Monthly Archives: Wrzesień 2013

Jak wygląda Kana?

Od dawna chciałem napisać notkę o Kanie Galilejskiej i ostatecznie wziąłem się za to po uprzedniej niewielkiej prowokacji. Tytuł notki też prowokacyjny, kojarzący Kanę z kanią – takim grzybem, który zwykło się zrywać i porzucać z obawy. Prowokacja tytułem związana z prowokacją tematem: ta sama osoba prowokowała, która o kaniach pisała. Rzeczywisty tytuł powinien jednak brzmieć „Co się wydarzyło w Kanie Galilejskiej?”. A więc:

Co się wydarzyło w Kanie Galilejskiej?

Temat z jednej strony bardzo oczywisty, z drugiej skomplikowany. Opiera się na znanym wszystkim prawie fragmencie Ewangelii świętego Jana, opowiadającym o weselu w Kanie Galilejskiej, w którym udział brał sam Jezus. Aby wdrożyć się lepiej w opowieść, przytoczę rzeczony fragment w całości.

„Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: Nie mają wina. Jezus Jej odpowiedział: [Czyż] to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: Napełnijcie stągwie wodą. I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu. Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2,1-11).

Teraz możemy wejść po kolei na kilka płaszczyzn interpretacji tekstu biblijnego. Pierwsza płaszczyzna to oczywiście dosłowne rozumienie tego, co zostało napisane. I w ten sposób zazwyczaj się wyjaśnia fragment o Kanie Galilejskiej. Jezus przyszedł na wesele, na którym bawił się z innymi biesiadnikami. Jednak w pewnym momencie zabrakło wina. Dlatego też został poproszony o uratowanie sytuacji, choć z początku oponował, wreszcie postanowił pomóc. Przemienił wodę w wino, które okazało się być najlepszym winem na tym weselu. Starosta weselny woła i chwali pana młodego, uczniowie zaczynają wierzyć w Jezusa, a On od tego znaku (zgodnie z narracją Jana) rozpoczyna swoją działalność ewangelizacyjną.

Tyle jeśli chodzi o dosłowną interpretację, jak najbardziej prawidłową. Nie ma się co dziwić, że wielu młodych pragnie odczytywania tego fragmentu na swoim ślubie. Nie ma się co dziwić, że fragment o Kanie Galilejskiej bywa brany pod uwagę przy argumentowaniu przeciw abstynencji. Interpretacja dosłowna to jednak tylko pierwsza płaszczyzna. Aby zrozumieć więcej, należy zagłębić się w symbole. To też zrobił niegdyś mój wykładowca od Pism Janowych, to też za nim zrobię dzisiaj ja.

Spróbujmy zbadać najpierw osoby dramatu. Mamy tu Matkę Jezusa, mamy Jego uczniów i Jezusa samego. Jest też starosta weselny, pan młody i słudzy, którzy czerpali wodę. Należy zatem zastanowić się, kogo brakuje. Ciekawostką okaże się, że w historii o Kanie Galilejskiej nie występuje panna młoda… Można powiedzieć: została pominięta, bo nie miała znaczenia w narracji, ale z pewnością tam była. I ja przypuszczam, że przy dosłownej interpretacji należałoby zakładać tę wersję wydarzeń. Jeśli jednak wejdziemy głębiej, brak panny młodej zaczyna nas dziwić. Druga rzecz to fakt, że Jezusa i Jego uczniów zaproszono na wesele. Ale Jego Matka już tam była… Co robiła tam wcześniej? Co oznacza jej uprzednia obecność? Pomaga w przygotowaniu? Kim była dla młodych?

Kolejna często interpretowana rzecz to dialog między Matką a Jezusem. Kiedy ona prosi Go o pomoc, On zdaje się odmawiać. Pyta, czy jest to ich sprawa, czy nadeszła/nie nadeszła Jego godzina. Mimo tego Matka zwraca się do sług, by zrobili wszystko, co On im każe, a On każe. Scena ta wyraźnie wskazuje na pośrednictwo Matki między ludźmi a Jezusem. Jest to argument za stawianiem Matki Chrystusa w roli pośredniczki między Panem a Kościołem, także w modlitwach.

Wejdźmy jeszcze dalej. Stągwie kamienne do oczyszczeń, pojemność 2 lub 3 miary. Może się wydawać, że to tak sobie, ale talent to też nie była monetka, tylko góra złota. Miara zaś to 40 litrów. Stągwie miały zatem pojemność od 80 do 120 litrów każda, zatem ilość wina w całości wynosiła od 480 do nawet 720 litrów! To ogromne morze wina! Ale co więcej – woda, a potem wino, znalazły się w stągwiach przeznaczonych do oczyszczeń żydowskich. Woda, która miała zmywać grzech, usprawiedliwiać Żydów wobec Boga, zmieniła się w doskonałe wino. To prawie jak ofiara dotychczasowa zmieniająca się w idealną ofiarę Baranka Bożego. Jezus czyni znak zmieniając stare (wodę do oczyszczeń) w nowe (wspaniałe wino). Ale to jeszcze nie wszystko. Stągwi było bowiem 6. A 6 jest liczbą według symboliki żydowskiej najgorszą. Jest to liczba oznaczająca brak pełni, pełnia zaś to liczba 7. Jezus bierze więc coś, co określić można jako brak pełni i to wypełnia. Symbol Kany Galilejskiej przybliża nas do zrozumienia, że w całości swego nauczania Jezus bierze to, co dotychczas było niepełne i wypełnia to sobą. To Jezus jest „siódmą stągwią”, tym, w którym wszystko się wypełni. Czy jednak wyłącznie siódmą stągwią?

Panny młodej nie ma w tej historii w ogóle. Pojawia się natomiast pan młody, którego starosta weselny woła i mówi mu: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Starosta nie wiedział, skąd wzięło się wino, pogratulował więc panu młodemu. Czy pan młody był rzeczywiście odpowiedzialny za najlepsze wino na koniec? Jeśli zagłębimy się w symbolikę, to oczywiście, że tak! Jeśli przejrzymy choćby pobieżnie Pisma Janowe stwierdzimy, że często używa on pojęcia „Mąż”, „Oblubieniec” odnośnie Jezusa, lub pisze o Nim w podobnym kontekście, jak choćby w tym cytacie z Apokalipsy: „Weselmy się i radujmy, i oddajmy Mu chwałę, bo nadeszły Gody Baranka, a Jego Małżonka się przystroiła, i dano jej przyoblec bisior lśniący i czysty – bisior bowiem oznacza czyny sprawiedliwe świętych” (Ap 19,7-8). Jeśli zaś dla Jana Jezus, po weselu w Kanie, był tożsamy z Oblubieńcem, którego Małżonką miałby być Kościół świętych, to początkiem tych znaków pozostaje Kana Galilejska. Z ogromnym prawdopodobieństwem można więc przypuszczać, że Jezus i pan młody to w opowiadaniu o Kanie jedna i ta sama osoba! To właśnie do Mesjasza starosta weselny mówi: „Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Przeminęło Stare Przymierze, przeminęły czasy żydowskich oczyszczeń, nadszedł pan młody, który najlepsze przyniósł na koniec. Przyszedł pan młody, ten, który jest siódmą stągwią, który dopełnia i wszystko wypełnił!

W opowiadaniu o Kanie Galilejskiej nie ma zatem panny młodej, bo panną młodą jesteśmy my wszyscy, jest nią Kościół Boży. Jezus przybył by porwać swoją oblubienicę, by wypełnić jej życie radością. By osiągnęła wieczną radość. To, co było przed Nim było dobre. Ale dopiero On przyniósł to, co najlepsze.

Spojrzenie na symbole i zagłębienie się w dalszą interpretację nie wyklucza oczywiście dosłownego rozumienia cudu w Kanie i początku znaków. Otwiera jednak oczy i serca na głębsze rozumienie Ewangelii. Jedna i druga interpretacja jest prawidłowa, należy jednak pamiętać, że nie warto poprzestawać przy lekturze Pisma Świętego na tym, co tylko powierzchowne.

A co zdarzyło się potem?

Nad ranem w Kanie Galilejskiej panuje cisza. Wszyscy goście śpią, upojeni najlepszym winem. W pewnym momencie głowę podnosi starosta weselny. „Wody! Wyślijcie kogoś po wodę!” – woła. Na te słowa budzi się jeden z gości: „Błagam, tylko nie Jezusa!”.

Reklamy
Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

O czasie

abouttimeZgodnie ze wszystkimi informacjami podawanymi w gazetach i telewizji, dziś, a więc 20 września 2013 roku odbyć się ma premiera filmu „About Time”, na polski przetłumaczonego jako „Czas na miłość”. Intrygującą rzeczą związaną z tym faktem jest to, że w minioną sobotę, świętując z Żoną piątą rocznicę naszego ślubu, byliśmy w kinie na tym właśnie filmie. Przyszło mi zatem do głowy, że skoro to jest film o czasie, a konkretnie o podróżach w czasie, to efekt konfliktu czasoprzestrzennego widza, który zobaczył film przed premierą, mógł być zamierzony. Tak czy inaczej film widziałem i ze względu na to, że większość z Was może zobaczyć go dopiero po premierze, zamierzam Was do tego zachęcić.

Krótki zarys fabuły, bez wchodzenia w szczegóły: Ciekawy rudzielec, w swoje 21 urodziny uzyskuje od ojca informację, że mężczyźni w ich rodzinie mają zdolność przenoszenia się w czasie. Początkowo rozumie to jako żart, ale szybko orientuje się, że może naprawdę cofnąć się do dowolnie wybranego momentu swojego życia i jeszcze raz przeżyć dowolnie wybraną chwilę, oczywiście wszystko zmieniając. Pewnego dnia poznaje niespodziewanie wspaniałą kobietę, ale ponieważ w tym samym dniu odbywa się premiera przedstawienia reżyserowanego przez człowieka, u którego wynajmuje pokój, musi przenieść się w czasie, by premiera mogła się udać. Przez to nie spotyka miłości swojego życia i musi znaleźć sposobność, by jednak ją spotkać. Sposobność znajduje i wiąże się z dziewczyną węzłem wielkiej miłości, ale jednocześnie pragnie zmieniać i naprawiać życie innych osób, swoich bliskich. Zakłada rodzinę, ma dzieci, szuka najlepszej drogi w życiu, mając do dyspozycji właściwie nieskończenie dużo czasu i szans na zmianę.

Prosta opowiastka o miłości z wyraźnie zarysowanym elementem podróży w czasie ma jednak drugie dno. Dla mnie to był film nie tylko o miłości romantycznej, ale przede wszystkim o ojcostwie. Po pierwsze o miłości ojca do dorosłego już syna – to jedno pokolenie. Po drugie zaś o miłości tegoż dorosłego syna do swoich małych dzieci – pokolenie drugie. Film w genialny sposób pokazuje, jak młody chłopak z mlekiem pod wąsem dorośleje, jak dorasta do ojcostwa. Jak przejmuje się losem swoich pociech, choć sam jeszcze jest trochę dużym dzieckiem. Jak miłość dwójki ludzi, młodych małżonków, może przenieść się, może promieniować na ich dzieci. Film był też – w dużej mierze – o otwartości na życie. Ponieważ podróże w czasie zmieniają bieg życia, chłopak musi decydować o niespodziewanych pożegnaniach z bliskimi z przeszłości, kiedy bowiem wraca, jego ukochana córka okazać się może nieznanym synem… Każde nowe urodzone dziecko to kolejny etap życia, poza który nie można się cofnąć. Mimo tego bohater poświęca to, co było, by dbać o rozwój rodziny. Do tego miłość małżeńska zarówno w przypadku rodziców bohatera, jak i jego własnym, ukazana jest w sposób tak zwyczajny i normalny, że właśnie niezwykle romantyczny i zachęcający. Ten film to doskonały sposób na początek odbudowywania relacji małżeńskich.

Twórcą filmu jest Richard Curtis, znany z takich filmów jak „Notting Hill” czy „To właśnie miłość” („Love Actually”). „Notting Hill” określam jako ciekawy, choć niepowalający. „Love Actually” należy jednak do plejady moich ulubionych filmów i wiedza o tym, że „About Time” jest kolejną romantyczną komedią tego twórcy zachęciła mnie do obejrzenia jej. W „To właśnie miłość” mieliśmy do czynienia z kilkoma przeplatającymi się historiami miłosnymi, tu mamy właściwie jedną, ale przeplatającą się samą ze sobą w czasie. Gra aktorska w obu przypadkach zachwyca – wydaje mi się wręcz, że w „About Time” postaci są wykreowane, zarysowane w sposób doskonalszy. Zachwyca, to co w każdym filmie Curtisa, świeży oddech tradycyjnej brytyjskiej kultury, tak innej od amerykańskiego snu. Rewelacyjny Bill Nighy, znany jako ekscentryczny podstarzały muzyk z „Love Actually”, tu jako stateczny ojciec sprawdza się doskonale. Pewnie właśnie dlatego, że nie jest stateczny, skacze w czasie nie wiadomo od jak dawna, wszystkie książki przeczytał wielokrotnie, dowcipkuje rubasznie, a gdy informuje syna o darze, którego ten może doświadczać, żałuje, że nie może cofać się poza obszar swojego życia, żeby „bzyknąć” Helenę Trojańską… Wszystko to czyni „Czas na miłość” filmem rewelacyjnym, moim zdaniem niemal genialnym.

Są oczywiście pewne mankamenty, które świadczą tylko o tym, że twórcy nie są ortodoksyjnymi katolikami. Seks na pierwszej randce (która dla głównego bohatera jest tak naprawdę trzecią, pierwszą tylko dla jego dziewczyny) zawsze mnie mierzi. Dziecko przed ślubem – typowy, ale smutny element. Te sprawy nie przeszkadzają jednak w ogólnym odbiorze filmu, choć przy odbiorze innych filmów bardzo mi przeszkadzały (choćby z „Niani w Nowym Jorku” zapamiętałem tylko ten nieszczęsny seks na pierwszej randce). Tak naprawdę są tylko małymi, szarymi plamkami na tęczowym arcydziele. Dlatego polecam wszystkim małżonkom i rodzicom mniejszych lub większych dzieci, by pozostawili te dzieci z kimś kompetentnym i koniecznie wybrali się na randkę na „Czas na miłość”. Osobom, które nie mają jeszcze współmałżonków także serdecznie polecam!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Jak zorganizować dziecku wesele?

Choć wakacje się już skończyły, czas ślubom sprzyjający trwa. Ludzie czytający blogi szukają odpowiedzi na pytanie jak zorganizować wesele. Niektórzy, bardziej samodzielni, rozglądają się za własnymi rozwiązaniami, za tych mniej samodzielnych decydują rodzice. Powrót do tematyki ślubu i wesela związany jest u mnie również z niedawnymi komentarzami zachęcającymi do polemiki, a napisanymi w związku z moimi perypetiami przedślubnymi. Myślę, że kilka rzeczy warto wyjaśnić.

Ślub wziąłem i udzieliłem mojej Żonie dokładnie 5 lat temu. Perspektywa to niezbyt długa, ale wystarczająca, by dojść do pewnych wniosków, zrozumieć co było dobrze, co było nie tak i co bym zrobił, gdybym miał organizować wszystko jeszcze raz. Do osobistego doświadczenia dochodzi jeszcze fakt, że dwóch moich najbliższych przyjaciół brało ślub w ciągu ubiegłego miesiąca i u każdego z nich kwestia poślubnego przyjęcia wyglądała inaczej, w obu przypadkach raczej niekonwencjonalnie.

Postaram się odpowiedzieć dziś rodzicom dorosłych już dzieci, które postanowiły opuścić gniazdo i pójść swoją drogą, na pytania o organizację wesela. Mam nadzieję, że moje przemyślenia pomogą Państwu w podejmowaniu dobrych decyzji.

Kto jest najważniejszy w dniu ślubu?

Pierwsze i podstawowe pytanie, które właściwie cały problem wesela wstawia na właściwe tory. W dniu ślubu najważniejsi są oczywiście państwo młodzi, a więc narzeczeni, a później małżonkowie. To jest ich dzień, być może najważniejszy w ich życiu i oni mają prawo do tego, by ten dzień był udany. Może to dziwnie brzmieć, ale prawda jest taka, że państwo młodzi, którzy danego dnia biorą ślub, mają prawo do tego, by wszystko szło po ich myśli. By mogli dobrze, radośnie przeżyć wstąpienie w związek małżeński.

Są oczywiście tendencje do stwierdzenia, że najważniejsi, zwłaszcza na weselu, są goście. Jeden z komentatorów mojej dawnej notki, od niedawna również małżonek i piszący z własnej perspektywy, stwierdził, że wesele jest po to, by podziękować gościom za przybycie. Nie zgadzam się z nim, co później postaram się wytłumaczyć, ale jednocześnie sądzę, że ma rację. Na weselu bowiem dla niego najważniejsi są goście. A ponieważ to właśnie on jest panem młodym – ma prawo decydować kto jest na jego ślubie, na jego weselu najważniejszy. Ponieważ najważniejsi są zawsze państwo młodzi – i to oni decydują o priorytetach. Nie zgadzam się z tym komentatorem tylko i wyłącznie dlatego, że pragnął, bym zastosował warunki, które podyktował na swoim weselu do mojego. Zapomniał, że na tamtym to on był panem młodym, a na moim ja.

Co jest najważniejsze w dniu ślubu?

W dniu ślubu nie jest najważniejsza pogoda, udana atmosfera, sukienka, dobre wino ani nawet sami państwo młodzi. W dniu ślubu najważniejszy jest ślub – a więc wzajemne ofiarowanie się sobie aż do śmierci, i złożenie swojego wspólnego życia na ofiarę Panu Bogu. Nie jest prawdą, jak twierdzą niektórzy, że ślub jest dla państwa młodych, a wesele dla gości. Ponieważ w dniu ślubu najważniejszy jest sakrament, wszystko co dzieje się przedtem i potem musi być bezpośrednio temu sakramentowi podporządkowane. Wesele nie powinno być czymś obok, czymś potem – ono może być tylko naturalnym przedłużeniem świętowania zawarcia sakramentu małżeństwa. Oczywiście mówię tu wyłącznie o kościelnym związku, nie o cywilnym – osoby które łączą się z pomocą takiego węzła na moim blogu odpowiedzi na swoje pytania nie znajdą.

Najważniejszy jest sakrament, a najważniejszymi osobami są małżonkowie. Dlatego oni, którzy się sobie wzajemnie ofiarowują, mają moc decyzyjną.

Czy, jeśli płacę za wesele, mam prawo stawiać warunki?

Wielu rodziców stawia sobie takie pytania. Choć pewnie się mylę – wielu rodziców nie stawia sobie wcale takiego pytania, ponieważ z góry zakładają, że skoro to ich dzieci biorą ślub, a oni na to dają pieniądze, to mają prawo ustawić wszystko po swojemu. Niestety, jest to jedna z największych krzywd, jakie w dniu ślubu można swoim dzieciom wyrządzić.

Po pierwsze gdy używamy słowa „dzieci”, mamy na myśli dwoje dorosłych ludzi, którzy właśnie zaczynają drogę swojego wspólnego życia. Ich ślub i ich wesele nie są ostatnim aktem teatru urządzanego przez rodziców, po chrzcinach, urodzinach, przyjęciu komunijnym, osiemnastce. To jest pierwszy akt teatru urządzanego przez nowożeńców. Nowożeńcy mają prawo poprosić rodziców o pomoc w zorganizowaniu uroczystości. Rodzice mogą nawet czuć się w obowiązku do zorganizowania tej uroczystości samemu, z odłożonych specjalnie na tę okazję pieniędzy. Nie neguję tej potrzeby, musimy jednak pamiętać, że to nie jest nasza uroczystość, nie uroczystość rodziców, lecz uroczystość nowożeńców: męża i żony. Uroczystość więc powinna odbyć się na warunkach tychże nowożeńców, nawet jeśli rodzice chcą wspomóc wszystko finansowo lub organizacyjnie.

Niektórym ludziom wydaje się, że jeśli się płaci, to się wymaga. Jeśli się coś organizuje, to ma się prawo zaprosić tego, kogo się chce. Spróbujmy jednak zmienić perspektywę i zastanówmy się nad tym, jak przeżyją to dzieci, które pragną przeżyć ten dzień najpiękniej jak to możliwe. Jak zareagują na konieczność zapraszania osób, które ich rodzice chcą obok siebie widzieć, niezależnie od ich stosunków z biorącymi ślub. Jeśli potrafimy sobie siebie wyobrazić w sytuacji państwa młodych, szybko zrozumiemy, że nie mamy prawa organizować przyjęcia według własnej modły. To jest oczywiście trudne do zrozumienia, kiedy państwo młodzi mają inną wizję swojej uroczystości, niż my. Pamiętajmy jednak, że to jest ich uroczystość, a nie nasza, i nawet jeśli dobrowolnie (bo przecież nikt nas nie może do tego zmusić) dajemy na jej organizację pieniądze, nie jest to nigdy argumentem za ustawianiem wszystkiego pod siebie.

Kogo powinno się zaprosić na wesele?

Z perspektywy wielu rodziców „powinno się” odgrywa bardzo dużą rolę. Powinno się więc zaprosić wszystkich kuzynów, wszystkie ciotki i wujków, świekrostwo (a więc współteściów, czyli rodziców małżonków swoich wcześniej pożenionych dzieci), wybranych sąsiadów i najlepiej jeszcze tego, kogo życzy sobie babcia pana lub pani młodej. „Powinno się” więc poinformować o tym państwa młodych i nakazać im wysłania zaproszeń do tych wszystkich osób, albo najlepiej dostarczenia ich osobiście. Zaproszenia oczywiście powinny być podpisane przez państwa młodych, choć to my, rodzice decydujemy o tym, kogo się zaprosi – często stawiając przed faktem dokonanym.

Rozumiem sytuację, bo sam mam bliskich znajomych, których w przyszłości chciałbym widzieć na przyjęciu poślubnym moich dzieci. Rozumiem też tych rodziców, którzy kierują się w życiu pojęciem „tak wypada”, a więc „tak wypada” zaprosić tych, którzy nas zapraszali, którzy mogą nas zaprosić, albo którzy mogą się obrazić jeśli się ich nie zaprosi. Spróbujmy jednak znów stanąć na miejscu państwa młodych, którzy w tym dniu są najważniejsi. Zrozumiemy wówczas, że nikogo nie „powinno się” zaprosić, bo „tak wypada”. O tym, kto i z jakich powodów zjawi się na ślubie, a kto na weselu, decydują państwo młodzi, bo to jest ich dzień! Nie można w czasie rozmowy z młodymi używać słów „Wujek będzie na weselu”, „Państwo Śmacy będą na weselu”, a potem patrzeć na ręce, czy równo wypisuje się zaproszenia. To bowiem młodzi decydują o gościach, którzy są ich gośćmi. Zanim zdecydujemy, że ktoś powinien być obecny zastanówmy się, czy ten ktoś jest ważny dla naszych dzieci, które biorą ślub. Czy w perspektywie swojego życia i wychowania naszych pociech zadbaliśmy, by ten ktoś był na tyle ważny dla naszych dzieci, by chciały go widzieć na swoim przyjęciu. To bowiem już nie jest tak, że my wydajemy nasze dziecko za mąż czy je żenimy i musimy się pochwalić, więc spraszamy wszystkich ziomków. Nie, nie wydajemy nikogo – to oni oddają się sobie wzajemnie i Panu Bogu w sakramencie małżeństwa. I równie dobrze mogą to zrobić za naszymi plecami, nikogo nigdzie nie zapraszając.

Co jednak jeśli zależy nam na obecności kogoś, kto dla państwa młodych nie jest kimś przesadnie ważnym? Nie zapominajmy, że to jest ich dzień i to są ich goście. To oni podpiszą się pod zaproszeniami do ludzi, których będą potem oglądać na zabawie. Dlatego jeśli chcemy, by obecnym był ktoś mało znaczący w życiu naszych „pociech” zapomnijmy o używaniu argumentów „Ja organizuję wesele i zaproszę kogo będę chciała” albo „Oczywiście, że oni też będą”. Wejdźmy z przyszłymi małżonkami w dialog, bo to już nie są dzieci, którym się stawia warunki. To są dorośli ludzie u progu swego oddzielnego od nas życia. Chcemy, żeby na weselu był obecny wujek Zbigniew, usiądźmy więc obok narzeczonych i z pokorą zapytajmy ich, czy zgodzą się zaprosić wujka Zbigniewa, bo nam zależy na jego obecności. Mogę powiedzieć, że w ten sposób z ogromnym prawdopodobieństwem osiągniemy zamierzony cel, nie wprowadzając jednocześnie przyszłych nowożeńców we frustrację i konflikt interesów. A co, jeśli odmówią? Cóż, trzeba się będzie z tym pogodzić. To jest ich ślub i ich wesele, oni mają prawo decydować.

Wesele, przyjęcie czy obiad?

Wbrew pozorom nie jest to bez znaczenia. Wesele kojarzy się z wielką imprezą na 200 osób. Przyjęcie to już coś skromniejszego, obiad zaś to takie małe przyjęcie. Pytanie więc która z tych rzeczy będzie najlepsza… musi pozostać bez odpowiedzi. Dlaczego? Ponieważ to państwo młodzi są tu najważniejsi, to państwo młodzi decydują jakie i czy w ogóle chcą mieć przyjęcie po ślubie.

Jeden z moich przyjaciół, z tych którzy brali ślub w zeszłym miesiącu pragnął zorganizować obiad dla najbliższych (na 30 osób). Z tego powodu nie robił wielkiej imprezy i, mimo że to jego rodzicie finansowali zabawę, odmówił zaproszenia kilkorga proponowanych przez nich gości, którzy nie należeli do grona najbliższych. Zdecydowało o tym również to, że rodzice panny młodej pragnęli zaproszenia odpowiedników tychże gości od strony panny młodej (chodziło o tzw. swatów, a tych swatów było w sumie 3 pary), więc młodzi zgodnie odmówili. Ale zostali wcześniej zapytani – nikt nie kazał im się wykłócać, nie stawiał ich przed faktem dokonanym, a prawdą jest, że wielu rodziców sądzi, że ma do tego prawo. Dodam jeszcze, że tenże przyjaciel został poproszony o zaproszenie dodatkowej dwójki bliskich przyjaciół swoich rodziców i przystał na tę propozycję.

Drugi mój przyjaciel, u którego na ślubie byłem świadkiem, nie organizował żadnego przyjęcia w ogóle. Zapraszał tylko rodziców na lampkę wina, a co ważniejszych gości na tydzień później, na grilla. Osobiście czułem się dość dziwnie, gdy po ślubie i zebraniu koszów z prezentami wpakowałem rodzinę do samochodu i pojechałem do domu. To nie ma jednak znaczenia, bo to nie ja, lecz mój przyjaciel brał ślub i zorganizował go dokładnie tak, jak chciał tego on i jego żona. Przyjęcia nie było. Ja zorganizowałbym chociaż mały poczęstunek. Ale to naprawdę nie jest moja sprawa.

A więc na pytanie: wesele, przyjęcie czy obiad odpowiedź może być tylko jedna: cokolwiek sobie państwo młodzi zażyczą. To jest ich dzień i oni mają prawo o tym zdecydować. Jeśli warunki stawiane przez rodziców będą niekorzystne, mogą natomiast spokojnie odmówić współpracy i zrobić całkowicie po swojemu.

Czy na weselu musi być alkohol?

Pytanie wydaje się być oczywiste, ale wcale takie nie jest, jeśli wstawimy w to miejsce słowo „mięso”, „sałatka” albo „tort”. Albo „poprawiny” czy „obiad na drugi dzień, bo nie wypada puszczać gości na głodnego”. Odpowiedź na nie brzmi: nie, nie musi! Nie musi nie dlatego, że jest wolne państwo i każdemu wolno, tylko dlatego, że to jest wesele państwa młodych i tylko oni mają prawo zdecydować, czy będzie na nim mięsko, tort, alkohol czy cokolwiek innego. Mnóstwo ludzi martwi się kiedy młodzi mają fanaberię, że nie chcą alkoholu na swoim przyjęciu, bo goście nie będą się dobrze bawić, bo będzie drętwo, itp. Mam na to jedną odpowiedź: no i co z tego? To nie jest nasze, rodziców przyjęcie – to przyjęcie naszych dzieci, tak naprawdę już dorosłych i decydujących za siebie i w kwestii swojego przyjęcia. Nie chcą oczepin – nie będzie oczepin. Nie chcą disco polo – nie będzie disco polo! Nie chcą alkoholu? Nic mi do tego – to ich przyjęcie, a nie moje. W ostateczności, jeśli jest to dla mnie nie do zniesienia, mogę nie przychodzić. Nie mam obowiązku, tak jak państwo młodzi nie mają obowiązku dostosowywać się do stawianych przeze mnie warunków.

Zmiana perspektywy

Jestem pięć lat po ślubie i muszę przyznać, że tamten moment był momentem stosunkowo udanym. Wiele rzeczy, które chcieliśmy z Małżonką widzieć, udało nam się przeforsować. Zmiana perspektywy polega na tym, że gdybym dzisiaj brał ślub, niczego bym nie forsował. Sytuacja była niezręczna. Żeby zgodnie z naszym postanowieniem na przyjęciu (które pierwotnie miało być obiadem) nie było alkoholu, musiałem zagrozić, że w przeciwnej sytuacji nie będzie nas. Część zaproszonych gości nie przyjechało, ponieważ w kwestii zapraszania niektórych z nich byliśmy stawiani przed faktem dokonanym, podpisując się oczywiście pod zaproszeniami, ale żale wylewając na blogu.

Zmiana perspektywy nastąpiła tak naprawdę rok później, gdy urodził się nasz Synek. Ponieważ jestem zwolennikiem świętowania przyjętych sakramentów, organizowania małych przyjęć celem radowania się z „sakramentariuszem” – bo to jest główny cel przyjęcia – postanowiłem zorganizować obiad po chrzcie świętym. Zrobiłem to sam, za niewielką odłożoną sumkę wynająłem salę restauracyjną i zaprosiłem niczego niespodziewających się bliskich, spośród których niektórzy, nieświadomi moich planów, już zaczynali snuć własne w dalszej perspektywie czasowej. Sytuacja z Córką była już inna – bliscy zostali wcześniej poinformowani i nawet wciągnięci w przygotowania. Ale nauczeni przykładem pierwszego chrztu wiedzieli już, że kwestia decyzyjności należy do mnie i mojej Małżonki. Z trzecim dzieckiem będzie podobnie.

Zmieniona perspektywa wygląda tak, że gdybym miał brać ślub jeszcze raz (acz z tą samą kobietą), odłożyłbym podobną sumkę pieniężną i wynajął podobną salkę restauracyjną, zapraszając na obiad po ślubie podobną liczbę osób. Dziś nie kłóciłbym się z nikim o alkohol – alkoholu nie ma na chrzcinach, nie byłoby go też na obiedzie poślubnym. Nie wchodziłbym w wirtualne konflikty rodzinne, ponieważ zaprosiłbym tylko te osoby, z którymi naprawdę pragnąłbym się cieszyć naszym szczęściem. Gdyby zaś ktoś próbował dziś naciskać na mnie, bym wysłał zaproszenie do kogoś, kto „oczywiście, że będzie”, nie wysłałbym go. Mógłbym się jedynie przychylić do prośby o możliwość zaproszenia.

Zmiana perspektywy ogarnęła całą rodzinę. To nie jest nic dziwnego – ja byłem pierwszy. Ja przetarłem szlaki, bo pierwszy brałem ślub. Ja wszedłem w konflikt z najróżniejszymi osobami, by później kolejne osoby idące za mną nie musiały już zapraszać nikogo, kogo w praktyce prawie nie znały. I nawet jeśli ktoś z bliskich mi osób będzie chciał urządzić sobie przyjęcie weselne, na które zaprosi wszystkich, bo tak wypada – to jest tylko i wyłącznie jego wola. Będzie miał bowiem zdecydowanie łatwiej przeforsować swoje zdanie. Bredzę? Nieprawda. Mam przykład, że to się sprawdza. Drugi w kolejce do ślubu już o wiele więcej „może”, a o wiele mniej „musi”.

Podsumowanie

Nie biorę ślubu ponownie, choć myślę o jakimś uroczystym odnowieniu przyrzeczeń w perspektywie kolejnych pięciu lat. Jestem pięć lat po ślubie i jestem szczęśliwy. Nie wszystko wtedy poszło tak, jak sobie wymarzyliśmy, ale mogło być zdecydowanie gorzej. Część gości do dziś ma do mnie żal o to, co się wydarzyło – ale dziś wiem, że rozwiązałbym to inaczej. Nie rozwiążę, bo jestem pięć lat po ślubie. Jedyne, co mogę zrobić, to powiedzieć innym rodzicom organizującym wesele swoim dzieciom, w jakim świetle najlepiej to widzieć.

Po pierwsze więc nie wesele jest najważniejsze, lecz ślub – a od ślubu wszystko wychodzi i wokół niego się skupia. Wesele, jeśli jest, jest wyrazem radości z przyjęcia sakramentu małżeństwa. Po drugie zatem najważniejsi są nowożeńcy. Nie my, nie goście, lecz państwo młodzi właśnie. Oni zapraszają gości na ślub i na przyjęcie, by wspólnie cieszyć się radością sakramentalną. Wesele nie jest po to by dziękować gościom za prezenty, za przybycie. Ono jest po to, by goście mieli udział w radości państwa młodych. Jeśli goście przywieźli prezenty, to z miłości do państwa młodych, a nie z chęci popicia i potańczenia. Jeśli ich podejście jest inne – nie musimy się przecież takimi gośćmi przejmować. Przecież i dla nasz, rodziców, szczęście naszych dzieci ślub biorących jest stokroć ważniejsze, niż dobre samopoczucie gości.

Po trzecie wreszcie, skoro ślub jest centrum, a państwo młodzi są najważniejsi, to właśnie oni decydują o tym, kogo zaproszą, czy i jakie przyjęcie zorganizują, do której i na ile osób, czy będzie jedzenie, muzyka albo alkohol. My, rodzice, jeśli pragniemy dołożyć się do tego finansowo, traktujmy to jako prezent, jako udział w radości państwa młodych, a nie jako bilet to decydowania o kształcie imprezy.

Mam zaiste nadzieję, że choć część z Was zrozumie tę różnicę, tę zmianę perspektywy. I że ja za tych 20 lat będę myślał wciąż tak samo.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 17 Komentarzy

Ubić, spożyć, ochrzcić krowę

Trzy słowa, trzy sposoby, w jakie można i się chce traktować zwierzęta. Trzy różne kontrowersje – to takie popularne w dzisiejszym świecie. Trzy systemy wartości, trzy sposoby rozumienia. Czy jest na nie wszystkie jedna odpowiedź? Da się znaleźć jedną prawdziwą drogę traktowania zwierząt?

9f4b499b480457ae70c20dc2c61a9ee6Pierwsza kontrowersja zrodziła się a’propos niedawnego wprowadzania ustawy o zakazie uboju rytualnego. Sprawa dotyczyła religijnych mniejszości żydowskich i muzułmańskich, oraz ich sposobu sprawowania kultu. Ustawa przeszła, część osób wręcz odrzuciła dyscyplinę partyjną, by bronić godnego traktowania zwierząt. Państwo, którego rządzący przedstawiciele mienią się ostoją tolerancji religijnej i walczą o równościowe traktowanie przedstawicieli różnych religii, zakazało de facto sprawowania kultu członkom tychże grup wyznaniowych na terenie naszego kraju. Czym była spowodowana ta sytuacja? Przede wszystkim – moim zdaniem – negatywnymi uczuciami towarzyszącymi ludziom w momencie, gdy słyszą słowa „ubój rytualny”. „Ubój rytualny” brzmi jak rozrywanie kurczaków przez satanistów albo wrzucanie niemowląt do wulkanów w kulturze Majów czy Babilonu. Tymczasem „ubój rytualny” znaczy tyle samo, co „składanie ofiar”, które – jak wiemy – towarzyszyło starożytnym Izraelitom i towarzyszy Żydom do dziś. Ubój rytualny – jak twierdzą gminy żydowskie – nie polega na kultycznym znęcaniu się nad zwierzętami, na sprawianiu im bólu celem oddania czci bóstwu. Miałby to być jeden z najszybszych sposobów zadawania śmierci zwierzęciu – podcina się mu tętnice szyjne, by krew odpłynęła z mózgu, powodując szybką śmierć. Czy to brzmi masakrycznie? Dla tych, którzy opowiadają się przeciwko zabijaniu zwierząt bez ogłuszania ich – na pewno. Zastanówmy się tylko nad tym, skąd pomysł, że zwierzę przed zabiciem go i przerobieniem na mięso trzeba pozbawić przytomności? Przez wieki zwierzęta się zabijało, polowało się na nie w lasach, gotowało się lub piekło i nikomu (prawie) to nie przeszkadzało. Nagle okazuje się, że zwierzęta trzeba zabijać w humanitarnych (a więc ludzkich, a więc niezwierzęcych) warunkach. Odbiera się więc Żydom możliwość sprawowania kultu w kraju, który przyjmuje ich podobno z otwartymi ramionami, przy czym kult ten dotychczas był w zupełności legalny (nie było nawet, zdaje się, ustawy, która by to kontrolowała), a podobno całkiem niezłą sumkę zarabialiśmy na eksporcie mięsa pochodzącego z uboju rytualnego.

1064.0Druga kontrowersja pojawiła się podczas lektury tygodnika „Do Rzeczy”. Jak pisałem w poprzedniej notce, jestem stałym czytelnikiem „wSieci”, „Do Rzeczy” zaś kupiłem z ciekawości dwukrotnie. Drugi numer spośród posiadanych przeze mnie (Nr 13-14/013-014 22 kwietnia-5 maja 2013) reklamował się okładką z pojedynkującymi się Tomaszem Terlikowskim i Szymonem Hołownią. W środku rozmowa obu panów pokazała różnice, ale i spójność ich poglądów. Problem pojawił się na końcu rozmowy, gdy Terlikowski zapytał Hołownię: „A ty jesz mięso?”. Hołownia odpowiada: „Niestety, wciąż tak. Niewiele, ale jednak. Od dłuższego czasu robię wszystko, by z niego zrezygnować”. „Dlaczego?” – dopytuje Terlikowski. „Bo nie chcę być hipokrytą, który najpierw cieszy się widokiem cielaczka czy krówki, a potem akceptuje to, jak okrutnie tego samego cielaczka pozbawia się życia. I dlatego staram się rezygnować z mięsa”. Później dowiadujemy się, że Hołownia z mięsa spożywa wyłącznie drób, ale i z tego stara się zrezygnować. I stajemy przed pytaniem: czy to jest rzeczywiście dobre rozwiązanie? Katolik, który wydaje się mocno trwać przy swojej wierze, bronić Boga i Kościoła w mediach (patrz: konflikt z ks. Lemańskim), stwierdza że z szacunku do zwierząt nie będzie ich jadł? Chyba nie ma dogmatu, że katolik nie może być wegetarianinem, ale czy przesłanki, którymi kieruje się Szymon Hołownia są rzeczywiście słuszne?

odszedl_z_kosciola_zeby_zbawiac_640x0_rozmiar-niestandardowyTrzecia kontrowersja wreszcie jest już związana z moim blogiem. Kiedy cztery lata temu zdechł mój pies napisałem notkę wyrażającą nieśmiałą nadzieję związaną ze zbawieniem zwierząt („Wszystkie psy idą do nieba”). Nie spodziewałem się wówczas kariery, jaka notkę po latach czeka. W pewnym momencie notka stała się jedną z najpopularniejszych i najbardziej regularnie komentowanych na całym blogu. Niespodziewanie mój blog stał się ostoją i grupą wsparcia dla licznych osób opłakujących swe zmarłe zwierzęta i miejscem wyrażania nadziei na spotkanie ich w niebie. Komentarze trafiały i trafiają się różne – od mądrych i poważnych, przez emocjonalne, aż po dziwaczne i dość nielogiczne. Wreszcie zjawił się komentarz Darii Sz, który wstrząsnął mną najmocniej. Daria pisze w nim: „Czy słyszeliście o Tomaszu Jaeschke? Oczywiście, że Zwierzęta idą do Nieba. Są one bez grzechu, bliżej Boga, nie mogą czynić zła. A co człowiek takiego robi, że niby ma prawo iść do Raju? Zabija zwierzęta, swoje dzieci? I to ma być obraz i podobieństwo Boga? Nie. To Zwierzę jest obrazem Twórcy. Wierzę, a raczej jestem tego pewna, że wszystkie moje pożegnane Zwierzęta – i te w domu, i te bezdomne – po śmierci będą czekać na mnie w Niebie i wybiegną mi na powitanie. Wtedy będziemy już na zawsze razem. O ile ja trafię do Nieba – ale mam nadzieję, że moje Zwierzęta poproszą o to Boga… A jeszcze tak na marginesie: ZWIERZĘTA UMIERAJĄ, a nie zdychają – bo to robią źli ludzie. Jeśli ktoś kogoś kocha, to nigdy nie powie, że zdechł. Taki człowiek nie zasługuje na Niebo. Moje kochane pożegnane Zwierzęta, kiedyś się spotkamy!” Szczerze powiem, nigdy wcześniej nie słyszałem o Tomaszu Jaeschke, ale po tym wpisie natychmiast postanowiłem sprawdzić, o kogo chodzi. Otóż Tomasz Jaeschke to były polski ksiądz, który w pewnym momencie odszedł od swego powołania, by ewangelizować, chrzcić i przygotowywać zwierzęta do zbawienia. Mieni się on pierwszym animalpastorem na świecie. Aktualnie przebywa w Austrii. Komentarz pani Darii to jednak nie tylko przywołanie Tomasza Jaeschke, ale i seria twierdzeń niezwykle pewnych, a jednak naiwnych. Oto zwierzęta są bez grzechu, więc zasługują na zbawienie, są bliżej Boga; są dziećmi człowieka, który je zabija, przez co nie zasługuje na zbawienie; zwierzęta mogą się wstawiać za swoim właścicielem u Boga; zwierzęta nie zdychają, lecz umierają, a człowiek, który używa słowa „zdychają” nie zasługuje na niebo (jestem wśród nich, gdyż napisałem „Zdechł mi pies”). Jeśli myśli się w ten sposób, nie dziwota, że jest się zwolennikiem kogoś, kto nawraca i chrzci psy.

Mamy więc trzy kontrowersje: oburzenie wokół rytualnego, kultycznego zabijania zwierząt, wokół jedzenia ich w ogóle, jak również propozycję postawienia ich na wyższej niż człowiek pozycji przed Bogiem. Jak jednak jest naprawdę? Co przekazuje nam Pismo Święte odnośnie zabijania, jedzenia i zbawienia zwierząt? Czego zatem jako katolicy, jako osoby wierzące, powinniśmy się trzymać?

wizjaPo pierwsze w opowiadaniu o Raju, gdzie Bóg stwarza człowieka i daje mu władzę nad światem – a które to opowiadanie jest niewątpliwym preludium całej teologii zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu – Bóg daje też człowiekowi zadanie nadania imion zwierzętom: „Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki podniebne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jak on je nazwie. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę „istota żywa”. I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom podniebnym i wszelkiemu zwierzęciu dzikiemu, ale nie znalazła się pomoc odpowiednia dla mężczyzny” (Rdz 2,19-20). Nadanie imion, nazw w starożytności oznaczało zdobycie zwierzchności, władzy nad tym, czemu imię się nadawało. Bóg, który zna nas po imieniu, ma nad nami władzę. Człowiek zaś nie tylko zna zwierzęta po imieniu, lecz sam im te imiona nadał – a więc ma nad nimi władzę. Stąd też późniejsza możliwość spożywania mięsa zwierzęcego. Pierwszy do tego nakaz, dany ludziom od Boga jeszcze w Raju, brzmiał: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad ptactwem podniebnym, nad rybami morskimi i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1,28). A więc z rozkazu Boga człowiek ma nad zwierzętami panować. Ten nakaz jest o tyle istotny, że jest on umieszczony w ustach Boga nie w czasie tworzenia się Prawa Izraelitów, lecz o wiele wcześniej – w czasach Raju, a więc w okresie nieustającej szczęśliwości. Szczęście widziane oczami natchnionych autorów polegało na płodności, rozmnażaniu się i panowaniu nad danym nam od Boga światem. Jest to rzecz, której sam Jezus nigdy nie zanegował – wręcz wzmocnił ją w swoim nauczaniu!

Ale po kolei. Kiedy człowiek odszedł z Raju za grzech, dostał możliwość spożywania zwierząt i nakaz składania ofiar. Nie wolno mu było jednak spożywać mięsa wszelkich zwierząt: „Nieczyste jest dla was każde zwierzę, które ma rozdzielone kopyta, ale nie ma racic i nie przeżuwa; kto się go dotknie, będzie nieczysty. Wszystkie zwierzęta czworonożne, które stąpają na gołych łapach, są dla was nieczyste; kto by dotknął ich padliny, będzie nieczysty do wieczora. A kto by ją niósł, będzie musiał wyprać swoje szaty i będzie nieczysty do wieczora. Spośród płazów pełzających po ziemi będą dla was nieczyste: kret, mysz i wszystkie gatunki jaszczurek, gekon, żółw, salamandra, ślimak i kameleon” (Kpł 11,26-30). Te zwierzęta więc, z nieznanych mi bliżej przyczyn, były przez Izraelitów (w przekazie natchnionym przez Boga) uznane za nieczyste i zakazano ich spożywania. Sytuacja jednak odmieniła się w momencie, gdy przyszedł na Ziemię sam Jezus. I nie było tak, że Jezus stwierdził, jakoby wszystkie zwierzęta były naszymi mniejszymi braćmi, nie wypada więc ich zabijać i jeść. Zrobił odwrotnie: ukazał, że nieczystość nie pochodzi z tego, co się je, lecz z wnętrza człowieka: „I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka, i zostaje wydalone na zewnątrz. Tak uznał wszystkie potrawy za czyste. I mówił dalej: Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym” (Mk 7,18-23). To jednak jeszcze nie wszystko. Mamy bowiem w Biblii również przekaz, w którym Jezus daje osobisty wyraźny nakaz, by zabijać i jeść. Jest to przekaz pochodzący od Piotra, któremu Jezus zmartwychwstały objawił się w wizji: „wszedł Piotr na dach, aby się pomodlić. Była mniej więcej szósta godzina. Poczuł głód i chciał [coś] zjeść. Kiedy przygotowywano mu posiłek, wpadł w zachwycenie: Widzi niebo otwarte i jakiś spuszczający się przedmiot, podobny do wielkiego płótna czterema końcami opadającego ku ziemi. Były w nim wszelkie zwierzęta czworonożne, płazy naziemne i ptaki podniebne. Zabijaj, Piotrze, i jedz! – odezwał się do niego głos. O nie, Panie! Bo nigdy nie jadłem nic skażonego i nieczystego – odpowiedział Piotr. A głos znowu po raz drugi do niego: Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił. Powtórzyło się to trzy razy i natychmiast wzięty został ten przedmiot do nieba” (Dz 10,9-16).

Wynika więc z tego oczywista rzecz: My, katolicy, wierzymy, że Bóg dał nam władzę nad światem i nad zwierzętami. To my mamy decydować o tym, do czego i w jaki sposób zwierzęta te wykorzystamy. Co więcej, mimo wcześniejszego żydowskiego zakazu spożywania mięsa niektórych zwierząt sam Jezus nakazał ludziom zabijać i jeść wszystkie zwierzęta, nie ma już bowiem zwierząt nieczystych. Co ze sposobem traktowania zwierząt? Z Biblii nijak nie wynika, że należy je traktować w sposób humanitarny (a więc ludzki). Co oczywiście nie oznacza, że ktokolwiek nakazuje nam czy pozwala znęcać się nad zwierzętami, zadawać im niepotrzebny ból, itp. Musimy jednak zwrócić uwagę na fakt, że zwierzęta, które mamy zjeść, często będą czuły ból w momencie zadawania im śmierci – albo w momencie uprzedniego ogłuszania ich. Naprawdę nie widzę sensu w zakazywaniu uboju rytualnego, bo pociąga za sobą cierpienie zwierząt. Równie dobrze należałoby zakazać ucinania głów kurczakom przez gospodynie na wsi, albo szlachtowania prosiaków przez indywidualnych gospodarzy. To my jesteśmy panami zwierząt i musimy pogodzić się z tym, że czasem zdarzy nam się sprawić któremuś ból, zanim je zjemy. Oczywiście Jezus swoją ofiarą doskonałą zniósł obowiązek składania ofiar ze zwierząt, więc cały proces uboju rytualnego pozbawiony jest większego sensu. Żydzi jednak tego nie wiedzą, chyba nie są w stanie tego zrozumieć, a kraj, który mieni się respektującym prawa mniejszości religijnych powinien respektować prawo tych mniejszości do uskuteczniania kultu. Co się zaś tyczy Szymona Hołowni – jego postanowienie o niespożywaniu mięsa wydaje się pozbawione sensu z perspektywy nauki wiary, do której przynależy. Bez względu na to, jak ludzie traktują zwierzęta (a jak właściwie je traktują?) chrześcijanie dostali wyraźny rozkaz od samego Jezusa, by nie krępować się, lecz zabijać i jeść wszelkie zwierzę. Nie ma nic okropnego w jedzeniu psów (na Tajwanie), koni (we Włoszech), ślimaków (we Francji) czy świnek i kaczek (w Polsce) w świetle nauki katolickiej. Przechodzenie na wegetarianizm z szacunku do zwierząt jest niezgodne ze słowami Zbawiciela.

A jak się to ma do trzeciej kwestii, do kwestii zbawienia zwierząt? Oczywiście działania Tomasza Jaeschke i komentarz Darii Sz. wpisują się w ten sam sposób myślenia, który uprawiają posłowie zakazujący uboju rytualnego czy Szymon Hołownia rezygnujący z jedzenia mięsa, tylko idą o kilka kroków dalej. Zgodnie z nauką katolicką, powstałą rzecz jasna później niż Biblia, lecz na niej opartą, zwierzęta nie posiadają podobnej człowiekowi duszy rozumnej. Sprawę ich zbawienia można w tej perspektywie jednak rozumieć dwojako: albo giną całe w momencie śmierci, gdyż nie mają duszy, która może przeżyć po śmierci (tylko ludzka dusza byłaby tu nieśmiertelna i zdolna do zbawienia), albo, skoro nie grzeszą, są zbawione „z automatu”, idą do Nieba i dołączają do całości stworzenia, które kiedyś spotka się w Bogu. Którakolwiek z opcji byłaby prawdziwa, żadna nie pociąga za sobą konieczności jakiejkolwiek ewangelizacji zwierząt, jakiegokolwiek udzielania im chrztu. Zwierzęta nie grzeszą, nie mają też grzechu pierworodnego i jeśli Bóg chce je przygarniać do siebie, robi to bez sakramentów. Człowiekowi potrzebna jest Ewangelia i sakramenty, bo to człowiek podjął decyzję o odejściu od Boga i potrzebuje odnaleźć drogę powrotną. Jeśli mamy nadzieję, że spotkamy nasze zwierzęta w Niebie, wiedzmy, że nie potrzebują one do tego żadnych animalpastorów.

Podsumowując: człowiek ma władzę nad zwierzętami, czyni je sobie poddanymi; człowiek ma prawo jeść każde zwierzę, bez względu na jego czystość/nieczystość i kulturalne naleciałości; człowiek ma prawo wierzyć w to, że zwierzę, jako część Bożego stworzenia, znajdzie swoje końcowe miejsce w Bogu właśnie, nie ma jednak twardych podstaw tej wiary, może mieć jedynie nadzieję. Nadzieja to mało, ale i bardzo wiele.

I ja, summa summarum, przykładam swą rękę do tej nadziei, kierując się w dalszym ciągu słowami Izajasza: “I wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej. Upodoba sobie w bojaźni Pańskiej. Nie będzie sądził z pozorów ni wyrokował według pogłosek; raczej rozsądzi biednych sprawiedliwie i pokornym w kraju wyda słuszny wyrok. Rózgą swoich ust uderzy gwałtownika, tchnieniem swoich warg uśmierci bezbożnego. Sprawiedliwość będzie mu pasem na biodrach, a wierność przepasaniem lędźwi. Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze” (Iz 11, 1-9).

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 14 Komentarzy

Nagonka na Supernianię

Jestem stałym czytelnikiem tygodnika „wSieci” (dawniej „Sieci”, jeszcze dawniej „W Sieci”), kupuję i wertuję każdy numer, często zatrzymując się na co ciekawszych artykułach – a wiele z nich naprawdę mnie fascynuje. Nie jest jednak prawdą, jakobym pochwalał wszystko, co „wSieci” się wychwala i jakobym ganił wszystko, co „wSieci” się gani. Bardzo oburzył mnie np. artykuł broniący nagiej p. Agnieszki Radwańskiej (o której można przeczytać u mnie, kilka wpisów wcześniej) przed katolickimi restrykcjami, jak również odpowiedź na list pewnego księdza, który mimo uwielbienia do tenisa nie zgodził się z obroną Radwańskiej. Odpowiedź wydawała się ignorować argumenty kapłana, a na końcu można było przeczytać, że „Pani Agnieszka jest wspaniałą osobą i jeszcze wszystkim to pokaże” (cytat niedosłowny, przytaczany z pamięci). Zastanowiłem się wtedy, że jeśli „wSieci” mieni się pismem niezależnym, to czemu nie uniezależni się od uwielbienia dla Radwańskiej?

Bardzo ucieszyłem się, gdy na okładce jednego z numerów „Sieci” zobaczyłem nagłówek „Superniania rozmieniła się na drobne”. Podzielałem to zdanie, nadal je podzielam, ponieważ znam program „Superniania” i znam również Dorotę Zawadzką z Facebooka i muszę stwierdzić, że widzę różnicę. Tytuł artykułu Doroty Łosiewicz „Jak Dorota Zawadzka roztrwoniła autorytet Superniani” („Sieci”, 26 [30] 2013, 1-7 lipca 2013) trafił idealnie w moje intuicje. Niestety tylko tytuł – podczas lektury artykułu i argumentów wytaczanych przez panią Łosiewicz miałem ochotę walić głową w biurko. Podobnie poczułem się, kiedy otworzyłem najnowszy numer tygodnika („wSieci” 34 [38] 2013, 26 VIII-1 IX 2013). Trafiłem w nim na artykuł p. Anny Golus pt. „Gołe i niewesołe”. Tym razem nie musiałem czytać, by się załamać…

Panią Annę Golus znam dzięki temu, że zarówno ja, jak i ona zajmowaliśmy się kilka lat temu w internecie kwestią bicia dzieci. Ona, która weszła w sprawę głębiej i prowadziła badania, była da mnie swego rodzaju autorytetem, ja trochę coś tam pisałem, narażając się wręcz na oskarżenia o poprawność polityczną. Przy czym ja naprawdę uważam, że dzieci nie należy bić. Tak więc wówczas stanowiliśmy dla siebie wzajemnie pewnego rodzaju wsparcie, co dodatkowo ułatwiało to, że okazało się, iż pochodzimy z jednego miasta i mamy wspólnych, dość bliskich znajomych. Ja wraz z Żoną udzieliliśmy pani Golus wywiadu do artykułu, który pisała dla „Tygodnika Powszechnego”, o niebiciu dzieci właśnie (ukazał się rok temu, w lipcu). Niedługo potem wsparłem akcję p. Golus pt. „Kocham – nie daję klapsów” (link z prawej strony). Piszę to wszystko, by zarysować tło, by ukazać, że nie wypowiadam się jako człowiek z zewnątrz, jako zupełnie niezależny obserwator, lecz jako daleki znajomy, a także w niewielkim stopniu – pomagier. To zupełnie inna perspektywa.

Bardzo mocno popieram akcję dotyczącą odradzania bicia dzieci i walkę z „książkami, które biją”, prowadzone przez p. Golus. Muszę to bardzo mocno podkreślić po raz kolejny – aby nie pomyślano o mnie, że przyszedłem tu wyłącznie krytykować. Co więcej – kiedy zobaczyłem, że p. Golus wypowiada się czasem u p. Doroty Zawadzkiej na profilu Facebookowym i krytykuje jakieś jej słowa, również popierałem. Tak, ja też uważam, że Dorota Zawadzka zaprzepaściła poniekąd to, co zyskała występując jako Superniania. Mnie też denerwowały niektóre nowsze, bardziej prywatne wypowiedzi p. Zawadzkiej i cieszyłem się, że ktoś, kogo znam i kogo wspieram staje w szranki z kimś, kto zasługuje na pewną krytykę. Bardzo spodobało mi się, gdy p. Zawadzka napisała o szkodliwości jedzenia grzybów przez dzieci, na co p. Golus zareagowała tworząc stronę internetową i argumentując tam w drugą stronę. Pewnego razu jednak zauważyłem, że komentarz jednej z pań jest odpierany przez komentarz drugiej w coraz mniej wybredny, a bardziej zaciekły sposób. Stwierdziłem nawet w jednym z własnych komentarzy coś w rodzaju: „Jedna celebrytka i druga, która próbuje być celebrytką nie mogą się dogadać, która jest fajniejsza”. Nie pamiętam, czy tak to dokładnie brzmiało, ale pamiętam, że takie były moje odczucia. Widziałem dwie kokoszki naparzające się na podwórku. Nie wiedziałem, że akcja poszła dalej…

Słyszałem o przykrej sytuacji z artykułem we „Wprost” dotyczącym Doroty Zawadzkiej jako „pornoniani”. Nie wiedziałem wtedy skąd ta akcja, sprawdziłem dopiero po przeczytaniu artykułu p. Golus w najnowszym „wSieci”. Okazało się, że to p. Anna Golus pierwsza użyła słowa „pornoniania” na określenie Doroty Zawadzkiej w artykule w Tygodniku Powszechnym (tak twierdzi „Wprost”, ja znalazłem artykuł p. Golus na „wSumie.pl”, portal podchodzący pod „wSieci”). Potem Wprost poszedł za ciosem i postanowił pociągnąć temat. Teraz właściwie wszyscy temat ciągną, a prowodyrką jest p. Golus. „Pornoniania” ma oznaczać osobę odpowiedzialną za publikowanie miejsc intymnych dzieci występujących w programie „Superniania”. Hasło jest chwytliwe, ale ze wszech miar kłamliwe i śmieszne (choć tragiczne w skutkach). Oskarża się (poprzez dorabianie gęby czy wymyślanie przezwisk) kogoś o propagowanie pornografii dziecięcej, podczas gdy pornografia dziecięca z definicji jest ukazywaniem perwersyjnych, rozpustnych zachowań seksualnych z udziałem nieletnich. W programie „Superniania” pokazanych jest kilkoro dzieci nago, najczęściej z zakrytymi obszarami intymnymi, w sytuacjach takich jak kąpiel. Są to naturalne sytuacje, w których znajdować się mogą małe dzieci – nie sytuacje pornograficzne. Dorabianie komukolwiek podobnych pseudonimów dlatego, że są chwytliwe, uważam za nieetyczne.

Nawet jeżeli program „Superniania” ukazał narządy intymne dzieci, a osoby odpowiedzialne za edycję programu zapomniały je zakryć, nie można mieć o to pretensji do Doroty Zawadzkiej. Dorota Zawadzka jest psychologiem – zgoda – ale rolę Superniani mogła zagrać pani pedagog, dobra nauczycielka, a nawet doświadczona opiekunka. Dorota Zawadzka, jakakolwiek by nie była i jakiekolwiek nie byłyby jej poglądy, była tylko aktorką grającą rolę niani w programie produkowanym przez TVN. Z tytułu bycia aktorką nie może ponosić żadnej odpowiedzialności za to, że montażyści nie zakryli komuś narządów intymnych. Z tytułu bycia aktorką nie może też ponosić odpowiedzialności za kłopoty psychiczne dzieci i ich rodzin, wywołane przez program, jakie media zdają się zauważać (podobno – w co nie wątpię – wiadomo o nich z bezpośrednich rozmów z rodzinami). Do odpowiedzialności można pociągnąć producenta, scenarzystę, reżysera programu, a także osoby odpowiedzialne za montaż. Pociąga się Dorotę Zawadzką, ponieważ jest twarzą serialu „Superniania” – ponieważ tylko ona była w tym programie widoczna. I właśnie ona jest krytykowana, i właśnie jej doprawia się ksywkę „pornoniani”.

Bardzo ważnym elementem, na który zwraca się uwagę w poruszanej kwestii, jest właśnie ukazywanie dzieci w sytuacjach intymnych. Nie będę skupiał się na całym artykule p. Anny Golus, spróbuję odnieść się do tego konkretnego aspektu. „Chłopiec (…) nadal jest dzieckiem, chodzi do szkoły, w każdej chwili na nagranie mogą trafić jego rówieśnicy. I go wyszydzić” – czytamy w artykule na temat jednego z dzieci ukazanych podczas kąpieli w programie „Superniania”. Dalej możemy przeczytać między innymi, że „Zamieszczone w Internecie zdjęcia intymne mogą stać się obiektem zainteresowania osób o skłonnościach pedofilskich”. Dowiadujemy się tego dzięki Łukaszowi Wojtasikowi, koordynatorowi programu „Dziecko w Sieci”. „Potwierdzają to m.in. raporty organizacji zajmujących się zwalczaniem przestępczości seksualnej wobec nieletnich” – przytacza słowa p. Wojtasika pani Golus. Kwestia ta bardzo mnie ciekawi – dlatego proszę o przytoczenie raportów rzeczonych organizacji. Mam w tej sprawie kilka pytań: 1. Ile procent dzieci, których zdjęcia (nagie lub w bieliźnie – zestawienie takie pojawia się w artykule) jest z tego powodu molestowanych przez pedofilów? 2. Ile procent z tych molestowanych dzieci jest molestowanych poprzez ataki internetowe, a ile w rzeczywistości? Nie okłamujmy się bowiem – jakkolwiek bolesne nie byłyby ataki w Internecie, są one nieporównywalnie słabsze niż te w rzeczywistym świecie. Odpowiedź padająca w tekście nie jest dosłowna (liczby nie pojawiają się), ale sam pan Wojtasik mówi: „Ryzyko takiej sytuacji wobec ogromu prywatnych zdjęć dzieci w sieci jest co prawda niewielkie, ale występuje i powinno działać na wyobraźnię rodziców”. Ryzyko jest niewielkie, ale powinno działać na wyobraźnię! Oto mamy to, o czym pisałem niedawno – nieustannie napędzające się koło terroru. Musimy idealnie dopasować fotelik do samochodu, bo inaczej nasze dziecko zginie. Musimy odpowiednio szybko wyłączyć telewizor, bo dziecko zgłupieje od nadmiaru bodźców. Musimy usunąć zdjęcia dzieci z internetu, bo zostaną zaatakowane przez pedofilów! Ryzyko jest niewielkie, ale wyobraźnia rodziców jest pobudzona. Szczepić czy nie szczepić? Zaszczepię to dostanie autyzmu. Nie zaszczepię to zejdzie na meningokoki… I tak w koło Macieju, nieustannie napędzające się koło terroru.

Chłopiec nadal jest dzieckiem i rówieśnicy w każdej chwili mogą trafić i go wyszydzić. Gdybu gdybu. Wszystko się może zdarzyć. Nakręcamy się, rozdmuchujemy akcję i poddajemy pomysły rówieśnikom. Zadajmy sobie pytanie, czy gdyby ktoś nie zaczął wytykać po wielu latach spornych kwestii programu „Superniania”, to czy rzeczywiście byłyby one sporne? Takie samo pytanie zadawałem sobie a’propos projekcji kontrowersyjnego filmu „Galerianki”. Nie widziałem go, ale „zadziałał na wyobraźnię”. Od tamtej pory chodząc po centrach handlowych zastanawiam się nad tym, czy któraś z tych panienek nie jest przypadkiem galerianką i nie daje ciała za paczkę chipsów. Sam niezainteresowany zastanawiam się, ilu mężczyzn mogło się zainteresować po obejrzeniu filmu lub usłyszeniu o sprawie. Ile młodych dziewczyn dowiedziało się o ciekawym sposobie zarabiania pieniędzy. Czy naprawdę warto rozdmuchiwać kwestię robiąc z czegoś tanią sensację, jeśli konsekwencje mogą być odwrotne do zakładanych? Powiem szczerze: po przeczytaniu artykułu p. Golus mam ogromną ochotę wyjąć z szafki wszystkie sezony Superniani i poszukać rzeczonego fragmentu – a do tej pory oglądałem je tylko w celu poznania metod wychowawczych!

Mamy więc już kolejne napędzanie koła strachu (znajoma blogerka słysząc od jednego z czytelników, by nie zamieszczała zdjęć dziecka na blogu, bo pedofilia się szerzy – doskonały przykład tego, jak to się rozprzestrzenia w społeczeństwie), mamy też odgrzewanie starego makaronu by pokazać całemu światu, że w „Superniani” pokazywano nagie dzieci. I mamy dorabianie gęby i pseudonimów przez osobę, która sama pisze: „przeżywam emocje – wszystkie, również te trudne – intensywnie, ale świadomie i dojrzale, nikogo nie krzywdząc”. Nazywanie kogoś pornonianią jest krzywdzące.

Moi czytelnicy pewnie trzymają się mocno za głowę. Przeczytali bowiem słowa: „mam ogromną ochotę wyjąć z szafki wszystkie sezony Superniani” i nie mogą uwierzyć w to do tej pory. Owszem, prawda jest taka, że mam wszystkie sezony „Superniani” na DVD. Na końcu artykułu p. Golus, po słowach prof. Przylipiaka na temat uzasadnionego pokazania nagiego chłopca ze skrętem w dokumencie „One Step Away” („bez tego filmu i tych ujęć historia dokumentalizmu byłaby uboższa”), padają zdania: „Bez »Superniani« nikt by nie zubożał. Dla TVN program ten był i nadal jest zaledwie kroplą w morzu zysków. Gdyby stacja zrezygnowała z deptania intymności dzieci w takich programach (…) na pewno by nie zbiedniała. A historia telewizji byłaby ciekawsza”. Absolutnie nie mogę zgodzić się z podobną tezą! Co więcej – uważam, że te słowa są nieprawdziwe! Nie chodzi mi oczywiście o zarobki TVN – te prawdopodobnie są i będą ogromne. Chodzi mi o ciekawszą historię telewizji. To niestety nieprawda.

Jak już napisałem, mam wszystkie sezony „Superniani” na DVD. Wraz z Żoną w okresie narzeczeństwa i na początku małżeństwa oglądaliśmy z przyjemnością każdy odcinek tego serialu, przygotowując się do wychowania dzieci. Wtedy Żona dopiero zaczynała studia pedagogiczne i nie znała wszystkich technik przytaczanych przez personalizm, behawioryzm czy inne szkoły pedagogiczne. Kiedy program ukazywał się na DVD nawzajem kupowaliśmy go sobie w prezencie. Dziś muszę powiedzieć, że program „Superniania” wniósł ogromny dorobek do polskiej telewizji. W formie reality show pokazał największe osiągnięcia i odkrycia pedagogiki behawioryzmu połączonej z teorią przywiązania, o której nauczał choćby Bowlby. Dzięki „Superniani” takie techniki, jak time-out (znany z programu jako „karny jeżyk”) czy tablice nagród, do których przypina się punkty za osiągnięcia, dotarły do szerokiej publiczności, dotarły pod dachy wielu zdesperowanych rodziców, którzy nie wiedzieli, jak sobie poradzić ze swoimi dziećmi. I my, wychowując naszego Synka na początku, kiedy studia pedagogiczne były jeszcze w powijakach, korzystaliśmy obficie i z powodzeniem z technik prezentowanych w „Superniani”. Pierwsze ciosy wymierzone matce przez dziecko, po pozbawionym skutku zwróceniu uwagi (ponowne uderzenie) zostały ugaszone dzięki „karnemu krzesełku” (time-out). Tablica nagród (w postaci klocków Duplo) pomogła nam w nauce nocnika z rewelacyjnym skutkiem. Do tego metody pokazywane w „Superniani”, dotyczące odbutelkowania i samodzielnego zasypiania także doskonale się sprawdziły. My dziś wiemy, że Dorota Zawadzka nie jest autorką żadnej z tych metod. Jako dobry psycholog prawdopodobnie znała je wcześniej, jako aktorka grająca Supernianię postępowała zaś zgodnie ze scenariuszem, który sprawdził się już w innych krajach. Setki rodziców szukających pomocy przy wychowaniu swoich pociech wcale nie muszą tego jednak wiedzieć. Nie ma to znaczenia, jeśli Superniania podpowie im co zrobić, żeby nie kierować się emocjami, żeby nie bić dziecka, żeby nauczyć go różnych rzeczy. Dlatego jestem przekonany, że „Superniania” jako pierwszy w Polsce program ukazujący rodzicom łatwe i bezbolesne techniki pomagające w wychowaniu dzieci jest programem mającym ogromny wpływ na podejście mnóstwa Polskich rodzin do swoich dzieci. Ma ogromny wpływ na ich ubogacenie.

Oczywiście nie będę nikogo oszukiwał, mówiąc, że jestem przeciwko behawiorystycznym metodom wychowania. Owszem, jeśli chodzi o szkoły pedagogiczne czy psychologiczne, prym wiedzie u mnie personalizm (podejście do każdego człowieka z miłością, jak do drugiej osoby). Jednak techniki behawiorystyczne znakomicie się sprawdzają w praktyce i uczą wyciągania konsekwencji bez wymierzania kar cielesnych. Nie dziwi mnie, że w opozycji do Superniani stoi tzw. wychowanie bliskości, do którego ostatnio sama Dorota Zawadzka ma duże ciągoty (kombinując na przykład przy karnym jeżu, jakoby wcale nie miał być karny). Wychowanie bliskości zakłada bowiem brak kar, brak konsekwencji, a jedynie dużą dawkę nieoceniającej uwagi. Nie będę się teraz rozpisywał na temat samego wychowania bliskości, którego nie jestem zwolennikiem. Wspomnę tylko, że znam kilka rodzin czytujących „Dzikie dzieci” – portal poświęcony rodzicielstwu bliskości właśnie. Jedna z nich ma jedno dziecko, z którym nie może sobie dać rady, ponieważ „jest bardzo trudne”. Rodzinie tej poleciłem właśnie „Supernianię”, widząc w jaki sposób podchodzi ona do swojego dziecka. Dostałem odmowę i w zamian polecono mi „Dzikie dzieci”, które już wcześniej znałem i które wyglądały mi właśnie na dobre źródło wykwitu tego rodzaju zachowań dzieci. Ale to tylko przykład. Osobiście stawiam Supernianię (nie Dorotę Zawadzką) za wzór, „Dzikie dzieci” zaś za antywzór. Każdy może mieć oczywiście swoje zdanie – ale nie musi przez to szukać sposobu na naubliżanie aktorce w Superniani grającej.

Na koniec chciałbym jeszcze odnieść się do dyskusji dwóch pań na temat domniemanej próby wybicia się p. Anny Golus na trampolinie, jaką jest p. Dorota Zawadzka. Pani Zawadzka mówi, że owszem, pani Golus mówi, że nie. Jak ja – z zewnątrz – to widzę? Pani Golus zaczynała od pisania przeciwko biciu dzieci. Artykuły były nieliczne, kontrowersja się pojawiała, ale nie była zbyt mocna. W tym samym czasie na ten sam temat wypowiadała się pani Zawadzka. Oraz ja – ale ja nie pisałem nikomu nigdzie artykułów. Obie panie – zarówno p. Golus, jak i p. Zawadzka w sporze z książkami propagującymi bicie szły głowa w głowę. Potem coś się zmieniło. Nie znam prawdziwych przyczyn (media donoszą, że p. Golus zdenerwowała się, że p. Zawadzka wspiera rządowy projekt wysyłania sześciolatków do szkół; nie dziwię się, też się zdenerwowałem), jednak pewnego dnia p. Golus zaczęła wyszukiwać haki na Zawadzką i publikować je w mediach. Sprawa się rozkręciła, temat się rozwinął i teraz nazwisko Anny Golus staje się nazwiskiem znanym. Ciekawi mnie pisanie najpierw dla Tygodnika Powszechnego, który jest lewicowym pismem udającym katolickie, a potem dla „wSieci”, które w tym numerze, w którym pojawia się artykuł p. Golus, krytykuje Tygodnik Powszechny, ks. Bonieckiego (twarz Tygodnika) umieszczając na okładce jako adwokata diabła. Oczywiście można pisać do wszystkich, bez względu na to, czy pisma się zwalczają, jeśli ma się jakąś poważną sprawę. Tą poważną sprawą byłby, moim zdaniem, sprzeciw wobec powszechnego przyzwolenia na bicie dzieci. Kiepskim powodem jest jednak nagonka na Dorotę Zawadzką. Czy p. Zawadzka stała się trampoliną p. Golus do kariery? Ja mam swoje zdanie. Wy sami oceńcie.

Napisawszy to nadal jestem przeciwko biciu dzieci. Nadal uważam akcję p. Anny Golus za niezwykle ważną i godną wsparcia, i nadal ją wspieram. Nadal uważam, że p. Dorota Zawadzka zaprzepaściła autorytet, który wyrobiła sobie dzięki graniu Superniani (i nadal uważam, że p. Łosiewicz użyła fatalnych argumentów na udokumentowanie tego, ale o tym już nie dzisiaj). Nadal (osobiście) lubię p. Annę Golus i nadal (osobiście) nie jestem fanem p. Doroty Zawadzkiej. Mam jednak odmienne zdanie na różne tematy i nie trzeba się ze mną zgadzać.

Niniejszym próbuję wykorzystać konflikt p. Anny Golus z p. Dorotą Zawadzką jako trampolinę do kariery. I tak nic z tego nie wyjdzie…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 27 Komentarzy