Pianko-śmietanko

W związku z tak niedawno rozegraną sceną związaną z wydarzeniami w salezjańskim gimnazjum w Lubinie postanowiłem się również wypowiedzieć na ten temat. Mówił już wprawdzie Szymon Hołownia, a ja przy nim gasnę, ale dołączę swoje słowa. Otóż osobiście uważam, że cała awantura o nic, burza w szklance wody. I nie, nie uważam tak dlatego, że to sprawa dotycząca przedstawicieli hierarchii Kościelnej, dotycząca kapłanów. Uważam tak dlatego, że sprawa dotyczy znanych w całej Polsce zabaw związanych z przyjęciem w poczet uczniów, czyli tzw. koceniem.

Wypowiedzi pojawiały się różne. Że ksiądz Salezjanin, dyrektor rzeczonej placówki, jest pedofilem, że molestuje seksualnie dzieci, że się podnieca, za bardzo spoufala, albo przeciwnie, ustawia hierarchię i pokazuje, kto tu rządzi. Pojawiają się wypowiedzi polityków, rzeczników, kontrole ministerialne itp. Oczywiście nie dlatego, że to ksiądz i księdza trzeba zgnoić. Tylko dlatego, że to dyrektor szkoły.

Moim zdaniem dyrektor szkoły powinien być: 1. osobą charyzmatyczną, godną słuchania i wypełniania jego poleceń, również przedsiębiorczą, dobrze organizującą, itp. 2. Przychylną uczniom, potrafiącą się do nich uśmiechnąć, w sympatyczny sposób zgadać, czasem zażartować, także z siebie samego.

Te dwie cechy dyrektora powinny się przeplatać, łączyć, uzupełniać. De facto jeśli dyrektor daje się lubić, to często jeszcze bardziej daje się słuchać. W ten sposób można ustawiać hierarchię (bo hierarchia w szkole obowiązuje, dyrektor jest tu szefem) poprzez dobrą zabawę. „Kocenie” w dobry i kontrolowany sposób przeprowadzone może być ku temu dobrym momentem. W przypadku, gdy sam dyrektor angażuje się w to wydarzenie, obok innych nauczycieli, można mówić o wyjątkowo bliskim podejściu do uczniów, którzy mogą się pośmiać, dobrze bawić, jednocześnie mogąc bardziej zaufać temu, który w przyszłości ma dbać o ich dobro i bezpieczeństwo. Przykładem może być wspomniany przeze mnie wieki temu ojciec Franciszkanin, który tak wspaniale tańczył w dresie przed ołtarzem, że bez wahania powierzyłem mu moje największe problemy.

Oczywiście, wspomniana zabawa MUSI być dla uczniów łagodna, spokojna. Musi być zabawą, a nie upokorzeniem. Musi doprowadzić do śmiechu, a nie do łez. Jednak na ile mi wiadomo ani rodzice, ani rada pedagogiczna, ani żadne z dzieci biorących udział we wtajemniczeniu nie narzekali na to wydarzenie. Na stronie internetowej zamieszczono zdjęcia, ponieważ nikt nikomu nie miał nic do zarzucenia. Na zdjęciach dzieci się śmieją, dyrektor się śmieje, wszyscy zadowoleni. I nie przypuszczam, że to dlatego, że dotykanie ustami piany znajdującej się na kolanie dyrektora dawało komuś jakąś perwersyjną przyjemność.

Sam będąc na obozie harcerskim miałem do przejścia tor przeszkód, na końcu którego siedział „król” i „królowa” (dwoje drużynowych, a więc przełożeni obozu), ze stopami umorusanymi w dżemie, musztardzie i piasku, których mieliśmy całować w szyszkę umieszczoną między palcami na stopie. Śmiechu było co niemiara, tylko królewskiej parze nie było do śmiechu pod koniec – wszak im więcej ludzi ich całowało, tym bardziej obślizgłe i upaskudzone dziwną miksturą były ich stopy. Wówczas, podczas obozu, zostałem również potwornie upokorzony. Nie zdarzyło się to jednak podczas owego wtajemniczenia. Kończyłem 15 lat i zgodnie z „tradycją” (dzięki temu, że byłem kozłem ofiarnym obozu) dostałem 15 bardzo silnych pasów na tylną część ciała (byłem trzymany w powietrzu za ręce i nogi), potem zaś 15 podrzuceń na kocu z traumą lądowania na ziemi, gdy po ostatnim podrzucie koc został upuszczony. Ponieważ był to koc z mojej pryczy, obolały i zgnojony zebrałem go z ziemi i przebiłem się ze spuszczoną głową przez otaczający mnie tłum chichraczy, w stronę mojego namiotu. Rozpłakałem się rozpaczliwie dopiero, gdy między tłumem a moim namiotem dopadło do mnie trzech dryblasów, którzy nie brali udziału w egzekucji, złapali mnie i stwierdzili, że „Jeszcze raz, bo oni jeszcze nie bili”. Nie potrafiłem się wyrwać, więc zacząłem wołać o pomoc. Dopiero wtedy pani druhna przełożona, która cały czas stała w pobliżu i pilnowała durnego rytuału, nakazała im mnie wypuścić. Dryblasy stwierdziły, że „tylko żartowaliśmy”, ale wracając rozryczany do namiotu wcale nie byłem o tym przekonany.

Nie opisałem tego wcale po to, żeby pokazać jak bardzo zostałem zgnojony, spłaszczony podczas harcerskiego obozu. Opisałem to po to, by porównać sytuację urodzinowego rytuału i chrztu harcerskiego, czyli tzw. kocenia. Zostałem upokorzony podczas indywidualnego lania pasem i spadania na glebę, nie zaś podczas grupowego całowania Posejdona po stopach. Tor przeszkód był fajny, przygoda na plaży wesoła, a dżem z musztardą wcale nie aż tak bardzo obrzydliwy. Towarzyszyły mi osoby, które przechodziły przez to samo i dla których było to również coś przyjemnego. Podobnie oceniam to, co działo się w czasie wyjazdu integracyjnego gimnazjalistów z Lubina. Dyrektor okazał się człowiekiem, z którym można miło spędzić czas, nauczyciele mieli ciekawe pomysły, uczniowie wydawali się zadowoleni. Może powoływanie się na Harry’ego Pottera nie jest najbardziej profesjonalne, ale historia przypomina mi nieco wydarzenia z Hogwartu, zwłaszcza zaś przywołują na myśl dyrektora Albusa Dumbledore’a, poważną, charyzmatyczną postać potrafiącą zachować się czasem jak infantylny staruszek i zagrać z uczniami w jakąś banalną grę, albo zaśpiewać z nimi piosenkę. To poczucie humoru sprawiało, że postać stawała się jeszcze bardziej poważna, ale i godna zaufania.

Dlaczego zaś osoby broniące dyrektora gimnazjum utrzymywały, że na kolanach znajdowała się pianka do golenia, mimo że na zdjęciu widnieje wyraźnie bita śmietana? Próbowałem skontaktować się z księdzem dyrektorem, żeby uzyskać odpowiedź na to nurtujące wszystkich pytanie, ale maila zwrotnego nie otrzymałem. Przypuszczam, że obrońcy wcale nie muszą kłamać. Wyobrażam sobie, że np. uczniowie widzieli bitą śmietanę, więc spodziewali się słodkiego smaku, jednak za kulisami nakładano na kolano dyrektora ukrytą w cieniu piankę do golenia, co wywoływało w uczniach poczucie gorzkiej niespodzianki. Ich śmiech na zdjęciach może również o tym świadczyć. Oczywiście, możliwe że obrońcy z jakichś powodów kłamali, nie sprawdziwszy dowodów zdjęciowych. Powodem mogło być to, że bita śmietana kojarzy się różnym lewakom i atakującym w sposób erotyczny – obrońcy pragnęli więc oderotyzować sytuację. Jeśli tak, to moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Nie ma bowiem znaczenia, czy to była bita śmietana, czy pianka do golenia. Zabawa jest zabawą, a każdemu co innego może kojarzyć się erotycznie. Zwłaszcza, jeśli stawia sobie za cel zgnojenie kogoś, najlepiej księdza, który próbował być blisko dzieci, a wyrósł w oczach pospołu na pedofila.

Nikt dzieci nie molestował, choć sądzę, że dziś mogą czuć się molestowane. Przez wszystkich fałszywych obrońców ich moralności, cnotliwości i skromności, którzy starają się im od dłuższego czasu wmówić, że dyrektor ich molestował. To owi obrońcy robią krzywdę tym dzieciom, a nie ich dyrektor. Oni wmawiają im rzeczy, które nie są prawdą. Dzieci dziś być może czują się molestowane. Przez tych obrońców. Podobno po rozdmuchaniu sprawy są wytykane palcami, wyśmiewane na ulicy. Czy to chcieli osiągnąć obrońcy praw dziecka?

Sądzę, że chcieli osiągnąć coś zupełnie innego. Sądzę bowiem, że gdyby sytuacja dotyczyła dyrektora nie-księdza (a założę się, że podobnych historii znajdzie się w Polsce dziesiątki, setki jeśli nie tysiące), nikt w ogóle nie zwróciłby uwagi, a już na pewno nie robiłby z tego molestowania, znęcania się i „ustawiania hierarchii”. Osobiście odbieram to jako atak na przedstawiciela Kościoła, próbę udowodnienia, że wszyscy księża są pedofilami. I mają kochanki.

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Zobacz wpisy

9 thoughts on “Pianko-śmietanko

  1. Chcesz kogoś uderzyć kij zawsze się znajdzie – to stare powiedzenie w opisywanym przypadku ma szczególne potwierdzenie.
    Środowiska wrogie KK szukają pretekstów do ataku bez względu na rzeczywiste przewiny osób. GW dała sygnał do ataku i poszło jak szturm na Bastylię. Ponoć wystąpiono w obronie dzieci, ale tak naprawdę dzieci skrzywdzono nagłaśniając tę zabawę z pasowania na uczniów. Nic nie poradzimy, że niektórym wszystko się kojarzy z jednym.

  2. Sama, jako absolwentka szkoły katolickiej, w której ksiądz dyrektor był jednocześnie wychowawcą właśnie mojej klasy uważam, że granica między daniem się lubić a utratą lub zmniejszeniem autorytetu jest bardzo delikatna. Nasz wychowawca wprawdzie gdy rządził, to rządził- w końcu był dyrektorem i nikt mu się specjalnie nie przeciwstawiał, ale za bardzo dawał się lubić i autorytet jego nie był mocny. Ani wypowiedzi o nim nie były naznaczone szacunkiem należnym czy to księdzu, czy chociaż dyrektorowi, a dla wielu był wprost jak kolega. Ja uważam, że dyrektor, niezależnie czy jest księdzem, czy osobą świecką, to jednak powinna być potęga i powinien się wystrzegać sytuacji, które mogłyby wpłynąć na szacunek jakim jest darzony.

  3. Chcesz kogoś uderzyć – kij się znajdzie – prawda. Czy obrońcy robią krzywdę dzieciom i jakie mają zamiary, nie wiem. Wiem jednak, że są dwie kwestie, które mnie uderzyły w dyskusjach nieco bardziej pobocznych na ten temat.

    Jedna taka, że Kościół nie zadbał tu, krótko rzecz ujmując, o swój PR. Jakiś spec od marketingu napisał, że każda inna wielka instytucja powiedziałaby natychmiast publicznie „tak, stało się, wyjaśnimy, przepraszamy” i starałaby się dbać o swój ciężko wypracowany wizerunek. I zabrać się za wyjaśnianie. Szczególnie w kontekście innych, bardziej aferowych afer (właśnie z molestowaniem związanych). Spec pisał całkiem poważnie i całkiem rozsądnie i absolutnie niczego nie komercjalizując, a podchodząc poważnie do samej instytucji.

    I druga sprawa, dużo ważniejsza.
    Generalnie w całej sprawie po części tylko chodzi o księdza, od którego faktycznie oczekuje się zawsze więcej z racji „zawodu”, którego ma się w sporej części społeczeństwa za autorytet i na którego się nie naskarży, a będzie się go bronić. Szanse na to są większe, jeśli jest się z tej części społeczeństwa, która z KK jest związana.
    Myślę, że pewnie rzeczywiście – gdyby to się wydarzyło w świeckiej szkole, to duże są szanse, że albo przeszłoby bez echa, albo echo nie byłoby takie głośne i rozległe.

    Chodzi przede wszystkim o to, że kocenie czy otrzęsiny w takim stylu w ogóle nie powinny mieć miejsca, w jakiejkolwiek szkole. Mnie by nie było fajnie przechodzić przez takie próby czy tory przeszkód, chociaż na pewno w czasach nastoletnich bym słowem nie pisnęła, gdyby się coś takiego zdarzyło. Na własne licealne otrzęsiny po prostu się nie wybrałam, nic strasznego niby się nie działo i koledzy z klasy się śmiali, jak to było. Ja pośmiałam się też, ale jakoś nadal przekonana nie jestem, że osobisty udział by mi się spodobał. Nawet gdyby to było w Hogwarcie. To raczej w stylu Malfoya i jego bandy niż Dumbledore’a, jeśli już jakoś porównujemy. Śmiech zaś jest często pokryciem zażenowania czy innych nieprzyjemnych uczuć, bo w sumie co – wykrzywić usta w podkówkę albo rozpłakać się na miejscu i pokazać, że jesteś tym, co się „nie zna na żartach” albo dać komuś satysfakcję?

    Zamiast otrzęsin ktoś mądrze zaproponował warsztaty integracyjne – takie, żeby uczniowie faktycznie się ze sobą zżyli, porobili razem zadania, nauczyli się trochę współpracy, rozmowy i zbudowali więzi. Tylko że zorganizowanie takiego warsztatu, który wymaga dużo więcej zastanowienia i dużo więcej pracy jest dużo trudniejsze…

  4. z powyższym komentarzem jakoś bardziej mi po drodze…Abstrahując od tego, czy rzeczywiście jest to przejaw nagonki na Kościół itepe itede. Nie uważam, by tego typu zabawy były na jakimkolwiek poziomie wyższym, niż trzy metry mułu. Nie wolno upokarzać człowieka, nawet pod pozorem dobrej zabawy. Jakieś zabawy integracyjne, specjalne zadania – ok, jak najbardziej, ale nic, co mogłoby naruszyć godność osoby i narazić ją na śmieszność – dlatego obie „zabawy” w Twoim wpisie uważam za naganne. Bawmy się, ale z głową i sercem
    (najwyraźniej wychodzą ze mnie oazowe wieczory pogodne :D)

  5. I jeszcze jedna rzecz: franciszkanin pląsający radośnie przed ołtarzem nie ma chyba nic wspólnego z koceniem, czyż nie?

  6. Wygląda na to, że każdy z nas ma po prostu nieco inne doświadczenia związane z szeroko pojętymi „otrzęsinami” oraz z tym, jaki powinien być dobry pedagog (bo dyrektor również jest przede wszystkim pedagogiem i powinien być teoretycznie najlepszym pedagogiem w danej szkole). Moje doświadczenia są, co ciekawe, bardzo podobne do doświadczeń mojego Męża.
    Otrzęsiny przeżywałam kilka razy: na koloniach (dwa razy, zaraz wyjaśnię czemu) i w gimnazjum/liceum. Te kolonijne wspominam bardzo dobrze i nie uważam ich za żadne upokorzenie, ale raczej za świetną zabawę. A tymczasem to właśnie tam było tyle upokorzeń: bicie pokrzywami, walenie patelnią po tyłku, czołganie się po piasku, żarcie jakichś paskudnych mikstur na bazie nielubianych przeze mnie produktów spożywczych, całowanie Neptuna w nogę/rękę/kolano (nie pamiętam). Po pierwszych moich koloniach, na których przechodziłam „chrzest” obowiązkowo (jako debiutantka) tak mi się to spodobało, że na drugich zgłosiłam się dobrowolnie do tej zabawy. Nie czułam się ani odrobinę upokorzona. A to prawdopodobnie właśnie dlatego, że we wszystkim brali udział wychowawcy. To oni przeprowadzali tę zabawę, a nie starsi koloniści. Po prostu czułam się dzięki temu bezpiecznie i wiedziałam, że nie ma to na celu upokorzenia mnie. Otrzęsiny w szkole wspominam zupełnie odwrotnie, choć nie było tam paskudnych mikstur ani innych form „przemocy”. Dlaczego? Bo robili to starsi uczniowie, którzy faktycznie pragnęli nas, młodszych, zgnoić, a nauczyciele milcząco przyglądali się z boku.
    Stąd moja opinia jest jednak taka, że dyrektor może brać w czymś takim udział. W roztrząsanej od każdej strony sprawie księdza z Lubina nie ma moim zdaniem nic strasznego, taka forma otrzęsin nie wydaje mi się być upokarzająca, a najlepszym dowodem na to jest fakt, że osoby, których to bezpośrednio dotyczy nie czują się upokorzone ani molestowane. Czy dyrektor powinien się tak spoufalać z uczniami? Jeśli potrafi to robić, to jak najbardziej. Do tego właśnie potrzebny jest pewien talent, czy może powołanie do zawodu pedagoga. Niektórzy przez spoufalanie z uczniami tracą autorytet i stają się popychadłami czy obiektem drwin. Niektórzy zyskują jeszcze większy autorytet a do tego zaufanie wychowanków. Miewałam nauczycieli różnych a i tak największym szacunkiem i zaufaniem darzę nauczycielkę angielskiego, która tłumaczyła nam gramatykę na przykładzie, za przeproszeniem, dupy słonia i spoufalała się do tego stopnia, że absolwenci przypadkowo spotkani na ulicy rzucają jej się na szyję (z wzajemnością). Bycie blisko wychowanków jest niezwykłą umiejętnością, ale niewielu pedagogów to potrafi. Być może ten ksiądz to potrafił. Nie możemy z góry zakładać, że w ten sposób stracił autorytet i powagę urzędu dyrektora.
    Natomiast niestety najgorsze w całej tej sprawie jest to, co zrobiły media i to jak niewiele osób rozumie jakim potwornym przeżyciem dla tych dzieci jest to, jak cała Polska rozprawia o tym, że były molestowane i pokazuje zdjęcia z tego molestowania gdzie się da. To dopiero jest robienie krzywdy dzieciom.

  7. No niestety te zdjęcia z pewnością skutecznie mu ją odebrały. Taki to urząd, że należy bardzo, ale to bardzo zwracać uwagę na to, co i jak się robi. A w otrzęsinach przeprowadzanych przez wychowawców w ten sposób nie widzę żadnego sensu, bo co to ma na celu?

  8. Zastanawia mnie fakt, że jedyną prócz mojej Żony osobą pod tym wpisem, wypowiadającą się w tonie podobnym do mojego, jest Caddi, który jako jedyny nie uważa się oficjalnie za członka Kościoła Katolickiego ;). Dziękuję, Caddi. Chciałem jednak zaznaczyć, że WordPress też ma chyba jedyne słuszne myślenie, bo posłał Cię do spamu i musiałem Cię wyciągać ;).

    W kwestii otrzęsin – kiedyś był to naprawdę tradycyjny zwyczaj w szkołach. Potem weszła poprawność polityczna, dbałość o pozorną godność dziecka, wszechobecny strach przed molestowaniem seksualnym. I nagle otrzęsiny powinny zostać zabronione, zastąpmy je wykładami i prelekcjami. Zamiast odrobiny wariackiej zabawy – zgodnie z nowomodą zbierzmy się w drużyny i zbudujmy wieżę z klocków, byle nie za głośno. I w ogóle nie biegaj, bo się spocisz.

    Ironizuję, ale naprawdę obawiam się, że przesadzacie. Prawda – ksiądz dyrektor zachował się dość niemądrze pozwalając sobie na takie zachowanie. Ale ja widzę go jako człowieka z wieloletnim doświadczeniem, przyzwyczajonego do radosnego spędzania czasu z młodzieżą, umiejącego zorganizować im czas. Nie wydaje mi się, aby to były zabawy związane ze znęcaniem się nad kimkolwiek – to właśnie media i wypowiedzi niesłychanie wszechmądrych ekspertów doprowadziły do tego, że na otrzęsiny patrzymy jak na upokorzenie. A wcale nie musi tak być! W naszym liceum, kiedy przyszedł pierwszy rocznik „gimbusów”, zakazano robić otrzęsin. Byliśmy wściekli, nie dlatego, że zamierzaliśmy się nad kimkolwiek znęcać, bo i nad nami się rok wcześniej nie znęcano. Ale dlatego, że na tych lepszych nałożono ochronny płaszczyk, pokazując im i nam, że to, co dotychczas było znane jako „kocenie” to było znęcanie się nad nami. Jadnak moim zdaniem Wiśnia zawijający się w papier toaletowy („Wiśnia, zawijaj się!”), czy ja jedzący na wyścigi jakąś jeszcze inną miksturę, to było po prostu śmieszne.

    Dziś nie wolno mi podnieść na ręce dziewczynki, bo to molestowanie. Pocałować sześciolatka (nie swojego) w czoło, bo to molestowanie. Wziąć dziewczynki na barana, bo „wiesz którą częścią ciała ociera się o twoją szyję”. Dziś wszystko jest znęcaniem się, molestowaniem i przekraczaniem granic. A może zapytamy molestowane i niszczone dzieci, gdzie leży ICH granica, zamiast decydować o tym za pomocą ustawy sejmowej?

  9. Moje wypowiedzi nic wspólnego z Kościołem nie mają, a co do granic i ustaw sejmowych – może nie wyciagąjmy chwilowo tego tematu, bo się ostatnio medialnie gotowało, jeśli chodzi o jedną taką i tam nikt nikogo nie pytał, gdzie leży jego granica… No chyba że robimy sobie podział „my-dobry Kościół” i „zła cała reszta świata”.

    Może i zabawy nie były znęcaniem się, może ksiądz dyrektor jest bardzo fajnym księdzem i fajnym dyrektorem. Zabawa jednak nie wydaje mi się nonszalancka – jeśli ktoś ma ochotę, niechaj się bawi we własnym gronie, pedagogowi nie przystoi. Jeśli ktoś ma ochotę, to niech biega i się poci, zawija w papier toaletowy i tym podobne. Lizanie szyszek? Proszę bardzo – we własnym zakresie.

    Naprawdę wspólne budowanie wieży z klocków, JEŚLI FAJNIE POMYŚLANE, może być i hałaśliwe, i zabawne, i uczyć współpracy i kreatywności. Jedzenie śmiesznych mikstur tych właściwości nie ma.
    I żeby nie było: słyszałam od pewnej znajomej o bardzo fajnym wyjeździe integracyjnym, który zorganizowali nauczyciele z rodzicami, którzy to rodzice zrobili dzieciakom niespodziankę, przyjeżdżając, i bawili się wszyscy wspólnie. Udało im się zorganizować i zawody, i tory przedzkód, i ognisko, i te wieże z klocków. Bez pianek, śmietanek i innych takich. Jak myślisz, czy to doświadczenie miało być szansę bardziej budujące? Dla dzieciaków, nauczycieli, rodziców, którzy się wzajemnie poznali?

    Wiesz, jak tak przemyśliwuję Twój tekst, to widzę tu ze zdumieniem postawę typu „Klaps jeszcze nikomu nie zaszkodził”. Ze zdumieniem, bo wiem, że dzieci nie bijesz i się temu sprzeciwiasz jako czemuś, co wiąże się tylko ze wstydem i upokorzeniem. Czemu więc ten wstyd miałby być fajny w innych okolicznościach, które tego nie wymagają?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s