Dlaczego nie warto mieszkać razem przed ślubem?

Jakiś czas temu, po publikacji książki, którą redagowałem razem z ks. Markiem Dziewieckim, napisałem, że nie zgadzam się z podejściem autora do mieszkania razem narzeczonych przed ślubem. Wyraziłem w tamtym wpisie swoją opinię na temat, przy czym moje zdanie mogło być uznane za kontrowersyjne. Od tamtej zaś pory notka bije wszelkie rekordy popularności, dogania w rankingach Psy, które idą do nieba, a nawet, powoli, Ojca Chrzestnego. A ja sobie zdaję sprawę, że być może niespecjalnie nakręciłem iluś osobom w głowach, podając wypaczone, choć szczere instrukcje. Zdaję sobie z tego sprawę tym bardziej, że często wchodzicie do mnie na bloga wpisując pytania podobne do tego powyżej, a otrzymując odpowiedź odwrotną. Dziś, w obliczu wspomnienia śmierci i zmartwychwstania Pana Naszego, postanowiłem się zrehabilitować.

Na początek podkreślę to, co pisałem wielokrotnie już, czyli przedstawię moje osobiste stanowisko. Osobiście uważam, że mieszkanie razem przed ślubem nie musi być w każdym przypadku grzechem, a z pewnością nie grzechem ciężkim. Wiecie to już, wiecie też, że wielu kapłanów i nie-kapłanów w tym temacie się ze mną nie zgadza. Dziś jednak moim zadaniem jest przekazanie argumentów dlaczego moim zdaniem, choć nie widzę w mieszkaniu razem w określonych warunkach nic złego, dobrze jest poczekać z tą sprawą do ślubu.

Argumentem nie będzie stwierdzenie, że narzeczeństwo jest czasem do dogrania się, przekonania o intencjach drugiej osoby, sprawdzenia czy na pewno z tą osobą chcę budować przyszłość. Wiele osób to właśnie stawia jako główny argument, podkreślając, że nie należy się angażować „do końca” dopóki nie weźmie się ślubu, ponieważ wszystko jeszcze można na tym etapie zmienić. Nie zgadzam się – dla mnie decyzja o miłości, podjęta dobrowolnie, jest ostateczna. Kiedy powiem „kocham cię” to znaczy, że to już na zawsze. Oczywiście, druga strona może mieć inne podejście. Może jej się zdawać, że ostatecznie można zmienić zdanie, można się pomylić albo miłość może się wypalić. Może się też okazać, że z jakichś powodów, mimo wielkiej obustronnej miłości, życie razem staje się niemożliwe. Ale żadna z tych możliwości nie sprawia, że mając je na uwadze możemy nie angażować się ostatecznie i do końca. Nie, jeśli bowiem podjęliśmy decyzję o miłości, to musimy tej osobie okazać największy szacunek i zaangażować się całym sobą w ten związek.

Argumentem nie mogą być też w moim przypadku przytaczane przez wiele osób, w tym znanych i poważanych księży, tu zaś zacytuję za księdzem Malińskim, buraczane potrzeby mężczyzn. Że krew nie woda, musi się zagotować. Że jak się facet znajdzie przy kobiecie, to mechanizm musi zadziałać. Szczerze mówiąc to nie może być argumentem, bo nie musi. Zarówno w przypadku mężczyzny, jak i, o czym wspomina niewielu, kobiety. Osobiście uważam, że przed ślubem byłem całkowicie w tych sprawach bezpieczny, bo jak przed ślubem nie można, to nie można. Koniec i kropka. I naprawdę nie obchodzą mnie żadne buraczane potrzeby, których nigdy nie miałem. Ani hormony, feromony i potęga podśwadomości, które niby to działają i nie mamy wpływu. Skoro mamy wpływ w innych podejmowanych przez nas decyzjach, to i w tej jednej, Panowie i Panie, mamy wpływ. Nie musimy iść z nikim w tany, tylko dlatego że cośtam furczy.

Oczywiście to pozostanie dobrym argumentem, jeśli zdajemy sobie sprawę, że w materii seksu jesteśmy słabi. Że jeśli położymy się do łóżka z osobą, która jest nam bliska i nam się podoba, to nie powstrzymamy swoich popędów, bo nie będziemy chcieli albo będziemy mieli duże trudności z podjęciem odpowiedniej decyzji. Wówczas to nie wolno nam nawet myśleć o wspólnym zamieszkiwaniu razem przed ślubem, mówiąc, że może jakoś to będzie. Jeśli domyślamy się, że nie będzie, to lepiej nie ryzykujmy. Wówczas to, kiedy nie jesteśmy siebie samych pewni, musimy na poważnie wziąć pod uwagę argument o wystawianiu się na pokusę. I zastanowić się nad pracą nad własną cielesną czystością w ogóle. Bo dlaczego niby, mając problemy w narzeczeństwie, nie będziemy mieli ich w małżeństwie. I w małżeństwie nie zawsze powinno dojść do współżycia, np. w bardzo zagrożonej ciąży, więc mężczyzna który ma problemy z niezbliżaniem się do kochanej osoby, musi nauczyć się nad sobą panować. Musi wyrobić w sobie cnotę. Bez względu na mieszkanie czy niemieszkanie ze sobą przed ślubem.

Moim głównym argumentem w tej sprawie jest błogosławieństwo czekania, radość randkowania, przyjemność ze zbliżania się, nadzieja na dobrą przyszłość. Dziś, z perspektywy czasu, kiedy patrzę na liczne pary, które przed ślubem mieszkały osobno i spotykały się rzadko, nieco im tego zazdroszczę. Zazdroszczę tej niepewności, tej niecierpliwości, ale także tych randek, romantycznych kawiarenek i rozstawania się pod domem narzeczonej, żeby poczekać, jeszcze przez chwilę… Nie chodzi tylko o współżycie, wbrew pozorom. Ja przed ślubem nie współżyłem, a wszelkie wahania w kwestiach nieczystości zostały ogarnięte na długo przed ślubem i oficjanie, na dobre odrzucone. Chodzi o samą „nastolatkową” podnietę wynikającą z tego, co się zbliża, ale jeszcze nie jest. Warto czekać z zamieszkaniem razem do ślubu, ponieważ warto wykorzystać ten pozostały czas. Nie na delektowanie się kawalerskim życiem. Nie na zastanawianie się nad innymi potencjalnymi współmałżonkami. Lecz jedynie na wspólne delektowanie się narzeczeństwem i snucie planów na to, jak to wreszcie będzie po ślubie. Na zachłystywanie się nadzieją dobrego, wspólnego życia. Na emocjonalne, ale i racjonalne marzenie o dzieciach przy restauracyjnych świecach. Na wychodzenie od siebie z domu, bo jeszcze trochę, bo trzeba poczekać. Ostatecznie wreszcie warto czekać na sam moment ślubu, który tak naprawdę w tym przypadku wszystko zmienia. Bo jeśli mieszka się razem przed ślubem, to nie zmienia wszystkiego tak, jak kiedy się nie mieszka. Chociaż nadal zmienia bardzo wiele.

Nie żałuję roku narzeczeństwa, który spędziliśmy pod jednym dachem. Nie żałuję tamtego mieszkania na Bródnie, pod które z sentymentu czasem jeździmy, by powspominać. Nie żałuję nawet tak bardzo błędów w naszym myśleniu, które doprowadziły nas do odrzucanych szybko grzechów, choć samych grzechów żałuję. Żałuję jednak tego, że nie przeżyliśmy narzeczeńskiego, wariackiego nieco oczekiwania, tej niecierpliwości. Żałuję tego życia prawie jak małżeństwo od razu. Tzn. wcale nie żałuję życia prawie jak małżeństwo. Żałuję raczej słabego przeżycia życia jak narzeczeństwo. My chcieliśmy być małżeństwem już i chcieliśmy być jak małżeństwo już. Byliśmy, ale przecież ten czas mogliśmy przeżyć inaczej, właśnie bardziej emocjonalnie, targani niecierpliwością i budujący cierpliwość. Mniej jak mąż i żona, a bardziej jak para zwariowanych dzieciaków. Tego mi trochę brakuje.

Lubię żyć jak mąż i żona. Wtedy też to lubiłem. Dlatego z perspektywy czasu, gdybym dzisiaj miał wybierać jeszcze raz, nie mam pojęcia jaką decyzję bym podjął. Nie opowiem się jednoznacznie przeciw mieszkaniu razem przed ślubem. Nie opowiem się jednoznacznie za. Jeśli za – to pod bardzo ostrymi warunkami. Jeśli przeciw, to zdecydowanie, bez wahania. Ale nie mam i pewnie nie będę miał jednoznacznie wyrobionego zdania. W tej kwestii decyzję pozostawiam Wam indywidualnie, w dalszym ciągu. Bylebyście pomyśleli perspektywicznie. Z perspektywy decyzji o czekaniu raczej nie będziecie żałować. Ta o nieczekaniu może się odbić czkawką.

A co do oficjalnego nauczania Kościoła – nadal nic nie znalazłem…

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Zobacz wpisy

5 thoughts on “Dlaczego nie warto mieszkać razem przed ślubem?

  1. Ależ się wzruszyłam (wzruszyliśmy) czytając o tym jeżdżeniu z sentymentu pod dawne mieszkanie… Ja tam „tylko” nocowałam u swojego Męża przez 2-3 noce w tygodniu na specjalnym panieńskim łóżku i bardzo sobie to chwalę. Z kolei narzeczonymi byliśmy przez dwa i pół roku i tego wcale nie chwalę, bo za długo w nienaturalnym stanie. Małżeństwo jest li i jedynie naturalne a najbardziej naturalne jest małżeństwo mieszkające samopas. Gdybyśmy jednak czekali aż dane nam będzie zamieszkać samopas, to do dziś bylibyśmy narzeczonymi…

  2. Ależ wspomnienia i na dodatek jakie świeże. Moje małżeństwo dobija trzydziestki i przyznam, że teraz dopiero zaczęło się prawdziwe bycie ze sobą, gdy dzieci opuściły gniazdo. To wszystko, co bylo naszym udziałem w narzeczeństwie i początkowej fazie małżeństwa to tylko preludium.
    Maurycy, życzę wielu dobrych lat w małżeństwie:-)

  3. Goss

    http://pytak.pl/?qa=225/mieszkanie-razem-to-dobry-pomysl tu mozna znaleźć więcej na ten temat

  4. Justyna

    dla mnie kompletna bzdura, żeby zabraniać komukolwiek mieszkać razem przed ślubem. Z mieszkaniem czy bez ludzie jeżeli chcą uprawiają seks , jeżeli nie chcą to nie. I nie mówię tutaj o zmienianiu partnera tydzień po tygodniu, ale o stałym kontakcie i silnej więzi emocjonalnej. A co jeżeli małżonkowie nie będą się dogadywali w jednym domu ? Spotykanie się w przytulnych restauracjach i szeptanie sobie czułych słów przy blasku świec oraz romantyczne rozstania pod domem ukochanej dziewczyny to zupełnie co innego niż normalne życie, gotowanie obiadu , wynoszenie śmieci , płacenie rachunków. Skąd biorą się rozwody? może właśnie z takich złudnych nadzieji i dziecinnych wyobrażeń ?

  5. Kasia

    Justyna@ no właśnie, za dużo Disneya, za mało dojrzałości i zdrowego rozsądku. Ja od dziecka obserwowałam dokładnie małżeństwa w mojej rodzinie. I byłam zawiedziona. Smutne matki z prawami jak dla dzieci i ojcowie – politycy. Każda religia opiera sie na strachu. Musi, żeby działać. Żałosne to…Szukam dalej, może jednak Bóg jest kimś lepszym, mniej ludzkim…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s