Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków

Pozdrawiam także Anglików, Francuzów, Polaków z Anglii i Francji, a także wszystkich innych ludzi, którzy z jakiegoś powodu trafili na mój blog. Pozdrawiam Was, wszyscy czytelnicy, zarówno ci, którzy czytacie regularnie to, co ja napiszę, jak i ci, którzy z jakichś powodów okazjonalnie do mnie trafiacie, albo trafiliście raz, albo raz traficie. Piszę te słowa, żebyście wiedzieli, że każdy czytelnik jest mi drogi bez względu na to, czy zgadza się ze mną we wszystkim, czy we wszystkim jest przeciwny, czy raczej się zgadza, czy raczej jest przeciwny. Czy może zagląda z ciekawości, nie mając wyrobionych poglądów, albo lubi mnie czytać, albo mnie lubi, albo nie lubi. A może czytuje kogoś, kto mnie czytuje i znalazł tam linka i przyszedł z ciekawości? Wiele osób z wielu powodów może tu przychodzić i chcę, żebyście wiedzieli, że bardzo Was szanuję i cieszę się, że tu jesteście.

Historia mojego pisania zaczęła się w 2005 roku, kiedy byłem w seminarium. To były wakacje po pierwszym roku, ja – młody chłopak pełen ideałów – pragnąłem moją wiedzę i energię przekazać innym. Czytali mnie głównie nastolatkowie, w tym mój brat i jego przyjaciele, ale także wiele osób mniej mi znanych. Owszem – wtedy nie wiedziałem, że czyta mnie także plejada księży z mojego seminarium, z księdzem rektorem na czele. Piszę to, choć pisałem pewnie już nieraz. Nie próbuję się chwalić, chcę tylko zaznaczyć, że jeśli nadal są tu księża, w tym także z mojego seminarium, to serdecznie ich pozdrawiam. Piszę też dlatego, że chcę Wam pokazać, jak mój blog zmieniał się z czasem przez wzgląd na to, kto go czytał i co z tym robił.

Tak więc mój pierwszy blog zacząłem w lipcu 2005 roku, a zamknąłem we wrześniu roku tego samego. Tak naprawdę dotychczas prowadziłem 5 blogów, przy czym w tej chwili wszystkie zgromadziłem na piątym, aby każdy czytelnik miał ułatwiony wgląd do archiwów – choć wszystkie blogi znajdują się nadal pod starymi adresami i są dostępne do wglądu dzięki linkom na tej stronie. Z zamknięciem każdego bloga i otwarciem nowego wiąże się jakaś „afera blogowa” wywołana przez czytelników bloga, czyli przez niektórych z Was, tych, których pozdrawiam. Pierwszy blog zamknąłem po tym, jak czytający mnie księża, a przede wszystkim ksiądz rektor usunęli mnie z seminarium. Przestałem być „stukniętym klerykiem” i istnienie Pamiętnika stukniętego kleryka przestało mieć rację bytu. Szybko potem, już w październiku, postanowiłem jednak wrócić, pełen buntu, ale bez gruntu pod nogami, z nowym blogiem „W obronie Życia i Świętości”. Ten miałem naprawdę długo, około dwa i pół roku (wtedy to było długo, zmiany losów życia nieustanne; trzy lata pisania aktualnego bloga minęły nie wiem kiedy…). W tym czasie miałem związki, rozwiązki, wreszcie poznałem moją Żonę i pisałem o naszych ówczesnych losach. Tematy były mało teologiczne, bo i ja naówczas byłem mało teologiczny. Afera wywiązała się równo z notką numer 100, czyli ostatnią pisaną na drugim blogu. Tam ujawniłem kilka trudnych faktów na swój temat, co nie spodobało się komuś spośród czytelników. Nie wiem komu, ale wiem, że ten ktoś miał kontakt z bliskimi mi osobami, które wtedy przemówiły mi do rozsądku. W efekcie zamknąłem drugi blog i otworzyłem trzeci. Nazwałem go „Zawsze chciałem zostać apostołem” i tworzyłem naprawdę krótko i nieregularnie. Zamknąłem go nie z powodu afery, lecz dlatego, że Mylog w pewnym momencie prowadził remont i był zamknięty przez cały grudzień, a ja miałem założenie – przynajmniej jeden wpis w miesiącu. Przez to musiałem odejść na inny serwer, w tym wypadku na WordPress. Co nie znaczy, że na sacrumprofanum nie było żadnej afery. Nie, tu chyba zdarzyła się największa spośród wszystkich afer blogowych za czasów mojego pisania. Przygotowania do naszego ślubu nie szły tak, jak byśmy sobie to wyobrażali. Zapraszano osoby, które ledwo znaliśmy. Postanowiłem się więc wyżalić na blogu i czytelnicy dotychczas milczący postanowili skomentować. Przeszliśmy przez plejadę słoni, ktosiów i kierowców gimbusa, a także jednych członków rodziny podających się za innych członków rodziny. Wtedy nawet na chwilę zablokowałem bloga, ale postanowiłem się nie uginać i stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami. Jakoś się uporaliśmy, a czytelnicy ponownie donieśli bliskim mi osobom dopiero po ślubie, dzięki czemu mieliśmy miłą uroczystość, a po ślubie ułożyliśmy sobie bardzo poprawne stosunki z bliskimi. Historia jest długa i skomplikowana, a także nie na blog. Tak czy inaczej afera, pod którą się nie ugiąłem, nie zamknęła bloga, ale liczy się jak każda inna.

Czwarty blog był już na WordPressie, ale ponieważ nie uciekałem z powodu afery (wygląda na to, że nowy blog rozpocząłem od gaszenia afery związanej z blogiem mojej Żony), kontynuowałem linię apostołowania. Tu też bardziej powróciłem na tematy teologiczne – studiowałem ponownie teologię odkąd przyjechałem do Warszawy i nareszcie czułem się na tyle dobrze, by się w tym temacie wypowiadać. Niestety, problemy z czytelnikami zaczęły się nawarstwiać. Oprócz dawnych anonimowych trolli (członków rodziny?) pojawiali się też nowi, a do linii trollingu dołączyli prawie wszyscy moi nieanonimowi czytelnicy-komentatorzy, wliczając w to panią teolog, która była podobnej myśli, dopóki nie podjęła decyzji niezgodnych z tą myślą i myśl zmieniła. Po napisaniu zaledwie kilkunastu notek, po upływie zaledwie 3 miesięcy postanowiłem poddać się tej potężnej aferze blogowej i powziąłem straszny plan zemsty. Kiedy nawet w spokojnej, delikatnej i wręcz nudnej notce o „Tatusiu” zaczęły się pojawiać wredne komentarze czytelników, wyjechałem na „Wakacje” i zniknąłem, ku zdumieniu spragnionych żeru trolli.

Plan był prosty: założyć nowy blog, naprawdę anonimowo, zaprosić do niego nowych czytelników i zacząć z czystym kontem. Pożyć tak trzy lata, pisząc, a potem wyjść na światło dzienne, przywitać wszystkich czytelników i pisać dalej tak, jak pisałem. Plan – o dziwo – ziścił się znakomicie. Trzy lata minęły nie wiem kiedy, choć nigdy żadnego bloga nie pisałem tak długo. Przez większość czasu było spokojnie, nawet jeśli nie każdy czytelnik zgadzał się z tym, co piszę. Wyszedłem z ukrycia i nadal było tak samo. Po jakimś czasie – owszem – starzy czytelnicy zaczynali dawać o sobie znać, ale z delikatną siłą rażenia. Trolle – owszem – nadal się pojawiały, ale z częstotliwością niewielką. Dyskusje – zgadza się – miały miejsce, ale już z mniejszym zaangażowaniem i z mniejszymi emocjami. I tak trwa do dziś, a choć w międzyczasie odłamek mojej dalekiej rodziny, prawdopodobnie jeden z tych, które brały udział w aferze przedślubnej, rzeczywiście się odłamał, ponieważ niepochlebnie napisałem na temat zdarzenia, które mogło mieć miejsce w życiu tego odłamka, nie wpłynęło to znacząco na moje życie. Dużo się zmieniło. Ja dojrzałem, a i życzliwi czytelnicy chyba zrozumieli, że donoszenie moim bliskim mija się z celem. A może nadal donoszą – tylko bliscy zrozumieli, że mam swoje życie i swoją twórczość?

Dlaczego to wszystko piszę? Ponieważ przez lata mojego życia i blogowania zrozumiałem, że jeśli jestem blogerem i jestem nim publicznie, to może mnie czytać każdy. Każdy ma do tego prawo i każdego ja serdecznie pozdrawiam. Co więcej – nie zwykłem kasować czy odsiewać komentarzy, nawet tych wulgarnych, nawet tych atakujących mnie czy innych, chyba że na wyraźną prośbę autora – więc każdy ma prawo skomentować, wypowiedzieć się tak, jak tylko pragnie i uważa za słuszne. Może być rzeczowy, a może być wulgarny. Może się zgodzić albo nie zgodzić. Ma prawo mieć albo nie mieć argumentów. Zrozumiałem, że otwierając się na czytelników otwieram się na różne osoby. Choćby nawet czytał to daleki kuzyn mojej babci (hipotetycznie i przykładowo). I zrozumiałem, że nie muszę się już bać burzliwych dyskusji, emocji i nerwów, ani tego, że ktoś to przeczyta i powie komuś innemu, kto może mieć taki albo inny wpływ na moje życie. Zrozumiałem i nauczyłem się, że mogę mieć to w poważaniu, bo to jest moje – dorosłe i odpowiedzialne – życie. Moja rodzina, osobna, oddzielna komórka społeczna, ukonstytuowana na mocy prawa i sakramentu małżeństwa – i nie mam żadnego obowiązku w jakikolwiek sposób przejmować się opinią komentatorów, trolli, donosicieli i prawdziwie życzliwych mi osób. A także moich bliskich, którzy mogą to czytać, albo którym ktoś może donieść. Piszę co uważam i jak uważam – bo jestem dorosłą osobą.

Piszę to wszystko, ponieważ chcę, żebyście wiedzieli, że mam już za sobą etap nerwówek, zamartwiania się i zamykania blogów, jednego po drugim. Przeszedłem trzyletnie odtrucie i ponad rok po tym odtruciu czuję się świetnie. Jesteście ze mną – bardzo to cenię. Komentujecie – Wasze komentarze karmią mego bloga! Nie zgadzacie się ze mną? Ja nie muszę się zgadzać z Wami. Nie przekonujecie mnie, bo jestem zatwardziały i niepokorny? Może, a może ja mam na ten temat własne zdanie. Moje argumenty do Was nie docierają? Wasze do mnie niestety często również. Kłócę się na blogu i nie daję się przekonać? Najczęściej zwyczajnie mam inne zdanie i nie tak łatwo jest mi je zmienić, bo mocno w nie wierzę. Jestem autorem bloga, piszę i myślę tak, jak uważam. Nie macie obowiązku się zgadzać, ja z Wami też nie. Muszę tylko zaznaczyć, że w moim życiu wiele poglądów przeszło ewolucję – a jednak moje pisanie od 2005 roku aż do dziś jest niemal identyczne. Miło mi jednak, gdy pomagacie mi odkrzywiać jakiś mój fałszywy pogląd.

Cenię bardzo każdego czytelnika i każdy komentarz. Gdy czuję się atakowany – walczę. Gdy widzę, że nie mam racji – ustępuję. Gdy mówi się do mnie spokojnie i rzeczowo – zastanawiam się. Ale już nie rzucam słuchawkami. Wyrosłem z tego. Mam nadzieję, że osoby, które to interesuje, zrozumiały o co mi chodzi.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków, Brytyjczyków, Niemców, Amerykanów, Szwedów, Białorusinów, Francuzów, Włochów, Litwinów, Holendrów, mieszkańców Hong Kongu, Słowaków i Irlandczyków. Żeby wymienić tylko tych z Was, których wejścia statystyki przytaczają mi jako najczęstsze w ciągu ostatniego miesiąca.

Categories: O mnie | Tags: , , , , | 5 komentarzy

Zobacz wpisy

5 thoughts on “Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków

  1. teddy bear

    Fajnie że się nie ugiąłeś i z podniesioną przyłbicą stawiłeś czoła ludziom którzy siłą wtrącali się w Twoje życie. Szkoda tylko że z jednej strony wysyłałeś jakieś zaproszenie sygnowane Twoim i Twojej Małżonki imieniem, a na blogu myśląc że nikt się nie dowie żaliłeś się że nie pozwalają Ci zorganizować wesela po swojemu. Trochę to słabe. Słabe jest również to że niektórzy o Twoje zachowanie mają pretensje do mnie. No ale cóż ja też jestem dzielny i jakoś sobie z Tym radzę. Wysłuchuję jak określają Twoją osobę takimi brzydkimi wyrazami na „ch” i „s”. Coś bym może odpowiedział ale w sumie to ciężko się nie zgodzić:(. Dobrze że przynajmniej ty się z tym dobrze czujesz, niczego co napisałeś nie żałujesz i jesteś z tego dumny. Tak trzymaj pisz co uważasz za słuszne i za nic nikogo nigdy nie przepraszaj. A co do osób z rodziny podających się za inne osoby z rodziny to przyznaj, troszkę się wystraszyłeś:D. Mateusz blokujący sam z siebie bloga choćby na jeden dzień. To mi się udało. Szkoda tylko że tak szybko go odblokowałeś. Jak widać plan nie powiódł się w 100%

  2. Uderz w stół, a nożyce się odezwą! Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że ktoś spośród na co dzień aktywnych czytelników da się sprowokować tym tanim chwytem i zechce się wypowiedzieć. Od tamtego momentu, od chwili Przedślubnych perypetii spodziewam się, że może mnie czytać każdy – ale nie przypuszczałem, że jeszcze zdarzy się czytać podobne komentarze. Wspaniale! :)

    Zastanawia mnie tak naprawdę tylko to, kim właściwie jesteś, skoro o moje zachowanie ktokolwiek może mieć pretensje do Ciebie… Bo to, że ktoś wyzywa mnie od „ch” i „s” z jakichkolwiek powodów ani mnie grzeje, ani ziębi (intryguje mnie tylko czemu jakoś sam tego nie słyszę?). Ale jaki może być powód, by ktokolwiek był pociągany do odpowiedzialności za moje zachowanie (swoją drogą jak to brzmi – jakby oceniano moje zachowanie jak jakiegoś dziecka, zapominając, że jestem dorosłym mężczyzną). Kimkolwiek jesteś, teddy bearze (czy może po prostu Misiu), pozdrów ode mnie wszystkich, którzy mają mnie za „ch” i „s”. Powtórz im też, że jest dla mnie prawdziwym zaszczytem być przez nich za takiego uważanym.

    Myślę do tego, że nie masz się co dziwić, iż „troszkę” się wystraszyłem komentarzem wtedy, prawie 5 lat temu. Nie spodziewałem się, jak zauważyłeś, że czytają mnie zainteresowani, więc wyżalałem się na blogu. Dziś robiłbym to z większą świadomością. Sądzę też, że pewnie uważasz siebie za mądrzejszego – wszak Ty zwyczajnie nie wysłałbyś zaproszenia komuś, gdy byłbyś do tego zmuszany (nawet gdyby ten ktoś był wcześniej zaproszony na Twoje wesele przez kogoś innego, bez Twojej wiedzy). Cieszę się, że powiedziałbyś „Nie” i nie musiałbyś się wyżalać nikomu. Gratuluję. Dziś z pewnością zrobiłbym to samo. Dlatego ta notka ma zupełnie inny wydźwięk.

    Pozdrawiam!

  3. teddy bear

    Po pierwsze dobrze wiesz kim jestem;p Nie jest się chyba za ciężko domyślić . Zresztą podpisuję się pod tym co napisałem rencyma i nogyma. Możesz to opublikować na głównej na onecie i podpisać z imienia i nazwiska. Dynda mi to.

    Co do odpowiedzialności zbiorowej za Twoje poczynania. Jak by nie było jesteśmy (byliśmy? Rodziny niby się nie wybiera ale w sumie nie wiem jak Ty mnie teraz klasyfikujesz;p) dość bliską rodziną. Teraz łączy nas tylko pokrewieństwo oraz jakieś GRUBSZE rodzinne imprezy. Wcześniej były dość częste wydarzenia typu wakacje, urodziny, imienin itd. W każdym razie uważałem Cię zdecydowanie za członka rodziny bliższej. Uwaga teraz będzie rzecz absolutnie niewiarygodna!!! Są sytuacje w których ludzie których się publicznie obraża noszą urazę nie tylko do osoby obrażającej, ale również do osób które z osobą obrażającą są w jakiś sposób związane. Z tym, że ktoś był dla mnie mało uprzejmy i ewidentnie pił do tej całej sytuacji blogowej spotkałem się szczerze mówiąc raz, a właściwie dwa (raz niedługo po tym całym zamieszaniu, raz z rok temu). Niby nic takiego, ale bądź świadom że niektórzy nadal pamiętają:)

    Jak ja zachowałbym się w sytuacji w której ktoś chce na mnie wymóc zaproszenie kogoś, kogo zapraszać nie chce? Nie wiem może bym zaprosił, może bym nie zaprosił. W każdym razie Ty, myśląc że nikt nie widzi za pośrednictwem bloga naplułeś swojemu niedoszłemu gościowi do talerza. Tak się raczej nie postępuje…

    Podsumowując. Nasrałeś wtedy na środek salonu a teraz siedzisz uśmiechnięty i mówisz że pachnie fiołkami. Chwalisz się że nie usuwasz notek i komentarzy, że wszystkie notki są Twoje i jakie to nieprzyjemności Cie nie spotkały z powodu posiadania własnego zdania. Otóż gówno jest gówno i śmierdzi. Nie mówię że wszystkie notki są złe, ale niektórymi wpisami (szczególnie tymi dawniejszymi) nie ma co się chełpić. Chciałbym jeszcze dodać że podłym donosicielem rozpowiadającym na prawo i lewo co wypisujesz na blogu nie byłem ja. Dałem Ci ostrzeżenie. Mogłeś sobie zadać pytanie: „Czy chciałbym żeby o zawartości notek dowiedzieli się Ci których te notki dotyczą?”. Sądząc po reakcji odpowiedź na to pytanie brzmiała: „Nie”. No ale minęło kilka godzin stwierdziłeś że ktoś tu się za kogoś podszywa i odwaga Ci wróciła. Bloga odblokowałeś co doprowadziło do tego że wylało się na Ciebie wiadro pomyj. W sumie sam się prosiłeś:).

    Z mojej strony tyle. Ja to pamiętam tak, Ty może trochę inaczej. Następny komentarz dodam za lat kilka a może wcale. Więcej trollować nie będę, zostawiam Cię w gronie internetowych nietrolli i trolli trollujących na tematy religijne.

    Pozdro

    PS Dawno się tyle nie napisałem :D

  4. M.

    „wliczając w to panią teolog, która była podobnej myśli, dopóki nie podjęła decyzji niezgodnych z tą myślą i myśl zmieniła.”
    o mnie chodzi? jeśli tak to wyjaśnij, proszę, o co autorowi konkretnie chodzi.

  5. Uderz w stół, uderz w stół, a nożyce się odezwą! Normalnie chyba napiszę do tego melodię i zacznę to śpiewać, tak wpada w ucho ;). Miło wiedzieć, że nie jestem sam na tym świecie!

    Wspomnienie „pani teolog” wiąże się oczywiście z konkretną osobą, jednak zostało zaznaczone anonimowo i bez szczegółów po to, by nikogo nie oczerniać. Dlatego też M. oczekuj odpowiedzi na swoje pytania i prośby drogą korespondencji prywatnej. Zajmę się tym, gdy tylko znajdę czas. Nie widzę bowiem sensu wyciągania (jeszcze raz albo znowu) czyichś brudów na publicznego bloga. Teddy Bear ma poniekąd rację – są rzeczy, które kiedyś pisałem, a dziś bym nie napisał. Co nie oznacza, że nie dziwi mnie Twoje pytanie i prośba o wyjaśnienie. Różnica między „najpierw”, „w trakcie” i „po latach” widoczna jest gołym okiem…

    Teddy, kwestii ślubu, podpisywania się pod zaproszeniami płynącymi w stronę gości, do których zapraszania było się zmuszanym, użalania się na blogu czy przepraszania kogokolwiek również nie będę tu roztrząsał. Spodziewaj się także prywatnej wiadomości w najbliższym czasie.

    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s