Monthly Archives: Lipiec 2013

Czy kochasz swoją żonę tak, jak Pan Ciebie ukochał?

Tegoroczne rekolekcje wyglądały zdecydowanie inaczej, niż te z roku poprzedniego, czy nawet jeszcze sprzed dwóch lat. Krótsze, trwały niecały tydzień, a do tego trudno było je przeżyć, bo cały czas musiałem się uganiać za roczną córką. Mimo tego już dziś klarują się we mnie myśli, które udało mi się przez ten czas uchwycić i okazuje się, że czas spędzony w Tenczynie nie poszedł na marne. Mam nadzieję, że Bóg da mi odczuwać to w coraz większym stopniu i że rekolekcyjna nauka i modlitwa wpłynie na moją codzienność.

Z myśli, które najgłębiej we mnie utkwiły, najważniejszą umieściłem w tytule wpisu. Znacząca część konferencji księdza prowadzącego opierała się na tak zwanym Nowym Przykazaniu. Kiedy zapyta się czasem kogoś, jakie to jest nowe przykazanie, często pada odpowiedź, że to przykazanie miłości, a więc „Miłuj Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego jak siebie samego”. Otóż prawdą jest, że to przykazanie stare, jeszcze z czasów Starego Przymierza. Oczywiście, Jezus mówi o nim w pewnym momencie, że to jest najważniejsze przykazanie, ale potem sam daje swoim uczniom przykazanie nowe: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie” (J 13, 34). Mamy miłować już nie tak, jak siebie samego, ale zdecydowanie bardziej: tak, jak sam Jezus nas umiłował. A właśnie Jezus, Bóg prawdziwy, do końca nas umiłował. Do końca, czyli do samej śmierci na krzyżu, ale i jeszcze dalej – aż po horyzont zmartwychwstania i życia wiecznego! Ksiądz na konferencjach kilkakrotnie zestawiał ze sobą te dwa przykazania, przykazanie stare i nowe. Zadawał przy tym pytanie, o co chodzi z tą miłością samego siebie. Dlaczego wcześniej Bóg nauczał, by kochać bliźniego jak siebie samego. Czyżby kochanie siebie samego nie było egoistyczne? Ksiądz sięgnął tu do nowego przykazania, do nakazu miłowania bliźniego tak, jak Jezus nas ukochał. I tylko taka miłość własna – jak Jezus kocha mnie – nie jest objawem egoizmu. Pytanie tylko jaka tak naprawdę jest miłość Boga do mnie? Bóg nie jest dobrotliwym dziadkiem, głaszczącym po główce, pozwalającym na wszystko i ustępującym jak tylko zrobię buzię w podkówkę. Bóg kocha mnie, troszcząc się o mnie, oddając za mnie wszystko, ale też karcąc mnie za przewinienia, czasem wystawiając mnie na próbę wiary. Bóg mnie wychowuje, bo prawdziwa miłość to miłość wychowawcy. I ja wobec siebie powinienem być dobry, ale i restrykcyjny. Pomocny, ale stawiający sobie wysokie cele. Jezus, żyjąc wśród nas, pokazał nam doskonały przykład Bożej miłości, obiecując nam wiele mieszkań w domu Pana, lecząc chorych, karmiąc głodnych, ale i wypędzając kupców ze świątyni, krytykując faryzeuszów, mówiąc do Piotra „zejdź mi z oczu, szatanie”. I my powinniśmy samych siebie tak miłować, a bliźniego swego jak siebie samego.

Kiedyś, będąc ze swoją pierwszą narzeczoną w okolicach końcówki liceum, przeinterpretowywałem sobie przykazania na własny użytek. Stwierdziłem, że choć mamy kochać bliźniego jak siebie samego, to własną żonę powinniśmy kochać zdecydowanie bardziej. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Pan Jezus załatwił tę sprawę za mnie, dając uczniom nowe przykazanie. Teraz, w nawiązaniu do słów księdza z konferencji, przykazanie wypłynęło w czasie wieczornej modlitwy małżonków. Podczas wstępu do fragmentu modlitwy, w czasie którego małżonkowie mieli się nawzajem przepraszać, padło pytanie o to, czy kochamy swoich współmałżonków tak, jak Jezus kocha nas. Czy ja kocham swoją Żonę tak, jak Jezus mnie kocha. Czy dbam o nią, troszczę się o jej potrzeby, czy nie jestem dla niej nieuprzejmy, czy nigdy – nawet w myślach – nie posuwam się do zdrady małżeńskiej. Te wszystkie pytania są związane z głównym: czy kocham ją tak, jak ja jestem przez Boga kochany. Oczywista odpowiedź: nie kocham, jeszcze nie kocham wystarczająco. Wiem, że Jezus nigdy mnie nie zdradzi, nigdy mnie nie opuści. Wiem, że nie zostawi w kłopotach i nie każe sobie radzić. Wiem też, że wesprze mnie w trudnych zadaniach codzienności. Czy ja zawsze robię to wszystko dla mojej żony? Nie. Ale wiem, że muszę próbować. Przed nami całe życie.

To jest myśl, która najgłębiej utkwiła we mnie podczas tych rekolekcji. To również myśl, z którą pozostawiam wszystkich czytających mój blog małżonków. Czy poświęcasz swojej żonie lub swojemu mężowi wystarczająco dużo uwagi? Czy masz czas by się nią lub nim zająć, by wspomóc w trudnych chwilach, w szarej codzienności? Czy dzięki Twojej opiece nad dziećmi Twoja żona lub Twój mąż mają czas dla siebie, mogą odpocząć? Czy kochasz swojego współmałżonka tak, jak Bóg sam Cię umiłował?

Przemyślimy to wspólnie i zacznijmy działać.

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Ksiądz Lemański spadł ze stołka

Rozbił nogę o podłogę… Ponownie podniosła się wrzawa medialna wokół kolejnego księdza, który coś tam zrobił i w jakiś tam sposób został potraktowany. Tym razem jest to ksiądz Wojciech Lemański, znany jako proboszcz w parafii Jasienica. Znowu piszę nieprawdę. Ksiądz Lemański nie jest w żadnym wypadku znany jako proboszcz z Jasienicy, tylko jako obiekt medialny. Ksiądz Wojciech Lemański zwyczajnie od dawna błyszczy w światłach fleszy najróżniejszych telewizyjnych stacji i gazet lub czasopism.

Kiedy piszę „od dawna”, nie mam na myśli „od kilku miesięcy”. Mnie ksiądz Lemański rzucił się w oczy prawie dokładnie rok temu. Newsweek postanowił opublikować serię artykułów, tydzień po tygodniu, bijących w Kościół, katolicyzm ogólnie, także w wiernych nauczaniu Kościoła polityków. W jednym numerze na okładce dziecko z próbówki, w drugim dwie lesbijki wychowujące dziecko, na kolejnym ksiądz z kobietą. W efekcie Szymon Hołownia, który dotychczas pisał felietony dla Newsweeka, zaczął w każdym numerze odpierać ataki z poprzedniego, a wreszcie wycofał się ze współpracy. Zaskutkowało to tym, że Newsweek postanowił udowodnić, jak bardzo nie lubi Szymona Hołowni i poszczuł na niego – właśnie – księdza Lemańskiego. Niestety przegapiłem kilka numerów, choć nigdy nie śledziłem Newsweeka tak intensywnie – właśnie ze względu na tematykę numerów i odpór dawany przez Hołownię. W jednym numerze, który mam, Hołownia jeszcze pisze. W kolejnym stoi na okładce, naprzeciw Lemańskiego. A podpis głosi „Ksiądz kontra katolik. Kto, co i jak może mówić o grzechach polskich księży”. Otóż artykuł o romansach księży napisał Lemański (a przynajmniej Lemański brał udział w jego powstaniu). Hołownia dał odpór w jednym ze swoich felietonów, krytykując postawę piszącego kolegi, z tekstu którego wynikało, jakoby zdrada stanu kapłańskiego poprzez romans z kobietą była niemal normą w tym środowisku. Ostatecznie, gdy żaden z panów już oficjalnie nie współpracował z magazynem, Newsweek zdecydował się na opublikowanie czegoś, co nazwał „Polemiką”. Pamiętam, że czytałem gdzieś artykuł dotyczący tych romansów księży, w którym wypowiadał się Lemański (być może zwyczajnie gdzieś zagubiłem ten numer) i pamiętam, że już wtedy łapałem się za głowę w sprawie ks. Lemańskiego. Nie chodzi w rzeczywistości o to, że nie miał prawa wyrzucać księżom, że miewają kochanki. Zapewne miewają i zapewne miał prawo. Należy jednak zaznaczyć, w jakim kontekście wyrzucał to i jakim tonem. A także – w jakim czasopiśmie. Wypowiedzi ks. Lemańskiego, podobnie jak wielu innych Newsweekowych publicystów (takich, którzy współpracują, choć nie wszyscy są tam na stałe) sprawiały wrażenie, jakby były pisane przez kogoś, kto nie tylko jest na zewnątrz (jakby nie był w Kościele i jakby nie był jednym z księży; jakby krytykował obcy sobie stan), ale wręcz jakby był zupełnie po drugiej stronie (po stronie redaktora Lisa i jego czasopisma). Nie dziwi, że Hołownia postanowił dać odpór jego słowom. Nie chcę powiedzieć, że Szymon Hołownia jest moim autorytetem, że zgadzam się z nim we wszystkim. Mam pewne zastrzeżenia do jego niektórych słów i nawet planuję o tym niedługo napisać. Ale ogólnie podziwiam go za to, że choć sprzedał się do lewicowych pism i telewizji, to nie oddał Boga, nie oddał swojej wiary i nie zrezygnował z głośnego bronienia Prawdy o Bogu i Kościele. Może właśnie dlatego, że błąka się między TVN a Newsweekiem, należy mu się szacunek, bo nie atakuje Kościoła, co byłoby zgodne z linią programową i co sprawia, że czasem przestaje się gdzieś nadawać.

Nie jestem bezwzględnie oddany Hołowni, ale wtedy, rok temu, mocno trzymałem jego stronę. „Polemika” okazała się jednak wyłącznie nagonką na niepokornego redaktora, a – jak wspomniałem – głównym psem gończym Newsweeka stał się ksiądz Wojciech Lemański. Na początku artykułu pada pytanie: „Czy księża, którzy łamią celibat, związują się z kobietami i mają z nimi dzieci, to margines, czy raczej norma?”. Tezę, że to margines, próbuje bronić Hołownia. Lemański stoi po stronie normy, co wydaje się wyjątkowo smutne. Smutne, że ksiądz próbuje się pokazać ludziom jako pogromca innych księży, jako pupilek Newsweeka. Artykuł prezentuje zaś archiwalne wypowiedzi Hołowni (nawet i sprzed kilku dni) i odpowiedzi Lemańskiego, tworzone na bieżąco: „mówi dzisiaj w rozmowie z „Newsweekiem” ks. Lemański”. A mówi, że Hołownia wytarł sobie nim gębę, był obraźliwy i w ogóle zrezygnował z walki. Za Hołownią stoi „Nie mój kłopot”, za Lemańskim „Twarde dowody” (Nagłówki akapitów), a główną, podkreśloną na grubo wypowiedzią ks. Lemańskiego nie jest informacja o romansach księży, lecz atak na Hołownię: „Nie chcę analizować, co się z nim stało. To nie jest ten sam Szymon Hołownia, którego książki i wpisy na blogu wszyscy czytaliśmy”. Z artykułu dowiadujemy się do tego, że „Ksiądz Lemański (…) za swoją twórczość trafił do wiejskiej parafii w Jasienicy”. A więc ta parafia, która teraz tak broni i której tak bardzo się ks. Lemański trzyma, to było za karę. Biedny, biedny ks. Lemański.

Teraz wiem też, że za karę ks. Lemański musi studiować prawo kanoniczne. Zawsze wydawało mi się, że jak wysyłają na studia i za nie płacą, to się trzeba cieszyć. Ale on się męczy i nic z tego nie ma. Więc ogólnie ks. Lemański wychodzi na biednego, zgnojonego przez biskupa, a tak bardzo pragnie trzymać pion. To wszystko zaś wylewa przed telewidzami TVNu i czytelnikami Gazety Wyborczej. Jest coś złego w tym, że wypowiada się do mediów? Oprócz tego, że dostał zakaz – nic. Jednak trzeba uważać, do jakich mediów i w jaki sposób się wypowiada. Jest mnóstwo czasopism, w których piszą księża. Że choćby wymienię „Idziemy”, „Wychowawca”, „Gość Niedzielny”. Że to wszystko pisma katolickie? Owszem, ale przynajmniej mamy pewność, że księża, którzy tam piszą, trzymają się kościelnego nauczania. Mamy też media, do których wypowiedzi ślą inni księża. Te media to choćby „Newsweek” i „Gazeta Wyborcza”. Te pisma nie mają z katolicyzmem nic wspólnego, oprócz tego, że mają własną wizję Kościoła i własną wizję katolicyzmu i twierdzą, że właśnie tak powinien Kościół wyglądać, do tego zaś nie powinien się wtrącać do niczego. Można prawowiernie pisać i do tych pism (jak robił Szymon Hołownia). Można też ustawić się równolegle do linii tych pism i równo z nimi jechać. Tak robił ksiądz Adam Boniecki, tak też robił jego wielki przyjaciel ksiądz Węcławski (dziś zwany Polakiem – po „żonie”), tak robili wszyscy znani zakonnicy, którzy odeszli z Kościoła, bo bliższa im była linia programowa Gazety (choćby Tadeusz Bartoś, dziś wielki pogromca Kościoła). Tak dokładnie robił o. Jacek Prusak (nie wiem co się z nim teraz dzieje, ale kilka lat temu doprowadzał mnie do szewskiej pasji, pisząc bodajże do „Wysokich Obcasów”). I tak właśnie – nadal – robi ksiądz Lemański. Rozmija się z linią nauczania Kościoła, choćby w kwestii in-vitro, porywa tłumy do buntu przeciw biskupowi za pomocą Jasienickiej ambony, Gazetowej szpalty i kamer TVN, wykazuje fałszywą skromność, w rzeczywistości jawiącą się jako ogromna pycha, kłóci się z biskupem choć ludzie wierni Kościołowi od lat wiedzą, że należała mu się nagana.

Do tego dochodzi ogromna żydofilia. Nie, nie jestem wrogiem Żydów, jestem przeciwnikiem Holokaustu i ze wzruszeniem i napięciem oglądałem ostatnio wspaniały film „Ucieczka z Sobiboru”. Ale wiem, że mnóstwo biznesmenów (największy to chyba sam Mark Zukerberg) to Żydzi, którzy doszli do swoich majątków uczciwą (zgodnie z żydowską tradycją) drogą. Nawet jakby tak nie było, choć Jezus i Jego Apostołowie byli Żydami, to jednak ogół Żydów nie przyjął Jezusa i nie uwierzył w Zbawiciela. Należy im się szacunek – owszem – i podziękowanie za kawał wspólnej historii, ale nie uwielbienie graniczące z kultem. Należy darować sobie żarty z obozów koncentracyjnych, ale też nie hołubić ich, jakby byli lepsi od chrześcijan. Trzeba się za nich modlić, zwłaszcza o ich nawrócenie, o wiarę w Chrystusa. Tymczasem ks. Lemański w swoich wypowiedziach czasem naprawdę sprawia wrażenie, jakby pragnął raczej się przenieść na łono Abrahama, tylko Jezus Chrystus zagradza mu drogę… Oczywiście, biskup Hoser niepotrzebnie zapytał ks. Lemańskiego, czy jest obrzezany i czy należy do „tego” narodu, ale niestety ktoś, kto tak bardzo uwielbia Żydów, sam się trochę o to prosi. Pytanie biskupa było nieładne. Ale Lemański, preferujący Żydów przed chrześcijanami (choć to oni właśnie odwrócili się od Jezusa), uciekający na skargę do TVN, Newsweeka i Gazety Wyborczej, nie jest tu bez winy.

Pod koniec roku szkolnego podeszła do mnie uczennica i zapytała, czy widziałem jej księdza w telewizji. Była bardzo podniecona. Na początku odpowiedziałem, że nie, ale potem coś mi zaświtało. Zapytałem więc, z jakiej jest parafii, odpowiedziała: z Jasienicy. Zrobiło mi się gorąco. Nie wiedziałem, że ta parafia leży tak blisko, w rejonie mojej szkoły. Wytłumaczyłem dziewczynce jak ja widzę sytuację. A sytuacja jest taka, że ksiądz Lemański spadł ze stołka. Został zdjęty z parafii za to, co mówił i pisał od dłuższego czasu. Z parafii, w której ponoć był za karę. A wierni nie chcą go wypuścić. I zaczyna się odchodzenie od Kościoła, szczucie na biskupów, którzy zabierają księdza. Który to ksiądz być może jest charyzmatycznym duszpasterzem, ale niestety od dawna ma problemy z Kościołem, do którego należy i z posłuszeństwem, które świadomie ślubował. A także z linią, którą przyjął. Równoległą do Newsweeka. Kościół omijającą łukiem.

_________________________________________
We wpisie wykorzystano cytaty z Newsweeka, numer 32/2012 (6-12.08.2012)

PS. Dla Cytrynny i Maślanego Męża: Macie notkę, tylko nie wiem, czy da się na jej temat dyskutować przez weekend.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Intuicyjnie o edukacji domowej

Nie ma lepszego tematu na wakacje, niż temat szkoły. Czy, w tym wypadku, ogólnie pojętej edukacji. Oczywiście to nieprawda, ale rzeczywiście wakacje są dobrym momentem na myślenie o nauce i przyszłości naszych dzieci, bo teraz jest pora odpoczynku, ale za chwilę znów zacznie się wyścig szczurów. Ten wyścig szczurów to też tak trochę z przymrużeniem oka, choć rzeczywiście sytuacja na rynku edukacji zmieniła się w ciągu ostatnich, powiedzmy dziesięciu lat, diametralnie. Dlatego pewnie różnym osobom przychodzą do głowy różne ciekawe pomysły.

Pomysłem, którym chciałbym zająć się dzisiaj, jest pomysł edukacji domowej. Spotykam się z opiniami ludzi, którzy twierdzą, że szkoła jest miejscem niebezpiecznym, w którym dzieci, zamiast zdobywać potrzebną wiedzę, są szpikowane sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem światopoglądem i dlatego należy je przed tym złem ochronić. Nie mogę nie przyznać tym ludziom racji, przynajmniej w części. Opinie tych osób sięgają jeszcze dalej: ich zdaniem najlepszym rozwiązaniem dla ich dzieci byłaby edukacja domowa, czyli pozostawienie dzieci w domu i samodzielne zajęcie się przekazaniem im wiedzy. Moja intuicja podpowiada mi jednak, że to rozwiązanie jest złe.

Po pierwsze: w szkole nadal uczą profesjonaliści. Oczywiście, nie wszyscy mają do tego dryg i nie wszyscy potrafią uczniów zainteresować, nie wszyscy również robią to w sposób profesjonalny. Są to jednak nauczyciele, po skończonych kierunkowych studiach, po przygotowaniu pedagogicznym, przygotowani do pracy nie tyle z dziećmi, ile z uczniami. Nie wszyscy zaś rodzice, którzy pragną uczyć swoje dzieci w domu, mają do tego predyspozycje czy przygotowanie. Osoby zostające z dziećmi w domu mogą mieć przy tym łatwość w poznawaniu materiału na poziomie szkoły podstawowej czy nawet gimnazjum, ale będą miały już problem z szybkim przyswojeniem sobie wiedzy z poziomu liceum ogólnokształcącego. Do tego nawet jeśli uda im się wchłonąć i nauczyć się przekazywać wystarczającą wiedzę, by dzieci miały szansę zdać maturę, to mają dzieci w różnym wieku i ciężko jest skupić się na każdym z nich indywidualnie, by posiedzieć z nim tych parę godzin dziennie, w domowych warunkach i nauczyć tego, co powinno wiedzieć.

Wywód zamieszczony powyżej to jedna rzecz. Druga to strach rodziców o ich dzieci, który powoduje, że postanawiają traktować je za pomocą edukacji domowej. Patrzą na swoje pociechy i, naturalnie, pragną ochronić je przed złem tego świata. Postanawiają więc zamknąć je w czterech ścianach, by żadna zła informacja nie wyprała im mózgu. To ma oczywiście swoje logiczne podstawy. Tak jak wspomniałem, kiedy ja kończyłem szkołę prawie 10 lat temu, edukacja wyglądała zgoła inaczej. Właściwie dopiero wchodziło wychowanie do życia w Europie (czyli prounijne), w powijakach było wychowanie do życia w rodzinie. Dziś wiedza o Unii Europejskiej jest wszędzie, dzieci uczą się segregować śmieci, nie zanieczyszczać środowiska, szkoły przymusowo wprowadzają tematykę gender, a wychowanie do życia w rodzinie przemienia się w edukację seksualną, siłą wciskaną nam przez dziewczynki – edukatorki seksualne z „Pontonu”. Do tego Halloween, desakralizacja Bożego Narodzenia, zdejmowanie krzyży ze ścian. Oczywiście, to wszystko niebezpieczne. Ale czy naszym zadaniem jest zamknąć naszym dzieciom oczy i oddzielić je od tego, co dla nich niebezpieczne? Czy może raczej jest nim przygotowanie ich do zderzenia z trudną, niebezpieczną rzeczywistością, z którą prędzej czy później i tak przyjdzie im się zderzyć?

Sam wychowywałem się wcale nie w łatwych czasach. Miałem kumpli ateistów, takich z subkultur metalowych, innych którzy upajali się tanim winem, jeszcze innych, którzy jarali trawę. Chodziłem z nimi do szkoły, witałem się na korytarzach, czasem się kłóciliśmy, czasem się wspieraliśmy. Miałem różne momenty w życiu młodzieńczym (to nadaje się na notkę numer 300, ale jeszcze trochę mi do niej brakuje). Dwa lata w życiu piłem alkohol i działo się to bynajmniej nie po skończeniu osiemnastki. Raz pobiłem się z kolegą, którzy obrażał moją narzeczoną, przez co omal nie miałem obniżonego sprawowania. Miałem wątpliwości co do wiary, co do antykoncepcji, współżycia przedmałżeńskiego, wreszcie podkradałem z kolegami-ministrantami pieniądze z tacy. Nie wychowywałem się w rodzinie ortodoksyjnie katolickiej, mimo tego podjąłem taką życiową ścieżkę, że wyrosłem na katolickiego radykała. Alkoholu nie piję odkąd skończyłem 17 lat, już niemal 11 lat nie miałem go w ustach. Miałem swój moment buntu, potem moment rozeznania. Żeby zrozumieć, że antykoncepcja jest czymś złym, podobnie jak współżycie pozamałżeńskie, musiałem przejść swój etap zainteresowania i wątpliwości dotyczących tych kwestii. Żeby stać się radykalnym i nieustępliwym, musiałem przebić się przez mur własnego „chcenia” bycia fajnym, lubianym i akceptowanym przez wszystkich. Musiałem pozwolić kilka razy obrzucić się błotem. Kiedy pewna bliska osoba powiedziała mi, pełnemu buntu, ale już wychodzącemu na swoją upatrzoną przez Boga ścieżkę, że życie jeszcze nie raz mnie kopnie w dupę, odpowiedziałem: „Nie raz mnie kopnęło i nie raz mnie kopnie. Jestem na to gotowy”.

Rodzice, którzy chcę swoje dzieci edukować w domu, moim zdaniem chcą im tę gotowość odebrać. Chcą odgrodzić ich od różnych światopoglądów, różnych wątpliwości, różnych, czasem wcale nie dobrych przeżyć. Trochę ich rozumiem, ale uważam, że to jest działanie bardzo negatywne. Człowiek w pewnym momencie bowiem potrzebuje wyrwania się, odejścia od matczynych skrzydeł i ojcowskiej gorliwości, i życia po swojemu. Człowiek w pewnym momencie musi, nadal mieszkając pod jednym dachem ze swoimi starymi, żyć wbrew nim, kumplować się ze swoimi ludźmi, niekoniecznie z tymi wybranymi przez rodziców. A to niestety wyklucza edukacja domowa. Nawet jeśli bowiem zbierzemy się w kilka rodzin i będziemy się spotykać po domach, wybierając przyjaciół swoim dzieciom, nie damy im tego, co daje im klasa pełna wszelkiego rodzaju uczniów, obojga płci i wszystkich światopoglądów. Wybierzemy im tylko „bezpiecznych”, często nudnych kumpli (nasze dzieci dla nich też będą nudne), pasujących nam światopoglądowo.

Pierwsze trzy lata dziecko powinno spędzić przy matce. Błąd popełniają kobiety, które (często z konieczności) oddają dzieci w tym wieku opiekunce, czy wożą do żłobka. Ten etap rozwoju to skrzydła mamy-kokoszki i w tym czasie dziecko musi się tulić. Później zaczynają się schody. Dlatego edukacja przedszkolna zaczyna się w wieku 3 lat i dlatego postanowiliśmy naszego synka oddać na kilka godzin dziennie do przedszkola, choć Żona siedzi w domu z córką. W wieku trzech lat zaczyna się moment oderwania, dziecko ciągnie do zabaw z rówieśnikami, dziecko zaczyna „kochać” panie przedszkolanki, a niekoniecznie tylko własną mamusię. Dziecko rozwija się w grupie, uczy się współpracy, poznaje sposoby na radzenie sobie ze swoimi problemami bez biegnącej na każdy krzyk mamusi (kiedy się pokłócić, a kiedy ustąpić). Edukacja przedszkolna daje rezultaty – a dziecko, jeśli może, nadal większość czasu spędza z rodzicami (lub z jednym z rodziców). Ale już odnajduje się w obcym środowisku, które staje się swoje. Dzieci zostawione w domu i z obawy nie puszczone do przedszkola, nie dostają tego bodźca, który daje przyjazna, choć obca pani przedszkolanka, który dają różnego temperamentu rówieśnicy. I już mogę zauważyć, patrząc na mojego syna i jego rówieśników, którzy nie poszli do przedszkola, a którzy do tej pory rozwijali się równolegle, że Gabryś nauczył się wielu rzeczy, których tamte dzieci nie znają, bo matka indywidualnie nie jest w stanie ich tego nauczyć (na przykład, o czym już wspomniałem, współistnienie w grupie rówieśniczej).

Potem zaczyna się edukacja szkolna. Jeśli dziecko ma blisko do szkoły, uczy się samodzielnie do niej docierać i z niej wracać. Uczy się też odpowiadać na pytania, zadawać pytania, wypełniać zadania, dyskutować nad słusznością twierdzeń. Sam byłem w pierwszej klasie podstawówki źródłem wielokrotnych nerwów nauczycielki, z którą próbowałem się kłócić. Dzieci uczą się dzielić czas na 45 minut lekcji i 5-10 minut przerwy. Uczą się siedzieć w ławce, kontrolować swoje potrzeby, także swoje zachcianki. Umacniają się we współpracy i współistnieniu w środowisku rówieśniczym. Mama nadal jest bardzo ważna, dzieci z wypiekami na twarzy opowiadają, co było w szkole, ale już zaczynają mieć swoje sprawy, swoje tajemnice. Swoich kolegów, wcale nie wybranych przez rodziców, których oczywiście rodzice mogą poznać, mogą zauważyć różne złe cechy i podkreślić je swojemu dziecku. Ale nie takich, którzy nie mają złych cech, bo są idealnie dobrani. Dzieci uczone w domu nie dostają tego wszystkiego. Mama jest nauczycielką, z mamą rozmawia się tak, jak się zawsze rozmawiało, do szkoły nie trzeba dochodzić, bo jest się w domu, nie ma przerw na bieganie z kolegami po podwórku czy po korytarzu, albo – o zgrozo! – na granie z nimi w PSP. Jest wiedza przekazana przez mamę i jest wychowanie dane przez mamę, ale nie ma miejsca na odseparowanie, na tajemnicę i osobiste wybory. Nie ma miejsca na odpępowienie.

Z gimnazjum jest jeszcze ciekawiej. Oczywiście, nie uważam i nigdy nie uważałem, by gimnazjum było dobrym rozwiązaniem. Sam, szczęśliwie i w ostatniej chwili uniknąłem tej przyjemności. Weźmy więc lepiej pod uwagę wiek nastoletniości i wczesnej dorosłości. To jest czas oderwania, własnych spraw, własnych wyborów, tajemnic, rzeczy przed rodzicami ukrywanych. Tak poważnych, jak próby alkoholu czy papierosów, albo tak błahych, jak wagary czy flirty z koleżankami. To jest moment kształtowania własnego życia i własnego światopoglądu, innego, choć często podobnego, do tego, który mają rodzice. Rolą rodziców w tym momencie jest wrażliwość na zmiany w życiu dziecka, obserwacja jego zachowania, elementów niepokojących, reagowanie na czas, z miłością i odpowiednim dystansem, z pozostawieniem potrzebnej przestrzeni. Rolą rodziców nie jest odseparowanie dziecka, trzymanie go przy sobie, uczenie go w czterech ścianach, bo poza domem jest niebezpiecznie. Dziecko ma prawo do własnych wyborów i złych czy dobrych, ale własnych decyzji. Zwłaszcza gdy ma jedenaście, piętnaście, osiemnaście lat. Mama i tata stoją obok, czasem ganią, czasem wspierają, ale nie są najbliższymi przyjaciółmi. Moim zdaniem edukacja domowa bardzo zaburza ten porządek rzeczy. Dlatego nie popieram podobnych rozwiązań. Bo miejsce naszego dziecka nie jest w naszym domu. I musimy w pewnym momencie odciąć tę pępowinę, którą stopniowo poluzowywaliśmy. Jeśli ciachniemy ją raz, a dobrze, nasze dziecko rozbije się, spadając z wielkiej wysokości.

Oczywiście, nadal możemy się bać. Co będzie, jeśli nasze dziecko stanie się genderowcem, albo nie daj Boże gejem czy lesbijką, bo da sobie wyprać mózg? Tak jak wspomniałem – to jest lęk uzasadniony i rodzice nadal mają za zadanie stać na straży zasad moralnych, pokazując dziecku właściwą ścieżkę i zawsze – bezwzględnie – odpowiadając na wszystkie pytania i wątpliwości (np. jak dziecko w 5 klasie zapyta, co to jest seks, nie odpowiadać, że to „płeć” po angielsku; dziecko za tydzień czy dwa dowie się, a wtedy zrozumie, że nie może na was liczyć). Ale nie mogą przy tym trzymać dziecka na smyczy i nie pozwalać dotykać tego, co trudne czy niebezpieczne.

Jeśli jednak mają wątpliwości do publicznego szkolnictwa, zawsze mogą pomyśleć o katolickim przedszkolu, czy katolickiej szkole. Tam światopogląd jest przedstawiany we właściwy sposób, a tematyki gender nie wciska się tylnymi drzwiami. Zamiast balu Halloween jest Bal Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie to Chrystus i kolędy. A dziecko nadal samo wybiera sobie przyjaciół, styka się z różnymi światopoglądami (nawet katolickie dzieci mają wątpliwości i sieją zgorszenie), ma tajemnice i podejmuje wybory. Da się pogodzić piękne z pożytecznym? Da się.

Widzę w dzisiejszym społeczeństwie wielki strach przed światem krystalizujący się na naszych dzieciach. Telewizor: maksymalnie godzina dziennie (Co? Tak dużo?); słodycze: tylko w niedzielę; przyjaciele: tylko wybrani przez rodziców; edukacja: tylko domowa; jazda samochodem: tylko w idealnie dopasowanym foteliku z nieskazitelnie zapiętymi pasami. My wychowaliśmy się w latach 80′ i 90′. Do domu wracaliśmy z kluczem na szyi, ze szkoły, która przekazywała najróżniejsze treści, po powrocie do domu włączaliśmy Telewizję Edukacyjną, MTV, a nieco później Cartoon Network (tylko po angielsku – znakomite źródło nauki języka obcego). To nie sprawiło, że staliśmy się tumanami, pozbawionymi zasad i moralności. Jedliśmy słodycze kiedy mieliśmy ochotę – to nie sprawiło, że staliśmy się nieumiarkowanymi grubasami (no, może trochę). W pierwszym samochodzie (duży Fiat) w ogóle nie miałem pasów z tyłu, a w drugim (Polonez Atu) nie było obowiązku ich zapinania. O fotelikach nikt nawet jeszcze nie mówił. Nie twierdzę, że fotelik jest złym wynalazkiem. Wręcz przeciwnie, dziś nie przyszłoby mi do głowy, by wozić dzieciaki bez fotelików. Moim jednak zdaniem najlepszym sposobem na przeżycie dziecka w samochodzie nie jest fotelik (a psa – klatka czy nosidło). Najlepszym sposobem przeżycia jest nie mieć wypadku. Ja nie miałem i przeżyłem.

To jest moje intuicyjne spojrzenie na telewizję (jeśli puszczam synowi Toy Story, to nie wyłączę po godzinie; sam bym się wściekł, jakby mi ktoś tak zrobił), jazdę samochodem, jedzenie słodyczy i edukację domową. Intuicyjne, bo niepoparte ścisłą analizą danych naukowych, statystyk i wywiadami z dziećmi, które przeszły przez edukację domową. Jednak moja intuicja podpowiada mi, by posyłać dzieci do szkoły. Choć na razie mogę sobie łóżko posłać.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 10 Komentarzy