Monthly Archives: Czerwiec 2013

Nie ma wakacji od Boga

Kiedyś między mną, a dobrą znajomą, koleżanką ze wspólnoty, tuż przed wakacjami (i rozejściem się naszych dróg) nastąpiła wymiana zdań prowadzona przez komunikator internetowy. Ja zapytałem: „Czy wakacje są od Boga?”. Pytanie rzecz jasna skonstruowane nieprawidłowo, co mogło wywołać odpowiedź inną od zakładanej, przy jednoczesnym podobnym myśleniu. Koleżanka odpowiedziała „Tak, wakacje są od Boga”, na co ja odparłem, że „Nie ma wakacji od Boga”. Ja źle zapytałem, koleżanka źle zrozumiała, ale myślenie było jedno. Wakacje są od Boga, ale nie ma wakacji od Boga. Wakacje są bowiem od tego, żeby wierzyć w Boga. Od tego nie ma odpoczynku.

To może się wydawać gadaniem głupiego na pustyni – przecież każdy logicznie myślący człowiek wie, że Pan Bóg nie przestaje istnieć w momencie ostatniego dzwonka. Wakacje to sygnał laby od szkoły, ale przecież nie od Boga. Każdy człowiek powinien to rozumieć, jednak przecież moja rozmowa z koleżanką nie odbywała się bez sensu. Rozmawiałem z nią na ten temat, ponieważ miała myślenie podobne do tego, jakie ma spora część młodzieży, a do tego także spora część rodziców tej młodzieży. A także część osób, które nie są niczyimi rodzicami, a w wakacje odpoczywają w szczególny sposób. Wielu ludziom, zwłaszcza młodzieży zdejmującej krawat w ostatni piątek czerwca wydaje się, że należy im się odpoczynek nie tylko od szkoły czy pracy, ale też od kościoła. Jak wolne, to wolne – bez wyjątków.

To jest myślenie na zasadzie schematów, na zasadzie konia w kieracie. Konik jedzie sobie w poniedziałek do szkoły, we wtorek do szkoły, w środę, czwartek, piątek do szkoły, w sobotę ma przerwę, w niedziele do kościoła, w poniedziałek znowu do szkoły. Czasem pójdzie na wagary w poniedziałek, czasem w środę, czasem w niedzielę. Bez różnicy. A jak się wyrwie z kieratu, to ma wolne cały tydzień. Niedziela się już nie różni ani od poniedziałku, ani od soboty. Sobota trwa dwa miesiące. Tymczasem to nie jest myślenie katolika, to nie jest myślenie osoby wierzącej. Kościół w niedzielę to nie jest bowiem odpowiednik szkoły w tygodniu. Kościół to miejsce, w którym spotykamy się z naszym przyjacielem, którym jest Bóg. Są osoby, które powiedzą, że wolą iść do lasu porozmawiać z Bogiem. Odpowiemy, że po pierwsze najczęściej wcale nie wolą, tylko zwyczajnie im się nie chce. A po drugie – w lesie nie ma Boga dotykalnego w sakramentach. Zwłaszcza w sakramencie Eucharystii. Niedzielna msza święta, czasem nudna, czasem interesująca, jest naszym cotygodniowym łącznikiem z Panem Bogiem i łącznikiem na cały tydzień. Jest momentem odświeżenia naszej wiary, przypomnienia i przebaczenia naszych grzechów, zrozumienia Bożych słów. To nie jest coś, co sobie można odwalić w roku szkolnym, a potem zrobić przerwę, bo nikt nie sprawdza. W szkole dzwonków nie ma, ale dzwonek w kościele jest. Pan Bóg nie chce, żebyśmy sobie jechali i nie zabierali Go ze sobą.

Sytuacje są różne. Nie zawsze jest tak, że ktoś sobie odpuszcza niedzielną mszę świętą, bo są wakacje. Czasem normalnie chodzi do kościoła, niedziela to niedziela, ale oto wyrusza w podróż. Na przykład jest za granicą. Albo jedzie skądś dokądś i po drodze nie ma się za bardzo jak zatrzymywać. I oto w ten sposób, zamiast rozejrzeć się za miejscowym kościołem i za miejscową mszą świętą, daje sobie spokój, bo przecież nie będzie poświęcał całych swoich planów i czasu wakacyjnego na szukanie kościoła. Pamiętam doskonale jakiego miałem kaca moralnego, kiedy w tym samym roku, w którym szedłem do seminarium, wyjechałem z rodziną za granicę. W niedzielę akurat znaleźliśmy się w obcej miejscowości, w której były baseny i na te baseny się wybieraliśmy. Rzuciłem wówczas hasło, że wszak jest niedziela i należy poszukać kościoła. Padła odpowiedź, że tu w pobliżu nie ma kościoła. Rzekłem, że trzeba pojechać do najbliższej miejscowości i tam go odnaleźć. Zostałem jednak przegłosowany, a że nie miałem możliwości działać na własną rękę, zmuszony do rezygnacji z uczestnictwa w mszy świętej niedzielnej. Zaintrygowało mnie, jak łatwo można sobie odpuścić, kiedy się chce…

Pamiętam również doskonale moment, kiedy dotarliśmy pierwszy raz do Szkocji. Ja z moją wówczas jeszcze nie Małżonką mieliśmy priorytet: znaleźć lokalną parafię i dowiedzieć się, kiedy są msze. Daga kręciła nosem, pytając, czy nie możemy sobie tutaj odpuścić. Dla nas było rzeczą naturalną: skoro kochamy Pana Boga i chcemy z Nim wiązać życie, to nie możemy sobie zrobić wakacji od Niego. Niektórym z jakichś przyczyn nie mieści się w głowie podobne rozwiązanie. Kościoła szukaliśmy długo, spacerując w piątek (27 lipca) po Paisley, wreszcie znaleźliśmy go, chyba było już po zmroku. To była katedra św. Mirina, a więc najważniejszy kościół w diecezji Paisley. Ciekawe, ponieważ działał zupełnie inaczej, niż nasze polskie katedry. Uczestniczyliśmy tam w pięknych, radosnych mszach, choć w innym języku. Mimo, że dla niektórych taka determinacja była niezrozumiała.

Jutro pierwsza niedziela wakacji. Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły i pytanie, czy wybiegną też z kościołów. Czy tym razem także kościoły, nie tylko na Chomiczówce, będą puste, bo wakacje, wyjazd do babci, działki. Bo w wakacje są inne rzeczy do roboty, niż chodzenie do kościoła. Przypomina mi się też mój syn, który wie, mając 4 lata, że w niedzielę chodzi się do kościoła – i nawet to lubi. Wie też, że jak jest z dziadkami, tj. rodzicami swojej Żony, może kombinować i mówić, że mu się nie chce do kościoła. I ja wiem, że teraz, kiedy na początku wakacji wyjechał z nimi na wczasy, prawdopodobnie w jutrzejszą niedzielę w kościele go nie będzie.

Ja będę. Spotkamy się?

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Greatest Hits

W serialu „Lost” jeden z odcinków nosił tytuł „Greatest Hits”. Charlie, żegnając się w nim ze światem, tworzył prywatną listę najważniejszych, najpiękniejszych momentów swojego życia. Na pierwszym miejscu znalazł się moment, w którym poznał Claire, blond-włosą piękność, miłość jego życia.

Dziś mija sześć lat odkąd oficjalnie jesteśmy razem. Dla mnie to szczególna rocznica – jak każda trzecia rocznica naszego związku. Wprawdzie to jest dopiero druga trzecia rocznica, ale cieszę się, że jesteśmy już ze sobą te 2×3 lata. Sześć lat temu powiedziałem Ci przecież, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie. Ty wtedy odpowiedziałaś: „Powiesz mi to za 3 lata”, a ja: „Wtedy też Ci to powiem”. Powiedziałem, a od tamtego czasu kolejne 3 lata minęły. I z tej okazji postanowiłem zrobić moją własną listę Greatest Hits, podsumowującą sześć lat naszego „razem”, pokazującą to, w jaki sposób wpłynęłaś na mnie, na moje życie. Jak je zmieniłaś.

Lista jest prywatna i z pewnością nie zawiera wszystkiego, co mogłaby zawierać. Jest to 10 pozycji, które przyszły mi do głowy i które poszeregowałem rosnąco do najważniejszej. Nie zdziwię się, jeśli Twoja lista będzie inna. Dziś jednak zobacz, jak Cię odbieram i dlaczego tak bardzo Cię kocham, że chcę spędzić z Tobą życie.

10. Ono

Ostatnio czytałem wywiad z Szymonem Majewskim, w którym była mowa o akcji, w której bierze udział, mianowicie że książka to najlepszy sposób na podryw. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że przecież u nas też wszystko zaczęło się od książki. „Ono” pojawiło się w moim życiu przed początkiem naszego związku i również dlatego otwiera moją listę. Kiedyś, w maju jeszcze, czy może nawet w kwietniu, siedziałaś na wykładzie i czytałaś. Ja siadłem blisko, w odległości około jednej koleżanki i zapytałem, co czytasz. Oczywiście nie byłem w rzeczywistości zainteresowany tym, co czytałaś. Bardzo zależało mi po prostu, żeby z Tobą porozmawiać. Ty pokazałaś mi okładkę – to właśnie było „Ono” Doroty Terakowskiej. Lubiłem Terakowską, bo kiedyś prowadziła w „Przekroju” Muzeum Rzeczy Nieistniejących i wówczas nawet miałem z nią krótki kontakt e-mailowy. Powiedziałem więc, że będziesz mi musiała tę książkę pożyczyć. Odpowiedziałaś, że oczywiście mi pożyczysz. I w końcu tak to się zakończyło, że książka znalazła się u mnie. Później okazało się, że specjalnie czytałaś ją tak ostentacyjnie, żeby mnie nią zainteresować. I sobą także.

Sama książka była bardzo ciekawa. O zgwałconej nastolatce, która zachodzi w ciążę i przeżywa dylemat, czy dziecko urodzić. Taka „nasza” w treści. Jednak nie tyle sama książka wpłynęła na moje późniejsze postanowienia, co liczne dopiski ołówkiem. Twój prywatny sposób przeżywania tego, co czytałaś. Twój prywatny sposób kontaktowania się ze mną. Właściwie obie te rzeczy, jednocześnie. To sprawiło, że gdy na 54 stronie przeczytałem pierwszy dopisek (nie licząc wcześniejszego zaznaczenia dotyczącego bycia swoją mamą), że „Hm, chciałabym mieć kalejdoskop”, postanowiłem natychmiast kupić Ci pierwszy prezent ode mnie. I zamówiłem kalejdoskop na Allegro od jednego wytwórcy. Dalej mogłem się o Tobie dowiedzieć jeszcze więcej. Na przykład, że „The past will catch you up as you run faster”. Mnóstwo pozaznaczanych cytatów, które przysuwały mnie bliżej do Twoich myśli, Twoich interpretacji, tego kim jesteś i jaka jesteś. I wreszcie bardzo długi zaznaczony fragment ze stron 299-300: „Aby go było tylko tyle, żebyś czuło się wolne i aż tyle, żebyś chciało być ze mną. Tylko tyle, żebyśmy oboje wiedzieli, że poza nami jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy godnych uwagi, i aż tyle, żebyśmy pojęli, że te inne rzeczy będą piękniejsze, gdy będziemy je razem poznawać. I żebyśmy się zawsze nawzajem słyszeli i mówili do siebie, patrząc sobie w oczy, a wchodząc do domu, żebyśmy głośno tupali, wtedy nasze nogi będą sobie mówić: ‚Tak, to ja, oto jestem'”. Z dopiskiem od Ciebie: „Takie mniej więcej jest moje największe marzenie”. Właśnie wtedy wzruszyłem się najbardziej, pamiętam jak dziś. Właśnie wtedy postanowiłem spełnić z Tobą Twoje mniej więcej największe marzenie. Właśnie wtedy, nie rozmawiając z Tobą prawie wcale, znając Cię tyle, co nic, postanowiłem Cię pokochać. Właśnie wtedy Cię pokochałem i wtedy wszystko nabrało sensu. Tylko jeszcze na koniec, na stronie 459, przeraziłem się, bo zaznaczyłaś tekst „lubimy nietoperze” i dopisałaś przy nim „mhm :)”. Przypomniała mi się moja pierwsza narzeczona, jej fascynacja nietoperzami. To Twoje „mhm” było dla mnie jak cięcie nożem, ponieważ ona wolała Snape’a i innych przerośniętych nietoperzy ode mnie. Ale mimo Twojego „mhm” postanowiłem zaryzykować. Pozostać przy dziewczynie, z którą jeszcze nawet nie rozmawiałem. Zacząć wszystko od początku i wyjść z bagienka. 26 czerwca znałem Cię troszkę lepiej, byliśmy na kilku randkach i powiedziałem chłopakowi, który chciał Cię zabrać na spacer, że „ona jest zajęta”. Potem powiedziałem, że Cię kocham. Ale kochałem Cię już wcześniej. Dzięki „Ono” i temu, że zdążyłaś mi nim tak wiele opowiedzieć.

Ostatecznie na szczęście okazało się, że nie jesteś Snaperką. Tylko po prostu lubisz nietoperze.

„Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?
Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop”

9. Studia teologiczne

Ty nie studiowałaś teologii, choć przecież też o tym myślałaś. Ja zacząłem je zaraz po maturze, na długo przed naszym spotkaniem. Chciałem zostać księdzem, więc wstąpiłem do Seminarium w Radomiu, a tam zafascynowałem się studiami teologicznymi. Niestety, założyłem bloga, który nie spodobał się przełożonym (konkretnie jednemu przełożonemu) i zostałem pozbawiony uczestnictwa w formacji teologicznej i ukochanych studiach. Potem przez dwa lata błąkałem się między Rzgowem a Łodzią, studiowałem polonistykę zaocznie, potem stosunki międzynarodowe (które miały być japonistyką), ale żadne z powyższych nie zainteresowały mnie tak, jak teologia. Na stosunkach międzynarodowych spotkałem jednak Ciebie i postanowiłem spróbować. „Ono” pomogło mi Cię pokochać, jednak dopiero potem, po pierwszym (zakończonym niepowodzeniem) zaproszeniu Cię na randkę, trafiłem na Twój blog. A tam – facet w niebieskich koszulach i ten sam facet z tałką. „Twój” facet z tałką. Byłem wstrząśnięty, bo ja już się Tobą fascynowałem, ale nie miałem pojęcia, że Ty fascynujesz się mną. Byłem przerażony, bo wtedy już wiedziałem, że wyjeżdżasz z Łodzi, jedziesz szukać swoich wymarzonych studiów w Warszawie. Z przerażeniem zagadałem z koleżanką i powiedziałem, że już za późno. Że wszystko straciłem – a to była moja jedyna szansa. Koleżanka odpowiedziała: „Dlaczego wszystko straciłeś? Jedź z nią do tej Warszawy!”. To było jak grom z jasnego nieba. Zrozumiałem, że odpowiedź była tam, gotowa i czekała na odkrycie: zupełnie zwyczajnie zostawić Łódź i pojechać za Tobą. Następnego dnia dzwoniłem na UKSW. To był jedyny i niepowtarzalny moment, by wrócić na teologię. By skończyć studia, których tak bardzo pragnąłem. Dziekanat powiedział, że przyjmą mnie na 2 rok. Poinformowałem Cię o tym w komentarzach – że jadę z Tobą i że już wiem, że mnie przyjmą. Zbiłem Cię z tropu. Przecież właściwie się nie znaliśmy. Ale ja wiedziałem, że dla mnie to jest jedyna szansa, by złapać dwie sroki za (jeden) ogon. Żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. „You can have your cake and eat it”. Być z najbardziej idealną kobietą na świecie i skończyć wymarzone studia.

Skończyłem je. Dzięki Tobie. Cała przygoda z teologią to przygoda z Warszawą. Najpierw Bródno, potem Chomiczówka. Szybkie, dynamiczne zmiany w naszym życiu. I wiem, że to jeszcze nie koniec. Przede mną doktorat, muszę tylko wyczuć odpowiedni moment, żeby nań wskoczyć. Ale wiem, że to wszystko Twoja zasługa. Ty dałaś mi odwagę, żeby rzucić wszystko, zacząć od nowa, żeby postawić ponownie życie na ostrzu noża. Nawet jeśli życzliwi ludzie komentowali to tak: „Co roku powtarza się ta sama historia. Dziewczyna cię rzuca (tzn. trudno powiedzieć kto kogo rzuca), ty masz doła i zmieniasz studia. Może zmienił byś coś naprawdę?”. Zmieniłem naprawdę. Jestem teologiem (wybitnym) i mam (wybitną) Żonę. I dobrze mi z tym.

8. Filmy, które razem obejrzeliśmy

Jedną z rzeczy, które nas łączą, jest zamiłowanie do podobnych filmów i seriali. Wiele naszych randek to wypady do kina. Wprawdzie pierwsza nasza randka swój przebieg znalazła w parku na Stokach, a nie w sali kinowej, jednak już wkrótce poszliśmy razem na Piratów z Karaibów 3. A może to był Shrek 3? Nie pamiętam kolejności, ale pamiętam jak długo nie mogłem odważyć się, żeby schwytać Cię za dłoń. Przeczytałem bowiem kiedyś u Ciebie na blogu, że lubisz chodzić do kina z koleżankami, ponieważ nie obłapiają po rękach w czasie seansu i można się skupić. Zrozumiałem przez to, że nie lubisz, więc się wzbraniałem – a Ty czekałaś, kiedy się wreszcie zdecyduję. Po drugiej randce kinowej chyba pierwszy raz się pocałowaliśmy. Kiedy już odprowadziłem Cię do domu. Ale szczerze mówiąc – nie pamiętam.

Od tamtej pory zdążyliśmy już obejrzeć Piratów z Karaibów 4, Shreka 4 i szereg innych filmów. Wszystkie filmy Pixara, jeszcze zanim urodził się nasz syn, kolejny fascynat Buzza i Chudego. Kreskówki Dreamworks, już nie tak nałogowo i nie wszystkie, ale nadal sporo. Epoka Lodowcowa. Ogólnie kreskówki. Ale przecież nie tylko. Kiedyś mieliśmy fazę na komedie romantyczne. Głupie, polskie komedie klasy B, ale i zagraniczne. Po obejrzeniu „Rozważnych i romantycznych. Klub miłośników Jane Austen” tak się zafascynowałem pomysłem, że sam chciałem zakładać kółko literackie imienia Doroty Terakowskiej. „PS. Kocham Cię” zaintrygowała nas nie tylko jako umiejętne rozegranie wątku romantyczno-komediowego przy uprzedniej śmierci jednego z małżonków. W postaciach dostrzegliśmy też analogię do nas samych.

Filmami fantasy chyba ja Cię zainteresowałem. Dzięki mnie obejrzałaś „Gwiezdne Wojny”. Razem widzieliśmy „Władcę Pierścieni” i krytykowaliśmy „Hobbita”. „Gwiezdny Pył” nas oczarował, wracamy do niego z radością. Do tego dochodzą filmy przygodowe o poszukiwaczach skarbów. Klasyczny „Indiana Jones”, ale również „Skarb Narodów” i „Bibliotekarz”, bardziej nowoczesne odpowiedniki. Wreszcie seriale, kupowane nałogowo na DVD, również w wersji zagranicznej, jeśli w Polsce nie wyszły. „Lost: Zagubieni”, będący inspiracją tego wpisu. Później „Prison Break”, sprowadzani zza granicy „Sliders” poleceni przez Ciebie, na koniec „Fringe”. Czekam jeszcze na „Doctor Who?”, może i Tobie się spodoba.

Oglądane przez nas filmy są nie tylko elementem naszych wspólnych zainteresowań, ale także inspiracją dla przemyśleń i dyskusji, w których czasem się nie zgadzamy. Tak było ze „Szkołą uwodzenia”. Jednak najczęściej zdanie mamy podobne. Czasem pozytywne, jak w kwestii „Wpadki”. Czasem negatywne, jak przy „Robin Hoodzie”. Czasem zaś tak zachwycamy się wspólnie jakimś filmem, że staje się nie tylko pomysłem na tytuł notki, lecz czymś, co ujmuje określony problem w sposób doskonały. „To właśnie miłość”

7. Pierwszy wyjazd do Szkocji

Kiedy poznaliśmy się i zaczęliśmy być ze sobą, ja akurat wybierałem się na zarobek do Wielkiej Brytanii. Miałem tam przepracować wakacje i wrócić ubogacony. Po kilku poważnych burzach nasz związek się mocniej utwierdził i rzutem na taśmę postanowiłaś jechać ze mną, oczywiście wyłącznie po to, by zwiedzić Szkocję, o czym zawsze marzyłaś. Pojechaliśmy we troje, jeszcze z Dagunią, naszą koleżanką z uczelni, którą wcześniej oboje opuściliśmy (uczelnię, nie Dagunię; do tego Dagunia nie opuściła uczelni). To był dla nas prawdziwy chrzest bojowy i sprawdzian trwałości naszego związku. Zamieszkaliśmy razem po raz pierwszy, jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy i wtedy też zaczęła się polemika na temat mieszkania razem przed ślubem i czy to się może łączyć z trzymaniem rączek przy sobie. Nie zarobiliśmy ani grosza – w jedynej pracy, w której mnie chciano, poszukiwano kogoś przynajmniej na pół roku. Ale nie przechlapane pieniądze, nie nasze zresztą, były w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejsze było wprowadzenie codziennych rytuałów, wspólnego spędzania czasu. I to, że wtedy właśnie powiedziałaś mi, że mnie kochasz. A wiedziałem, jak poważne są to dla Ciebie słowa. I wiedziałem, że jeśli mówisz mi to, to mówisz to na serio. Kilka dni później byliśmy już zaręczeni.

Leżeliśmy sobie w kuchni na materacu i o czymś rozmawialiśmy. Ty w pewnym momencie powiedziałaś: „Ja się z tobą ożenię. To znaczy nie, ja wyjdę za ciebie, jeśli tylko mnie zechcesz”. Zdziwiony podjąłem temat, pytając czy masz świadomość, co przed chwilą powiedziałaś. Następnie, na wszelki wypadek, dopytałem jeszcze, czy za mnie wyjdziesz. Zgodziłaś się, oczywiście. Tak też dotrzymałem mojej wewnętrznej obietnicy, powodowanej dwukrotnym błędem, że nigdy więcej nie oświadczę się po trzech miesiącach związku. Oświadczyłem się po jednym.

Pierścionek mieliśmy kupić za pierwszą wypłatę, której nie dostaliśmy. Zamówiliśmy go już i postanowiliśmy, że ze Szkocji bez niego nie wyjedziemy. Więc wzięłaś pieniądze z bankomatu i wróciłaś z pierścionkiem. Ja go wykupiłem, a potem jeszcze odegrałem scenę na środku ulicy, z klękaniem i wręczaniem pierścionka. Jedna pani pomyślała, że to na serio i cofnęła się, żeby nam pogratulować. W sumie to było na serio. Tylko po raz drugi.

Ze Szkocji pozostało nam zamiłowanie do Nando’sa, w którym nie dostaliśmy właśnie pracy, za to dostaliśmy sosy peri-peri i jedliśmy je później, a jeszcze później kupiłem je w Warszawie, w Kuchniach Świata i jemy je do dzisiaj. A wtedy nawet nie mieliśmy za co spróbować, jak w tym Nando’sie karmią. Rozmiłowaliśmy się też w Subway’u, którego i w Polsce jadamy. Ja zamarzyłem o Doctorze Who po obserwowaniu wystawy w połączonym z biblioteką publiczną muzeum. W bibliotece korzystaliśmy za darmo z internetu. Wyjeżdżaliśmy zmienieni, poważniejsi. I smutni, że już nie mamy za co przedłużyć pobytu. I że musimy uciekać ze Szkocji.

6. Wspólne pragnienia

To jeden z tematów, który obejmuje ogólnie całokształt naszego istnienia. Naszego związku, od początku, aż do teraz. Zawiera się w tym Twoje mniej więcej największe marzenie zaznaczone w „Ono” i wszystko, co wokół niego. Wchodzą w to wszystkie oczekiwania dotyczące życia i przyszłości – te prozaiczne i te bardziej wzniosłe. Oboje na przykład pragniemy spokojnego, cichego życia w domku na wsi. Z ogrodem, do którego można wyjść zawsze i można dzieci wypuścić, z psem. O basenie marzę sobie sam, ale raczej nic i tak z niego nie będzie. Pragniemy jednak też żyć w przyjaźni z Bogiem. Być ortodoksyjnymi katolikami, trzymającymi się Kościoła, choć nasze wychowanie katolickie było pełne luk. Właśnie dlatego zeszliśmy się – bo oboje szukaliśmy sposobu, by umieścić Boga na pierwszym miejscu. Pragnęliśmy, by wszystko znalazło się tam, gdzie trzeba i udało się, bo zaczęliśmy być ze sobą z założeniem, że oddamy nasz związek Bogu. Oczywiście nie było łatwo. I nadal nie jest. Ale staramy się, by to pragnienie się wypełniało.

Od początku, nieco przewrotnie, pragnęliśmy mieć katolicką rodzinę pełną dzieci. I od początku zakładaliśmy, że to będzie nasza wspólna rodzina. Kiedy na drugiej randce zapoznawałem Cię z Albinem weszliśmy w temat gotowania. Okazało się, że żadne z nas tego nie potrafi. Zapytałem wtedy: „To kto będzie u nas gotował?”. I zdziwiło nas to dopiero jakiś czas później. Już wtedy, choć jeszcze nie do końca dogadując to, pragnęliśmy wziąć ślub. Pierwsza wyprawa do Szkocji tę sprawę wyciągnęła z ukrycia.

Pragnęliśmy katolickiej rodziny i pragnęliśmy jej szybko. Dlatego oboje chcieliśmy mieć dziecko zaraz po ślubie. To też nam się udało. Nasz Synek urodził się w niecałe 9 miesięcy po zawarciu przez nas sakramentu małżeństwa, co może się wręcz wydawać podejrzane osobom, które nie znają się na NPRze. A potem nasze pragnienia doprowadziły do pojawienia się Córki. Bóg jeden wie zaś kto będzie następny…

Wspólne pragnienia pchają nasz związek do przodu. Pragnienie wyjazdu we dwoje do Paryża, pragnienie wybudowania domu, kupienia samochodu. Pragnienie powiększenia rodziny i wychowania dzieci na dobrych katolików. Ale najważniejsze, że mamy jeden wspólny cel. Tym celem jest zbawienie, a małżeństwo nasze jest drogą do zbawienia. Pragniemy zatem być zbawieni. Razem, jak na katolickich małżonków przystało.

5. Domowy Kościół

We wcześniejszej młodości przechodziłem przez różne wspólnoty katolickie. Nie licząc wspólnoty seminaryjnej i ministranckiej zetknąłem się na rekolekcjach z Rodzinami Nazaretańskimi, należałem do wspólnoty św. Franciszka, tuż przed poznaniem Cię w Łodzi zaś do Neokatechumenatu. Nigdy nie byłem w Oazie (czyli w Ruchu Światło-Życie), ale męczył mnie zarówno Neokatechumenat, jak i Rodziny Nazaretańskie. U Franciszka było mi najlepiej – miał taki oazowy klimat. I jakoś zawsze wiedziałem, że mój klimat jest w Ruchu. Ty zaś skończyłaś całą formację młodzieżową i w pewnym momencie stwierdziłaś, że jak już będziesz miała męża, to wstąpisz do Domowego Kościoła. Miałaś też krucjatę, którą ja od dawna pragnąłem podpisać.

Kiedy zaczęliśmy być ze sobą, opowiedziałaś mi to wszystko i zafascynowałaś mnie. Znalazłaś niewypełnioną deklarację członkowską KWC i niedługo przed ślubem nareszcie ją podpisałem. Jednak kiedy wzięliśmy ślub, nie spieszyliśmy się ze znalezieniem wspólnoty. To ona znalazła nas. Małżeństwo moich znajomych z teologii pragnęło również należeć do Domowego Kościoła i szukali chętnych do wspólnego założenia wspólnoty. Natychmiast na to przystaliśmy.

Mówią, że człowiek może być zbawiony nie należąc do żadnej wspólnoty, ale to prawie niemożliwe. Oczywiście jest to duża przesada i żart, ale ma w sobie to coś. Comiesięczne spotkania bowiem sprawiają, że człowiek bardziej się mobilizuje do pracy na co dzień. Zobowiązania Domowego Kościoła pomagają w utrzymaniu dobrej relacji z Bogiem, ze współmałżonkiem, ale i z dziećmi, i z innymi ludźmi. A coroczne rekolekcje budują i dają moc na kolejny rok pracy nad sobą i współpracy z Panem. Gdyby nie Ty i to, że możemy należeć do Domowego Kościoła razem, nie wiem, gdzie byśmy teraz byli. Z pewnością nie tak blisko siebie i nie tak blisko Boga.

4. Jedność myśli

Na początku naszego związku i naszego małżeństwa zarzucano mi, że Cię zmanipulowałem, ponieważ dotychczas myślałaś tak, jak chciałaś, a teraz myślisz tak, jak ja uważam. To oczywiście nieprawda i sama dobrze o tym wiesz. Walczyliśmy z tym poglądem, choć najważniejsze było, że oboje znaliśmy prawdę. Tak naprawdę to my zwyczajnie myślimy tak samo. Nie, nie jest to wcale jakiś tajemniczy sposób porozumiewania się bez słów. Nie rozumiemy się intuicyjnie. Ale od początku w wielu znaczących i mniej znaczących sprawach zgadzamy się ze sobą niemal doskonale. Myślimy w ten sam sposób o problemach etycznych, jak aborcja, eutanazja, homoseksualizm. Zgadzamy się doskonale w kwestii antykoncepcji – jeszcze zanim się zeszliśmy, oboje przeszliśmy gruntowne studium tematu, a potem było tylko lepiej. Rozumiemy się świetnie w temacie wychowania dzieci, stosujemy podobne metody, choć nie zawsze prawidłowo. Ale trzymamy w tym temacie wspólny front, co każdemu wychodzi na zdrowie. Jeśli chodzi o bicie dzieci – owszem – również oboje z założenia tego nie robimy. Wcale tego wcześniej nie omawialiśmy!

Zgadzamy się i rozumiemy w tematach politycznych. Czytamy tę samą prasę, oglądamy te same programy, oburzamy się tymi samymi medialnymi doniesieniami. To niby proza. Każde małżeństwo powinno mieć taką jedność myśli. Ale sądzę, że właśnie dlatego jesteśmy stosunkowo udanym małżeństwem. Ponieważ w tak wielu tematach się rozumiemy i zgadzamy, że liczni nasi dyskutanci zarzucali mi manipulowanie Tobą. I ostrzegali, by nie zniszczyć dzieci w ten sam sposób…

3. Narodziny dzieci

Dwa różne momenty, dwie różne chwile, każda zupełnie inna, a jednak podobne. Oba te momenty wrzuciłem do jednego punktu, bo żadne z moich dzieci i żaden z ich porodów nie są dla mnie ważniejsze. Te momenty naszego wspólnego życia znajdują się na trzecim miejscu także dlatego, że uczestniczyliśmy w nich oboje. Jestem zwolennikiem i wielkim orędownikiem porodów rodzinnych nie dlatego, że taka teraz jest moda. Moda przychodzi i odchodzi. Teraz na przykład jest znowu moda, żeby rodzić z mamą albo przyjaciółką. Ja jednak jestem zdania, że w porodzie powinien uczestniczyć mąż równo z żoną, ponieważ poród jest jednym z najtrudniejszych momentów w życiu kobiety. A mężczyzna obiecuje przecież kobiecie w dniu ślubu, że będzie się o nią troszczył w zdrowiu i w chorobie, i że nie opuści jej aż do śmierci. Miejsce mężczyzny nie jest tylko przy pięknej, wymakijażowanej kobiecie. Jego miejsce jest przede wszystkim przy kobiecie cierpiącej. Wtedy ona potrzebuje jego wsparcia. I dlatego byłem już z Tobą dwa razy i zamierzam być więcej.

Syn rodził się w 2009 roku, w Szpitalu Świętej Zofii. Była noc, poród w pojedynczej sali był jeszcze płatny (drogo płatny, musiałem odłożyć niezłą sumkę), a my korzystaliśmy z udogodnień świetnego szpitala i razem czekaliśmy na Syneczka. Moment, gdy wreszcie wystawił główkę i pojawił się po tej stronie brzucha był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Bardzo się cieszę, że byłem tam wtedy z Tobą. Że byliśmy tam razem. Nigdy bym z tego nie zrezygnował.

Córka urodziła się w 2012 roku, w tym samym szpitalu. Był dzień, a sala nie była już płatna. Do tego była nowa, większa i posiadała jeszcze więcej dogodności i sprzętu. Trudno w to uwierzyć – pierwsza sala 3 lata wcześniej już wydawała się niemal idealna. Tym razem urodziliśmy szybciej, bardziej świadomie, bardziej spokojnie i – chyba – jeszcze mniej boleśnie. Córcia urodziła się do wanny, w wodzie. I tym razem wzruszyłem się. Bycie przy tym, jak rodzą się własne dzieci, to coś, czego ojciec powinien doświadczyć.

Rodzinny poród nie wywołał we mnie wstrętu ani obrzydzenia. Nie patrzę przez to na Ciebie jak na matkę, ale nie żonę. Wręcz przeciwnie – teraz, dzięki naszemu wspólnemu przejściu przez przybycie naszych maluszków na tę stronę brzucha, podobasz mi się jeszcze bardziej. Dla mnie zawsze byłaś najpiękniejsza, ale teraz piękniejesz jako dzielna, silna matka i troskliwa żona. Albo na odwrót. Gorąco pragnę powtórzyć to jeszcze. Wcale nie jeden raz.

2. Drugi wyjazd do Szkocji

Kiedy powiedziałem Ci po raz pierwszy, że Cię kocham, odpowiedziałaś, że powiem Ci to za trzy lata. Odparłem, że „Wtedy też Ci to powiem”. Jak obiecałem, tak też zrobiłem. Fundując Ci jednocześnie podróż-niespodziankę sentymentalną. Wróciliśmy tam, gdzie spędziliśmy najwspanialsze zarobkowe wakacje, w czasie których nic nie zarobiliśmy. Oczywiście Ty do samego końca nie wiedziałaś, dokąd jedziemy.

Ten wyjazd śmiało mogę nazwać przygodą naszego życia. Zostawiliśmy rocznego Synka z dziadkami, a sami wsiedliśmy w pociąg do Berlina. Tylko ja miałem plan podróży. I zaczęło się przeskakiwanie z pociągu do pociągu. W Berlinie przesiedliśmy się do szybkich kolei i już do samego Glasgow mknęliśmy 300 km/h. Po drodze, zamiast w Paryżu, nocowaliśmy w Saarbrücken – koleje francuskie miały strajk. Natychmiast pokochałem to miasto. Następnego dnia rano musieliśmy jednak dostać się do Paryża, żeby kupić kuzynowi upragniony krawat. Zakupu dokonaliśmy i pomknęliśmy do Londynu pod Kanałem La Manche. A potem do Glasgow, a z Glasgow do Paisley.

Dawne wspomnienia odżyły. Tym razem, ze zdecydowanie słabszą kondycją fizyczną, wszędzie jeździliśmy autobusami – poprzednio te dystanse pokonywaliśmy pieszo. Mieszkaliśmy we wspaniałym hotelu i jedliśmy w pysznej restauracji hotelowej. Odwiedziliśmy też naszą kamienicę przy 19 Neilston Road, w której poprzednim razem wynajmowaliśmy mieszkanie. Zjedliśmy wreszcie w Nando’sie, tym samym, w którym poprzednio miałem pracować. I, nareszcie, po trzech latach, powiedziałem Ci, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie.

Od tamtej chwili minęły kolejne 3 lata. W tym roku nigdzie nie wyjechaliśmy, jesteśmy w Warszawie, a ja piszę tę notkę. Być może wyjedziemy gdzieś później. Teraz zastanawiamy się, jak to możliwe, że do tamtych trzech lat, które wydawały się punktem niezwykle odległym, doszły kolejne trzy. Ale właśnie ze względu na te trzy tak bardzo zależy mi na dzisiejszej rocznicy. Bo dziś znów Ci to powiem…

„Your lipstick stains on the front lobe of my left side brains
I knew I wouldn’t forget you, and so I went and let you blow my mind
Your sweet moon beam, the smell of you in every single dream I dream
I knew when we collided, you’re the one I have decided who’s one of my kind

Hey soul sister,
ain’t that Mr. Mister on the radio,
stereo,
the way you move ain’t fair,
you know!
Hey soul sister,
I don’t want to miss
a single thing you do…
tonight”

1. Ślub

Nasz ślub nie był wcale najbardziej emocjonalnym momentem naszego wspólnego życia. Choć oczywiście był bardzo emocjonalny – sam płakałem jak bóbr. Nie był też zdecydowanie najbardziej interesującym momentem. Z całą pewnością pociągnął za sobą mnóstwo nieprzyjemności, w tym odnowienie i przetasowanie układów rodzinnych, dyskusje na temat alkoholu (albo wódka, albo my), ale też mnóstwo radości, jak wesołe tańce z rodzicami, z rodzeństwem. Ten moment nie był ani dość emocjonalny, ani dość interesujący, by trafić na pierwsze miejsce.

Ten moment był jednak najważniejszy. Krótka chwila i przysięga złożona przed ołtarzem odmieniła wszystko na zawsze. Wcześniej byliśmy tylko narzeczeństwem, byliśmy nim zdecydowanie za długo, teraz staliśmy się małżeństwem. To nie było tylko proste, nic nie znaczące „tak”, to było sakramentalne „tak”, to był początek nowego życia. Ksiądz Adam zapytał mnie w czasie kazania, czy kiedyś widziałem cud. Kiwałem głową, niby na tak, ale jednak na nie. On odparł, że cud właśnie tu się dokonał. Że to, że udzieliliśmy sobie nawzajem sakramentu małżeństwa sprawiło, że dokonał się cud, bo Bóg połączył nas w jedno.

To był początek naszej dobrej, wspólnej drogi. Niedługo minie pięć lat. Na naszym koncie ukończone studia, dwoje urodzonych i ochrzczonych dzieci, wiele pięknych i wiele trudnych chwil, rozmów. Pragnę, by było ich więcej. Codziennie więcej. Byśmy mogli obchodzić 10, 25 i 50 rocznicę małżeństwa. Byśmy mogli obchodzić 9, 15 i 30, a wreszcie 60 rocznicę związku. Bo, nawet kiedy jestem Ci obcy, nawet kiedy doprowadzam do kłótni, to pamiętaj, że bardzo Cię kocham. I zawsze będę Cię kochał.

To jest moje Top Ten. To są moje Greatest Hits. Nie znalazło się tu wiele rzeczy. Władysławowo, Pobierowo, koncert Coldplay. Dixit, Carcassonne… I oczywiście Majówka u Cytrynnów. Pewnie mógłbym długo wymieniać. Twoje największe przeboje naszego związku mogą być zupełnie inne. Mam jednak nadzieję, że lata przed nami sprawią, że lista ta będzie się zmieniać, przestawiać. Że jej numerki będą się przemieszczać.

A najważniejsze w tym wszystkim, że już zawsze będziemy się kochać. Tak, jak kochamy się teraz. Tak, jak przysięgaliśmy sobie na ślubie.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Hormony, feromony i potęga podświadomości

To jest hasło, którym zwykłem określać wszystkie zewnętrzne, choć jednocześnie wewnętrzne czynniki mające wpływ na ludzkie decyzje. Zewnętrzne, ponieważ nie mamy wpływu na ich działanie, są od nas niezależne: one wpływają na nas, my nie wpływamy na nie. Wewnętrzne, ponieważ pochodzące od czynnika ludzkiego, pochodzące od nas samych. Taki pasożyt, kosmita-zombie, który żyje w nas i w nas się naprodukowuje, a my nie mamy nic do powiedzenia. Przy tym wszystkim jestem wielokrotnie zadziwiony, że nie nazwałem dotąd żadnej notki w ten sposób, a hasło pojawia się tylko raz i to w jednej z najnowszych notek. Hasło „hormony, feromony i potęga podświadomości” towarzyszyło mi bowiem wielokrotnie przez długi czas zmagań w kwestii mieszkania narzeczonych razem przed ślubem. Czyli jakieś 5-6 lat temu.

Ta notka nie ma być kolejną próbującą przekonać o nieszkodliwości wspólnej kohabitacji. Wystarczająco dużo o tym pisałem, a ostatnio opowiedziałem się przeciw (nie do końca, ale podałem argumenty dla mnie logiczne). Choć temat powrócił w czasie kolejnej dyskusji na ten sam temat. Rozmawiałem z koleżanką, że nie widzę nic przeciwko mieszkaniu wspólnemu narzeczonych, o ile ci narzeczeni żyją jednocześnie w czystości. Koleżanka stwierdziła, że każdy normalny, zdrowy mężczyzna prędzej czy później spróbuje uwieść swoją przyszłą żonę, jeśli będą mieli mieszkać wspólnie. Odparłem, jak to już miewam w zwyczaju, że w takim razie jestem chorym mężczyzną, a do tego nienormalnym, skoro mimo mieszkania z narzeczoną zachowałem czystość, a po ślubie urodziła dwójkę dzieci (a więc nie jestem – jak powiadali niektórzy – aseksualny).

Trudne te słowa i dość osobiste, ale odważam się je tu zamieścić, bo wielokrotnie w dawnych latach już na blogu padały. Są konieczne, by podkreślić to, do czego dążę: że żaden zdrowy, normalny mężczyzna nie musi się nigdy i do nikogo dobierać, przed, po i w trakcie ślubu. Normalny, zdrowy mężczyzna nie ma buraczanych potrzeb, jak mawiał ksiądz Mieczysław Maliński, które niby sprawiają, że musi podjeść dobrze i z kimś się przespać. O ile bowiem jedzenie jest potrzebą – bez tego się umrze – ale nie musi być to, po męsku rozumiane, dobre jedzenie (golonka i Magdoland), o tyle seks (zwany także współżyciem seksualnym) nie jest żadną potrzebą. Potrzebą nawet nie nazwałbym współżycia małżeńskiego. W małżeństwie jest potrzeba bliskości i jedności ze współmałżonkiem, która może się objawiać poprzez współżycie – to jest jeden z najdoskonalszych sposobów spełnienia potrzeby bliskości. Żaden mężczyzna jednak nie potrzebuje współżyć seksualnie, bo nie jest pustym zwierzakiem.

Człowiek – zarówno mężczyzna, jak i kobieta – to jedność trzech. Te trzy zwane są przez św. Pawła duchem, duszą i ciałem. Nie jest tak, jak przyzwyczailiśmy się dzięki Augustynowi podążającemu za Platonem, że człowiek to dusza i ciało, czy może właściwie dusza w ciele, lecz trzy: duch, dusza i ciało. Filozofowie i teologowie wierni nauczaniu Pawła interpretują te trzy jako rozum, wolę i uczucia. Dla psychologów będzie to z kolei psychika, duchowość i cielesność. Skupmy się na pierwszej interpretacji. Człowiek nie jest jak zwierzę, które ma dwie rzeczy: uczucia i instynkty. Instynkty są odpowiedzią mózgu zwierzęcia na pobudki uczuć. Dlatego pies, który się boi, schowa się za fotel, a ten, który wyczuje suczkę w rui, idzie w tango. Człowiek też ma instynkty wynikające z uczuć, ale nawet jakby chciał, nie będzie się tymi instynktami kierował. Człowiek bowiem, nawet jakby nie zamierzał, każdą pobudkę swojego instynktu weźmie pod rozważanie, w myśli, choćby bardzo krótko, rozważy za i przeciw, wreszcie podejmie decyzję z instynktem związaną. Choćby działo się to w ułamku sekundy, zdrowy człowiek (nie dotykam tu osób upośledzonych, czy chociażby tych pod wpływem narkotyków), nawet podążając za instynktem zrobi to świadomie.

Są setki, tysiące impulsów, pochodzących z zewnątrz i mających wpływ na ludzkie działanie. Są setki i tysiące impulsów, które organizm człowieka sam wysyła, w swoją stronę (hormony) czy w stronę drugiego człowieka (feromony), niezależne od człowieka, więc i zewnętrzne. Hormony produkowane w przysadce mózgowej czy trzustce są dla nas impulsami do działania, czy do zaprzestania działania. Wywołują stres, strach, przypływ energii – to, co nazywamy uczuciami. Feromony rozsyłane w powietrzu, połączone z krótką mini, dużym dekoltem, zwłaszcza w taką jak dziś pogodę, rozgrzewają zmysły, wywołują silny pociąg. Wreszcie nasza podświadomość, pamięć z wczesnego dzieciństwa, wyuczone schematy działań, zegar biologiczny – motywują nas do działania, którego nie zawsze rozumiemy. Uczucia, uczucia, uczucia – niezależne od nas. Ale my, ludzie, nie jesteśmy zwierzętami. Mamy rozum, na mocy którego rozważamy, co dane uczucie może dla nas oznaczać. Czasem robimy to dłużej, czasem krócej, ale nigdy bez zastanowienia. Myślimy, bo jesteśmy ludźmi. Takimi nas Pan Bóg stworzył. Wreszcie, rozważywszy całość, wszystkie za i przeciw, podejmujemy decyzję o działaniu. Ponieważ oprócz rozumu mamy jeszcze wolę. Decydujemy, czy, kiedy podchodzi do nas na ulicy, w upalny dzień, szkolna miłość i, rozsyłając wokół siebie niewyczuwalny zmysłami zapach, kusi długością swych nóg, a nasz organizm reaguje uderzeniem hormonów do mózgu, zalewając nam wzrok i słuch, pójść z nią w tany, czy nie. Nie mamy buraczanych potrzeb. Woda postawiona na ogniu nie musi się zagotować, bo my nie jesteśmy czajnikiem z wodą, my decydujemy czy i kiedy ten czajnik z ognia należy zdjąć.

Mogę mieszkać z piękną kobietą, przytulać się do niej i spać z nią, ale to nie znaczy, że muszę się do niej zbliżać na mocy jakichś niedookreślonych, nieistniejących buraczanych potrzeb. Mam żonę, która kiedyś była moją narzeczoną, która miewa lepsze czy gorsze momenty, która miewa najróżniejsze momenty cyklu, która bywa w połogu. Gdybym miał się kierować hormonami, feromonami i potęgą podświadomości, musiałbym często moją żonę krzywdzić. Ale jestem człowiekiem, dorosłym i świadomym, potrafiącym decydować o swoim życiu. Nie kieruję się instynktami czy buraczanymi potrzebami (choć lubię zjeść i goloneczkę, i McDonalda) i nie mam – nigdy nie miałem – problemu z panowaniem nad sobą. Kiedy jeszcze trwałem w narzeczeństwie mówiono mi, że walka ze swoim popędem doprowadzi do stresów związanych ze współżyciem w małżeństwie, że ostatecznie wpłynie na nieudane życie seksualne. Nic takiego się nie stało – i ja wiedziałem, że nic takiego się nie stanie. Głównie dlatego, że ja nie walczyłem ze swoim popędem. Nigdy nie walczyłem, bo nie musiałem walczyć. Zwyczajnie, ze względu na to, że jestem osobą myślącą i świadomą, potrafiłem i potrafię nad swoim popędem panować.

Człowiek jest istotą myślącą i decyzyjną. Nie rządzą nim hormony, feromony, potęga podświadomości, uczucia i ciepłe powietrze. Człowiek decyduje o sobie i ważne, by decydował mądrze. Potrafi zdecydować z kim, kiedy i dlaczego pójdzie do łóżka.

Jeśli nie potrafi, najwyższy czas, by się nauczył.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Bo Spike

„Diabeł nosi pumpy, pentagramy na portkach, diabeł lubuje się w czarnych kolorach. Czarny jak piekło, czerwony jak ogień, demoniczne dziwne rzeczy. Lecz niczego się nie bójcie”.

Tak w pewnym internetowym hicie VJ Dominion zinterpretował słowa księdza Natanka, znanego ze swoich kontrowersyjnych słów odnośnie subkultur, japońskich animacji, gier komputerowych i ich powiązań z diabelskimi mocami. I choć ksiądz Natanek utracił pozwolenie na wypowiadanie się w imię Kościoła, to wielu katolików, w nieco może mniej kontrowersyjny sposób podąża za głoszonymi przez niego hasłami. Rozglądają się wokół i wszędzie widzą diabła, wszystko może być źródłem opętania. Tak oto ksiądz Aleksander Posadzki ostro walczy z przejawami magii, np. z Harrym Potterem, Małgorzata Nawrocka pisze powieści antymagiczne, dorośli ludzie odchodzą od czytania dzieciom bajek, bo tam jest magia. Oczywiście to jest ta „dobra” magia, w odróżnieniu od „złej” magii Pottera, bo to magia bajkowa, ale dziś wróżka dziecku może się kojarzyć z wróżbitami z telewizji, a nie z matką chrzestną Kopciuszka. Hello Kitty to już legenda – jej twórca miał podpisać pakt z demonem, by leczyć chorą córkę, albo – z innej strony – postać nie ma ust, bo miała być stworzona na podstawie dziewczynki, której zaszyto usta. Choć Wikipedia twierdzi, że twórcą Hello Kitty jest wiekowa w tej chwili kobieta…

„Podejrzane bransolety, Chińskie maski, amulety, Demoniczne Pokemony, Seksualne gry-potwory, Harry Potter, Quake, Diabolo, Techno albo metal. Wszystko to diabelskie. Lecz niczego się nie bójcie…”

O Pokemonach było głośno parę lat temu. Małe, pluszowe stworzonka pojedynkujące się między sobą na różne moce. Gatunki muzyczne – metal czy techno jako źródła opętania. Mówił o tym ksiądz Natanek, ale nie są to wyłącznie jego słowa. Ostatnio doszły do tego kucyki z kreskówki „Mój mały kucyk”. Podobno i w nich ukryte są treści satanistyczne. Gdy trafiłem na podobny wątek na którymś z forów, zobaczyłem jako dowód zdjęcie Spike’a. Spike, dla niewtajemniczonych, jest kucykowym smokiem. Właściwie małym, sympatycznym smoczkiem, nikomu nie robiącym krzywdy. Ale smok to smok…

„Oj dana dana, posłuchałem szatana
Oj dana dana, posłuchałem szatana”.

satanizm_w_bajkach

Dla mnie to jest wszystko pomieszanie z poplątaniem. Smok, choć biorąc pod uwagę szeroko pojętą kulturę judeo-chrześcijańską, jest symbolem diabła, to jednak nasza kultura zdążyła dojść do zrozumienia, że symbol jest tylko symbolem. Nie uosabia tego, co symbolizuje. Dlatego na przykład sakrament nie jest symbolem sensu stricte, bo jest sposobem przekazania, a nie tylko ukazania rzeczywistości. Smok zaś pozostanie symbolem, tak jak jest nim wąż. A przecież wąż sam z siebie nie jest diabłem. Spike to postać smoczka dobrotliwego, czasem złośliwego czy wrednego, ale zdecydowanie nie diabelskiego. I samo to, że smok występuje w Kucykach (a nie jest to jedyny smok w tej bajce) nie sprawia, że Kucyki stają się satanistyczne. Inna sprawa, że My Little Ponny miało już setkę serii i odsłon. Jak byłem dzieckiem, sam bardzo lubiłem oglądać Kucyki, miałem nawet film na wideo. Tamte kucyki były bardziej koniowate, miały przyjaciół-ludzi i wrogów-czarownice („Potniej, wilgotniej, rapet papet”) i były zdecydowanie bardziej bajkowe. Dziś Kucyki muszą się nawalać, kłócić, prawić złośliwości i walić w drzewa. Takie czasy, takie obyczaje. To, mimo wszystko, nie sprawia, że teraz nagle Kucyk jest przedstawicielem szatana w telewizji. Nawet jeśli pojawiają się w tej bajeczce magiczne sztuczki…

Harry Potter to jeszcze inna sprawa. Odkąd się pojawił, sprawiał trudności interpretacyjne. Chłopiec, który okazuje się nie być zwykłym dzieckiem, lecz czarodziejem. Zdobywa magiczną różdżkę, która pomaga mu skupić i wydobyć posiadaną przez niego moc. Jest zwykłym, choć magicznym, chłopcem – ma swoje wady i zalety, lubi szkołę jak przeciętny uczeń, czasem oszukuje lub ściąga na klasówkach – nie jest bohaterem-herosem, lecz zwykłym chłopcem. Przeciwnicy Pottera twierdzą, że książka próbuje przekonać dzieci, że magia jest fajna. Moim zdaniem książka przekonuje dzieci, że magia jest fajna w książce. Że, być może, fajnie byłoby być sobie takim magiem w szkole magii i czarodziejstwa, ale fajnie przecież byłoby też być sobie Anią na wyspie Księcia Edwarda albo dzielnym Pilotem Pirxem. Tylko to wyłącznie książka, autorska fantazja, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Autorka, pisząc książkę, wcale nie próbowała przekonać dzieci, że teraz należy poszukać sobie różdżki i zacząć parać się magią. To wyłącznie fantazja.

Zarzuca się Harry’emu Potterowi, że nie ma w nim wyraźnego rozgraniczenia między dobrem, a złem. Prawda jest taka – co już napisałem – że nie ma tu superbohaterów, którzy walczą z superwrogami. Harry i jego koledzy mają wady, popełniają błędy, czasem kombinują jak przeciętni nastolatkowie. Jednak nikt nie musi być idealny, żeby być dobrym. A oni są dobrzy, mają złego wroga, który próbuje zapanować nad światem. Walczą z nim, aż wreszcie go pokonują. Zwycięża dobro, które może czaruje, ale to nie jest satanizm – to tylko świat fantasy! Zwycięża przyjaźń. Ostatecznie wręcz pomocną dłoń wyciąga się nawet w stronę szkolnego wroga, który bruździ i często pokazuje złą wolę, ale ostatecznie okazuje się być kimś wartym ocalenia. Harry Potter to książka o dobru i przyjaźni, o wspólnych celach i ideałach, nawet jeśli przykryta magicznym kocykiem.

Zarzuca się wreszcie Harry’emu, że promuje okultyzm, zawiera bowiem opis rzeczywistych praktyk okultystycznych. Przywołuje się w tym miejscu sławetną scenę z części czwartej, z „Czary Ognia”, gdzie na cmentarzu odbywa się rytuał przywrócenia do życia Lorda Voldemorta. Proszę Państwa, nawet jeśli to rzeczywiście jest prawdziwy rytuał okultystyczny, to co to oznacza? Czy ma on namówić nas do służenia diabłu, do składania ofiar na cmentarzu? Przecież to scena, w której wróg próbuje ujarzmić naszego bohatera i wykorzystuje go celem odzyskania sił. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ja piszę opowieść o prawdziwych chłopcach porwanych przez prawdziwych satanistów, celem dokonania prawdziwego rytuału okultystycznego. Czy, przez samo to, że opiszę to, stwarzam książkę satanistyczną i wołam diabła? Nie! Przecież nie piszę tego, by kogokolwiek namówić do okultyzmu, lecz by podkreślić grozę i potrzebę walki z taką sytuacją. Również Harry Potter walczył z odradzającym się Voldemortem, który był zły, demoniczny i musiał odrodzić się właśnie w tak demoniczny sposób. Czy pisząc o Adolfie Hitlerze powinienem opowiadać, że kupował swoim więźniom kwiaty i dawał podjeść, czy pisać o obozach koncentracyjnych i grozie sytuacji? Właśnie demoniczność Voldemorta sprawia, że trzeba skupić wszelkie siły na pokonaniu go.

Przejdźmy do książki Zmierzch. Stephanie Meyer stworzyła kolejny nieistniejący, choć umieszczony w ramach naszego, świat. Są tu wampiry i wilkołaki – jak w setkach ludowych podań z różnych zakamarków świata. Z tym, że te wampiry świecą w słońcu, zamiast się palić. Nie ma tu mowy o żadnym rytualnym piciu krwi. Nie ma mowy o rytualnych mordach. Szkodliwość książki nie polega na uwielbieniu wampiryzmu. Wampiry w tej książce zostają „wegetarianami”, a więc żywią się krwią zwierząt. Są „przeklęci” nie z własnej woli i decydują się na pomoc innym, zamiast szkodzić. Wielokrotnie podkreślają swoje zasady (np. ślub jako podstawa związku dwójki ludzi). Zastanawiają się, czy w ogóle posiadają duszę. To są naprawdę poważne problemy egzystencjalne – i ja nad tym zastanawiam się, np. czy gdyby powstała sztuczna inteligencja równa ludzkiej, to miałaby ona duszę? Szkodliwość książki polega wyłącznie na poddawaniu dziewczętom pod rozważanie możliwości znalezienia mężczyzny idealnego, jakim miałby być Edward, zamiast szukać prawdziwej, nieidealnej miłości. Ale sam wampiryzm w powieści pani Meyer nie jest szkodliwy, a już z pewnością nie jest diabelski.

Inaczej (niż z Kucykami) sprawa się ma jednak z kreskówką, która pojawiła się w telewizji ostatnio. Nosi ona tytuł Tree Fu Tom i zaniepokoiła niezależnie mnie, moją Żonę i dwójkę znajomych. Tam jak w Kucykach, pojawia się magia. Tak jak i w Harrym Potterze. Ale różnica jest zauważalna. Bajka o Tomie naprawdę zachęca do czarowania. W odcinku pojawiają się sceny, w których chłopiec, aby móc czegoś dokonać, potrzebuje przepływu mocy. Dlatego zachęca dzieci do stanięcia naprzeciw ekranu i poruszania się na różne sposoby, by wydobyć moc. Następnie, kiedy moc jest już wydobyta, dzieci mają ułożyć ręce tak, by przesłać moc Tomowi, a on ją później wykorzystuje. Szkodliwość tej techniki natychmiast jest widoczna. To nie jest bajka o magicznym, nieistniejącym świecie, to nie jest tylko czysta fantazja. To nieistniejący świat, który działa dlatego, że dzieci stają się jego bezpośrednimi uczestnikami. Który namawia dzieci do praktyk magicznych, które oczywiście w prawdziwym świecie są szkodliwe. Ponieważ naprawdę mają bezpośredni związek z prawdziwym diabłem. Wyczarowywanie mocy w rzeczywisty sposób i w rzeczywisty sposób przesyłanie jej do bohatera filmu naprawdę jest niebezpieczne. Dlatego nasze dzieci nie oglądają Tree Fu Toma – ponieważ realnie namawia do praktyk okultystycznych.

No dobrze – zapytacie – ale w takim razie jak to się ma do zabawy w magię? Przecież pół podwórka za naszych czasów bawiło się w ekologiczne gierki rodem z Kapitana Planety. Wszyscy mieliśmy pierścienie i wzywaliśmy moce żywiołów. Otóż różnica polega na tym, że to była tylko zabawa, w nieprawdziwe historie rodem z kreskówek. Czarowanie zaś na modłę Toma czy kogokolwiek innego przestaje być zabawą. Dzieci myślą, że Tom naprawdę potrzebuje ich pomocy. Że mają realną możliwość tworzenia mocy i przesyłania jej do telewizora. Dzieci nie bawią się w magiczne sztuczki – one czarują naprawdę!

Podobnie się ma sprawa z graniem w przeróżne gry RPG, zwłaszcza te fabularne, słowne, ustne. Sam jestem mistrzem gry (tak się nazywa osoba prowadząca sesję RPG) i lubię wymyślać różne przygody w świecie fantasy. Piszę też opowiadania, w których pojawia się temat magii. Gra w RPG jednak, w tym również wcielanie się w przeróżne postacie – także postacie magów – należy do świata fantasy. Grając magiem, udaję, że jestem magiem, udaję, że czaruję, choć naprawdę wiem, że to tylko fantazja. W momencie, w którym przestaję to kontrolować i zaczyna mi się zdawać, że te światy się przeplatają, powinienem natychmiast przestać grać w RPG.

RPG jest dla dorosłych, myślących ludzi. Nie dla dzieci, które mogą identyfikować się za bardzo z postacią. Jeśli gramy kapłanem kultu niemonoteistycznego, pamiętamy, że naprawdę Bóg jest jeden. Ciężko byłoby, moim zdaniem, wyobrazić sobie w ogóle świat, w którym nie ma Boga, bo jest ich wielu. Bóg jest jeden, tu czy tam, a kult politeistyczny uprawiano zawsze. Zresztą czy nie możemy sobie wyobrazić, że istnieje świat, w którym naprawdę jest wiele bóstw – są to stworzenia, mające nieco leprze umiejętności niż ludzie. I u Tolkiena w Śródziemiu było to samo. Gandalf był chociażby Majarem, posiadał moc wielokrotnie większą od ludzi. Nad Majarami byli zaś Valarowie. A od Valarów większy był tylko Eru, zwany Iluvatarem. Czyli Bóg. Jeśli „święty”, wywyższany w kręgach Kościoła Tolkien mógł sobie stworzyć plejadę bóstw, czemu mamy z góry wykluczać wszelkie fantastyczne światy, w których panuje wielobóstwo? Nie mamy obowiązku tego robić, jeśli podkreślimy, że nad tym wszystkim zawsze musi być ten sam Bóg.

Do wszystkiego musimy podchodzić z rozsądkiem. Nie każdy świat, w którym wyobrazimy sobie magię, jest światem satanistycznym. Nie każdy smok jest ucieleśnieniem szatana. Nie każdy czarodziej namawia nas do praktyk okultystycznych. Nie każdy wampir spożywa rytualnie krew. Zanim coś opiszemy i potępimy, najpierw się z tym zapoznajmy. Ja obejrzałem Tree Fu Toma i odrzucam. Poznałem nekromancką historię Monster High i trzynaście razy zastanowię się, zanim pozwolę córce to obejrzeć. Ale nie widzę nic złego w Hello Kitty. To, że dziewczynki wariują na jej punkcie nie świadczy o mocy szatana, tylko o mocy dobrego marketingu i świetnej reklamy. Podobnie, jak jeszcze niedawno było z Pokemonami (które oglądałem ja i mój zmarły kolega-kleryk Jakub Płusa, o którego beatyfikację zamierzam się starać). Nie szukajmy diabła wszędzie, gdzie można szukać. Podejdźmy do tego z rozumem – wszak po to mamy rozum.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze