In vitro veritas

5 marca 2013 roku Konferencja Episkopatu Polski przyjęła dokument zatytułowany „O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek”. Dokument wywołał liczne kontrowersje, dyskusje i częstą wrogość zarówno osób stojących poza Kościołem, jak i jego członków. Najgłośniejszy chyba w swej krytyce był, znany już wcześniej jako opozycjonista wobec działań hierarchów, ksiądz Wojciech Lemański. Niemal natychmiast skrytykował on ton, w którym dokument miał być napisany, a przy okazji jego treść. Gdy niedługo potem pani Agnieszka Ziółkowska, pierwsza osoba urodzona w Polsce w wyniku procedury in vitro postanowiła pokazać, co sądzi o kategorycznym dokumencie i ostentacyjnie wystąpić z Kościoła, ksiądz Lemański postanowił bronić jej osoby przed tak niebezpiecznym krokiem poprzez jeszcze ostrzejszą krytykę przełożonych. „Przeorzy, biskupi, proboszczowie, a nawet papieże, i ci wybitni, i ci pomyleni – odchodzą, a Kościół trwa. Ani się Pani obejrzy, jak biskup Hoser, który swoimi wypowiedziami tak Pani zalazł za skórę, przejdzie na emeryturę. Przekona się Pani, że komisja bioetyczna przemówi wtedy innym głosem” – napisał wtedy do obrażonej na Kościół apostatki, ewidentnie pijąc do swojego bezpośredniego szefa. Sprawa trwa do dzisiaj, ale nie o ks. Lemańskim chciałbym teraz pisać.

Ponieważ sprawa ks. Lemańskiego i jego wypowiedzi na temat dokumentu dotarły do mnie z opóźnieniem, z opóźnieniem też postanowiłem się z tematem dokumentu zapoznać. Prawdą jest, co mówi ks. Lemański, że większość katolików nigdy tego dokumentu nie przeczyta. Tak, jak większość z nich nigdy nie przeczyta innych dokumentów Konferencji Episkopatu Polski, ani nawet encykliki papieskiej. Ważne jest, by księża wikarzy i proboszczowie zapoznawali się z tymi dokumentami i przekazywali wiernym ich treść. Gdyby nie afera, którą dokument wywołał, ja również nie zajrzałbym do niego. Ale w konsekwencji postanowiłem przeczytać i przeczytałem. Z zainteresowaniem.

Oczywiście na początku bardzo bałem się domniemanego trudnego, dydaktycznego tonu i długości dokumentu. Ale szybko wciągnąłem się weń i musiałem stwierdzić, że dokument ten jest wprost genialny. Idealny w swej prostocie i niezwykle logiczny. Nie zwróciłem uwagi ani na kategoryczny ton, ani na kontrowersyjne słowa. Dokument Konferencji jest w rzeczywistości niczym innym, jak bardzo skrótowym i rzeczowym przedstawieniem najistotniejszych współczesnych kwestii bioetycznych, jak również katolickiego do nich podejścia. Nie prezentuje sobą nic więcej, niż to, co prezentuje każdy dobry podręcznik do bioetyki (np. recenzowana przeze mnie pozycja „Bioetyka dla wszystkich” Michele Aramini, wydana przez eSPe). I tak mamy przekrój przez osobowość zarodka (od której wychodzą wszystkie późniejsze kwestie), wyjaśnioną wprawdzie bardzo skrótowo, ale wystarczająco, antykoncepcję, aborcję, wreszcie in vitro. Język tekstu jest dość kategoryczny – owszem – ale tylko na tyle, na ile kategoryczne może być przedstawienie prawdziwych twierdzeń. Nie zauważyłem, by ktokolwiek rzucał tu czymkolwiek w kogokolwiek, albo straszył piekłem. I sądzę, że dokument będzie dziś dla mnie dobrym punktem wyjścia, by powiedzieć o szkodliwości i kłamstwie in vitro, czyli zapłodnienia pozaustrojowego.

„Dla par bezdzietnych” – czytamy w dokumencie – „dopuszcza się z kolei – jako alternatywę dalszych starań o dziecko – procedurę poczęcia poza ustrojem matki zwaną powszechnie in vitro”. Możemy przeczytać „z kolei”, ponieważ dokument płynnie przechodzi od aborcji i antykoncepcji jako środków domniemanego prawa do nieposiadania dzieci, do in vitro jako środka domniemanego prawa do posiadania ich. Aby wyjaśnić paradoks tego rodzaju myślenia dokument podkreśla, iż „dziecko poczęte powinno być traktowane w kategoriach podmiotowych (jest kimś), jak każdy inny człowiek”, co jest zaburzone przez chęć posiadania lub nieposiadania dziecka, przy jednoczesnym traktowaniu go jak przedmiot, jak towar, jakby było czymś.

Dokument Konferencji Episkopatu Polski dementuje powszechnie przyjęty i wbity do głów społeczeństwa pogląd, jakoby in vitro było leczeniem bezpłodności. „Procedura ta, znana z hodowli roślin i zwierząt, została wprowadzona do medycyny i nie jest w istocie procedurą leczniczą. Jej celem jest wytworzenie człowieka w laboratorium i przeniesienie go mechanicznie do organizmu matki (…). Chrześcijanin musi troszczyć się o prawdę. Dlatego jego celem jest też demaskowanie kłamstw, wśród których szczególnie wiele szkody czynią sugestie, jakoby zapłodnienie pozaustrojowe było leczeniem niepłodności. Ono niczego nie leczy – niepłodni takimi pozostają, a „wyprodukowanie” dziecka powierzają obcym”. Wywód jest logiczny i zrozumiały dla tych, którzy próbują zrozumieć: co zmienia się w organizmie niepłodnej kobiety, kiedy pobiera się od niej jajeczko, zapładnia je poza ustrojem i lokuje w macicy? Czy staje się ona płodna? Czy po urodzeniu dziecka poczętego w sposób sztuczny jest w stanie począć i urodzić kolejne dziecko w naturalny sposób? Jeśli nie jest, to dlaczego nazywamy in vitro metodą leczenia niepłodności? Przecież nikt nie zostaje dzięki niemu z niczego uleczony. Urodzenie dziecka nie sprawia, że kobieta staje się płodna. To trochę tak, jakby dializowanie nazwać metodą leczenia nerek. Nerki są chore i pozostają chore – dializa oczyszcza organizm zagrożony przez nieoczyszczone płyny ustrojowe. Kobieta poddająca się metodzie in vitro była bezpłodna i pozostaje bezpłodna. In vitro pozwala bezpłodnej kobiecie (lub żonie bezpłodnego mężczyzny) urodzić dziecko wyprodukowane z jej jajeczka i nasienia jej męża (partnera).

Dokument skupia się następnie na dwóch bardzo ważnych aspektach szkodliwości in vitro. Pierwszy z nich i chyba ten najbardziej kontrowersyjny (ten, któremu rację przyznaje nawet ks. Lemański) to kwestia zagrożenia życia wyprodukowanych zarodków nadliczbowych. Po pierwsze w procedurze in vitro tworzy się zbyt wiele zarodków (podobno możliwe jest stworzenie jednego zarodka i zagnieżdżenie go, ale jest to proceder wybitnie nieopłacalny dla klinik „leczenia niepłodności”) i zarodki są poddawane selekcji. Lekarze parający się tą procedurą zarzekają się, że nie ma miejsca żadne działanie eugeniczne: nie wybiera się koloru oczu czy włosów dziecka. Słyszałem wywiad z takim właśnie lekarzem, podkreślającym, że jedyne, co się robi, to wybieranie zarodków zdrowych, mających największą szansę dalszego rozwoju. Proceder ten wydaje się oczywisty gdy myślimy o wybieraniu towaru, który ktoś kupuje. Ale tak naprawdę wybieramy dziecko, człowieka. Jednemu pozwalamy się rozwinąć, drugiego zamrażamy albo niszczymy, bo jest słabszy lub uszkodzony. „Nierzadko dzieci bywają też odrzucane na tym etapie ich rozwoju, gdyż są niechcianej przez rodziców płci”. Powiecie – mówisz o embrionach/zarodkach tak, jakby byli ludźmi! Ale kim lub czym one są, jeśli są stworzone i selekcjonowane po to, aby matka cieszyła się z własnego dziecka? Gdyby chodziło tylko o zarodki, a nie o ludzi, coś takiego jak in vitro nie miałoby nigdy miejsca – bo po co komu zygota, zarodek, embrion, jeśli nie po to, by cieszyć się dzieckiem (dokładnie tak samo ma się sprawa aborcji – zabijamy zarodek, embrion, bo boimy się dziecka, człowieka)? Co ciekawe – selekcja często przebiega dalej. „Po to, aby zwiększyć szansę powodzenia zabiegu, do organizmu matki przenosi się kilka embrionów” – czytamy w „O wyzwaniach bioetycznych…” – „Po pewnym czasie sprawdza się ich rozwój i pozostawia przeważnie jeden z nich – ten najlepiej oceniany. Pozostałe zostają przeznaczone do selektywnej aborcji, w celu ograniczenia ryzyka związanego z ciążą mnogą”. Wydaje się to niewiarygodne, ale przecież jest prawdziwe. Ponieważ zarodki powstają w nienaturalnym dla siebie środowisku i są sztucznie przenoszone do macicy, są automatycznie bardziej zagrożone. Dlatego przy ewentualnej ciąży mnogiej ryzyko poronienia jest zbyt duże, by kliniki mogły sobie na nie pozwolić. Z tego powodu zabijają część dzieci, pozostawiając jedno wybrane. Ciekawe jak wobec podobnej sytuacji czują się kobiety, które muszą pozbyć się niektórych swoich dzieci, by otrzymać to najbardziej wymuskane?

Nawet jeśli jeden, starannie wybrany zarodek już się przyjmie, czyhają na niego zagrożenia poważniejsze, niż w przypadku naturalnego zapłodnienia. Nie mówi się o tym w mediach, pokazując zawsze piękne, radosne dzieci z in vitro, ale takie są fakty. „W pierwszych dniach zarodkowego życia człowieka zachodzą procesy dostosowywania się nowo powstającego organizmu do potrzeb dalszego istnienia. Metody sztucznej prokreacji człowieka zaburzają ten proces – z uwagi na odmienne warunki środowiskowe, w jakich dokonuje się połączenie komórek rozrodczych w laboratorium, w porównaniu do naturalnych warunków organizmu matki. Hormony aplikowane kobiecie celem jednoczesnego pozyskiwania kilku komórek jajowych (dla ich zapłodnienia in vitro) wpływają na cechy genetyczne zarówno tych komórek, jak i na zdrowie kobiety. (…) Brak naturalnej bariery biologicznej, która zabezpiecza przed łączeniem się komórek niedojrzałych lub uszkodzonych genetycznie, dodatkowo sprzyja powstawaniu kolejnych zaburzeń u dziecka. Nierzadko konieczne są następnie procesy naprawcze w postaci różnych kosztownych terapii, dźwiganych następnie przez całe społeczeństwo, a nie przez ośrodki odpowiedzialne za skutki podejmowanych praktyk. Notujemy w przypadku tych zabiegów zwiększoną liczbę poronień samoistnych i zmian genetycznych, jak też częstsze urodzenia dzieci z wadami rozwojowymi”. Wszystko to wynika z faktu, że człowiek usiłuje bawić się we wszechmocnego i w nienaturalny sposób zajmuje się tworzeniem dzieci. To wszystko poparte badaniami fakty, o których nie usłyszymy w TVN, w programie promującym i promowanym przez kliniki zapładniania in vitro. Przy tym możemy przeczytać, że „Wobec wielkiej popularności w niektórych środowiskach tej drogi radzenia sobie z niepłodnością zdziwienie budzi fakt, że skuteczność metody in vitro mierzona liczbą urodzeń w stosunku do liczby prób zapłodnienia wynosi zaledwie kilka procent”. Informację tę potwierdza choćby bynajmniej nie prawicowy portal Doroty Zawadzkiej Parenting.pl: „Prawdopodobieństwo ciąży po in vitro waha się w granicach 25-30%. Przy pojedynczej procedurze szansa na zajście w ciążę wynosi ponad 20%, a w przypadku zastosowania trzech zabiegów – 40-50%. Około połowa par decydujących się na metodę in vitro w leczeniu niepłodności nie doczekuje się jednak potomstwa. Liczba przeprowadzanych u jednej kobiety procedur in vitro jest indywidualna. Przyjmuje się, że od trzech do sześciu zabiegów to liczba najbardziej odpowiednia. W przeciwnym wypadku dochodzi do zbytniego przeciążenia zarówno fizycznego, jak i psychicznego partnerów, a zwłaszcza kobiety”. Zważywszy, jak bardzo obciążające dla wielu małżonków jest podejmowanie choćby pojedynczej próby sztucznego zapłodnienia, takie statystyki przerażają. Podkreślmy przy tym, że mowa tu jest tylko o 20% prawdopodobieństwie zajścia w ciążę – a nie urodzeniu dziecka!

Mówiąc zaś o psychicznych skutkach przechodzimy do drugiego aspektu szkodliwości in vitro poruszanego przez dokument. Jest to kwestia, co do której wcześniej wspominany ksiądz Lemański ma jednak zastrzeżenia. Twierdzi on bowiem podobno, że gdyby tworzono jeden zarodek i jego przeżycie byłoby bardzo prawdopodobne, to metoda sztucznego zapłodnienia byłaby etyczna. Nie zwraca on jednak uwagi na godność małżonków oraz powstającego nowego życia. Konferencja Episkopatu Polski podkreśla zaś: „Płciowość człowieka określa ludzką tożsamość i kształtuje całe jego życie. Nie chodzi tylko o uzdolnienie do współżycia, biologicznej prokreacji, osobowość, psychikę, emocjonalność, lecz również o charakter relacji między kobietą i mężczyzną, w której to relacji seksualność buduje między nimi jedność, poczucie bliskości i bezpieczeństwa. Seksualność umożliwia również, aby w sposób zgodny z naturalnymi okresami płodności kobiety decydować odpowiedzialnie o swoim potomstwie, z gotowością do przyjęcia każdego dziecka. Z tym kontekstem ludzkiej prokreacji kontrastuje technika in vitro, w której ta jedność i zespolenie między małżonkami zostają oddzielone od aktu poczęcia: plemniki uzyskuje się od ojca w akcie samogwałtu, manipuluje się wielokrotnie organizmem matki, a dziecko staje się »produktem«”. Ten fragment może się wydawać kontrowersyjny, ale zdrowy rozsądek podpowiada nam, że ludzkie życie powstaje w naturalny sposób w organizmie matki, poprzez akt seksualny. Odzieranie tego zdarzenia z jego natury odziera małżonków z ich intymności (mężczyzna masturbujący się w celu stworzenia dziecka rzadko bywa usatysfakcjonowany tą sytuacją, a kobieta szprycowana hormonami celem jednoczesnego wypuszczenia licznych jajeczek i „zapładniana” na fotelu ginekologicznym zazwyczaj również odczuwa przy tym dyskomfort) i pozbawia dziecko możliwości godnego rozpoczęcia życia (powstaje ono nie w akcie zjednoczenia małżeńskiego, lecz jako starannie wyselekcjonowany obiekt w laboratorium).

W obliczu tej sytuacji, która prowadzi do pytania o godność dziecka poczętego niegodziwymi metodami padają pytania, czy dziecko poczęte np. w wyniku gwałtu (a w Polsce mogące być zabite za to zgodnie z prawem) zostało poczęte w sposób godny? Odpowiedź brzmi: nie, sposób poczęcia tego dziecka był wielce niegodny, tak jak i poczęcie go w wyniku in vitro. Tak samo niegodnym sposobem poczęcia jest poczęcie w wyniku zdrady małżeńskiej, współżycia przedmałżeńskiego itp. Oczywiście nie odziera to z godności samego człowieka – każdy człowiek, bez względu na to, w jaki sposób poczęty, jest tak samo wartościowy. Dlatego zupełną bzdurą jest odchodzenie z Kościoła osoby poczętej w wyniku in vitro tylko dlatego, że Kościół (a w ślad za nim Konferencja Episkopatu Polski) potępia metodę sztucznego zapłodnienia jako niegodną człowieka. Ponieważ nie odbiera on godności tej osoby – więcej, troszczy się o nią w szczególny sposób; o nią i o całe jej rodzeństwo poronione, abortowane lub zamrożone w ciekłym azocie (niepotrzebne skreślić – nie znam dokładnej historii poczęcia tej konkretnej osoby). Kościół, a za nim KEP, walczy o godność każdego człowieka poczętego za pomocą metody in vitro – i tego, któremu pozwolono, i tego, któremu nie pozwolono się rozwinąć. Różnica jest taka, że ten, któremu pozwolono, jest już dorosły i pluje na Kościół, który mówi bolesną prawdę o metodzie, w wyniku której został do życia powołany. Godność tej dorosłej osoby wymaga więc wejścia z nią w równie bolesną polemikę – a nie, jak ksiądz Lemański, głaskania po główce, przepraszania za biskupa i błagania o nieodchodzenia z instytucji, którą i tak ma się koło nosa.

Dokument, mówiąc o godności małżonków i ich aktów seksualnych podkreśla także, co bardzo ważne, aspekt otwartości na życie w zgodzie z naturą człowieka (a – w domyśle – zamknięcia się na sztuczne zapłodnienie): „Mając na uwadze właściwe zrozumienie natury relacji między małżonkami, należy stwierdzić zgodnie z zamysłem Soboru Watykańskiego II, że małżeństwo i miłość małżeńska z natury swej skierowane są ku dobru małżonków oraz ku poczęciu, zrodzeniu i wychowaniu potomstwa. Dzieci są najcenniejszym darem małżeństwa i w największym stopniu przyczyniają się do dobra samych rodziców. Toteż prawdziwy szacunek dla miłości małżeńskiej i cały sens życia rodzinnego zmierzają do tego właśnie, aby małżonkowie, nie pomijając pozostałych celów małżeństwa, skłonni byli mężnie współdziałać z miłością Boga Ojca, który przez nich wciąż powiększa i wzbogaca ludzką rodzinę. Małżonkowie chrześcijańscy powinni być świadomi, że w swoim postępowaniu nie mogą kierować się własnym kaprysem. Zawsze mają działać w zgodzie z dobrze uformowanym, dostosowanym do prawa Bożego, sumieniem. Decydując się na większą liczbę dzieci i wyrabiając w sobie ducha ofiary, nabywają szlachetną, ludzką i chrześcijańską odpowiedzialność, jak również zyskują na wielkoduszności (por. Gaudium et spes 50)”. A więc – przy całkowicie niegodnym zapłodnieniu metodami sztucznymi – godne jest otwieranie się w akcie małżeńskim na potomstwo, którym Bóg chce obdarzać. Oczywiście nie dotyczy to par, które okazują się być niepłodne. Jednak wytycza prawdziwą ścieżkę tym płodnym parom, które z jakichś powodów odrzucają możliwość posiadania potomstwa, kierując się wymienianą przez dokument mentalnością antykoncepcyjną (na temat samej mentalności antykoncepcyjnej, czyli myślenia i życia przeciw poczęciu dziecka, moja Żona pisała pracę magisterską).

Podsumowując cały mój wywód należy przede wszystkim podkreślić, że dokument Konferencji Episkopatu Polski „O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek” jest pisany kategorycznym językiem, tak jak kategorycznym językiem w kwestiach bioetycznych wypowiada się Kościół. Tak, jak chciałby tego od nas Jezus: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). Jest jakaś prawda i tej prawdy trzeba się trzymać, tę prawdę trzeba przekazywać. Nie można mówić: „In vitro jest wprawdzie złe, ale…” i wynajdywać usprawiedliwienia. Jest złe i koniec. A jest złe ponieważ odziera osoby dążące do poczęcia sztucznymi metodami z godności, co świetnie podkreślił jeden z mężczyzn w książce Grzegorza Górnego „Zbrodnia i medycyna”: „W klinikach mężczyźni stoją w kolejkach z pojemnikami na nasienie i po kolei wchodzą do pokoju pobrań. Tam, korzystając najczęściej z gazetek erotycznych, muszą napełnić swoim nasieniem pojemnik. Potem wychodzą z pokoju i wchodzi następna osoba. To wszystko dzieje się niemal na oczach obcych ludzi, na oczach żon. Można powiedzieć, że to ośmiesza proces poczęcia dziecka” (cytat za blogiem Marii Heleny). Odziera te osoby z intymności, odziera moment poczęcia z naturalnego i dobrego zjednoczenia małżonków. Jest złe także dlatego, że zakłada selekcję zarodków, a więc działania eugeniczne, zakłada odrzucanie ludzi chorych, ułomnych, gorszych genetycznie, a często także już tych rozwijających się w łonie kobiety, gdy ciąża okazuje się być mnoga. Jest złe dlatego, że dozwala działania eugeniczne na szerszą skalę (wybór płci, i – nie oszukujmy się – także cech takich, jak kolor oczu czy włosów). Jest złe, ponieważ przy zapłodnieniu i stworzeniu człowieka za każdym razem, doprowadza do jego zagnieżdżenia w ściance macicy (proces oficjalnie zwany zachodzeniem w ciążę) tylko w ok. 20% przypadków, a do urodzenia z jeszcze mniejszą szansą. Jest złe, ponieważ naraża matki na poważne choroby fizyczne wywołane stymulacją hormonalną na zatrważającą skalę, a także choroby psychiczne. Naraża na nie także dzieci poczęte tą metodą.

Wielu mój artykuł pewnie oburzy tak, jak wielu oburzył dokument Konferencji Episkopatu Polski. Niestety, to co tu napisałem to prawdziwe, naukowe dane. Nie da się tego odwrócić. Dlatego życzę wszystkim starającym się o potomstwo naturalnego poczęcia. Lub otwarcia na adopcję dziecka. A wszystkim tym, którzy już poddali się procedurze sztucznego zapłodnienia zdrowia psychicznego i dobrej decyzji dotyczącej losów reszty swojego potomstwa zamrożonego w ciekłym azocie. Osobom urodzonym w wyniku sztucznego zapłodnienia życzę zaś, by myślały mądrze i modliły się za swoich rodziców, swoje rodzeństwo i siebie samych, a nie bezmyślnie odchodziły od Kościoła, bo mówi bolesne rzeczy.

Źródło cytatów: „O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek” na stronie Konferencji Episkopatu Polski.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Zobacz wpisy

9 thoughts on “In vitro veritas

  1. Ciamajda

    Skoro pan (bo dla mnie żaden z niego ksiądz) Lemański mówi że in vitro byłoby etyczne gdyby nie zabijano przy okazji ludzi, to pewnie (jako wielki obrońca Żydów) żyjąc w latach II wojny światowej głosiłby że obozy koncentracyjne to świetny wynalazek ludzkości, tylko trzeba uwolnić z nich ludzi i urządzić tam np. ogrody zoologiczne. I że wszyscy mieliby od tej pory niemal obowiązkowo uważać takie obozy za etyczne. Tylko jak by się wtedy czuli ci, którzy stracili bliskich w komorach gazowych. Szkoda że Lemański dzisiaj nie myśli o tych, którzy cierpią z powodu zabicia „niepotrzebnych” dzieci w tych świetnych laboratoriach, a zabito ich do tej pory pewnie miliony i miliardy. On nie ma szacunku ani dla tych zamordowanych dzieci, ani dla tych, którzy tych dzieci nie mogą się doliczyć pomiędzy żyjącymi. Gdyby tak zamiast pięknie składać rączki do modlitwy zechciał te dzieci policzyć… Nie, chyba nie zechce.

  2. To akurat ciekawy argument, na który nie zwróciłem wcześniej uwagi. W tym wypadku patrzymy na in vitro jako coś złego, ponieważ pociągnęło za sobą dużą liczbę ofiar. W tym przypadku nawet jakby przestało za pociągać więcej ofiar, byłoby nadal złe (ze względu na to, co działo się wcześniej). Argument powiązany z tym, co mówimy o celach uświęcających środki.

    Nie jestem jednak do końca pewien, czy z tym konkretnym argumentem akurat się zgadzam. Kwestia tego, że przeszłość jakiegoś wynalazku wyklucza etyczność jego używania jest bardzo dyskusyjna (polemizuję o tym nawet z Żoną). Czy bowiem jest dobre i złe wykorzystywanie do leczenia leku x, który jest rewelacyjny i niepowtarzalny, ale powstał podczas przeprowadzania eksperymentów na ludziach we wspomnianych przez Ciebie obozach koncentracyjnych? Przy produkcji leku x chorowało i umierało iluś ludzi – czy etycznym jest używanie go? Jeśli nie, to czy należy odrzucić go, poświęcić życie iluś osób chorujących na daną chorobę i szukać innego leku na to samo, żeby było etycznie?

    Oczywiście in vitro to nie lek na cokolwiek. Zastanawiam się tylko, czy samo uprzednie nieetyczne zachowanie może być przeszkodą dla wykorzystania wynalazku w etycznym celu. Rzecz jasna in vitro jest również nieetyczne z innych przyczyn, więc to nie podlega dyskusji.

  3. Ciamajda

    Fajnie że w tej mojej jak zwykle emocjonalnej a przez to nieprzejrzystej wypowiedzi potrafiłeś Maurycy odnaleźć dokładnie to, o co mi chodziło :))) Myślę że znalazłoby się wiele wynalazków o nieetycznej przeszłości, z których korzystamy, świadomie lub nie. Zresztą dotyczy to nie tylko wynalazków, wydaje mi się że już samo życie w czasach pokoju jest jakimś korzystaniem z ofiar wojny, która ten pokój przyniosła. Może więc nie da się całkiem odgrodzić od zła i z niego nie korzystać. Napisałem jednak o tym in vitro bo ono nie należy do przeszłości, ono jest i ma się dobrze, a przez takie wypowiedzi jak tego człowieka, myślę że będzie się miało jeszcze lepiej. A on nawet pół życzliwego słowa, nawet jednego uśmiechu nie dał tym dzieciom, dlatego mam nadzieję że to one będą tymi największymi w przyszłym świecie, a on będzie najmniejszym, bo dziś jest tak że on jest największy.

  4. Przeczytaliśmy sobie dzisiaj wpisa wraz z Maślanym Mężem (konkretnie to ja czytałam na głos) i mamy kilka zastrzeżeń, które są w większości zastrzeżeniami samego Męża, ale ja się z nim ogólnie zgadzam, bo żona musi mieć takiego Męża, którego może w ciemno i we wszystkim popierać i mój taki jest (prawie).

    Jeśli chodzi o godne poczęcie, to poczęcie rzadko kiedy zachodzi podczas stosunku. Na ogół stosunek poczynający odbywa się wcześniej, czasem nawet tydzień:) wcześniej. Oczywiście w chwili zapłodnienia może akurat trwać inny stosunek, a nawet z kimś innym. Ale przyjmijmy sytuację, w której akurat nie trwa stosunek, a kobieta jest w pracy. Na przykład myje kibel albo jest szambonurkiem. Czy poczęcie następuje wówczas w godnych warunkach?

    Mąż chce żeby mu wyjaśnić, o co chodzi w zdaniu „Hormony aplikowane kobiecie celem jednoczesnego pozyskiwania kilku komórek jajowych (dla ich zapłodnienia in vitro) wpływają na cechy genetyczne tych komórek”, bo zupełnie go nie rozumie.

    A z grubej rury teraz: Mąż zarzuca Ci złudzenie historycyzmu oraz relatywizm moralny. Mąż dokumentu nie czytał, ale sądzi, że wydźwięk jego może być trochę inny niz przedstawiasz. Jako argumenty przeciwko in vitro wymieniasz selekcję zarodków i niską jakość rodzonych dzieci, dużą śmiertelność, praktykę mrożenia nadmiarowych, cierpienia fizyczne i psychiczne kobiety i upadlające czynności onanistyczne, czyli ogólne onetowe abecadło. Tym samym próbujesz ogólne zasady moralne opierać na obecnej sytuacji technologicznej, historycznej i społecznej, a żadna z tych rzeczy do istoty in vitro nie należy. Jak ostoi się zapodana argumentacja, gdy rozwój technologiczny pozwoli na miniaturyzację całego sprzętu laboratoryjnego pozwalającą na umieszczenie całości zabiegu wewnątrz dróg rodnych kobiety, przy zapewnieniu bezpieczeństwa pojedynczej zapłodnionej komórce jajowej takiego samego jak występuje normalnie w naturze?

  5. Chciałem na początku przeprosić, że ze względu na mój ewidentny błąd w dowodzeniu (czy po prostu skrót myślowy) wprowadziłem w konsternację czytelników, którzy zdają sobie sprawę z faktu, że do zapłodnienia nie dochodzi w momencie stosunku (podczas niego, w jego trakcie itp). Jednak przejrzawszy mój wpis musiałem wycofać się z moich chęci, ponieważ czytelnicy nie postanowili wykazać mi błędu logicznego (być może czepiając się słówek), lecz postanowili wyprodukować błąd logiczny, który nie zaistniał i mi go zarzucić. Nigdzie bowiem nie sugerowałem, że w momencie współżycia dochodzi do zapłodnienia (poczęcia). Wszędzie, gdzie mówię o poczęciu, używam słów „w wyniku” – w wyniku gwałtu, w wyniku in vitro, w wyniku zdrady małżeńskiej. To oznacza, że poczęcie jest efektem takiego czy innego działania – ale nie dzieje się w momencie tego działania! Jedynym miejscem, do którego można się czepić jest fragment: „Odziera te osoby z intymności, odziera moment poczęcia z naturalnego i dobrego zjednoczenia małżonków”. Czy jednak mówimy tu o momencie zjednoczenia małżonków? Nie! Mówimy o momencie poczęcia, które (który) jest odarte(ty) ze zjednoczenia małżonków. Nigdzie nie sugerowałem, że jest to ten sam moment. Moment poczęcia odarty ze współżycia małżonków – wielokrotnie uprzedniego.

    Tak naprawdę argumenty o pracy w szambie są w tym momencie niepoważne. Każde poczęcie odbywa się w godny sposób, jeśli doszło do niego w efekcie małżeńskiego współżycia otwartego na życie. Bez względu na to, gdzie pracuje matka dziecka.

    Zdanie: „Hormony aplikowane kobiecie celem jednoczesnego pozyskiwania kilku komórek jajowych (dla ich zapłodnienia in vitro) wpływają na cechy genetyczne tych komórek” już wyjaśniam. Kobiecie, której organizm działa w sposób naturalny, w czasie cyklu wydziela się jedno jajeczko gotowe do zapłodnienia. Jest ono przygotowane w naturalny sposób przez organizm i przez to (najczęściej) zdrowe. Kiedy jednak pragnie się pobrać jajeczka do zapłodnienia in vitro, atakuje się kobietę hormonami z zewnątrz, aby jej pobudzony organizm wydzielił jednocześnie więcej jajeczek, które będzie można pobrać w celu zapłodnienia. Powoduje to częstokroć anomalie w sztucznie pobudzonych do rozwoju jajeczkach, efekty uboczne, uszkodzenia kodu genetycznego komórek. Nie prowadziłem badań na ten temat, ale Konferencja Episkopatu Polski ma pewniejsze dane. Ja tu tylko sprzątam.

    Wreszcie zarzut historycyzmu i relatywizmu moralnego. Po pierwsze pragnę prosić o wyjaśnienie tych dwóch pojęć, zwłaszcza w moim kontekście. Nigdy nie sądziłem, że mogę być moralnym relatywistą i nie widzę tego u siebie, gdy piszę o in vitro. Zarzutu złudzenia historycyzmu w ogóle w tym kontekście nie pojmuję. Po drugie argumenty o selekcji zarodków, niskiej jakości rodzonych dzieci (fizycznej rzecz jasna, zdrowotnej – nie ma bowiem ludzi gorszych ani lepszych gdy chodzi o godność), dużej śmiertelności, praktyce mrożenia nadmiarowych, cierpieniach fizycznych i psychicznych kobiety i upadlających czynnościach onanistycznych wszystkie są zaczerpnięte z dokumentu, na którym opierałem swój wywód. Nie wiem natomiast co mają wspólnego z „onetowym abecadłem”. To co tu jest napisane to fakty, tak wygląda in vitro tu i teraz. Ogromna liczba uśmierconych, skazanych na śmierć czy zamrożonych ludzkich istnień, powstających dzięki sztucznemu zapłodnieniu jest faktem tu i teraz. Nie może pozostawać bez echa. Tak, jak (wspominane nawet na postmodernistycznym „Parentingu”) obciążenie psychiczne kobiet. Nawet jeśli nauka jest w stanie na przestrzeni lat zlikwidować te „efekty uboczne” zapłodnienia pozaustrojowego, dziś są one prawdą i dziś są argumentem przeciwko in vitro. To jest historycyzm? Że nie patrzę na coś ogólnie, tylko w kontekście teraźniejszości? Cóż. Może dlatego, że żyję w teraźniejszości i wiele ludzkich zarodków poczętych w procedurze in vitro również.

    Jeśliby jednak doszło do tego, co napisaliście: że „rozwój technologiczny pozwoli na miniaturyzację całego sprzętu laboratoryjnego pozwalającą na umieszczenie całości zabiegu wewnątrz dróg rodnych kobiety, przy zapewnieniu bezpieczeństwa pojedynczej zapłodnionej komórce jajowej takiego samego jak występuje normalnie w naturze”, sytuacja taka nadal będzie zła ze względu na naturę i sposób poczęcia, powstania nowego człowieka. W dalszym ciągu – o czym argumentowałem w drugiej części tekstu i do czego przyczepiliście się – niesłusznie – na początku komentarza – poczęcie nowego człowieka odbywać się będzie w oderwaniu od tego, co wynika z natury i godności ludzkiej: od współżycia małżeńskiego. Prawdziwie godne człowieka poczęcie odbywa się i odbywać się będzie tylko i wyłącznie w efekcie współżycia małżeńskiego. Współżycie pozamałżeńskie, gwałt, inseminacja czy in vitro, odrywając poczęcie od małżeńskiego aktu miłości, odrywają moment poczęcia od przynależnej mu godności. In vitro nadal będzie produkcją dziecka na ludzką modłę, a nie godnym jego poczęciem zgodnym z wolą Boga. A już o tym pisałem: Bóg powiedział do nas „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się„. Co oznacza: Najpierw bądźcie płodni, potem się rozmnażajcie; a nie: rozmnażajcie się nawet jeśli nie jesteście płodni.

    Na koniec jeszcze zachęcam do zapoznania się z dokumentem, na podstawie którego pisałem swoją notkę. Zanim stwierdzi się, iż sądzi się, „że wydźwięk jego może być trochę inny niz przedstawiasz” (ja przedstawiam), może warto byłoby się upewnić? Sądzić sobie można, ja jednak starałem się być wierny w interpretacji i takie zarzuty nieco mnie mierżą.

    Pozdrawiam.

  6. Cytrynniny Mąż

    Drogi Maurycy!

    Historycyzm w tym kontekście oznacza dla mnie dowodzenie prawd ogólnych w oparciu o konkretną (obecną) sytuację historyczną. Relatywizm moralny zaś oznacza tu odwoływanie się w formułowaniu ocen moralnych nie do Zasad, tylko do przypadkowych (nie stanowiących istoty sprawy) skutków. Jeżeli rzeczywiście jest to wierne zdanie KEPu, to widać biskupi się starzeją. Przykładowo Jezus by nie powiedział, że obecnie nie możecie się rozwodzić, gdyż teraz wasze serca nie są zatwardziałe, tylko zabronił po prostu bo nie tak miało być. A w momencie, kiedy zaczynamy argumentować na podstawie czegoś, czego za 50 lat nie będzie, albo gdy próbujemy przeważyć zyski przez wymienienie obecnych szkód, budujemy nie na skale, a na piasku.

    Co zaś do odpowiedzi na mój przykład zapłodnienia „w szkle wewnątrz macicy” z nasieniem ze stosunku płciowego, to kwestia oderwania go od stosunku płciowego oczywista bynajmniej nie jest. I chciałbym byś to rozwinął.

    Podobnie warto rozwinąć kwestię tego, że godność zapłodnienia polega na związku z aktem płciowym. Kwestia również nie jest oczywista, gdyż:
    1. Ani Biblia ani Tradycja w tej sprawie nic nie mówią (możliwości oderwania tego nigdy wcześniej nie było).
    2. Jedyny przykład biblijny poczęcia bez aktu płciowego dotyczy akurat Najgodniejszego z Poczęć.

    Również kwestia niepłodności par zachodzących w ciążę za pomocą in vitro nie jest oczywista. Jak może być niepłodny ktoś, kto właśnie rodzi dziecko? Można powiedzieć, że „uchodził za niepłodnego”, jak Elżbieta i Zachariasz lub Abraham i Sara czy rodzice Samuela. Bóg nie wyleczył żadnego z nich z niepłodności, nadal nie byli w stanie począć kolejnego dziecka, a jednak…

    Ponadto, jeżeli ktoś, kto sam nie może zajść w ciążę bez pomocy techniki jest nazywany przez Ciebie (i może KEP) bezpłodnym, to wchodzimy w baaardzo śliski obszar. A nuż komuż przyjdzie do głowy, że ci, którzy bez pomocy techniki ciąży nie utrzymają, też są niepłodni?

    Przy okazji, jak to jest z ważnością Starego Zakonu? Gdy dyskutowaliśmy o ‚oko za oko’, podałeś ją w wątpliwość, a tu odwołujesz się do stareńkiego nakazu bycia płodnymi?

    Również pozdrawiam!

  7. Szanowny Mężu Cytrynniny. Ze względu na liczne, niewybredne wręcz nagabywania graniczące z plagą trollingu zdecydowałem się, zgodnie z uprzednią obiecanką, odpowiedzieć na Twój komentarz w kwestiach Cię nurtujących. Jak bowiem jest napisane: „wstanie i da, ile mu potrzeba, z powodu jego natręctwa” (Łk 11,8).

    Nie mogę oczywiście zaprzeczyć, że przy formułowaniu ogólnych praw moralnych powinniśmy się skupić głównie na ogólnych, uniwersalnych kwestiach dotyczących tych praw. Dlatego też fakt, że w czasach obecnych in vitro pociąga za sobą tysiące ofiar w ludziach nie może być argumentem za całkowitym zakazem tej metody również w przyszłości. Choć w tym wypadku, może zauważyłeś, nie każdy by się z Tobą zgodził. Ciamajda na przykład zaznaczył, że jakieś działanie (jak choćby obozy koncentracyjne) pozostanie na zawsze niemoralne ze względu na liczbę ofiar, które pociągnęło w poprzednich latach. Nie zgodziłem się z nim, jednak wiem że są ludzie uważający za niemoralne np. używanie leków, które powstały podczas niosących śmierć eksperymentów na ludziach. Inne spojrzenie na kwestię moralności – niekoniecznie gorsze, choć może bardziej kontrowersyjne.

    Aby jednak nie utwierdzać Cię w przekonaniu, że mnie zagiąłeś przypomnę to, o czym pisałem wcześniej i o czym też dyskutuję z Tobą w komentarzach. Otóż zaznaczyłem, że nawet gdyby zapłodnienie in vitro przestało pociągać za sobą ofiary, a dochodziłoby do zapłodnienia tylko jednej komórki, człowiek zaś w ten sposób powstały miałby równe szanse przeżycia z tym, który powstał naturalnie, a więc nawet gdyby pozbyć się tego, co jest tylko tu i teraz, a sięgnąć do tego, co uniwersalne, in vitro nadal byłoby metodą niemoralną. Właśnie dlatego – co już zaznaczałem – że poczęcie moralnie dobre to takie, do którego dochodzi w wyniku współżycia małżeńskiego – najlepiej, to oczywiste, otwartego na przyjęcie potomstwa. Do tego dochodzi zabawa w „panów życia”. Decydowanie o tym, kiedy (i jakie) będziemy mieć dziecko, choć z punktu widzenia nauki katolickiej wiemy, że moc decydować o tym ma tak naprawdę tylko Bóg. In vitro jest słusznie nazywane zabawą w Boga. Jest metodą produkcji dzieci – a dzieci to osoby i żaden człowiek nie ma moralnego prawa do produkowania ich. To jest prawda ogólna.

    Pytasz o to, czy zapłodnienie “w szkle wewnątrz macicy” z nasieniem ze stosunku płciowego mogłoby zostać uznane za moralnie dobre. Otóż muszę przyznać, że istnieją metody leczenia niepłodności, zwane naprotechnologią, bardzo negowane przez media, ale zarazem bardzo skuteczne. Opierają się one oczywiście na badaniu naturalnych cykli kobiety, ale także na wspomaganiu naturalnego poczęcia wszelkimi dostępnymi metodami. W grę wchodzą, oprócz zalecenia współżycia w dokładnym momencie cyklu, także terapie hormonalne, udrażnianie jajowodów czy nasieniowodów, wspomaganie rozwoju zdrowych jajeczek, czy prosta zmiana diety. Granicą terapii jest moment, w którym mimo wykorzystania najróżniejszych dostępnych środków niemożność zajścia w ciążę w wyniku współżycia pozostaje aktualna. Co za tym idzie – moralne są wszelkie metody leczenia niepłodności, które pozwalają parze zajść w ciążę w wyniku współżycia. Pytanie, czy mechaniczne wspomaganie samego momentu połączenia gamety męskiej i żeńskiej jeszcze mieści się w tej kategorii. Wydaje mi się, że niestety nie. Sztuczne przebicie jajeczka i wprowadzenie do niego plemnika zawsze pozostanie poza naturalnym aktem poczęcia. Ale kwestia pozostaje dyskusyjna, dopóki pozostaje w sferze całkowitego science-fiction.

    Czy godność zapłodnienia rzeczywiście polega na związku z aktem płciowym? Mówisz, że Biblia ani Tradycja nic o tym nie mówią, bo zjawisko w czasach ich powstawania nie istniało. Przypomnę tym, którzy nie pamiętają, lub nie wiedzieli, że życie w Kościele opiera się na trzech filarach: na Piśmie Świętym, Tradycji i nauczaniu Kościoła. Rozumiemy przez to, że Kościół ma moc wyjaśniania Pisma, rozwijania Tradycji i odpowiadania na pytania, na które dwa powyższe odpowiedzi bezpośredniej nie niosą. Stąd m.in. nauka o antykoncepcji, która w czasach Ewangelii problemu na masową skalę nie stanowiła. Stąd też nauka o in vitro. Jeśli żyjemy w Kościele i jesteśmy katolikami, przyjmujemy to, czego Kościół naucza w kwestiach moralnych. A kwestie te zawsze są oparte, nawet jeśli nie bezpośrednio, na słowach Biblii i 2000 lat tak rozumianej Tradycji katolickiej.

    Oczywiście to, co nazywasz Najgodniejszym z Poczęć, a więc poczęcie Jezusa, nie ujmuje w żadnym wypadku godności poczęcia w akcie płciowym. Fakt, że doszło do niego bez współżycia nie oznacza zaś, że doszło do niego poza ustrojem matki. Duch Święty zstąpił na Marię i poczęła Syna – ale Bóg nie podkreślił, że to jest lepsze poczęcie. Bóg dokonuje i dokonywał w historii różnych cudów, ale nie mówił przy tym, że takie rozwiązanie jest lepsze niż np. ciężka praca. Co więcej – Maryja zastanawia się nad tym, jakże się to stanie, skoro nie zna męża (czyli nie współżyła). Jeśli czymś naturalnym było wówczas poczęcie w wyniku współżycia (Bóg nie odpowiedział „to będzie in vitro”), to poczęcie z Boga nie było czymś, co odejmowało zwykłemu poczęciu naturalności. Dla przypomnienia dodam, że drugie Najgodniejsze Poczęcie (zwane Niepokalanym), czyli poczęcie Maryi bez grzechu pierworodnego, odbyło się w wyniku współżycia, w małżeństwie (choć Tradycja pragnęła, by było „czystsze” – a więc również z Boga).

    Pytasz „Jak może być niepłodny ktoś, kto właśnie rodzi dziecko?” Pytanie odczytuję jako drastyczny brak wiedzy medycznej, być może powodowany modyfikacjami myślenia wywołanymi przez medialną nagonkę za in vitro. Płodność, bycie płodnym oznacza możliwość POCZĘCIA dziecka w sposób naturalny, zdrowy, a nie URODZENIA tego dziecka. Analogia do jedzenia: jeśli włożysz komuś do żołądka arbuza, to nie znaczy, że on go zjadł. Ktoś może nie mieć ust – ma więc niemożność spożywania. Dlatego jest karmiony z zewnątrz. Może trawić i wydalać, ale jest pozbawiony możliwości jedzenia. Ktoś, kto jest pozbawiony możliwości zapłodnienia lub zapładniania, jest niepłodnym. Bez względu na to, ile dzieci (oczywiście nie patrząc na mężczyzn) włożonych sobie do macicy w życiu urodził. Czy gdyby wymyślono i dopracowano sztuczną, zewnętrzną macicę i doprowadzono do przebiegu ciąży w całości w niej, czy nazywalibyśmy ją płodną ze względu na to, że „rodzi dzieci”?

    Przykłady podane przez Ciebie: Elżbieta i Zachariasz lub Abraham i Sara czy rodzice Samuela to zupełnie inna sytuacja. Jeśli mówimy, że ktoś „uchodził za niepłodnego” to mamy na myśli, że wydawało się, iż był niepłodny. W efekcie zaś nie był. Bóg informuje Zachariasza, że będzie miał syna – ale nie mówi nic o „Boskiej interwencji” (którą zresztą i tak zakładamy przy każdym poczęciu). Do zajścia w ciążę doszło w drodze współżycia małżeńskiego, być może dzięki wyleczeniu z niepłodności przez Boga. Nawet jeśli było to wyleczenie niepełne, a kolejne poczęcie nadal było utrudnione – co zdarza się u wielu niepłodnych par, u których, w wyniku licznych starań, ostatecznie dochodzi do pojedynczego poczęcia. Skąd zresztą Twoja pewność, że Elżbieta i Zachariasz nie mieli więcej dzieci? Skąd wiadomo, że Jan był jedynakiem?

    W kwestii niepłodności gdy chodzi o utrzymanie ciąży – już Ci wyjaśniłem. Obszar nie jest śliski, a taki komentarz wskazuje raczej na ignorancję, niż na realne problemy. Niepłodnym jest z definicji ten, kto przez rok bezskutecznie próbuje w naturalny sposób zajść w ciążę. Oczywiście definicja jest bardzo w cudzysłowie – jeśli dojdzie do poczęcia po roku, to przecież nie było niepłodności. Ale nie ma w ogóle mowy o niepłodności w przypadku kogoś, kto nie może utrzymać ciąży. Ktoś, u kogo doszło do naturalnego zapłodnienia jest płodny.

    I jeszcze te nieszczęsne kwestie „Starego Zakonu”. Po pierwsze stareńki nakaz bycia płodnymi trafił do ludzi (według objawienia) jeszcze w Raju. Jest więc źródłem szczęścia, jakie Bóg dał ludziom z natury. Jezus mówił o stawaniu się jednością z żoną, o braku rozwodów, bo tak było na początku. Na początku również Bóg nakazał ludziom być płodnymi. Nauka Kościoła trzyma się tej treści nieprzerwanie od 2000 lat. Co zaś się tyczy „oko za oko”, odpowiedź na wątpliwości jest w Ewangelii: „Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko, ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: Nie zwalczajcie [zła] złem! Lecz jeśli ktoś uderzy cię w prawy policzek, nadstaw mu drugi. A temu, kto chce procesować się z tobą i zabrać ci suknię, oddaj także płaszcz. A jeśli ktoś zmusza cię do jednego tysiąca [kroków], idź z nim dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce od ciebie pożyczyć” (Mt 5,38-42).

    Mam nadzieję, że moja odpowiedź póki co wystarczy i nie będzie potrzeby przedłużania dyskusji, „bo cośtam”. Choć oczywiście, jeśli nadal są wątpliwości, chętnie je wyjaśnię, jak ten ksiądz z ambony.

    Z poważaniem.

  8. Cytrynniny Mąż

    Drogi Mateuszu! Dziękuję za obszerną odpowiedź. Z większością rzeczy się zgadzam. Dodam, co jeszcze nastręcza wątpliwości.
    Kwestię zapłodnienia wspomaganego lepiej zostawić na później. Wychodzenie przed szereg w kwestii Galileusza czy szczepionek źle się dla nas skończyło.
    Jak wiesz, jedną z podstawowych zasad analizy tekstu źródłowego jest branie znaczeń ówczesnych, nie współczesnych. Za Mojżesza niezdolny do zapłodnienia i niezdolny do utrzymania zapłodnionej komórki jajowej dłużej niż tydzień, znaczyło dokładnie to samo.
    Jeśli implanty stanowią pełnoprawną część ciała, to czemu implant wstrzykujący nasienie do komórki nie miałby być równie dobry, skoro tylko uzupełnia tę funkcję ciała, która nie działa?
    Ściśle rzecz biorąc z zaludnianiem ziemi i byciem płodnym, to to było błogosławieństwo, a nie nakaz.
    Czym innym jest wybaczać osobiście (do czego Jezus wzywa), a czym innym jest zrezygnować z prawodawstwa.

  9. Cytrynniny Mąż

    Dziś Duda w debacie w TVN powiedział coś jakby in vitro jednak miało być dopuszczalne moralnie, o ile nie odrzuca się zapłodnionych komórek. Wspomniał też, że czasem taka ciąża się nie utrzymuje, i wtedy można powtarzać zabieg. Dodał nawet, że nawet stanowisko Episkopatu ulegało tu zmianom. Czy zatem po dwóch latach okazuje się, że jednak miałem rację?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s