Monthly Archives: Lipiec 2012

Księża na Księżyc

To znane hasło, propagowane niedawno i miejscami jeszcze modne wśród radykalnych antyklerykałów może znaleźć swój punkt odniesienia szczególnie u jednego, powszechnie znanego kapłana. Wszak, jak dobrze pamiętamy, niejaki Mistrz Twardowski swego czasu zamieszkiwał na Księżycu. Jeśli więc wysyłać tam księży, to może przede wszystkim księdza Jana Twardowskiego? Wybitny poeta i ceniony kapłan z pewnością świetnie by się tam odnalazł. Jego przesłanie byłoby być może jeszcze bardziej dobitne.

Księdza Twardowskiego wszyscy znają przede wszystkim jako poetę. Ci, którzy go mniej-więcej cenią, potrafią zacytować jeden fragment z jego wierszy: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Niektórzy jeszcze wiedzą, że „Zostaną po nich buty i telefon głuchy”. Niewielu jednak zna jego historię, dzieje kapłaństwa i twórczości – postanowiłem więc ją nieco przybliżyć.

Jan Twardowski, Syn Jana i Anieli z Konderskich urodził się w Warszawie 1 czerwca 1915 roku. Pierwszym miejscem jego zamieszkania była kamienica przy ulicy Koszykowej 20, po wyjeździe ojca ze względu na wojnę zmienił z matką miejsce zamieszkania. Większość dzieciństwa spędził w kamienicy przy ulicy Elektoralnej 49. Ojciec Jana powrócił do Warszawy pod koniec I Wojny Światowej. Do gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczego Jan Twardowski wstąpił za namową ojca, który wymarzył sobie dla niego karierę inżyniera. Dlatego w przyszłości ojciec nie był przychylnie nastawiony do wyboru drogi życiowej syna. Jan junior wstąpił zaś na Uniwersytet Warszawski, gdzie chciał ukończyć studia polonistyczne. Studia przerwała mu II Wojna Światowa. Przez lata wojny przebywał z rodziną w Warszawie. U boku szwagra, Mieczysława Truszkowskiego rozpoczął współpracę z podziemiem; pomagał mieszkańcom getta. W 1944 brał udział w powstaniu warszawskim, został ranny i trafił do szpitala polowego. Po upadku powstania uciekł z transportu do Niemiec i przez kielecczyznę wracał do Warszawy. W Radomiu spotkał się z rodziną i podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium. W 1945 roku Jan Twardowski wstąpił do Warszawskiego Metropolitalnego Seminarium Duchownego. W tym samym roku starał się o zaliczenie w poczet studentów Wydziału Teologii Katolickiej Uniwersytetu Warszawskiego, celem ukończenia przerwanych przez wojnę studiów. Studia ukończył w 1948 roku, otrzymując dyplom magistra filozofii w zakresie filologii polskiej. 4 lipca 1948 przyjął święcenia kapłańskie.

Początkowo nie radził sobie jednak w roli kapłana, mdlał z nerwów nawet w trakcie sprawowania mszy świętej. Dlatego wyznaczono mu rolę prefekta i katechety w szkole specjalnej w Pruszkowie. W tej roli spełnił się bardzo dobrze, rozwinął swoją miłość do dzieci i metody wychowawcze. W szkole pracował 3 lata, potem wyruszył jeszcze do kilku parafii, ostatecznie odnajdując swoje miejsce w kościele pw. Józefa Oblubieńca Niepokalanej Bogurodzicy Maryi przy klasztorze Zakonu Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Warszawie, gdzie pierwotnie pełnił rolę rektora, pod koniec życia zaś rezydował tam. Dzięki spokojnej posadzie mógł ukoić swoje nerwy i poświęcić się modlitwie oraz pracy twórczej.

Wydał za swego życia wiele tomów poezji, pisał także felietony, anegdoty, opowieści dla dzieci. Za swą twórczość zdobył liczne nagrody. Nie będę ich tu przytaczał, podam tylko źródła, w których można wyszukać większą ilość informacji. Ksiądz Jan Twardowski zmarł 18 stycznia 2006 roku w Centralnym Szpitalu Klinicznym przy ul. Banacha w Warszawie. Jego pragnieniem było, aby pochować go na Powązkach. Decyzją księdza Prymasa Józefa Glempa został on jednak pochowany w krypcie pod powstającą Świątynią Opatrzności Bożej, co wywołało spore kontrowersje.

Na sam koniec chciałbym się skupić nieco na pracy księdza Twardowskiego w pruszkowskiej szkole. Choć przebywał tam tylko trzy lata, miało to na niego bardzo duży wpływ. Wpływ miało również na szkołę, która nosi dziś jego imię. Po zakończeniu pracy tam napisał wiersz, który wzbudza duże kontrowersje, dla mnie wydaje się jednak niezwykle piękny:

Uczniowie moi, uczenniczki drogie,
ze szkół dla umysłowo niedorozwiniętych,
com wam uczył lat kilka, stracił nerwy swoje,
i wam niechaj poświęcę kilka wspomnień świetych.

Jurku, z buzią otwartą, dorosły głuptasie-
gdzie się teraz podziewasz, w jakim obcym tłumie –
czy ci znów dokuczają na pauzie i w klasie –
i kto twe smutne oczy nareszcie zrozumie.

Janko Kosiarska z rączkami sztywnymi,
z noskiem co się tak uparł, że został króciutki –
za oknem wiatr czerwcowy z pannami ładnymi –
a tobie kto daruje choć uśmiech malutki.

Pamiętasz tamta lekcję, gdym o niebie mówi,
te łzy co w okularach na religii stają –
właśnie o robotnikach myślałem z winnicy,
co wołali na dworze – nikt nas nie chce nająć.

Janku bez nogi prawej, z duszą pod rzęsami –
grubasku i jąkało – osowiały, niemy –
Zosiu coś wcześnie zmarła, aby nóżki krzywe
szybko okryć żałobnym cieniem chryzantemy.

Wojtku wiecznie płaczący i ty coś po sznurze
drapał się, by mi ukraść parasol, łobuzie –
Pawełku z wodą w głowie i ty niewdzięczniku
coś mi żaby położył na szkolnym dzienniku.

Czekam na was, najdrożsi, z każdą pierwszą gwiazdką –
ze srebrem betlejemskim co w pudełkach świeci –
z barankiem wielkanocnym. – Bez was świeczki gasną –
i nie ma żyć dla kogo.
Ten od głupich dzieci.

Tak się składa, że sam obecnie pracuję w szkole specjalnej – nie w Pruszkowie jednak, lecz w Wołominie. I tak się składa, że biorę czynny udział w nadaniu imienia tejże szkole – a będzie nosiła również imię księdza Jana Twardowskiego. Dlatego właśnie piszę tę notkę – aby sobie i Wam przybliżyć postać, która będzie patronować szkole, opiekować się teraz moimi uczniami. Jeśli zaś ktoś z Was jest zainteresowany wzięciem udziału w tym wielkim wydarzeniu i dołożeniem swojej cegiełki do całego dzieła (a szkoła wciąż poszukuje sponsorów, którym leży na sercu postać księdza Twardowskiego), to bardzo proszę o kontakt ze mną pod adresem maurycy_to@o2.pl .

W notce wykorzystałem następujące źródła:
Magdalena Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks, Biografia Jana Twardowskiego, Kraków 2011;
Jan Twardowski, Zaufałem drodze, Wiersze zebrane 1932-2006.

Źródło zdjęcia: http://www.poema.art.pl/site/sub_387_x_jan_twardowski.html

Reklamy
Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Tęcza

This post will be available to read in two languages: Polish and English. This is because it is written in response to some pictures/comments posted lately on Facebook, by my English-languaged friends. If You want to read in Polish, try the higher part. For English find Yourself a way downwards.

Ten wpis będzie dostępny do przeczytania w dwóch językach: polskim i angielskim. Jest to spowodowane tym, że jest pisany w odpowiedzi na pewne zdjęcia/komentarze publikowane ostatnio na Facebooku przez moich anglojęzycznych znajomych. Jeśli chcecie czytać po polsku, wypróbujcie górną część. By sięgnąć po angielski znajdźcie sobie drogę na dół.

Tęcza po polsku

Jak wspomniałem powyżej, znalazłem niedawno w sieci kilka obrazków na profilach moich zagranicznych znajomych. Jedna z zamieszczających je osób usunęła mnie ze znajomych po zamieszczeniu niepochlebnego komentarza, inne obrazki udało mi się zapisać i w tym artykule je zamieszczam, abyście wiedzieli, o czym piszę. Pierwszy z obrazków głosi, co następuje: „Jestem hetero i jestem chrześcijaninem, ale wspieram prawa gejów. Miłość to miłość”. Na drugim napisano, że „Homofobia to strach przed tym, że geje potraktują cię tak, jak ty traktujesz kobiety”. Po zobaczeniu tych obrazków postanowiłem się wdać w dyskusję, by wyrazić moją opinię. Stwierdziłem, że tęcza jest symbolem Boga, a nie gejów. Według Biblii to Bóg ukazał Noemu łuk tęczy jako znak przymierza między nimi, jako znak, że podpisuje rozejm i nigdy więcej już ludzi nie wyniszczy. Zaproponowałem również, by przypomnieć sobie czym jest chrześcijaństwo i co to właściwie znaczy miłość. Usłyszałem w odpowiedzi, że stawianie kryterium kochania kogoś śmierdzi wszystkim tym, co miłością nie jest. Ktoś inny dodał, że mamy kochać wszystkich, a sądzenie pozostawić Bogu. Kiedy starałem się dalej argumentować przeciw „miłości” homoseksualnej, dowiedziałem się, że jestem hejterem, czyli nienawidzę gejów i uparłem się na nich, a przecież zasługują na naszą miłość podobnie jak inni.

Chciałbym wykazać, że oskarżenia (osądy) wobec mnie rzucone na podstawie kilku krótkich komentarzy nie są prawdziwe nawet w małym stopniu. Przede wszystkim nie nienawidzę gejów. Nigdy nic takiego nie powiedziałem, ani nie napisałem, a to, że nie zgadzam się z ogólnopanującym uwielbieniem (czy tzw. tolerancją) wobec homoseksualistów nie oznacza, że z automatu ich nienawidzę. Co więcej: muszę podkreślić, że naprawdę bardzo mocno kocham gejów! Geje jako osoby mające problemy ze sobą, ze swoją tożsamością czy z ukierunkowaniem popędu mają naprawdę wiele miejsca w moim sercu. Nie znoszę (ale raczej również nie nienawidzę) natomiast wszechobecnej czci oddawanej homoseksualistom i homoseksualizmowi, nie znoszę gejów i niegejów walczących o tzw. prawa gejowskie, aprobaty udzielanej osobom, które powinny raczej szukać prawdy uniwersalnej, niż swojej własnej prawdy dającej im satysfakcję.

Miłość jest troską o dobro drugiego człowieka. Musimy zastanowić się, czym jest nasza troska o gejów, których mamy kochać i czym jest troska gejów kochających się nawzajem. Czy prawdziwą troską pełną miłości będzie zaakceptowanie tego, co normą nie jest i walka o prawa homoseksualistów? Zauważmy, że do całkiem niedawna homoseksualizm uważano za chorobę. Argumenty są bardzo logiczne. Np. każdy związek dwóch osób, który nie ma możliwości rozmnażania się jest nienaturalny, chory. Oczywiście mam tu też na myśli pary, które są niepłodne – WHO uznała niepłodność za chorobę i ja się z nią zgadzam w tym przypadku. Homoseksualizm już jednak za chorobę uważany nie jest, mimo że jest niepłodny. Dlaczego jednak małżeństwa niepłodne, moim zdaniem, mimo drążącej je choroby, mogą pozostawać razem, homoseksualiści zaś nie powinni? Ponieważ czymś z gruntu oczywistym i naturalnym jest to, że istnieją dwie płcie po to, aby się nawzajem dopełniały. Istnieją mężczyźni (którzy mają penisy, owłochate klaty, zarost, zbyt proste myślenie i lenia) oraz kobiety (wyposażone w pochwy, biusty, pozbawione zarostu, kierujące się instynktem i humorkami), po to, aby się uzupełniały. Wszystko, co odbiega od tej normy, jest anomalią. Klucz próbujący otworzyć klucz nie może istnieć, tak jak nielogiczna jest kombinacja kłódka-kłódka, używając metafory. I wszelkiego rodzaju gendery zastępujące płcie są wymyślone po to, aby to, co nienaturalne czy chorobliwe dostało swoje miejsce w normalnym świecie. Facet to facet, kobita to kobita. Nie ma nad czym dyskutować.

Co powinni jednak robić ludzie, którym zależy na dobru gejów? Tacy ludzie, kochający, powinni pokazać im dobrą, właściwą drogę. Powinni ukazać, że naturą ludzką jest łączenie się w pary heteroseksualne, że wszystkie inne sytuacje są naprawdę nienaturalne. Powinni też ukazać im sposoby leczenia. Wielokrotnie jedna osoba pytała mnie: jak leczy się homoseksualistów? Otóż są sytuacje, w których pomoże terapia hormonalna. Podobnie jak z tożsamością płciową (urodziłem się chłopcem, ale czuję się dziewczyną – nie odcinam sobie więc przyrodzenia i nie biorę hormonów damskich, tylko biorę hormony męskie i normuję się w swoim ciele) – ciało nie może tu być uważane za mniej znaczący wyznacznik płciowości, niż samopoczucie delikwenta, a często tak właśnie się dzieje. Drugim sposobem jest terapia psychologiczna. Człowiek może zdać sobie sprawę z tego, że jego pociąg seksualny nie jest zależny od niego i dlatego nie jest niczym złym – złe jest tylko realizowanie tego pociągu z niewłaściwymi osobami. Co więcej – znam nawet osobiście homoseksualistę, który potwierdził, iż pociągu w stosunku do kobiet można się nauczyć. Oczywiście może być też na odwrót – często potwierdzanym faktem jest choćby homoseksualizm więzienny, gdy heteroseksualni mężczyźni z braku kobiet zadowalają się współżyciem z współwięźniami. Jeśli można nauczyć się pociągu do mężczyzn, dlaczego w niektórych środowiskach wyklucza się możliwość nauczenia się pociągu do kobiet? Ów wspomniany znajomy podkreślił kiedyś, że pragnie mieć żonę i dzieci, choć odczuwa pociąg do mężczyzn. Miłość jednak nie na pociągu seksualnym się kończy, lecz na trosce o drugiego człowieka się opiera, na oddaniu się drugiemu człowiekowi. Homoseksualista też może pokochać piękną kobietę prawdziwą, małżeńską miłością. I, jak ktoś kiedyś podkreślił, kochając swoją żonę prawdziwie będzie się tylko czasem odwracał za jakimś przystojnym mężczyzną, tak jak każdy heteroseksualista obejrzy się czasem za ładną kobietą, mimo pozostawania w małżeńskim związku.

Pozostaje jeszcze kwestia osądzania. Mam nie osądzać, ponieważ to Bóg sądzi. Zgoda, jednak ten argument jest już bardzo wyświechtany i wrzucany gdziekolwiek, gdzie ktoś ma zbyt radykalne poglądy. Owszem – mam radykalne poglądy i wypowiadam się krytycznie w stosunku do różnych zachowań różnych osób, co nie znaczy, że kogokolwiek osądzam. Osądzanie jest potępianiem, skazywaniem kogoś na piekło. Do tego oczywiście nie mamy prawa. Nie mamy prawa nikogo skreślać. Jednak mówienie komuś, że robi coś złego, zwłaszcza jeśli podpieramy się przy tym przesłaniem Nowego Testamentu, nie jest osądzaniem. Jest pełnym troski i miłości wskazywaniem dobrej, bliskiej Bogu drogi. A na temat homoseksualizmu pojawia się w Biblii fragment przesądzający o wszystkim (wskazujący, że nie musimy nikogo osądzać, ale Bóg już to zrobił): „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6,9-10). Sprawa jest jasna, nie ma Królestwa dla facetów, którzy ze sobą współżyją (nie ma tu jednak mowy o uczuciach, jakimi jest pociąg seksualny do osoby tej samem płci). Słowo się rzekło, kobyła u płota. Nam pozostaje wykazać jakie są tego powody – co postarałem się zrobić w poprzednich akapitach. I mogą padać argumenty, że upieram się w nienawiści na przedstawicieli jednej wąskiej grupy, a pijaków czy rozpustników jest zdecydowanie więcej i robią większą krzywdę. Zgoda, ale nie walczą tak bezczelnie o swoje „prawa”. Gdyby ktoś wrzucił hasło „Więcej praw dla pijaków” albo „Jestem chrześcijaninem, ale wspieram prawa złodziei”, to osobiście bym stanął przeciw temu. Co więcej – zarówno o złodziejach (w kwestii ściągania z internetu), pijakach (wspominając o Krucjacie, którą podpisałem), cudzołożnikach („Nie brałem udziału w tej farsie”) czy bałwochwalcach wielokrotnie już pisałem. Mężczyźni współżyjący ze sobą są tylko jedną z tych grup, a żadnej z nich nie nienawidzę.

Podkreślę na koniec: ponieważ Bóg oficjalnie ogłosił w swej Księdze, że mężczyźni współżyjący ze sobą nie wejdą do Królestwa Bożego, to nikt, kto jest chrześcijaninem (uznaje Biblię i Chrystusa) nie może opowiadać się za prawami gejów. Jesteś za prawami gejów? Przestań nazywać się chrześcijaninem, bo sam skreśliłeś się już z tej listy.

Rainbow in English

As I mentioned above, I have recently found some pictures in the internet, on the profiles of my foreign friends. One of the people who posted that deleted me from their friends after I wrote a commentary that was unflattering, I managed to save the other pictures and I post them in this article, so You can know what I’m writing about. The first of the pictures says what is mentioned: “I’m straight and a Christian, but I support gay rights. Love is love”. On the other someone wrote, that “Homophobia [is] the fear that gay men are going to treat you the way you treat women”. After seeing these pictures I decided to get into the discussion, to express my opinion. I said, that the rainbow Is a symbol of God, not gays. According to the Bible it was God Who has shown the bow of the rainbow to Noah, as a sign of an alliance between them, as a sign that He is signing a treaty and He will never destroy the people again. I suggested that we should bring back to our minds what exactly is Christianity, and what does love mean as well. In response I heard that putting parameters around loving someone else reeks of all sorts of things that aren’t of love. Somebody else added, that we should love everyone and leave judging to God. When I was trying to find more arguments against homosexual “love”, I have been informed that I’m a hater, which means I hate gays and I persisted to make them unhappy, and they deserve our love just like the others.

I would like to prove, that the accusations (judgments) that were thrown upon me thanks to some short comments aren’t real even in the slightest degree. First I don’t hate gays. I have never said such a thing, never have written, and just because I don’t agree with the generally ruling worship (or so called tolerance) of the homosexuals I don’t become a hater of them automatically. What’s more: I have to say, that I really really love gays! Gays as human beings that have inner problems with themselves, their identity, or their sexual drive target have really much place in my heart. I can’t stand (that doesn’t mean “I hate”) other things: the omnipresent adoration given to homosexuals and homosexualism, the gays and non-gays fighting for the so-called gay rights, the approval given to the people who should rather search for the universal truth, than their own truth that gives them satisfaction.

Love is caring about the wellness of other human. We have to think about what is our care about gays, whom we should love and what is the care of gays who love each other. Will the real care full of love be accepting of that, what isn’t normal and the fight over homosexual rights? Let’s mention, that it wasn’t long ago when homosexualism was called a sickness. The arguments are logical. For example every relationship, which isn’t able to reproduce isn’t natural, it’s sick. Off course I’m also thinking about the pairs, which are infertile – WHO has said that infertility is a sickness and in this case I agree with them. Homosexualism, on the other hand, isn’t treated as a sickness any more, even if it’s infertile. But why, according to me, the infertile marriages should last despite their sickness, but homosexual relationships shouldn’t? It’s because it is obvious and natural from the beginning, that there are two sexes so they can complete each other. There are men (who have penises, hair on their chests, facial hair, far too simple thinking and laziness) and women (equipped with vaginas, breasts, without facial hair, who do things while listening to their instincts and whims), to fulfill each other. Everything, that doesn’t fit in that norm, is an anomaly. A key that is trying to open a key can’t exist, just as a combination of padlock to padlock, metaphorically speaking. And every kind of gender that tries to walk into the place of a sex is fabricated to find a place in normal world for everything that is unnatural or sick. A chap is a chap and a lass is a lass. There is no place for discussion.

But what should people, who care for what’s good for gays do? Such people, loving, should show them the correct, good way. They should show, that it’s human nature to match into heterosexual couples and all the other situations are really unnatural. They should also show them the methods of treatment. There was one person, who asked me many times: how do we cure homosexuals? There are situations where hormonal therapy can help. The same thing is about sexual identity (I have been born as a boy, but I feel like a girl – I don’t cut my balls off and I don’t take female hormones, but I take male hormones and I become normal in my own body) – the body can’t be thought of as a less important determinant of sexuality, than the frame of mind of the culprit, but that is how it often happens. The other way is psychological treatment. A person may notice, that his or her sexual inclination doesn’t depend on them, so it isn’t anything bad – bad is only making this inclination come to life with wrong people. What is more – I know a homosexual who confirmed, that it is possible to learn the inclination to women in person. Of course it can happen the other way as well – a jail homosexualism is often seen, when heterosexual men don’t have access to women, so they do their things with other prisoners. If we can learn the inclination to men, why in some environments it is excluded, that some can learn an inclination to women? The previously mentioned familiar of mine said once, that he would like to have a wife and some children, even though he feels an inclination to men. Love doesn’t end on sexuality though, but it lays on the care of another person, on giving yourself to the other person. A homosexual can love a beautiful woman with real, marriage love as well. And, as somebody sometime mentioned, while really loving his wife he will only sometimes turn his head to watch a handsome man, just as any heterosexual sometimes would look at a pretty woman, even though he still is in a married couple.

There still remains the judgment thing. I should not judge, because God is the one Who judges. That’s true, but this argument has been used a billion times and it is thrown anywhere, where somebody has too radical outlooks. Yes – I have radical outlooks and I speak critically of several types of doing things of several types of people, but that doesn’t mean I judge anyone. Judging is condemnation, sending someone to hell. We don’t have rights to do that for sure. We don’t have rights to cross anybody out. But telling somebody what he is doing wrong, especially when we know that from the New Testament, isn’t judgment. It’s a full of care and love method of showing a good, God near way. And there is a fragment in the Bible, that judges everything about homosexuals (it shows, that God has already judged, so we don’t have to judge anybody): “Or do you not know that wrongdoers will not inherit the kingdom of God? Do not be deceived: Neither the sexually immoral nor idolaters nor adulterers nor men who have sex with men nor thieves nor the greedy nor drunkards nor slanderers nor swindlers will inherit the kingdom of God” (1 Cor 6,9-10). Everything’s clear, there isn’t any Kingdom for guys, who have sex with each other (nobody says about feelings, like sexual inclination to a person of the same sex though). It has been said, can’t do a thing about it. The only thing we have to do is to show the reasons of it – which I was trying to do in previous paragraphs. And there can be arguments, that I take objections of only one small part of humanity, that I tend to hate only a narrow group, and there are far more drunkards or sexually immoral and they are doing more bad things. Okay, but they don’t fight for their “rights”. If somebody threw a slogan “More rights for drunkards” or “I’m Christian, but I support thieves rights”, I would stand against it myself. What is more – I have written about thieves (when I said about downloading from the internet), drunkards (speaking of the Crusade I have signed), adulterers (“I haven’t taken place in this farce”) or idolaters many times. Men having sex with other man are only one of these groups, and I don’t hate any of them.

At the end I will emphasize: because God has officially announced in his Book, that men having sex with each other won’t get into the Kingdom of God, nobody, who is a Christian (who acknowledge the Bible and Christ) can’t support gay rights. Are You a gay rights supporter? Please, stop calling Yourself a Christian, for You have struck Yourself off that list.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Tylko Jezus jest Panem

Wpis postanowiłem stworzyć pod wpływem dzisiaj przeprowadzonej rozmowy ze Świadkami Jehowy. Temat rozmowy dotyczył eschatologii – końca świata – który to temat jest sam w sobie bardzo dyskusyjny, jednak w międzyczasie spełzliśmy na kontrowersje z Imieniem Bożym. Temat wałkowaliśmy wielokrotnie i spieraliśmy się wielokrotnie, ale dziś jeden z rozmówców był świeży, więc z tą świeżością, a także z dużo większą niż zwykle gorliwością, wróciliśmy na stare tory.

W obroty poszedł fragment z listu do Rzymian: „Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Rz 10,13). Padło pytanie: Kogo dotyczy ten fragment, kto jest owym Panem? Po przeanalizowaniu, na wszelki wypadek, szerszego kontekstu, odpowiadam: Jezus. No właśnie, ale spójrzmy: to jest cytat z księgi Joela. Zerkamy więc do rzeczonego i czytamy: „Każdy jednak, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony…” (Jl 3,5a). Z oczywistych względów u mnie w Biblii napisano „Pańskiego” (wydanie piąte Biblii Tysiąclecia), u rozmówcy „Jahwe” (wydanie wcześniejsze) albo „Jehowa” (wydanie Biblii w przekładzie Nowego Świata). I tu pada pytanie: Czy nie wydaje się panu, że jeśli cytuje się jakiś wcześniej napisany fragment, należy zacytować go dosłownie? Co za tym idzie – Paweł powołując się na znany sobie fragment z proroka Joela powinien zamiast słowa „Pańskiego” użyć „Jehowy” i z całą pewnością tak właśnie zrobił.

Bzdura! Niestety tak krzyknąłem, zapominając, że temu panu akurat jeszcze tego nie tłumaczyłem. I Wam również powiem: bzdura! Jednak zanim zrozumiemy, dlaczego, przeanalizujmy myślenie Świadków Jehowy.

Założenie 1: Imię Boga Jehowa jest istotą wiary, musimy czcić to konkretne imię, Jezus zaś, mówiąc „Święć się Imię Twoje” miał na myśli imię Jehowa, mówiąc natomiast „Objawiłem im Twoje Imię” również miał na myśli imię Jehowa. Założenie 2: Skoro Imię jest najświętsze i wielokrotnie dane w Piśmie do czczenia, jest więc niewyobrażalne, aby tak Jezus, jak i Jego apostołowie, nie używali tego Imienia. Założenie 3: Skoro poprzednie dwa założenia są prawdziwe, fragmenty Pism Greckich (Nowy Testament), przynajmniej te będące cytatami ze Starego Testamentu, musiały pierwotnie zawierać słowo „Jehowa”/”Jahwe” zamiast „Pan”. Wniosek: Autorzy natchnieni używali Imienia Bożego i zapisywali Je na kartach Ewangelii, niestety pierwsi przepisywacze i tłumacze, uznawszy, że jest to obraza Bożego Majestatu, zastępowali Imię wyrazem „Kyrios”, po grecku „Pan”.

A jaka jest prawda? Rzecz jasna poszukiwanie prawdy rozpoczyna się od niestawiania założeń. Czytając Biblię należy skupić się na faktach, nie na założeniach. Fakt 1: Imię, zapisywane tetragramem hebrajskim JHWH, zostało na pewnym etapie rozwoju uznane przez Żydów za zbyt święte, by w ogóle Je wymawiać. Z tego powodu zaczęto używać na zamianę słowa „Adonai”, co po hebrajsku oznacza „Pan”. W tetragram zaś zaczęto wpisywać samogłoski z wyrazu „Adonai”, co dla niezorientowanego lektora dało wynik „Jahowah”, stąd też mylny odczyt „Jehowa” (prawdopodobieństwo, że Imię odczytywano jako „Jahwe” jest zdecydowanie większe, ale niekoniecznie graniczące z pewnością). Fakt 2: W czasach, w których żył Jezus i Jego apostołowie prawdopodobnie nikt nie próbował wymawiać Imienia Bożego, ponieważ po pierwsze nadal było ono uważane za zbyt święte, po drugie zaś nikt, oprócz najwyższych kapłanów, którzy przekazywali wymowę tylko sobie nawzajem, już nie wiedział, jak powinno się je wymawiać, ponieważ czas, który minął od momentu wypowiedzenia Go po raz ostatni był tak długi, że nie istniał nikt, poza wspomnianymi kapłanami, kto mógłby to pamiętać. Fakt 3: Jezus, jako Syn Boży, prawdopodobnie wiedział, jak wymawiać to Imię, nie miało Ono jednak już wcale znaczenia w przekazie, który miał do objawienia. Świadczy o tym brak jakichkolwiek dowodów, by z jakichkolwiek powodów Jezus wymówił kiedykolwiek to Imię. Imię było ważne dla Żydów w czasach Mojżesza, ponieważ Żydzi wierzyli, że istnieje tylko to, co posiada imię. W czasach Jezusa na określenie Boga wystarczyło po prostu słowo „Bóg” albo „Pan”. Wnioski: Ponieważ Jezus nie przyszedł po to, aby wielbić Imię, lecz po to, by głosić Królestwo Boże i przyciągnąć ludzi do Ojca, całe zastanawianie się nad kwestią Imienia traci sens. Dodatkowym argumentem jest brak jakichkolwiek zapisów tego imienia w Nowym Testamencie.

Świadkowie Jehowy będą oczywiście argumentować. Argument 1: Jest niewyobrażalne, by Jezus, czytając fragment Pisma w synagodze, zastąpił słowo „Jehowa” słowem „Pan” w obawie przed reakcją Żydów. Dlatego też, czytając fragment z Izajasza, z pewnością przeczytał: „Duch Jehowy spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi” (Łk 4,18), nie zaś „Duch Pański”. Kontrargument: Pomimo, że rzeczywiście trudno jest sobie wyobrazić, aby Jezus w obawie przed Żydami zmieniał słowa w tekście, to nie jest „zmienianie” słów przez Jezusa niemożliwe w ogóle. Pamiętajmy, że Jezus nie zastępuje jednego słowa innym z jakichś konkretnych przyczyn, On po prostu czyta tak, jak się w Jego czasach czytało. Oczywiście, mógłby zszokować słuchaczy i wyprowadzić ich z równowagi, czytając „JHWH” (jakkolwiek się to nie czyta), jednak Jego celem w tym momencie nie było rozjuszenie Żydów słowem, które nie miało w danej chwili większego znaczenia, chciał natomiast pokazać, że proroctwo Izajasza dotyczy właśnie Jego. Czy osiągnąłby to, gdyby zaczął od nieuzasadnionego wprawiania Żydów w gniew? Argument 2: Jezus kazał uświęcać imię Ojca, a imię Ojca to Jehowa. Kontrargument: Rzeczywiście w „Modlitwie Pańskiej” padają słowa „Święć się Imię Twoje”, jednak czy naprawdę Jezus każe, by uświęcać Imię Jehowa? „Święć się imię JHWH”? Wątpię. Imię nie oznacza tu bowiem imienia w sensie tetragramu, tylko to, co się za tym imieniem kryje – istotę Boga. Osobę Ojca. Jego przymioty itp. Tak jakby ktoś, mówiąc „Robię to w twoim imieniu” miał, w moim przypadku, na myśli „Robię to w imieniu »Maurycy«”. A jednak ma na myśli – „Robię to za ciebie, ty ponosisz za to odpowiedzialność”. Podobnie Imię nie może być w Modlitwie Pańskiej interpretowane dosłownie, bo „cztery litery” nie mają dla współczesnych Jezusowi żadnego głębszego znaczenia. Poza tym – Nie Ojciec ma na imię JHWH. To jest Imię Boga! Czyli – biorąc pod uwagę Trójcę Świętą – Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Kwestie Trójcy będę omawiał szerzej w późniejszych notkach, teraz tylko dodam, że nie jest niczym niewłaściwym modlić się słowami: „Jahwe, Boże w Trójcy Jedyny, zmiłuj się nade mną”. Argument 3: Święty Paweł był sumiennym człowiekiem i cytat z Joela musiał przekazać dosłownie. Kontrargument: Znowu wchodzimy w „trudno sobie to wyobrazić”. Jednak nie, wcale nie musiał i nie jest tak trudno sobie to wyobrazić. Zwłaszcza, jeśli święty Paweł pragnął przekazać (i przekazał) swoim czytelnikom treść diametralnie inną od tej, której pragnęliby i którą zakładają Świadkowie Jehowy. W szerszym kontekście Paweł w Liście do Rzymian rozpisuje się nad wielkością i chwałą Pana, którym jest Jezus Chrystus. W wersecie dziewiątym pisze na przykład: „Jeżeli więc wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie” (Rz 10,9), w wersecie dwunastym zaś „Nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają” (Rz 10,12). Paweł korzysta z faktu, że od lat wszystkie przypadki użycia Imienia „JHWH” ze Starego Testamentu odczytywane są jako „Adonaj”, że w Septuagincie (a więc w greckim tłumaczeniu) zazwyczaj zapisywane są jako „Kyrios”, być może cytując wręcz – dosłownie! – za księgą Septuaginty, odnosi fragment, który u Joela oznaczał Boga, do Jezusa. Bo „Jezus jest Panem”, a „Kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Dokonuje tu dwóch wielkich rzeczy: ogłasza Jezusa Panem dającym Zbawienie i stawia Go na równi z Bogiem, cytując słowa mówiące o Bogu w kontekście Jezusa. W tym przypadku Świadkowie Jehowy powinni zauważyć jeszcze jeden problem: cytowanie Joela z użyciem słowa „JHWH” zamiast „Kyrios” lub „Adonai” byłoby wytrącaniem zdania z kontekstu. Zupełnie dziwnym byłoby rozpływanie się nad tym, jakim to Jezus jest Panem, żeby potem niespodziewanie wtrącić, że trzeba wzywać Jehowę, żeby być zbawionym. „Jeden jest Pan [Jezus] wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają. Albowiem każdy, kto wezwie imienia Jehowy, będzie zbawiony”. Wytrącone z kontekstu zdanie, pasujące tam tylko po to, żeby nie odbiegało od założeń Świadków Jehowy.

Świadkowie jednak mówią: To niewyobrażalne, żeby nie zapisano w Nowym Testamencie imienia JHWH! Z pewnością na początku tam było, jednak potem ktoś chciał zatrzeć ten fakt, dlatego zastąpił Je we wszystkich fragmentach. Ja mówię: Świetnie! A gdzie dowód? „Ale to jest niewyobrażalne”. Jakoś nie mam problemu z wyobrażeniem sobie tego. Poproszę o dowód. Oczywiście dowodów nie ma, ponieważ wszystkie pisma powstałe przed zmianą zostały zniszczone. Spróbujmy przez chwilę rozważyć prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Imię, które miałoby występować w Nowym Testamencie, pojawia się co najmniej w tych dwóch księgach, o których mówiliśmy, czyli w Liście do Rzymian i w Ewangelii wg św. Łukasza. Oba te pisma powstały w innym czasie, do kogo innego były też skierowane. Możemy się jednak domyślać, że oba bardzo szybko zaczęto kopiować i rozprzestrzeniać, dzięki czemu Kościół tamtych wieków mógł je poznawać i się nimi ubogacać. Autorzy pism zaś nie umarli zaraz po ich napisaniu, dzięki czemu mało prawdopodobnym było, aby ktokolwiek w tym czasie dokonał spisku, zniszczył wszystkie kopie ksiąg i pozostawił tylko te, z których powykreślano Imię. To nie mogło być dzieło jednego kopisty czy tłumacza, lecz zorganizowany „spisek”. Trudno, żeby nie zachowały się żadne ślady takiego spisku. Pozostanie do naszych czasów niezliczonej liczby bardzo starych manuskryptów Nowego Testamentu, w których ani razu nie pojawia się imię JHWH jest wystarczającym dowodem, by obalić mylne założenie Świadków Jehowy.

Mój rozmówca nie dał jednak za wygraną. Stwierdził, że jest to jedynie dowód na to, że ktoś to Imię jednak stamtąd wykreślił i to ja powinienem znaleźć dowód, że tak nie było. W porządku – powiedziałem – ale w takim razie poddajemy w wątpliwość wiarygodność Nowego Testamentu w ogóle. Jaką bowiem mamy pewność, że księgi, które zachowały się do naszych czasów są autentycznymi pismami apostołów i ich uczniów, jeśli ktoś zadał sobie tyle trudu, by usunąć z nich tak ważny szczegół, jakim jest Imię Boże tak, że nie pozostały po tym żadne zapiski historyczne? W takiej sytuacji kopiści manipulujący przy księgach mieli pełną dowolność działania, mogli wszystko pozmieniać i co chcieli podopisywać. Mogli w ogóle stworzyć księgi od nowa. Jeśli już z założenia podejrzewamy, że dokonali bezkarnej manipulacji przy najważniejszym słowie w Biblii, to jaką mamy pewność, że opieramy się na wiarygodnym źródle? Oczywiście, można odeprzeć moje pytanie fragmentami z Pisma Świętego, jaki to jednak ma sens, skoro wiemy, że te fragmenty mogą być tam umyślnie wpisane, żeby zatuszować manipulację?

Nie, Kochani, nie ma żadnych dowodów na jakąkolwiek manipulację. Dzisiejszy przekład Pisma Świętego (mam na myśli Biblię Tysiąclecia) opiera się na ogromnej liczbie starożytnych manuskryptów i podaje najbardziej zbliżone do nieznanego nam oryginału treści. W Nowym Testamencie słowo JHWH nigdy się nie pojawiło, bo nie było potrzeby, by się tam znalazło. Mógłbym podawać też argumenty za tym, że BT w nowszych wydaniach zastępuje to słowo słowem „Pan” (w Starym Testamencie), jednak nie czas na to i nie miejsce. Zaznaczę jedynie, że ma to właśnie znaczenie w kontekście odczytywania Pisma nie tylko jak najwierniejszego oryginałowi, ale też jak najwierniejszego wersji, którą znali ludzie za czasów Jezusa. Bo to na gruncie tamtej wersji powstał Nowy Testament. W Nowym Testamencie zaś Imię nie pojawia się. Dowiadujemy się natomiast, że tylko Jezus jest Panem. I to właśnie ten, kto wezwie Imienia Jezusa, będzie zbawiony. Nie ma żadnego dowodu, że mogłoby być inaczej.

„Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca” (Flp 2,9-11). Amen.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy