Monthly Archives: Czerwiec 2012

Dziecko z planu natury

Nie tak dawno napisałem notkę antyantykoncepcyjną, ale już od dawien dawna nie było nic o czymś, co można by było nazwać opcją alternatywną. Oczywiście byłażeby to opcja alternatywna tylko dla osób, które nie do końca znają się na rzeczy, NPR o którym mowa nie jest bowiem zamienną antykoncepcją i nie powinno się jej stawiać obok. Jest to jednak coś, co pomoże nam mieć tyle dzieci, ile jesteśmy mieć w stanie i niekoniecznie rodzić dzieci raz do roku. Chyba, że ktoś chce – ja nie odradzam.

Po pierwsze NPR nie jest, jak już wspomniałem, antykoncepcją, nie wymaga bowiem stosowania żadnych zewnętrznych, niezgodnych z ludzką naturą środków zapobiegających poczęciu dziecka. Jedyne, czego używamy, to badania własnego organizmu (dokładnie – organizmu kobiety) by sprawdzić, na jakim etapie cyklu – płodnym czy niepłodnym – się znajdujemy. Po drugie Naturalne Planowanie Rodziny ma bardzo wysoki poziom skuteczności jeśli chodzi o planowanie poczęć – kiedy tak, a kiedy nie – o ile dokładnie przestrzegamy kilku prostych zasad. Po napisaniu poprzedniego posta na ten temat usłyszałem opinię, że „NPR sprawdza się w 100%. U 20% ludzi”. Przypuszczam, że była to opinia osoby, która znała NPR w teorii tylko. Ja zaś mam w tej kwestii prawie 4 lata doświadczenia (chociaż to nie aż tak wiele) i mogę powiedzieć, że „mechanizm” działania kobiecego ciała jest w tej kwestii dość łatwy w opanowaniu.

Aby poznać więcej szczegółów, trzeba się zwrócić w tej sprawie do mojej żony. Ona kończyła 1 stopień szkolenia na nauczyciela NPRu i jest w tej sprawie bardziej wtajemniczona. Ja jednak nie pozostaję bardzo daleko z tyłu. I uwaga – przed wami nieco medyczny wywód, który niektórym może się wydać przesadzony czy… obrzydliwy. Zgodna, nie chcecie, nie musicie czytać. Chętnych poznania tajników tej pięknej metody zapraszam do dalszej lektury. Nie będę teraz wchodził w szczgóły odnośnie powrotu płodności po porodzie (niepłodność laktacyjna), skupię się na krótkim omówieniu połączenia dwóch podstawowych metod, które daje niemal stuprocentową pewność dokładnego zaplanowania potomstwa. Pierwsza metoda to metoda temperaturowa. W skrócie polega ona na tym, że należy mierzyć temperaturę codziennie o tej samej porze rano, po przebudzeniu, w miejscu pokrytym śluzówką (a więc – uwaga – w pochwie, odbycie lub ustach. Osobiście polecam usta, ale to ze względów estetycznych, każda pani wybierze, co jej bardziej odpowiada ;). Kiedy pojawi się skok temperatury, a więc wzrośnie ona o około dwie kreski w stosunku do temperatury z dnia poprzedniego, oznacza to, że właśnie pojawiła się owulacja, a więc jajeczko jest gotowe do zapłodnienia. Druga metoda nazywa się objawowa i polega na badaniu śluzu w pochwie. Przed owulacją śluz staje się płodny, a więc rozciągliwy, swoją konsystencją przypomina białko jaja kurzego. W momencie, w którym się pojawia, można już mówić o okresie płodnym. Łącząc te dwie metody można albo ze stuprocentową pewnością odłożyć poczęcie dziecka, albo bardzo dokładnie zaplanować jego pojawienie się na świecie.

