Riposta czwarta – na obronę treningu

Szanowny Panie Wydawco! Szanowni Czytelnicy!

Na stronie internetowej wydawnictwa Vocatio, w dziale dającym możliwość zakupienia książki Michaela i Debi Pearl „Jak trenować dziecko” pojawiło się jakiś czas temu oświadczenie Pana Wydawcy dotyczące zarówno samej książki, jak i komentarzy związanych z nią, a pojawiających się w mediach. Stało się to niedługo po tym, jak sam napisałem na blogu tekst krytykujący wydaną przez Vocatio książkę. Poczułem się więc zobowiązany do dania szerszej odpowiedzi na oświadczenie Pana Wydawcy, sam bowiem zaliczam się do komentatorów medialnych, jako że blog uznawany jest powszechnie za swego rodzaju medium.

Na swojej stronie Pan Wydawca napisał, że zarzuty stawiane publicznie omawianej książce i drugiej pozycji, zatytułowanej „Mądra miłość” są niezgodne z prawdziwym przesłaniem tych książek. Dodał Pan również, że protestuje przeciw manipulacyjnemu relacjonowaniu książek. Zacytuję fragment Pańskiej wypowiedzi: „Niestety, medialni komentatorzy, bez przeczytania książek w całości, wypowiadają się, bazując jedynie na zręcznie opracowanych przez inne osoby pamfletach, które wyrywają poszczególne zdania z kontekstu i błędnie komentują całe fragmenty”. W związku z tym, że aż do dzisiaj po wpisaniu w wyszukiwarkę słów „Vocatio Jak trenować dziecko” mój wpis blogowy pojawia się na pierwszej stronie, a w czasach największej krytyki wydanej przez Vocatio książki był wręcz na drugiej pozycji – tuż pod stroną Wydawcy – mogę snuć przypuszczenia, że Wydawca miał okazję przeczytać mój wpis. Mogę więc również prawdopodobnie zaliczyć siebie do jednej z dwóch grup: albo do medialnych komentatorów bazujących na pamfletach, albo do pamflecistów wyrywających poszczególne zdania z kontekstu. Nie czuję się obrażony tymi słowami, raczej rzeczywiście zobowiązany do bronienia własnego dobrego imienia i imienia innych osób, które książkę mniej lub bardziej dokładnie skrytykowały.

Na początek przyznam bez bicia, że pisząc, iż mój syn nie jest mułem amiszów, rzeczywiście nie znałem treści całej książki. Oparłem się jedynie na krótkim fragmencie pierwszego rozdziału, który Pan Wydawca miał umieszczony na stronie w ramach promocji książki, a który bardzo sprytnie i całkiem słusznie podmienił na rozdział czwarty w momencie, gdy atmosfera wokół książki zaczynała się podgrzewać. W moim osobistym przekonaniu jednak rozdział pierwszy, czy nawet niewielki jego wycinek wystarczył, by móc wyciągnąć prawdziwy wniosek na temat całej książki. Właściwie gdyby Wydawca uważał inaczej, nie zamieszczałby fragmentu, by przyciągnąć czytelników. Wraz z innymi komentatorami zostałem jednak skrytykowany za to, że wypowiadam się bez przeczytania całości książki, postanowiłem więc nadrobić zaległości przed kolejną moją wypowiedzią. Ponieważ książka zniknęła z oferty wydawcy, kupiłem ją na Allegro, następnie zaś przeczytałem w całości, by móc się oficjalnie wypowiadać. Niestety, obrońcy książki nie mają w tym przypadku szczęścia. Moja opinia w stosunku do książki rzeczywiście zmieniła się w porównaniu do tej, którą posiadałem po lekturze krótkich fragmentów, jednak bynajmniej nie na lepsze. Książka prezentuje treści wypełnione przemocą, zwaną z nieznanych mi przyczyn treningiem, w stopniu zdecydowanie większym, niż pierwotnie przypuszczałem.

Pan Wydawca pisze, że faktycznym przesłaniem książki „Jak trenować dziecko” nie jest to, o czym piszą media negatywnie nastawione (a więc nauka efektywnego bicia i przemocy), lecz mądre wychowanie w miłości i dyscyplinie. Nie sposób nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Rzeczywiście przesłaniem omawianej książki jest wychowanie w miłości i dyscyplinie. Takie właśnie przesłanie pragnął nadać książce jej autor. Treść książki jednak niestety odpowiada planowanemu przesłaniu w stopniu raczej miernym. W rzeczywistości jest bardziej zachętą, a momentami wręcz psychicznym przymuszaniem, do używania wobec dzieci bolesnych narzędzi celem wywołania w nich bezwzględnego posłuszeństwa. Oczywiście – jeśli się chce, można podciągnąć wszystko pod pełne miłości wychowanie. Jako alternatywę proponuję wydanie książki pedofila, który mógłby zaznaczyć, że wychowuje swoje dzieci z tak wielką miłością, że aż musi wywoływać w nich takie czy inne przyjemne odczucia. I że poleca takie zachowanie każdemu zaangażowanemu rodzicowi. Przecież prawdą jest, że wielu pedofilów molestujących własne dzieci twierdzi, że robi to z miłości. Państwo Pearl sądzą zaś, że z miłości do dzieci stosowali wobec nich karcenie rózgą (witką wierzbową, 2 milimetry), które de facto jest niezwykle wyrafinowaną i bardzo bolesną przemocą fizyczną.

Przesłanie książki jest więc bardzo piękne, zawartość już nieco mniej. Oprócz przytaczanych przeze mnie we wcześniejszym wpisie przykładów na odpowiednie bicie malutkich i bardzo malutkich dzieci w celu zapewnienia sobie ich bezwzględnego posłuszeństwa od najmłodszych lat (a tekst pierwszego rozdziału można znaleźć nadal w internecie) można w książce znaleźć również sposoby na starsze dzieci oraz na unikanie problemów związanych z poparzeniem, utopieniem itp. W jednym z fragmentów naszej książki autor opisuje, jak dla uniknięcia nieprzyjemności wynikającej z utonięcia któregoś ze swoich dzieci w przydomowym stawie postanowił wykorzenić z nich chęć zbliżania się do owego poprzez podtapianie tychże w tymże. Nikt wprawdzie nie trzymał dzieci z głową pod wodą, ojciec pozwalał jednak na zbliżenie się do stawu na taką odległość, by nieuniknione było wpadnięcie do niego i paskudne uczucie związane z umieraniem przez utonięcie. W podrozdziale zatytułowanym „Poczuj się, jakbyś tonął” autor pisze tak o sytuacji jednej z córek: „Trzeba przyznać, że mieliśmy problem z Szalom. (…) Zawsze miała wspaniałą koordynację ruchową. Po prostu nie chciała wpaść do stawu. Zmęczyło mnie już chodzenie za nią do stawu. Aby doprowadzić naukę do końca, postanowiłem ją dyskretnie popchnąć. Kiedy więc stała wychylona nad wodą, po prostu lekko szturchnąłem ją stopą” (Str. 136-137). Nie jestem osobą, której metody wychowawcze polegające na wpychaniu swoich dzieci do stawu tylko dlatego, że same są zbyt mądre, by do niego wpaść imponują. Jest mi zarazem bardzo przykro, że są osoby, które tak mocno stoją za tekstami pana Pearl’a. Kiedy ja pragnę nauczyć moje dziecko, by nie dotykało gorącego pieca, tłumaczę mu, że to może boleć, a gdy do niego podchodzi zbyt blisko, łapię je, by pokazać, że tak nie należy robić, dla własnego dobra. Pan Pearl zaś pozwala dotykać dzieciom pieca, tylko wówczas jednak, gdy jest już wystarczająco rozgrzany, by spowodować ból. „Kiedy nadeszła jesień i zaczęliśmy palić w piecu, prowokowaliśmy dzieci, aby podeszły bliżej i przyjrzały się fascynującym płomieniom. Oczywiście zawsze miały ochotę je dotknąć, dlatego powstrzymywałem je, dopóki piec nie rozgrzał się na tyle, że dotknięcie go było bolesne, ale nie na tyle, by spowodowało oparzenie (…)” (Str. 135) – pisze autor. Wynika z tego, że pieca wolno dotknąć tylko wówczas, gdy jest wystarczająco mocno rozgrzany, tak aby zabolało. Wówczas tata krzyczy „gorące” i odtąd już zawsze słowo „gorące” oznacza – nie dotykaj.

Wyżej omówiony przykład z piecem i sygnałem „gorące” działa na bardzo prostym mechanizmie psychologicznym, zbadanym przez Pawłowa. Zwyczajnie połączenie sygnału głosowego z nazywanym przez Pearlów wzmocnieniem (czy to rózga, czy ból od gorącego pieca) sprawia, że po kilku próbach dziecko (a potem i dorosły człowiek) słysząc „gorące” czuje ból na wnętrzu dłoni. Słysząc „nie” czuje pieczenie na rękach, udach czy pośladkach. Rzeczywiście, pan Pearl ma rację – przy ciągłym treningu bardzo szybko będziesz mógł odłożyć rózgę w kąt. Od tej pory bowiem będzie wystarczył sygnał „nie”, by dało się odczuć nieznośne, bolesne i upokarzające uderzenie rózgi. Już zawsze.

Drugą sprawą jest polecane przez Pearlów tzw. karcenie. Jako takie rozumie się zarówno wcześniej już omawiane wzmocnienie sygnału z pomocą rózgi, jak również – chyba przede wszystkim – regularne, spokojne bicie rózgą dziecka, które w jakikolwiek sposób przejawia swe nieposłuszeństwo. Przykład takiego karcenia może wyglądać następująco: „Matka wraca z rózgą i stając przed nim mówi: »Johnny, powiedziałam ci, żebyś starł wodę, a ty tego nie zrobiłeś. Dlatego zostaniesz skarcony, żebyś następnym razem już się nie zastanawiał. Mama chce, żeby jej synek wyrósł na takiego mądrego mężczyznę jak tata, dlatego chce ci pomóc być posłusznym. Połóż się na tapczanie. Połóż ręce obok siebie. Nie ruszaj się, bo inaczej będę musiała dać ci więcej razów«. Potem matka wymierza mu bez pośpiechu około dziesięciu smagnięć po gołych łydkach. Chłopiec płacze z bólu. Jeśli nadal będzie się buntował, wywijając się na boki i broniąc się przed karą albo wyrażając złość, wtedy powinna odczekać chwilę i pouczyć go raz jeszcze, a potem znowu wymierzyć mu kilka razów” (Str. 122). Jako nieposłuszeństwo należy przy tym traktować wszystko, co nie jest ochoczym wykonaniem każdego polecenia. Nieposłuszeństwem, według książki, jest więc nie tylko nerwowe, spóźnione wykonywanie poleceń celem uniknięcia kary, ale nawet najmniejszy objaw niezadowolenia z wykonywanego polecenia. Ciekawe – wydaje mi się bowiem, że każdy człowiek od czasu do czasu musi wykonać z obowiązku coś, co nie sprawia mu odrobiny przyjemności. Czy z tego powodu powinien jeszcze dodatkowo smagać się rózgą? Ale nie, dzieci powinny robić cokolwiek sobie rodzice zażyczą, wkładając w to maksimum radości i ochoczości, bo jak nie, będzie trzeba je skarcić rózgą. Nieposłuszeństwem jest tu nawet – o zgrozo! – brak uśmiechu o poranku u córki, mimo wyraźnej zachęty ze strony matki. „Dziewczynka rozpoczynająca dzień przepełniona pretensjami do całego świata powinna spotkać uśmiechniętą matkę, która nie zważając na jej nachmurzoną minę, wita ją okrzykiem radości. Jeśli jej nastrój nie ulegnie zmianie, z pewnością nie wolno pozwalać jej, aby psuła nastrój całej rodzinie. Jej zachowanie należy traktować jako przewinienie; sama odcięła się od wspólnej radości, przyjmując naburmuszoną postawę. Jeśli marudne dziecko może zmienić atmosferę w domu z powodu swego złego humoru, wtedy wydaje mu się, że takie zachowanie jest usprawiedliwione” (Str. 202) – pisze na jednej ze stron pan Pearl.

Pan, Panie Wydawco, wspomina na swojej stronie, że karcenie „biblijne” różni od kary to, że „Karanie (…) nosi w sobie element odwetu, odegrania się czy zemsty, a biblijne karcenie jest motywowane miłością i zorientowane na rozwój dojrzałego charakteru i zbudowanie pozytywnej przyszłości osoby poddanej temu procesowi. W jednym i drugim wypadku może występować element bezpośredniego przymusu, ale jego źródło, motywacja, kontekst a także intensywność będą całkowicie różne. Inny też będzie tego wychowawczy wpływ na dzieci.” Karcenie jest więc – zdaniem Pana – dawanym ze spokojem upomnieniem fizycznym, które (jak pisze Pearl) oczyszcza dziecko z przewinień i z poczucia winy. Tylko dlatego, że jest wykonywane przez człowieka, który robi to spokojnie, bez nerwów, a nie w gniewie. Otóż muszę powiedzieć, że znam osobiście człowieka, który raz w życiu przeszedł, wraz ze swoim rodzeństwem, tego typu egzekucję. Wszyscy uklękli razem i, tak jak w instrukcji Pearlów, wypięli pośladki i spokojnie dostali po tyłkach. Ten człowiek wspomina ów fakt jako jedną z największych traum swojego dzieciństwa. Może gdyby dostawał w ten sposób częściej zapamiętałby to jako normę i starałby się wyprzeć traumę tego zdarzenia do podświadomości? Może to właśnie dzieje się z dziećmi Pearlów, jak i z wieloma innymi w ten sposób „wychowanymi” osobami?

Książka, której Pan, Panie Wydawco, tak usilnie broni, pełna jest innych mrożących krew w żyłach historii, jak choćby opowieści o doskonale wytrenowanej trzylatce, która bawiła się z lalką w trening, spokojnie okładając ją rózgą i ostrzegając, że jeśli będzie płakać, będzie musiała dostać więcej razy. Pan Pearl jest zachwycony postawą tej dziewczynki. Mnie ona kojarzy się z zastraszoną, wyniszczoną dzieciną, która swe frustracje przelewa na własne zabawki, zamiast z miłością bawić się nimi w dom. I którą natychmiast powinien zająć się dobry psycholog.

Książka jest pełna mrożących krew w żyłach historii, jednak nie będę się w nie wszystkie zagłębiał. Przeczytałem wszystkie i wcale nie chcę do tego wracać. Powiem tylko, że książka opiera się na błędnych założeniach, z punktu widzenia zarówno psychologii, pedagogiki, jak i teologii. Oparte na Biblii karcenie w rzeczywistości opiera się o kilka cytatów z Księgi Przysłów i o jeden psalm, w którym to kij i laska pasterska pociesza mnie. Kij służył pasterzom do walki z wilkami, laska do zaganiania stada. Ale wcale niekoniecznie do bicia tego stada regularnie po gołych łydkach. Pozostałe cytaty to słowa, które rzeczywiście mówią o karceniu, ale w dalszym ciągu pochodzą ze zbioru mądrości Izraela, z których nie każda musi pozostawać prawdziwą mądrością po dziś dzień. Jak wspomniała w o wiele lepszym od mojego tekście pani Anna Golus, w Starym Testamencie jest też mowa o karceniu krnąbrnego syna przez ukamienowanie. Czemu nie sięgamy do tego przykładu? Zauważyłem ogólnie tendencję u protestantów i świadków Jehowy, że swoje nauki opierają w głównej mierze na Starym Testamencie, zapominając jakby o Ewangelii, o wypełnieniu Przymierza w Jezusie Chrystusie. Pozycje, które korzystają z Nowego Testamentu tylko po to, by udowodnić swoje tezy oparte na Starym Testamencie, z góry należy traktować jako podejrzane. Ta książka jest jedną z nich.

Pod koniec chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na dwa aspekty, o których wcześniej wspomniałem, a które pragnę nieco bardziej uwypuklić. Pierwszy z nich to kwestia nieposłuszeństwa rozumianego jako niezadowolenie, jęczenie, smutek spowodowane wykonywanym zadaniem, czy naburmuszona postawa córki o poranku. Pan Pearl zdaje się tu sugerować, że człowiek nie ma prawa do bolesnych uczuć, nie ma prawa ich okazywać, wszystko ma przyjmować z radością i poświęceniem, bez względu na to, jak duży ból mu to sprawia. Doskonały jeszcze przykład – zakaz płakania podczas lania. Dziecko, które dostaje razy, prawdopodobnie powinno się uśmiechać i powtarzać „Dzięki, ojcze”. Drugi aspekt, mający z pierwszym bezpośredni związek, to wymaganie od innych bezwzględnego posłuszeństwa. Podkreślam słowo „bezwzględnego”, ponieważ zdaniem Pearlów dziecko powinno bez wahania wykonać każde polecenie, choćby nie miało ono żadnego sensu. Nie ma słowa sprzeciwu. Przykładem mężczyzna, który do momentu opuszczenia domu rodzinnego zawsze na zawołanie ojca rzucał wszystko i przychodził. Brak własnej woli lub negacja. Oba te aspekty wskazują de facto, że propagowany przez pp. Pearlów i Pana Wydawcę trening jest w rzeczywistości tresurą – stąd porównanie do mułów amiszów całkowicie trafne. Dziecko ma być wytresowane jak piesek, nie zaś wytrenowane. To jest, pełna podobno miłości i szacunku, całkowita depersonifikacja człowieka.

Na swojej stronie przytoczył Pan bardzo ciekawy wywiad z Gościa Niedzielnego. Sam Gość w przypadku Pana książek niestety również mnie zawiódł. Siła, z jaką bronił Pańskich wystąpień i książek nawołujących do zimnej przemocy była dla mnie porażająca. Zwłaszcza, że nie tak dawno sam napisałem notkę opartą o felieton z Gościa* i był to felieton opowiadający się przeciwko biciu dzieci. A teraz obrona, wypowiedzi kobiet, które metodami Pearlów wychowują czwórkę swoich dzieci, zwyczajnie przeraża. Ale wracając – tekst przytoczony przez Pana doskonale obrazuje okropną sytuację w Szwecji, której rzeczywiście nie należy zazdrościć. Sam, przeczytawszy ten tekst, zapragnąłem na jego podstawie napisać trzecią część Podstępu szwedzkiego i nie wiem, czy tego nie zrobię. Niestety, tekst ten nie ma nic wspólnego z obroną książki, z poparciem dla bicia dzieci, z gniewem na Szwedów, którzy zabronili „klapsa”. Rozumiem, że przytaczając ten wywiad sugeruje Pan, iż jeśli zaprzestaniemy dawania klapsów, staniemy się drugą Szwecją. Kolejne błędne założenie, które wynika z zaślepienia chyba antypoprawnością polityczną, w którą wpisuje się przymus bicia dzieci. Niestety, z pewnością nie udało się Panu udowodnić, że bez klapsa upadniemy na dno cywilizacji. Przedstawił Pan dwie rzeczy, kompletnie nie mające ze sobą nic wspólnego.

Dziś wystarczyć powinno tyle. Nie jestem już pamflecistą, który nie przeczytał książki. Jestem człowiekiem, który widzi zmiany w swoim zachowaniu po przeczytaniu tej nieprzyjemnej lektury. Stałem się po niej bowiem bardziej oschły i bezwzględny dla swojego syna, rzadziej pozwalając mu na szukanie własnej drogi i częściej karcąc. To jest zmiana na gorsze. Dlatego polecam książkę jako ciekawostkę przyrodniczą jedynie osobom, które nie są podatne na sugestie, także te w stylu „Jeśli nie bijesz swojego dziecka, nie możesz nazywać się chrześcijaninem”. Panie Wydawco, bardzo mi przykro, że byłem zmuszony poddać się praniu mózgu by udowodnić Panu, że nie piszę kłamliwych recenzji na podstawie przytoczonego przez Pana rozdziału. Mam nadzieję, że nie będę się musiał spotykać więcej z sytuacją konfliktu z osobą czy książką, która pod przykryciem katolicyzmu propaguje najprościej mówiąc tortury i znęcanie się nad dziećmi. Pozbawione przemocy.

Z poważaniem

Maurycy Teo

______________________________
*W tym miejscu zaistniała pomyłka. Notka napisana była w oparciu o felieton z „Idziemy”, innego katolickiego pisma.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 16 Komentarzy

Zobacz wpisy

16 thoughts on “Riposta czwarta – na obronę treningu

  1. Nie czytałem książki. Dzieci już mam dorosłe, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by je trenować/tresować. Uważam, że sprawa wychowania jest czymś naturalnym, a jakieś dziwactwa w stylu przywołanej pozycji są rodzajem mody i dla tych, którzy nie kochają swoich dzieci.

  2. Ciamajda

    Nie wiem jak to wszystko opisać, czy to jest tak straszne że aż śmieszne, czy tak śmieszne że aż straszne. Ale najgorsze w tym wszystkim dla mnie jest to, że tego typu książki, a właściwie tego typu nienawiść, promuje organizacja przedstawiająca się jako chrześcijańska, gdy w rzeczywistości jest to, przynajmniej dla mnie, organizacja przestępcza. Jeszcze gorsze jest to, że tę nienawiść bierze w obronę jak wspomniałeś GN, czyli gazeta którą kiedyś podziwiałem i z którą się identyfikowałem, jako broniącą życia dzieci nienarodzonych. Wniosek mój jest może zbyt daleko idący, ale uważam że władza kościelna powinna dokonać przeglądu działających w polsce wydawnictw, gazet i wszelkich organizacji, które głoszą tezy całkowicie sprzeczne z nauką bożą i stworzyć np. listę podmiotów „katolickich”, z którymi nie chce mieć nic wspólnego. Może wtedy różni naprawiacze świata by się opamiętali i przynajmniej nie szkodzili obrazowi Kościoła.

    No… a teraz idę pobiegać z zającami, może którego wytargam za uszy, a może mnie który wytarga :) Wszystkiego dobrego!

  3. Dziękuję za ten tekst.
    Mnie też przeczytanie tych książek (jest ich więcej: https://www.facebook.com/ksiazki.nie.do.bicia i różnią się tylko szczegółami: pas zamiast witki, wyznanie miłości tylko przed i po albo też w trakcie (!) lania, bicie rózgą od 6 czy 8 miesiąca życia) „zmieniło”, na szczęście nie wpływając na relacje z dzieckiem. I nie polecam ich nikomu – zwłaszcza osobom wrażliwym – nawet jako „kuriozum wydawnicze”.

  4. Caddicus: Zgadzam się odnośnie wychowania. Tym bardziej chcę przytoczyć fragment tekstu znajdujący się na tyle książki tu omawianej: „Samodyscyplina i samokontrola nie spadają z nieba jak wieczorna rosa. Dzieci trzeba z miłością wdrażać w ne, dzień po dniu, i to od pierwszych miesięcy życia. Jeśli rodzice tego nie czynią, wówczas tzw. „wychowywanie” będzie jedynie minimalizowaniem strat, zamiast prawdziwym przygotowaniem do odpowiedzialnego życia”, Kolejny psychiczny nacisk manipulatorski: jeśli nie trenujesz dziecka, twoje wychowywanie na nic się nie zda. Smutne…

    Ciamajda: Ja nadal szanuję Gościa Niedzielnego. Kiedyś czytywałem magazyn Familia i tam opublikowano list piętnastolatki twierdzącej, że rodzice mają obowiązek bicia swoich dzieci. Mimo tego szanowałem ten magazyn, ponieważ zawierał wiele mądrych treści, z którymi się zgadzałem. Z drugiej strony masz rację – Kościół mógłby odżegnać się od pewnych wydawnictw i wstawić je na jakąś listę zakazaną. Z kolejnej strony – założę się, że połowa naszego Kościoła poparłaby te książki, co jest dla mnie szczególnie smutne. Mój proboszcz jest zwolennikiem bicia rózgą, co potwierdził kiedyś na mszy świętej, w kazaniu do dzieci…

    Anna Golus: Dziękuję bardzo za Pani komentarz! Spotkał mnie z Pani strony prawdziwy zaszczyt. Mam pytanie: czy Pani książkę można nabyć w wersji papierowej? Nie przepadam za czytaniem z ekranu komputera… Dziękuję też za Pani strony! Pozdrawiam.

  5. W Starym Testamencie popularne było też podsuwanie swoich żon i córek żądnemu krwi tłumowi, żeby dał spokój gościom.

  6. Udało mi się przeczytać ze dwa akapity, potem zrobiło mi się słabo. Tak samo słabo robiło mi się, kiedy czytałam literaturę obozową czy reportaże o ludobójstwie w Rwandzie. Tyle że autorzy tych reportaży zdawali się ostrzegać przed przemocą ukrytą pod pozorami czegokolwiek, choć ani jednego słowa porady tam nie było…

  7. Podobne w temacie, też o kontroli, tylko trochę innej. Polecam

    http://tupotplaskichstop.wordpress.com/2012/05/04/misja/

  8. tkaa

    Panie pamflecisto zapraszam do Szwecji lub Anglii. Dla mnie książka jest rewelacyjna. Od klapsa jeszcze nikt nie umarł ;-). Od braku klapsa mamy Szwecję i Anglię, chyba nie trzeba komentować. Zdecydowanie POLECAM! „Vocatio Jak trenować dziecko” jest to jedna z najlepszych książek jaką czytałem!
    Pozdrawiam!

  9. ann

    rewelacyjny tekst , nie czytałam tej książki i nigdy nie przeczytam bo obudziłaby zbyt bolesne wspomnienia , w dzieciństwie byłam bita , na szczęście nie metodą państwa Pearlów ale na tyle mocno że czasami nie mogłam przez kilka dni siedzieć na pupie i na tyle często że bałam się do domu wracać. Wiem że moi rodzice mnie kochają , ojciec stosował taka metodę wychowawczą bo taką znał ze swojego domu . Teraz mam swoje dzieci i one nie dostają ani lania ani nawet „zwykłego klapsa ” , dla mnie to byłaby porażka , pamiętam jak ja się bałam mojego ojca , nie chcę żeby moje dzieci sie mnie bały wolę żeby mnie kochały. Pozdrawiam

  10. Dla mnie to szok, że takie rzeczy mogą się bezkarnie ukazywać. Ciekawe ilu nie mądrych rodziców z niej skorzystało.

  11. Pingback: Bachor mag. JĘZYK MIŁOŚCIBachor mag.

  12. Dziękuję wszystkim serdecznie za komentarze, linkowanie mnie, facebookowanie itp. Również osobom, które nie zgadzają się ze mną w temacie. Piszę też dlatego, że ta notka przeżywa nagły atak komentarzy anglojęzycznych. Jeden opublikował się, 7 zatrzymał spam. Dlatego chciałbym prosić, jeśli są to jednak komentarze od prawdziwych, żywych osób (nie wiem dlaczego, ale może?), to proszę o zaznaczenie w treści komentarza chociaż jakiegoś bezpośredniego związku z treścią notki.

    Hi! Thanks for all Your comments. Because of the unexpected attack of English comments that, I think, may be spam, I ask You kindly to write something about the contetn of the specific note, if You want to be published. Or at least write something like „I’m not a spammer! I’m a real person!” :). Thanks!

  13. Peter

    Very well written article. Congratulations.

  14. Isio

    Panie Tkaa czy Pan nie uprawia może ezoteryki jak chyba niejaki Ralph Martin co oczy ma jak wściekły pies?

  15. Czekam na kontynuacje

  16. Pingback: Blogerki i blogerzy przeciw przemocy wobec dzieci | Anna Golus

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s