Daily Archives: 16 czerwca 2012

Nie brałem udziału w tej farsie

W szerokopojętej rodzinie lat temu ze trzy odbywał się ślub. Niezwykła uroczystość udzielenia sobie sakramentu małżeństwa, następnie ogromne, pełne radości wesele. Wszystko okraszone miejscowym i zagranicznym folklorem, panowie w spódnicach, gra na dudach itp. Świetna zabawa. Słusznie. Do dziś pamiętam, jak na jeszcze poprzednim weselu szerokopojęto-rodzinnym przyszły pan młody informował przez telefon kogoś od siebie: „I’m deffinitely getting married in Poland!”

Jak to bywa w zwyczaju w mej szerokopojętej rodzinie, na wesele zaproszono wszystkie ciotki, pociotki i kuzynów kuzynów. Tłum był niemiłosierny. Znam to jednak tylko z opowiadań, byłem (wraz z najbliższą rodziną) bowiem jedyną osobą, której nie zaproszono. Nie wywlekam teraz tego po to, żeby się poużalać, bo nie w tym rzecz. Rodzina miała swoje powody, żeby mnie nie zaprosić. Osobiście widzę powód w „Przedślubnych perypetiach”, które rok wcześniej dotyczyły mojego ślubu. Pod wpływem ówczesnych wydarzeń, tj. moich blogowych rozważań, część zaproszonych gości z szerokopojętej rodziny odwołało swoje przybycie (z góry nie wszyscy byli na wesele zaproszeni, bo niezgodnie z tradycją nasze było mniej huczne), a ostatecznie również wyłączyło mnie jako jedynego z listy gości u siebie. Mam nadzieję, że zemsta była słodko-kwaśna.

Nie, nie mam żalu, raczej ironiczny uśmiech z przymrużeniem oka. Nawet bym się nad tym w ogóle nie rozwodził, gdyby nie pewien mały szkopuł. Otóż ówczesna Panna Młoda jakiś czas temu zmieniła na Fejsie swoje nazwisko na panieńskie. Od jakiegoś czasu fotografuje się również z facetem, który jej mężem nie jest. Jej mąż natomiast ma ją w członkach rodziny jako „Nieznane”. Minęło około 3 lata związku małżeńskiego, a związek już właściwie przerodził się w (być może tymczasowy) niebyt. Na co był sakrament i uroczyste przysięgi? Na co było radosne, kraciaste wesele? Na co było wypinanie się na dalekich krewnych, którzy kiedyś raczyli wyrazić na jakiś temat własne zdanie? Na nic się to zdało, bo ktoś zapomniał, że złożył przysięgę, że poświęcił swój związek Bogu i że zrobił to już na zawsze. Taki ślub z weselichem nazywam bez wahania farsą. Bo nie prowadzi do budowania, lecz do burzenia. Nie tylko związku, ale całego życia.

Rozwód bowiem nadal nie istnieje. Każde współżycie pozamałżeńskie, o ile ślubu udzielili sobie małżonkowie w Kościele, jest zdradą małżeńską. Każde wchodzenie w związki pozamałżeńskie jest w tej sytuacji wchodzeniem w konkubinat i odseparowywaniem się od Boga, od jedności z Nim, od możliwości uczestniczenia w sakramentalnym życiu Kościoła. Oczywiście, można się rozejść. Można się nawet rozwieść. Można znaleźć sobie nowego „męża” i zalegalizować związek w urzędzie. W oczach Boga i w ludzkim sumieniu to nic nie zmienia. Sakrament małżeński raz zawarty pozostaje ważny do końca naszych ziemskich dni. Nie ma żadnego „ale”, nie ma żadnego „przebacz”. Sami bowiem się decydujemy i składamy przysięgę na całe życie: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Wszelkie wykroczenia przeciw przysiędze (np. zdrada) nie umniejszają jej powagi i nie sprawiają, że przestaje być ważna. Złamanie przykazania danego od Boga nie przekreśla tego przykazania, a jedynie popycha do nawrócenia. Albo dobrowolnego wykluczenia. I za to wszystko odpowiemy przed Sądem.

Nieporozumienia w małżeństwie mogą wynikać z różnych rzeczy. Znajoma rozwodzi się z mężem, bo był dumny, że zarabia więcej niż ona. Są tacy, którzy negują zainteresowania czy potrzeby współmałżonków. Nasze małżeństwo trwa prawie 4 lata. Mamy mnóstwo konfliktów i nieporozumień, popełniamy mnóstwo błędów i wykroczeń. Mamy też dwójkę wspaniałych dzieci i marzenia. O domu, o psie, o większej i większej wąskopojętej rodzinie. O wspólnym spędzeniu dni aż po starość. Ale nawet jeśliby coś się pokićkało po drodze, zawsze musimy pamiętać, że łączy nas przysięga złożona wobec Boga, Kościoła i nas samych. Nic nigdy się w tej kwestii nie zmieni. Nasze małżeństwo będzie trwało, choćbyśmy się kiedyś rozwiedli. Wobec Boga nic się nie zmieni. I być może moja szerokopojęta rodzina również nie wzięła udziału w tym, co sami nazwaliby farsą (wcale się im nie dziwię), a co było naszym ślubem. Ale muszę podkreślić, że to nasz związek jeszcze trwa, rozwija się, wspólnymi siłami jest budowany. Może właśnie dlatego, że potrafimy jasno określić jakie jest nasze zdanie i dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, w zgodzie z najwyższą Prawdą i sumieniem. Może dlatego, że pamiętamy, jakie znaczenie ma tak naprawdę ten sakrament, którego sobie wzajemnie, raz na całe życie, udzieliliśmy.

Nie zdziwię się, jeśli pod tą notką pojawią się pojedyncze komentarze podobne do tych z „Przedślubnych perypetii”. Może być ich nawet więcej niż pojedyncze. Złośliwych, jadowitych anonimów i stwierdzeń, że „wroze ci rozpad malzenstwa i to ze zostaniesz sam jak palec bo twoje myslenie nie poprowadzi cie zbyt daleko”. Nie martwi mnie to jednak. „Moje” myślenie doprowadziło mnie już bowiem wystarczająco daleko, wraz z Najwspanialszą Kobietą na świecie, która jest moją żoną, i mam nadzieję, że jeszcze daleko doprowadzi. Przed nami całe życie!

Chciałem tylko jeszcze raz podkreślić, że rozwód nadal nie istnieje.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy