Aaa chrzestnego tanio

W odpowiedzi na propozycję znajomej tworzę kolejny wpis dotyczący chrztu i chrzestnych. Tym razem związane jest to z opublikowanym przez Gazetę Wyborczą tekstem dotyczącym poszukiwania chrzestnych… w internecie. Tekst można znaleźć TUTAJ. Tekst jak tekst Wyborczej. Przedstawia spojrzenie na zlaicyzowane polskie społeczeństwo, które chrzci dzieci, bo tak wypada, bo taka jest tradycja itp. Niedawno na ten temat pisałem, pytając czy w ogóle chrzcić, czy nie chrzcić. Opowiedziałem się za chrzczeniem i nadal się za nim opowiadam. Ale za chrzczeniem ze świadomością.

Tekst ukazuje, że niektórzy myślą. Np. nie posyłają dzieci do chrztu, albo są niewierzący. Widzą hipokryzję w całej fecie i otoczce przystępowania do sakramentów. Brakuje mi ludzi, którzy myślą, tj. prawdziwie wierzą i przynoszą dziecko do chrztu, bo im zależy na jego zbawieniu, którzy nie muszą się bawić w poszukiwania chrzestnych nie wiadomo gdzie itp.Tych świadomych, mądrych katolików, którzy mogliby innym coś wytłumaczyć. Wyborcza pokazuje obraz nędzy i rozpaczy, przez który sam chętnie wyrwałbym sobie włosy z głowy. Bo oto rodzice przez x lat szukają kogoś, kto nada się na chrzestnego dla ich dziecka. Nie mogą znaleźć nikogo, bo a to mieszka ze swoją konkubyną, a to zbyt mało znany, a to w ogóle ateista. I dziecko nieochrzczone, bo nie ma chrzestnych. Część z tych rodziców wreszcie wrzuca ogłoszenie w internet, że poszukuje kogoś, kto przyjdzie, podpisze papierki i zniknie z ich życia. Bo chrzestny musi być – choćby na papierze. Tekst pokazuje patologię, której oczywiście jest wiele, ale nie ogół. Typowy obraz kreowany przez media: byle co, byle źle. Dobrych niusów nikt nie czyta.

Rodzice mają problem ze znalezieniem chrzestnych, bo sami są daleko od Kościoła. Przysięgam na wszystkie świętości, że jeśli jest się blisko tej Bosko-ludzkiej instytucji, to nie ma się większego problemu ze znalezieniem takich chrzestnych, którzy dadzą swoim życiem prawdziwie chrześcijańskie świadectwo chrześniakowi. Niestety, tekst z Dużego Formatu nie bierze pod uwagę ludzi będących blisko Kościoła, choć wbrew pozorom nie ma ich wcale tak mało. Państwo mają problem (choć pewnie nie powinni go mieć), ale jakby omija się fakt, że to jest problem spowodowany osobistym oddaleniem od Kościoła. Wiemy, że są oddaleni – ale to nie jest argumentem w sprawie. Chrzestnych po prostu trudno znaleźć.

Bzdura! Obracamy się z żoną w środowisku, w którym można przebierać w chrzestnych jak w ulęgałkach. Każdy ma inny charyzmat, każdy inaczej grzeszy i inaczej przeżywa nawrócenie, ale wszyscy wierzą i wiarą żyją. Mamy spokojnie kandydatów na chrzestnych dla szóstki naszych dzieci, tak aby każdy miał kogo innego zarówno na chrzestną, jak i na chrzestnego. I to dobrych kandydatów. A czy wejście w środowisko jest trudne? Nie, jest banalnie łatwe! Znajomi kiedyś napisali nam, że zazdroszczą nam wspólnoty, do której należymy, ale oni nie mają czasu. Znowu bzdura! Ja w tej chwili pracuję prawie na 2 etaty w szkole specjalnej, a weekendami robię kursy doszkalające. Mimo tego znajduję czas, by raz w miesiącu uczestniczyć w spotkaniu wspólnoty. Kochani, kto ma Boga w sercu, ten naprawdę otacza się ludźmi, którzy mają Boga w sercu! Gdyby każdy miał taką świadomość, nie trzeba by było pisać podobnych artykułów w gazetach lub czasopismach. Nie trzeba by było patrzeć na chrzciny jak na imprezkę, tylko jak na uroczystość, w czasie której radujemy się z przyjęcia sakramentu i włączenia do grona dzieci Bożych naszego dziecka.

Ale wypowiem się kontrowersyjnie. Nie widzę nic złego w poszukiwaniu chrzestnych przez internet! Można tam znaleźć męża lub żonę (http://www.przeznaczeni.pl/), a znam kilka par, które dzięki temu zostały małżeństwami, to można znaleźć i chrzestnych dla dzieci! Ogłoszenie nie powinno jednak wyglądać, jakbyśmy chcieli kogoś, kto podpisze papiery i zniknie. Nie! Jeśli potrzebujemy chrzestnego, a nie znamy nikogo odpowiedniego, napiszmy, że potrzebujemy chrzestnego katolika, wierzącego i praktykującego, który ukarze naszemu dziecku przykład chrześcijańskiego życia. Pieniądze nie grają roli, nie oczekujmy nie wiadomo jakich prezentów! Nauczmy dziecko, że prezenty są super, ale najlepszym prezentem jest zbawienie od Najwyższego! Myślę, że są w Kościele ludzie, którzy chętnie podejmą się bycia chrzestnym kogoś, kto bardzo tego potrzebuje.

Dziś o 11 w kościele oo. Kapucynów na ul. Miodowej 13 w Warszawie nasza córeczka przyjmie sakrament chrztu świętego, który obmyje ją z grzechu pierworodnego i włączy do grona dzieci Bożych. Będzie miała wspaniałych chrzestnych, którzy, mam nadzieję, wraz z rodzicami przyczynią się do wychowania jej w prawdziwej wierze. A piękny krzyż jako prezent na komunię w zupełności wystarczy. Komputerów chyba w ogóle nie będziemy przyjmować.

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | 5 komentarzy

Zobacz wpisy

5 thoughts on “Aaa chrzestnego tanio

  1. Chrzest dziecka stał się pustym rytuałem, okazją do zachowań komercyjnych nijak się mających do istoty samego sakramentu rozumianego, jako akt włączenia do wspólnoty. Nominalni katolicy mniej wiedzą o swojej wierze niż ludzie często sytuowania poza Kościołem. Stwierdzam to na co dzień w swoim otoczeniu.
    Jestem pesymistą jeśli chodzi o przyszłość… internet stanie się platformą dla quasi-katolików. Obserwuje to z zażenowaniem. Chciałbym, mimo iż sam jestem poza Kościołem, aby ludzie przyznający się przynależności do wspólnoty religijnej dawali lepsze świadectwo, byli świadomi rytuałów, w kórych uczestniczą.

  2. Szczerze mówiąc, to w tym artykule, o którym piszesz, zaskoczyło mnie tylko jedno – nie to, że rodzice szukają chrzestnych w internecie i jakie mają wymagania (niestety), nie skala zjawiska (pewnie taka sama jak hotele kapsułowe w Polsce – jest jeden), tylko powody, dla których niektórzy chcą dzieci chrzcić. Nawet jeśli to są jednostkowe przypadki.

  3. M., zgadzam się z Tobą. Jestem za chrzczeniem dzieci, ale pod warunkiem, że naprawdę zależy nam na ich zbawieniu, na katolickim wychowaniu, na chrześcijańskich zasadach. Głupotą jest chrzczenie, bo tak się robi, bo co ludzie powiedzą itp. To nie są jednostkowe przypadki. Może nawet można powiedzieć, że takich jest większość? Tego nie wiem. Przeszkadza mi, że artykuł nie ujął drugiej strony. Tych, którym zależy na zbawieniu dzieci. Nie wiem, czy słowo „zbawienie” w ogóle padło w tekście…

    Caddicus, mogę się tylko zgodzić. Bardzo mądry i rzeczowy komentarz człowieka, który jest poza Kościołem. A szkoda, bo tacy jak Ty bardzo by się w tym Kościele przydali :).

  4. Adam

    Paradoksalnie to właśnie Wyborcza wydrukowała artykuł rzucający oślepiający snop światła na rzeczoną sprawę. Oczywiście gazeta ta nie uczyniła tego z pobudek religijnych i chyba przez to nie ujęła kwestii w sposób komplementarny. Natomiast spojrzenie Maurycy Teo jakoby z pozycji katolika dokonuje przekłamania rzeczywistości, nie sądzę że celowo, bardziej wynika to z chęci podlukrowania otaczającego świata, takie typowe „wishful thinking” (jakby Anglik powiedział).
    Do rzeczy: właśnie urodził nam się drugi bobasek, zaczynamy poszukiwania chrzestnych, mieszkamy w dużym mieście i ooops, problem, bo albo odmowa, albo kandydat nie odpowiedni i tak dalej – remedium Maurycy Teo: zapiszmy się do jakieś wspólnoty przy kościele – i to jest właśnie największa bzdura i jednocześnie dowód na agonię Kościoła w Polsce – jesteśmy z żona wierzącymi katolikami ( nie dodaję praktykujący, bo to błąd rzeczowy – tak jakby mąż miał mówić: jestem żonaty i nie zdradzam żony ) i stoimy na stanowisku że siła kościoła może się jedynie opierać na mocnej, katolickiej rodzinie, a nie na wspólnotach katolickich. Uwaga – nie jesteśmy wrogami wspólnot jako takich, ale ich proliferacja w ostatnich latach świadczy o daleko posuniętym kryzysie kościoła w Polsce. Bo ludzie nie potrafią znaleźć w swoich naturalnych środowiskach (rodzina, szkoła, praca etc.) innych katolików ale przecież to jest sytuacja nienormalna i twierdzenie Maurycy Teo że „Obracamy się z żoną w środowisku, w którym można przebierać w chrzestnych jak w ulęgałkach” zakrawa na jakąś kpinę.
    Stawianie wymagań chrzestnym w dzisiejszych czasach oznacza w praktyce, utrudnianie (sic!) ochrzczenia dziecka. Chrzest ma być wprowadzeniem do kościoła i to rodzice w 99% (a nie chrzestni) będą odpowiadać za to czy ich syn/córka będą katolikami. A dla wyjątkowo rzadkich przypadków że chrzestni będą wychowywać swoich chrześniaków tworzenie takich barier jest zgoła niewytłumaczalne.

  5. Ola

    drogi Adamie, jedna myśl mi przyszła do głowy
    nie trzeba być w żadnej specjalnej wspólnocie, ale bycie w kościele to już jest bycie we wspólnocie – podstawową jest parafia
    chodząc do niej regularnie nie da się chyba nie mieć żadnych bliższych ludzi, żadnych znajomych, nawet bez szczególnego angażowania się… no chyba że ktoś zawsze chodzi na sumę do katedry, to rzeczywiście

    Czy naprawdę można mówić o sobie, że jest się w kosciele jeśli nie ma się absolutnie żadnych osobistych więzi z nim…? nie oceniam nikogo, tylko dzielę się własnym doświadczeniem

    naturalną potrzebą człowieka jest bycie we wspólnocie, jeśli ta kościelna jest ważna to jakoś zawsze znajdzie się „brata”, zwłaszcza w dzisiejszym świecie, gdzie coraz mniej ludzi jest w Kościele
    spotkasz swojego sąsiada na mszy i już ten jeden sąsiad jest kimś szczególnym, jest „bratem w wierze”

    Pozdrawiam
    Ola

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s