Jak zorganizować dziecku wesele?

Choć wakacje się już skończyły, czas ślubom sprzyjający trwa. Ludzie czytający blogi szukają odpowiedzi na pytanie jak zorganizować wesele. Niektórzy, bardziej samodzielni, rozglądają się za własnymi rozwiązaniami, za tych mniej samodzielnych decydują rodzice. Powrót do tematyki ślubu i wesela związany jest u mnie również z niedawnymi komentarzami zachęcającymi do polemiki, a napisanymi w związku z moimi perypetiami przedślubnymi. Myślę, że kilka rzeczy warto wyjaśnić.

Ślub wziąłem i udzieliłem mojej Żonie dokładnie 5 lat temu. Perspektywa to niezbyt długa, ale wystarczająca, by dojść do pewnych wniosków, zrozumieć co było dobrze, co było nie tak i co bym zrobił, gdybym miał organizować wszystko jeszcze raz. Do osobistego doświadczenia dochodzi jeszcze fakt, że dwóch moich najbliższych przyjaciół brało ślub w ciągu ubiegłego miesiąca i u każdego z nich kwestia poślubnego przyjęcia wyglądała inaczej, w obu przypadkach raczej niekonwencjonalnie.

Postaram się odpowiedzieć dziś rodzicom dorosłych już dzieci, które postanowiły opuścić gniazdo i pójść swoją drogą, na pytania o organizację wesela. Mam nadzieję, że moje przemyślenia pomogą Państwu w podejmowaniu dobrych decyzji.

Kto jest najważniejszy w dniu ślubu?

Pierwsze i podstawowe pytanie, które właściwie cały problem wesela wstawia na właściwe tory. W dniu ślubu najważniejsi są oczywiście państwo młodzi, a więc narzeczeni, a później małżonkowie. To jest ich dzień, być może najważniejszy w ich życiu i oni mają prawo do tego, by ten dzień był udany. Może to dziwnie brzmieć, ale prawda jest taka, że państwo młodzi, którzy danego dnia biorą ślub, mają prawo do tego, by wszystko szło po ich myśli. By mogli dobrze, radośnie przeżyć wstąpienie w związek małżeński.

Są oczywiście tendencje do stwierdzenia, że najważniejsi, zwłaszcza na weselu, są goście. Jeden z komentatorów mojej dawnej notki, od niedawna również małżonek i piszący z własnej perspektywy, stwierdził, że wesele jest po to, by podziękować gościom za przybycie. Nie zgadzam się z nim, co później postaram się wytłumaczyć, ale jednocześnie sądzę, że ma rację. Na weselu bowiem dla niego najważniejsi są goście. A ponieważ to właśnie on jest panem młodym – ma prawo decydować kto jest na jego ślubie, na jego weselu najważniejszy. Ponieważ najważniejsi są zawsze państwo młodzi – i to oni decydują o priorytetach. Nie zgadzam się z tym komentatorem tylko i wyłącznie dlatego, że pragnął, bym zastosował warunki, które podyktował na swoim weselu do mojego. Zapomniał, że na tamtym to on był panem młodym, a na moim ja.

Co jest najważniejsze w dniu ślubu?

W dniu ślubu nie jest najważniejsza pogoda, udana atmosfera, sukienka, dobre wino ani nawet sami państwo młodzi. W dniu ślubu najważniejszy jest ślub – a więc wzajemne ofiarowanie się sobie aż do śmierci, i złożenie swojego wspólnego życia na ofiarę Panu Bogu. Nie jest prawdą, jak twierdzą niektórzy, że ślub jest dla państwa młodych, a wesele dla gości. Ponieważ w dniu ślubu najważniejszy jest sakrament, wszystko co dzieje się przedtem i potem musi być bezpośrednio temu sakramentowi podporządkowane. Wesele nie powinno być czymś obok, czymś potem – ono może być tylko naturalnym przedłużeniem świętowania zawarcia sakramentu małżeństwa. Oczywiście mówię tu wyłącznie o kościelnym związku, nie o cywilnym – osoby które łączą się z pomocą takiego węzła na moim blogu odpowiedzi na swoje pytania nie znajdą.

Najważniejszy jest sakrament, a najważniejszymi osobami są małżonkowie. Dlatego oni, którzy się sobie wzajemnie ofiarowują, mają moc decyzyjną.

Czy, jeśli płacę za wesele, mam prawo stawiać warunki?

Wielu rodziców stawia sobie takie pytania. Choć pewnie się mylę – wielu rodziców nie stawia sobie wcale takiego pytania, ponieważ z góry zakładają, że skoro to ich dzieci biorą ślub, a oni na to dają pieniądze, to mają prawo ustawić wszystko po swojemu. Niestety, jest to jedna z największych krzywd, jakie w dniu ślubu można swoim dzieciom wyrządzić.

Po pierwsze gdy używamy słowa „dzieci”, mamy na myśli dwoje dorosłych ludzi, którzy właśnie zaczynają drogę swojego wspólnego życia. Ich ślub i ich wesele nie są ostatnim aktem teatru urządzanego przez rodziców, po chrzcinach, urodzinach, przyjęciu komunijnym, osiemnastce. To jest pierwszy akt teatru urządzanego przez nowożeńców. Nowożeńcy mają prawo poprosić rodziców o pomoc w zorganizowaniu uroczystości. Rodzice mogą nawet czuć się w obowiązku do zorganizowania tej uroczystości samemu, z odłożonych specjalnie na tę okazję pieniędzy. Nie neguję tej potrzeby, musimy jednak pamiętać, że to nie jest nasza uroczystość, nie uroczystość rodziców, lecz uroczystość nowożeńców: męża i żony. Uroczystość więc powinna odbyć się na warunkach tychże nowożeńców, nawet jeśli rodzice chcą wspomóc wszystko finansowo lub organizacyjnie.

Niektórym ludziom wydaje się, że jeśli się płaci, to się wymaga. Jeśli się coś organizuje, to ma się prawo zaprosić tego, kogo się chce. Spróbujmy jednak zmienić perspektywę i zastanówmy się nad tym, jak przeżyją to dzieci, które pragną przeżyć ten dzień najpiękniej jak to możliwe. Jak zareagują na konieczność zapraszania osób, które ich rodzice chcą obok siebie widzieć, niezależnie od ich stosunków z biorącymi ślub. Jeśli potrafimy sobie siebie wyobrazić w sytuacji państwa młodych, szybko zrozumiemy, że nie mamy prawa organizować przyjęcia według własnej modły. To jest oczywiście trudne do zrozumienia, kiedy państwo młodzi mają inną wizję swojej uroczystości, niż my. Pamiętajmy jednak, że to jest ich uroczystość, a nie nasza, i nawet jeśli dobrowolnie (bo przecież nikt nas nie może do tego zmusić) dajemy na jej organizację pieniądze, nie jest to nigdy argumentem za ustawianiem wszystkiego pod siebie.

Kogo powinno się zaprosić na wesele?

Z perspektywy wielu rodziców „powinno się” odgrywa bardzo dużą rolę. Powinno się więc zaprosić wszystkich kuzynów, wszystkie ciotki i wujków, świekrostwo (a więc współteściów, czyli rodziców małżonków swoich wcześniej pożenionych dzieci), wybranych sąsiadów i najlepiej jeszcze tego, kogo życzy sobie babcia pana lub pani młodej. „Powinno się” więc poinformować o tym państwa młodych i nakazać im wysłania zaproszeń do tych wszystkich osób, albo najlepiej dostarczenia ich osobiście. Zaproszenia oczywiście powinny być podpisane przez państwa młodych, choć to my, rodzice decydujemy o tym, kogo się zaprosi – często stawiając przed faktem dokonanym.

Rozumiem sytuację, bo sam mam bliskich znajomych, których w przyszłości chciałbym widzieć na przyjęciu poślubnym moich dzieci. Rozumiem też tych rodziców, którzy kierują się w życiu pojęciem „tak wypada”, a więc „tak wypada” zaprosić tych, którzy nas zapraszali, którzy mogą nas zaprosić, albo którzy mogą się obrazić jeśli się ich nie zaprosi. Spróbujmy jednak znów stanąć na miejscu państwa młodych, którzy w tym dniu są najważniejsi. Zrozumiemy wówczas, że nikogo nie „powinno się” zaprosić, bo „tak wypada”. O tym, kto i z jakich powodów zjawi się na ślubie, a kto na weselu, decydują państwo młodzi, bo to jest ich dzień! Nie można w czasie rozmowy z młodymi używać słów „Wujek będzie na weselu”, „Państwo Śmacy będą na weselu”, a potem patrzeć na ręce, czy równo wypisuje się zaproszenia. To bowiem młodzi decydują o gościach, którzy są ich gośćmi. Zanim zdecydujemy, że ktoś powinien być obecny zastanówmy się, czy ten ktoś jest ważny dla naszych dzieci, które biorą ślub. Czy w perspektywie swojego życia i wychowania naszych pociech zadbaliśmy, by ten ktoś był na tyle ważny dla naszych dzieci, by chciały go widzieć na swoim przyjęciu. To bowiem już nie jest tak, że my wydajemy nasze dziecko za mąż czy je żenimy i musimy się pochwalić, więc spraszamy wszystkich ziomków. Nie, nie wydajemy nikogo – to oni oddają się sobie wzajemnie i Panu Bogu w sakramencie małżeństwa. I równie dobrze mogą to zrobić za naszymi plecami, nikogo nigdzie nie zapraszając.

Co jednak jeśli zależy nam na obecności kogoś, kto dla państwa młodych nie jest kimś przesadnie ważnym? Nie zapominajmy, że to jest ich dzień i to są ich goście. To oni podpiszą się pod zaproszeniami do ludzi, których będą potem oglądać na zabawie. Dlatego jeśli chcemy, by obecnym był ktoś mało znaczący w życiu naszych „pociech” zapomnijmy o używaniu argumentów „Ja organizuję wesele i zaproszę kogo będę chciała” albo „Oczywiście, że oni też będą”. Wejdźmy z przyszłymi małżonkami w dialog, bo to już nie są dzieci, którym się stawia warunki. To są dorośli ludzie u progu swego oddzielnego od nas życia. Chcemy, żeby na weselu był obecny wujek Zbigniew, usiądźmy więc obok narzeczonych i z pokorą zapytajmy ich, czy zgodzą się zaprosić wujka Zbigniewa, bo nam zależy na jego obecności. Mogę powiedzieć, że w ten sposób z ogromnym prawdopodobieństwem osiągniemy zamierzony cel, nie wprowadzając jednocześnie przyszłych nowożeńców we frustrację i konflikt interesów. A co, jeśli odmówią? Cóż, trzeba się będzie z tym pogodzić. To jest ich ślub i ich wesele, oni mają prawo decydować.

Wesele, przyjęcie czy obiad?

Wbrew pozorom nie jest to bez znaczenia. Wesele kojarzy się z wielką imprezą na 200 osób. Przyjęcie to już coś skromniejszego, obiad zaś to takie małe przyjęcie. Pytanie więc która z tych rzeczy będzie najlepsza… musi pozostać bez odpowiedzi. Dlaczego? Ponieważ to państwo młodzi są tu najważniejsi, to państwo młodzi decydują jakie i czy w ogóle chcą mieć przyjęcie po ślubie.

Jeden z moich przyjaciół, z tych którzy brali ślub w zeszłym miesiącu pragnął zorganizować obiad dla najbliższych (na 30 osób). Z tego powodu nie robił wielkiej imprezy i, mimo że to jego rodzicie finansowali zabawę, odmówił zaproszenia kilkorga proponowanych przez nich gości, którzy nie należeli do grona najbliższych. Zdecydowało o tym również to, że rodzice panny młodej pragnęli zaproszenia odpowiedników tychże gości od strony panny młodej (chodziło o tzw. swatów, a tych swatów było w sumie 3 pary), więc młodzi zgodnie odmówili. Ale zostali wcześniej zapytani – nikt nie kazał im się wykłócać, nie stawiał ich przed faktem dokonanym, a prawdą jest, że wielu rodziców sądzi, że ma do tego prawo. Dodam jeszcze, że tenże przyjaciel został poproszony o zaproszenie dodatkowej dwójki bliskich przyjaciół swoich rodziców i przystał na tę propozycję.

Drugi mój przyjaciel, u którego na ślubie byłem świadkiem, nie organizował żadnego przyjęcia w ogóle. Zapraszał tylko rodziców na lampkę wina, a co ważniejszych gości na tydzień później, na grilla. Osobiście czułem się dość dziwnie, gdy po ślubie i zebraniu koszów z prezentami wpakowałem rodzinę do samochodu i pojechałem do domu. To nie ma jednak znaczenia, bo to nie ja, lecz mój przyjaciel brał ślub i zorganizował go dokładnie tak, jak chciał tego on i jego żona. Przyjęcia nie było. Ja zorganizowałbym chociaż mały poczęstunek. Ale to naprawdę nie jest moja sprawa.

A więc na pytanie: wesele, przyjęcie czy obiad odpowiedź może być tylko jedna: cokolwiek sobie państwo młodzi zażyczą. To jest ich dzień i oni mają prawo o tym zdecydować. Jeśli warunki stawiane przez rodziców będą niekorzystne, mogą natomiast spokojnie odmówić współpracy i zrobić całkowicie po swojemu.

Czy na weselu musi być alkohol?

Pytanie wydaje się być oczywiste, ale wcale takie nie jest, jeśli wstawimy w to miejsce słowo „mięso”, „sałatka” albo „tort”. Albo „poprawiny” czy „obiad na drugi dzień, bo nie wypada puszczać gości na głodnego”. Odpowiedź na nie brzmi: nie, nie musi! Nie musi nie dlatego, że jest wolne państwo i każdemu wolno, tylko dlatego, że to jest wesele państwa młodych i tylko oni mają prawo zdecydować, czy będzie na nim mięsko, tort, alkohol czy cokolwiek innego. Mnóstwo ludzi martwi się kiedy młodzi mają fanaberię, że nie chcą alkoholu na swoim przyjęciu, bo goście nie będą się dobrze bawić, bo będzie drętwo, itp. Mam na to jedną odpowiedź: no i co z tego? To nie jest nasze, rodziców przyjęcie – to przyjęcie naszych dzieci, tak naprawdę już dorosłych i decydujących za siebie i w kwestii swojego przyjęcia. Nie chcą oczepin – nie będzie oczepin. Nie chcą disco polo – nie będzie disco polo! Nie chcą alkoholu? Nic mi do tego – to ich przyjęcie, a nie moje. W ostateczności, jeśli jest to dla mnie nie do zniesienia, mogę nie przychodzić. Nie mam obowiązku, tak jak państwo młodzi nie mają obowiązku dostosowywać się do stawianych przeze mnie warunków.

Zmiana perspektywy

Jestem pięć lat po ślubie i muszę przyznać, że tamten moment był momentem stosunkowo udanym. Wiele rzeczy, które chcieliśmy z Małżonką widzieć, udało nam się przeforsować. Zmiana perspektywy polega na tym, że gdybym dzisiaj brał ślub, niczego bym nie forsował. Sytuacja była niezręczna. Żeby zgodnie z naszym postanowieniem na przyjęciu (które pierwotnie miało być obiadem) nie było alkoholu, musiałem zagrozić, że w przeciwnej sytuacji nie będzie nas. Część zaproszonych gości nie przyjechało, ponieważ w kwestii zapraszania niektórych z nich byliśmy stawiani przed faktem dokonanym, podpisując się oczywiście pod zaproszeniami, ale żale wylewając na blogu.

Zmiana perspektywy nastąpiła tak naprawdę rok później, gdy urodził się nasz Synek. Ponieważ jestem zwolennikiem świętowania przyjętych sakramentów, organizowania małych przyjęć celem radowania się z „sakramentariuszem” – bo to jest główny cel przyjęcia – postanowiłem zorganizować obiad po chrzcie świętym. Zrobiłem to sam, za niewielką odłożoną sumkę wynająłem salę restauracyjną i zaprosiłem niczego niespodziewających się bliskich, spośród których niektórzy, nieświadomi moich planów, już zaczynali snuć własne w dalszej perspektywie czasowej. Sytuacja z Córką była już inna – bliscy zostali wcześniej poinformowani i nawet wciągnięci w przygotowania. Ale nauczeni przykładem pierwszego chrztu wiedzieli już, że kwestia decyzyjności należy do mnie i mojej Małżonki. Z trzecim dzieckiem będzie podobnie.

Zmieniona perspektywa wygląda tak, że gdybym miał brać ślub jeszcze raz (acz z tą samą kobietą), odłożyłbym podobną sumkę pieniężną i wynajął podobną salkę restauracyjną, zapraszając na obiad po ślubie podobną liczbę osób. Dziś nie kłóciłbym się z nikim o alkohol – alkoholu nie ma na chrzcinach, nie byłoby go też na obiedzie poślubnym. Nie wchodziłbym w wirtualne konflikty rodzinne, ponieważ zaprosiłbym tylko te osoby, z którymi naprawdę pragnąłbym się cieszyć naszym szczęściem. Gdyby zaś ktoś próbował dziś naciskać na mnie, bym wysłał zaproszenie do kogoś, kto „oczywiście, że będzie”, nie wysłałbym go. Mógłbym się jedynie przychylić do prośby o możliwość zaproszenia.

Zmiana perspektywy ogarnęła całą rodzinę. To nie jest nic dziwnego – ja byłem pierwszy. Ja przetarłem szlaki, bo pierwszy brałem ślub. Ja wszedłem w konflikt z najróżniejszymi osobami, by później kolejne osoby idące za mną nie musiały już zapraszać nikogo, kogo w praktyce prawie nie znały. I nawet jeśli ktoś z bliskich mi osób będzie chciał urządzić sobie przyjęcie weselne, na które zaprosi wszystkich, bo tak wypada – to jest tylko i wyłącznie jego wola. Będzie miał bowiem zdecydowanie łatwiej przeforsować swoje zdanie. Bredzę? Nieprawda. Mam przykład, że to się sprawdza. Drugi w kolejce do ślubu już o wiele więcej „może”, a o wiele mniej „musi”.

Podsumowanie

Nie biorę ślubu ponownie, choć myślę o jakimś uroczystym odnowieniu przyrzeczeń w perspektywie kolejnych pięciu lat. Jestem pięć lat po ślubie i jestem szczęśliwy. Nie wszystko wtedy poszło tak, jak sobie wymarzyliśmy, ale mogło być zdecydowanie gorzej. Część gości do dziś ma do mnie żal o to, co się wydarzyło – ale dziś wiem, że rozwiązałbym to inaczej. Nie rozwiążę, bo jestem pięć lat po ślubie. Jedyne, co mogę zrobić, to powiedzieć innym rodzicom organizującym wesele swoim dzieciom, w jakim świetle najlepiej to widzieć.

Po pierwsze więc nie wesele jest najważniejsze, lecz ślub – a od ślubu wszystko wychodzi i wokół niego się skupia. Wesele, jeśli jest, jest wyrazem radości z przyjęcia sakramentu małżeństwa. Po drugie zatem najważniejsi są nowożeńcy. Nie my, nie goście, lecz państwo młodzi właśnie. Oni zapraszają gości na ślub i na przyjęcie, by wspólnie cieszyć się radością sakramentalną. Wesele nie jest po to by dziękować gościom za prezenty, za przybycie. Ono jest po to, by goście mieli udział w radości państwa młodych. Jeśli goście przywieźli prezenty, to z miłości do państwa młodych, a nie z chęci popicia i potańczenia. Jeśli ich podejście jest inne – nie musimy się przecież takimi gośćmi przejmować. Przecież i dla nasz, rodziców, szczęście naszych dzieci ślub biorących jest stokroć ważniejsze, niż dobre samopoczucie gości.

Po trzecie wreszcie, skoro ślub jest centrum, a państwo młodzi są najważniejsi, to właśnie oni decydują o tym, kogo zaproszą, czy i jakie przyjęcie zorganizują, do której i na ile osób, czy będzie jedzenie, muzyka albo alkohol. My, rodzice, jeśli pragniemy dołożyć się do tego finansowo, traktujmy to jako prezent, jako udział w radości państwa młodych, a nie jako bilet to decydowania o kształcie imprezy.

Mam zaiste nadzieję, że choć część z Was zrozumie tę różnicę, tę zmianę perspektywy. I że ja za tych 20 lat będę myślał wciąż tak samo.

Categories: Świat i Kościół | Tags: , , , , | 16 komentarzy

Zobacz wpisy

16 thoughts on “Jak zorganizować dziecku wesele?

  1. Wniosek

    Ale dzieciom nie wolno wchodzić w Polsce w związki małżeńskie !
    Trzeba poczekać aż dziecko dorośnie!!!

  2. I znów mam kłopot z komentarzem, gdyż artykuł jest teoretycznie słuszny, niemniej zdradza pewne, niekoniecznie właściwe, podejście.
    Obawiam się, drogi Maurycy, że traktujesz ślub jako akt prywatny – tymczasem jest to wydarzenie wspólnotowe, w tym rodzinne. Dlatego właśnie zapraszamy nie tylko kumpli których lubimy, ale i rodzinę (niekiedy dalszą). Podejście „to jest nasz dzień, więc babci nie zapraszamy bo nie jest cool” nie jest oznaką dojrzałości.
    Oczywiście, masz słuszność że często przeradza się to w idiotyczny spęd kuzynów nigdy nie widzianych lub targowisko próżności. Potrzebna jest równowaga.

    I jeszcze jedno: to nie jest ważny dzień tylko dla młodych. WIelka zmiana następuje w życiu Rodziców – „oddają światu” to, co było (i zresztą pozostanie) dla nich najważniejsze i najdroższe. Warto okazać im nieco empatii.

  3. Wniosku, co do tego nie ma chyba wątpliwości :). Dla naszych rodziców jednak zawsze będziemy dziećmi i nic tego nie zmieni. Dlatego rodzice zastanawiają się nad wydawaniem dzieci za mąż czy za żon, przy czym mają na myśli osoby dorosłe. Jak napisałem: „Po pierwsze gdy używamy słowa “dzieci”, mamy na myśli dwoje dorosłych ludzi, którzy właśnie zaczynają drogę swojego wspólnego życia”. Tyle powinno wyjaśnić sprawę.

    Marku, tym razem nie zamierzam się z Tobą nie zgadzać. Oczywiście każdy sakrament, w tym również małżeństwo, jest wydarzeniem wspólnotowym. Kumple (czy przyjaciele) są ważni, ale równie ważne jest bycie w tym czasie z rodziną. Nigdy nie sądziłem, że należy nie zapraszać babci czy innych bliskich (albo dalszych) osób. Równowaga – to podstawa. Myślę też, że jeśli komuś zależy na obecności bliskiej osoby na ślubie dzieci, powinien pomóc tym dwóm osobom się wcześniej poznać i zaprzyjaźnić. Na moim weselu byli przyjaciele rodziny, którzy byli dla mnie prawie tak bliscy, jak dla moich najbliższych – bo od dzieciństwa dbali o kontakt ze mną i to zaprocentowało. Zgadzam się – odrzucenie zapraszania babci czy rodziców chrzestnych (przykładowo) jest niedojrzałe. Dobrze jest, jeśli tę rodzinę lubimy.

    Zdecydowanie zgadzam się też w kwestii okazywania empatii rodzicom. Notkę pisałem z perspektywy pana młodego, pragnącego zrobić to po swojemu – gdybym pisał z perspektywy rodzica wysyłającego dziecko w świat, pewnie wyglądałoby to inaczej. Rodzice mają prawo głosu w kwestii organizacji ślubu i wesela, zwłaszcza jak się do tego dokładają. Napisałem tylko, by potrafili rozmawiać ze swoimi dziećmi, składać propozycje, pytać i prosić, a nie rzucać hasłami, że oni płacą i oni wymagają. Czymś wspaniałym jest też to, że dzieci proszą rodziców o pomoc. Pod warunkiem, że prośba nie zostanie potraktowana jako propozycja przejęcia kontroli.

  4. Marzena

    Maurycy, wpis jest jest bardzo interesujacy. Ale: „Czyms wspanialym jest to, ze dzieci prosza rodzicow o pomoc?” To chyba jakis zart. Slub to wejscie w doroslosc, to sakrament wymagajacy dojrzalosci, pod kazdym wzgledem. Ludzie dorosli i dojrzali nie prosza mamy o pieniadze, sami je zarabiaja, a jesli nie moga sobie pozwolic na przyjecie – zapraszaja gosci na grilla i lampke wina. A moze jak urodza im sie dzieci, beda znow prosic rodzicow o pieniadze? To nie jest zadna doroslosc, ani tym bardziej dojrzalosc. Zadna.

  5. Ciamajda

    Marzeno, a dlaczego dorosłość ma znaczyć tyle co samowystarczalność? I dlaczego od razu pomoc kojarzy Ci się z pieniędzmi, a nie np. z radą? Poza tym jeżeli młodzi małżonkowie mają po 18 czy 20 lat to chyba oczywiste jest, że nie są jeszcze w stanie samodzielnie się utrzymać. I co, w takim razie nie wolno im się pobrać i mają czekać do 40 – tki, jak już im brzuchy za przeproszeniem porosną?

  6. Marzena

    Ciamajdo, wpis mowi wlasnie o sytuacji, gdy rodzice (cyt.) „finansuja zabawe”. Ludzie moga pobrac sie wtedy, kiedy chca, ale malzenstwo to od zawsze poczatek doroslego zycia. Jeszcze kilkadziesiat lat temu ludzie pracowali w polu, sami stawiali domy, zywili sie tym, co sami zasiali i wyhodowali. I pobierali sie w wieku 16-18 lat, bo to 2 rece a nie pieniadze byly potrzebne aby przezyc. To dzieki pracy wlasnych rak mlodzi ludzie byli samowystarczalni. Dzis codzienne zakupy robi sie w sklepie, na wesele potrzebne sa pieniadze, wiec jesli ktos chce oplacic sobie zabawe,to nie powienien brac pieniedzy od rodzicow. Doroslosc (a z nia i dojrzalosc) to wlasnie samowystarczalnosc. Co to za „dorosly”, ktory prosi mame/tate o pieniadze na wydatki na siebie i wlasne dzieci?

  7. Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią postaram się powoli zacząć odpisywać na komentarze. Zacznę tu, w najświeższej notce. Pozostali będą musieli chwilę poczekać.

    Ciamajdo, chciałem Ci bardzo podziękować za ten komentarz. Okazuje się, że podzielasz moje myśli i intuicje związane ze ślubem, z małżeństwem i pomocą rodziców. Kiedy pisałem o proszeniu rodziców o pomoc, nie miałem na myśli wyłącznie pomocy finansowej. Ostatnio zastanawialiśmy się z Żoną nad naszą przyszłością w kwestii budowy domu i chcielibyśmy sobie z tym poradzić finansowo sami. A jednocześnie wiemy, że rodzice byliby bardzo zadowoleni, gdyby poprosić ich o poradę i pomoc przy tym czy owym. Z drugiej zaś strony i my nie byliśmy samowystarczalni finansowo w dniu ślubu. Studiowaliśmy, pracowaliśmy dorywczo. Dzięki pomocy rodziców mogliśmy złączyć się węzłem małżeńskim przed osiągnięciem progu dobrobytu finansowego.

    Marzeno, właśnie wspominając o pomocy rodziców miałem na myśli sytuację, w której prosi się ich ze względu na nich samych. Czymś wspaniałym jest prosić o pomoc, jeśli rodzice dzięki temu czują się potrzebni. Wiem doskonale, że kiedy dzieci wyjdą z domu, rodzice zostają sami i lubią być potrzebni swoim dorosłym dzieciom.

    Z drugiej strony nie jest do końca prawdą, że jak kogoś nie stać na wesele, to powinien zrobić grilla. Nie w tym rzecz, że trzeba ciągnąć kasę od bliskich, lecz w tym, że jest jakimś rodzajem tradycji organizowanie wesel przez rodziców państwa młodych. Wydaje się wręcz, że wyjątkiem są sytuacje, w których to młodzi sami sobie wszystko finansują. Właśnie dlatego ten wpis dedykowałem tym rodzicom, którzy wychodzą z inicjatywą tej zabawy zorganizowania.

    Jestem zdania, że bardzo ważna jest zdrowa atmosfera między dziećmi, a rodzicami. Znam wiele młodych rodzin, które mają gdzie mieszkać, bo rodzice kupili mieszkanie. Jedni traktują to jako prezent, jako uprzejmość – inni jako sposób sprawowania kontroli. Myślę, że młodzi ludzie, aby mieć zdrową, dobrą rodzinę, powinni młodo brać ślub, bo z tym nie ma co czekać. Jeśli rodzice zechcą pomóc – tym lepiej. Jeśli odmówią – podjąć pracę i iść do przodu. Nigdy się nie poddawać.

    A przyjaciel, który zaprosił rodziców na lampkę wina, a nas na grilla, jedzie w podróż poślubną do Tajlandii. A więc nie kwestie finansowe sprawiły, że nie urządzał wesela, lecz własny pomysł na dzień ślubu. Pozdrawiam!

  8. Cytrynniny Mąż

    Zgodnie ze zignorowanym ostrzeżeniem, robię się mśśściwy (jest to komcio złośliwe wyłącznie do Maurycego, szukający porady o weselu niechże to zignorują):

    W kwestii kogo zapraszać na wesele: Łk 14:12-13.

    W kwestii aprowizacji na weselu, kto organizuje: J 2:9b-10.

    W kwestii kłótni o sprawy drugorzędne: 1 Kor 6:7b, Mt 5:23-24.

    W kwestii dorosłości: Rdz 2:24a, 2 Tes 3, 10.

    W kwestii sofistyki: Czy jeśli Państwo młodzi chcą zmienić organizację ruchu na autostradzie, to miasto ma się zgodzić, bo w tym dniu oni są najważniejsi?

  9. Cytrynniny Mąż

    Winny Ci jestem krótkie wyjaśnienie fragmentów.
    Zasługą jest, gdy zapraszamy na ucztę kogoś, w kogo zaproszeniu nie mamy osobistej korzyści. Słynny „drugi policzek” brzmiałby tu „jeśli chcą, byś zaprosił niechcianego wuja, zaproś i ciotkę”.
    Dorosłe „komórki społeczne” mają na siebie pracować. Jeśli pozostają wciąż na utrzymaniu, to jeszcze nie są dorosłe. (Uwaga! Małżeństwo ani nie oznacza magicznego wydoroślenia, ani dorosłości nie wymaga. Wymaga tyle, ile potrzeba do podjęcia zobowiązania na całe życie.)
    Nawet jeśli ktoś uważa, że coś mu się słusznie należy (np. prawo do niezapraszania, kogo chce), a ktoś z kim się o to spiera, uważa inaczej, to św. Paweł wzywa, by raczej zrezygnować ze swojego prawa, niż wieść spór. Zrezygnować trwale, nie wracać wciąż do sprawy.
    W Kanie Jezus uznał, że przyjęcie ma być udane dla gości, a sprawa ta należy do gospodarza, a nie na odwrót.
    Nie wiem, mam wrażenie, że nie lubisz dyskusji ze mną. Czy chcesz, abym czytał blog jak jest i nie pisał o zastrzeżeniach?

  10. Dyskusja z inteligentnym człowiekiem zawsze jest czymś dobrym, co nie zawsze oznacza, że jest czymś przyjemnym. Zawsze jestem otwarty na komentarze od wszystkich osób, bez względu na ich zapatrywania i sposób wypowiedzi, co nie zawsze oznacza, że z wielką ochotą na te komentarze odpowiadam. Czasem czytam, rwę włosy z głowy i pragnę napisać tylko „Gadasz głupoty”, ale zdaję sobie sprawę, że to nie jest argument, a w dyskusji z Tobą to dodatkowo działa na niekorzyść. Zatem by odpowiedzieć muszę odczekać jakiś czas i zrozumieć, skąd w głowach niektórych ludzi, niezależnie od stopnia ich zaangażowania w wiarę i życie Kościoła, biorą się myśli, które wydają się mi całkowicie pozbawione logiki…

    Pech, że akurat skończył mi się czas na odpisywanie i będziemy musieli poczekać trochę dłużej na kontrargumenty. Pozdrawiam! I zapraszam do dyskusji zawsze, bez względu na moje reakcje.

  11. „A kiedy przyjdzie na Ciebie czas… A przyjdzie czas na Ciebie…”

    Żeby nie było, że nie chcę jednak dyskutować, wyciągam z worka czasu kilka minut, żeby wreszcie odpowiedzieć. A zatem, Cytrynniny Mężu

    Nie odmawiam słuszności Twojej interpretacji słów o zapraszaniu na przyjęcie tego, kogo zaproszenie nie przynosi osobistej korzyści. Należy jednak zauważyć, że Jezus „Do tego, który Go zaprosił, powiedział: „Gdy urządzasz obiad lub kolację, nie zapraszaj swoich przyjaciół, ani swoich braci, ani swoich krewnych, ani bogatych sąsiadów, aby może i oni z kolei nie zaprosili ciebie i już miałbyś zapłatę. Ale gdy urządzasz przyjęcie, zapraszaj biednych, inwalidów, okaleczonych, niewidomych, a będziesz szczęśliwy, bo oni nie mają jak ci się odwzajemnić, więc otrzymasz zapłatę przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”” (Łk 14,12-14). Nie mówił tu o tym, że ktoś cię zmusza do zapraszania ubogich, więc ich zaproś. Sądzę, że znaczenie ma też cel urządzania uczty. Jezus był zapraszany na uczty, na obiady do wielu osób, lecz ze znanych nam historii tylko raz na wesele – a na tym weselu była Jego Matka. Moim zdaniem oznacza to, że była Ona kimś bliskim dla młodych w Kanie, a On był zaproszony, bo też znali się z Nim. Jako „ucztę” nie widzę tu wesela, lecz np. przyjęcie charytatywne. Na takie przyjęcie można zaprosić najbogatszych z bogatych, żeby wrzucili do skarbony, a można zaprosić biednych, bezdomnych itp. Jak urządzam urodziny dziecka, zapraszam swoich bliskich – z miłości, a nie z tęsknoty za odwzajemnieniem. Jeślibym urządzał ucztę, mógłbym zaprosić (ja osobiście – niech nikt mnie nie zmusza!) potrzebujących. Tak jak człowiek z jednej z przypowieści, który zaprosił ludzi z ulicy, bo jego bliscy odmówili mu.

    Do tego dochodzi jeszcze to wymierzanie policzka. Przede wszystkim Jezus, sam przyjmując ciosy, zadawał pytanie „Dlaczego mnie bijesz?” Nastawiał drugi policzek? Nastawiał, aż do śmierci. Jednak nigdy samego siebie się nie wyparł. Każą ci zaprosić wujka, zaproś i ciotkę! Jasne, ale nie siedź jak mysz pod miotłą, powiedz co o tym sądzisz! Zapraszaj i wyjaśniaj. A jak nie zrozumieją? Trudno…

    Ciekawostką dla mnie jest pisanie, że „Małżeństwo ani nie oznacza magicznego wydoroślenia, ani dorosłości nie wymaga. Wymaga tyle, ile potrzeba do podjęcia zobowiązania na całe życie”. Zgoła inne jest nauczanie Kościoła katolickiego, a te słowa brzmią mi nieco jak próba samousprawiedliwienia się (Nie utrzymuję swojej rodziny samodzielnie, pomaga mi mama/tata/babcia/wujek/opieka społeczna, więc nie jestem dorosły; potrafię jednak podjąć decyzję na całe życie, więc wchodzę w małżeństwo). Tymczasem małżeństwo wymaga ogromnej dojrzałości, niemożliwej wręcz dla przeciętnego człowieka. Wstąpienie w związek małżeński jest jedną z najbardziej dojrzałych decyzji w życiu człowieka. I nawet, jeśli małżeństwo jeszcze przez jakiś czas (albo nawet do końca swoich dni) będzie wspomagane przez kogoś z zewnątrz, musi być wystarczająco dojrzałe, by podjąć decyzję na całe życie – i nie „jakąś tam” decyzję, lecz bardzo poważną, trudną decyzję. Czy li de facto musi być bardzo dojrzałe. Jezus powiedział to tak: „Rzekli Mu uczniowie: Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić. On zaś im odpowiedział: Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane” (Mt 18,10-11). Do małżeństwa – odpowiedzialności za drugą osobę do końca życia (to się nie opłaca – jak mówili uczniowie Jezusa), do otwartości na życie i odpowiedzialności za potomstwo trzeba być bardzo dojrzałym. Nie w sposób magiczny, tylko w sposób mądry! Spróbuję jeszcze podjąć przytoczone przez Ciebie fragmenty. „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rodz 2,24). Wziąłeś w swojej argumentacji samo 24a, czyli „Dlatego to opuszcza ojca swego i matkę swoją”, starając się wyraźnie rozdzielić to, co zapisano w jednym wersecie. A to akurat, w całości, jest definicja małżeństwa w pierwotnym znaczeniu – opuszczenie ojca i matki, i złączenie się z żoną. To oznacza opuszczenie psychiczne, oddzielenie się, uniezależnienie – stanie się jednostką osobną, oddzielną komórką społeczną. Nie wyklucza korzystania z pomocy, choćby finansowej, kogokolwiek. Zakłada jednak bycie samodzielnym i niezależnym w swoich decyzjach, mimo przyjmowania pomocy. Lub – co oczywiste – odrzucenie pomocy, jeśli niemożliwe jest życie według własnych zasad.

    Drugi fragment, „Albowiem gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: Kto nie chce pracować, niech też nie je!” (2 Tes 3,10) mówi wyraźnie, że jeśli ktoś nie chce pracować, niech nie je. To nie jest marksistowskie „Kto nie pracuje, niech też nie je!”, bo to właśnie marksiści przeinaczyli te słowa Chrystusa. Chęć pracy musi być założona, by jeść – ale nie każdy do pracy jest zdolny! Są ludzie niepełnosprawni, albo tacy, którzy nie mogą znaleźć pracy. Co więcej – pracą nie jest wyłącznie zarobkowanie! Studia, nauka to też praca! Przykładem potwierdzającym jest rozwiązanie prawne na mocy którego pełnoletni człowiek może dochodzić się alimentów od swoich rodziców dopóki studiuje, a więc pozostaje w niemożności do utrzymania się na drodze zarobkowania. Nigdy nie było – w moim przypadku – tak, że nie chciałem pracować, a najadałem się do syta. Chcesz pracować? To smacznego!

    Odnośnie wiedzenia sporów warto przeczytać cały fragment. To, co uprawiasz w tym miejscu to dokładnie to samo, co moja Żona nazywa argumentowaniem Świadków Jehowy (o tym napiszę osobny wpis) – wyrywanie z kontekstu tych słów, które akurat nam pasują i przeinaczanie ich sensu. Święty Paweł pisze: „Czy odważy się ktoś z was, gdy zdarzy się nieporozumienie z drugim, szukać sprawiedliwości u niesprawiedliwych zamiast u świętych? Czyż nie wiecie, że święci będą sędziami tego świata? A jeśli świat będzie przez was sądzony, to czy nie jesteście godni wyrokować w tak błahych sprawach? Czyż nie wiecie, że będziemy sądzili także aniołów? O ileż przeto więcej sprawy doczesne! Wy zaś, gdy macie sprawy doczesne do rozstrzygnięcia, zwracacie się do ludzi za nic uważanych w Kościele! Mówię to, aby was zawstydzić. Bo czyż nie znajdzie się wśród was ktoś na tyle mądry, by mógł rozstrzygać spory między swymi braćmi? A tymczasem brat oskarża brata, i to przed niewierzącymi. Już samo to jest godne potępienia, że w ogóle zdarzają się wśród was sądowe sprawy. Czemuż nie znosicie raczej niesprawiedliwości? Czemuż nie ponosicie raczej szkody? Tymczasem wy dopuszczacie się niesprawiedliwości i wyrządzacie szkody, i to właśnie braciom” (1 Kor 6,1-8). Ty chciałbyś, żeby święty Paweł zabraniał prowadzenia sporów między chrześcijanami, nakazywał raczej rezygnowanie ze swoich korzyści, ze sprawiedliwości, by odrzucić konieczność sporu. Tymczasem Paweł nakazuje wiedzenie sporów i rozsądzanie – między chrześcijanami, między świętymi! Paweł nakazuje szukać sprawiedliwości u świętych, a nie u niesprawiedliwych! „Święci będą sędziami tego świata” i „jesteście godni wyrokować w tak błahych sprawach”. Lepiej zatem ponieść szkodę i niesprawiedliwość, niż sądzić się z bratem u sędziów niewierzących! „Bo czyż nie znajdzie się wśród was ktoś na tyle mądry, by mógł rozstrzygać spory między swymi braćmi?”! Rozsądzać i sprawiedliwie wygrywać spory – ale wśród swoich, nie poprzez sądy! Na przyszłość radzę czytać to, co jest napisane, a nie wrzucać cytaty wyrwane z kontekstu.

    Co zaś się tyczy pytania dla kogo jest wesele i kto ma sprawić, by kto się dobrze bawił: zdaje mi się, że nigdy nie napisałem, że to nie gospodarze mają zadbać o dobre samopoczucie gości, lecz goście gospodarzy. Sam uważam wprawdzie, że obie te zasady muszą być spełnione. Gdy zapraszam gości na chrzciny czy urodziny moich dzieci pragnę sprawić, by mieli z tego przyjemność, by cieszyli się i bawili ze mną, z moimi dziećmi. Szukam rozwiązań, które sprawią frajdę wszystkim – choć na moich warunkach (np. bez alkoholu). Goście natomiast dbają o dobre samopoczucie dzieci, na których przyjęcie zostali zaproszeni i gospodarzy. Jezus w Kanie przemienił wodę w wino i dzięki temu dobrze bawili się goście, i dzięki temu goście chwalili pana młodego. Wzajemność, a nie „w jedną stronę”! Ważne jest dla mnie by podkreślić, że o ile ja – jako organizator wesela – mam sprawić frajdę moim gościom – o tyle oni mają obowiązek zadbać o moje dobre samopoczucie, by pokazać mi, że cieszą się moim szczęściem. Po to właśnie jest wesele, a państwo młodzi nadal pozostają na nim najważniejsi.

    Jeszcze ten argument sofistyczny, na koniec. Pytasz „Czy jeśli Państwo młodzi chcą zmienić organizację ruchu na autostradzie, to miasto ma się zgodzić, bo w tym dniu oni są najważniejsi?” Jak dla mnie jest to ironiczna nadinterpretacja tego, co napisałem. Coś, co nazwałbym czepianiem się, albo głupim pytaniem. Państwo młodzi są najważniejsi w dniu swojego ślubu dla siebie i dla swoich bliskich. Mogą zatem dobrać sobie strój, dobrać sobie gości, wybrać nawet samochód, wybrać kwiaty itp. To jest ich dzień. Jednak wobec ruchu na autostradzie to nie działa – bo nie są oni najważniejsi dla ruchu na autostradzie. Chyba, że mają wystarczająco dużo kasy, wtedy dobrze. Jeśli ślub odbywa się w Gdańsku czy Warszawie trudno przypuszczać, by miasto miało dostosowywać się do setki ślubów zawieranych w tym dniu. Jeśli ślub odbywa się w Pcimiu Górnym, prawdopodobnie starosta dostosuje wszystko w miasteczku dla potrzeb przejazdu młodych. To nie ma znaczenia tak naprawdę. Argument jest do niczego, bo jest zwykłym czepianiem się słówek. Jeśli jednak muszę na niego odpowiedzieć powiem tylko, że skoro państwo młodzi są najważniejsi, należy dostosować wszystko do potrzeb państwa młodych w takim stopniu, w jakim jest to możliwe.

    Dziękuję bardzo za te komentarze i za wysłuchanie mojego wywodu. Pozdrawiam serdecznie!

  12. jgryca

    Są jeszcze dostępne strony, gdzie można wszystko zorganizować (od listy gości, przez wyliczenia kosztów i wskazówki dojazdu), najlepszą jest chyba darmowa http://organizatorslubu.pl/ – jako taki pomocnik do ogarnięcia tego całego zamieszania ;)

  13. nova

    Moi teściowie zażądali sobie by na naszym weselu byli ich nowi swacia bo ich jedyna coreczka spośród pieciu braci w koncu wyszla za maz. Obrazili sie i wyszli kiedy powiedzielismy ze ich nie zaprosimy poniewaz w czasie jej slubu my juz dawno bylismy zareczeni, wszystko zaplanowane, ustalone ale na czas po weselu siostry narzeczonego poniewaz nam nie ma kto pomoc finansowo a oni mieli wiec zrobili w czasie naszych przygotowan i do czego daze..nie zaprosili moich rodzicow ani tez nie wytlumaczyli dlaczego nie prosza ani nie dali symbolicznej szyszki. Poza tym tej siostry narzeczonego tesc jest bardzo aroganckim facetem ktory szybko sie upija i obraza obecne towarzystwo. W zwiazku z tym wszystkim nie wyobrazamy sobie prosic tej osoby wbrew sobie robiac przykrosc moim rodzicom a przy okazji modlic sie ciagle by jakiegos goscia nie obrazal. Moi tesciowie sa nim zaslepieni bo razem z tesciem moim przyszlym lubi sie chetnie napic mimo ze jego synow juz skrytykowal. Czy zatem moi przyszli tesciowie zaproszeni do mnie do domu przez moich rodzicow mieli prawo wstac i wyjsc bez slowa mowiac ze nie mamy co rozmawiac o weselu skoro ich nowych swatow nie zprosimy (nie zwraca uwagi na to ze ma tez innych swatow a u coreczki zadni swacia nie byli i bylo ok), ze postapimy jak siostra narzeczonego zaprosimy tylko rodzine i znajomych? Czy powinnismy sie im poddac jesli wymysla ze w takim wypadku nie przyjda na nasze wesele? Czy mamy sie poddac wbrew sobie i moim rodzicom? Paranoja…;(

  14. Witaj Nova. Twój komentarz bardzo mnie poruszył, ponieważ sam miałem podobny problem. U nas jednak nie było sytuacji dyskusyjnej, lecz pytanie teściowej, czy nazwisko jej swatów się odmienia, skierowane do zięcia tychże (syna teściów, brata żony) podczas wypisywania zaproszeń. Na pytanie „To oni też będą?” otrzymaliśmy odpowiedź „Oczywiście!”. W związku z tym jedyne, co mogę Wam doradzić to to, że raz powiedzianego słowa nie cofajcie w tym wypadku nigdy. Bo jeśli przeprosicie i ulegniecie, to może się okazać że we wszystkim będziecie musieli ustępować. U nas była dyskusja o alkoholu (już to pisałem nie raz, ale się powtórzę) i kiedy w najlepsze trwała kłótnia, ja powiedziałem: „Zgoda, może być alkohol. Ale wtedy nas nie będzie!”. Czasem, kiedy nie ma wyjścia, warto postawić takie ultimatum. Zawsze też możesz pokazać teściom moją notkę :). Pozdrawiam i powodzenia. To w końcu Wasz ślub!

  15. nova

    Dziękuję Ci serdecznie. Twoje słowa dodały nam otuchy. Mamy nadzieję, że nie będzie potrzeby stawiania ultimatum. Jednakże ważne jest dla nas jakie o tym mają zdanie ludzie stojący obok. Pozdrawiam.

  16. nova

    Niestety nasz okres narzeczeństwa jest pokryty smutkiem dzięki rodzicom Narzeczonego. Jak wcześniej pisałam po wyjściu rodziców Narzeczony stwierdził, ze on się pierwszy do nich nie odezwie. Dwa miesiące rodzice się nie odzywali i nie odezwali do tej pory. Dokladnie nie wiem co się działo przez okres naszego milczenia ale co zmusiło mojego Narzeczonego, ze musial jednak skonfrontować się z rodzicami? Zadzwonił brat Narzeczonego zza granic, który obiecał byc naszym swiadkiem na slubie od ponad roku, że jeśli razem ja i Narzeczony nie pojedziemy do rodzicow ich przeprosic (za nic-za to ze sie nie odzywamy z ich przyczyny) to on nie przyjedzie na slub i wesele, poniewaz nie chce byc swiadkiem sytuacji do jakiej moze doprowadzic ich ojciec. Oczywiscie ten brat uczynil tak z bojazni, ze niby przeciwstawi sie wowczas rodzicom. Jak sie okazalo po rozmowie Narzeczonego z rodzicami podobno oni nic zlego nie zrobili wychodzac bez slowa, wyszedl bo sie spieszyl do pracy (ale przyszli do moich rodzicow omawiac sprawy wesela ich dotyczace a nie zamienili ani slowa ze soba tylko ze wswoim synem), ze lepiej ze wyszli niz mieliby robic awanture (tyle ze nie przyszli do syna, z synem mogli potem porozmawiac we wlasnym domu), ze jak nie bedzie przyjezdzal to Narzczony nie wyjdzie ze swojego domu (bo pokoju juz nie ma gdyz stal sie goscinnym pokojem poniewaz jego bratowa jak przyjezdza w dodwiedziny musi spac ze swoim mezem w zamknietym pokoju), poza tym zagrozili mu ze zrobia mu wstyd na weselu, w pracy i nakazali abysmy do wszystkich gosci poodkrecali ze nie sami robimy wesele bo im wstyd jak ludzie tak gadaja dlaczego oni rodzice i nie chca nic pomoc (a my naprawde sami organizujemy, ja studiuje Narzeczony pracuje i odklada wszystko a mama moja zaoferowala sie ze pozwoli mu u nas pomieszkiwac by nie tracil na nic ale nie mieszkamy sobie razem w osobnym pokoju dla scislosci ale to juz omowilam z ksiedzem). Jestem w szoku jak rodzice moga cos takiego wyprawiac, mowic, tak sie zachowywac…a gdzie w tym wszystkim ja i moja rodzina? Przyszla rodzina ich syna..wyszli i nie zamierzaja sie pokazac a tu slub w czerwcu i jak rodzice maja sie razem spotkac jak moja mame boli to co uczynili i mnie rowniez? jak ja im mam dziekowac w dniu slubu jak? i jeszcze Narzeczony sie denerwuje bo mu nakazali przyjezdzac i odwiedzac ich a on sam nie chce jezdzic bo jezdzilismy razem i ciagle sie denerwuje i mowi zebym udawala chociaz do slubu ale ja nie jestem w stanie..nie potrafie do nich pojechac jakby nigdy nic…ani slowem do mnie czy mojej mamy po tym incydencie sie nie odezwali..dla mnie to by byla zdrada nie tylko mojej rodziny ale i samej siebie. Nie wiem co mamy robic, co mowic, do kogo sie zwrocic z pomoca. Moj Narczony nie scierpi tego jesli nie poblogoslawia mu w tym dniu a ja nie potrafie jechac po tym jak wyszli zza stolu bez slowa nie potrafie. Oni widza tylko swoich rodzicow a ich rodzice sami siebie. Jestem zdesperowana a tu slub niedlugo ;(

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s