikt wprawdzie nie trzymał dzieci z głową pod wodą, ojciec pozwalał jednak na zbliżenie się do stawu na taką odległość, by nieuniknione było wpadnięcie do niego i paskudne uczucie związane z umieraniem przez utonięcie. W podrozdziale zatytułowanym „Poczuj się, jakbyś tonął” autor pisze tak o sytuacji jednej z córek: „Trzeba przyznać, że mieliśmy problem z Szalom. (…) Zawsze miała wspaniałą koordynację ruchową. Po prostu nie chciała wpaść do stawu. Zmęczyło mnie już chodzenie za nią do stawu. Aby doprowadzić naukę do końca, postanowiłem ją dyskretnie popchnąć. Kiedy więc stała wychylona nad wodą, po prostu lekko szturchnąłem ją stopą” (Str. 136-137). Nie jestem osobą, której metody wychowawcze polegające na wpychaniu swoich dzieci do stawu tylko dlatego, że same są zbyt mądre, by do niego wpaść imponują. Jest mi zarazem bardzo przykro, że są osoby, które tak mocno stoją za tekstami pana Pearl’a. Kiedy ja pragnę nauczyć moje dziecko, by nie dotykało gorącego pieca, tłumaczę mu, że to może boleć, a gdy do niego podchodzi zbyt blisko, łapię je, by pokazać, że tak nie należy robić, dla własnego dobra. Pan Pearl zaś pozwala dotykać dzieciom pieca, tylko wówczas jednak, gdy jest już wystarczająco rozgrzany, by spowodować ból. „Kiedy nadeszła jesień i zaczęliśmy palić w piecu, prowokowaliśmy dzieci, aby podeszły bliżej i przyjrzały się fascynującym płomieniom. Oczywiście zawsze miały ochotę je dotknąć, dlatego powstrzymywałem je, dopóki piec nie rozgrzał się na tyle, że dotknięcie go było bolesne, ale nie na tyle, by spowodowało oparzenie (…)” (Str. 135) – pisze autor. Wynika z tego, że pieca wolno dotknąć tylko wówczas, gdy jest wystarczająco mocno rozgrzany, tak aby zabolało. Wówczas tata krzyczy „gorące” i odtąd już zawsze słowo „gorące” oznacza – nie dotykaj.

Wyżej omówiony przykład z piecem i sygnałem „gorące” działa na bardzo prostym mechanizmie psychologicznym, zbadanym przez Pawłowa. Zwyczajnie połączenie sygnału głosowego z nazywanym przez Pearlów wzmocnieniem (czy to rózga, czy ból od gorącego pieca) sprawia, że po kilku próbach dziecko (a potem i dorosły człowiek) słysząc „gorące” czuje ból na wnętrzu dłoni. Słysząc „nie” czuje pieczenie na rękach, udach czy pośladkach. Rzeczywiście, pan Pearl ma rację – przy ciągłym treningu bardzo szybko będziesz mógł odłożyć rózgę w kąt. Od tej pory bowiem będzie wystarczył sygnał „nie”, by dało się odczuć nieznośne, bolesne i upokarzające uderzenie rózgi. Już zawsze.

Drugą sprawą jest polecane przez Pearlów tzw. karcenie. Jako takie rozumie się zarówno wcześniej już omawiane wzmocnienie sygnału z pomocą rózgi, jak również – chyba przede wszystkim – regularne, spokojne bicie rózgą dziecka, które w jakikolwiek sposób przejawia swe nieposłuszeństwo. Przykład takiego karcenia może wyglądać następująco: „Matka wraca z rózgą i stając przed nim mówi: »Johnny, powiedziałam ci, żebyś starł wodę, a ty tego nie zrobiłeś. Dlatego zostaniesz skarcony, żebyś następnym razem już się nie zastanawiał. Mama chce, żeby jej synek wyrósł na takiego mądrego mężczyznę jak tata, dlatego chce ci pomóc być posłusznym. Połóż się na tapczanie. Połóż ręce obok siebie. Nie ruszaj się, bo inaczej będę musiała dać ci więcej razów«. Potem matka wymierza mu bez pośpiechu około dziesięciu smagnięć po gołych łydkach. Chłopiec płacze z bólu. Jeśli nadal będzie się buntował, wywijając się na boki i broniąc się przed karą albo wyrażając złość, wtedy powinna odczekać chwilę i pouczyć go raz jeszcze, a potem znowu wymierzyć mu kilka razów” (Str. 122). Jako nieposłuszeństwo należy przy tym traktować wszystko, co nie jest ochoczym wykonaniem każdego polecenia. Nieposłuszeństwem, według książki, jest więc nie tylko nerwowe, spóźnione wykonywanie poleceń celem uniknięcia kary, ale nawet najmniejszy objaw niezadowolenia z wykonywanego polecenia. Ciekawe – wydaje mi się bowiem, że każdy człowiek od czasu do czasu musi wykonać z obowiązku coś, co nie sprawia mu odrobiny przyjemności. Czy z tego powodu powinien jeszcze dodatkowo smagać się rózgą? Ale nie, dzieci powinny robić cokolwiek sobie rodzice zażyczą, wkładając w to maksimum radości i ochoczości, bo jak nie, będzie trzeba je skarcić rózgą. Nieposłuszeństwem jest tu nawet – o zgrozo! – brak uśmiechu o poranku u córki, mimo wyraźnej zachęty ze strony matki. „Dziewczynka rozpoczynająca dzień przepełniona pretensjami do całego świata powinna spotkać uśmiechniętą matkę, która nie zważając na jej nachmurzoną minę, wita ją okrzykiem radości. Jeśli jej nastrój nie ulegnie zmianie, z pewnością nie wolno pozwalać jej, aby psuła nastrój całej rodzinie. Jej zachowanie należy traktować jako przewinienie; sama odcięła się od wspólnej radości, przyjmując naburmuszoną postawę. Jeśli marudne dziecko może zmienić atmosferę w domu z powodu swego złego humoru, wtedy wydaje mu się, że takie zachowanie jest usprawiedliwione” (Str. 202) – pisze na jednej ze stron pan Pearl.

Pan, Panie Wydawco, wspomina na swojej stronie, że karcenie „biblijne” różni od kary to, że „Karanie (…) nosi w sobie element odwetu, odegrania się czy zemsty, a biblijne karcenie jest motywowane miłością i zorientowane na rozwój dojrzałego charakteru i zbudowanie pozytywnej przyszłości osoby poddanej temu procesowi. W jednym i drugim wypadku może występować element bezpośredniego przymusu, ale jego źródło, motywacja, kontekst a także intensywność będą całkowicie różne. Inny też będzie tego wychowawczy wpływ na dzieci.” Karcenie jest więc – zdaniem Pana – dawanym ze spokojem upomnieniem fizycznym, które (jak pisze Pearl) oczyszcza dziecko z przewinień i z poczucia winy. Tylko dlatego, że jest wykonywane przez człowieka, który robi to spokojnie, bez nerwów, a nie w gniewie. Otóż muszę powiedzieć, że znam osobiście człowieka, który raz w życiu przeszedł, wraz ze swoim rodzeństwem, tego typu egzekucję. Wszyscy uklękli razem i, tak jak w instrukcji Pearlów, wypięli pośladki i spokojnie dostali po tyłkach. Ten człowiek wspomina ów fakt jako jedną z największych traum swojego dzieciństwa. Może gdyby dostawał w ten sposób częściej zapamiętałby to jako normę i starałby się wyprzeć traumę tego zdarzenia do podświadomości? Może to właśnie dzieje się z dziećmi Pearlów, jak i z wieloma innymi w ten sposób „wychowanymi” osobami?

Książka, której Pan, Panie Wydawco, tak usilnie broni, pełna jest innych mrożących krew w żyłach historii, jak choćby opowieści o doskonale wytrenowanej trzylatce, która bawiła się z lalką w trening, spokojnie okładając ją rózgą i ostrzegając, że jeśli będzie płakać, będzie musiała dostać więcej razy. Pan Pearl jest zachwycony postawą tej dziewczynki. Mnie ona kojarzy się z zastraszoną, wyniszczoną dzieciną, która swe frustracje przelewa na własne zabawki, zamiast z miłością bawić się nimi w dom. I którą natychmiast powinien zająć się dobry psycholog.

Książka jest pełna mrożących krew w żyłach historii, jednak nie będę się w nie wszystkie zagłębiał. Przeczytałem wszystkie i wcale nie chcę do tego wracać. Powiem tylko, że książka opiera się na błędnych założeniach, z punktu widzenia zarówno psychologii, pedagogiki, jak i teologii. Oparte na Biblii karcenie w rzeczywistości opiera się o kilka cytatów z Księgi Przysłów i o jeden psalm, w którym to kij i laska pasterska pociesza mnie. Kij służył pasterzom do walki z wilkami, laska do zaganiania stada. Ale wcale niekoniecznie do bicia tego stada regularnie po gołych łydkach. Pozostałe cytaty to słowa, które rzeczywiście mówią o karceniu, ale w dalszym ciągu pochodzą ze zbioru mądrości Izraela, z których nie każda musi pozostawać prawdziwą mądrością po dziś dzień. Jak wspomniała w o wiele lepszym od mojego tekście pani Anna Golus, w Starym Testamencie jest też mowa o karceniu krnąbrnego syna przez ukamienowanie. Czemu nie sięgamy do tego przykładu? Zauważyłem ogólnie tendencję u protestantów i świadków Jehowy, że swoje nauki opierają w głównej mierze na Starym Testamencie, zapominając jakby o Ewangelii, o wypełnieniu Przymierza w Jezusie Chrystusie. Pozycje, które korzystają z Nowego Testamentu tylko po to, by udowodnić swoje tezy oparte na Starym Testamencie, z góry należy traktować jako podejrzane. Ta książka jest jedną z nich.

Pod koniec chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na dwa aspekty, o których wcześniej wspomniałem, a które pragnę nieco bardziej uwypuklić. Pierwszy z nich to kwestia nieposłuszeństwa rozumianego jako niezadowolenie, jęczenie, smutek spowodowane wykonywanym zadaniem, czy naburmuszona postawa córki o poranku. Pan Pearl zdaje się tu sugerować, że człowiek nie ma prawa do bolesnych uczuć, nie ma prawa ich okazywać, wszystko ma przyjmować z radością i poświęceniem, bez względu na to, jak duży ból mu to sprawia. Doskonały jeszcze przykład – zakaz płakania podczas lania. Dziecko, które dostaje razy, prawdopodobnie powinno się uśmiechać i powtarzać „Dzięki, ojcze”. Drugi aspekt, mający z pierwszym bezpośredni związek, to wymaganie od innych bezwzględnego posłuszeństwa. Podkreślam słowo „bezwzględnego”, ponieważ zdaniem Pearlów dziecko powinno bez wahania wykonać każde polecenie, choćby nie miało ono żadnego sensu. Nie ma słowa sprzeciwu. Przykładem mężczyzna, który do momentu opuszczenia domu rodzinnego zawsze na zawołanie ojca rzucał wszystko i przychodził. Brak własnej woli lub negacja. Oba te aspekty wskazują de facto, że propagowany przez pp. Pearlów i Pana Wydawcę trening jest w rzeczywistości tresurą – stąd porównanie do mułów amiszów całkowicie trafne. Dziecko ma być wytresowane jak piesek, nie zaś wytrenowane. To jest, pełna podobno miłości i szacunku, całkowita depersonifikacja człowieka.

Na swojej stronie przytoczył Pan bardzo ciekawy wywiad z Gościa Niedzielnego. Sam Gość w przypadku Pana książek niestety również mnie zawiódł. Siła, z jaką bronił Pańskich wystąpień i książek nawołujących do zimnej przemocy była dla mnie porażająca. Zwłaszcza, że nie tak dawno sam napisałem notkę opartą o felieton z Gościa* i był to felieton opowiadający się przeciwko biciu dzieci. A teraz obrona, wypowiedzi kobiet, które metodami Pearlów wychowują czwórkę swoich dzieci, zwyczajnie przeraża. Ale wracając – tekst przytoczony przez Pana doskonale obrazuje okropną sytuację w Szwecji, której rzeczywiście nie należy zazdrościć. Sam, przeczytawszy ten tekst, zapragnąłem na jego podstawie napisać trzecią część Podstępu szwedzkiego i nie wiem, czy tego nie zrobię. Niestety, tekst ten nie ma nic wspólnego z obroną książki, z poparciem dla bicia dzieci, z gniewem na Szwedów, którzy zabronili „klapsa”. Rozumiem, że przytaczając ten wywiad sugeruje Pan, iż jeśli zaprzestaniemy dawania klapsów, staniemy się drugą Szwecją. Kolejne błędne założenie, które wynika z zaślepienia chyba antypoprawnością polityczną, w którą wpisuje się przymus bicia dzieci. Niestety, z pewnością nie udało się Panu udowodnić, że bez klapsa upadniemy na dno cywilizacji. Przedstawił Pan dwie rzeczy, kompletnie nie mające ze sobą nic wspólnego.

Dziś wystarczyć powinno tyle. Nie jestem już pamflecistą, który nie przeczytał książki. Jestem człowiekiem, który widzi zmiany w swoim zachowaniu po przeczytaniu tej nieprzyjemnej lektury. Stałem się po niej bowiem bardziej oschły i bezwzględny dla swojego syna, rzadziej pozwalając mu na szukanie własnej drogi i częściej karcąc. To jest zmiana na gorsze. Dlatego polecam książkę jako ciekawostkę przyrodniczą jedynie osobom, które nie są podatne na sugestie, także te w stylu „Jeśli nie bijesz swojego dziecka, nie możesz nazywać się chrześcijaninem”. Panie Wydawco, bardzo mi przykro, że byłem zmuszony poddać się praniu mózgu by udowodnić Panu, że nie piszę kłamliwych recenzji na podstawie przytoczonego przez Pana rozdziału. Mam nadzieję, że nie będę się musiał spotykać więcej z sytuacją konfliktu z osobą czy książką, która pod przykryciem katolicyzmu propaguje najprościej mówiąc tortury i znęcanie się nad dziećmi. Pozbawione przemocy.

Z poważaniem

Maurycy Teo

______________________________
*W tym miejscu zaistniała pomyłka. Notka napisana była w oparciu o felieton z „Idziemy”, innego katolickiego pisma.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 16 Komentarzy

Doroczny spęd bydła

W większości polskich parafii rzymskokatolickich są dwie takie okazje, które pociągają za sobą spędy wszelkiej maści postaci najpiękniej mówiąc do kościelnej rzeczywistości nieprzystających. Te dwie okazje związane są z sakramentami, czyli jednymi z najświętszych znaków, jakie pozostawił nam po sobie Jezus Chrystus. Pierwszy z nich to bierzmowanie, drugi – pierwsza komunia święta. Pierwszy przyciąga młodzież w wieku późnogimnazjalnym czy wczesnolicealnym, przy czym rzeczywiście jest to wszelka młodzież, niezależnie od sposobu codziennego zachowania, stopnia uduchowienia, poziomu zaangażowania w Kościele. Niezależnie od tego czy prywatnie uważa się za katolika, ateistę, satanistę, czy jest za antykoncepcją, seksem przedślubnym, aborcją i sam Pan Bóg wie czym jeszcze. Do bierzmowania się idzie, w określonym wieku, i lepiej to zrobić, bo potem się jeszcze będzie chciało pójść do ślubu. Druga okazja to walny zjazd nie tylko często wybitnie nienadających się dziatek wiek osiem, ale również ich równie przyjemnych rodziców.

Scena z niedzielnej mszy świętej. Siedzimy z rodziną w ławce, w bocznej nawie, kilka ławek przed nami zasiada mężczyzna z uśmiechniętą córką. Córka ma na oko właśnie 7-8 lat. Dla usprawiedliwienia jej dałem jej mniej, ale żona mnie poprawiła. Zwracam na dziewczynkę uwagę w momencie, gdy zjada cukierka czekoladowego. Wcześniej jeszcze jedna z mamuś przesadza swoją córkę, by ta nie siedziała koło rzeczonej dziewczynki. Sytuacja staje się ironiczna w momencie, gdy następuje klęknięcie przy przeistoczeniu. Dziewczynka przysiada na stopach, jak zwykły robić małe dzieci. Jej tatuś, o dziwo, dokonuje tego samego procederu, a więc przysiada na własnych stopach, tak jakby nigdy w życiu nie był w kościele i nie wiedział, jak się klęczy (nie wypróbował nawet pozycji „na Małysza”). Z mojej strony konsternacja, ale jeszcze nie zdecydowałem się odezwać. Zabrałem głos dopiero gdy szedłem z moim uśpionym trzylatkiem w procesji komunijnej. Pan, siedząc na swoim miejscu, korzystał z chwili przerwy i trzymając swojego smartfona w lewej dłoni gmerał prawą po powierzchni ekranu. Nie próbował tego nawet ukryć pod połami kurtki, tylko ostentacyjnie się rozwalił. „Przepraszam, może jednak w kościele powstrzymałby się pan od używania telefonu” – rzuciłem w jego stronę odruchowo niemal. „A co pana to obchodzi?” – Odparł. Odpowiedziałem na to: „No niech pan nie robi z siebie durnia”. Dalsza dyskusja nie miała chyba sensu.

Dziewczynka później wygłupiała się jeszcze z przesadzoną koleżanką, trykały się nogami i głośno się śmiały. Mamie przesadzonej wyraźnie przestało to przeszkadzać, wdała się nawet w dyskusję z wyżej omówionym tatą. Zdawało mi się przez moment, że mówili o mnie, bo facet wskazał kciukiem w moją stronę. Podczas ogłoszeń duszpasterskich ksiądz poprosił, aby dzieci pierwszokomunijne wraz z rodzicami pozostały po mszy. Mogliśmy się już domyślać, co szanowny pan robił tej niedzieli w kościele – i rzeczywiście nasza intuicja była słuszna.

Moi drodzy, jedynym sakramentem potrzebnym do zbawienia jest chrzest. Oczywiście, chrzest przyciąga z sobą również często grupki osób niedopasowanych (moje uwielbione chrzestne w ultramini i chrzestni z włosami na żel), jednak sama idea ochrzczenia dziecka sytuację usprawiedliwia. Komunia i bierzmowanie już nie. Na punkcie bierzmowania mam świra szczególnego. To jest sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. Powinien do niego przystępować ten chrześcijanin, który bezwzględnie jest gotów dla Jezusa Chrystusa poświęcić życie. I się Go nie wstydzi. Sam zdaję sobie sprawę z tego, że przystąpiłem do tego sakramentu o jakieś 2 lata za wcześnie. Wiele osób w ogóle nigdy nie powinno było do niego przystąpić. Człowiek o przyjęciu bierzmowania powinien zdecydować sam, sam powinien iść na kurs i sam powinien się do niego przygotować. Wędrówka jak to stado owiec na zgolenie albo na rzeź jest w tym przypadku wybitnie kiepskim pomysłem. Ilu z moich bierzmowanych kolegów do dziś nie wyraża swoim życiem gotowości…

Z komunią jest podobnie. Wprawdzie granica dolna dla tego sakramentu jest postawiona niżej, ale dziecko również powinno do niej przystąpić, bo kocha i szanuje Pana Jezusa i chce Go prawdziwie mieć w swoim sercu, a nie dlatego, że wszyscy idą, albo dlatego, że dostaje się rower, zegarek, PlayStation czy komputer, albo quada i przejazd limuzyną. Nie wystarczy zaliczyć głównych prawd wiary i dziesięciu przykazań, żeby być gotowym na przyjęcie Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Oczywiście – tutaj wielką rolę odgrywają rodzice. Ale jeśli ksiądz czy katecheta/katechetka nie są w stanie przebić się przez pancerz rodzicielskiego wychowania antychrystusowego i prawdziwie, wewnętrznie przygotować dziecka na przyjęcie Eucharystii, to powinni bezapelacyjnie odłożyć komunię takiego dziecka na późniejszy termin. Na ten czas, kiedy będzie naprawdę gotowe. Niech zarówno dziecko, jak i jego rodzice zrozumieją, że ten biały opłatek to jest Chrystus Żywy, a nie zabawa w królewny i kredyt na imprezę okolicznościową.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Pusty grób

To właśnie dziś rano, kiedy część z nas, podobnie jak Maria Magdalena, wybierze się do grobu Pańskiego, odkryje, że jest on pusty. Oczywiście, ci którzy byli na mszy Wigilii Paschalnej już to wiedzą, ci którzy wstaną rano na Rezurekcje dopiero zauważą.

Pusty grób to bardzo poważny problem teologiczny. Położono do grobu martwe ciało, postawiono straże, zapieczętowano wejście, ustawiono ciężką skałę. Mimo tego kamień jest odwalony, pieczęć zerwana, straże jakby zabite. Co może być tego powodem? Josh McDowell twierdzi, że grób jest znakomitym dowodem Zmartwychwstania. Mój promotor Józef Kulisz sądzi jednak inaczej. Dla niego pusty grób jest tylko nieznaczącym argumentem, na podstawie którego wiele rzeczy można by udowodnić. „Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: «Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu». Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego” (Mt 28, 11-15). Dla ówczesnych Żydów pusty grób oznaczał, że uczniowie wykradli ciało Chrystusa, już to z wielkiej do Niego miłości, już w celu rozgrywania swoich zmartwychwstańczych gierek. „Do dnia dzisiejszego” oznacza – do dnia pisania Ewangelii. Ale nie tylko! Biblia jest aktualna we wszystkich miejscach i czasach – i dziś również istnieje szereg teorii, które próbują ukazać, że Jezus prawdziwie nie zmartwychwstał. Że to jest wielkie oszustwo.

Temat zmartwychwstania, wszystkie teorie pustego grobu, śmierci pozornej itp. do rozważenia szerzej, kiedy indziej. Dowody i dowodziki – do rozpatrzenia, potwierdzenia czy obalenia. Dziś tylko chciałem przypomnieć, jak wielu uczniów widziało Jezusa już po Zmartwychwstaniu. Jak wielu z Nim rozmawiało, rozpoznawało Go, oddawało Mu cześć. Ilu widziało Go wstępującego do nieba. Ilu wyznaczył rolę w powstającym Kościele. Wreszcie – ilu ludzi współcześnie ma z Nim kontakt. Rozmawia z Nim w modlitwie, adoruje w kościele, przyjmuje Jego Ciało i Krew w Eucharystii.

Chrystus zmartwychwstał prawdziwie! Alleluja!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Cierpliwość

Wczoraj Jezus umarł. Zmartwychwstanie jutro. Wydaje się, że Wielka Sobota to najbardziej marazmatyczny i flegmatyczny dzień w historii.

W Kościele tego nie widać. Wstajemy rano, szykujemy koszyczki, wędrujemy na poświęcenie. Wieczorem już, po zachodzie słońca, odprawimy pierwszą wielkanocną Mszę świętą. Cały czas ruch, cały czas coś się dzieje. Ostatnie zakupy, ostatnie porządki, ostatnie wypieki i dogotowywania. Ale pomyślmy jak to wyglądało wtedy, kiedy Jezus umarł po raz pierwszy, prawdziwie. „Między nimi były: Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa, oraz matka synów Zebedeusza. Pod wieczór przyszedł zamożny człowiek z Arymatei, imieniem Józef, który też był uczniem Jezusa. On udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Wówczas Piłat kazał je wydać. Józef zabrał ciało, owinął je w czyste płótno i złożył w swoim nowym grobie, który kazał wykuć w skale. Przed wejściem do grobu zatoczył duży kamień i odszedł. Lecz Maria Magdalena i druga Maria pozostały tam, siedząc naprzeciw grobu. Nazajutrz, to znaczy po dniu Przygotowania, zebrali się arcykapłani i faryzeusze u Piłata i oznajmili: «Panie, przypomnieliśmy sobie, że ów oszust powiedział jeszcze za życia: „Po trzech dniach powstanę”. Każ więc zabezpieczyć grób aż do trzeciego dnia, żeby przypadkiem nie przyszli jego uczniowie, nie wykradli Go i nie powiedzieli ludowi: „Powstał z martwych”. I będzie ostatnie oszustwo gorsze niż pierwsze». Rzekł im Piłat: «Macie straż: idźcie, zabezpieczcie grób, jak umiecie». Oni poszli i zabezpieczyli grób opieczętowując kamień i stawiając straż. Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób” (Mt 27, 56-66, 28, 1). Wiemy, że Józef pochował Jezusa i zamknął wejście do grobu, oraz że Maria Magdalena i druga Maria zostały przy grobie. To było w piątek. Wiemy też, że nie siedziały tam bez przerwy, ponieważ w niedzielę rano wróciły do grobu Jezusa. Co działo się w sobotę? Wiemy tylko, że po dniu Przygotowania Piłat i arcykapłani zabezpieczyli grób, żeby „ten oszust” Jezus nie wyszedł przypadkiem. Gdzie byli wtedy apostołowie? Gdzie Maria Magdalena i druga Maria? Gdzie Maria – Matka Jezusa? O czym myśleli, co przeżywali? Na co czekali?

Przez całą sobotę nic się nie działo. Nie licząc tego, że to był szabat (dzień odpoczynku), a zarazem największa żydowska uroczystość – święto Paschy. Nie oszukujmy się jednak – skoro Ewangelia nie opisuje w żaden sposób obchodów tego święta, nie miało ono wówczas dla uczniów Jezusa większego znaczenia. Może nawet brali udział w celebracjach, bo tak nakazywało Prawo, ale czy było to dla nich przeżycie duchowe? Można sobie wyobrazić uczucia, które w nich panowały. Zawód tym, że Jezus miał zbawić naród żydowski, a umarł na krzyżu. Zwątpienie w cel oczekiwania i w ogóle cel dalszego życia. Rozgoryczenie i samoubiczowanie duchowe Piotra po trzykrotnym wyparciu się Pana. Smutek, cierpienie, rozpacz. Niedowierzanie. Nadzieję? Wszak Jezus obiecywał przecież, że na tym się nie skończy. Że trzeciego dnia odbuduje świątynię. Siostry Łazarza pamiętały o obietnicy zmartwychwstania. Mówi się, że Matka Jezusa trwała w oczekiwaniu na to, co przyniesie kolejny dzień. Ale sobota trwała 24 godziny. To były prawdopodobnie najdłuższe 24 godziny w dziejach świata. Wątpię, by oczekiwanie Świadków Jehowy na rychły koniec czasów dłużyło się bardziej, niż uczniom Jezusa owe 24 godziny.

Ale spójrzmy na to trzeźwo – my wiemy już, co się zdarzy. Zaczniemy się z tego cieszyć zanim się jeszcze zdarzy. Polska tradycja Rezurekcji jest bardzo piękna, ale przecież już w sobotę wzniesiemy radosne Alleluja na pamiątkę zdarzenia, które będzie miało miejsce jakieś 9 do 10 godzin później. W noc Zmartwychwstania. A wtedy, 2000 lat temu, uczniowie przeżywali niesprawiedliwą śmierć najukochańszej osoby, mając może niewielką, niezauważalną nadzieję, czy raczej naiwną tęsknotę, że to jeszcze nie koniec. My trwamy w radosnych (nie do końca słusznie) przygotowaniach. Oni – trwali w marazmie i zwątpieniu. Dla wszystkich Jezus tak samo zmartwychwstał. Tylko oni jeszcze o tym nie wiedzieli.

Kiedy jeszcze byłem w seminarium, jeden z księży wykładowców powiedział, że ten, kto pozwala sobie na spanie w noc Zmartwychwstania zamiast czuwać, chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co się wówczas dzieje. I ja w tamtym roku próbowałem nie spać. Ale zanotowałem w pamiętniku, który w tamtych czasach pisywałem, że to zupełnie bez sensu. Bo przecież uczniowie Jezusa, Jego Matka, czy Maria Magdalena, która rankiem poszła do grobu, prawdopodobnie tę noc, lepiej czy gorzej przespali. A nawet jeśli nie mogli usnąć, to nie dlatego, że oczekiwali Zmartwychwstania, lecz z żalu i smutku za ukochanym. Nikt nie widział zmartwychwstania i nikt nie czekał na nie przy grobie. Zastali Jezusa już zmartwychwstałego.

Wśród Jezusowych błogosławieństw dziś właśnie brakuje mi takiego: „Błogosławieni cierpliwi, albowiem oni oglądać będą Zmartwychwstałego”.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Pan Jezus poszedł do więzienia

Dziś już Wielki Piątek, wczoraj Wielki Czwartek. Choć mam tendencje do rozpisywania się nad suchą teologią czy problemami społecznymi, zaś z rzadka i z trudem przychodzi mi pisać o sprawach związanych z duchowością, w okresie wielkanocnym i przedwielkanocnym aż szkoda nie spróbować się wysilić. Zwłaszcza że teologia teologią, ale bez wiary pozostaje tylko suchą wiedzą. Na tematy fantasy.

Nie przygotowałem się do tej Wielkanocy przesadnie. Byłem u spowiedzi i odbyłem rekolekcje, ale trochę na odczepnego. Gdyby nie to, że trzeba było pójść na rekolekcje z uczniami w roli nauczyciela-opiekuna, pewnie w ogóle by mnie w tym roku ominęły. Nie, nie jestem suchym teologiem bez oparcia na Bogu. Jednak moja gorliwość zdecydowanie pozostawia wiele do życzenia.

Niemniej jednak w uroczystościach Triduum Paschalnego uczestniczyć uwielbiam. Przez tych kilka dni w roku warto wywędrować na parę godzin do kościoła, przeżyć te nietypowe obrzędy i wczuć się w całe misterium śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Poszedłem więc z moim synem na 19 na liturgię Wielkiego Czwartku. Dziewczyny zostały asekuracyjnie w domu, na wypadek gdyby Mała zachciała jeść w trakcie nabożeństwa. Syn dość szybko usnął i przespał swoje, jak to miewa ostatnio w zwyczaju podczas pobytu w kościele. Jednak kazanie okazało się być tak niemożebnie długie, że zdążył się rozbudzić przed tacą. A potem – ku mojemu zdziwieniu – wczuł się w przebieg liturgii. Najbardziej zainteresowały go kołatki. O tyle, że były głośne, stukały i nie pozwalały mu ponownie oddać się w objęcia Morfeusza (Zamiast tego musiał oddawać się w ramiona Trinity – Trójcy Świętej. Oj, coś mi to wszystko zalatuje jakimś Neo… neopogaństwem? Może raczej neokatechumenatem… A idź ty z tą grą słów!). Ale później dopiero popadł w zadumę. Dokładnie w momencie, gdy księża wyprowadzili Ciało Chrystusa z górnego do dolnego kościoła, gdzie zorganizowano ciemnicę. G.M. zadał mi pytanie: „Gdzie schowali Pana Boga?” Ponieważ trwała adoracja, podeszliśmy po cichutku do dolnego Tabernakulum, w którym tymczasowo przebywał Jezus i wszystko dokładnie małemu wyjaśniłem. Pokazałem mu, gdzie i dlaczego schowany jest Pan Jezus i co się z Nim działo, i co się będzie działo.

Po powrocie do domu G.M. wybrał się porozmawiać z mamą. Mama wyjaśniła mu, że zbliżają się święta – Wielkanoc – i będziemy czcić w tym czasie zmartwychwstanie Jezusa. W tej chwili malec zadziwił mamę, odpowiadając: „A dzisiaj Pan Jezus jest w więzieniu”.

Może i poszedł spać o 2 godziny później niż zazwyczaj, ale co przeżył i czego się dowiedział, to jego. Niesamowicie jest patrzeć, jak twoja własna latorośl przygotowuje się do świadomego oddawania czci Bogu. Jak interesuje się prawdami wiary na swój własny, dziecięcy sposób. Trudno, nawet jeśli dziś znów ma pójść spać później, zabiorę go na misterium Męki Pańskiej. Niech ma!

I Wam również życzę dobrego przeżycia liturgii Wielkiego Piątku, całego Triduum, a na wypadek, gdybym miał tu już do tego czasu nie zajrzeć, również wesołych Świąt i radości z panowania Zmartwychwstałego!

A trollom pozwalam korzystać z wolności słowa…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze