Monthly Archives: Styczeń 2013

Mały post

Otrzymałem ostatnio prośbę o napisanie wpisu na temat postu eucharystycznego, przy okazji dostając serię różnych dotyczących go pytań. Choć sam nie znam się bardzo w tym temacie i, niestety, czasem naginam obowiązujący post, to postanowiłem podjąć temat, na razie bardzo oględnie i pokrótce, w oparciu tylko o dwa dokumenty Kościoła, którymi przeciętny teolog posługuje się najczęściej, czyli o Katechizm Kościoła Katolickiego i Kodeks Prawa Kanonicznego.

W Katechizmie na temat postu zbyt wiele napisane nie zostało. Punkt 1387 mówi, że „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowują ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna wyrażać szacunek, powagę i radość tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem”. Aby zrozumieć, jaki to post ustanowił Kościół, zostajemy skierowani do Kodeksu, do kanonu 919. Wskazany kanon zaś głosi w paragrafie pierwszym co następuje: „§ 1. Przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii świętej powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa„. Zrozumiałe jest więc, że Kościół wymaga od swoich wiernych przygotowania do przyjęcia Chrystusa, otwarcia się na Jego łaskę. Godzinny post przed Komunią jest w tym wypadku raczej symbolem tego przygotowania, niewiele bowiem wnosi sam z siebie – niewiele osób odczuje fizyczny głód na godzinę po spożyciu ostatniego kęsa, istnieje raczej potrzeba wzbudzenia w sobie duchowego głodu Eucharystii. Przed Soborem Watykańskim II sytuacja wyglądała inaczej, post eucharystyczny był mniej symboliczny, głód zaś lepiej odczuwalny. Post obowiązywał od północy, co oznaczało, że do momentu przyjęcia Chrystusa nie wolno było jeść żadnego posiłku. Wydaje się to istną torturą, ale tak naprawdę nie było takie złe, gdy pomyśli się o okolicznościach. Otóż przed soborem normą było, że w niedzielę odbywała się tylko jedna Msza święta i było to zawsze rano. Dlatego tak naprawdę człowiek wstawał rano, szykował się odświętnie i szedł do kościoła na czczo, ale nie musiał omijać obiadu czy kolacji, bo wieczornych mszy nie było. Mimo tego z pewnością i tak czuł głód, co miało pomóc mu zatęsknić za Panem. To oczywiście wiązało się też z bardzo cielesnym i dotykalnym poczuciem sacrum – Jezus nie powinien kłócić się o miejsce w żołądku z szynką czy chlebem powszednim. Dziś widzimy to dużo bardziej łagodnie i dlatego post również został załagodzony. Tak jak wspomniałem, ma on bardziej symboliczne znaczenie. Można jak widać tak czy inaczej pić czystą wodę – bo komuś może być z oczywistych względów sucho w gardle – i zażywać lekarstwa.

Znajoma zadająca pytania drąży temat dalej – i słusznie. Zadaje pytania, na które w tej kwestii postaram się odpowiedzieć. Warto bowiem uściślić wszystkie sprawy, żeby nie nastąpiła obawa grzechu. Pierwsze pytanie brzmi: „Co w skrajnych przypadkach, jak na przykład cukrzyca? Dla cukrzyka lekiem jest cukier. Albo dla takiego (…), który wykrył u siebie wrzody i je co godzinę, to nawet bigos jest lekiem„. Na to pytanie odpowiedź, na całe szczęście, przynosi nam ten sam kanon w Kodeksie Prawa Kanonicznego, paragraf trzeci: „§ 3. Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej„. Rozumiemy więc, że osób starszych i chorych, a nawet ich opiekunów, post eucharystyczny nie musi obowiązywać. Oczywiście pytaniem, na które ja odpowiedzieć nie potrafię, pozostaje co to znaczy być „złożonym chorobą”? Czy chodzi o osoby, które leżą w łóżku i nie mogą się podnieść? Czy wystarczy mieć cukrzycę albo wrzody i musieć spożywać posiłki częściej niż regularnie? Czy w tej sytuacji żona owrzodzonego, która jest poniekąd jego opiekunką w chorobie, też może coś spożyć przed przyjęciem Komunii? I czy pojawiający się w związku z niespożyciem posiłku stan lękowy jest już powodem dla zaniechania postu? Sądzę, że takie dylematy powinien dla każdego indywidualnie rozsądzać spowiednik i do niego należy się z tymi pytaniami zgłosić.

Pytanie kolejne: „Czy chodzi o pełną godzinę, czy np. 58 minut jest ok?” Tak, raczej chodzi o pełną godzinę, a więc 60 minut. Oczywiście ja nie zalecam skrupulanctwa i zerkania co minutę na zegarek, celowania w końcówkę kolejki do Komunii, żeby się zmieścić w czasie. Podobne pytanie następuje później: „Gdy idę na Msze zakładając że Eucharystia nastąpi po 45 minutach, a ksiądz nie powie kazania i skróci, to co mam robić?” Przede wszystkim sądzę, że należy zawczasu lepiej się przygotować. Kodeks Prawa Kanonicznego nie mówi przecież, że powinniśmy się powstrzymać od pokarmów „dokładnie na godzinę przed przyjęciem Komunii”, lecz „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii”. To oznacza, że półtorej godziny też jest dobrze, a nawet lepiej. Co to oznacza w praktyce? Np. idziemy do kościoła na 11.30, więc zjedzmy śniadanie o 9.00. Skończymy o 9.30, mamy dwie godziny. Właściwie posiłek powinien wypadać co trzy („Racjonalne żywienie, pięć posiłków dziennie”), więc w większości przypadków nie powinno być problemu. Nie licząc oczywiście sytuacji, że zjadło się śniadanie, a przed mszą się jest oj tak strasznie głodnym, bo ma się świadomość postu. Wtedy należałoby się raczej wstrzymać i pokonać pokusę. Oczywiście byłbym bezdusznym ruralistą, gdybym powiedział, że nie można robić wyjątków. Przyjmowanie Komunii bez zachowania postu nie podchodzi pod grzech ciężki. W przypadkach zaniedbania z pewnością można mówić o lekkim grzechu, ale, w moim przekonaniu, z przyjmowania Chrystusa rezygnować nie należy, jeśli wzbudzamy w sobie żal i właściwą intencję (np. postu „duchowego”, czyli dobrego wewnętrznego przygotowania mimo braków zewnętrznych). Nie należy więc zakładać, że Komunia, także w niedzielę, będzie 45 po, ale jeśli się wcześniej nie wyrobimy ze zjedzeniem, to może należałoby przymknąć na to oko. Podobnie się ma sprawa w kwestii kilku innych pytań: „Inny skrajny przykład – obiad w stołówce na wakacjach podają o 13:20, a na 14 jest jedyna Msza w okolicy. Inny skrajny przykład – ksiądz w szpitalu przychodzi znienacka, akurat po śniadaniu (…). Albo gdy ktoś się zapomni i łyknie herbaty, a pójście na inną Mszę byłoby niemożliwe lub bardzo utrudnione…” W każdym z tych przypadków potraktowałbym sytuację jako niezawinioną (grzech jest wtedy, kiedy jest wina, tu nie ma jej), jak w przypadku z księdzem w szpitalu albo z obiadem na wakacjach, albo lekko zawinioną (grzech zaniedbania) w przypadku herbaty i nie rezygnowałbym z przyjęcia Komunii. Pada też pytanie o pana powożącego bryczką: „Albo gdy jedzie ktoś bryczką z daleka i powozi, to nie może zjeść, a dojechawszy już zjeść musi a może i chlapnąć na rozgrzewkę, bo zmarzł„. Wchodzimy w coraz bardziej szczegółowe historie, jednak i w tym przypadku niezachowanie postu eucharystycznego byłoby uzasadnione, pod warunkiem, że pan w bryczce chlapnie sobie herbatkę na rozgrzanie, a nie coś mocniejszego. W przypadku „popijania” alkoholu przed mszą odpuściłbym sobie w ogóle wędrówkę do kościoła, bo to niestety podchodzi już pod lekceważenie Chrystusa i Eucharystii.

Post eucharystyczny rzecz jasna nie dotyczy też osób, które o nim nie wiedziały. Ja sam miałem braki w wiedzy w tych kwestiach przez długi czas, a miałem kolegę, który dowiedział się dopiero będąc w seminarium. Aby był grzech, musi być świadomość. Bez świadomości nie ma grzechu, nie obowiązuje też post. Dalej zaś znajoma pisze, nie ustępując: „Gdzieś pokątnie słyszeliśmy tez o poście poeucharystycznym o długości 15 minut. Nigdzie nie znaleźliśmy potwierdzenia tego. Z jednej strony kwadrans to wychodzi naturalnie, bo zanim Msza się skończy i pójdzie się gdzieś… Ale z drugiej to kapucyni oferują kawę od razu po Mszy, a chyba wiedzą co robią?” Nie ma żadnego oficjalnego postu poeucharystycznego. Koniec odpowiedzi na to pytanie. Można sobie wypić kawkę zaraz po Mszy, bo na Mszy to jednak nie wypada… Co zaś dotyczy wymiotów związanych np. z ciążą lub migreną – a takie pytanie też padło – albo i z jakimś zatruciem pokarmowym, to – na ile się orientuję – nie stanowi to problemu natury etycznej. Ciało Chrystusa raz spożyte pozostaje spożytym. Nie możemy patrzeć na Nie czysto materialnie, jak się trawi, jak długo, jak schodzi do jelit i stamtąd jest dystrybuowane po całym organizmie. Jak wreszcie Jego część zostaje wydalona w ramach resztek przemiany materii… To co piszę jest ohydne, ale obrazuje, że choć Ciało Chrystusa oparte jest na materii, to owa materia nie jest Jego istotą. Jeśli zwymiotujemy po spożyciu, możemy raczej zakładać, że sam Chrystus „się wchłonął”, choć materia – ten kawałek chlebka – z nas uszedł. Mam nadzieję, że moje rozumowanie jest zrozumiałe.

Na ostatnie wreszcie pytanie odpowiedź znajduje się w środkowym paragrafie wspomnianego już kanonu Kodeksu Prawa Kanonicznego. Pytanie brzmi: „Albo taki ksiądz na wsi, co odprawia trzy Msze pod rząd a na każdej sam spożywa Komunię, a chyba nie ma interwału w jedzeniu przez pół dnia?” Paragraf drugi kanonu 919 brzmi zaś: „§ 2. Kapłan, który tego samego dnia sprawuje dwa lub trzy razy Najświętszą Eucharystię, może przed drugim lub trzecim sprawowaniem coś spożyć, chociażby nie zachodziła przerwa jednej godziny„. Można więc wyraźnie zauważyć, że ksiądz ma obowiązek dochować postu tylko przed pierwszą mszą w ciągu dnia. Podkreślić też należy, że choć kapłan może przystąpić do Komunii więcej razy, my, zwykli śmiertelnicy mamy do tego prawo tylko dwa razy w ciągu dnia, pod warunkiem, że za drugim razem odbędzie się to podczas pełnej Mszy świętej.

Oto i cała odpowiedź o post eucharystyczny. Grzech przy złamaniu go nie należy do wielkich, chyba że robimy to specjalnie albo ze względu na nasze obżarstwo nie potrafimy się powstrzymać przez godzinę. Kwestie sporne (np. obłożną chorobę) powinien rozstrzygać spowiednik, dla każdego przypadku indywidualnie. Na koniec zaś przypomnę jeszcze, że najdawniejsza tradycja chrześcijańska nie zakładała jakiegokolwiek postu eucharystycznego, choć czczono Ciało Chrystusa od początku. Pierwsi chrześcijanie bowiem, na wzór samego Chrystusa, spotykali się na ucztach, na których również łamano Chleb – czyli Jego Ciało. Chrystus zaś dokonał przeistoczenia podczas wieczerzy paschalnej, tradycyjnej żydowskiej kolacji, podczas której jadło się i piło do rozpuku. Jezus akurat nie odpuścił tej chlubnej tradycji tylko po to, by podkreślić szacunek do własnego Ciała. Ono i tak było szanowane. Wtedy tylko ten szacunek inaczej wyrażano. Czczono Jezusa w Chlebie, w czasie uczty, bez postu eucharystycznego, Komunię przyjmowano do ręki i pito Wino jako Krew z jednego kielicha.

O tempora, o mores!

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Rozwiązki partnerskie

Wczoraj w Sejmie odbyła się debata, transmitowana w TVN24 i relacjonowana we wszystkich pozostałych stacjach, dotycząca propozycji wprowadzenia prawodawstwa dotyczącego związków partnerskich. Wieczorem na TVN prezenterka informacji zapytała dlaczego coś „brzmiącego w tak ludzki sposób” jak związki partnerskie wzbudza tyle kontrowersji. Następnie dowiedzieliśmy się, że posłanka Ruchu Palikota usiłowała przedstawić logiczne argumenty, ale musiała sobie radzić z „czymś takim” (tu niestety niechlujnie wyglądająca, rozkrzyczana posłanka z PiS). Oczywiście do tego wypowiadał się pan Biedroń, mówiąc o naturalnym występowaniu homoseksualizmu i przyrodzonym prawie do związków partnerskich, inny pan z Palikota, który przyprowadził nastoletnich przyjaciół ze wszystkich trzech typów relacji – związek gejowski, związek lesbijski i związek heteroseksualny, ale bez legalizacji – i domagał się uczciwości wobec nich, itp.

Nie, nie piszę tu, aby poobrażać się na Palikotowców. Nie chcę też argumentować jak pani z PiSu, że związki homo są niezgodne z naturą i planem Bożym wobec człowieka. Czy są? Oczywiście, że są. Ale to ich sprawa co oni zrobią z tą informacją i z kim położą się do łóżka. Dziś nie chcę namawiać do leczenia homoseksualizmu. O tym już pisałem nieraz i dziś nie to siedzi mi w głowie. Zastanawia mnie raczej idea związków partnerskich samych w sobie.

W informacjach pytano dwójkę młodych ludzi, żyjących ze sobą x lat, ale niezaślubionych, jakie jest ich spojrzenie na związki partnerskie. Mówili o swoich kłopotach, opowiadali o parze znajomych, którzy żyli razem 30 lat, a nie mieli możliwości dowiedzieć się o swoim stanie zdrowia w szpitalu. Rozumiem ich problemy, pytam tylko: po co je sobie stwarzają? Czy legalizacja „wolnego” związku celem dziedziczenia czy zasięgania informacji w szpitalu, a nawet wspólnego rozliczania się, jest taka skomplikowana? W Polsce mamy dwa rodzaje ślubów: wyznaniowy i cywilny. Zawierając małżeństwo wyznaniowe (np. przyjmując sakrament małżeństwa) mamy też obowiązek zalegalizować nasz związek w urzędzie, nie musimy jednak legalizować związku w Kościele, kiedy bierzemy wyłącznie ślub cywilny. Istnieje więc sposób na legalizację związku dwóch osób różnych płci bez tykania się z jakąkolwiek religią. Z tym, że tych państwa, o których mowa nie interesuje „ani taka forma legalizacji” – pokazany kościół i młodzi – „ani taka” – tu pokazany urząd stanu cywilnego. To ciekawe – dlaczego tak mało osób to zastanawia? Państwa nie interesuje ani jedna forma legalizacji ich związku, ani druga, tylko chcą, żeby wprowadzono im trzecią formę! Na zdrowy chłopski rozum: czym ta forma „związku partnerskiego” (co rzeczywiście brzmi ludzko i znaczy tyle co związek dwójki ludzi, w którym nie ma ważniejszego, lecz nawzajem się wspomagają) będzie się jakoś znacząco różniła od ślubu cywilnego? Trzeba będzie przyjść do urzędu. Trzeba będzie podpisać papierki, złożyć jakąś deklarację (której pewnie nie będą nazywać przysięgą). Nie będzie trzeba zakładać obrączek, które są tak naprawdę tylko symbolem, a wiele osób i tak ich nie nosi. Poza tym czy w razie rozejścia się partnerów sprawy sądowe będą łatwiejsze niż w przypadku rozwodu? Wątpię – papierki podpisane, jest wspólna własność, jest prawo dziedziczenia. Kiedy będzie papier, że dwie osoby pozostają w związku partnerskim, któraś z nich zawsze będzie chciała zabrać o jedną wspólną rzecz za dużo i na zwyczajnym odpodpisaniu (skreśleniu podpisów?) się nie skończy. Między propozycją związku partnerskiego wysuwanego przez Ruch Palikota czy SLD a małżeństwem cywilnym (nie staję dziś w obronie sakramentu, choć każdy związek cywilny dwójki ochrzczonych osób nie będący zaprzysiężony w Kościele pozostaje związkiem cudzołożnym) nie widzę żadnej różnicy prócz tej, że w związku partnerskim (na razie) nie będzie wolno adoptować dzieci. Ale partnerski związek hetero najczęściej nie będzie miał problemów z osobistą produkcją potomstwa.

Trochę inaczej ma się sprawa ze związkami homoseksualnymi. Dla nich z oczywistych względów nie ma czegoś takiego jak ślub cywilny. Od zawsze bowiem instytucja małżeństwa istniała po to, by łączyć mężczyznę i kobietę celem wspólnego pożycia i płodzenia potomstwa. Małżeństwo może więc być z definicji związkiem kobiety i mężczyzny. Podpinanie go pod związki gejowskie czy lesbijskie jest nadużyciem polegającym na próbie modyfikowania pojęć do własnych potrzeb. Prawdą jednak jest, że nieważne jak bardzo nieprawidłowo, homoseksualiści łączą się w pary, czasem na długie lata i chcą czegoś takiego, jak dostęp do informacji o zdrowiu partnera, możliwość dziedziczenia/oddania dziedzictwa, czy opieka nad dzieckiem partnera po jego śmierci (niestety, to bardzo bolesne, ale brak adopcji przez pary homoseksualne nie załatwia sprawy wychowywania przez nie dzieci, ponieważ często mają oni dzieci z poprzednich związków, albo – o zgrozo – dokonują sztucznego zapłodnienia, żeby mieć wspólne dziecko). W kwestii adoptowania dziecka partnera jestem oczywiście przeciw, jednak rozumiem ich, że chcą po sobie dziedziczyć (a więc mieć dostęp do tego, co kiedyś było wspólne) i móc uzyskać o sobie informacje w szpitalu. Czy do tego celu potrzebne są jednak jakiekolwiek związki partnerskie? Jeśli już, to tylko w wersji proponowanej przez PO – z możliwością dziedziczenia, jeśli związek trwał dłużej niż rok (takie związki mogą mieć tendencje do częstego rozpadania się) i zasięgania informacji, bez adopcji i wspólnego rozliczania się. Z tym, że zamiast nazywać to związkiem partnerskim, ja bym to nazwał czymś w rodzaju deklaracji. W obecności notariusza podpisujemy papierek, na którym zapisane jest, że w razie mojej śmierci (o ile testament nie mówi inaczej, ale wtedy nie potrzeba podpisywać papierka) dziedziczy po mnie ten a ten, tenże sam ma dostęp do informacji na mój temat w przypadku, gdybym trafił do szpitala. Nie potrzebny żaden związek, w końcu wielu osobom (zwłaszcza tym hetero) zależy w tym wypadku na tym, żeby pozostawać w rozwiązłości (czy, brzydziej mówiąc, w konkubinacie). Wystarczyłaby deklaracja ze wskazaniem nazwiska. To załatwiałoby wszystkie prawa dotyczące tzw. związków partnerskich, oczywiście te najbardziej oczywiste. Z tej przysługi mogliby zresztą skorzystać też ludzie żyjący samotnie, którzy nie mają nikogo poza najlepszym przyjacielem czy przyjaciółką, albo bliżej im do cioci niż własnej matki. Oni mogliby podpisać, że chcą oddać swój majątek lub dopuścić do informacji na swój temat osobę, która jest im najbliższa, a z którą przecież wcale nie muszą pozostawać w żadnym związku partnerskim.

Uważam więc, że należy umożliwić dorosłym ludziom, którzy nie chcą czy nie mogą wziąć ślubu, decydowanie o tym, kto po nich odziedziczy albo kto uzyska informacje. Wspólne rozliczenie jest logiczne w małżeństwie, w małżeństwie też powinny się wychowywać dzieci (dlatego adopcja czy rodzinne domy dziecka powinny być dostępne tylko dla małżeństw), ponieważ związek dwójki ludzi różnych płci jest najbardziej naturalnym środowiskiem wychowania dzieci, jako że z takiego związku dzieci się właśnie w naturze biorą. Instytucja związku partnerskiego jest jednak niepotrzebna i tak naprawdę nie jest obliczona na spełnianie „naturalnych ludzkich potrzeb”, lecz na podkopanie, zniszczenie instytucji małżeństwa rozumianego – z definicji – jako legalny związek mężczyzny i kobiety.

Skwituję to wspomnieniem o sytuacji, która zdarzyła mi się podczas zakładania karty PayBack w Smyku. Przy wypełnianiu deklaracji trafiłem na pytanie kto będzie korzystał z dodatkowej karty (otrzymywało się dwie). Odpowiedzi były mniej-więcej takie: Rodzic, dziadek, ktoś z rodzeństwa, przyjaciel, partner, inne. Zaznaczyłem „inne”. I dopisałem „żona”.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Zmartwychwstać natychmiast

Wpis przyszedł mi do głowy po komentarzu Marka pod notką o końcu świata. Marek Piotrowski napisał tam, że „skoro ma być Sąd Ostateczny to ludzkość chyba musi (w doczesności) jakoś wymrzeć”. Ja bowiem twierdziłem, że koniec świata to prywatna sprawa każdej osoby – przychodzi na nas w momencie naszej śmierci. Ale rzeczywiście pozostaje pytanie, czy jeśli każdy przejdzie przez Sąd Ostateczny w chwili swojej śmierci i na tym Sądzie spotka innych, bo Sąd dotyczy każdego człowieka w tym samym stopniu, to czy wszyscy kiedyś i tak wymrzemy?

Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Jednak częściowo problem da się rozwiązać, analizując znaczenie słowa „czas”. Jest to dla mnie podstawa, ponieważ rozumiem czas jako coś względnego. I nie chodzi o to, że nie odczuwam upływu czasu. My, ludzie, wszyscy odczuwamy czas. Jednak należy pamiętać, że kiedy Bóg był sam i świat nie istniał, to nie istniał ze światem również czas. Teologowie mówią, że Bóg stworzył świat nie w czasie, lecz z czasem. Stworzył świat i zarazem stworzył czas, bo On sam czasu do istnienia nie potrzebował. Ludzie, którzy poruszają się w przestrzeni, potrzebują też w niej czasu, jako czwartego wymiaru, Bogu zaś przecież żaden wymiar do niczego nie był potrzebny, bo Bóg jest niematerialny.

W efekcie okazuje się, że czas jest rzeczą najzupełniej względną i dlatego pytanie, czy ludzkość musi wymrzeć, żeby był Sąd Ostateczny ma jedną odpowiedź: nie. Ponieważ Bóg nie uzależnia swoich planów od naszego pojęcia czasu, Bogu jest czas do działania niepotrzebny. Uwielbiam ostatni odcinek szóstego sezonu serialu „Lost”. Sam sezon nie był rewelacyjny, ale końcówka pięknie opisuje to, co możemy odczytywać jako koniec świata i Sąd Ostateczny. Otóż Jack (doktor, szef na wyspie) poszukuje w alternatywnym świecie ciała swojego ojca, które zniknęło z trumny. Znajduje go wreszcie wraz z trumną w kaplicy, z tym że okazuje się, że ojciec chodzi i rozmawia z nim, jak żywy. Na co Jack mówi: „Ale przecież ty nie żyjesz”, ojciec zaś mu odpowiada coś w rodzaju „Wszyscy kiedyś umierają”. W znaczeniu: Ty też nie żyjesz, synu. W całej akcji bierze też udział Hugo, który też nie żyje (alternatywny świat okazuje się być bowiem czymś w rodzaju poczekalni przed drogą do Nieba), który dla przykładu w prawdziwym świecie stał się nowym przywódcą wyspy i jeszcze długie życie przed nim.

To, co obejrzałem w Zagubionych jest tylko przykładem ludzkiej interpretacji jakichś eschatologicznych wydarzeń. Ale myśl, że wszyscy kiedyś umierają ma tu bardzo wielkie znaczenie, bowiem wszyscy bohaterowie serialu spotykają się w tym samym miejscu o tej samej porze po „tamtej stronie”, choć część z nich nie żyła od dawna, część zginęła na wyspie, a część dalej sobie jakoś radzi. Tę prostą interpretację można odczytać w sposób teologiczny: Bóg nie potrzebuje, aby ludzkość wymarła, żeby tę ludzkość zgromadzić na Sąd. Być może więc ludzkość nigdy nie wymrze, będziemy istnieć w nieskończoność, a na Sądzie Ostatecznym spotkamy się z nieskończoną ilością ludzi ze wszystkich miejsc i czasów? Dla Boga nie ma przecież nic niemożliwego.

Nie jestem pewien, czy dobrze to wytłumaczyłem: każdy człowiek kiedyś umrze i spotka się z Panem, każdy będzie miał swój koniec świata. Jednak ludzkość sama w sobie nie musi wymrzeć. Ta opcja jest jednak niestety dość prawdopodobna, np. kiedy rzeczywiście słońce postanowi spalić ziemię. Choć ja przypuszczam, że do tego czasu wymyślimy podróże międzygalaktyczne i polecimy w kosmos. Przejdźmy jednak to tematu notki. Spotkanie na Sądzie w momencie śmierci zakłada natychmiastowe zmartwychwstanie. Oczywiście założenie nie jest bezpodstawne. Święty Tomasz udowadniając niezależność duszy od ciała (możliwość myślenia i decydowania wynika z duszy, nie z ciała) wykazał jej nieśmiertelność. Odkrył jednak również, wbrew świętemu Augustynowi, że człowiek jest jednością duszy i ciała, a nie duszą zamkniętą w klatce ciała. Co za tym idzie – choć dusza ludzka jest nieśmiertelna, to nie może być osobnym duchowym bytem, musi pociągać ciało ze sobą. Stąd wniosek, nie kolidujący również z faktem niematerialności i pozaczasowości świata Boga, że dusza nigdzie i nigdy na zmartwychwstanie ciał czekać nie musi. Bo tam, gdzie dusza odchodzi po śmierci ciała, nie ma ani czasu, ani przestrzeni. Oczekiwanie, myśl o którym zakorzeniła się mocno w kulturze chrześcijańskiej, odbywa się de facto poza czasem i przestrzenią, a więc w rzeczywistości wcale się nie odbywa. A co za tym idzie zmartwychwstanie ciał następuje w momencie śmierci. Że są to ciała uwielbione, inne od naszych aktualnych i niewymagające zabalsamowania zwłok nie ulega wątpliwości. Sam Chrystus zmartwychwstając ukazał nam wzór ciał, które my jako Jego uczniowie w chwili śmierci otrzymamy.

Niebo, które dotąd przez wielu rozumiane jest jako miejsce, gdzie czeka się na zmartwychwstanie, miejscem nie jest. Dusza bowiem niematerialna żadnego miejsca do niczego nie potrzebuje. Dlatego też należy odrzucić myśl, że Niebo jest jakimkolwiek miejscem, albo że czyściec trwa… Niebo jest stanem wiecznej szczęśliwości. „Stan” to najlepsze ludzkie słowo, które może oddać istotę Nieba. To nie miejsce, nie czas, lecz stan przebywania z Bogiem w wiecznej radości. Jeśli nazwiemy je miejscem, musimy założyć, że jest materialne. Ale jeśli użyjemy słowa „stan”, to zmartwychwstałe ciała będą mogły przebywać nawet i na odnowionej ziemi (jak chcieliby Świadkowie Jehowy), ale jednocześnie właśnie w stanie niebiańskiej szczęśliwości. Czyściec zaś byłby również jakimś stanem oczyszczenia, przemiany, wypalenia „jakby przez ogień”, jak mówił święty Paweł. A piekło to stan nieszczęścia, oddalenia od Boga.

Co każe nam snuć podobne przypuszczenia? Nunatak przecież napisał, że „zaśniecię to delikatnie co innego niż wniebowzięcie, szczególnie jeśli rozumiane jako wzięcie do Nieba wraz z ciałem, bo tworzy się z tego ideę świata niematerialnego, w której mieszczą się ciała” pisząc o Zaśnięciu i Wniebowzięciu Maryi. Należy jednak przypomnieć, że w Piśmie Świętym Nowego Testamentu jest opisane jedno wzięcie człowieka z ciałem do Nieba. Nie chodzi tu o Maryję, lecz o samego Jezusa. On jako pierwszy pokazał nam, że w mieszkaniu Boga będziemy mogli korzystać z ciał. Że zakładanie, iż Niebo jest światem niematerialnym jest błędem. Bo tam właśnie, w Niebie, sam Jezus Chrystus przebywa z duszą i ciałem, co wiemy z Biblii. Do snucia hipotez nie potrzeba nam Wniebowzięcia Maryi. W Niebie, jako stanie bliskości z Bogiem, mogą przebywać zarówno niematerialni aniołowie, jak i materialni ludzie. A czy tam jest czas i przestrzeń? Jeśli nam ona jest potrzebna, pewnie tak. Może to jest rzeczywiście nowa ziemia.

Ja widzę ten wielki hotel w kształcie żagla, nad ogromnym jeziorem. Mnie, moich bliskich, moje zwierzaki. I Boga, z którym mogę rozmawiać w cztery oczy. Jak będzie naprawdę – nie wiem. Wiem, że Jezus utorował nam drogę do Nieba, które nie jest wcale światem niematerialnym. I On to udowodnił, idąc tam wraz ze swoim ciałem uwielbionym.

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Co jest złego w byciu dogmatycznym?

Od powrotu blogu w środowisko niegdyś opuszczone i połączenia obu grup czytelników w jedną grupę docelową wkrótce minie rok. Wówczas to snułem przypuszczenia, w którą stronę rozwinie się sytuacja. Myślałem, że albo wszystko pozostanie bez echa, a w gronie czytelników pozostaną nowi, z czasów mojej anonimowości. Po drugie brałem pod uwagę powrót trolli i uczciwie współpracujących z trollami moich czytelników z wcześniejszych lat. Po trzecie wreszcie przyszło mi do głowy, że nowi czytelnicy poczytają archiwa, poznają komentarze, obrażą się i sobie pójdą. Ostatecznie najbliższa prawdy okazała się pierwsza, najlżejsza opcja. I tak byłoby pewnie do dziś, gdyby nie moja ochotność do publikowania i przywoływania wpisów na Facebooku. Bo oto po roku prawie dawni czytelnicy budzą się i odnajdują siebie w moich wpisach. No i dobrze, w końcu wychodząc z ukrycia zaprosiłem ich do czytania i komentowania wszystkich wpisów, także tych archiwalnych. Witam Was zatem i nie odmawiam lektury oraz wchodzenia w dyskusje, w które jednak nie obiecuję, że będę zawsze dawał się wciągnąć.

Tym razem jednak temat uderza we mnie bezpośrednio i wydaje mi się ciekawy do rozważenia i wyjaśnienia, podejmę go więc. Ernest zwany Nunatakiem wysunął bowiem argument, którego adresatem się poczułem. Określił bowiem, że „Można być Żydem-ateistą, a nawet gejożydomasonem, i być działaczem pro-life, kwestia tylko tego, czy podejmujemy tę działalność z faktycznej miłości i poczucia odpowiedzialności za wszelkie życie, czy jedynie z dogmatycznego wyprania mózgu, czyli strachem przed popełnieniem grzechu i karą Bożą. W drugim przypadku mamy do czynienia w pierwszej kolejności z troską o samego siebie, a wszelkie twierdzenia o motywacji z miłości i odpowiedzialności są jedynie przykrywką. To dopiero dwulicowość!”, w innym zaś miejscu dodał, że „Moja definicja mohera to: sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy (które to lubi określać mianem “Prawdy” przez duże P, za argument podając, że to nie jego pogląd, ale sam Bóg tak mówi…)”. I choć komentator nie wymienił żadnych osób, do których odnosiłby bezpośrednio te słowa (takie sobie, niezobowiązujące pisanie), wydaje mi się, że uderzają one bezpośrednio we mnie i ludzi, którzy myślą podobnie do mnie. Jestem bowiem prawowiernym członkiem Kościoła katolickiego, z wykształcenia teologiem o specjalności „teologia fundamentalna”, której do dogmatyki niedaleko, a przy okazji jako katolik przyjmuję i wierzę we wszystkie podawane do wierzenia przez Kościół dogmaty. Oczywiście, to że jestem dogmatyczny, nie oznacza, że moje zachowanie wynika z „dogmatycznego wyprania mózgu”, ani że mam „sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy”. Ale obawiam się, że z dużym prawdopodobieństwem bycie katolickim dogmatykiem, wiernym Bogu i uznającym coś, co nazywa się uniwersalną Prawdą, może być przez mojego komentatora z taką postawą utożsamiane.

Wiem to również, ponieważ podobne dyskusje i argumenty były już pod moim kierunkiem wysuwane na dawnym blogu, nie pamiętam czy przez Ernesta bezpośrednio, czy przez inne osoby, ale zdecydowanie okrzykiwano mnie już na różne sposoby, choćby członkiem „świętej rodziny” (tu w konsolidacji z moją małżonką). Już określano, że próbuję indoktrynować, narzucać innym swoje poglądy, że oceniam i potępiam ludzi. Wiara jednak w dogmat, widzenie jedynej słusznej drogi postępowania, zgodnej z Bożą wolą i ocenianie zachowań niektórych osób jako złych nie musi się wiązać z dogmatycznym zaślepieniem i byciem tak zwanym przez niektórych „moherem”. Osobom, które tak uważają, pragnę wyjaśnić ich błąd.

Zacznijmy jednak od definicji dogmatu. Za Avery Dullesem można powiedzieć, że dogmat należy określić jako „prawdę objawioną w sposób boski, ogłoszoną jako taką przez kościelny i nieomylny autorytet nauczający, a zatem zobowiązujący wszystkich członków Kościoła bez wyjątku”*. Oczywiście można powiedzieć, że to jest narzucanie innym zdania i mówienie, że „to nie mój pogląd, tylko prawda od Boga”, jednak podkreślić należy, że wszelkie dogmaty rzeczywiście wynikają z dostępnego nam objawienia, a więc z ukazania się Boga w Jego Synu Jezusie i zapisie tego zdarzenia na kartach Pisma Świętego. O wiarygodności samego źródła, jakim jest Pismo Święte już prawdopodobnie kiedyś pisałem, a jeśli nie, napiszę wkrótce na poparcie tezy. Teraz tylko zaznaczę, że żadne starożytne zapiski nie posiadają tak wielu manuskryptów w tej chwili dostępnych, które są tak bliskie czasowi zapisania oryginałów. Mimo tego jako bardziej wiarygodne często traktuje się Dialogi Platona czy Wojnę Galijską Cezara. A jednak to na Piśmie Świętym, najbardziej wiarygodnej ze wszystkich ksiąg starożytnych, a nie na papieskim widzimisię opierają się katolickie dogmaty. Żaden dogmat też tego, co na kartach Biblii zapisano, nie wyklucza.

Kolejną sprawą jest tematyka dogmatów. Mogliśmy bowiem przeczytać w jednym z komentarzy, że „Dogmaty występują przeciwko życiu, zniewalają duszę i umysł człowieka, powodując nerwice i choroby psychiczne (które też czasem szlachetni dogmatycy zwykli nazywać “opętaniem”, nie pomyślawszy ani przez chwilę, że sami mogli być jego twórcami)”… Dogmaty katolickie dotyczą jednak tylko prawd wiary, czasem także kwestii moralnych. Jednak większość wewnętrznych ustaleń moralnych Kościoła nie posiada dogmatycznego podłoża, wiara w to, że np. współżycie przed ślubem czy używanie antykoncepcji jest czymś złym nie oznacza przyjmowania tego jako głoszonego ex cathedra objawienia Bożego. Owszem, wszystkie te ustalenia na Piśmie Świętym są oparte (choć za czasów Jezusa antykoncepcja nie stanowiła takiego problemu), ale nie są podciągnięte pod argument „tak mówi Bóg”. Te dogmaty, które wyznajemy, wynikają też z objawienia i niezachwianej wiary Kościoła Bożego. Nie mogą być źródłem nerwic i chorób psychicznych, choć mogą być nim kapłani i ludzie świeccy w zły sposób o dogmatach i zasadach moralnych mówiący. Prawdą jest, że nawet osoby popadające w grzech nie są przez Kościół potępiane, lecz przystępując do sakramentu pokuty otrzymują rozgrzeszenie i wracają na łono Kościoła. Trochę inaczej sprawa ma się w stosunku do osób, które w sposób świadomy i wolny odrzucają któreś z praw moralnych – te osoby swoją własną decyzją postanawiają tkwić w grzechu i dobrowolnie od Kościoła się oddalić.

Dlaczego Kościół daje nam do wierzenia dogmaty? Odpowiedział na to w sposób doskonały o. Jacek Salij: „To bardzo proste: My naprawdę wierzymy w Chrystusa! Wierzymy, że w Jezusie Chrystusie Bóg nam objawił samego siebie i że to Jezus Chrystus założył Kościół, w którym On jest „po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Zatem prawdy najważniejszej nie musimy już szukać w ciemnościach, bo przychodzi ona do nas w świetle. Bylebyśmy tylko chcieli się coraz więcej na nią rozszerzać i pogłębiać”**. Dogmaty, a więc prawdy wiary, otwierają nam drogę i torują ją w stronę prawdziwego objawienia: Jezusa Chrystusa, który przyszedł na świat, aby nas zbawić. Nie mogą więc w oczywisty sposób prowadzić do opętań (chorób psychicznych), bo nie dotyczą restrykcji i zakazów, lecz otwarcie się na dobro i miłość.

Mowa jednak o umysłach silnie zdogmatyzowanych, które zamykają się na naukę i wierzą we wszystko, starając się przekonać do tego (siłą?) innych ludzi. Owszem, są i tacy. O nich też pisze Salij: „Owszem, może się zdarzyć, że jakiś ksiądz czy katecheta usiłuje doprowadzić kogoś do przeświadczenia o prawdzie wiary za pomocą metod niegodnych — ale jest to zwyczajne nadużycie i ciężka obraza głoszonej w ten sposób prawdy Bożej. Może się również zdarzyć, że ktoś aprobuje prawdę wiary w fałszywej świadomości (na przykład w sposób czysto formalny i powierzchowny, z duchowego lenistwa albo spodziewając się jakiejś korzyści). Są to jednak grzechy poszczególnych ludzi i jedyne, co Kościół ma naprawdę na ten temat do powiedzenia, to wezwanie, żeby się z takich grzechów nawracać”**.

Czy ja, katolik, mam umysł zdogmatyzowany i wypaczony, próbuję więc indoktrynować i narzucić komukolwiek swoje poglądy? Niemożliwe! Przez lata byłem bowiem sceptykiem, który wątpił w słuszność prawdy o szkodliwości (fizycznej, ale i psychicznej) antykoncepcji, homoseksualizmu (aktywnego), a nawet aborcji czy eutanazji. Miałem problem z zaakceptowaniem dogmatu o nieomylności papieża czy tak często krytykowanych dogmatów maryjnych. Do wszystkiego jednak doszedłem z pomocą Bożego natchnienia sam, wszystko przemyślałem, we wszystko włożyłem dużo z siebie, żeby to zrozumieć. Można było, oczywiście, powiedzieć „olać, to nie może być prawda”. Ale ja wolałem pogłębić swoją wiedzę. Studia teologiczne były dla mnie objawieniem i teraz mogę powiedzieć: tak, to wszystko prawda! Wszystko rozumiem, choć nie wszystko bez pomocy będę umiał teraz wyjaśnić. Ale choćby kwestie antykoncepcji – pisałem o tym na początku bloga, mając 20 lat i pisałem ostatnio. Jak wielka jest moja różnica w zrozumieniu tematu – sam siebie zadziwiam!

Nie jestem bezmózgim dogmatykiem zamkniętym na argumenty innych. Staram się słuchać i staram się wczuwać. Nie zawsze mi to wychodzi, to oczywiste. Największym chyba jednak problemem, który widzą we mnie inni, a który moim zdaniem nie jest żadnym problemem jest to, że nie staram się skłaniać ku innemu myśleniu, temu, które widzę jako mylne. Że nie zmieniam poglądów. Nie, ja kiedyś już miałem inne poglądy i zmieniłem je na dobre. Nie widzę potrzeby zmieniać ich ponownie. Teraz pozostaje mi pokazywać (nie narzucać) tę prawdę innym, a kto chce przyjąć ją, niech ją przyjmuje.

Na koniec ostatni raz zacytuję Salija za tym samym źródłem:

„Czasem ta nasza pewność co do dogmatów i przykazań wiary komuś się nie podoba. Na szczęście miłość bliźniego nie wymaga tego, żeby się dostosowywać do jego gustów. Zresztą, jeśli wiara jest dla mnie czymś więcej niż grą światopoglądową paralelną do niewiary, musi istnieć gruntowna różnica między rozpoznaniem prawdy ostatecznej przez człowieka wierzącego i niewierzącego”**. Przez wierzącego „na swój sposób” też: „Kto prawdy na temat dobra i zła chce szukać sam jeden, nie oglądając się na tych, co szukali przed nim, ani na tych, co szukają obok niego, jest prawdopodobnie duchowym smarkaczem, którego bardziej niż znalezienie prawdy interesuje celebracja własnej niezwykłości”**.

______________________
*Za: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/wprowadzenie_dogm2.html
**Za: http://mateusz.pl/ksiazki/js-npp/js-npp_15.htm

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Jakie to jest piękne w porównaniu

Kilka tygodni temu światem i światem mediów wstrząsnęła informacja o psychopatycznym mordercy, który zaatakował i zabił 26 osób w Connecticut, USA, w tym w większości dzieci w wieku 5-10 lat. Sprawa wydaje się być okropna, przerażające zdarzenie, okrutna śmierć niewinnych, kochanych dzieci, których kochali rodzice, które miały przed sobą całe życie. Sam, jako ojciec dwójki, nie mam pojęcia jak ciężko przeżyłbym podobne zdarzenie.

Obama Connecticut

Przy okazji pojawiającej się informacji przedstawiono również tzw. demotywator, czyli obrazek mający za pomocą jednego zjawiska zwrócić uwagę na coś ważnego, ciekawego a czasem śmiesznego (i zdemotywować nas do nauki na przykład). Demotywator przytaczał słowa Baracka Obamy wypowiedziane w Connecticut: „Większość ofiar to dzieci. Małe, śliczne istoty, które nie skończyły dziesięciu lat. Miały przed sobą wszystko co najpiękniejsze: urodziny, wesela, narodziny własnych dzieci”. Autor obrazka zauważa następnie, że „W wyniku aborcji rocznie w USA zabija się ok. 1 milion 200 tysięcy »Małych, ślicznych istot, które nie skończyły dziesięciu lat. Które miały przed sobą wszystko co najpiękniejsze: urodziny, wesela, narodziny własnych dzieci.«” Dodaje na końcu „Aborcji powiedzmy stanowcze nie”. I ja osobiście, zaintrygowany kontrowersyjnością, ale i prawdziwością podobnego porównania zamieściłem demotywator na własnym profilu Facebook, wkręcając się przy okazji w niezbyt przyjemną dyskusję.

Duża liczba osób przeciwnych takim porównaniom argumentuje, że nie powinno się takich rzeczy robić z szacunku choćby dla rodzin dzieci, które zginęły w wyniku ataku. Inni twierdzą, że płaszczyzna nie jest jednakowa, że porównujemy dwie odmienne sprawy. Oczywiście zwolennicy aborcji w ogóle nie widzą związku, ponieważ dla nich aborcja jest decydowaniem o własnym życiu i ciele, a strzelanina morderstwem. Ja jednak widzę związek i to oczywisty, zwłaszcza że nie tyle uderzamy tu w czyjkolwiek żal po utracie dziecka (który rozumiem doskonale), lecz w słowa Baracka Obamy, który okazuje się być po raz kolejny dwulicowym oszustem. Z jednej strony bowiem wzrusza się nad ciałami dzieci, które zginęły z ręki szaleńca, z drugiej zaś wspiera aktywnie aborcję, nawet w późnym etapie ciąży. Nie widzi przy tym, albo nie chce widzieć, że śmierć dziecka jest identyczna w tym i w tamtym przypadku, że rzeczywiście w obu przypadkach mamy do czynienia ze ślicznymi, małymi istotami, które nie skończyły 10 lat. Różnicę widzę w tym, że dzieci z Connecticut zdążyły coś przeżyć, coś zobaczyć, coś narysować i powiedzieć. Ludzie się do nich przyzwyczaili, polubili je, pokochali. Pałali do nich różnymi radosnymi uczuciami. Dzieci przed narodzeniem właściwie jeszcze nie są nawet widoczne, chyba że mówimy o wypukłym brzuchu ich matek albo niewyraźnym obrazie USG. Nie zdążyły zbyt wiele zrobić i niewiele osób się do nich przyzwyczaiło. Niewiele osób darzyło je uczuciami w ogóle. Dla kogo jednak w tym przypadku zmienia się perspektywa? Wyłącznie dla ludzi, którzy tymi uczuciami dzieci objęli. Rodzice cierpią bardziej (zwłaszcza, że w Connecticut ich dzieci zginęły nie z ich woli, a w aborcji ważna jest najczęściej osobista decyzja matki), nauczyciele i sąsiedzi również (w przypadku aborcji nie mieli dotąd z dziećmi do czynienia), cierpi także bardziej prezydent Obama. Czy zmienia się jednak perspektywa dzieci, które zostają zabite? Nie! Zarówno w ataku zamachowca, jak i w procesie aborcji umierają dzieci, które były małymi, ślicznymi istotkami, które miałyby przed sobą urodziny, własny ślub (albo i nie), własne dzieci (albo i nie), gdyby nie zostały zabite. Zarówno w Connecticut jak i w całej Ameryce, w całym świecie giną dzieci, które za każdym razem są tak samo wartościowe jako osoby. Dostaliśmy jednak poprawnie polityczny społeczny zakaz komentowania i porównywania, przez wzgląd na uczucia rodzin ofiar.

W związku z powyższym chyba powinniśmy przestać również komentować aborcję samą w sobie, przez wzgląd na syndrom postaborcyjny.

Co ja bym zrobił, gdyby podobna sytuacja zdarzyła się w moim przypadku? Mam nadzieję, że Bóg pozwoli mi uniknąć podobnego przeżycia, mówię czysto teoretycznie. Gdyby prezydent Komorowski, wprowadzający prawo dotyczące in vitro i optujący za „kompromisem aborcyjnym”, albo pani Ewa Kopacz – marszałek sejmu, która niegdyś pomogła „Agacie” zabić swoje dziecko, przyjechali do szkoły i zaczęli wyrażać swoje ubolewanie nad tą tragedią, osobiście nakazałbym dwulicowcom zamknąć otwory gębowe. Podobnie jak robią rodziny niektórych ofiar wypadku pod Smoleńskiem z 2010 roku, które nie chcą mydlenia oczu i fałszywych łez, tylko odkrycia prawdy. Gdyby zaś ktoś porównywał sytuację śmierci w wyniku strzelaniny do czegoś, czego nie popieram, np. promując przy tym homoseksualizm, zaoponowałbym. Jeśli jednak celem działających byłoby ukazanie tego, w jaki sposób prezydent czy rząd nas oszukują, prawdopodobnie bym przyklasnął.

Jedno niestety jest pewne: Społecznie plaga aborcji, a więc masowych zabójstw dzieci przed ich narodzinami (ale także wywoływania porodów w późnej ciąży i pozostawianie żywych dzieci aż umrą śmiercią głodową) wydaje się być błahostką w porównaniu ze strzelaniną w której giną dzieci nieco starsze. W wyniku tego zarysowuje nam się ciekawy obraz. Prawdopodobnie pani Katarzyna W., która zabiła swoją półroczną córeczkę Magdę i jest aktualnie publicznie i społecznie zlinczowana, a grozi jej ogromny wyrok (co oczywiście popieram) byłaby bożyszczem feministek i wielkim argumentem za legalizacją aborcji na życzenie, gdyby dokonała tego samego jakieś 9 miesięcy wcześniej…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 14 Komentarzy