Monthly Archives: Październik 2012

Wuje muje dzikie węże

Tyle właśnie myślę o tym, co dzieje się w mediach w ostatnich dniach. Może nieco bardziej wulgarnie, ale już kiedyś zaznaczyłem, że nie używam wulgaryzmów w tytułach notek. Ale do rzeczy.

Rzeczpospolita sprzedała we wtorek newsa, że polscy biegli odkryli we wraku Tupolewa, na pokładzie którego zginął między innymi prezydent Lech Kaczyński, ślady trotylu i nitrogliceryny. Świat zawrzał, Jarosław Kaczyński oficjalnie ogłosił, że śmierć 96 osób była zbrodnią, w której udział brał również polski rząd. Natychmiast w temacie wypowiedziała się także Gazeta Wyborcza, zamieszczając np. w warszawskiej kolejce podziemnej vel. metro komunikat, że odkryto ładunki wybuchowe, które mogły pochodzić z (uwaga!) II Wojny Światowej, jako że w okolicy Smoleńska trwały bitwy i znajduje się tam wiele pozostałości. Jak widać pozostałości lubią wskakiwać na fotele rozbijających się właśnie samolotów. Mniejsza z tym jednak, ponieważ już wkrótce wydano komunikat, że informacja z Rzeczpospolitej jest niepotwierdzona, że badania nie zostały zakończone i tym podobne. Dopiero wówczas premier Donald Tusk wypowiedział się, że Jarosław Kaczyński oskarżając ich o współudział w domniemanej zbrodni działa na niekorzyść państwa polskiego (prawie jak terroryści w Ameryce). Kaczyński zaś zastanawiał się, czy Tusk zamierza go zamordować, czy zadowoli się banicją. Trochę przepychanek, a tymczasem Rzepa poinformowała, że się pomylili, bo substancja może być trotylem, ale nie musi. Później zaś wycofali się z przeprosin, co oczywiście Gazeta podchwyciła i do następnego dnia rozpamiętywała namiętnie. Przy okazji wypowiedział się wreszcie człowiek, który wydał oficjalny komunikat o tym, że rzeczywiście wielce profesjonalny sprzęt wysyłał sygnały, że coś tam jest, ale oprócz ładunków wybuchowych mogły to być kosmetyki, rozpuszczalniki albo okna z PCV. Mógł to być też namiot w którym w tym czasie przebywali, ponieważ namiot ten wydawał podobne dźwięki. Tak czy inaczej nie stwierdzono w miejscu zdarzenia śladów ładunków wybuchowych.

Oczywiście dla mediów takich jak TVN24 komunikat „nie stwierdzono” jest jednoznaczny z „nie było”, czyli już za chwilę dowiedzieliśmy się, że na pokładzie TU ileśtam ileś ładunków wybuchowych nie było wcale, zresztą przed odlotem potwierdziły to psy pasterskie. Rzeczpospolita zaś jest nierzetelną gazetą czerpiącą z niepewnych źródeł, a pan który napisał artykuł już od dawna nie jest wiarygodny, bo kiedyś ogłosił stenogramy, które nie były prawdziwe. I już dziś w „Metrze” (nie mylić z kolejką podziemną), również sygnowanym przez GazWyb można było przeczytać wielki prześmiewczy artykuł o tym, jaką popisówkę walnęła sobie Rzepa i jak bardzo negatywnie wpłynie to na wizerunek – jedynego przecież właściwego – rządu.

Wiem, że nie wiemy prawie nic. Ale wiemy też, że wiele osób powiązanych z katastrofą smoleńską i mających coś do powiedzenia ginie z jakichś powodów, najczęściej popełniając samobójstwo. Czy uginają się pod presją? Wiemy, że Tusk potrafi tak zaszantażować swoich ludzi, że w ciągu godzin zmieniają poglądy i bilans sumienia. Może i redakcję Rzeczpospolitej tak zaszantażował? Nie wiem, to tylko moje domysły. Ciekaw jestem przy tym, kto redaktorowi Rzet sprzedał informację o trotylu i jak długo jeszcze pożyje.

Czy udowodnią obecność ładunków wybuchowych? Nie wiem. Czy ktoś za to odpowie? Nie wiem. Czy za zgaszone papierosy w zbezczeszczonych, wymieszanych zwłokach zmarłych w katastrofie ktoś odpowie? Nie wiem. Raczej nie Rosjanie, którzy nie zamierzają odpuścić Kaczyńskiemu i Polsce oskarżania ich o istnienie we wraku ładunków, których istnieniu póki co nie da się zaprzeczyć. Cała sprawa Tupolewa ma za dużo realnych luk, żeby dało się na nie machnąć ręką. Ale Gazeta Wyborcza w towarzystwie TVN zawsze będą stały na straży, żeby pokazać która wersja jest prawdziwsza i dlaczego ich przeciwnicy są śmieszni w tak infantylny sposób.

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Czy do rączki, czy do buzi?

No dobrze, już koniec z tymi skojarzeniami, bo sprawa dotyczy niezwykle poważnej materii, a nawet najpoważniejszej: Eucharystii. Dokładniej zaś sposobów przyjmowania Komunii Świętej i związanych z tym kontrowersji.

Wiele głosów zdarza mi się słyszeć, które uznają za dopuszczalne jedynie przyjmowanie Ciała Chrystusa bezpośrednio do ust i to w pozycji klęczącej. Strona na Facebooku, którą polubiłem i odlubiłem po jakimś czasie, zwąca się Katolicki Leming (wymieniająca przywary tegoż) podkreśla np. że katolicki leming przyjmuje Komunię tylko na rękę (ergo – wynika to z niewiedzy, przynależności do Kościoła otwartego i należy do wielkomiejskiej nowomody). Linkowany u mnie blog W obronie wiary i tradycji w jednym z wpisów również zawarł apologię przyjmowania Ciała Pana na klęcząco i do ust, utożsamiając przyjmowanie na dłoń z rosnącą ilością profanacji Najświętszego Sakramentu. Wreszcie Szymon Hołownia (również przez Leminga krytykowany) spotkał się ostatnio z agresją środowisk tradycjonalistycznych w postaci kilku starszych pań, które bardzo ostro skrytykowały go za przyjmowanie Eucharystii na dłoń.

Zanim wypowiem się, jakie jest moje zdanie na ten temat, zaznaczę jakie są wytyczne episkopatów na temat przyjmowania Eucharystii. Otóż Sobór Watykański II mający miejsce w latach 60′ XX wieku rozpoczął wkraczanie w praktykę przyjmowania Eucharystii do ręki. W 2004 roku zaś wyszła instrukcja watykańska „Redemptionis Sacramentum” zezwalająca na przyjmowanie Komunii wg uznania do ust, lub na dłoń, jeśli zezwala na to lokalny episkopat. To spowodowało, że w 2005 roku archidiecezja Warszawska dopuściła tę możliwość, kilka miesięcy później zaś Konferencja Episkopatu Polski zatwierdziła tę możliwość w całej Polsce. Nie jest to zalecenie, lecz zgoda, pozwolenie: „w Polsce Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś poprosi, gestem wyciągniętej dłoni, o Komunię św. na rękę, należy mu Jej w taki sposób udzielić”. Wszelkie kontrowersje mogą wynikać więc z tego, że nie podkreślono tu równoważności przyjmowania Komunii na dłoń i do ust, lecz ukazano, że tradycyjnie Polacy przyjmują do ust, a warunkowo wyraża się zgodę na dłonie (choć bez stawiania konkretnych warunków, kto chce, ten ma prawo). Początkowo mówiło się, że to udogodnienie ma pomóc głównie obcokrajowcom, przyzwyczajonym do takiego przyjmowania Komunii, odnaleźć się w polskim Kościele. Dziś jednak wiele osób korzysta z radością z tego przywileju, choć Katolicki Leming ma podstawę by nabijać się z biorących na dłoń „lemingów”.

