Co jest złego w byciu dogmatycznym?

Od powrotu blogu w środowisko niegdyś opuszczone i połączenia obu grup czytelników w jedną grupę docelową wkrótce minie rok. Wówczas to snułem przypuszczenia, w którą stronę rozwinie się sytuacja. Myślałem, że albo wszystko pozostanie bez echa, a w gronie czytelników pozostaną nowi, z czasów mojej anonimowości. Po drugie brałem pod uwagę powrót trolli i uczciwie współpracujących z trollami moich czytelników z wcześniejszych lat. Po trzecie wreszcie przyszło mi do głowy, że nowi czytelnicy poczytają archiwa, poznają komentarze, obrażą się i sobie pójdą. Ostatecznie najbliższa prawdy okazała się pierwsza, najlżejsza opcja. I tak byłoby pewnie do dziś, gdyby nie moja ochotność do publikowania i przywoływania wpisów na Facebooku. Bo oto po roku prawie dawni czytelnicy budzą się i odnajdują siebie w moich wpisach. No i dobrze, w końcu wychodząc z ukrycia zaprosiłem ich do czytania i komentowania wszystkich wpisów, także tych archiwalnych. Witam Was zatem i nie odmawiam lektury oraz wchodzenia w dyskusje, w które jednak nie obiecuję, że będę zawsze dawał się wciągnąć.

Tym razem jednak temat uderza we mnie bezpośrednio i wydaje mi się ciekawy do rozważenia i wyjaśnienia, podejmę go więc. Ernest zwany Nunatakiem wysunął bowiem argument, którego adresatem się poczułem. Określił bowiem, że „Można być Żydem-ateistą, a nawet gejożydomasonem, i być działaczem pro-life, kwestia tylko tego, czy podejmujemy tę działalność z faktycznej miłości i poczucia odpowiedzialności za wszelkie życie, czy jedynie z dogmatycznego wyprania mózgu, czyli strachem przed popełnieniem grzechu i karą Bożą. W drugim przypadku mamy do czynienia w pierwszej kolejności z troską o samego siebie, a wszelkie twierdzenia o motywacji z miłości i odpowiedzialności są jedynie przykrywką. To dopiero dwulicowość!”, w innym zaś miejscu dodał, że „Moja definicja mohera to: sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy (które to lubi określać mianem “Prawdy” przez duże P, za argument podając, że to nie jego pogląd, ale sam Bóg tak mówi…)”. I choć komentator nie wymienił żadnych osób, do których odnosiłby bezpośrednio te słowa (takie sobie, niezobowiązujące pisanie), wydaje mi się, że uderzają one bezpośrednio we mnie i ludzi, którzy myślą podobnie do mnie. Jestem bowiem prawowiernym członkiem Kościoła katolickiego, z wykształcenia teologiem o specjalności „teologia fundamentalna”, której do dogmatyki niedaleko, a przy okazji jako katolik przyjmuję i wierzę we wszystkie podawane do wierzenia przez Kościół dogmaty. Oczywiście, to że jestem dogmatyczny, nie oznacza, że moje zachowanie wynika z „dogmatycznego wyprania mózgu”, ani że mam „sztywny, zamknięty, silnie zindoktrynowany umysł dogmatyczny, odporny na argumenty, ignorancki względem nauki i wszelkich zdań innych niż własne, nie próbujący zrozumieć drugiego człowieka, a jedynie narzucić mu swoje poglądy”. Ale obawiam się, że z dużym prawdopodobieństwem bycie katolickim dogmatykiem, wiernym Bogu i uznającym coś, co nazywa się uniwersalną Prawdą, może być przez mojego komentatora z taką postawą utożsamiane.

Wiem to również, ponieważ podobne dyskusje i argumenty były już pod moim kierunkiem wysuwane na dawnym blogu, nie pamiętam czy przez Ernesta bezpośrednio, czy przez inne osoby, ale zdecydowanie okrzykiwano mnie już na różne sposoby, choćby członkiem „świętej rodziny” (tu w konsolidacji z moją małżonką). Już określano, że próbuję indoktrynować, narzucać innym swoje poglądy, że oceniam i potępiam ludzi. Wiara jednak w dogmat, widzenie jedynej słusznej drogi postępowania, zgodnej z Bożą wolą i ocenianie zachowań niektórych osób jako złych nie musi się wiązać z dogmatycznym zaślepieniem i byciem tak zwanym przez niektórych „moherem”. Osobom, które tak uważają, pragnę wyjaśnić ich błąd.

Zacznijmy jednak od definicji dogmatu. Za Avery Dullesem można powiedzieć, że dogmat należy określić jako „prawdę objawioną w sposób boski, ogłoszoną jako taką przez kościelny i nieomylny autorytet nauczający, a zatem zobowiązujący wszystkich członków Kościoła bez wyjątku”*. Oczywiście można powiedzieć, że to jest narzucanie innym zdania i mówienie, że „to nie mój pogląd, tylko prawda od Boga”, jednak podkreślić należy, że wszelkie dogmaty rzeczywiście wynikają z dostępnego nam objawienia, a więc z ukazania się Boga w Jego Synu Jezusie i zapisie tego zdarzenia na kartach Pisma Świętego. O wiarygodności samego źródła, jakim jest Pismo Święte już prawdopodobnie kiedyś pisałem, a jeśli nie, napiszę wkrótce na poparcie tezy. Teraz tylko zaznaczę, że żadne starożytne zapiski nie posiadają tak wielu manuskryptów w tej chwili dostępnych, które są tak bliskie czasowi zapisania oryginałów. Mimo tego jako bardziej wiarygodne często traktuje się Dialogi Platona czy Wojnę Galijską Cezara. A jednak to na Piśmie Świętym, najbardziej wiarygodnej ze wszystkich ksiąg starożytnych, a nie na papieskim widzimisię opierają się katolickie dogmaty. Żaden dogmat też tego, co na kartach Biblii zapisano, nie wyklucza.

Kolejną sprawą jest tematyka dogmatów. Mogliśmy bowiem przeczytać w jednym z komentarzy, że „Dogmaty występują przeciwko życiu, zniewalają duszę i umysł człowieka, powodując nerwice i choroby psychiczne (które też czasem szlachetni dogmatycy zwykli nazywać “opętaniem”, nie pomyślawszy ani przez chwilę, że sami mogli być jego twórcami)”… Dogmaty katolickie dotyczą jednak tylko prawd wiary, czasem także kwestii moralnych. Jednak większość wewnętrznych ustaleń moralnych Kościoła nie posiada dogmatycznego podłoża, wiara w to, że np. współżycie przed ślubem czy używanie antykoncepcji jest czymś złym nie oznacza przyjmowania tego jako głoszonego ex cathedra objawienia Bożego. Owszem, wszystkie te ustalenia na Piśmie Świętym są oparte (choć za czasów Jezusa antykoncepcja nie stanowiła takiego problemu), ale nie są podciągnięte pod argument „tak mówi Bóg”. Te dogmaty, które wyznajemy, wynikają też z objawienia i niezachwianej wiary Kościoła Bożego. Nie mogą być źródłem nerwic i chorób psychicznych, choć mogą być nim kapłani i ludzie świeccy w zły sposób o dogmatach i zasadach moralnych mówiący. Prawdą jest, że nawet osoby popadające w grzech nie są przez Kościół potępiane, lecz przystępując do sakramentu pokuty otrzymują rozgrzeszenie i wracają na łono Kościoła. Trochę inaczej sprawa ma się w stosunku do osób, które w sposób świadomy i wolny odrzucają któreś z praw moralnych – te osoby swoją własną decyzją postanawiają tkwić w grzechu i dobrowolnie od Kościoła się oddalić.

Dlaczego Kościół daje nam do wierzenia dogmaty? Odpowiedział na to w sposób doskonały o. Jacek Salij: „To bardzo proste: My naprawdę wierzymy w Chrystusa! Wierzymy, że w Jezusie Chrystusie Bóg nam objawił samego siebie i że to Jezus Chrystus założył Kościół, w którym On jest „po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Zatem prawdy najważniejszej nie musimy już szukać w ciemnościach, bo przychodzi ona do nas w świetle. Bylebyśmy tylko chcieli się coraz więcej na nią rozszerzać i pogłębiać”**. Dogmaty, a więc prawdy wiary, otwierają nam drogę i torują ją w stronę prawdziwego objawienia: Jezusa Chrystusa, który przyszedł na świat, aby nas zbawić. Nie mogą więc w oczywisty sposób prowadzić do opętań (chorób psychicznych), bo nie dotyczą restrykcji i zakazów, lecz otwarcie się na dobro i miłość.

Mowa jednak o umysłach silnie zdogmatyzowanych, które zamykają się na naukę i wierzą we wszystko, starając się przekonać do tego (siłą?) innych ludzi. Owszem, są i tacy. O nich też pisze Salij: „Owszem, może się zdarzyć, że jakiś ksiądz czy katecheta usiłuje doprowadzić kogoś do przeświadczenia o prawdzie wiary za pomocą metod niegodnych — ale jest to zwyczajne nadużycie i ciężka obraza głoszonej w ten sposób prawdy Bożej. Może się również zdarzyć, że ktoś aprobuje prawdę wiary w fałszywej świadomości (na przykład w sposób czysto formalny i powierzchowny, z duchowego lenistwa albo spodziewając się jakiejś korzyści). Są to jednak grzechy poszczególnych ludzi i jedyne, co Kościół ma naprawdę na ten temat do powiedzenia, to wezwanie, żeby się z takich grzechów nawracać”**.

Czy ja, katolik, mam umysł zdogmatyzowany i wypaczony, próbuję więc indoktrynować i narzucić komukolwiek swoje poglądy? Niemożliwe! Przez lata byłem bowiem sceptykiem, który wątpił w słuszność prawdy o szkodliwości (fizycznej, ale i psychicznej) antykoncepcji, homoseksualizmu (aktywnego), a nawet aborcji czy eutanazji. Miałem problem z zaakceptowaniem dogmatu o nieomylności papieża czy tak często krytykowanych dogmatów maryjnych. Do wszystkiego jednak doszedłem z pomocą Bożego natchnienia sam, wszystko przemyślałem, we wszystko włożyłem dużo z siebie, żeby to zrozumieć. Można było, oczywiście, powiedzieć „olać, to nie może być prawda”. Ale ja wolałem pogłębić swoją wiedzę. Studia teologiczne były dla mnie objawieniem i teraz mogę powiedzieć: tak, to wszystko prawda! Wszystko rozumiem, choć nie wszystko bez pomocy będę umiał teraz wyjaśnić. Ale choćby kwestie antykoncepcji – pisałem o tym na początku bloga, mając 20 lat i pisałem ostatnio. Jak wielka jest moja różnica w zrozumieniu tematu – sam siebie zadziwiam!

Nie jestem bezmózgim dogmatykiem zamkniętym na argumenty innych. Staram się słuchać i staram się wczuwać. Nie zawsze mi to wychodzi, to oczywiste. Największym chyba jednak problemem, który widzą we mnie inni, a który moim zdaniem nie jest żadnym problemem jest to, że nie staram się skłaniać ku innemu myśleniu, temu, które widzę jako mylne. Że nie zmieniam poglądów. Nie, ja kiedyś już miałem inne poglądy i zmieniłem je na dobre. Nie widzę potrzeby zmieniać ich ponownie. Teraz pozostaje mi pokazywać (nie narzucać) tę prawdę innym, a kto chce przyjąć ją, niech ją przyjmuje.

Na koniec ostatni raz zacytuję Salija za tym samym źródłem:

„Czasem ta nasza pewność co do dogmatów i przykazań wiary komuś się nie podoba. Na szczęście miłość bliźniego nie wymaga tego, żeby się dostosowywać do jego gustów. Zresztą, jeśli wiara jest dla mnie czymś więcej niż grą światopoglądową paralelną do niewiary, musi istnieć gruntowna różnica między rozpoznaniem prawdy ostatecznej przez człowieka wierzącego i niewierzącego”**. Przez wierzącego „na swój sposób” też: „Kto prawdy na temat dobra i zła chce szukać sam jeden, nie oglądając się na tych, co szukali przed nim, ani na tych, co szukają obok niego, jest prawdopodobnie duchowym smarkaczem, którego bardziej niż znalezienie prawdy interesuje celebracja własnej niezwykłości”**.

______________________
*Za: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/wprowadzenie_dogm2.html
**Za: http://mateusz.pl/ksiazki/js-npp/js-npp_15.htm

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Zobacz wpisy

7 thoughts on “Co jest złego w byciu dogmatycznym?

  1. Ech, ten Salij to mądry człowiek jest :).

  2. Nunatak

    Mądry, jednakże ja oglądam się na tych, co szukali przede mną, oglądam się też na szukających obok mnie, tyle że wszystkie proponowane odpowiedzi przez tych przede mną i mi współczesnych mnie nie zadowalają, a duchowym smarkaczem jest raczej ten, kto boi się ciemności i za odrobinę światła gotów jest bezrefleksyjnie przyjąć każdą brednię i każdy pokarm, nawet ten zatruty.

    Gdyby było Mateusz tak jak mówisz, czyli że dogmaty „nie dotyczą restrykcji i zakazów, lecz otwarcie się na dobro i miłość”, byłoby doprawdy pięknie, tyle że tak nie jest, bo jeśli nieprzyjęcie dogmatów oznacza dla Kościoła grzech, to znaczy, że mamy do czynienia z restrykcjami i zakazami. Jeśli zaś tak, to mogą dogmaty mogą być źródłem nerwic i chorób psychicznych, bo narzucają kulturowy gorset, zmuszają do konkretnego myślenia pod groźbą potępienia, co może prowadzić do wewnętrznego rozdarcia i przerażenia, np. w przypadku, gdy ktoś wewnętrznie odczuwa i myśli inaczej, nie będąc w stanie się zmusić do odczuwania i myślenia tak jak mu każą. Być może są to tylko ofiary „doprowadzania do przeświadczenia o prawdzie wiary za pomocą metod niegodnych” (nie wiadomo co to te „metody niegodne”), ale z pewnością takie przypadki są, bo sam jestem jednym z nich.

    I nie mów mi tu o jakichś starożytnych manuskryptach, bo dogmat o Wniebowzięciu jest z 1950 roku (będący w dużej mierze papieskim widzimisię).

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Wniebowzi%C4%99cie_Naj%C5%9Bwi%C4%99tszej_Maryi_Panny

  3. Pomijasz jeden podstawowy fakt: nie ma żadnego obowiązku należenia do Kościoła. Nie w dzisiejszych czasach w tym państwie. (Powiedziałabym wręcz, że tu i teraz korzystniej jest być „poszukującym” :)) w związku z powyższym to, co piszesz o restrykcjach i zakazach nie ma racji bytu. Czemu? Bo jeśli nie podoba ci się dogmat, to go nie przyjmujesz i już, tym samym nie wierzysz w to, w co wierzy KK, więc cóż cię obchodzi to, że ten Kościół ma cię za grzesznika? Ja się nie zgadzam z wierzeniami muzułmanów i nie bardzo mnie obchodzi, że nazwaliby mnie „niewierną”. Czemu tak to interesuje tych, którzy nie uważają się za katolików?
    Co do problemów psychicznych spowodowanych kościelnymi restrykcjami itp. to jest to dłuższa kwestia, a ja nie jestem aż tak biegłym psychologiem, ale po pierwsze: to nie powinno mieć miejsca u zdrowej osoby, a po drugie: to, co ktoś odczuwa w związku z dogmatami to naprawdę nie jest problemem Kościoła.

  4. Nunatak

    Tak, choroba nie powinna mieć miejsca u zdrowej osoby – słuszna uwaga :) Dopiero kiedy zdrowa osoba zaczyna chorować, wtedy może mieć miejsce… Świetne też podejście: ustalamy prawo (przepełnione miłością oczywiście), mówiące nie tylko jak należy się zachowywać, ale też co myśleć i odczuwać, ale jak wy się z tym, drodzy wierni, czujecie, to już nie jest nasz problem. Piękne.
    Oczywiście, w dzisiejszych czasach państwo w dużej mierze oddzieliło się już od Kościoła (całe szczęście) i nie ma obowiązku przyjmowania dogmatów (bo jeszcze parę wieków temu mógłbym spłonąć na stosie), jednakże kultura chrześcijańska dalej jest w naszym kraju jeśli nie dominującą, to co najmniej znaczącą i wywierającą wpływ na życie społeczne w każdym jego aspekcie, nie da się więc tutaj uciec od wszelakich kulturowych ograniczeń, wypominań, potępień, tak jak przed islamem. To, że się odwracam od Kościoła nie znaczy wcale, że jest mi z tym dobrze i że nie chciałbym należeć do wspólnoty, która by mnie akceptowała i aprobowała, gdzie mógłbym znaleźć trochę światła, przyjaźni i miłości, które moje serce i rozum byłyby w stanie przyjąć. Obchodzi mnie, że Kościół ma mnie za grzesznika, bo nikt nie ma ochoty być stale potępianym i mieć stale wpajanego poczucia winy, za to tylko, że chcę być wolnym i móc myśleć po swojemu (straszny grzech, co?). Nikogo nie uszczęśliwia życie odszczepieńca, jest to bunt konieczny dla ratowania swojego życia przed kulturą opresji i obwiniania, którego konsekwencje dla psychiki wrażliwego człowieka są również niemałe, co oczywiście Was, prawowitych i kochających chrześcijan nie zwykło obchodzić.

  5. „Ale to już było…” i wraca raz po raz.

    Gdybyś tylko nie próbował być tak straszliwie ironicznie zabawny, może łatwiej byłoby Ci zrozumieć, co Lolinka próbuje Ci powiedzieć. Jeśli była mowa o osobach zdrowych, u których nie występują elementy psychozy związane z dogmatami katolickimi, chodziło o to, że osoby będące chore wcześniej mają tendencje do tego typu chorób, nie zaś uprzednio zdrowe. Wewnętrzny konflikt (chcę być w Kościele, ale nie chcą mnie na moich warunkach) jest w tej sytuacji glebą, na której psychoza wyrasta, nie zaś jej źródłem. Tak, jak zdrowy człowiek nie zabije drugiego po obejrzeniu filmu o mordowaniu, ale człowiek z psychotycznymi skłonnościami już tak. I nie będzie to wcale wina filmu, który w tym momencie staje się wyłącznie bodźcem do działania. Na potwierdzenie dodam, że znałem osobę, która miała podobny problem z akceptacją „restrykcyjności” Kościoła i swojej (wszędzie widzianej) grzeszności. Miała ona problemy z psychiką dużo dłużej, niż jakikolwiek kontakt z grzechem pojmowanym świadomie.

    Do tego jako jeden z wielu wcześniej tu obecnych mówisz o Kościele, do którego chciałbyś należeć, pragnąc otrzymać odeń akceptację, aprobatę, „trochę światła, przyjaźni i miłości”, ale tylko pod warunkiem (co już zaznaczyłem), że przyjmą Cię z otwartymi ramionami takim, jakim jesteś. Tymczasem Kościół na szczęście nadal jest wspólnotą, która oprócz przywilejów daje także obowiązki. Oprócz otwarcia na drugiego człowieka stawia także warunki. Kościół nie jest od przytulania, obdarzania w potoczny sposób pojmowaną przyjaźnią czy miłością, akceptowania czy aprobowania. W dzisiejszych, pseudo-demokratycznych (a szczerze mówiąc raczej niemal anarchicznych) czasach wielu się wydaje, że skoro ta czy inna instytucja przychyla się ich odmienności, to Kościół także powinien. Kościół jednak powinien jedynie wskazywać ludziom prawdziwą drogę do zbawienia. Nie może zwyczajnie przyjmować w swe szeregi osób akceptujących aborcję, eutanazję czy odrzucających prawdy wiary, na których On się opiera. Wiele osób przed Tobą mówiło, że chcą być we wspólnocie, pod warunkiem, że będą mogły zachować wolność i myślenie po swojemu (co trzeba chyba tłumaczyć na niezgadzanie się ze wspólnotą, do której się chce należeć i rozumienie Kościoła jako instytucji charytatywnej, rozdającej ubrania i udzielającej sakramentów komu się tylko żywnie spodoba).

    Myślenie po swojemu nie jest grzechem. Podejście „chcę być we wspólnocie, dajcie mi ślub i chrzest dla dzieci, ale będę i tak żył po swojemu” jest mało logicznym rozumowaniem polegającym na obracaniu się wokół własnej osi. Lolinka zaś dobrze napisała, że Kościół nie ma obowiązku przejmować się tym, co kto uważa na temat dogmatów. Chcesz być w Kościele? Przemyśl dogmaty i przyjmij je w wierze. Nie chcesz przyjąć? Otrzymujesz od nas pełną akceptację, a teraz idź w pokoju.

    Co się zaś tyczy Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, to przytoczyłeś link, z którym chyba nie raczyłeś się w pełni zapoznać. Wikipedia bowiem podaje: „Kościoły wschodnie od V wieku obchodziły koimesis (gr. zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny. Wniebowzięcie zajęło miejsce Zaśnięcia, kiedy w VII wieku przyjęte zostało to święto w Rzymie.(…) W Kościele jest obchodzone, (…) od V wieku. Wywodzi się ono z przeświadczenia, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba”. Dogmat papieski z 1850 roku był tylko potwierdzeniem tej wiary, którą Kościół żył już do V wieku (a tak naprawdę od V wieku oficjalnie ją świętował, a wyznawał z pewnością dużo wcześniej). Sam dogmat nic tu nie zmienił i mówienie o papieskim widzimisię potwierdza ignorancję związaną z poznaniem tematu przez mówiącego. Odnośnie zaś fragmentu z Pisma Świętego, który jest podstawą dogmatu o Wniebowzięciu: „I porodziła Syna – Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną. I zostało porwane jej Dziecię do Boga i do Jego tronu. A Niewiasta zbiegła na pustynię, gdzie miejsce ma przygotowane przez Boga, aby ją tam żywiono przez tysiąc dwieście sześćdziesiąt dni” (Ap 12, 5-6). Oczywiście nie jest tu powiedziane, że Niewiasta to właśnie Maryja, ani że została wzięta do Nieba, lecz ten fragment był podstawą do rozwoju tematu. To wszystko nie jest wymysłem Piusa XII z 1950 roku.

  6. Nunatak

    Oczywiście nie jest tu powiedziane, że Niewiasta została wzięta do Nieba, oczywiście cytat ten nie daje żadnych podstaw do twierdzeń o Wniebowzięciu Maryi… Daje co najwyżej podstawy do formowania różnych bredni metafizycznych, czyli papieskich widzimisię. Z tekstem o „zaśnieciu” Maryi (wbrew Twoim mniemaniom) się zapoznałem, ale zaśniecię to delikatnie co innego niż wniebowzięcie, szczególnie jeśli rozumiane jako wzięcie do Nieba wraz z ciałem, bo tworzy się z tego ideę świata niematerialnego, w której mieszczą się ciała… Totalny absurd.
    Ale nie, to pewnie ja mam tylko psychotyczne skłonności od zawsze, dlatego coś mi tutaj nie gra.

  7. Nunatak (Ernest)

    Ok, pisałem wcześniej z telefonu, więc ciężko mi było odnieść się do całości Twojego ostatniego komentarza Mateuszu. Teraz wypada poruszyć jeszcze kilka kwestii:

    „W dzisiejszych, pseudo-demokratycznych (a szczerze mówiąc raczej niemal anarchicznych) czasach wielu się wydaje, że skoro ta czy inna instytucja przychyla się ich odmienności, to Kościół także powinien. Kościół jednak powinien jedynie wskazywać ludziom prawdziwą drogę do zbawienia.”

    Jedynie wskazywać? A gdzie cała chrześcijańska miłość? Gdzie wyjście naprzeciw drugiemu człowiekowi? Gdzie podanie ręki cudzołożnicy? Gdzie „miłujcie nieprzyjacioły swoje”? I dlaczego niby Kościół nie może uszanować odmienności innych ludzi, a tworzyć tylko repliki jednego ustalonego modelu, nie licząc się z naturą i zróżnicowanymi potrzebami poszczególnych ludzi?

    „Nie może zwyczajnie przyjmować w swe szeregi osób akceptujących aborcję, eutanazję czy odrzucających prawdy wiary, na których On się opiera.”

    Wydaje mi się, że jako teolog nie odróżniasz w dalszym ciągu osoby od czynu… Kościół może jak najbardziej przyjmować w swe szeregi osoby o poglądach niezgodnych z poglądami Kościoła, nie może jedynie przyjmować do swej doktryny poglądów niezgodnych ze swoją nauką… Dodać jeszcze mogę od siebie, że Kościół jak najbardziej powinien takich ludzi przyjmować w swe szeregi (pod warunkiem dobrej ich woli), żeby pod jego opieką i przez działanie Ducha Świętego mogli spojrzeć na sprawy inaczej i, być może, się „nawrócić”. Nie przyjmując ich do siebie, mimo nawet ich prośby, skazują ich raczej na duchowe wymarcie.

    „Wiele osób przed Tobą mówiło, że chcą być we wspólnocie, pod warunkiem, że będą mogły zachować wolność i myślenie po swojemu (co trzeba chyba tłumaczyć na niezgadzanie się ze wspólnotą, do której się chce należeć i rozumienie Kościoła jako instytucji charytatywnej, rozdającej ubrania i udzielającej sakramentów komu się tylko żywnie spodoba).”

    Gdybyś tylko nie próbował być tak straszliwie ironicznie zabawny… Kościół przecież jest ze swej istoty również instytucją charytatywną (charity – miłosierdzie)… Czyż niesienie miłosierdzia jest jedną z podstawowych misji Kościoła? Wolności zaś i myślenia po swojemu wcale nie trzeba tłumaczyć na „niezgadzanie się ze wspólnotą”, może to być po prostu jeden pogląd obok drugiego, bez żadnych antagonizmów. Znów muszę stwierdzić, że Kościół wręcz powinien pozwalać, a nawet zachęcać swoich podopiecznych do samodzielnego myślenia, bo jeśli odmawia człowiekowi wolności, to znaczy, że co proponuje? Zniewolenie i terror?

    Na koniec masz tutaj bardzo ciekawy tekst na temat nerwic eklezjogennych, żeby Ci się nie wydawało, że to tylko problem marginalny, dotyczący jedynie psychotycznych jednostek:

    http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,6191

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s