Monthly Archives: Grudzień 2012

Sanki dla bliźniąt

Dokładnie trzy lata temu, wbrew naszym planom sylwestrowym, utknęliśmy w mieście B. ze względu na nagły atak choroby naszego wówczas półrocznego Synka. Planem naszym było wrócić przed tym dniem do Warszawy, zostawić brzdąca z zaprzyjaźnioną ciocią i wyjechać na świętowanie we dwoje. Ostatecznie utkwiliśmy w środku tradycyjnego zbiegu wujostwa i kuzynostwa, w którym raczej czuliśmy się i byliśmy rzeczywiście jak piąte koło u wozu. Podczas tego Sylwestra zdarzyło nam się usłyszeć jednak zacny tekst, który do dziś jest dla mnie jednym z przewodnich haseł. Otóż jedna z nieco starszych kuzynek, która niedługo przed nami urodziła bliźniaczki, poinformowała zgromadzonych z zachwytem, że tegoż dnia na targu widziała sanki dla bliźniąt. Rzeczone sanki miały bowiem dwa siedziska i dwie barierki pod plecy, jedną za drugą.

Patrząc na dzisiejsze społeczeństwo i na wpisujące się w standardy kuzynostwo można zauważyć, że bliźnięta wielokrotnie nie mieszczą się w planach młodych rodziców i zazwyczaj spełniają rolę czegoś w rodzaju niespodziankowej ironii losu. Współcześni młodzi rodzice bowiem zazwyczaj w celu dopełnienia swego szczęścia wywołanego doskonałą karierą zawodową i w miarę udanym małżeństwem popartym egzotycznymi podróżami (et cetera) poczynają, rodzą i wychowują 1 (słownie jednego) potomka. Rzadko kiedy komukolwiek przychodzi do głowy, że w tak trudnych czasach można mieć dwójkę, a już nie daj Boże trójkę czy więcej dzieci. Od trzeciego dziecka zaczyna się patologia, potem jest tylko gorzej. Stąd zaskoczenie wywołane ujrzeniem podwójnych sanek. Bo jak podwójne to musi być dla bliźniąt. Ja natychmiast zinterpretowałem hasło w inny sposób. Dla mnie bowiem oczywistą rzeczą jest, że jeśli mam dwójkę dzieci, to kupię im podwójne sanki, dzięki czemu każdemu będzie wygodniej. Mogę później kupić tandem i posadzić nań dwójkę dzieci, albo usiąść z żoną, albo z którymś z dzieci, ale wcale nie muszę do tego celu mieć brata bliźniaka. Nawet kupowanie podwójnego wózka nie musi oznaczać, że ma się bliźnięta: wystarczy mieć dwójkę dzieci urodzonych w niewielkim odstępie czasu. Wówczas to starsze, które nie chodzi jeszcze dość dobrze, może jechać w spacerówce, a młodsze w gondoli. Jak coś jest podwójne, to nie jest „dla bliźniąt” tylko „dla dwojga”.

Do napisania notki zainspirował mnie, po raz kolejny już, wpis Cytrynny w którym uprzytomniła nam, w jaki sposób tytuły większości czasopism mamowych („Dziecko, Mam dziecko, Ja i dziecko, Ty i dziecko, Twoje dziecko, Moje dziecko, Nasze dziecko, Wasze dziecko, Halo to ja, Twój maluszek, Mój maluszek, Niemowlę, Berbeć, Wy i dziecko, My i dziecko, Wyj dziecko!, Myj dziecko, Czesz dziecko, Mama, tata i dziecko, Mój pies”) skupiają się na jednodzieciowym modelu rodziny, w którym tyle trzeba na to jedno dziecko wydać i czasu poświęcić, że na drugie już nas zwyczajnie nie stać. Tak rzeczywiście jest. Dziś naprawdę społecznie wolno mieć tylko jedno dziecko, co najwyżej parkę. Czasopisma mamowe cyklicznie powtarzają artykuły, może nieco je zmieniając. Pierwszy trymestr, drugi trymestr, trzeci trymestr, poród, połóg. Opieka, co kupić, znowu pierwszy trymestr… Z tym że to nadal pierwszy trymestr z pierwszym dzieckiem, bo wszystko od nowa, tak jakby każda czytelniczka przechodziła to po raz pierwszy. Naprawdę nieliczne artykuły traktowały o tym, jak przygotować siebie i rodzinę na przyjęcie drugiego dziecka. Bo to nieistotne. Jedno dziecko jest dżezi i trendi. A jeśli dwoje, to tylko bliźnięta.

Pewnie wspominałem już, jak rozmawialiśmy z dawną znajomą mojej Żonki, która ma dwie córki w naszym wieku i która, spojrzawszy na Gabrysia i Natalkę orzekła, że to już koniec, dobrze, że jest parka. Kiedy zaprotestowałem, że nie do końca koniec i że my chętnie przyjmiemy więcej dzieci, usłyszałem, że rząd by chciał żeby kobiety więcej rodziły, bo to dla nich bardziej opłacalne, ale na szczęście młodzi ludzie są dziś mądrzejsi i poprzestają na dwójce. Nie sposób kłócić się z ludźmi, zwłaszcza że nawet pewna część naszej dość bliskiej familii zgodziłaby się pewnie z tą tezą i oczekiwała od nas, że na dwójce poprzestaniemy. Muszę jednak podkreślić coś, do czego doszedłem już jakiś czas temu, niedługo po ślubie. To, czego oczekiwałaby od nas nasza familia nie ma znaczenia. To ile by chcieli, żebyśmy mieli dzieci, jak mielibyśmy je wychować, w jaki sposób zorganizować chrzest czy przyjęcie komunijne – to już nie od nich zależy. My zamierzamy wyłamać się ze schematu 2+1 czy teraz już 2+2 i kontynuować, bo to nasza rodzina i nasze dzieci, i naprawdę nie ma znaczenia, co sądzą na ten temat inni.

Kiedy ktoś mnie pyta o potomstwo i mówię, że mam syna i córkę, a on odpowiada: „To już wszystkie dzieci”, zazwyczaj kwituję to słowami: „Ja się dopiero rozgrzewam”. Przypuszczam, że będą mi potrzebne sanki trzy- albo czteromiejscowe. I nie dlatego, że będę miał czworaczki.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 7 komentarzy

Obowiązki chrzestnego

Notka trochę świąteczna, a trochę nieświąteczna, choć minęło Boże Narodzenie, a jego okres w pełni. Ale zainspirowała mnie wczorajsza i dzisiejsza wizyta na mszy w kościele. Podczas tych mszy odbywały się liczne chrzty (wczoraj więcej, niż dziś) i przyszło mi do głowy, że skoro tak wiele zapytań o tej treści kieruje ludzi na mojego bloga, to mogę temat poruszyć jeszcze raz. Tym razem skupię się konkretnie na obowiązkach chrzestnego czy chrzestnej: tych podstawowych i tych pobocznych.

Obowiązki podstawowe są określone przez Kościół, który dziecko (lub osobę dorosłą) w swoje szeregi przyjmuje i który chrztu udziela. Kodeks Prawa Kanonicznego w punkcie 872 określa, że chrzestny „ma (…) dorosłemu towarzyszyć w chrześcijańskim wtajemniczeniu, a dziecko wraz z rodzicami przedstawiać do chrztu oraz pomagać, żeby ochrzczony prowadził życie chrześcijańskie odpowiadające przyjętemu sakramentowi i wypełniał wiernie złączone z nim obowiązki”. Pierwszym i podstawowym zadaniem chrzestnych jest więc dawać przykład życia chrześcijańskiego, pokazywać własnym życiem jak powinno wyglądać życie osoby ochrzczonej, oddanej Bogu. W przypadku chrztu dorosłych chrzestny, który jest już w Kościele, pokazuje ścieżkę i poucza katechumena (osobę przygotowującą się do chrztu), jest jakby jednym z jego nauczycieli – oznacza to więc, że chrzestny musi być człowiekiem silnej wiary, utwierdzonym w Panu. W przypadku chrztu dzieci chrzestny powinien zaś od początku towarzyszyć chrześniakom w rozwoju duchowym, pomagając także w wypełnianiu obowiązków wynikających z chrztu (tak, chrzest nie jest tylko przywilejem, jest też źródłem obowiązków!).

Kanon wspomina o jeszcze jednym obowiązku chrzestnych w punkcie 855: „Rodzice, chrzestni i proboszcz powinni troszczyć się, by nie nadawać imienia obcego duchowi chrześcijańskiemu”. Ciekawe spostrzeżenie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wprost roi się od Nikol, Borysów, Oliwierów, Nadii. Szczerze mówiąc nie wiem, czy nadawanie takich imion jest już kwestią obcości duchowi chrześcijańskiemu, czy tylko obcości dobremu smakowi, ale warto wspomnieć to, co połowa ludzi z jakichś przyczyn robi, a druga połowa łapie się przy tym za głowy.

Obowiązki poboczne to wszystko, co wynika z tradycyjnego podejścia do bycia chrzestnym i posiadania chrześniaków. Chrzestny powinien pamiętać o chrześniakach nie tylko wówczas, gdy przychodzi czas na nawracanie, czy czuwanie nad wiarą, lecz także w codzienności. Chrzestny więc, jak również chrzestna, powinni pamiętać o urodzinach, imieninach chrześniaków. Powinni pamiętać o świętach, które obchodzi się rodzinnie, np. o Bożym Narodzeniu. Oczywiście powinni pamiętać o momentach, w których chrześniak przyjmuje kolejne sakramenty: Najświętszy Sakrament, bierzmowanie, ślub. Powinien czasem, bez okazji, zadzwonić do chrześniaka i pogadać z nim. Czasem może zaproponować wspólny wyjazd, wypad do kina czy teatru, albo do zoo. Pokazać, że pamięta, że się troszczy. Nie tylko wówczas, gdy chrześniak ma 5-10-15 lat, ale i gdy ma 30. I oczywiście – tu nie chodzi o jakieś drogie prezenty, chociaż wszyscy lubimy dostawać prezenty, a wielu z nas (w tym także i ja) lubi je dawać. Czasem wystarczy drobiażdżek, karteczka, pocztówka z życzeniami, telefon. Wystarczy pamiętać. A jeśli chrzestny nie pamięta, powinien być otwarty na przypomnienia ze strony żony/męża, którzy mają dobrą pamięć do dat. A jeśli i oni nie pamiętają, powinien być otwarty na przypomnienia ze strony rodziców chrześniaka. Ja jestem otwarty!

Co chrzestny powinien kupić? Tego typu pytania padają często. Głównie pytają o Pierwszą Komunię i nie wiem, czy szukają odpowiedzi na pytanie „jak drogi prezent”, czy „czy lepiej quada czy laptopa”, ale moje odpowiedzi będą inne. Na chrzest sugeruję Pismo Święte, aby towarzyszyło dziecku od najmłodszych lat, aby od początku mogło je poznawać. Gabryś dostał po egzemplarzu tradycyjnej już „Biblii dla najmłodszych” od obojga chrzestnych (sam taką miałem). Natalka od Chrzestnego dostała oprawiony egzemplarz Biblii Tysiąclecia. I ja mojej chrześnicy kupiłem duże, ilustrowane wydanie. Co zaś kupić na Pierwszą Komunię? Jeśli jeszcze nie ma własnego egzemplarza Pisma Świętego, to jest kolejna dobra okazja. Jeśli jednak już posiada, można pomyśleć o dowolnym medaliku, krzyżyku, porządnym krzyżu na ścianę, ikonie (nie musi być pisana przez profesjonalistów), świętym obrazie itp. Nie jest prawdą, że obowiązkiem chrzestnego jest załatwić laptop, ajpod czy choćby tradycyjny rower. Obowiązkiem chrzestnego jest dbać o wychowanie chrześniaka w wierze. Prezent na Pierwszą Komunię powinien więc pasować do tego święta i przybliżać dziecku wartość wydarzenia, fakt, że właśnie przyjęło do swego serca Jezusa. Jeśli jesteśmy bardziej dziani i chcemy się postawić, nie kupujmy quada, tylko zaproponujmy dzieciaczkowi wyjazd do Rzymu (z położeniem akcentu na Watykan) czy do Lourdes. Ja niestety nie będę miał możliwości wykazać się w tej kwestii, moja chrześnica przyjęła Pierwszą Komunię w kilka tygodni po chrzcie…

Ważną rzeczą, moim zdaniem, jest nie zapominać o bierzmowaniu. Sugeruje się, by na świadka bierzmowania prosić swojego chrzestnego, ja jednak jestem nie do końca zwolennikiem tej teorii. Tak czy inaczej to właśnie chrzestny powinien pamiętać, że bierzmowanie nie jest tylko kolejnym dniem wyjętym z życia. Jeśli świętuje się chrzest, komunię, ślub, to dlaczego tak często podchodzi się olewczo do sakramentu bierzmowania? Chrzestny, jeśli rodzice nie biorą tego pod uwagę, powinien zasugerować zorganizowanie maleńkiego przyjęcia, albo zaprosić chociaż chrześniaka, chrzestną, świadka bierzmowania do restauracji na skromny obiad, by cieszyć się dostąpieniem łaski sakramentalnej i przyjęciem darów Ducha Świętego. I jakiś mały drobiażdżek też się nada.

Na imieniny, urodziny czy pod choinkę też można prezentować podarki symbolicznie związane z chrześcijańskim życiem, sam jednak uważam, że jeśli na co dzień tak czy inaczej daje się przykład chrześcijańskiego życia, to można ofiarować chrześniakowi coś bardziej świeckiego, jak choćby nieogłupiającą zabawkę. Jestem przeciwnikiem kupowania telefonów, konsol, piespi i tym podobnych gadżetów. Oprócz przykładu chrześcijańskiego życia dawajmy też przykład życia skromnego. Zwłaszcza, że do pewnego wieku telefon wcale nie jest dziecku potrzebny…

Chrześniak pamięta o swoim chrzestnym – to ważna sprawa. Rodzice powinni w dzieciach zaszczepić potrzebę modlitwy za swoich chrzestnych. Dzieci mogą też pamiętać o imieninach, urodzinach chrzestnych. Jednak zapamiętajmy, że nie mają takiego obowiązku. Założę się, że jeśli chrzestny ze względu na obejmujące jego urząd obowiązki będzie pamiętał o chrześniaku w ważnych dla niego momentach, to i chrześniak będzie pamiętał i miło wspominał swojego chrzestnego czy swoją chrzestną. Jeśli jednak chrzestni zapomnieli o urodzinach czy imieninach chrześniaka, kiedy ten miał 10 lat, albo pamiętają, ale nie dzwonią, bo nie widzą powagi tego, do czego zostali powołani, niech nie oczekują, że chrześniak zadzwoni na imieniny do nich. I niech nie wymagają tego od chrześniaków ich rodzice czy dziadkowie. Pamiętajcie, to na chrzestnym spoczywają obowiązki chrześcijańskiego wychowania i pamiętania o swoich chrześniakach. Nigdy odwrotnie.

Wszystkim Wam życzę udanych, pełnych łaski świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku wypełnionego Bożym błogosławieństwem.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 18 komentarzy

Zabiorę brata na koniec świata

Znajdziemy wyspę jak Robinson! Problem w tym, że koniec świata nie istnieje, bo ziemia jest okrągła, a bramki są dwie. Zresztą mój brat siedzi w Lublinie. Spotkam się z nim, ale w kilka dni po końcu świata…

Owszem, piszę tę notkę z wyprzedzeniem i opublikuje się ona jakiś czas po tym, jak ją napiszę. To tak na wszelki wypadek, jakby się miało okazać, że jednak koniec świata nastąpi. Wówczas nikt już notki nie przeczyta, ale przynajmniej opublikuje się ona o odpowiedniej porze. Może pewnego dnia jacyś przyjemni badacze z innych zakątków wszechświata złapią internetowy sygnał przesyłający mój wpis w przestrzeń i dowiedzą się, kiedy dokładnie nastąpił koniec naszej cywilizacji?

Piszę tę notkę wcześniej dla żartu, bo ja w ten koniec świata wcale nie wierzę. Pewnie też źle się wyraziłem. Ja ogólnie nie wierzę w koniec świata w ogóle. Jasne, jasne, znam Pismo Święte, czytałem Apokalipsę. Rozumiem ludzi interpretujących tę księgę dosłownie, można. Można interpretować dosłownie liczby (144000), można interpretować opisy wydarzeń czy postaci. Moim zdaniem ta księga jednak ma bardzo symboliczny charakter, podobnie jak przynajmniej pierwsza część Księgi Rodzaju (stworzenie świata, Adam i Ewa). Jednak ludzie od zawsze (od początków chrześcijaństwa) oczekiwali na ten moment, na moment dosłownego zakończenia dziejów. Na powrót Chrystusa. My, chrześcijanie, wierzymy w śmierć Jezusa, wyznajemy Jego zmartwychwstanie i oczekujemy Jego przyjścia w chwale. To samo działo się za czasów pierwszych wiernych, którzy jednak sądzili, że Jezus przyjdzie… już. Stąd wielkie poświęcenia na początku czasów, stąd setki męczenników, którzy życie oddawali za wiarę. Dlatego też Paweł pisał, aby pracować tak jakby się nie pracowało, aby żonaci byli tak, jakby nieżonaci, a zamężne jak niezamężne. Paweł wraz z innymi wierzącymi oczekiwał bowiem, że tak, jak Jezus zapowiedział, wróci za chwilę. Poszedł przygotować mieszkania dla nich, jak o tym wspominał, posprząta pokoje, wyniesie śmieci i wróci zaprosić na gotowe. Paweł chciał, aby ludzie byli jak on (bezżenni), bo w ten sposób lepiej się skupią na przygotowaniach. Chciał, żeby nie oddawali się małżonkom, lecz w całości skupili się na oczekiwaniu powrotu Zbawiciela. Z tego też powodu opisano w Dziejach Apostolskich scenę, w czasie której wszyscy wierzący oddają cały swój majątek wspólnocie i oddają się wspólnemu życiu. Oni zwyczajnie sądzili, że to wszystko nie będzie im już potrzebne. Że zaraz przyjdzie Jezus i odnowi wszystko.

Mijał jednak czas i Jezus nie nadchodził. Zapał oczekiwania chrześcijan też opadał i św. Paweł musiał zmienić linię swej twórczości, ponownie skłaniając wiernych do pracy. Chrześcijaństwo weszło w drugą fazę, oczekiwanie nie przestało obowiązywać, ale przestało być na „już” i na „teraz”. Wrócono do codziennych obowiązków i do osobistej własności, ale nie przestano myśleć o powrocie Pana. I tak minęło już prawie 2000 lat. Nic się nie zmieniło, chrześcijanie nadal oczekują na powrót Mesjasza, zatapiając się w swojej codzienności. Zasada Pawła dotycząca bezżenności przestała obowiązywać, bo setki małżeństw odeszło, a Jezus nie wrócił. Nasze oczekiwanie i tak jest spoko. My czekamy na Mesjasza, który ma po nas wrócić. Mesjasz Żydów jeszcze nie przyszedł w ogóle. I obawiam się, że już nie przyjdzie, chyba że jak nasz wróci, a oni w Niego wreszcie uwierzą.

Ludzie jednak od zawsze wymyślali sobie daty końca świata, by być bliżej oczekiwanego, by znów mieć nadzieję na powrót Mesjasza (lub ogólniej na wielkie bum). Były różne pomysły: lata 375-400, początek roku 1000, potem kilka jeszcze, początek roku 2000, a dziś oczekujemy na zapowiedziany podobno przez Majów koniec, czyli właśnie dziś: 21 grudnia 2012. Z tym, że choćbyśmy wyliczali koniunkcje planet, sejsmiczne ruchy i plamy na słońcu, albo, jak Świadkowie Jehowy, liczby z Biblii, żaden koniec świata nie nastąpi. Nie będzie Apokalipsy, Armagedonu, Wielkiego Wybuchu 2 czy czego tam jeszcze. Jezus nie przyjdzie! Rozumiecie to? Nigdzie się nie wybiera!

„Lecz o dniu owym lub godzi­nie nikt nie wie, ani anio­ło­wie w nie­bie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13, 24–32).

Ten cytat o „końcu świata”, czy o ponownym przyjściu Jezusa, jest bardzo ważny. Ale jest jeszcze jeden, ważniejszy: »Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: „Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie!” Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny.« (Mt 25, 1-13).

Cała przypowieść o pannach głupich i mądrych mówi tak naprawdę o tym, co nas czeka. O tym też mówi księga Apokalipsy. I nie zmienia tego faktu to, że minęło już prawie 2000 lat odkąd to wszystko napisano. To nie ma znaczenia, bo „nie znacie dnia ani godziny” nie oznacza dnia i godziny wielkiego bumu niwelującego wszystko, co na świecie, lecz moment naszej śmierci. To właśnie (moim zdaniem) moment naszego zejścia z tego świata jest prawdziwym końcem świata. Dla nas już ten świat przestaje istnieć. Tak było od początku chrześcijaństwa i tak jest do dziś: wierni umierają. I wówczas właśnie Jezus przychodzi do nas, aby podać nam dłoń i zabrać do tego mieszkania, które nam przygotował. O ile my nie zaniedbaliśmy oliwy i mamy oprawione lampy. O ile jesteśmy gotowi. I choć nie będzie morowego powietrza, potopu, globalnego zlodowacenia i innych wybuchów jądra, koniec świata nadejdzie. Może to być jutro albo i pojutrze. Albo za x lat. Nastąpi wówczas, kiedy my umrzemy.

A potem zmartwychwstanie. I sąd. Jedni zmartwychwstaną ku zbawieniu, a drudzy ku potępieniu. I, jeśli oprawiliśmy lampy, będziemy żyć dążąc ku nieskończoności. Na zawsze szczęśliwi z Chrystusem, w tym wielkim luksusowym hotelu w kształcie żagla, położonym nad brzegiem jeziora. I będę wyprowadzał swojego psa na spacer. Nie będzie końca świata, bo on jest zawsze. Jezus przychodzi po każdego z nas ponownie, codziennie.

A tak poza tym według kalendarza Grudniów koniec świata będzie w maju. Mamy więc czas na przemyślenie tematu…

Koniec świata będzie w maju

A kiedy wreszcie nastąpi, musi wyglądać tak, bo jak nie, to ja się obrażę:

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Imieniny

Bardzo ciekawe zdarzenia miało miejsce w moim życiu, coś co Cytrynna nazywa „chodzącymi motywami”. Motywy chodzą grupami, a co najmniej parami, jak wynika z wpisu owej. Ten przyszedł parą, ale wystarczyło, by stworzyć w mojej głowie pomysł na ważną notkę.

Popołudniu zajmowałem się synkiem bliskiej znajomej, podczas gdy ona podążyła do lekarza z migrenowym bólem głowy oraz po odbiór córki z przedszkola. Po powrocie opowiedziała mi, że siostry-przedszkolanki dały córce w przedszkolu cukierki, żeby je rozdała dzieciom, bo myślały, że ma imieniny. Po rozwinięciu tematu okazało się, że tak do końca nie wiadomo, czy siostry się pomyliły, bo córka zwyczajnie imienin nie obchodzi i jej mama nie wie właściwie, kiedy one wypadają. W tym domu obchodzi się urodziny. Z kolei po powrocie do własnego domu dostąpiłem zaszczytu przeczytania maila imieninowego, w którym znajoma nosząca imię Aleksandra życzyła mojej żonie, również Aleksandrze, wszystkiego dobrego, ponieważ ten dzień wybrała sobie na swoje imieniny i pomyślała, że moja żona mogła wybrać ten sam dzień. Notka zrodziła się w mojej głowie.

Cała sprawa nie wydaje się taka ciekawa, ot, kwestia obchodzenia czy nieobchodzenia imienin, dopóki nie spojrzy się na chrześcijańskie znaczenie imienia i dnia imienin – a wszystkie wymienione osoby są wierzącymi i praktykującymi katolikami. Otóż tradycją chrześcijan od najwcześniejszych lat chrześcijaństwa było nadawanie imion na cześć osób, które żyły w Kościele wcześniej i osiągnęły świętość. Nadawano więc imiona pod kątem patronów – osób, które miały za dziećmi (lub chrzczonymi dorosłymi) orędować u Boga w Niebie. Od dawna więc w Kościele dzień imienin jest świętowany huczniej, niż dzień urodzin, bo urodziny nie wnoszą wiele do naszego życia (niektórzy twierdzą wręcz, że należałoby obchodzić dzień „poczęcin” zamiast urodzin), a imieniny są dniem, w którym czcimy Boga przez naszego patrona, którego wspominamy tego dnia – najczęściej jest to rocznica jego śmierci, ale wspomnienie może być ustalone także na inny dzień, oczywiście ustala to Kościół. Są osoby, które dzień imienin traktują jako pamiątkę chrztu, ponieważ łączą sam fakt przyjęcia chrztu z nadaniem imienia, a więc i wyborem patrona. Połączenie nie jest nieuzasadnione, nawet gdy dziecko ochrzczono w innym dniu, niż przypadał dzień patrona.

My sami nadajemy naszym dzieciom imiona patrząc na patronów, którzy w Niebie będą za nimi orędować (i oto zamierzam wreszcie zdradzić część tożsamości dzieciów na blogu, czego dotąd unikałem skrupulatnie). Nasz syn nosi imiona Gabriel Michał, ma imieniny 29 września, dlatego, że tego dnia wspominamy świętych archaniołów, którzy nad nim czuwają. Córce nadaliśmy imię ze względu na zamiłowanie do niego od dawna, a imieniny ustaliliśmy, ponieważ dzień który wypadał miał dla mnie szczególne znaczenie. Jednak Natalia Agnieszka również obchodzi imieniny w dniu swojej patronki, świętej Natalii z Toledo, ściętej około 852 roku za wiarę. Drugich imienin nie obchodzimy, ale wypadają 21 stycznia, w dniu św Agnieszki Rzymianki, męczennicy.

Wybierając dzień imienin swoich czy swoich dzieci, wybieramy jednocześnie patrona dla siebie czy dziecka. Osobę, która w Niebie ma na nas uważanie, która z Bogiem rozmawia o naszych sprawach. I tak moja żona obchodzi imieniny 18 maja, jej patronką jest więc św. Aleksandra z Ancyry (Ankary), która miała być jedną z sześciu dziewic utopionych w grzęzawiskach za oddawanie czci Bogu i odmowę przemarszu z posążkiem Artemidy. Aleksandra z 12 grudnia ma zaś za patrona mężczyznę, św. Aleksandra umęczonego w Aleksandrii w 250 roku wraz ze św. Epimachem za niewzruszoną wiarę mimo licznych tortur. Córka zaś znajomej, nosząca imię Łucja, jeśli rzeczywiście jej imieniny przypadają 13 grudnia, jest pod patronatem św Łucji z Syrakuz, męczennicy, której ukazała się św. Agata i przepowiedziała jej śmierć męczeńską. Łucja odwołała wolę zamążpójścia i ślubowała czystość, za co niedoszły mąż wydał ją na śmierć, wyjawiając, że była chrześcijańską. Jeśli jednak znajoma nie wybrała jeszcze patronki, może odnaleźć wspomnienie innych świętych Łucji (wygląda na to, że głównie są to chińskie i koreańskie męczennice. Co otwiera dodatkowy rozdział znaczenia imienia – chrześcijanie na wschodzie przyjmują bowiem jak widać imiona świętych katolickich, choć przez lata nosili swoje szlaczkowe imiona), albo nawet wybrać na patronkę Łucję z Fatimy (koleżankę Franciszka, to ma znaczenie), która jeszcze wprawdzie błogosławioną nie jest, ale proces beatyfikacyjny jest w toku i w trybie przyspieszonym. Spodobał mi się też pomysł na wzięcie jako patronkę bł. Łucji z Narni. Okazuje się, że nie chodzi o Łucję z Narni po drugiej stronie Starej Szafy, lecz o włoską zakonnicę, stygmatyczkę i mistyczkę. Wspomnienie: 14 listopada.

Pamiętajmy zatem, że imiona które nadajemy naszym dzieciom i które sami nosimy, mają nie tylko znaczenie symboliczne czy sentymentalne, ale przede wszystkim wskazują na to, kto spośród świętych i błogosławionych Kościoła Niebieskiego opiekuje się nami i naszymi dziećmi. Dlatego zachęcam do zwrócenia szczególnej uwagi na to, jakich patronów wybierzemy. I do świętowania imienin!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 8 komentarzy

Nagrody i wyróżnienia

Szanowny i wielce lubiany bloger Caddicus Caddi nagrodził mnie na swoim blogu w konkursie „Blog roku 2012”. Z tego też powodu ja również publikuję notkę w tym temacie. Nie jest to typowy wpis jeśli chodzi o moją stronę, ale cóż się poradzi, słowo się rzekło, kobyła u płota… Przy okazji wyróżnię blogi, które osobiście cenię ponadwymiarowo. Zastanawiam się, czy wolno nagradzać blog, który nagrodził mnie. Czy nie ocenilibyśmy tego jako protekcji? Jednak niestety blog Caddiego jest dla mnie tak szczególny, że muszę i Jemu zwiększyć liczbę gwiazdek.

Blog of the Year 2012

Pierwsze jednak co zrobię, to zamieszczę listę reguł konkursu, napisaną w j. angielskim, zdobytą z oficjalnej strony tego zabawnego konkursu:

The ‘rules’ for this award are simple:
1 Select the blog(s) you think deserve the ‘Blog of the Year 2012’ Award
2 Write a blog post and tell us about the blog(s) you have chosen – there’s no minimum or maximum number of blogs required – and ‘present’ them with their award.
3 Please include a link back to this page ‘Blog of the Year 2012’ Award – http://thethoughtpalette.co.uk/our-awards/blog-of-the-year-2012-award/ and include these ‘rules’ in your post (please don’t alter the rules or the badges!)
4 Let the blog(s) you have chosen know that you have given them this award and share the ‘rules’ with them
5 You can now also join our Facebook page – click the link here ‘Blog of the Year 2012’ Award Facebook page https://www.facebook.com/groups/BlogoftheYear/ and then you can share your blog with an even wider audience
6 As a winner of the award – please add a link back to the blog that presented you with the award – and then proudly display the award on your blog and sidebar … and start collecting stars…

Teraz zaś, po dokonaniu formalności, przejdę do nominowania wybranych przeze mnie blogów:

Lolinka za pisanie o trudnych sprawach w łatwy i przyjemny sposób
Caddicus za literackie inspiracje i wędrówki na granicy rzeczywistości
Cytrynna za doskonałe połączenie bloga craftingowego i parentingowego ;)
Magdalenka za bezkompromisowość w pisaniu o wierze i teologii
Joanna za młodzieńcze i świeże zacięcie teologiczne
Honorata za pomieszanie z poplątaniem i tworzenie pięknych rzeczy
Agnieszka za polecanie ciekawych książek i inspiracje stosikowe
Cada Manana za piękne, choć dawno nieaktualizowane, opisy bliskich-dalekich podróży

W efekcie nominowałem blog, który nie był nawet aktualizowany w 2012 roku… Trudno, w 2011 go nie nominowałem ;). Wszystkim zwycięzcom serdecznie gratuluję, nagrody do odebrania na stronie projektu lub jego profilu fejsbukowym ;).

Wpis z 12 12 12 zaliczony.

EDIT: 15 grudnia dodałem nominację dla kolejnych blogów – Honoraty i Agnieszki.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 komentarzy

Chcemisie

Wyróżniamy obrzydliwą ilość wszelkiego rodzaju pociesznych i kolorowych misiów. Poczynając od misiów pluszowych, poprzez Troskliwe Misie i Gumisie, Trzy Misie, Lubisie, aż po Misia Uszatka i Kubusia Puchatka. Ja sam wszystkie te misie bardzo lubię i z radością obejmuję. Coś bowiem w samych misiach musi być, skoro są bodaj najpopularniejszym gatunkiem spersonifikowanych i wyprzytulanych zwierząt na świecie. Przy tym wszystkim ludzie zdają się jednak zapominać, że niedźwiedź (czyli miś) jako taki należy do bardzo groźnych i śmiertelnie niebezpiecznych stworzeń. Ostatnio w tej roli obstawiono Misia Tulisia w Toy Story 3, ale on z założenia miał być przecież misiem świetnym do tulenia, tylko zgorzkniał na starość. I tak oto jedne z najgroźniejszych stworzeń świata stały się najpopularniejszymi przytulankami.

I w to wszystko wpasowuje się odkryty przeze mnie gatunek Chcemisiów. Tak, oto kolejne mieszkające w przyjemnym stadku, grzejące się własnym ciepełkiem zwierzątka, słodkie do nieprzytomności i tak bardzo rzucające się na nas w celu przytulenia. W rzeczywistości ich karmelkowa powierzchowność skrywa zatwardziałe egoistyczne serce, które dąży do zdobycia wszystkiego, co potrzebne, by Chcemisiowi było dobrze – to znaczy przyjemnie. Chcemiś skacze na nas, przytula się, siada nam na karku i działa jak przemiły, radosny pasożyt, kierujący nas w miejsce, gdzie będzie mógł się najeść. Chcemisie występują oczywiście w wielkiej liczbie, trzymają się stada polując na swoje ofiary, ja jednak opiszę tylko kilka z nich. Każdy z Was może dodać od siebie, jakiego Chcemisia w życiu spotkał. Oto wybrańcy:

Chcemiś Wolności – Ten miś rozumie wolność od dziwnej strony, mianowicie widzi ją jako całkowitą swobodę. Wydaje mu się, że jest wolną osobą, więc tym samym jest kimś zupełnie autonomicznym i od nikogo czy niczego niezależnym. Jest wolny, więc wszystko mu wolno. Z tego powodu może np. zawierać relacje intymne z innymi osobami przed czy po ślubie tylko dlatego, że mu się chce, a przecież jest wolny. Może do tego stosować wszelkiego rodzaju bariery oddzielające go od innej osoby, aby mógł zachować swoją autonomię, oraz by zabezpieczyć się przed nieplanowanym potomkiem, który niewątpliwie zakłóca wolność pojmowaną jako swoboda. Jeśli jednak Chcemisiowi zdarzy się, że podczas relacji intymnej z kim chce i kiedy chce dojdzie do poczęcia nowego życia, Chcemiś może życie abortować, usunąć, zabić. Ma bowiem prawo do swojego brzucha, żaden pasożyt nie będzie zakłócał jego wolności, a jemu wolno pasożyta się pozbyć. Poza tym wolność pozwala Chcemisiowi na niewiązanie się w stałe związki, aby mieć możliwość wycofania się w dowolnym momencie i zaczęcia wszystkiego na nowo. Jeśli jednak Chcemiś Wolności wejdzie w stały związek przypieczętowany małżeństwem, będzie w stanie szybciutko i bezboleśnie zakończyć go z pomocą rozwodu, aby swoją wolność odzyskać. Chcemiś Wolności robi wszystko, by pozostawać wolnym, w rzeczywistości wikłając się w niewolę wszelakich ucieczek od zobowiązań i na zawsze pozostając niedojrzałym egoistą. Chcemiś Wolności ma do tego wyświechtane hasło usprawiedliwiające, że wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka. Ma jednak proste rozwiązanie na przekraczanie tego hasła. Jego wolność bowiem po pierwsze pozwala mu osądzać, kto jest, a kto nie jest człowiekiem, a po drugie określać, w którym miejscu przebiega granica innego człowieka.

Chcemiś Posiadania – Miś, który uważa, że wszystko mu się należy. Może mieć ajfona, ajpoda i ajpada, bo wszyscy już mają, bo to modne i powinno się mieć. Chcemiś Posiadania stara się zrobić wszystko, by zdobyć to, czego pragnie. Następnie zaś stara się to zatrzymać, również za wszelką cenę. I tak oto często miś ima się prac zawodowych niesatysfakcjonujących (co zresztą samo w sobie nie jest jeszcze złe) i nieetycznych, np. pracy w klinikach in vitro czy w gabinetach aborcyjnych, by zdobyć wystarczającą sumę pieniędzy i kupić to, czego Chce miś Chcemiś. Co więcej – Chcemisiowi wystarczająca suma pieniędzy nigdy nie wystarcza i robi wszystko, by zdobyć jeszcze większą sumę. Taki Chcemiś ma też tendencje do ograniczania innych, by samemu zachować to, co zdobył. Chcemiś nie ma tendencji do jałmużny, nie wspomaga biednych, a jeśli już, to robi to tylko po to, by go nosili na językach, posiadanie popularności również mu bowiem odpowiada. Wielokrotnie Chcemiś Posiadania atakuje rodziny, które pół życia zmarnowały na zbudowanie wielkiego domu i teraz ten dom dają dzieciom. Ale tylko dwójce, bowiem na górze tylko dwa pokoje mają ten sam metraż, a każde dziecko musi mieć takie same warunki. Trzeci pokój jest za mały, tam będzie garderoba. Chcemisiowi nie przeszkadza przy tym fakt, że w wielkich pokojach spokojnie zmieściłoby się po dwoje dzieci. Chcemiś bowiem walczy o to, by nie stracić zbyt wiele, by nie oddać obcym tego, co samemu się ugrało. Nawet własnym dzieciom.

Chcemiś Potomków – Atakuje zazwyczaj kobiety w wieku 35-40 lat. Współpracuje ściśle z Chcemisiem Posiadania, zazwyczaj atakując po tym, jak Chcemiś Posiadania doprowadzi kobietę do satysfakcji z odniesionego sukcesu zawodowego i zebranych pieniędzy. Podąża też w ślad za Chcemisiem Wolności, który działając dotychczas zapobiegał pojawieniu się potomstwa danej kobiety na świecie, często poprzez stosowanie antykoncepcji, a nawet aborcje. Nagły atak Chcemisia Potomków sprawia, że kobieta dotychczas unikająca poczęcia pragnie niespodziewanie mieć dziecko. Nie przeszkadza jej fakt, że 10 lat wcześniej przeminęła optymalna chwila na rozpoczęcie rodzenia, że w tym wieku często jest już za późno. Nie, bo ona chce mieć dziecko. I oto Chcemiś pomaga jej walczyć o prawo do dziecka. Jeśli już tego dziecka począć sama nie może, bo ma za dużo lat lub organizm wyniszczony przez antykoncepcję czy aborcje, Chcemiś ukazuje jej prawo do zapłodnienia in vitro. Tak też kobieta, która często wcześniej zapobiegała pojawieniu się dziecka czy nawet zabijała to, które już się pojawiło, nagle pragnie mieć dziecko, odczuwa „naturalną potrzebę każdej kobiety” i „prawo do posiadania dziecka”. Chcemiś Potomków ponownie prosi tu o współpracę Chcemisia Posiadania, bowiem kobiecie ma się wydawać, że ona ma prawo dziecko mieć. Ze jest ono elementem jej stanu posiadania: teraz, kiedy już ma pieniądze, jacht i dom z basenem, może jeszcze mieć dziecko. Albo nawet dwójkę (parkę). A potem powie: Mam już wszystkie dzieci. I Chcemiś Potomstwa ponownie ustąpi miejsca Chcemisiowi Wolności, atakując kolejną kobietę w wieku zbyt późnym na rodzenie dzieci.

Te trzy Chcemisie dają mi się we znaki, gdy obserwuję współczesne społeczeństwo. Zazwyczaj współpracują, a obok nich harcuje, po lesie szarżuje całe mnóstwo innych Chcemisiów. Czy Wy też je widzicie? Czy Was też dopadają? I jak możemy z nimi walczyć…?

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 komentarze