Monthly Archives: Maj 2012

Jestem głupi i bardzo tego żałuję

Kiedy jeszcze przebywałem w Seminarium zwykłem, wchodząc czy wychodząc z kaplicy, wykonywać bardzo szeroki znak krzyża i klękać, skłaniając się do ziemi. Wyraz szacunku do Boga, który wówczas miałem chyba aż do przesady. Po jednej z modlitw wieczornych albo porannych, a może w ciągu dnia, podszedł do mnie starszy serdeczny kolega i z uśmiechem zagadał: „Zauważyłeś jak niektórzy żegnają się w ten sposób?” – to mówiąc dotknął najpierw dłonią czoła, następnie zaś kilkakrotnie uderzył się w piersi. Odwzajemniłem uśmiech przytakując. „Wiesz co to oznacza?” – ciągnął kolega. Ponieważ nie wiedziałem, wytłumaczył: „Jestem głupi i bardzo tego żałuję”.

Jeśli szukasz informacji o tym, czy należy żegnać się podczas święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, zapraszam do wpisu poświęconego temu zagadnieniu: „Wszyscy jesteśmy jajkami”.

Po latach przypomniała mi się ta sytuacja, gdy znajomy kapłan poprosił mnie o napisanie notki o znaku krzyża. Co jakiś czas zresztą mi się przypomina, ponieważ niejednokrotnie widuję ludzi żegnających się we wspomniany sposób. Kolejny przejaw nieznajomości podstaw liturgiki i jakiegoś ludowego przyzwyczajenia. Tym czasem znak krzyża jest dla nas symbolem i pamiątką męki Pana Jezusa, Jego zbawczego działania i odkupienia. Znak krzyża został w liturgii połączony z wezwaniem, które Jezus skierował do uczniów: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19). Prawidłowo rękę kieruje się najpierw na czoło, mówiąc „W imię Ojca”, następnie na pierś: „i Syna”, potem kolejno na lewe i prawe ramię: „i Ducha Świętego”. Dodaje się na koniec „Amen”, składając dłonie. Wszelkie inne wariacje na temat znaku krzyża są nieprawidłowe.

Niestety, jeśli chodzi o znak krzyża często dochodzi także do nadużyć. W czasie mszy świętej należy się bowiem przeżegnać dwa do trzech razy. Na początku mszy, kiedy ksiądz wita wiernych słowami „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, dopowiada się wówczas „Amen”. Na koniec, gdy ksiądz błogosławi słowami: „Niech was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty”, również odpowiada się „Amen”. Na pokropienie, kiedy występuje zamiast aktu pokuty, wówczas kapłan nic nie mówi, a my nic nie dopowiadamy. Nie żegnamy się nigdy na „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”, skłaniamy jedynie głowę. Częsty błąd. Nie żegnamy się na żadne błogosławieństwa nieludzi (tj. soli, jajek, tornistrów szkolnych, krzyżyków, medalików i czego tam jeszcze). Bardzo częsty błąd. Nie żegnamy się absolutnie kiedy ksiądz udziela sakramentu chrztu, mówiąc np. „Hieronimie Atanazy, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Nie dopowiadamy też „Amen”, ponieważ Jezus nie nakazał chrzcić „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen”. Nieprawidłowe jest również żegnanie się przy wstawaniu z postawy klęczącej oraz w trakcie przyklękania przed Najświętszym Sakramentem czy przed ołtarzem. Wszystkie te błędy widzę wielokrotnie u wielu osób i zawsze żałuję, że podczas mszy świętej nie prowadzi się żadnej szkoły liturgii, choćby najkrótszej, ze zwróceniem uwagi na podstawowe postawy czy gesty.

Prywatnie można się żegnać częściej, na rozpoczęcie i zakończenie modlitwy, na rozpoczęcie czy zakończenie podróży, jako akt strzelisty w trudnym i mniej trudnym momencie życia, przechodząc przed kościołem itp. Dajemy w ten sposób świadectwo, że wierzymy i że Bóg jest w naszym życiu ważny. Uważajmy jednak na pewne bałwochwalcze praktyki, tak typowe dla naszego polskiego społeczeństwa. Mam mianowicie na myśli przypadki, gdy obok kościoła stoi pomnik Jana Pawła II. Wiele osób wykonuje znak krzyża przed tym pomnikiem, sam kościół z zamieszkałym w tabernakulum Chrystusem omijając jakby bez zwrócenia nań uwagi. Szacunek dla 262 papieża jest oczywiście czymś właściwym (właściwszym jest zaś szacunek dla 263, czyli aktualnego papieża), ale zdecydowanie nie należy się mu szacunek wyższy od tego, który należy dać samemu Chrystusowi. To Jezus jest Panem, a nie Jan Paweł II. Nie wolno nam o tym zapominać.

Na koniec jeszcze dwa słowa o małym znaku krzyża. Czyni się go przed przeczytaniem przez kapłana Ewangelii, gdy mówi on „Słowa Ewangelii według św…”. Mały znak krzyża wykonujemy kciukiem prawej dłoni najpierw na czole, potem na ustach, a wreszcie na piersi. Ma to oznaczać, że od tej pory będę myślał o tym, co usłyszę, mówił o tym, co usłyszę i żył tym, co usłyszę. Mały znak krzyża można wykonać też prywatnie, np. na czole współmałżonka, dziecka czy innej osoby, którą chcemy osobiście pobłogosławić. Albo np. na chlebie przed przełamaniem go.

Pamiętajmy więc, że znak krzyża należy wykonywać z bezwzględnym szacunkiem i dokładnością, składamy bowiem w ten sposób hołd naszemu Zbawicielowi i Panu – Jezusowi Chrystusowi. Nie udawajmy głupich. A nawet jeśli jesteśmy głupi i tego żałujemy, nie obwieszczajmy tego całemu Kościołowi zapominając o poszanowaniu krzyża Chrystusowego.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 23 komentarze

Aaa chrzestnego tanio

W odpowiedzi na propozycję znajomej tworzę kolejny wpis dotyczący chrztu i chrzestnych. Tym razem związane jest to z opublikowanym przez Gazetę Wyborczą tekstem dotyczącym poszukiwania chrzestnych… w internecie. Tekst można znaleźć TUTAJ. Tekst jak tekst Wyborczej. Przedstawia spojrzenie na zlaicyzowane polskie społeczeństwo, które chrzci dzieci, bo tak wypada, bo taka jest tradycja itp. Niedawno na ten temat pisałem, pytając czy w ogóle chrzcić, czy nie chrzcić. Opowiedziałem się za chrzczeniem i nadal się za nim opowiadam. Ale za chrzczeniem ze świadomością.

Tekst ukazuje, że niektórzy myślą. Np. nie posyłają dzieci do chrztu, albo są niewierzący. Widzą hipokryzję w całej fecie i otoczce przystępowania do sakramentów. Brakuje mi ludzi, którzy myślą, tj. prawdziwie wierzą i przynoszą dziecko do chrztu, bo im zależy na jego zbawieniu, którzy nie muszą się bawić w poszukiwania chrzestnych nie wiadomo gdzie itp.Tych świadomych, mądrych katolików, którzy mogliby innym coś wytłumaczyć. Wyborcza pokazuje obraz nędzy i rozpaczy, przez który sam chętnie wyrwałbym sobie włosy z głowy. Bo oto rodzice przez x lat szukają kogoś, kto nada się na chrzestnego dla ich dziecka. Nie mogą znaleźć nikogo, bo a to mieszka ze swoją konkubyną, a to zbyt mało znany, a to w ogóle ateista. I dziecko nieochrzczone, bo nie ma chrzestnych. Część z tych rodziców wreszcie wrzuca ogłoszenie w internet, że poszukuje kogoś, kto przyjdzie, podpisze papierki i zniknie z ich życia. Bo chrzestny musi być – choćby na papierze. Tekst pokazuje patologię, której oczywiście jest wiele, ale nie ogół. Typowy obraz kreowany przez media: byle co, byle źle. Dobrych niusów nikt nie czyta.

Rodzice mają problem ze znalezieniem chrzestnych, bo sami są daleko od Kościoła. Przysięgam na wszystkie świętości, że jeśli jest się blisko tej Bosko-ludzkiej instytucji, to nie ma się większego problemu ze znalezieniem takich chrzestnych, którzy dadzą swoim życiem prawdziwie chrześcijańskie świadectwo chrześniakowi. Niestety, tekst z Dużego Formatu nie bierze pod uwagę ludzi będących blisko Kościoła, choć wbrew pozorom nie ma ich wcale tak mało. Państwo mają problem (choć pewnie nie powinni go mieć), ale jakby omija się fakt, że to jest problem spowodowany osobistym oddaleniem od Kościoła. Wiemy, że są oddaleni – ale to nie jest argumentem w sprawie. Chrzestnych po prostu trudno znaleźć.

Bzdura! Obracamy się z żoną w środowisku, w którym można przebierać w chrzestnych jak w ulęgałkach. Każdy ma inny charyzmat, każdy inaczej grzeszy i inaczej przeżywa nawrócenie, ale wszyscy wierzą i wiarą żyją. Mamy spokojnie kandydatów na chrzestnych dla szóstki naszych dzieci, tak aby każdy miał kogo innego zarówno na chrzestną, jak i na chrzestnego. I to dobrych kandydatów. A czy wejście w środowisko jest trudne? Nie, jest banalnie łatwe! Znajomi kiedyś napisali nam, że zazdroszczą nam wspólnoty, do której należymy, ale oni nie mają czasu. Znowu bzdura! Ja w tej chwili pracuję prawie na 2 etaty w szkole specjalnej, a weekendami robię kursy doszkalające. Mimo tego znajduję czas, by raz w miesiącu uczestniczyć w spotkaniu wspólnoty. Kochani, kto ma Boga w sercu, ten naprawdę otacza się ludźmi, którzy mają Boga w sercu! Gdyby każdy miał taką świadomość, nie trzeba by było pisać podobnych artykułów w gazetach lub czasopismach. Nie trzeba by było patrzeć na chrzciny jak na imprezkę, tylko jak na uroczystość, w czasie której radujemy się z przyjęcia sakramentu i włączenia do grona dzieci Bożych naszego dziecka.

Ale wypowiem się kontrowersyjnie. Nie widzę nic złego w poszukiwaniu chrzestnych przez internet! Można tam znaleźć męża lub żonę (http://www.przeznaczeni.pl/), a znam kilka par, które dzięki temu zostały małżeństwami, to można znaleźć i chrzestnych dla dzieci! Ogłoszenie nie powinno jednak wyglądać, jakbyśmy chcieli kogoś, kto podpisze papiery i zniknie. Nie! Jeśli potrzebujemy chrzestnego, a nie znamy nikogo odpowiedniego, napiszmy, że potrzebujemy chrzestnego katolika, wierzącego i praktykującego, który ukarze naszemu dziecku przykład chrześcijańskiego życia. Pieniądze nie grają roli, nie oczekujmy nie wiadomo jakich prezentów! Nauczmy dziecko, że prezenty są super, ale najlepszym prezentem jest zbawienie od Najwyższego! Myślę, że są w Kościele ludzie, którzy chętnie podejmą się bycia chrzestnym kogoś, kto bardzo tego potrzebuje.

Dziś o 11 w kościele oo. Kapucynów na ul. Miodowej 13 w Warszawie nasza córeczka przyjmie sakrament chrztu świętego, który obmyje ją z grzechu pierworodnego i włączy do grona dzieci Bożych. Będzie miała wspaniałych chrzestnych, którzy, mam nadzieję, wraz z rodzicami przyczynią się do wychowania jej w prawdziwej wierze. A piękny krzyż jako prezent na komunię w zupełności wystarczy. Komputerów chyba w ogóle nie będziemy przyjmować.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 5 komentarzy

Alternatywa emerytalna

Stoimy na progu wprowadzenia w Polsce kolejnej reformy emerytalnej. Tym razem stanie przed nami obowiązek pracy do 67 roku życia – zarówno przed mężczyznami, jak i kobietami. Tu przynajmniej mamy równouprawnienie. Dodatkowo niektórzy będą mogli pójść na wcześniejszą emeryturę, jeśli zgodzą się odbierać tylko połowę z tego, co im się będzie należało. Pod warunkiem, że będą mieli x lat przepracowane (chyba trzeba zacząć w wieku 25 lat, więc ja się nie załapię – zacząłem w wieku 26). Żebyśmy się przesadnie nie przejmowali, policjanci też będą mieli gorzej. I podobno księża. Jak wszyscy to wszyscy. I mówić tak czy siak – wielu potwierdza, że to jedyna szansa na to, abyśmy dostawali w ogóle jakąś emeryturę. Rozumiem klucz do tego problemu – ci, którzy przeżyją, dostaną kasę, ale tych nie powinno być przesadnie dużo…

Ilekroć mówią, że nie ma innego wyjścia, ja zastanawiam się, czy rzeczywiście. I nie zdziwi Was zapewne, że w tym momencie myślę o tzw. polityce prorodzinnej. Wprawdzie u Gościa Niedzielnego znalazłem komentarz, że to, czy takowa polityka przyniesie pozytywne efekty jest nieprzewidywalne, ale gotów jestem na to odpowiedzieć: może byśmy chociaż spróbowali?

Najpierw zapytajmy, co mogłaby dać pozytywna, dynamiczna polityka prorodzinna. Otóż gdyby Polacy dzięki pomocy państwa szybciej i częściej decydowali się na dzieci, te dzieci za lat 25 poszłyby do pracy i mogłyby wpłacać składkę emerytalną na naszych rodziców, bo ja w tym czasie jeszcze przez jakiś czas będę sam składkę odprowadzał. Gdyby choć co drugie małżeństwo dzięki pomocy państwa zechciało zdecydować się na jedno dziecko więcej, pięć lat wcześniej, efekty mogłyby być wymierne. Gdyby każde małżeństwo miało trójkę dzieci, za jakiś czas na dwoje emerytów przypadałoby troje płatników. Nie wliczam tu niestety singlów, ale na ich korzyść może zróbmy sobie po czwórkę dzieci? I nie jest prawdą, że Polacy dzieci mieć nie chcą. Znam osobiście ludzi, którzy bardzo pragną, ale twierdzą, że ich nie stać. Jedna znajoma powiedziała mi, że ma bardzo skuteczny środek antykoncepcyjny – kredyt. Gdyby państwo zechciało pomóc, moglibyśmy mieć nadzieję, że coś się ruszy. Trzeba by tylko w to zainwestować. Szkoda, że inwestujemy odwrotnie…

Mam swoją małą prywatną listę zmian, które w polityce prorodzinnej zaszły między urodzeniem mojego pierwszego i drugiego dziecka. Po pierwsze urlop tacierzyński przedłużył się z tygodnia na dwa tygodnie. To wspaniała wieść, choć nadal krótko. Reszta informacji już mniej pozytywna. Vat na ubranka dziecięce wzrósł z 8 na 23%, przez co jednocześnie wzrosła cena ubranek. Vat na książki z 0 na 5%, a więc wzrasta cena zarówno książeczek dla dzieci jak i podręczników szkolnych. Becikowe dostają teraz tylko te dzieci, których matka była pod opieką lekarza co najmniej od 10 tygodnia ciąży. Czyli odpada becikowe dla osób o niższym statusie społecznym, które do lekarzy nie chodzą, albo dla kobiet, które o ciąży nie wiedziały. Uwierzcie – znam osobiście dziewczynę, która dość długo nie zwróciła uwagi na to, że nosi pod sercem dziecko. Ma 18 lat, pochodzi z bardzo biednej rodziny i jak nikt potrzebuje tego zastrzyku gotówki. Ale nie dostanie go, bo lekarz nie ma podstaw do wystawienia jej zaświadczenia… Co więcej – od przyszłego roku becikowe ma zostać ograniczone i otrzymać je mają tylko te rodziny, które zarabiają najmniej. Oczywiście, że bogatym taki tysiąc złotych niewiele pomoże, ale liczy się sam fakt zmniejszana i tak lichej pomocy rodzinie. No – jeszcze – kończy się program „Rodzina na swoim” pomagający kupić mieszkanie młodemu małżeństwu. Ograniczenia są takie, że podobno nijak już z pomocą tego programu mieszkania w Warszawie nie kupisz…

Polityka w naszym kraju nie jest więc ani odrobinę prorodzinna. Jest raczej antyrodzinna. Dzieci rodzi się coraz mniej, bo i coraz mniej ludzi na nie stać. Państwo, zamiast pomagać, rzuca kłody pod nogi. W telewizji promuje się wolne związki, rodziny o jednym potomku, może maksymalnie parce. A przecież można by spróbować skądś te pieniądze zdobyć. Szwedzi, których polityka komunistyczna mnie nie zachwyca, dają rodzinie na każde dziecko równowartość 600 złotych miesięcznie. U nas to jest 1000 na całe życie… Można płacić matkom za to, że są matkami, że siedzą w domu jeśli nie chcą iść do pracy, bo właśnie wychowują przyszłych płatników składek. Nie każdemu uśmiecha się oddawać dzieci w 3 miesiącu życia do żłobka. A i można promować bardziej rodzinny styl życia. Taki, w którym dziecko jest chciane, kochane i najlepiej kolejne. Media mogłyby wykonać kawał dobrej roboty. I za 25 lat zobaczylibyśmy efekty – mam nadzieję, że jednak pozytywne.

Szkoda, że jedynym wyjściem, jakie widzi nasz rząd jest to, żebym się zaharował na śmierć.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 komentarze