Oczywiście pojawią się głosy (można je często spotkać na proantykoncepcyjnych portalach czy w takiż pismach, np. Bravo), że metody naturalne są bardzo zawodne, bo podlegają zawirowaniom losowym, takim jak np. choroba czy nieregularne cykle. Jest to poniekąd prawda, jednak przedstawiona w bardzo pokrętny sposób. Jeśli kobieta nagle dostanie gorączki, objawy mogą się zatrzeć, ale świadome tego małżeństwo, chcące odłożyć poczęcie, będzie w tym czasie pamiętało o wstrzemięźliwości. Co do nieregularnych cykli trzeba zaznaczyć, że cykle bywają „nieregularne” tylko w okresie przedowulacyjnym, cykl życia jajeczka bowiem zawsze jest tak samo długi, a więc owulacja następuje zawsze w takim samym czasie przed wystąpieniem okresu (zwykle 12-16 dni). Sytuacje stresowe mogą opóźnić jajeczkowanie, co może sprawić wrażenie, że cykle są nieregularne. Nie jest to jednak do końca prawdą, ponieważ przedłuża się tylko pierwsza faza cyklu, a w momencie jajeczkowania wszystko wraca do normy. Ponieważ zaś potrafimy zmierzyć kiedy ma nastąpić owulacja, nie musimy się przejmować nieregularnością cyklu. Chyba, że faza po jajeczkowaniu trwa za krótko – wówczas może to oznaczać, że organizm ma problem z utrzymaniem jajeczka i może dochodzić do poronienia. W tej sytuacji należy zgłosić się do lekarza.

Jeszcze jednym problemem przytaczanym przez przeciwników NPRu jest to, że wymaga on od małżonków wstrzemięźliwości. Czyli nie można się kochać wtedy, kiedy się chce, jeśli pragnie się odłożyć poczęcie. Moim zdaniem jednak dla osób prawdziwie kochających nie powinno to być problemem. Jeśli kocham moją żonę, nie muszę rzucać się na nią kiedy tylko mam ochotę. I odwrotnie. Żona nie musi czyhać na mnie jak wygłodniały zwierz. Od tego jesteśmy ludźmi, że potrafimy panować nad naszą popędliwością i nad uczuciami. Owszem, są momenty łatwiejsze i trudniejsze, ale jeśli chcemy z jakichś powodów odłożyć poczęcie, powinniśmy zrobić to z poszanowaniem naszych ciał i ciał naszych współmałżonków. W okresowa wstrzemięźliwość jest prawdziwą szkołą miłości. A współżycie wyczekiwane może być jeszcze piękniejsze.

Na koniec zapytajmy jak wygląda Naturalne Planowanie Rodziny z etycznego punktu widzenia. Czym niby różni się ono od antykoncepcji i dlaczego Kościół je dozwala? Przede wszystkim podkreślę raz jeszcze, że NPR jest całkowicie zgodny z ludzką naturą, nie wymaga sztucznej interwencji, lecz jedynie odpowiada na sygnały dochodzące z kobiecego ciała. Można nawet wysunąć wniosek, że z jakiegoś powodu nie wyewoluowaliśmy jak niektóre zwierzęta, które mogą współżyć kiedykolwiek, żeby doszło do zapłodnienia. Mamy okresy płodne i niepłodne, i możemy z tego korzystać. Ale co na ten temat mówi Kościół?

2370 Okresowa wstrzemięźliwość, metody regulacji poczęć oparte na samoobserwacji i odwoływaniu się do okresów niepłodnych (Por. Paweł VI, enc. Humanae vitae, 16) są zgodne z obiektywnymi kryteriami moralności. Metody te szanują ciało małżonków, zachęcają do wzajemnej czułości i sprzyjają wychowaniu do autentycznej wolności. Jest natomiast wewnętrznie złe „wszelkie działanie, które – czy to w przewidywaniu aktu małżeńskiego, podczas jego spełniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków – miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego” (Paweł VI, enc. Humanae vitae, 14). Naturalnej „mowie”, która wyraża obopólny, całkowity dar małżonków, antykoncepcja narzuca „mowę” obiektywnie sprzeczną, czyli taką, która nie wyraża całkowitego oddania się drugiemu; stąd pochodzi nie tylko czynne odrzucenie otwarcia się na życie, ale również sfałszowanie wewnętrznej prawdy miłości małżeńskiej, powołanej do całkowitego osobowego daru… Różnica antropologiczna, a zarazem moralna, jaka istnieje pomiędzy środkami antykoncepcyjnymi a odwołaniem się do rytmów okresowych… w ostatecznej analizie dotyczy dwóch, nie dających się z sobą pogodzić, koncepcji osoby i płciowości ludzkiej (Jan Paweł II, adhort. apost. Familiaris consortio, 32).

Można zatem zauważyć, że Kościół popiera NPR, ponieważ nie zaprzepaszcza on całkowitego oddania się sobie przez małżonków (co zawsze powstrzymuje antykoncepcja, choćby pod kątem płodności), ani nie zatrzymuje otwarcia na życie w cyklu płodności kobiety. Trzeba przy tym podkreślić, że jeśli decydujemy się na współżycie przy odkładaniu poczęcia, zawsze powinniśmy być otwarci na ew. działanie Boga, na niespodzianki od Niego itp. Otwartość na życie zakłada, że nigdy nie zamykamy furtek Panu Bogu. To On jako pierwszy decyduje o tym, czy w jakiś cudowny sposób nie dojdzie do zapłodnienia ;).

Kościół podkreśla jednak jeszcze jedną, wartą zaznaczenia sprawę:

2368 Szczególny aspekt tej odpowiedzialności dotyczy regulacji poczęć. Z uzasadnionych powodów małżonkowie mogą chcieć odsunąć w czasie przyjście na świat swoich dzieci. Powinni więc troszczyć się, by ich pragnienie nie wypływało z egoizmu, lecz było zgodne ze słuszną wielkodusznością odpowiedzialnego rodzicielstwa. Poza tym, dostosują swoje postępowanie do obiektywnych kryteriów moralności: Kiedy… chodzi o pogodzenie miłości małżeńskiej z odpowiedzialnym przekazywaniem życia, wówczas moralny charakter sposobu postępowania nie zależy wyłącznie od samej szczerej intencji i oceny motywów, lecz musi być określony w świetle obiektywnych kryteriów, uwzględniających naturę osoby ludzkiej i jej czynów, które to kryteria w kontekście prawdziwej miłości strzegą pełnego sensu wzajemnego oddawania się sobie i człowieczego przekazywania życia; a to jest niemożliwe bez kultywowania szczerym sercem cnoty czystości małżeńskiej (Sobór Watykański II, konst. Gaudium et spes, 51).

Z tych słów wynika, że odkładanie poczęcia jest dobre tylko wówczas, gdy przyświecają nam jakieś obiektywne kryteria. Odkładanie poczęć nie może być jakimś naszym widzimisię, które wynika być może ze szczerych intencji, ale nie jest uzasadnione w sposób obiektywny. Takie obiektywne przyczyny mogą być różne: okres powracania organizmu kobiety do zdrowia po ciąży (niezdrowe jest płodzenie dziecka tuż po urodzeniu poprzedniego), choroby kobiety (mogą nawet powodować odkładanie poczęcia do końca życia), niski status finansowy itp. Nie można jednak stosować NPR w sposób antykoncepcyjny, a więc zapobiegać zajściu w ciążę z osobistych, często egoistycznych pobudek (np. „Mam parkę i więcej mieć nie chcę” czy „Mam tylko 2 pokoje dla dzieci w domu, więc trzeciego mieć nie mogę”). Obiektywne przyczyny należy zawsze rozsądzić w swoim sumieniu, konsultując to w razie konieczności ze spowiednikiem, a gdy ustaną, otworzyć drogę kolejnemu dziecku do życia na tym świecie.

My nie zakładamy ilości dzieci, które urodzimy i wychowamy. Na początku planowaliśmy czwórkę, dziś przestaliśmy planować. Pozwalamy Bogu działać. Stosujemy NPR, po G.M. odkładaliśmy poczęcie przez jakiś czas, potem samo się odkładało jeszcze przez pół roku – nie panujemy bowiem nad działaniem naszych organizmów. Teraz czekamy na powrót płodności poporodowej. Wciąż pozostajemy otwarci na stwórczą moc Boga. I wszystkim Wam życzymy pozbycia się strachu i – jeśli to jeszcze możliwe – otwarcia się na płodność.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Nie brałem udziału w tej farsie

W szerokopojętej rodzinie lat temu ze trzy odbywał się ślub. Niezwykła uroczystość udzielenia sobie sakramentu małżeństwa, następnie ogromne, pełne radości wesele. Wszystko okraszone miejscowym i zagranicznym folklorem, panowie w spódnicach, gra na dudach itp. Świetna zabawa. Słusznie. Do dziś pamiętam, jak na jeszcze poprzednim weselu szerokopojęto-rodzinnym przyszły pan młody informował przez telefon kogoś od siebie: „I’m deffinitely getting married in Poland!”

Jak to bywa w zwyczaju w mej szerokopojętej rodzinie, na wesele zaproszono wszystkie ciotki, pociotki i kuzynów kuzynów. Tłum był niemiłosierny. Znam to jednak tylko z opowiadań, byłem (wraz z najbliższą rodziną) bowiem jedyną osobą, której nie zaproszono. Nie wywlekam teraz tego po to, żeby się poużalać, bo nie w tym rzecz. Rodzina miała swoje powody, żeby mnie nie zaprosić. Osobiście widzę powód w „Przedślubnych perypetiach”, które rok wcześniej dotyczyły mojego ślubu. Pod wpływem ówczesnych wydarzeń, tj. moich blogowych rozważań, część zaproszonych gości z szerokopojętej rodziny odwołało swoje przybycie (z góry nie wszyscy byli na wesele zaproszeni, bo niezgodnie z tradycją nasze było mniej huczne), a ostatecznie również wyłączyło mnie jako jedynego z listy gości u siebie. Mam nadzieję, że zemsta była słodko-kwaśna.

Nie, nie mam żalu, raczej ironiczny uśmiech z przymrużeniem oka. Nawet bym się nad tym w ogóle nie rozwodził, gdyby nie pewien mały szkopuł. Otóż ówczesna Panna Młoda jakiś czas temu zmieniła na Fejsie swoje nazwisko na panieńskie. Od jakiegoś czasu fotografuje się również z facetem, który jej mężem nie jest. Jej mąż natomiast ma ją w członkach rodziny jako „Nieznane”. Minęło około 3 lata związku małżeńskiego, a związek już właściwie przerodził się w (być może tymczasowy) niebyt. Na co był sakrament i uroczyste przysięgi? Na co było radosne, kraciaste wesele? Na co było wypinanie się na dalekich krewnych, którzy kiedyś raczyli wyrazić na jakiś temat własne zdanie? Na nic się to zdało, bo ktoś zapomniał, że złożył przysięgę, że poświęcił swój związek Bogu i że zrobił to już na zawsze. Taki ślub z weselichem nazywam bez wahania farsą. Bo nie prowadzi do budowania, lecz do burzenia. Nie tylko związku, ale całego życia.

Rozwód bowiem nadal nie istnieje. Każde współżycie pozamałżeńskie, o ile ślubu udzielili sobie małżonkowie w Kościele, jest zdradą małżeńską. Każde wchodzenie w związki pozamałżeńskie jest w tej sytuacji wchodzeniem w konkubinat i odseparowywaniem się od Boga, od jedności z Nim, od możliwości uczestniczenia w sakramentalnym życiu Kościoła. Oczywiście, można się rozejść. Można się nawet rozwieść. Można znaleźć sobie nowego „męża” i zalegalizować związek w urzędzie. W oczach Boga i w ludzkim sumieniu to nic nie zmienia. Sakrament małżeński raz zawarty pozostaje ważny do końca naszych ziemskich dni. Nie ma żadnego „ale”, nie ma żadnego „przebacz”. Sami bowiem się decydujemy i składamy przysięgę na całe życie: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Wszelkie wykroczenia przeciw przysiędze (np. zdrada) nie umniejszają jej powagi i nie sprawiają, że przestaje być ważna. Złamanie przykazania danego od Boga nie przekreśla tego przykazania, a jedynie popycha do nawrócenia. Albo dobrowolnego wykluczenia. I za to wszystko odpowiemy przed Sądem.

Nieporozumienia w małżeństwie mogą wynikać z różnych rzeczy. Znajoma rozwodzi się z mężem, bo był dumny, że zarabia więcej niż ona. Są tacy, którzy negują zainteresowania czy potrzeby współmałżonków. Nasze małżeństwo trwa prawie 4 lata. Mamy mnóstwo konfliktów i nieporozumień, popełniamy mnóstwo błędów i wykroczeń. Mamy też dwójkę wspaniałych dzieci i marzenia. O domu, o psie, o większej i większej wąskopojętej rodzinie. O wspólnym spędzeniu dni aż po starość. Ale nawet jeśliby coś się pokićkało po drodze, zawsze musimy pamiętać, że łączy nas przysięga złożona wobec Boga, Kościoła i nas samych. Nic nigdy się w tej kwestii nie zmieni. Nasze małżeństwo będzie trwało, choćbyśmy się kiedyś rozwiedli. Wobec Boga nic się nie zmieni. I być może moja szerokopojęta rodzina również nie wzięła udziału w tym, co sami nazwaliby farsą (wcale się im nie dziwię), a co było naszym ślubem. Ale muszę podkreślić, że to nasz związek jeszcze trwa, rozwija się, wspólnymi siłami jest budowany. Może właśnie dlatego, że potrafimy jasno określić jakie jest nasze zdanie i dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, w zgodzie z najwyższą Prawdą i sumieniem. Może dlatego, że pamiętamy, jakie znaczenie ma tak naprawdę ten sakrament, którego sobie wzajemnie, raz na całe życie, udzieliliśmy.

Nie zdziwię się, jeśli pod tą notką pojawią się pojedyncze komentarze podobne do tych z „Przedślubnych perypetii”. Może być ich nawet więcej niż pojedyncze. Złośliwych, jadowitych anonimów i stwierdzeń, że „wroze ci rozpad malzenstwa i to ze zostaniesz sam jak palec bo twoje myslenie nie poprowadzi cie zbyt daleko”. Nie martwi mnie to jednak. „Moje” myślenie doprowadziło mnie już bowiem wystarczająco daleko, wraz z Najwspanialszą Kobietą na świecie, która jest moją żoną, i mam nadzieję, że jeszcze daleko doprowadzi. Przed nami całe życie!

Chciałem tylko jeszcze raz podkreślić, że rozwód nadal nie istnieje.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Marsz marsz Rodzino!

Piszę, bo dziś wraz z małżonką i młodszą latoroślą wybraliśmy się wreszcie na Marsz dla życia i rodziny. Taki marsz odbywa się dorocznie, ale dotychczas dotarliśmy na miejsce tylko raz, już po rozpoczęciu, padał deszcz i ostatecznie utknęliśmy w dość drogiej restauracji na proporcjonalnie niewielkim obiadku. Wówczas żona była jeszcze w ciąży, nosząc w brzuchu starszą latorośl.

Dziś nareszcie, mimo tradycyjnych porannych konfliktów związanych z wstawaniem z łóżka, zdecydowaliśmy się zebrać i o dziesiątej stawić pod pomnikiem Kopernika. Dotarliśmy wprawdzie około dziesięć po, ale marsz sam też się spóźnił i wyruszyliśmy prawie wpół do. Marsz trwał krótko (zaskakująco), zakończył się nieco po jedenastej na Placu Teatralnym. W drodze spotkaliśmy znajomych ze wspólnoty z dwójką potomstwa. Ci sami znajomi zmokli na deszczu z noworodkiem wówczas, gdy my się objadaliśmy zdecydowawszy, że nie będziemy się narażać. Zazdrość pozytywna. Spotkaliśmy też nieco znajomych rodzin z rekolekcji wakacyjnych. I byliśmy bardzo miło zaskoczeni ilością rodzin wielodzietnych (czworo-pięcioro dzieci) biorących udział w całym zamieszaniu. Gdy widzieliśmy rodzinę, w której najstarsze dziecko mogło mieć najwyżej 7 lat, przedostatnie ledwo szło, a jeszcze młodsze już jechało w wózeczku, dotknęło nas autentyczne wzruszenie. I chęć posiadania kolejnego dziecka, w miarę jak najszybciej. Kwestia naszych dzieci zresztą okazała się również zabawna. Znajomy z rekolekcji, który świetnie wie, że mamy starszego syna (który to syn wybył ostatnio do dziadków) zażartował z żony niosącej córkę w chuście, że ciekawie wygląda: taka młoda dziewczyna i już ma dziecko. Rzeczywiście, w towarzystwie córci wyglądamy jak młode małżeństwo z niemowlęciem. Kiedy jest z nami jeszcze G.M. wydaje się, że jesteśmy jednak nieco poważniejsi.

Nie mogę zaprzeczyć, że pojawiły się w moim odczuciu pewne kontrowersje. Hasło towarzyszące marszowi „Jestem mamą, to moja kariera” popieram absolutnie, o ile nie stawia się na matkach presji, żeby siedziały w domu, nie ruszały się na krok i absolutnie nie realizowały się zawodowo czy naukowo. Ale popierają to hasło i te znajome matki, które studiują czy pracują. Ale przez to nie zaniedbują dzieci, nie zamykają na 10 godzin w przedszkolu, albo nie zostawiają na tyleż czasu z niańką. Pracują po 4 godziny, albo zabierają dziecko ze sobą do pracy. Czasem pracują w domu. Piękna sprawa, sam chciałbym pracować w domu…

Kolejny afisz, niesiony przez córkę matki-karierowiczki głosił: „Mama jest 100 razy lepsza niż przedszkole” – nie sposób mi się z tym nie zgodzić. Ale Też pod pewnymi warunkami. Nikt nie wychowa, nie nauczy, nie zaopiekuje się tak, jak mama. Jednak dziecko w wieku 3 lat zaczyna mieć już potrzeby wykraczania poza środowisko domowe. Potrzebę socjalizacji, tj. poznawania rówieśników. Potrzebę oderwania się od rodziców w pewnym stopniu i szukanie innych, zdecydowanie mniej ważnych autorytetów, jak panie z przedszkola. Znam czterolatkę, która nie odzywała się i chowała po kątach zanim poszła do przedszkola. Dziś bawi się w najlepsze i dokazuje – nie ta sama osoba! Z drugiej strony znam też dziecko, które jest dość dzikie i nieokiełznane. I moim zdaniem potrzebuje przedszkola, by tak może w pewnym stopniu się utemperowało. Nasz syn pewnie nie pójdzie do przedszkola, bo rekrutacji nie przeszedł. Ale są jeszcze wolne miejsca, jeszcze będę próbował. Bo owszem, mama jest 100 albo i 1000 razy lepsza, niż przedszkole. Ale to nie znaczy, że jest dla dziecka tyleż razy lepsze zostanie w domu z ciągle tą samą towarzyszką, niż wyruszenie do przedszkola na poszukiwanie przygód.

W marszu przeszliśmy i jesteśmy dumni, że mogliśmy dać świadectwo. Chcemy mieć więcej dzieci, aby na przyszłość świadectwo było pełniejsze. Wszystkich małżonków zaś namawiamy do uczestniczenia w tego typu akcjach. A tych, którzy mogą, do starania się o więcej sztuk potomstwa.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze