Monthly Archives: Sierpień 2013

In vitro veritas

5 marca 2013 roku Konferencja Episkopatu Polski przyjęła dokument zatytułowany „O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek”. Dokument wywołał liczne kontrowersje, dyskusje i częstą wrogość zarówno osób stojących poza Kościołem, jak i jego członków. Najgłośniejszy chyba w swej krytyce był, znany już wcześniej jako opozycjonista wobec działań hierarchów, ksiądz Wojciech Lemański. Niemal natychmiast skrytykował on ton, w którym dokument miał być napisany, a przy okazji jego treść. Gdy niedługo potem pani Agnieszka Ziółkowska, pierwsza osoba urodzona w Polsce w wyniku procedury in vitro postanowiła pokazać, co sądzi o kategorycznym dokumencie i ostentacyjnie wystąpić z Kościoła, ksiądz Lemański postanowił bronić jej osoby przed tak niebezpiecznym krokiem poprzez jeszcze ostrzejszą krytykę przełożonych. „Przeorzy, biskupi, proboszczowie, a nawet papieże, i ci wybitni, i ci pomyleni – odchodzą, a Kościół trwa. Ani się Pani obejrzy, jak biskup Hoser, który swoimi wypowiedziami tak Pani zalazł za skórę, przejdzie na emeryturę. Przekona się Pani, że komisja bioetyczna przemówi wtedy innym głosem” – napisał wtedy do obrażonej na Kościół apostatki, ewidentnie pijąc do swojego bezpośredniego szefa. Sprawa trwa do dzisiaj, ale nie o ks. Lemańskim chciałbym teraz pisać.

Ponieważ sprawa ks. Lemańskiego i jego wypowiedzi na temat dokumentu dotarły do mnie z opóźnieniem, z opóźnieniem też postanowiłem się z tematem dokumentu zapoznać. Prawdą jest, co mówi ks. Lemański, że większość katolików nigdy tego dokumentu nie przeczyta. Tak, jak większość z nich nigdy nie przeczyta innych dokumentów Konferencji Episkopatu Polski, ani nawet encykliki papieskiej. Ważne jest, by księża wikarzy i proboszczowie zapoznawali się z tymi dokumentami i przekazywali wiernym ich treść. Gdyby nie afera, którą dokument wywołał, ja również nie zajrzałbym do niego. Ale w konsekwencji postanowiłem przeczytać i przeczytałem. Z zainteresowaniem.

Oczywiście na początku bardzo bałem się domniemanego trudnego, dydaktycznego tonu i długości dokumentu. Ale szybko wciągnąłem się weń i musiałem stwierdzić, że dokument ten jest wprost genialny. Idealny w swej prostocie i niezwykle logiczny. Nie zwróciłem uwagi ani na kategoryczny ton, ani na kontrowersyjne słowa. Dokument Konferencji jest w rzeczywistości niczym innym, jak bardzo skrótowym i rzeczowym przedstawieniem najistotniejszych współczesnych kwestii bioetycznych, jak również katolickiego do nich podejścia. Nie prezentuje sobą nic więcej, niż to, co prezentuje każdy dobry podręcznik do bioetyki (np. recenzowana przeze mnie pozycja „Bioetyka dla wszystkich” Michele Aramini, wydana przez eSPe). I tak mamy przekrój przez osobowość zarodka (od której wychodzą wszystkie późniejsze kwestie), wyjaśnioną wprawdzie bardzo skrótowo, ale wystarczająco, antykoncepcję, aborcję, wreszcie in vitro. Język tekstu jest dość kategoryczny – owszem – ale tylko na tyle, na ile kategoryczne może być przedstawienie prawdziwych twierdzeń. Nie zauważyłem, by ktokolwiek rzucał tu czymkolwiek w kogokolwiek, albo straszył piekłem. I sądzę, że dokument będzie dziś dla mnie dobrym punktem wyjścia, by powiedzieć o szkodliwości i kłamstwie in vitro, czyli zapłodnienia pozaustrojowego.

„Dla par bezdzietnych” – czytamy w dokumencie – „dopuszcza się z kolei – jako alternatywę dalszych starań o dziecko – procedurę poczęcia poza ustrojem matki zwaną powszechnie in vitro”. Możemy przeczytać „z kolei”, ponieważ dokument płynnie przechodzi od aborcji i antykoncepcji jako środków domniemanego prawa do nieposiadania dzieci, do in vitro jako środka domniemanego prawa do posiadania ich. Aby wyjaśnić paradoks tego rodzaju myślenia dokument podkreśla, iż „dziecko poczęte powinno być traktowane w kategoriach podmiotowych (jest kimś), jak każdy inny człowiek”, co jest zaburzone przez chęć posiadania lub nieposiadania dziecka, przy jednoczesnym traktowaniu go jak przedmiot, jak towar, jakby było czymś.

Dokument Konferencji Episkopatu Polski dementuje powszechnie przyjęty i wbity do głów społeczeństwa pogląd, jakoby in vitro było leczeniem bezpłodności. „Procedura ta, znana z hodowli roślin i zwierząt, została wprowadzona do medycyny i nie jest w istocie procedurą leczniczą. Jej celem jest wytworzenie człowieka w laboratorium i przeniesienie go mechanicznie do organizmu matki (…). Chrześcijanin musi troszczyć się o prawdę. Dlatego jego celem jest też demaskowanie kłamstw, wśród których szczególnie wiele szkody czynią sugestie, jakoby zapłodnienie pozaustrojowe było leczeniem niepłodności. Ono niczego nie leczy – niepłodni takimi pozostają, a „wyprodukowanie” dziecka powierzają obcym”. Wywód jest logiczny i zrozumiały dla tych, którzy próbują zrozumieć: co zmienia się w organizmie niepłodnej kobiety, kiedy pobiera się od niej jajeczko, zapładnia je poza ustrojem i lokuje w macicy? Czy staje się ona płodna? Czy po urodzeniu dziecka poczętego w sposób sztuczny jest w stanie począć i urodzić kolejne dziecko w naturalny sposób? Jeśli nie jest, to dlaczego nazywamy in vitro metodą leczenia niepłodności? Przecież nikt nie zostaje dzięki niemu z niczego uleczony. Urodzenie dziecka nie sprawia, że kobieta staje się płodna. To trochę tak, jakby dializowanie nazwać metodą leczenia nerek. Nerki są chore i pozostają chore – dializa oczyszcza organizm zagrożony przez nieoczyszczone płyny ustrojowe. Kobieta poddająca się metodzie in vitro była bezpłodna i pozostaje bezpłodna. In vitro pozwala bezpłodnej kobiecie (lub żonie bezpłodnego mężczyzny) urodzić dziecko wyprodukowane z jej jajeczka i nasienia jej męża (partnera).

Dokument skupia się następnie na dwóch bardzo ważnych aspektach szkodliwości in vitro. Pierwszy z nich i chyba ten najbardziej kontrowersyjny (ten, któremu rację przyznaje nawet ks. Lemański) to kwestia zagrożenia życia wyprodukowanych zarodków nadliczbowych. Po pierwsze w procedurze in vitro tworzy się zbyt wiele zarodków (podobno możliwe jest stworzenie jednego zarodka i zagnieżdżenie go, ale jest to proceder wybitnie nieopłacalny dla klinik „leczenia niepłodności”) i zarodki są poddawane selekcji. Lekarze parający się tą procedurą zarzekają się, że nie ma miejsca żadne działanie eugeniczne: nie wybiera się koloru oczu czy włosów dziecka. Słyszałem wywiad z takim właśnie lekarzem, podkreślającym, że jedyne, co się robi, to wybieranie zarodków zdrowych, mających największą szansę dalszego rozwoju. Proceder ten wydaje się oczywisty gdy myślimy o wybieraniu towaru, który ktoś kupuje. Ale tak naprawdę wybieramy dziecko, człowieka. Jednemu pozwalamy się rozwinąć, drugiego zamrażamy albo niszczymy, bo jest słabszy lub uszkodzony. „Nierzadko dzieci bywają też odrzucane na tym etapie ich rozwoju, gdyż są niechcianej przez rodziców płci”. Powiecie – mówisz o embrionach/zarodkach tak, jakby byli ludźmi! Ale kim lub czym one są, jeśli są stworzone i selekcjonowane po to, aby matka cieszyła się z własnego dziecka? Gdyby chodziło tylko o zarodki, a nie o ludzi, coś takiego jak in vitro nie miałoby nigdy miejsca – bo po co komu zygota, zarodek, embrion, jeśli nie po to, by cieszyć się dzieckiem (dokładnie tak samo ma się sprawa aborcji – zabijamy zarodek, embrion, bo boimy się dziecka, człowieka)? Co ciekawe – selekcja często przebiega dalej. „Po to, aby zwiększyć szansę powodzenia zabiegu, do organizmu matki przenosi się kilka embrionów” – czytamy w „O wyzwaniach bioetycznych…” – „Po pewnym czasie sprawdza się ich rozwój i pozostawia przeważnie jeden z nich – ten najlepiej oceniany. Pozostałe zostają przeznaczone do selektywnej aborcji, w celu ograniczenia ryzyka związanego z ciążą mnogą”. Wydaje się to niewiarygodne, ale przecież jest prawdziwe. Ponieważ zarodki powstają w nienaturalnym dla siebie środowisku i są sztucznie przenoszone do macicy, są automatycznie bardziej zagrożone. Dlatego przy ewentualnej ciąży mnogiej ryzyko poronienia jest zbyt duże, by kliniki mogły sobie na nie pozwolić. Z tego powodu zabijają część dzieci, pozostawiając jedno wybrane. Ciekawe jak wobec podobnej sytuacji czują się kobiety, które muszą pozbyć się niektórych swoich dzieci, by otrzymać to najbardziej wymuskane?

Nawet jeśli jeden, starannie wybrany zarodek już się przyjmie, czyhają na niego zagrożenia poważniejsze, niż w przypadku naturalnego zapłodnienia. Nie mówi się o tym w mediach, pokazując zawsze piękne, radosne dzieci z in vitro, ale takie są fakty. „W pierwszych dniach zarodkowego życia człowieka zachodzą procesy dostosowywania się nowo powstającego organizmu do potrzeb dalszego istnienia. Metody sztucznej prokreacji człowieka zaburzają ten proces – z uwagi na odmienne warunki środowiskowe, w jakich dokonuje się połączenie komórek rozrodczych w laboratorium, w porównaniu do naturalnych warunków organizmu matki. Hormony aplikowane kobiecie celem jednoczesnego pozyskiwania kilku komórek jajowych (dla ich zapłodnienia in vitro) wpływają na cechy genetyczne zarówno tych komórek, jak i na zdrowie kobiety. (…) Brak naturalnej bariery biologicznej, która zabezpiecza przed łączeniem się komórek niedojrzałych lub uszkodzonych genetycznie, dodatkowo sprzyja powstawaniu kolejnych zaburzeń u dziecka. Nierzadko konieczne są następnie procesy naprawcze w postaci różnych kosztownych terapii, dźwiganych następnie przez całe społeczeństwo, a nie przez ośrodki odpowiedzialne za skutki podejmowanych praktyk. Notujemy w przypadku tych zabiegów zwiększoną liczbę poronień samoistnych i zmian genetycznych, jak też częstsze urodzenia dzieci z wadami rozwojowymi”. Wszystko to wynika z faktu, że człowiek usiłuje bawić się we wszechmocnego i w nienaturalny sposób zajmuje się tworzeniem dzieci. To wszystko poparte badaniami fakty, o których nie usłyszymy w TVN, w programie promującym i promowanym przez kliniki zapładniania in vitro. Przy tym możemy przeczytać, że „Wobec wielkiej popularności w niektórych środowiskach tej drogi radzenia sobie z niepłodnością zdziwienie budzi fakt, że skuteczność metody in vitro mierzona liczbą urodzeń w stosunku do liczby prób zapłodnienia wynosi zaledwie kilka procent”. Informację tę potwierdza choćby bynajmniej nie prawicowy portal Doroty Zawadzkiej Parenting.pl: „Prawdopodobieństwo ciąży po in vitro waha się w granicach 25-30%. Przy pojedynczej procedurze szansa na zajście w ciążę wynosi ponad 20%, a w przypadku zastosowania trzech zabiegów – 40-50%. Około połowa par decydujących się na metodę in vitro w leczeniu niepłodności nie doczekuje się jednak potomstwa. Liczba przeprowadzanych u jednej kobiety procedur in vitro jest indywidualna. Przyjmuje się, że od trzech do sześciu zabiegów to liczba najbardziej odpowiednia. W przeciwnym wypadku dochodzi do zbytniego przeciążenia zarówno fizycznego, jak i psychicznego partnerów, a zwłaszcza kobiety”. Zważywszy, jak bardzo obciążające dla wielu małżonków jest podejmowanie choćby pojedynczej próby sztucznego zapłodnienia, takie statystyki przerażają. Podkreślmy przy tym, że mowa tu jest tylko o 20% prawdopodobieństwie zajścia w ciążę – a nie urodzeniu dziecka!

Mówiąc zaś o psychicznych skutkach przechodzimy do drugiego aspektu szkodliwości in vitro poruszanego przez dokument. Jest to kwestia, co do której wcześniej wspominany ksiądz Lemański ma jednak zastrzeżenia. Twierdzi on bowiem podobno, że gdyby tworzono jeden zarodek i jego przeżycie byłoby bardzo prawdopodobne, to metoda sztucznego zapłodnienia byłaby etyczna. Nie zwraca on jednak uwagi na godność małżonków oraz powstającego nowego życia. Konferencja Episkopatu Polski podkreśla zaś: „Płciowość człowieka określa ludzką tożsamość i kształtuje całe jego życie. Nie chodzi tylko o uzdolnienie do współżycia, biologicznej prokreacji, osobowość, psychikę, emocjonalność, lecz również o charakter relacji między kobietą i mężczyzną, w której to relacji seksualność buduje między nimi jedność, poczucie bliskości i bezpieczeństwa. Seksualność umożliwia również, aby w sposób zgodny z naturalnymi okresami płodności kobiety decydować odpowiedzialnie o swoim potomstwie, z gotowością do przyjęcia każdego dziecka. Z tym kontekstem ludzkiej prokreacji kontrastuje technika in vitro, w której ta jedność i zespolenie między małżonkami zostają oddzielone od aktu poczęcia: plemniki uzyskuje się od ojca w akcie samogwałtu, manipuluje się wielokrotnie organizmem matki, a dziecko staje się »produktem«”. Ten fragment może się wydawać kontrowersyjny, ale zdrowy rozsądek podpowiada nam, że ludzkie życie powstaje w naturalny sposób w organizmie matki, poprzez akt seksualny. Odzieranie tego zdarzenia z jego natury odziera małżonków z ich intymności (mężczyzna masturbujący się w celu stworzenia dziecka rzadko bywa usatysfakcjonowany tą sytuacją, a kobieta szprycowana hormonami celem jednoczesnego wypuszczenia licznych jajeczek i „zapładniana” na fotelu ginekologicznym zazwyczaj również odczuwa przy tym dyskomfort) i pozbawia dziecko możliwości godnego rozpoczęcia życia (powstaje ono nie w akcie zjednoczenia małżeńskiego, lecz jako starannie wyselekcjonowany obiekt w laboratorium).

W obliczu tej sytuacji, która prowadzi do pytania o godność dziecka poczętego niegodziwymi metodami padają pytania, czy dziecko poczęte np. w wyniku gwałtu (a w Polsce mogące być zabite za to zgodnie z prawem) zostało poczęte w sposób godny? Odpowiedź brzmi: nie, sposób poczęcia tego dziecka był wielce niegodny, tak jak i poczęcie go w wyniku in vitro. Tak samo niegodnym sposobem poczęcia jest poczęcie w wyniku zdrady małżeńskiej, współżycia przedmałżeńskiego itp. Oczywiście nie odziera to z godności samego człowieka – każdy człowiek, bez względu na to, w jaki sposób poczęty, jest tak samo wartościowy. Dlatego zupełną bzdurą jest odchodzenie z Kościoła osoby poczętej w wyniku in vitro tylko dlatego, że Kościół (a w ślad za nim Konferencja Episkopatu Polski) potępia metodę sztucznego zapłodnienia jako niegodną człowieka. Ponieważ nie odbiera on godności tej osoby – więcej, troszczy się o nią w szczególny sposób; o nią i o całe jej rodzeństwo poronione, abortowane lub zamrożone w ciekłym azocie (niepotrzebne skreślić – nie znam dokładnej historii poczęcia tej konkretnej osoby). Kościół, a za nim KEP, walczy o godność każdego człowieka poczętego za pomocą metody in vitro – i tego, któremu pozwolono, i tego, któremu nie pozwolono się rozwinąć. Różnica jest taka, że ten, któremu pozwolono, jest już dorosły i pluje na Kościół, który mówi bolesną prawdę o metodzie, w wyniku której został do życia powołany. Godność tej dorosłej osoby wymaga więc wejścia z nią w równie bolesną polemikę – a nie, jak ksiądz Lemański, głaskania po główce, przepraszania za biskupa i błagania o nieodchodzenia z instytucji, którą i tak ma się koło nosa.

Dokument, mówiąc o godności małżonków i ich aktów seksualnych podkreśla także, co bardzo ważne, aspekt otwartości na życie w zgodzie z naturą człowieka (a – w domyśle – zamknięcia się na sztuczne zapłodnienie): „Mając na uwadze właściwe zrozumienie natury relacji między małżonkami, należy stwierdzić zgodnie z zamysłem Soboru Watykańskiego II, że małżeństwo i miłość małżeńska z natury swej skierowane są ku dobru małżonków oraz ku poczęciu, zrodzeniu i wychowaniu potomstwa. Dzieci są najcenniejszym darem małżeństwa i w największym stopniu przyczyniają się do dobra samych rodziców. Toteż prawdziwy szacunek dla miłości małżeńskiej i cały sens życia rodzinnego zmierzają do tego właśnie, aby małżonkowie, nie pomijając pozostałych celów małżeństwa, skłonni byli mężnie współdziałać z miłością Boga Ojca, który przez nich wciąż powiększa i wzbogaca ludzką rodzinę. Małżonkowie chrześcijańscy powinni być świadomi, że w swoim postępowaniu nie mogą kierować się własnym kaprysem. Zawsze mają działać w zgodzie z dobrze uformowanym, dostosowanym do prawa Bożego, sumieniem. Decydując się na większą liczbę dzieci i wyrabiając w sobie ducha ofiary, nabywają szlachetną, ludzką i chrześcijańską odpowiedzialność, jak również zyskują na wielkoduszności (por. Gaudium et spes 50)”. A więc – przy całkowicie niegodnym zapłodnieniu metodami sztucznymi – godne jest otwieranie się w akcie małżeńskim na potomstwo, którym Bóg chce obdarzać. Oczywiście nie dotyczy to par, które okazują się być niepłodne. Jednak wytycza prawdziwą ścieżkę tym płodnym parom, które z jakichś powodów odrzucają możliwość posiadania potomstwa, kierując się wymienianą przez dokument mentalnością antykoncepcyjną (na temat samej mentalności antykoncepcyjnej, czyli myślenia i życia przeciw poczęciu dziecka, moja Żona pisała pracę magisterską).

Podsumowując cały mój wywód należy przede wszystkim podkreślić, że dokument Konferencji Episkopatu Polski „O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek” jest pisany kategorycznym językiem, tak jak kategorycznym językiem w kwestiach bioetycznych wypowiada się Kościół. Tak, jak chciałby tego od nas Jezus: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). Jest jakaś prawda i tej prawdy trzeba się trzymać, tę prawdę trzeba przekazywać. Nie można mówić: „In vitro jest wprawdzie złe, ale…” i wynajdywać usprawiedliwienia. Jest złe i koniec. A jest złe ponieważ odziera osoby dążące do poczęcia sztucznymi metodami z godności, co świetnie podkreślił jeden z mężczyzn w książce Grzegorza Górnego „Zbrodnia i medycyna”: „W klinikach mężczyźni stoją w kolejkach z pojemnikami na nasienie i po kolei wchodzą do pokoju pobrań. Tam, korzystając najczęściej z gazetek erotycznych, muszą napełnić swoim nasieniem pojemnik. Potem wychodzą z pokoju i wchodzi następna osoba. To wszystko dzieje się niemal na oczach obcych ludzi, na oczach żon. Można powiedzieć, że to ośmiesza proces poczęcia dziecka” (cytat za blogiem Marii Heleny). Odziera te osoby z intymności, odziera moment poczęcia z naturalnego i dobrego zjednoczenia małżonków. Jest złe także dlatego, że zakłada selekcję zarodków, a więc działania eugeniczne, zakłada odrzucanie ludzi chorych, ułomnych, gorszych genetycznie, a często także już tych rozwijających się w łonie kobiety, gdy ciąża okazuje się być mnoga. Jest złe dlatego, że dozwala działania eugeniczne na szerszą skalę (wybór płci, i – nie oszukujmy się – także cech takich, jak kolor oczu czy włosów). Jest złe, ponieważ przy zapłodnieniu i stworzeniu człowieka za każdym razem, doprowadza do jego zagnieżdżenia w ściance macicy (proces oficjalnie zwany zachodzeniem w ciążę) tylko w ok. 20% przypadków, a do urodzenia z jeszcze mniejszą szansą. Jest złe, ponieważ naraża matki na poważne choroby fizyczne wywołane stymulacją hormonalną na zatrważającą skalę, a także choroby psychiczne. Naraża na nie także dzieci poczęte tą metodą.

Wielu mój artykuł pewnie oburzy tak, jak wielu oburzył dokument Konferencji Episkopatu Polski. Niestety, to co tu napisałem to prawdziwe, naukowe dane. Nie da się tego odwrócić. Dlatego życzę wszystkim starającym się o potomstwo naturalnego poczęcia. Lub otwarcia na adopcję dziecka. A wszystkim tym, którzy już poddali się procedurze sztucznego zapłodnienia zdrowia psychicznego i dobrej decyzji dotyczącej losów reszty swojego potomstwa zamrożonego w ciekłym azocie. Osobom urodzonym w wyniku sztucznego zapłodnienia życzę zaś, by myślały mądrze i modliły się za swoich rodziców, swoje rodzeństwo i siebie samych, a nie bezmyślnie odchodziły od Kościoła, bo mówi bolesne rzeczy.

Źródło cytatów: „O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek” na stronie Konferencji Episkopatu Polski.

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Nawet Tosia musi być sexy

Przyszło nam żyć w bardzo dziwnych czasach. Przeciętna (mówiąc „przeciętna” nie mam na myśli „bylejaka”, tylko „typowa”) kobieta, która kiedyś mogła być nazywana piękną, śliczną, ładną, zgrabną, powabną, oszałamiającą, interesującą czy nawet atrakcyjną, wystarczy, że dziś jest seksowna. Albo po prostu sexy. Jedno słowo określające wszystko, co w wyglądzie kobiety ma znaczenie. Nogi, pupa, biust, nawet twarz i włosy – wszystko musi być sexy. Jeśli ktoś złapie fazę na oglądanie TLC (dawnej Discovery Travel & Living) czy choćby naszego rodzimego TVN Style, bardzo szybko się dowie, że kobieta przede wszystkim ma być sexy. Gok Van z szykiem aktywnego homoseksualisty tak rozbierze każdą kobietę, by prezentowała się jak najbardziej sexy. Wszystkie cygańskie nastolatki i zbuntowane amisze muszą włożyć najkrótszą mini, żeby być jak najbardziej sexy. Trinny i Susannah przebiorą cały świat właśnie tak, by był jak najbardziej sexy. Nie oszukuję – te zacne panie dobierające strój do sylwetki, by opisać wygląd swojej ofiary przybranej w zbyt ciasny gorset (zawsze z push-upem) używają chyba tylko tego jednego określenia: „sexy”.

Naprawdę nie trzeba już patrzeć na kobietę i opisywać jej wyglądu. Wystarczy, że ubierze się wystarczająco seksownie i można jej już powiedzieć, że wygląda sexy. Co jednak oznacza to słowo? Sądzę, że kiedyś można było powiedzieć, że ktoś wygląda atrakcyjne lub pociągająco. Oznaczało to poniekąd, że podoba się bardziej niż platonicznie. Że wywołuje w człowieku rodzaj podniecenia. Że człowieka do tej osoby ciągnie. Tak było kiedyś, jednak słowo „seksowny” idzie zdecydowanie dalej. W każdej formie tego wyrazu pojawia się cząstka „seks”. Ten „seks” ma znaczyć, że z daną osobą, która właśnie wygląda seksownie, ma się ochotę na seks. Może to brzmi okropnie, to co ja piszę, właściwie sam się gorszę swoimi słowami, ale dokładnie to znaczy przecież to słowo. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że jeśli określa się kogoś mianem „sexy”, to znaczy, że jest nie lada kąskiem. Po biblijnemu można powiedzieć, że patrzy się na tę osobę pożądliwie. Bycie „sexy” pociąga jednak za sobą pewne konsekwencje. Aby podobać się mężczyznom, kobieta musi dziś stosownie dobierać strój, a tu mam na myśli krótkie spódniczki, ew. obcisłe legginsy, kuse bluzeczki, i to, co Trinny i Susannah lubią najbardziej – push-upki. Nie wystarczą ładne, nawet dopasowane spodnie. Nie wystarczy spódnica do kostek czy ładna sukienka. Żeby się podobać, trzeba się troszeczkę rozebrać. To bardzo smutne. Kiedy o tym myślę przypomina mi się scena z moich ukochanych „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, w której Judym jechał tramwajem w towarzystwie kilku pięknych kobiet i jedna z nich, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, podciągnęła sukienkę ukazując mu kostkę. Judym się zagotował. Czy to nie jest coś pięknego? Kiedyś kobiety ukrywały swoje wdzięki, czasem pogrywając nimi subtelnie. Dziś wszystko musi być odsłonięte. Żeby było sexy.

RadwańskaNiedawna afera z Agnieszką Radwańską i podział na dwa obozy. Oto Agnieszka zapozowała do jakiegoś pisma sportowego zupełnie nago i za to wydalono ją z akcji „Nie wstydzę się Jezusa”. Prawdą jest, że każdy (w dzisiejszych czasach) może sobie w dowolnym piśmie, które go zechce, pokazać tyły. Prawdą jest jednak również to, że Jezus nauczał skromności. Że nie jest niczym dobrym pokazywanie swojego ciała szerokiej publiczności. Choćby rzeczywiście chodziło tylko o ukazanie zdrowej, dobrze zbudowanej sylwetki. Szczerze mówiąc – nie wiem. Ja tam na tym materacu widziałem goły tył ładnej dziewczyny. Jakoś nie przyglądałem się budowie mięśni. Moim zdaniem – jeśli tylko p. Agnieszka pragnie pokazywać się nago, niech to robi, ale niech rzeczywiście przy okazji nie stara się być ambasadorem akcji z imieniem Jezus w tytule. To nie idzie w parze. Jeśli zaś o mnie chodzi, to zwróciłem na „sexy” Agnieszkę uwagę zdecydowanie wcześniej, jeszcze przed jej akcją w zagranicznych magazynach. Pozowała do sesji wcale nie nago. Jednak jej wyzywające pozy, uwodzący wzrok… To wszystko można nazwać „sexy”. Może jeszcze nie do tego stopnia, by usuwać ją z akcji promującej Jezusa, ale wystarczająco, by zacząć się zastanawiać.

Niestety seksowność wkrada się i do kościołów. Nie mówię tu o braku szacunku wobec Boga wyrażanej w zakładaniu krótkich spodni przez mężczyzn czy odsłanianiu ramion przez kobiety (to temat na osobną notkę). Mam na myśli raczej wszystkie dziewczęta i kobiety, które wkładają na mszę najkrótsze spódniczki, jakie w domu posiadają. Ewentualnie sukienki. Zjawisko zdecydowanie częściej występuje w czasach kumulacji chrztów, gdy źle dobrane matki chrzestne zakładają źle dobrane sukienki, które odsłaniają zdecydowanie za wiele jak na kościelne standardy. Czasem się ścigając na krótkość z matkami dzieci. Na oazach młodzieżowych przed wejściem do kaplicy stali opiekunowie i mierzyli długość spódnic – wiem to z opowiadań. Za krótka – powrót do pokoju i przebierać się. Nie wiem, czy nadal obowiązują takie standardy, bo na zeszłorocznym rekolekcyjnym Dniu Wspólnoty, na który zjeżdżają się wszystkie oazy – i młodzieżowe, i rodzinne – z okolicy, dziewczynki były wymalowane i poubierane czasem niemal jak na dyskotekę. By pokazać się w swoim najlepszym stroju. A dziś najlepszy strój to ten najbardziej sexy.

Takie myślenie prowadzi nas do paradoksu. Przecież walka z pedofilią w społeczeństwie jest zakrojona na szeroką skalę. Słusznie! Ale z drugiej strony moda na bycie sexy ogarnia coraz młodsze dziewczęta. Już nie tylko nastolatki, ale i dziesięciolatki, a czasem pewnie i młodsze, starają się wyglądać jak najbardziej atrakcyjnie. Czyli seksownie. Wróćmy na chwilę do TLC i spójrzmy na „Małą piękność”. Dziewczynki po 8, 6, 4 lata – ubierane i czesane przez mamusie i stylistki tak, by wyglądać jak najbardziej dorośle i jak najbardziej pociągająco. Wydaje się, że to patologia? Owszem, ale ta patologia jest dziś wszędzie. Naprawdę, w epoce walki z pedofilią na masową skalę, dobrze jest widziane, by pokazać nogi i uwypuklić biust. Nawet gdy dopiero zaczyna rosnąć.

Weźmy takie reklamy rajstop. Albo pończoch, ganz egal. Zjawisko zadziwia mnie od dawna. Przecież pończochy to nie prezerwatywy Skyn albo jakiś środek na potencję. Nie wymagają rozbierania kobiet do robienia reklamy. A jednak niemal każde rajstopy (które mają za zadanie ogrzać nogi, gdy zimno, choć też podkreślić ich kształt) mają na opakowaniu kobietę w dwuznacznej pozie, rozchylającą nogi, ukazującą bieliznę pod spódnicą, a czasem wręcz pozbawioną jakiejkolwiek innej części garderoby, poza reklamowanymi pończochami. Ja się pytam: po co taki zabieg? Przecież rajstopy zakładane do kostiumu nie mają być produktem, który mają kupować mężczyźni. Producent nie powinien się skupiać na męskim targecie – to kobieta ma nosić rajstopy. Ale odpowiedź jest zaskakująco prosta. Kobieta chce być sexy! Patrzy na paczkę rajstop i widzi, że jak je założy, będzie sexy! A więc spodoba się mężczyźnie. A więc będzie piękna! I wszystko się zgadza. Logiczne. Dopóki nie przejdziemy do rajstop lub skarpet produkowanych dla młodszych klientek.

To jest Tosia. ToTosiasia to dziewczynka, która zapewne nie ma tak wcale na imię (w Internetach występuje także jako Cindy). Tosia ma dziesięć, może mniej lat. Reklamuje skarpeteczki. Opakowanie wpadło mi w ręce i zadziwiło ostatnio, w czasie szykowania rodziny na rodzinną imprezę. Gdy zobaczyłem Tosię oniemiałem. Tosia siedzi w wyzywającej pozie, odsłania nogi i prezentuje wdzięki. Zupełnie jak dorosłe kobiety reklamujące rajstopy dla dorosłych kobiet. Produkt ten sam – firma ta sama – tylko dla młodszych konsumentek. Ale jeśli starsze klientki mają być sexy, to i młodsze powinny. Nie mają być ładne, eleganckie, tylko seksowne. Jeśli komuś czegoś brakuje muszę podkreślić, że Cindy pokazuje więcej niż Tosia… To smutne. Naprawdę smutne, że takie rzeczy się dzieją i przechodzą bez echa. Że kupuje się rajstopki czy skarpetki dla dziewczynki patrząc na to, jak bardzo sexy się w nich wygląda… Nie wiem co więcej powiedzieć.

Mogę tylko przypomnieć, co Jezus mówił o takim zjawisku. „Kto pożądliwie patrzy na kobietę w swoim sercu już dopuścił się cudzołóstwa” (Mt 5,28). To dotyczy mężczyzn patrzących na kobiety. Co się jednak dzieje, jeśli większość kobiet chcących się podobać dąży do tego, by patrzono na nie pożądliwie? Zdecydowanie są współwinnymi cudzołóstwa. A co powiedzieć w kwestii upożądliwiania dziewczynek? Osobiście rozumiem to jednoznacznie – jako wielkie zło (nie tylko jako grzech, ale jako zło wyrządzane samym dziewczynkom). Szkoda, że w społeczeństwie panuje przyzwolenie na takie działanie…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków

Pozdrawiam także Anglików, Francuzów, Polaków z Anglii i Francji, a także wszystkich innych ludzi, którzy z jakiegoś powodu trafili na mój blog. Pozdrawiam Was, wszyscy czytelnicy, zarówno ci, którzy czytacie regularnie to, co ja napiszę, jak i ci, którzy z jakichś powodów okazjonalnie do mnie trafiacie, albo trafiliście raz, albo raz traficie. Piszę te słowa, żebyście wiedzieli, że każdy czytelnik jest mi drogi bez względu na to, czy zgadza się ze mną we wszystkim, czy we wszystkim jest przeciwny, czy raczej się zgadza, czy raczej jest przeciwny. Czy może zagląda z ciekawości, nie mając wyrobionych poglądów, albo lubi mnie czytać, albo mnie lubi, albo nie lubi. A może czytuje kogoś, kto mnie czytuje i znalazł tam linka i przyszedł z ciekawości? Wiele osób z wielu powodów może tu przychodzić i chcę, żebyście wiedzieli, że bardzo Was szanuję i cieszę się, że tu jesteście.

Historia mojego pisania zaczęła się w 2005 roku, kiedy byłem w seminarium. To były wakacje po pierwszym roku, ja – młody chłopak pełen ideałów – pragnąłem moją wiedzę i energię przekazać innym. Czytali mnie głównie nastolatkowie, w tym mój brat i jego przyjaciele, ale także wiele osób mniej mi znanych. Owszem – wtedy nie wiedziałem, że czyta mnie także plejada księży z mojego seminarium, z księdzem rektorem na czele. Piszę to, choć pisałem pewnie już nieraz. Nie próbuję się chwalić, chcę tylko zaznaczyć, że jeśli nadal są tu księża, w tym także z mojego seminarium, to serdecznie ich pozdrawiam. Piszę też dlatego, że chcę Wam pokazać, jak mój blog zmieniał się z czasem przez wzgląd na to, kto go czytał i co z tym robił.

Tak więc mój pierwszy blog zacząłem w lipcu 2005 roku, a zamknąłem we wrześniu roku tego samego. Tak naprawdę dotychczas prowadziłem 5 blogów, przy czym w tej chwili wszystkie zgromadziłem na piątym, aby każdy czytelnik miał ułatwiony wgląd do archiwów – choć wszystkie blogi znajdują się nadal pod starymi adresami i są dostępne do wglądu dzięki linkom na tej stronie. Z zamknięciem każdego bloga i otwarciem nowego wiąże się jakaś „afera blogowa” wywołana przez czytelników bloga, czyli przez niektórych z Was, tych, których pozdrawiam. Pierwszy blog zamknąłem po tym, jak czytający mnie księża, a przede wszystkim ksiądz rektor usunęli mnie z seminarium. Przestałem być „stukniętym klerykiem” i istnienie Pamiętnika stukniętego kleryka przestało mieć rację bytu. Szybko potem, już w październiku, postanowiłem jednak wrócić, pełen buntu, ale bez gruntu pod nogami, z nowym blogiem „W obronie Życia i Świętości”. Ten miałem naprawdę długo, około dwa i pół roku (wtedy to było długo, zmiany losów życia nieustanne; trzy lata pisania aktualnego bloga minęły nie wiem kiedy…). W tym czasie miałem związki, rozwiązki, wreszcie poznałem moją Żonę i pisałem o naszych ówczesnych losach. Tematy były mało teologiczne, bo i ja naówczas byłem mało teologiczny. Afera wywiązała się równo z notką numer 100, czyli ostatnią pisaną na drugim blogu. Tam ujawniłem kilka trudnych faktów na swój temat, co nie spodobało się komuś spośród czytelników. Nie wiem komu, ale wiem, że ten ktoś miał kontakt z bliskimi mi osobami, które wtedy przemówiły mi do rozsądku. W efekcie zamknąłem drugi blog i otworzyłem trzeci. Nazwałem go „Zawsze chciałem zostać apostołem” i tworzyłem naprawdę krótko i nieregularnie. Zamknąłem go nie z powodu afery, lecz dlatego, że Mylog w pewnym momencie prowadził remont i był zamknięty przez cały grudzień, a ja miałem założenie – przynajmniej jeden wpis w miesiącu. Przez to musiałem odejść na inny serwer, w tym wypadku na WordPress. Co nie znaczy, że na sacrumprofanum nie było żadnej afery. Nie, tu chyba zdarzyła się największa spośród wszystkich afer blogowych za czasów mojego pisania. Przygotowania do naszego ślubu nie szły tak, jak byśmy sobie to wyobrażali. Zapraszano osoby, które ledwo znaliśmy. Postanowiłem się więc wyżalić na blogu i czytelnicy dotychczas milczący postanowili skomentować. Przeszliśmy przez plejadę słoni, ktosiów i kierowców gimbusa, a także jednych członków rodziny podających się za innych członków rodziny. Wtedy nawet na chwilę zablokowałem bloga, ale postanowiłem się nie uginać i stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami. Jakoś się uporaliśmy, a czytelnicy ponownie donieśli bliskim mi osobom dopiero po ślubie, dzięki czemu mieliśmy miłą uroczystość, a po ślubie ułożyliśmy sobie bardzo poprawne stosunki z bliskimi. Historia jest długa i skomplikowana, a także nie na blog. Tak czy inaczej afera, pod którą się nie ugiąłem, nie zamknęła bloga, ale liczy się jak każda inna.

Czwarty blog był już na WordPressie, ale ponieważ nie uciekałem z powodu afery (wygląda na to, że nowy blog rozpocząłem od gaszenia afery związanej z blogiem mojej Żony), kontynuowałem linię apostołowania. Tu też bardziej powróciłem na tematy teologiczne – studiowałem ponownie teologię odkąd przyjechałem do Warszawy i nareszcie czułem się na tyle dobrze, by się w tym temacie wypowiadać. Niestety, problemy z czytelnikami zaczęły się nawarstwiać. Oprócz dawnych anonimowych trolli (członków rodziny?) pojawiali się też nowi, a do linii trollingu dołączyli prawie wszyscy moi nieanonimowi czytelnicy-komentatorzy, wliczając w to panią teolog, która była podobnej myśli, dopóki nie podjęła decyzji niezgodnych z tą myślą i myśl zmieniła. Po napisaniu zaledwie kilkunastu notek, po upływie zaledwie 3 miesięcy postanowiłem poddać się tej potężnej aferze blogowej i powziąłem straszny plan zemsty. Kiedy nawet w spokojnej, delikatnej i wręcz nudnej notce o „Tatusiu” zaczęły się pojawiać wredne komentarze czytelników, wyjechałem na „Wakacje” i zniknąłem, ku zdumieniu spragnionych żeru trolli.

Plan był prosty: założyć nowy blog, naprawdę anonimowo, zaprosić do niego nowych czytelników i zacząć z czystym kontem. Pożyć tak trzy lata, pisząc, a potem wyjść na światło dzienne, przywitać wszystkich czytelników i pisać dalej tak, jak pisałem. Plan – o dziwo – ziścił się znakomicie. Trzy lata minęły nie wiem kiedy, choć nigdy żadnego bloga nie pisałem tak długo. Przez większość czasu było spokojnie, nawet jeśli nie każdy czytelnik zgadzał się z tym, co piszę. Wyszedłem z ukrycia i nadal było tak samo. Po jakimś czasie – owszem – starzy czytelnicy zaczynali dawać o sobie znać, ale z delikatną siłą rażenia. Trolle – owszem – nadal się pojawiały, ale z częstotliwością niewielką. Dyskusje – zgadza się – miały miejsce, ale już z mniejszym zaangażowaniem i z mniejszymi emocjami. I tak trwa do dziś, a choć w międzyczasie odłamek mojej dalekiej rodziny, prawdopodobnie jeden z tych, które brały udział w aferze przedślubnej, rzeczywiście się odłamał, ponieważ niepochlebnie napisałem na temat zdarzenia, które mogło mieć miejsce w życiu tego odłamka, nie wpłynęło to znacząco na moje życie. Dużo się zmieniło. Ja dojrzałem, a i życzliwi czytelnicy chyba zrozumieli, że donoszenie moim bliskim mija się z celem. A może nadal donoszą – tylko bliscy zrozumieli, że mam swoje życie i swoją twórczość?

Dlaczego to wszystko piszę? Ponieważ przez lata mojego życia i blogowania zrozumiałem, że jeśli jestem blogerem i jestem nim publicznie, to może mnie czytać każdy. Każdy ma do tego prawo i każdego ja serdecznie pozdrawiam. Co więcej – nie zwykłem kasować czy odsiewać komentarzy, nawet tych wulgarnych, nawet tych atakujących mnie czy innych, chyba że na wyraźną prośbę autora – więc każdy ma prawo skomentować, wypowiedzieć się tak, jak tylko pragnie i uważa za słuszne. Może być rzeczowy, a może być wulgarny. Może się zgodzić albo nie zgodzić. Ma prawo mieć albo nie mieć argumentów. Zrozumiałem, że otwierając się na czytelników otwieram się na różne osoby. Choćby nawet czytał to daleki kuzyn mojej babci (hipotetycznie i przykładowo). I zrozumiałem, że nie muszę się już bać burzliwych dyskusji, emocji i nerwów, ani tego, że ktoś to przeczyta i powie komuś innemu, kto może mieć taki albo inny wpływ na moje życie. Zrozumiałem i nauczyłem się, że mogę mieć to w poważaniu, bo to jest moje – dorosłe i odpowiedzialne – życie. Moja rodzina, osobna, oddzielna komórka społeczna, ukonstytuowana na mocy prawa i sakramentu małżeństwa – i nie mam żadnego obowiązku w jakikolwiek sposób przejmować się opinią komentatorów, trolli, donosicieli i prawdziwie życzliwych mi osób. A także moich bliskich, którzy mogą to czytać, albo którym ktoś może donieść. Piszę co uważam i jak uważam – bo jestem dorosłą osobą.

Piszę to wszystko, ponieważ chcę, żebyście wiedzieli, że mam już za sobą etap nerwówek, zamartwiania się i zamykania blogów, jednego po drugim. Przeszedłem trzyletnie odtrucie i ponad rok po tym odtruciu czuję się świetnie. Jesteście ze mną – bardzo to cenię. Komentujecie – Wasze komentarze karmią mego bloga! Nie zgadzacie się ze mną? Ja nie muszę się zgadzać z Wami. Nie przekonujecie mnie, bo jestem zatwardziały i niepokorny? Może, a może ja mam na ten temat własne zdanie. Moje argumenty do Was nie docierają? Wasze do mnie niestety często również. Kłócę się na blogu i nie daję się przekonać? Najczęściej zwyczajnie mam inne zdanie i nie tak łatwo jest mi je zmienić, bo mocno w nie wierzę. Jestem autorem bloga, piszę i myślę tak, jak uważam. Nie macie obowiązku się zgadzać, ja z Wami też nie. Muszę tylko zaznaczyć, że w moim życiu wiele poglądów przeszło ewolucję – a jednak moje pisanie od 2005 roku aż do dziś jest niemal identyczne. Miło mi jednak, gdy pomagacie mi odkrzywiać jakiś mój fałszywy pogląd.

Cenię bardzo każdego czytelnika i każdy komentarz. Gdy czuję się atakowany – walczę. Gdy widzę, że nie mam racji – ustępuję. Gdy mówi się do mnie spokojnie i rzeczowo – zastanawiam się. Ale już nie rzucam słuchawkami. Wyrosłem z tego. Mam nadzieję, że osoby, które to interesuje, zrozumiały o co mi chodzi.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków, Brytyjczyków, Niemców, Amerykanów, Szwedów, Białorusinów, Francuzów, Włochów, Litwinów, Holendrów, mieszkańców Hong Kongu, Słowaków i Irlandczyków. Żeby wymienić tylko tych z Was, których wejścia statystyki przytaczają mi jako najczęstsze w ciągu ostatniego miesiąca.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku

Rodzina to mąż, żona i dzieci. Taka jest skrócona i nienaukowa, ale prawdziwa definicja. Od definicji małżeństwa definicję rodziny odróżnia fragment „i dzieci”, małżeństwo to bowiem mąż i żona. Mąż i żona zaś to mężczyzna i kobieta połączeni sakramentem małżeństwa. Wprowadzam te pojęcia na początku, ponieważ chcę uwypuklić coś, o czym sam słyszę wielokrotnie, a mianowicie to, że bardzo ważna jest rodzina, ale zdecydowanie ważniejsze jest małżeństwo.

Musimy dbać o nasze dzieci, bo małżeństwo powołane jest do tego, by przyjąć i po katolicku wychować potomstwo. Przede wszystkim jednak musimy dbać o małżeństwo, ponieważ to swoją żonę wybrał sobie mąż na partnerkę na całe życie; to swojego męża wybrała dla siebie żona. Oni są parą, która wspomaga Boga w procesie stwórczym i otrzymuje potomstwo jako zadanie, ale ponieważ właśnie są parą (a nie pojedynczą osobą), muszą robić wszystko, co w ich mocy, by działać jak para, żyć jak para, kochać się jak para. Najbardziej na świecie.

Przeczytałem niegdyś w książce traktującej o wychowaniu dzieci („Rodzice w akcji” Moniki i Marcina Gajdów), że aby dobrze wychować dzieci, na dobrych i szczęśliwych ludzi, przede wszystkim należy zadbać o swoje małżeństwo. Mąż i żona bowiem, kiedy zapominają o sobie i o swoim szczęściu, starając się jak najlepiej zająć swoimi dziećmi, tracą tak naprawdę tę możliwość. Prawdą bowiem jest to, co głoszą nowoczesne, feministyczne hasełka, że nieszczęśliwa matka to nieszczęśliwe dziecko. Dodam od siebie więcej – nieszczęśliwy ojciec to także nieszczęśliwe dziecko. Feministyczne hasełka tego już nie głoszą, bowiem ich zdaniem na szczęście matki składać się powinno: dziecko w żłobku, realizowanie się w pracy przez długie godziny, wychodzenie z koleżansiami na browca w każdym możliwym momencie no i oczywiście odpowiedni partner, następny partner lub jeszcze jeden partner, zwłaszcza gdy z ojcem dziecka jest nieszczęśliwa. Tymczasem to wszystko zawsze tylko pozory szczęścia, bowiem szczęście dziecka wypływa i rodzi się nie ze szczęścia matki jako indywiduum, nie ze szczęścia ojca jako indywiduum, lecz ze szczęścia ich obojga, jako pary złączonej sakramentem, jako małżeństwa. Małżonkowie, którzy się kochają, w doskonalszy sposób kochają też dzieci. Małżonkowie, którzy są ze sobą szczęśliwi, dają dzieciom wzór szczęścia. Także wzór miłości, wzór małżeństwa i prawidłowej rodziny.

Rodzice muszą więc czasem zapomnieć o dzieciach. To brzmi głupio i jest głupie, bo tak naprawdę wcale nie należy zapominać o dzieciach. Dzieci trzeba zagospodarować z kimś zaufanym i upewnić się, że spędzą czas we wspaniały sposób. Dzieci należy zostawić tak, by mąż mógł spędzić czas ze swoją żoną, a żona ze swoim mężem. I tu pojawia się wzór, który dla mnie stanowi tytuł wpisu. Godzina w tygodniu, dzień w miesiącu, tydzień w roku. Wynika z tego, że nie żadnym wyjątkiem, lecz prawidłowością powinna być małżeńska randka raz na tydzień. Kino, kolacja, teatr, opera. Oczywiście, będzie tego kapkę więcej niż godzina, ale ta „godzina” pada tutaj raczej umownie. Ważne, by zabezpieczyć dzieci tak, aby nie musieć się nigdzie spieszyć.

Randka raz na tydzień to świetny pomysł, ale dopiero początek. Ideał sięga wyżej, dając małżonkom dzień w miesiącu. Widzę to jako „weekend z babcią” dla dzieci. Rodzice zostawiają dzieci u swoich rodziców rano, noc spędzają w hotelu, wracają następnego dnia. Po śniadaniu. Albo po obiedzie. Ale to jeszcze nie wszystko. Pozostaje bowiem tydzień w roku. Czyli wspólny urlop. Czas, w którym dzieci na dłużej pozostają pod opieką dziadków, lub innych bliskich osób, by w tym czasie rodzice mogli zająć się sobą. Wyjechać. Wczasy z dziećmi to bardzo ważna, potrzebna dla budowania więzi rodzinnych rzecz. Ale nie możemy zapominać o tym, że to małżeństwo jest najważniejsze, że my, jako dorośli ludzie, też potrzebujemy spędzać czas w swoim towarzystwie. Że potrzebujemy przypominać sobie lata swojego narzeczeństwa, kiedy jeszcze nie było dzieci, kiedy byliśmy tylko dla siebie. Czasem musimy być tylko dla siebie. Z myślą o sobie i swoich dzieciach.

Kiedy ma się dzieci starsze niż 10 lat (wszystkie) takie rozwiązanie jest z pewnością możliwe. Powtarzamy je każdemu, kogo spotkamy (a zasłyszeliśmy je na jednej z konferencji na jednych z rekolekcji), ale sami nie do końca się stosujemy. Kwestia jest logiczna – nie da się, bo nasze dzieci są jeszcze za małe. Wcześniej, kiedy był tylko Syn, randkowaliśmy regularnie. Teraz z Córką raz na tydzień jest marzeniem. Raz w miesiącu – to i tak dobrze. Czasem za mało. Ale wystarczy. „Dzień w miesiącu” mieliśmy właściwie tylko raz. W Walentynki, kiedy Synek miał rok i osiem miesięcy. Jego można było zostawić w każdym wieku z kimkolwiek. Wtedy się udało – piękny weekend, choć nie wyjechaliśmy z Warszawy. Mam nadzieję, że uda się kiedyś powtórzyć.

Gdy piszę te słowa, siedzimy wraz z Żoną w autokarze wiozącym nas na drugi w naszym życiu „tydzień w roku”, odkąd urodziło się pierwsze dziecko. Poprzednio wyjechaliśmy po 3 latach związku, po roku od urodzenia Synka. Teraz jedziemy po kolejnych 3 latach, po roku od urodzenia Córki. Nie jest tydzień w roku, ale jest około dwa na trzy lata. Też dobrze. Tym razem przed nami Paryż. Jedziemy zaleczyć nasze małżeństwo, choć wcale nie miewa się źle. Zaleczanie polega na odpoczynku, na wspólnym byciu, na spaniu do późna, na łażeniu do późna. Ważne. I potrzebne.

Kochamy nasze dzieci. Całą trójeczkę (trzecie, siłą rzeczy, musi jechać z nami). Nie chcemy ich opuszczać, zostawiać. Pragniemy, by spędziły czas z dziadkami najlepiej jak to możliwe. Wyjeżdżamy dla nich, by lepiej się nimi zajmować, by więcej im z siebie dawać. By odnowić naszą miłość, którą potem przekażemy im. Jedziemy, ponieważ by dobrze dbać o rodzinę, trzeba najpierw dobrze zadbać o małżeństwo. Bo – przeczytałem to we wspomnianej już wcześniej książce Gajdów – nie ma sakramentu rodziny. Jest sakrament małżeństwa.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy