Nie brałem udziału w tej farsie

W szerokopojętej rodzinie lat temu ze trzy odbywał się ślub. Niezwykła uroczystość udzielenia sobie sakramentu małżeństwa, następnie ogromne, pełne radości wesele. Wszystko okraszone miejscowym i zagranicznym folklorem, panowie w spódnicach, gra na dudach itp. Świetna zabawa. Słusznie. Do dziś pamiętam, jak na jeszcze poprzednim weselu szerokopojęto-rodzinnym przyszły pan młody informował przez telefon kogoś od siebie: „I’m deffinitely getting married in Poland!”

Jak to bywa w zwyczaju w mej szerokopojętej rodzinie, na wesele zaproszono wszystkie ciotki, pociotki i kuzynów kuzynów. Tłum był niemiłosierny. Znam to jednak tylko z opowiadań, byłem (wraz z najbliższą rodziną) bowiem jedyną osobą, której nie zaproszono. Nie wywlekam teraz tego po to, żeby się poużalać, bo nie w tym rzecz. Rodzina miała swoje powody, żeby mnie nie zaprosić. Osobiście widzę powód w „Przedślubnych perypetiach”, które rok wcześniej dotyczyły mojego ślubu. Pod wpływem ówczesnych wydarzeń, tj. moich blogowych rozważań, część zaproszonych gości z szerokopojętej rodziny odwołało swoje przybycie (z góry nie wszyscy byli na wesele zaproszeni, bo niezgodnie z tradycją nasze było mniej huczne), a ostatecznie również wyłączyło mnie jako jedynego z listy gości u siebie. Mam nadzieję, że zemsta była słodko-kwaśna.

Nie, nie mam żalu, raczej ironiczny uśmiech z przymrużeniem oka. Nawet bym się nad tym w ogóle nie rozwodził, gdyby nie pewien mały szkopuł. Otóż ówczesna Panna Młoda jakiś czas temu zmieniła na Fejsie swoje nazwisko na panieńskie. Od jakiegoś czasu fotografuje się również z facetem, który jej mężem nie jest. Jej mąż natomiast ma ją w członkach rodziny jako „Nieznane”. Minęło około 3 lata związku małżeńskiego, a związek już właściwie przerodził się w (być może tymczasowy) niebyt. Na co był sakrament i uroczyste przysięgi? Na co było radosne, kraciaste wesele? Na co było wypinanie się na dalekich krewnych, którzy kiedyś raczyli wyrazić na jakiś temat własne zdanie? Na nic się to zdało, bo ktoś zapomniał, że złożył przysięgę, że poświęcił swój związek Bogu i że zrobił to już na zawsze. Taki ślub z weselichem nazywam bez wahania farsą. Bo nie prowadzi do budowania, lecz do burzenia. Nie tylko związku, ale całego życia.

Rozwód bowiem nadal nie istnieje. Każde współżycie pozamałżeńskie, o ile ślubu udzielili sobie małżonkowie w Kościele, jest zdradą małżeńską. Każde wchodzenie w związki pozamałżeńskie jest w tej sytuacji wchodzeniem w konkubinat i odseparowywaniem się od Boga, od jedności z Nim, od możliwości uczestniczenia w sakramentalnym życiu Kościoła. Oczywiście, można się rozejść. Można się nawet rozwieść. Można znaleźć sobie nowego „męża” i zalegalizować związek w urzędzie. W oczach Boga i w ludzkim sumieniu to nic nie zmienia. Sakrament małżeński raz zawarty pozostaje ważny do końca naszych ziemskich dni. Nie ma żadnego „ale”, nie ma żadnego „przebacz”. Sami bowiem się decydujemy i składamy przysięgę na całe życie: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Wszelkie wykroczenia przeciw przysiędze (np. zdrada) nie umniejszają jej powagi i nie sprawiają, że przestaje być ważna. Złamanie przykazania danego od Boga nie przekreśla tego przykazania, a jedynie popycha do nawrócenia. Albo dobrowolnego wykluczenia. I za to wszystko odpowiemy przed Sądem.

Nieporozumienia w małżeństwie mogą wynikać z różnych rzeczy. Znajoma rozwodzi się z mężem, bo był dumny, że zarabia więcej niż ona. Są tacy, którzy negują zainteresowania czy potrzeby współmałżonków. Nasze małżeństwo trwa prawie 4 lata. Mamy mnóstwo konfliktów i nieporozumień, popełniamy mnóstwo błędów i wykroczeń. Mamy też dwójkę wspaniałych dzieci i marzenia. O domu, o psie, o większej i większej wąskopojętej rodzinie. O wspólnym spędzeniu dni aż po starość. Ale nawet jeśliby coś się pokićkało po drodze, zawsze musimy pamiętać, że łączy nas przysięga złożona wobec Boga, Kościoła i nas samych. Nic nigdy się w tej kwestii nie zmieni. Nasze małżeństwo będzie trwało, choćbyśmy się kiedyś rozwiedli. Wobec Boga nic się nie zmieni. I być może moja szerokopojęta rodzina również nie wzięła udziału w tym, co sami nazwaliby farsą (wcale się im nie dziwię), a co było naszym ślubem. Ale muszę podkreślić, że to nasz związek jeszcze trwa, rozwija się, wspólnymi siłami jest budowany. Może właśnie dlatego, że potrafimy jasno określić jakie jest nasze zdanie i dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, w zgodzie z najwyższą Prawdą i sumieniem. Może dlatego, że pamiętamy, jakie znaczenie ma tak naprawdę ten sakrament, którego sobie wzajemnie, raz na całe życie, udzieliliśmy.

Nie zdziwię się, jeśli pod tą notką pojawią się pojedyncze komentarze podobne do tych z „Przedślubnych perypetii”. Może być ich nawet więcej niż pojedyncze. Złośliwych, jadowitych anonimów i stwierdzeń, że „wroze ci rozpad malzenstwa i to ze zostaniesz sam jak palec bo twoje myslenie nie poprowadzi cie zbyt daleko”. Nie martwi mnie to jednak. „Moje” myślenie doprowadziło mnie już bowiem wystarczająco daleko, wraz z Najwspanialszą Kobietą na świecie, która jest moją żoną, i mam nadzieję, że jeszcze daleko doprowadzi. Przed nami całe życie!

Chciałem tylko jeszcze raz podkreślić, że rozwód nadal nie istnieje.

Categories: Duchowość i moralność | Tags: , , , , | 5 komentarzy

Zobacz wpisy

5 thoughts on “Nie brałem udziału w tej farsie

  1. Amen Bracie.
    To, że „jesteśmy skazani na sukces” powoduje iż nasze małżeństwa są trwalsze – bo jesli trzeba, walczymy o nie do końca.
    My – tj.katolicy. Przynajmniej Ci, którzy poważnie traktują swoją wiarę.

  2. Nie tylko katolicy uznają trwałość przyrzeczenia i wierność danemu słowu:-)
    To kwestia uczciwości i wypowiadaniu słów ze zrozumieniem i znajomością ich wagi.
    Im większe zadęcie weselne, tym słabsza więź miedzy małżonkami. Jest kolejna impreza tyle że wieksza i kosztowniejsza.

  3. Madziorek

    dlatego żeby te slowa wypowiedzieć, słowa przysięgi trzeba się porzadnie zastanowić, przemyśleć. Przygotowanie do małżeństwa powinno być dłuższe. i ew. ciąża nie powinna tej decyzji przyspieszać.
    Zgadzam się, rozwód nie istnieje. A co to za małżeństwo które się od czasu do czasu nie pokłóci? jak inaczej się poznać i swoje poglądy?

  4. W ramach akcji „odpowiedz na komentarze” przybywam i tu, bo widzę, że mnie tu jeszcze nie było! :)

    Marku, rzeczywiście bardzo ważnym jest walczyć o swoje małżeństwo do końca. To jest czasem trudne, zwłaszcza gdy pojawiają się kłopoty małżeńskie, ale warto – z uwagi na miłość i na swoją, podjętą dobrowolnie, decyzję.

    Caddi, racja – nie tylko katolicy, lecz wszyscy mądrze, poważnie myślący i decydujący ludzie trwają w małżeństwie do końca. Choć mieli co do tego wątpliwości nawet Jezusowi uczniowie – On powiedział im, że zrozumie to ten, komu będzie dane. Cieszę się, że my to rozumiemy. Odnośnie zadęcia weselnego oraz kolejnych imprez – niektóre firmy organizują już przyjęcia porozwodowe! O czasy, o obyczaje!

    Madziorek, zgadzam się bezwzględnie. Ja zawsze szanowałem ludzi, którzy potrafili podjąć decyzję na całe życie bardzo spontanicznie – mając pełną świadomość konsekwencji. Nie znaczy to jednak, że odrzucam osoby, które muszą przemyśleć dokładnie, zanim coś zrobią. Często bowiem okazuje się, gdy kurs przedmałżeński jest dobrze prowadzony, że narzeczeństwa rezygnują z budowania związku, bo dowiadują się jak trudna jest droga.

    Z drugiej strony nie popieram wydłużania przygotowania do małżeństwa we wszystkich przypadkach. My na nasz ślub czekaliśmy rok, ale z perspektywy czasu wiemy, że można było skrócić czas oczekiwania. Są pary, które pobierają się po kilku miesiącach znajomości. Nie trzeba – jak sądzę – wydłużać tego czasu oczekiwania, jeśli da się potwierdzić, że para jest już wystarczająco przygotowana, na samym początku.

    Oczywiście ciąża, moim zdaniem, powinna być raczej przeszkodą w zawieraniu związku sakramentalnego, niż przyspieszaczem decyzji. Ale nie będę teraz już zajmował się wyjaśnianiem tego poglądu.

  5. Caddicus Caddi – racja, ludzie różnych wyznań walczą o swoje małżeństwa. Ale w tej chwili chyba tylko KK pozostał wierny nauczaniu Jezusowemu w tej dziedzinie – nawet Prawosławie się złamało (nie wiem jak jest w niektórych autonomicznych Kościołach Wschodnich).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s