A co ja na to? Osobiście jestem, niestety dla niektórych, bardzo zatwardziałym tradycjonalistą. Jestem za odnową liturgii tak, by wyglądała tak, jak dawniej. Jestem też przeciwnikiem tzw. Kościoła otwartego (głoszącego np. dostęp do sakramentów dla rozwodników ponownie związanych z inną osobą). Chcę, wręcz pożądam, powrotu do źródeł. A na początku przyjmowano Eucharystię do ręki. I wszyscy pili z jednego kielicha…

Mówię tu o pierwszej znanej Eucharystii, którą celebrował ze swymi Apostołami sam Jezus Chrystus i która była przedłużeniem żydowskiej celebracji paschalnej. Chleb, który Jezus nazwał swym Ciałem był chlebem, który zwyczajowo dzieliło się w czasie Paschy między domowników. Podobnie było z unoszonym przez pana domu kielichem błogosławieństwa, który wędrował wokół stołu. Apostołowie spożyli Ciało Chrystusa podane im do dłoni (i nawet prawdopodobnie Pan Jezus nie patrzył z lękiem, czy coś się przypadkiem nie ukruszy) i wypili Krew z czegoś, co potomni nazwali Świętym Graalem. Później było podobnie: chrześcijanie zbierali się w domach na czytaniu Pism i łamaniu chleba. Łamanie Chleba było pierwszą nazwą Eucharystii i zdecydowanie traktowano je jako swego rodzaju ucztę dziękczynną. Domownicy spożywali Chleb, biorąc Go do dłoni. Jeszcze w IV wieku Cyryl Jerozolimski mówił: „Przystępując do ołtarza, nie wyciągaj gładko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw lewą dłoń pod prawą niby tron, gdyż masz przyjąć króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz »Amen«”. Lewa dłoń ułożona na prawą jest dziś wytyczną, tak, by móc prawą podnieść Komunię i włożyć sobie samemu do ust. Symbolika tronu wciąż obowiązuje.

Jakiś czas później wszystko zaczęło się sakralizować – tj. pojawiało się sacrum i misterium, ale znikało ludzkie spojrzenie i zrozumienie. Komunię zaczęto przyjmować tylko do ust, tylko w niedzielę, tylko w postaci Ciała Chrystusa i tylko w wyjątkowych sytuacjach. A, jasne, jeszcze tylko po łacinie. Święta Teresa bodajże musiała pisać prośbę do biskupa, by pozwolił jej przyjmować Eucharystię w inny dzień poza niedzielą. Ta sytuacja się ukonstytuowała, msza przestała być zrozumiała, a Ciało Chrystusa osiągnęło taki poziom Sacrum, że momentami w ogóle nie wypadało Go spożywać – należało tylko na Nie patrzeć i adorować. Trydent mocno to utwierdził i aż do Soboru Watykańskiego II sprawy wyglądały podobnie. Co zmienił Sobór Watykański II? Odnowił liturgię tak, by powoli wracała do stanu pierwotnego, do źródeł. Tzw. tradycjonaliści mylą się, że msza powinna był odprawiana po łacinie. Pierwszymi językami Kościoła były bowiem grecki i aramejski – i to też tylko dlatego, że były wówczas językami ojczystymi. Nie było twardego (a dziś martwego) języka Kościoła. Ludzie modlili się tak, jak mówili na co dzień. Mylą się też tzw. tradycjonaliści, że Komunia powinna trafiać prosto do ust i tylko pod jedną postacią. Bo pierwotnie wcale tak nie było. Tradycjonalistami tak naprawdę są ci, którzy opowiadają się za powrotem do źródeł liturgii, czyli do czasów Jezusa Chrystusa i Jego Apostołów. Dlatego też choć we wspólnocie Neokatechumenatu czułem się fatalnie, to uwielbiałem ich Mszę. Siedzieliśmy wokół ołtarza, słuchaliśmy Słowa, potem następowała konsekracja prawdziwego, dużego chleba przaśnego (trochę przypominał spód od pizzy) i wielkiego kielicha, każdy dostawał po kawałku Ciała Chrystusa i czekając, aż wszyscy bracia zostaną obdarowani, adorował Chrystusa leżącego na jego dłoni. Potem wszyscy spożywali Eucharystię (trzeba było kilka razy ugryźć, nim wciągnęło się całość). Potem zaś piliśmy z jednego kielicha, wcale nie symboliczne łyczki.

Wielkim darem było dla mnie przeżycie podobnej sytuacji podczas tegorocznych rekolekcji. Ksiądz najpierw wyjaśnił nam symbolikę i przekaz, następnie udzielił nam Eucharystii na dłoń (był to podzielony bardzo duży komunikant) i dał nam Krwi Chrystusa z dużego neokatechumenalnego kielicha. Przeżycie nieopisywalne i nieporównywalne z niczym. Choć co niedzielę w kościele przyjmuję Komunię do ust pod jedną postacią i choć zawsze pozostaje Ona ważna, to sama przyjemność z dotknięcia Chrystusa i spożycia Jego Krwi jest warta zachodu.

Co do profanacji zaś, nie ma dowodów, że Ciało Chrystusa przyklejane pod ławką lub spuszczane w toalecie, albo popijane tanim winem jest tym, które przyjęto na dłoń. Każdy może przyjąć Eucharystię do ust, odejść kawałek i wyjąć Ją celem dalszych eksperymentów. To nie jest wina tego, co nazywają liberalizacją liturgii.

Podczas pisania wykorzystałem artykuł: http://adonai.pl/sakramenty/eucharystia/?id=16

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Tuskoterror a prawda obiektywna

Kilka dni temu projekt Solidarnej Polski dotyczący ograniczenia możliwości dokonywania aborcji ze względu na uszkodzenia płodu przeszedł w sejmie do dalszego etapu. Stało się to za sprawą 40 posłów Platformy Obywatelskiej i 19 Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy zagłosowali przeciw wnioskowi o odrzucenie tejże ustawy z dalszych prac. Rękę do sprawy przyłożyło kolejnych 28 posłów PO, którzy nie zagłosowali w ogóle, zmniejszając ilość osób głosujących za odrzuceniem. Wśród tych ostatnich był również poseł Jarosław Gowin, minister sprawiedliwości i to właśnie posłowie z jego skrzydła wypowiedzieli się przeciw dotychczasowej liberalizacji.

W efekcie tego głosowania, w połączeniu ze spadkiem poparcia dla partii, premier Donald Tusk postanowił ogłosić w sejmie głosowanie za wotum zaufania rządu. Przy tym powiedział wiele słów mających świadczyć o jego autorytecie i charyzmacie przywódcy. Zaznaczył, że Platforma nie będzie brała udziału w wojnie aborcyjnej, że kompromis w kwestii aborcji jest dla nas bardzo ważny i ruszanie go doprowadzi do rzeczonej wojny. „W sposób jednoznaczny powiedziałem, że uważam to za błąd pod każdym względem” – wypowiedział się premier po tym, jak pod wpływem niepomyślnego dla niego głosowania spotkał się ze swoim klubem parlamentarnym. Podobno bardzo dobitnie skarcił konserwatywne skrzydło PO, na czele z Jarosławem Gowinem, któremu miało się najbardziej dostać (donosił sam mrygający ekran w pociągu komunikacji podziemnej, który jest napędzany przez Agorę). Oczekiwał przy tym – powiedział to oficjalnie – jak najszybszego naprawienia tego ewidentnego błędu, jakim było głosowanie nie po jego myśli.

Nie wiem czym Tusk zastraszył swoich posłów (wyrzuceniem z partii? Odrzuceniem kandydatury przy kolejnych wyborach? Mafią wołomińską?), grunt że już rano w dniu wystawiania pakietu zaufania rządowi któraś z posłanek głosujących przeciw aborcji dzieci upośledzonych wypowiadała się w Dzień Dobry TVN przekonując widzów, że popełniła straszny błąd, tak jakby niechcący wcisnęła nie ten guzik, co trzeba. Pani Pieńkowska i druga pani, z Federacji na rzecz kobiet, czule ją głaskały po główce, pocieszając, że wszystko będzie dobrze, czując się przy okazji zwycięsko – wszystko jednak będzie po ich myśli. Wotum zaufania dla Tuskorządu przeszło, choć sam pan premier powiedział, że „ci, którzy mają inne zdanie w tej kwestii, mogą je zademonstrować jutro” – podczas udzielania wotum zaufania. Wszyscy posłowie PO zagłosowali jednak za zaufaniem rządowi. Bali się o posady (Tusk skonstruowałby nowy rząd już bez Gowina), miejsca w partii, a może tylko grali, żeby dalej głosować przeciw aborcji? Nie wiem. Wiem że póki co wygląda na to, że Tusk gnoi przeciwników mordowania niewinnych chorych dzieci (to się nazywa eugenika) i wychodzi na tym zwycięsko.

Kwestia głosowania za lub przeciw aborcji dotyka jednak wolności sumienia. Która to wolność sumienia jest, jak mi się wydaje, również medialnym tworem wyprodukowanym na potrzeby chronienia moralności przed zepsutym światem. Wolność sumienia mówi: nie dokonam aborcji, bo sumienie mi na to nie pozwala. Druga zaś mówi: mnie pozwala, więc dokonam. A prawda jest taka, że nie wolno nam dokonywać aborcji w ogóle, bo aborcja jest złem – zabijaniem ludzi w tym stadium rozwoju, w którym nie mogą jeszcze nawet się bronić. Wolność sumienia nie ma nic wspólnego z prawdą (odniosę się przy tym do jednego z moich wcześniejszych wpisów o sumieniu), ponieważ subiektywnie dziś pojmowane sumienie pozwalałoby nam robić największe świństwa (w tym także negowanie prawa do wolności sumienia drugiej osoby, jeśli jej sumienie podpowiada jej coś, co nie jest poprawne politycznie). Aborcja jest zabójstwem, dlatego jest zła i posłowie głosujący przeciw niej de facto nie głosowali zgodnie z niezrozumianym dziś sumieniem, lecz zgodnie z prawdą. A prawda ta brzmi: człowiek zaczyna się w momencie poczęcia i bez względu na stan swojego zdrowia ma prawo przeżyć tyle, ile będzie mu dane. Tusk zaś, broniąc fikcyjnego kompromisu aborcyjnego (coś w rodzaju „W Polsce wolno mordować, ale tylko w niewielu przypadkach, nie jest tak najgorzej”) broni kłamstwa twierdzącego, że jak kobieta chce lub nie chce, to ma prawo. Że jak dziecko ma być chore, to lepiej żeby w ogóle nie żyło – a nam wolno o tym decydować, bo jesteśmy mądrzy i bardzo dużo chcemy.

No dobrze, dobrze, ale może jednak rzeczywiście eugenika jest wskazana? Może lepiej zabić dziecko pozbawione mózgu zanim się urodzi i samo umrze? Pojawiły się też argumenty, że jeśli dziecko ma się urodzić w rodzinie patologicznej, to może lepiej żeby w ogóle się nie urodziło, bo ma niewielką szansę na szczęście w życiu. Do tego oczywiście dochodzi wiele osób z zespołem Downa, które również nie zaznają szczęścia (a dzieci z zespołem Downa można legalnie abortować, bo są to płody uszkodzone). Ja powiem tylko tyle: drugi rok pracuję w szkole specjalnej. Mam tu zarówno dzieci z rodzin patologicznych (przeważają w klasach z lekką niepełnosprawnością intelektualną) i z zespołem Downa (głównie klasy z głębszą niepełnosprawnością). Widzę ogrom szczęścia zarówno w jednych, jak i w drugich. Jednych i drugich traktuję z równym szacunkiem, który nie wypływa z tolerancji do niepełnosprawnych, lecz z autentycznej sympatii do nich. Z jednymi i drugimi witam się, przybijam piątki, śmieję się i żartuję. I widzę, że mimo rozlicznych problemów (ci pierwsi) czy nieuleczalnej choroby (ci drudzy) potrafią oni szczęśliwie przeżywać czas, a przynajmniej jego fragmenty. Inaczej trzeba ich uczyć, inaczej wychowywać, ale zyskuje się przy tym mnóstwo radości.

I tu nie jest kwestia czyjejś granicy. Bo dla jednej matki granicą może być całkowite ograniczenie aborcji, dla drugiej posiadanie dwójki dzieci, a dla trzeciej rodzenie wyłącznie zdrowego potomstwa. Ale należy pamiętać, że to granicę dziecka tu przekraczamy i należałoby zapytać je o zdanie, czy pragnie zostać zabite, czy nie. Skoro jednak nie potrafi się póki co wypowiedzieć na swój temat, należy pozwolić mu pożyć przynajmniej tak długo, aż będzie w stanie ukazać nam swoją granicę. Tylko mordowanie dziecka z zespołem Downa, które przekroczyło 9 miesięcy życia jest nielegalne…

Mam nadzieję, że posłowie stojący po stronie prawdy nie dadzą się zgasić, nie pozwolą zamknąć sobie ust. Że następnym razem zagłosują tak samo. Szczerze w to wierzę, że Tuskowi zaszczuć się nie dadzą. Mocno się za to modlę.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 32 Komentarze

Pianko-śmietanko

W związku z tak niedawno rozegraną sceną związaną z wydarzeniami w salezjańskim gimnazjum w Lubinie postanowiłem się również wypowiedzieć na ten temat. Mówił już wprawdzie Szymon Hołownia, a ja przy nim gasnę, ale dołączę swoje słowa. Otóż osobiście uważam, że cała awantura o nic, burza w szklance wody. I nie, nie uważam tak dlatego, że to sprawa dotycząca przedstawicieli hierarchii Kościelnej, dotycząca kapłanów. Uważam tak dlatego, że sprawa dotyczy znanych w całej Polsce zabaw związanych z przyjęciem w poczet uczniów, czyli tzw. koceniem.

Wypowiedzi pojawiały się różne. Że ksiądz Salezjanin, dyrektor rzeczonej placówki, jest pedofilem, że molestuje seksualnie dzieci, że się podnieca, za bardzo spoufala, albo przeciwnie, ustawia hierarchię i pokazuje, kto tu rządzi. Pojawiają się wypowiedzi polityków, rzeczników, kontrole ministerialne itp. Oczywiście nie dlatego, że to ksiądz i księdza trzeba zgnoić. Tylko dlatego, że to dyrektor szkoły.

Moim zdaniem dyrektor szkoły powinien być: 1. osobą charyzmatyczną, godną słuchania i wypełniania jego poleceń, również przedsiębiorczą, dobrze organizującą, itp. 2. Przychylną uczniom, potrafiącą się do nich uśmiechnąć, w sympatyczny sposób zgadać, czasem zażartować, także z siebie samego.

Te dwie cechy dyrektora powinny się przeplatać, łączyć, uzupełniać. De facto jeśli dyrektor daje się lubić, to często jeszcze bardziej daje się słuchać. W ten sposób można ustawiać hierarchię (bo hierarchia w szkole obowiązuje, dyrektor jest tu szefem) poprzez dobrą zabawę. „Kocenie” w dobry i kontrolowany sposób przeprowadzone może być ku temu dobrym momentem. W przypadku, gdy sam dyrektor angażuje się w to wydarzenie, obok innych nauczycieli, można mówić o wyjątkowo bliskim podejściu do uczniów, którzy mogą się pośmiać, dobrze bawić, jednocześnie mogąc bardziej zaufać temu, który w przyszłości ma dbać o ich dobro i bezpieczeństwo. Przykładem może być wspomniany przeze mnie wieki temu ojciec Franciszkanin, który tak wspaniale tańczył w dresie przed ołtarzem, że bez wahania powierzyłem mu moje największe problemy.

Oczywiście, wspomniana zabawa MUSI być dla uczniów łagodna, spokojna. Musi być zabawą, a nie upokorzeniem. Musi doprowadzić do śmiechu, a nie do łez. Jednak na ile mi wiadomo ani rodzice, ani rada pedagogiczna, ani żadne z dzieci biorących udział we wtajemniczeniu nie narzekali na to wydarzenie. Na stronie internetowej zamieszczono zdjęcia, ponieważ nikt nikomu nie miał nic do zarzucenia. Na zdjęciach dzieci się śmieją, dyrektor się śmieje, wszyscy zadowoleni. I nie przypuszczam, że to dlatego, że dotykanie ustami piany znajdującej się na kolanie dyrektora dawało komuś jakąś perwersyjną przyjemność.

Sam będąc na obozie harcerskim miałem do przejścia tor przeszkód, na końcu którego siedział „król” i „królowa” (dwoje drużynowych, a więc przełożeni obozu), ze stopami umorusanymi w dżemie, musztardzie i piasku, których mieliśmy całować w szyszkę umieszczoną między palcami na stopie. Śmiechu było co niemiara, tylko królewskiej parze nie było do śmiechu pod koniec – wszak im więcej ludzi ich całowało, tym bardziej obślizgłe i upaskudzone dziwną miksturą były ich stopy. Wówczas, podczas obozu, zostałem również potwornie upokorzony. Nie zdarzyło się to jednak podczas owego wtajemniczenia. Kończyłem 15 lat i zgodnie z „tradycją” (dzięki temu, że byłem kozłem ofiarnym obozu) dostałem 15 bardzo silnych pasów na tylną część ciała (byłem trzymany w powietrzu za ręce i nogi), potem zaś 15 podrzuceń na kocu z traumą lądowania na ziemi, gdy po ostatnim podrzucie koc został upuszczony. Ponieważ był to koc z mojej pryczy, obolały i zgnojony zebrałem go z ziemi i przebiłem się ze spuszczoną głową przez otaczający mnie tłum chichraczy, w stronę mojego namiotu. Rozpłakałem się rozpaczliwie dopiero, gdy między tłumem a moim namiotem dopadło do mnie trzech dryblasów, którzy nie brali udziału w egzekucji, złapali mnie i stwierdzili, że „Jeszcze raz, bo oni jeszcze nie bili”. Nie potrafiłem się wyrwać, więc zacząłem wołać o pomoc. Dopiero wtedy pani druhna przełożona, która cały czas stała w pobliżu i pilnowała durnego rytuału, nakazała im mnie wypuścić. Dryblasy stwierdziły, że „tylko żartowaliśmy”, ale wracając rozryczany do namiotu wcale nie byłem o tym przekonany.

Nie opisałem tego wcale po to, żeby pokazać jak bardzo zostałem zgnojony, spłaszczony podczas harcerskiego obozu. Opisałem to po to, by porównać sytuację urodzinowego rytuału i chrztu harcerskiego, czyli tzw. kocenia. Zostałem upokorzony podczas indywidualnego lania pasem i spadania na glebę, nie zaś podczas grupowego całowania Posejdona po stopach. Tor przeszkód był fajny, przygoda na plaży wesoła, a dżem z musztardą wcale nie aż tak bardzo obrzydliwy. Towarzyszyły mi osoby, które przechodziły przez to samo i dla których było to również coś przyjemnego. Podobnie oceniam to, co działo się w czasie wyjazdu integracyjnego gimnazjalistów z Lubina. Dyrektor okazał się człowiekiem, z którym można miło spędzić czas, nauczyciele mieli ciekawe pomysły, uczniowie wydawali się zadowoleni. Może powoływanie się na Harry’ego Pottera nie jest najbardziej profesjonalne, ale historia przypomina mi nieco wydarzenia z Hogwartu, zwłaszcza zaś przywołują na myśl dyrektora Albusa Dumbledore’a, poważną, charyzmatyczną postać potrafiącą zachować się czasem jak infantylny staruszek i zagrać z uczniami w jakąś banalną grę, albo zaśpiewać z nimi piosenkę. To poczucie humoru sprawiało, że postać stawała się jeszcze bardziej poważna, ale i godna zaufania.

Dlaczego zaś osoby broniące dyrektora gimnazjum utrzymywały, że na kolanach znajdowała się pianka do golenia, mimo że na zdjęciu widnieje wyraźnie bita śmietana? Próbowałem skontaktować się z księdzem dyrektorem, żeby uzyskać odpowiedź na to nurtujące wszystkich pytanie, ale maila zwrotnego nie otrzymałem. Przypuszczam, że obrońcy wcale nie muszą kłamać. Wyobrażam sobie, że np. uczniowie widzieli bitą śmietanę, więc spodziewali się słodkiego smaku, jednak za kulisami nakładano na kolano dyrektora ukrytą w cieniu piankę do golenia, co wywoływało w uczniach poczucie gorzkiej niespodzianki. Ich śmiech na zdjęciach może również o tym świadczyć. Oczywiście, możliwe że obrońcy z jakichś powodów kłamali, nie sprawdziwszy dowodów zdjęciowych. Powodem mogło być to, że bita śmietana kojarzy się różnym lewakom i atakującym w sposób erotyczny – obrońcy pragnęli więc oderotyzować sytuację. Jeśli tak, to moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Nie ma bowiem znaczenia, czy to była bita śmietana, czy pianka do golenia. Zabawa jest zabawą, a każdemu co innego może kojarzyć się erotycznie. Zwłaszcza, jeśli stawia sobie za cel zgnojenie kogoś, najlepiej księdza, który próbował być blisko dzieci, a wyrósł w oczach pospołu na pedofila.

Nikt dzieci nie molestował, choć sądzę, że dziś mogą czuć się molestowane. Przez wszystkich fałszywych obrońców ich moralności, cnotliwości i skromności, którzy starają się im od dłuższego czasu wmówić, że dyrektor ich molestował. To owi obrońcy robią krzywdę tym dzieciom, a nie ich dyrektor. Oni wmawiają im rzeczy, które nie są prawdą. Dzieci dziś być może czują się molestowane. Przez tych obrońców. Podobno po rozdmuchaniu sprawy są wytykane palcami, wyśmiewane na ulicy. Czy to chcieli osiągnąć obrońcy praw dziecka?

Sądzę, że chcieli osiągnąć coś zupełnie innego. Sądzę bowiem, że gdyby sytuacja dotyczyła dyrektora nie-księdza (a założę się, że podobnych historii znajdzie się w Polsce dziesiątki, setki jeśli nie tysiące), nikt w ogóle nie zwróciłby uwagi, a już na pewno nie robiłby z tego molestowania, znęcania się i „ustawiania hierarchii”. Osobiście odbieram to jako atak na przedstawiciela Kościoła, próbę udowodnienia, że wszyscy księża są pedofilami. I mają kochanki.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy