Monthly Archives: Październik 2013

Święci na każdy dzień

A skoro na każdy, to także na ten. Ma to swoje szczególne uzasadnienie w tym, że dziś właśnie jest wigilia uroczystości Wszystkich Świętych. I choć każdego dnia wyłuskamy jakiegoś świętego patrona, który opiekuje się osobami tego dnia obchodzącymi imieniny (i nie wykluczam tu nawet wigilii Bożego Narodzenia, choć uznawanie Adama i Ewy za świętych pozostaje w sferze kontrowersji), to tego jednego dnia – 1 listopada – cieszymy się z orędownictwa ich wszystkich. A dziś, choć to dopiero wigilia i – zgodnie z kalendarzem liturgicznym – wspomnienie św. Alfonsa Rodrigueza – warto już do tego święta odpowiednio się przygotować.

Mateusz_1

Jeden Mateusz wziął św. Mateusza

Mateusz_2

Drugi Mateusz też

Mówiąc o przygotowaniu nie mam na myśli posprzątania grobów, kupienia zniczów, wieńców, najnowszego futra (choć w tym roku pewnie będzie koło 20 stopni). Uroczystość Wszystkich Świętych nie ma nic wspólnego ze Świętem Zmarłych. Coś takiego, jak święto zmarłych tak naprawdę w ogóle nie istnieje. Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych pojawia się oczywiście następnego dnia, 2 listopada. Nie jest to jednak święto i nie obejmuje swoim zakresem wszystkich zmarłych. Wspomnienie w kalendarzu liturgicznym to tak naprawdę dzień zwykły. Codziennie jest jakieś wspomnienie i dla niektórych może być ważnym świętować to wspomnienie, jednak nie ma takiej konieczności. Msze święte w kościołach odbywają się w rytmie dnia powszedniego. 2 listopada zaś wspomnienie obejmuje wszystkich wiernych zmarłych – a wiernych to znaczy takich, którzy zawierzyli Chrystusowi. Ma to oczywiste koneksje z uroczystością Wszystkich Świętych. O ile bowiem pierwszego dnia czcimy i wzywamy wszystkich tych, co do których już mamy pewność, że uzyskali zbawienie i przebywają w chwale Bożej, o tyle drugiego dnia myślimy o tych, którzy być może od tego zbawienia byli daleko, ale dążyli do niego starając się je osiągnąć.

Św. Daniel

Św. Daniel

Aleksandra

Ole przestały być rozróżnialne przez św. Aleksandrę

Nie mówimy natomiast o wszystkich zmarłych. Zmarłych ateistach, satanistach, tych, którzy odeszli od Boga. Choć oczywiście rozumienie słowa „wierny” może być różne. Możemy zatem mieć nadzieję na ostateczne nawrócenie wszystkich przed śmiercią, możemy też o wiernych myśleć w kategorii ochrzczonych. Albo nieochrzczonych, acz wierzących. Albo mnóstwo innych możliwych scenariuszy. Podstawowym znaczeniem jednak słowa „wierny” jest fakt ufności Bogu i podążania Jego ścieżką.

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy zarówno 1, jak i 2 listopada poogarniali nasze rodzinne groby i zatopili się w zadumie nad przemijalnością tego świata.

Kamil

Św. Kamil

Św. Weronika

Św. Weronika

W uroczystości Wszystkich Świętych chodzi jednak o coś zgoła innego. Ten dzień to moment ogromnej radości wśród wiernych Pańskich, ponieważ cieszymy się radością tych, którzy szli przed nami i pokazali nam, jak dojść do chwały Pana. Patrzymy na tych wszystkich grzeszników, ubłoconych po pachy, którzy zawołali do Pana i On wyciągnął ich z tego błocka. A potem oni poszli za Nim, żeby dotrzeć do Jego Królestwa, ale też żeby innym pokazać właściwą drogę. To dzień ogromnej radości z wielkiego daru życia wiecznego, które Bóg obiecał nam i tak wielu już udzielił. I dalej pragnie udzielać. Dzień zwykłych ludzi, takich jak my, którzy potrafili naprawdę do końca zaufać Chrystusowi. Ten dzień najbardziej ze wszystkich jest dla nas nadzieją na to, że nie tylko Chrystus zmartwychwstał i wniebowstąpił, ale że również my zmartwychwstaniemy i mamy szansę na wniebowstąpienie.

Joanna_2

Św. Joanna Myrrhbearer

Joanna_1

Św. Joanna d’Arc

W związku z uroczystością Wszystkich Świętych wiele środowisk katolickich rozpoczęło akcję, która mnie urzekła. Akcja polega na zmienianiu swoich zdjęć profilowych na portalach społecznościowych (głównie na Facebooku) na wizerunki świętych. Byłem jednym z pierwszych wśród znajomych, którzy natchnieni akcją dokonali podmianki, ale im bliżej 1 listopada, tym bardziej lawinowo zamiana profilówek się odbywała. Sytuacja była naprawdę wzruszająca, kiedy nawzajem z Żoną sobie relacjonowaliśmy na gorąco: „Ola z Mateuszem zamienili!” „Adam z Asią też zamienili!” i tak dalej. Kiedy poddawało się sugestię konkretnej osobie i ta osoba, z początku trochę niepewnie, ostatecznie decydowała się na zmianę z niekwestionowaną satysfakcją. Zadziwia jak wiele osób w dzisiejszych czasach pamięta o tym, kogo wspominamy w okresie przed i po 1 listopada, a przede wszystkim w trakcie. Dlatego właśnie postanowiłem w tym wpisie zamieścić galerię wybranych wizerunków dostępnych na portalu, z którego korzystam. Dlatego, że to piękna i wzruszająca akcja.

Honorata

Św. Honorata

Albert

Św. Brat Albert, czyli św. Adam

Oczywiście nie jest tak, że przeciwnicy obnoszenia się ze swoją wiarą nie stają w opozycji do akcji. Lawinowe zmiany zdjęć profilowych nazywają idiotyczną modą na ikony, pytają czy opłatkiem też się zamierzamy dzielić na Facebooku i twierdzą, że mają trudność z odbiorem tej sytuacji, bo portal z którego korzystamy nie jest w stanie przefiltrować wszystkich danych zgodnie z ich preferencjami, zanim wpadną w ich oczy. To akurat jest smutne. Świat jest wielki, a świat wirtualny jeszcze większy. A jednak z drugiej strony właśnie dzięki tej gigantycznej sieci oplatającej cały świat ludzie stali się sobie mniej odlegli niż kiedykolwiek w dziejach. Wprawdzie można gołym okiem zauważyć zagrożenie zatopienia się w „virtualu” kosztem życia w „realu”, ale jednocześnie da się zobaczyć, że dzięki „virtualowi” znamy całe mnóstwo ludzi, odbiorców naszych przekazów, których w „realu” nigdy byśmy nie spotkali. Założyłem konto na Facebooku żeby zagrać w polecaną mi grę. By w nią grać, musiałem mieć „sąsiadów”. By ich mieć, musiałem ich poszukać. I tak oto, grając w grę, zaprzyjaźniłem się ze śliczną dziewczyną z Tajwanu i brodatym Redneckiem z Ameryki. A skoro teren oddziaływania jest tak szeroki, a my – chrześcijanie – mamy obowiązek nieść Chrystusa do wszystkich narodów i robimy to naszym codziennym życiem, to taki sam obowiązek mamy nieść Chrystusa w świecie wirtualnym i na portalach społecznościowych. Naszym obowiązkiem jest właśnie oddziaływanie przekazem ewangelizacyjnym na wszystkich, których spotykamy – po tej czy po tamtej stronie komputera. Mamy obowiązek opowiadać o

Patryk wezwał św. Antoniego

Patryk wezwał św. Antoniego

Łukasz

Św. Łukasz

Chrystusie, a kto chce słuchać, będzie słuchać. A kto nie chce słuchać, może się od tego odciąć. Jedna znajoma, zazwyczaj mi przeciwna, taka, z którą toczę zacięte batalie o aborcję, napisała mi w obronie akcji: „Zupełnie nie wiem w czym problem – jak się ludziom podoba, niech mają wizerunki świętych jako zdjęcie profilowe, niech inni mają dynie i nietoperze. W zasadzie uważam, że to fantastyczna inicjatywa z tymi ikonami”. To podniosło mnie na duchu. Akcja podoba się nawet niektórym osobom, które na co dzień sceptycznie podchodzą do Kościoła i wiary w ogóle.

Pierwotnie notka miała nosić tytuł „Świętymi w Halloween”. Przeszła mi jednak przez głowę myśl, którą później ta sama, wspomniana już znajoma wyraziła w swoim komentarzu: „tylko nie kumam, czemu musi mieć charakter antyhalloweenowy”.

Św. Tomasz Morus

Św. Tomasz Morus

Ela wzięła św. Katarzynę

Ela wzięła św.Katarzynę

Można wyjaśniać dlaczego ma charakter antyhalloweenowy, ale w rzeczywistości prawdą jest, że tego typu inicjatywy nie powinny być „anty”, lecz raczej „pro”. Tak naprawdę nie mamy przede wszystkim w obowiązku walczyć ze zgubnym zabobonem Halloween. Przede wszystkim mamy obowiązek głosić Zmartwychwstałego Zbawiciela i wspominać chrześcijańskie tradycje. Inicjatywa zamieszczania na swoim profilu zdjęć świętych patronów przypomina nam o uroczystości Wszystkich Świętych. Która, wbrew pozorom, ma o wiele silniejsze oddziaływanie, niż Noc Wszystkich Duchów.

 

Maurycy

Patron bloga – św. Maurycy

Agnieszka

Św. Agnieszka

I choć mój blog to nie Facebook, i ja postanowiłem tymczasowo dokonać zmiany wizerunku. Bardzo przyzwyczaiłem się do mojego Maurycego od Hawranka (choć nigdy nie upewniłem się, czy nie jest to jednak Hawranek od Maurycego), ale dla tej szlachetnej okazji na chwilę może go zastąpić święty Maurycy z włócznią. Niech żyją wiecznie Wszyscy Święci! Alleluja!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 6 komentarzy

Postaw wszystko na jedną kartę

Kiedy studiowałem teologię bardzo mierził mnie przedmiot teologia duchowości. Teoria modlitwy i różnych szkół duchowości – nie czułem się w tym najlepiej. Nie w tym rzecz, że nie lubiłem teorii. Teoria to dla mnie najbardziej satysfakcjonująca część nauk teologicznych. Teoria dotycząca prawdziwości Pisma Świętego, dotycząca życia Chrystusa, Jego istoty. Teoria dotycząca dogmatów. Nie lubiłem teologii duchowości, bo teoria i duchowość nigdy nie szły mi w parze. Dla mnie duchowość to wtedy była sprawa indywidualna. Każdy człowiek ma swoją duchowość, a więc swój sposób przeżywania bliskości z Bogiem i nie zgadzałem się z tym, że da się to ubrać w teorię. Oczywiście nie do końca miałem rację, ale do teologii duchowości nigdy się jakoś nie przekonałem.

W teologii wciągnęła mnie teoria właśnie i te przedmioty, w których teoria przekładać się miała na praktykę, a nie praktyka na teorię. Zaangażowałem się więc w zajęcia z teologii fundamentalnej, trochę mniej z dogmatycznej, obocznie zaś z moralnej, a duchowości pozostawiłem na szarym korku. Teologia nigdy nie doprowadziła mnie także do utraty wiary – czym straszyli niektórzy. Nie miałem wątpliwości w istnienie Boga. Teorie fundamentalne i dogmatyczne jeszcze mnie w tej wierze utwierdzały. Po niedługim czasie przestałem sobie niestety zdawać sprawę z tego, że nie wystarczy wierzyć w Boga. Przede wszystkim należy wierzyć Bogu.

teologiaTeoria teologii powinna pchać w stronę praktyki, a ja zatrzymałem się na teorii. Odrzuciłem też przedmiot, ten który na praktyce się opierał, jako zbyt nieteologiczny. Bardzo szybko zapomniałem, że żywa wiara to nie wiara w dogmaty czy fakty o Jezusie, lecz bycie z tymże Jezusem w prawdziwej relacji. To wiara w obecność Jezusa w naszym życiu, w naszej codzienności. Modlitwa to nie odklepywane paciorki, lecz rozmowa z samym Bogiem. Nawet jeśli odmawiamy różaniec, nie jest on tylko przesuwanymi koralikami, lecz byciem z Bogiem, w Jego towarzystwie. Moja teologia, moje bycie „wybitnym” teologiem oparło się zatem na teorii, na Jezusie historycznym, na dogmatach i moralnym napominaniu, a nie na żywej wierze i kontakcie z Chrystusem zmartwychwstałym. Nie chcę przy tym powiedzieć, że żałuję, iż jestem piewcą dogmatyki, historyczności Jezusa i moralności katolickiej. To wszystko bardzo ważne rzeczy, które w odpowiedni sposób wykorzystane doprowadzą nas do prawdziwego Zbawiciela. Jednak bez duchowości, bez osobistej, prawdziwej wiary, bez osobistego kontaktu z Bogiem te teorie są tylko czczą gadaniną.

Miewam takie momenty w życiu, gdy zdaję sobie sprawę z małości mojej osobistej wiary. Gdy zdaję sobie sprawę, że w każdym większym fragmencie Pisma Świętego jestem w stanie znaleźć mniejszy fragment, który nakazuje mi napominać bliźniego. Że zwracam właśnie uwagę na tę teorię, ewentualnie praktykę u innych, ale omijam ją u siebie. Ostatnio po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że w moim życiu nie trzeba tylko ludzi, do których mogę przemawiać, którym mogę dawać rady, lecz przede wszystkim realnej obecności Chrystusa, takiego tu i teraz, obok mnie, szepczącego do ucha, albo wręcz wrzeszczącego. I po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że nie można być teologiem, nawet takim wcale niewybitnym, jeśli nie żyje się wiarą, jeśli nie przyjaźni się z Jezusem, jeśli nie rozmawia się z Bogiem w swojej codzienności.

Momentem, w którym zdałem sobie z tego sprawę, nie był moment, w którym dowiedziałem się o śmierci naszego trzeciego dziecka. To wydarzenie miało miejsce tydzień wcześniej, w czasie spotkania wspólnoty Domowego Kościoła. Przeżyłem najpierw bardzo budującą spowiedź. Potem usłyszałem kilka mądrych słów już na samym spotkaniu. Wreszcie rozmowa z moją Żoną pozwoliła mi zrozumieć, że za bardzo dążę do krytyki innych, a za mało wgłębiam się we własną relację z Jezusem. Tydzień później dowiedziałem się, że straciliśmy dziecko, ale już od tygodnia pracowałem nad swoją wiarą. Bardzo trudne wydarzenie nie sprawiło, że moja wiara się rozproszyła – wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się wzmocniła. Zacząłem odmawiać nowennę pompejańską – o niej jeszcze napiszę z pewnością. Zbliżyłem się do Boga ponownie. I choć pewnie będę się jeszcze od Niego oddalał, to mam nadzieję, że nigdy na tyle daleko, bym nie mógł doń znów powrócić.

Nie piszę tej notki tylko po to, by przed kimkolwiek się korzyć. Piszę ją, bo jak zwykle mam pokusę moralizowania i wskazywania palcem w stronę innych. W sumie od tego mam Was, drodzy czytelnicy. Piszę ją po to, by wszyscy, do których dotrę mogli dowiedzieć się, że można nie wiem jak wiele teoretyzować, nie wiem do jak wielu cytatów z Pisma Świętego sięgać, nie wiem jak często chodzić do kościoła, ale bez prawdziwej, żywej relacji z Chrystusem to wszystko są śmieci. To wszystko do wyrzucenia.

Należy w życiu wszystko postawić na jedną kartę. Wszystko postawić na ostrzu noża. Pozamykać wszystkie pouchylane furtki, by pozostać w ciasnym, ale bezpiecznym pomieszczeniu – pomieszczeniu miłości Pana Boga. Jest tylko jedna karta, na którą warto postawić w życiu wszystko, a tą kartą jest Jezus Chrystus. Jeśli zatem zaczniemy w naszym życiu od zaufania Panu, On pomoże nam poukładać wszystkie nasze teorie, moralności i upomnienia. Życzę Wam tego z całego serca!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Śmierć są to panny mądre i głupie

Miałem niedawno kilka myśli związanych ze śmiercią. Czym właściwie jest śmierć, dlaczego tak nas przeraża, jest dla nas taka trudna? Może przede wszystkim dlatego, że zgodnie z Bożym objawieniem ludzie na początku nie powinni byli umierać. Człowiek, jak mnie uczono, miał możliwość nieumierania – a nie niemożliwość umierania. Gdyby ta druga opcja wchodziła w rachubę, żaden grzech nie pociągnąłby go ku śmierci. W pierwszym przypadku jednak wybierając nieposłuszeństwo, człowiek wybrał śmierć dla siebie. Drugim powodem, dla którego boimy się śmierci jest fakt utraty kogoś bliskiego. Pożegnanie z nim na dłużej, niż tylko na kilka godzin. Tak naprawdę na zawsze – to jest do końca naszego własnego życia. I trzeci powód to fakt, że nigdy tak do końca nie jesteśmy gotowi na własną śmierć. Ktoś mi niedawno powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie.

„Wtedy z królestwem niebieskim będzie podobnie jak z dziesięcioma pannami, które wzięły lampy i wyszły naprzeciw pana młodego. Pięć z nich było głupich, a pięć mądrych. Głupie wziąwszy lampy nie zabrały z sobą oliwy. A mądre wzięły razem z lampami naczynia z oliwą. Kiedy pan młody się spóźniał, ogarnęła je senność i wszystkie zasnęły. O północy rozległo się wołanie: – Pan młody nadchodzi, wyjdźcie mu naprzeciw. Wtedy wszystkie panny zerwały się ze snu i przygotowały lampy. A głupie powiedziały do mądrych: – Dajcie nam trochę waszej oliwy, bo lampy nasze gasną. Lecz mądre odpowiedziały: – O nie! Nie wystarczyłoby dla was i dla nas. Idźcie raczej do sprzedawców i kupcie sobie. A kiedy tamte poszły kupować, nadszedł pan młody i te, które były gotowe, weszły razem z nim na wesele. I zamknięto drzwi. W końcu przychodzą i pozostałe panny, mówiąc: Panie, panie, otwórz nam! – On zaś odpowiedział: Zaprawdę powiadam wam: Nie znam was. Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25,1-13).

Moment przyjścia pana młodego to tak naprawdę koniec świata. Wejdziesz albo nie wejdziesz – bo albo się przygotowałeś, albo nie. Ktoś mi powiedział, że nigdy nie jest dobry czas na umieranie. A ja powiadam odwrotnie – na umieranie zawsze jest dobry czas. Tylko i wyłącznie dlatego, że nigdy nie wiemy kiedy Pan Bóg po nas przyjdzie. Nie znamy dnia ani godziny – o tym sam Mesjasz nam powiedział. Nie znamy dnia ani godziny, zatem musimy nieustannie czuwać. Musimy zaopatrzyć się w lampy i w oliwę do lamp, bo kiedy przyjdzie czas, nie będzie od kogo pożyczyć.

„Mówię [wam], bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, którzy się radują, tak jakby się nie radowali; ci zaś, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor 7,29-31).

Te słowa zapisał św. Paweł, mający czasem dość kontrowersyjne myślenie. Pisząc pierwszy list do Koryntian wierzył jeszcze prawdopodobnie w szybkie przyjście Chrystusa, tj. w zakończenie się czasu i powrót Jezusa z nieba na ziemię. Później zmienił nieco nauczanie, kiedy zorientował się, że Jezus jednak nie przyszedł. Ale dziś jego nauka jest wciąż ważna, jeśli zrozumiemy, że Jezus po każdego z nas przychodzi wówczas, gdy my umieramy. Śmierć to jest nasz mały koniec świata. Być może właśnie jedyny prawdziwy koniec świata, jaki istnieje. Dlatego musimy żyć tak, jakby w każdym momencie mogła przyjść na nas śmierć.

Śmierć była elementem konsekwencji, jakie spłynęły na nas w efekcie grzechu. Była jakby karą, nie wiadomo było, czy coś jest po śmierci. Ale przyszedł Jezus i naprawił śmierć. Sprawił, że coś, co dotąd nas wykańczało, teraz jest otwartą bramą do dalszej, lepszej drogi. Pytaniem tylko pozostaje, czy nie jesteśmy za bardzo przywiązani do naszego tu i teraz, żeby otworzyć się na światło bijące z wnętrza sali weselnej, z wnętrza Królestwa Bożego.

Wszyscy umierają i każdy kiedyś umrze. Śmierć nie jest końcem życia, lecz drzwiami, przez które można przejść na drugą stronę. Odchodząc zostawiamy bliskich, ale możemy mieć nadzieję, że oni do nas wkrótce dołączą. Do miejsca, w którym zawsze króluje pokój, w którym można oglądać Boga twarzą w twarz.

Pytanie tylko, czy na koniec, kiedy nadejdzie dzień i godzina, będziemy czekać, jak mądre panny, z lampkami płonącymi w dłoniach, czy jak głupie – gdzieś na targu kupować oliwę i spóźnimy się na zamknięcie drzwi. Jezus nam powiedział, co należy robić. Powtórzył to innymi słowy święty Paweł. A wiele, wiele lat wcześniej Bóg przemówił do Izraela:

„Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi” (Pwt 30,19-20).

A Bóg zawsze dotrzymuje obietnicy.

Pomysł na notkę powstał tydzień temu, gdy zmarł mój dziadek. Zastanawiałem się wówczas, czy znalazł się po stronie panien mądrych, czy głupich. Przyszło mi do głowy, że nasze trzecie dziecko nigdy nie pozna pradziadka…

Dziś już wiem, że również nasze trzecie dziecko Pan powołał do siebie. Śmierć nastąpiła kilka tygodni temu, dowiedzieliśmy się dopiero wczoraj. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny! Po każdego kiedyś Pan Zbawiciel przyjdzie.

On właśnie zmienił śmierć w życie. Bo po życiu następuje zmartwychwstanie. Wybierajcie więc życie.

Zacznij od Zmartwychwstania
od pustego grobu
od Matki Boskiej Radosnej
wtedy nawet krzyż ucieszy
jak perkoz dwuczuby na wiosnę
anioł sam wytłumaczy jak trzeba
choć doktoratu z teologii nie ma
grzech ciężki staje się lekki
gdy się jak świntuch rozpłacze
– nie róbcie beksy ze mnie
mówi Matka Boska
to kiedyś
teraz inaczej
zacznij od pustego grobu
od słońca
ewangelie czyta się jak hebrajskie litery
od końca

Ksiądz Jan Twardowski

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 komentarzy