Monthly Archives: Listopad 2013

Właściwy osąd

W ramach promocji i dyskusji nad książką „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać” Marty Brzezińskiej-Waleszczyk, w której stworzeniu wziąłem udział, biorę ostatnio, obok mojej Żony i kilkorga innych bohaterów, udział w najróżniejszych audycjach radiowych i programach telewizyjnych. Poniekąd jest to promocja, poniekąd ostra dyskusja, z jednej strony ze zwolennikami antykoncepcji, z drugiej jednak – dla mnie to największy wstrząs – z przeciwnikami antykoncepcji i naturalnego planowania rodziny.

Przez wzgląd na moje poglądy – poparcie dla metod planowania opartych na cyklu natury – odwołuję się w kilku ostatnich programach do fragmentu dokumentu soborowego Gaudium et Spes. Ponieważ jednak nie sposób wyjaśnić moje dokładne rozumowanie w czasie jakiejkolwiek audycji, postanowiłem tu, dla Was, opisać konkretnie o co mi chodzi.

Małżeństwo i miłość małżeńska z natury ukierunkowane są na płodność i wychowanie potomstwa

wielodzietniTak zaczyna się 50 punkt Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et Spes”. Odnośnie tego faktu żaden wierzący katolik nie powinien mieć wątpliwości. Co do tego, że celem małżeństwa jest płodzenie i wychowanie potomstwa, nie mamy wątpliwości także my, zwolennicy NPR – „skażeni” NPRem. Wiemy również jednak z wcześniejszych fragmentów tego samego dokumentu, że celem małżeństwa jest też zjednoczenie, czysta nierozerwalna miłość, wspólnota małżonków. Uznajmy zatem, że oba te cele są równoważne, acz najpierw wymagana jest miłość dwójki ludzi i jedność osób w związku, a dopiero potem mnożenie tej miłości: z natury rzeczy chęć rozdawania tej miłości innym, przede wszystkim swoim własnym dzieciom.

Już sam ten fragment, to krótkie zdanie potwierdza to, co mówię. Najpierw jest małżeństwo i miłość małżeńska, a dopiero potem kieruje się ono – w naturalny sposób – ku potomstwu. Nie śmiałbym jednak zaprzeczyć, że celem małżeństwa jest pojawienie się potomstwa i dobre jego wychowanie. Staram się spierać z mojego myślenia każdy przejaw mentalności antykoncepcyjnej – bo ja zwyczajnie staram się kochać dzieci tak, jak Pan nakazał mi je kochać.

Aby małżonkowie byli skłonni do mężnego współdziałania z miłością Stwórcy i Zbawcy

Na ten fragment zwracają szczególną uwagę przeciwnicy NPR. Ale ja też nie mogę ominąć tego fragmentu. Wiemy bowiem, że pierwszym przykazaniem danym człowiekowi od Boga były słowa „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” i, jak podkreśliłem wcześniej, jednym z celów małżeństwa jest płodność, otwieranie się na życie. My, małżonkowie, mamy obowiązek współpracować mężnie z Bogiem Stwórcą, który zaprasza nas do uczestnictwa w swoim dziele stworzenia. Co jednak ważne w środku tego cytatu pojawiają się słowa „Aby małżonkowie, nie zaniedbując pozostałych celów małżeństwa, byli skłonni do mężnego współdziałania”. A więc mamy być skłonni do działania ramię w ramię z Panem Bogiem, ale bez pędzenia na złamanie karku, bo „Bóg tak chce”, bez odrzucania wszystkiego tego, co jest w małżeństwie poza rozrodczością – a wręcz z naciskiem na inne cele małżeństwa, które w danym momencie mogą okazać się być ważniejsze od rozrodczości! Zatem – otwarcie na współdziałanie, otwarcie na życie, ale bez zaniedbywania męża, żony, innych obowiązków.

Małżonkowie wiedzą, iż są współpracownikami miłości Boga Stwórcy i jak gdyby jej interpretatorami w zakresie obowiązku przekazywania życia i wychowania, które powinny być uważane za ich właściwe zadanie

Ponownie podkreśla się właściwe zadanie (cel) i obowiązek przekazywania życia i wychowania. Ponownie podkreśla się także współpracę z miłością Boga Stwórcy. Ale w tym zdaniu pojawia się nowa jakość, mianowicie potrzeba „jak gdyby” interpretacji miłości (czy woli) Boga. Małżonkowie współpracują w wypełnianiu swych zadań i obowiązków – zgoda, ale także odczytują Bożą wolę w swoim życiu. Mają rozum, znają swoją aktualną sytuację i w związku z tym zastanawiają się, czy w danym momencie Bóg chce od nich, by dokonali swojego zadania, czy pragnie, by z jakichś powodów odłożyli je w czasie. Może się niektórym wydawać dziwne moje wspominanie o odkładaniu w czasie – tu tego nie ma przecież. Ale jest kawałek dalej. Tu jest potrzeba interpretacji miłości Bożej w dziedzinie przekazywania życia. Interpretacja, a nie pójście na żywioł.

Niech wspólnym zamysłem i wysiłkiem wyrabiają sobie właściwy osąd

Ten fragment wyrwałem z kontekstu, ale umieszczę go ponownie, by nie zarzucano mi, że piszę jak mi wygodnie. „Dlatego niech wypełniają swoje zadanie w poczuciu ludzkiej i chrześcijańskiej odpowiedzialności i z należnym Bogu szacunkiem, niech wspólnym zamysłem i wysiłkiem wyrabiają sobie właściwy osąd” – napisano w Gaudium et Spes. Mamy zatem wypełniać wyżej wymienione zadanie z odpowiedzialnością i szacunkiem Bogu. Odpowiedzialność – to nie jest „pójście na żywioł”! Odpowiedzialność to mądrość, to szukanie dobra, to myślenie przed działaniem. Nie działanie pochopne, ale też nie działanie w strachu czy przez naciski zewnętrzne z czyjejkolwiek strony. Do tego dochodzi element, który podkreśliłem: wyrabianie właściwego osądu. To jest ten konkretny fragment Gaudium et Spes, który rozumiem jako nakłanianie do zastanawiania się nad swoją dzietnością. Wyrabianie sobie właściwego osądu – w każdym momencie swojego życia – to zastanawianie się, czy w danym momencie czymś dobrym jest mieć następne dziecko, czy może raczej dobrym byłoby, gdyby go nie było. A może tak się zdarzyć, że dla większego dobra, z obiektywnych przyczyn, należy odłożyć poczęcie w czasie! Wspólny zamysł i wysiłek przy tym oznacza zawsze jedną decyzję obojga małżonków – nigdy nacisk jednego na drugie, z którejkolwiek strony. Ani to z małżonków, które chce nowego dziecka nie może wywierać nacisków na drugie, ani to, które chce odłożyć poczęcie, nie może naciskać na to pierwsze. Muszą podjąć jedną decyzję za pomocą wspólnego zamysłu – dla większego dobra.

Dążąc zarówno do swojego własnego dobra, jak i dobra dzieci

„…czy to już narodzonych, czy też oczekiwanych w przyszłości, uwzględniając warunki czasowe i okoliczności życiowe, tak materialne, jak i duchowe, a wreszcie niech mają na uwadze dobro wspólnoty rodzinnej, społeczeństwa doczesnego i samego Kościoła”.

Ileż to rzeczy musimy wziąć pod uwagę przy rozsądzaniu swojej decyzji dotyczącej rozrodczości! Po pierwsze musimy dbać o swoje dobro: dobro małżeństwa i każdego z małżonków. Jeśli zatem widzimy, że nowe dziecko przyniesie korzyść naszemu małżeństwu (czasem jak ktoś mi bliski ma kryzys małżeński, mówię mu: zróbcie sobie dziecko), pragniemy je przygarnąć, nie wahamy się przed poczęciem. Jeśli zaś widzimy, że kryzys naszego małżeństwa jest pogłębiony, bo nie dosypiamy, bo w dzień zajmujemy się gromadką dzieciaczków, a wieczorem padamy jak muchy i nawet nie mamy kiedy porozmawiać, musimy pomyśleć, czy aby nie lepszym od poczęcia kolejnego rozwrzeszczanego Bożego daru rozwiązaniem jest handel dziećmi (np. sprzedanie ich do dziadków) i małżeński wyjazd sam na sam, bez żadnych małych potworków (to było ironiczne).

Po drugie trzeba zastanowić się nad dobrem dzieci. Wiemy, że dziecku doskonale robi rodzeństwo. Najlepiej co najmniej dwójka. Wówczas nie wychowamy jedynaka, dorosłego egoisty (nie zawsze, ale trudno jest wychować jedynaka tak, żeby nie był egoistą), tylko człowieka, który umie żyć z innymi, dzielić się i rozwiązywać konflikty. Wiemy też jednak, że jeśli nie mam co nałożyć na talerz swojej czwórce dzieci (mówię tu dosłownie – o nakładaniu na talerz, a nie o „pewnym standardzie” czy „jakości” życia, „zapewnieniu przyszłości”, które tak często stają się egoistyczną wymówką), nielogiczne i ze względu na tę czwórkę, i na piąte oczekiwane, byłoby robienie sobie tego piątego. Do tego dochodzi też narażanie kolejnych dzieci na choroby genetyczne – jeśli mamy już dwójkę czy trójkę chorych, możemy mieć wątpliwości, czy pragniemy podobny los gotować kolejnemu. To jest jednak argument do rozważenia we własnym sumieniu – chore dzieci też są szczęśliwe, a rodzice takich dzieci mogą widzieć sens w sprowadzaniu ich na świat.

Po trzecie musimy uwzględnić warunki czasowe i okoliczności życiowe. W danym zatem momencie życia możemy mieć przekonanie, że nie powinniśmy mieć więcej dzieci, bo nasze warunki finansowe są opłakane, albo np. straciliśmy pracę i zostaliśmy wyrzuceni na ulicę. W takich warunkach płodzenie nowych dzieci może wydawać się nielogiczne (acz – znowu – wszystko zależy od osobistego myślenia danego małżeństwa). Warunki czasowe i życiowe mogą jednak się zmienić i zmieniają się – z cyklu na cykl. Dlatego każdy kolejny miesiąc, każdy kolejny cykl organizmu kobiety to dla każdego małżeństwa nowa decyzja. Małżonkowie odkładają poczęcie w jednym cyklu, ale w następnym podejmują nową, wspólną decyzję – odłożyć czy się starać? Nie ma jednorazowej decyzji („nie chcę” czy „nie mogę” mieć więcej dzieci), lecz jest decyzja podejmowana każdego dnia na nowo. Wczoraj nie mogłem (choroba), ale dziś już mogę (leczenie). Mówienie o chciejstwie jest w ogóle żadnym argumentem. Nie mamy zastanawiać się nad tym, czego chcemy my – tylko czego chce Bóg. Ale mamy rozsądzać to w czasie i okolicznościach.

Po czwarte wreszcie musimy brać pod uwagę dobro rodziny, społeczeństwa i Kościoła. Oczywiście, ultrakatolikom może wydawać się, że dobrem rodziny, społeczeństwa i Kościoła jest mnożenie się na potęgę, bo tym samym dajemy świadectwo naszego życia, naszej miłości. To wszystko prawda! Ale nie zawsze. Świadectwo wielodzietoności jest czymś wspaniałym, ale po pierwsze bierzmy to na logikę, a po drugie nie rzucajmy się w wir płodności tylko po to, by komuś coś pokazać. Dobrem społeczności w której żyjemy nie musi być tylko nieustająca rozrodczość. Czasem – znów zależnie od osobistego rozeznania – może się okazać, że dla większego dobra należy na jakiś czas odłożyć dalsze rozmnażanie się. Wszystko zawsze zależy od okoliczności.

Osąd taki małżonkowie winni wyrobić sobie sami, w obliczu Boga

Znów – małżonkowie jako jedność wyrabiają w danym momencie swój osąd. Swój własny. Niezależny od nacisków rodziców, społeczeństwa, księdza proboszcza – choć mogą oczywiście sugerować się tymi sygnałami w swoich przemyśleniach. Jeśli ktoś wykazuje małżonkom, że są zamknięci na życie, że mają mentalność antykoncepcyjną, mogą oni przemyśleć i odrzucić te słowa, ale mogą też zastanowić się, czy ktoś, kto im to mówi, nie ma racji. Bardzo ważne przy tym są słowa „w obliczu Boga”, ponieważ małżonkowie nie mogą brać pod uwagę tylko swoich egoistycznych pomysłów, swoich lęków i obaw, swoich przyjemności i nieprzyjemności, lecz przede wszystkim wolę Boga. A Bożą wolę rozpoznaje się nie poprzez współżycie kiedykolwiek i „otwieranie” się na Jego decyzje (trochę takie kazmikaze), ale poprzez pytanie samych siebie, znając Pismo Święte i nauczanie Kościoła, o to, co Bóg chciałby w tym momencie ode mnie. Na podstawie tych przemyśleń każdy katolik w każdym momencie swojego życia, we wspólnocie ze współmałżonkiem, podejmuje decyzję o dalszym dawaniu życia.

Małżonkowie chrześcijańscy niech będą świadomi tego, że nie mogą działać jedynie według własnego uznania

„…lecz zawsze powinni się kierować sumieniem zgodnym z prawem Boskim, posłuszni Nauczycielskiemu Urzędowi Kościoła, który interpretuje je autentycznie w świetle Ewangelii”.

Fragment ten rozwija to, co napisano w poprzednim zdaniu. Kładzie tu jednak większy nacisk na rolę Kościoła, prawdziwego sumienia, Ewangelii i Bożego prawa w kształtowaniu naszych decyzji o płodności. O ile w poprzednim zdaniu znaczenie miała osobista decyzja, osobisty osąd małżonków (bez podlegania czyimkolwiek naciskom) o tyle to zdanie zwraca uwagę na zewnętrzne głosy prawidłowo kształtujące myślenie małżonków. Trzeba podkreślić, że nie wyklucza się to, a wręcz współdziała ze sobą – ponieważ niezależni od innych, połączeni osobistym sakramentem małżonkowie kształtują swoje sumienie i myślenie trwając w Kościele świętym. A więc w każdej dziedzinie swego życia, także w dziedzinie rozrodczości, mają obowiązek podejmowania decyzji w oparciu o to, co mówi Kościół, w którym trwają.

Ufając Bożej opatrzności i wyrabiając w sobie ducha ofiary, sławią Stwórcę

„…i dążą do doskonałości w Chrystusie wówczas, gdy zadanie zrodzenia dzieci spełniają ze szlachetną ludzką i chrześcijańską odpowiedzialnością”.

I kolejny fragment przytaczany przez przeciwników NPR. Jednak nie sądzę, by można było na jego podstawie odrzucić metody rozpoznawania płodności czy nawet metody planowania rodziny. Możemy tylko powiedzieć, że małżonkowie, którzy łączą się w Kościele, mają codziennie rozpoznawać Bożą wolę i każdego dnia ufać Mu, Jego opatrzności, by coraz pełniej otwierać się na nowe życie. Musimy podkreślić też jednak, że takie otwieranie się musi być mądre i logiczne, a zadanie zrodzenia dzieci musi być spełniane z odpowiedzialnością (a zatem nie na chybcika, nie na odwal się, tylko dlatego że ktoś nam kiedyś powiedział, że Pan Bóg chce, byśmy mieli jak najwięcej dzieci).

Należy szczególnie wspomnieć tych, którzy podejmują się odpowiedniego wychowania, nawet liczniejszego potomstwa

Znów, pozornie, punkt dla przeciwników NPR, ostatnio w środowisku nazywanych „wielodzietnymi” (ze względu na ich portal internetowy wielodzietni.org.pl), ale pozornie tylko. Po pierwsze bowiem ci, którzy stosują NPR, też wielokrotnie są wielodzietni (i ja z założenia jestem wielodzietny, choć póki co mam tylko dwójkę). To, że logicznie planujemy nasze poczęcia na odpowiedni moment nie oznacza, że nastawiamy się przeciwko dzieciom, że myślimy antykoncepcyjnie. Po drugie zaś to znów jest tylko fragment cytatu, a całość brzmi: „Pośród małżonków w ten sposób czyniących zadość zadaniu powierzonemu im przez Boga, należy szczególnie wspomnieć tych, którzy przez wspólną i roztropną refleksję wielkodusznie podejmują się odpowiedniego wychowania, nawet liczniejszego potomstwa”. A więc szczególny nacisk, szczególny szacunek mamy do tych, którzy nie ograniczają w sposób niepotrzebny liczby swoich dzieci, zatem wielodzietnych właśnie. Pamiętajmy jednak, że owi wielodzietni mają się podejmować wielkodusznie odpowiedniego wychowania, a nie tylko zrodzenia i przepędzenia przez życie. Kładziemy nacisk na wychowanie, a nie tylko na zrodzenie – abyśmy nie musieli potem bronić się przed zarzutem patologii, co często się dzieje. Do tego zaś, ponownie, dochodzi aspekt wspólnej i roztropnej refleksji, zatem wewnątrzmałżeńskiego rozeznania woli Bożej. Najpierw myślenie, najpierw zastanawianie się i zrozumienie, a dopiero potem działanie ku wielodzietności.

Małżeństwo nie zostało jednak ustanowione jedynie w celu zrodzenia dzieci

„…bowiem nierozerwalny charakter przymierza pomiędzy osobami i dobro potomstwa wymagają, aby również wzajemna miłość małżonków, okazywana we właściwym porządku, rozwijała się i dojrzewała. Dlatego, choćby brakowało tak często upragnionego potomstwa, małżeństwo trwa jako związek i wspólnota całego życia, zachowując znaczenie i nierozerwalność”.

I tutaj wracamy do punktu wyjścia. Pomimo tego, że jednym z celów małżeństwa jest zrodzenie i wychowanie potomstwa, jeśli nie ma dzieci, nie traci ono ważności. Pierwszym celem w kolejności, a równorzędnym w znaczeniu, jest dopełnianie i rozwój wzajemnej miłości małżonków. To musi dokonywać się obok miłości do dzieci, pomimo dzieci, pomimo ich braku, czasem również wbrew dzieciom. Mąż dla żony, zaraz po Bogu, stanowi zawsze priorytet, a żona dla męża. Nigdy dzieci nie mogą stać się ważniejsze (chyba tylko w przypadku dbania o powierzone nam dobro, czyli np. kiedy musimy chronić ich życie) od współmałżonka i nigdy ciąg ku zrodzeniu nie może stać się przeważający nad miłością do współmałżonka. Najlepiej, gdy te dwie kwestie się dopełniają. Ale miłość do dzieci nie zawsze stanie się pociągająca w stronę miłości do małżonka. Musi być na odwrót.

Moje podsumowanie

Kościół, rozumiejąc wolę Boga kładącą nacisk na rozmnażanie i zaludnienie ziemi (to przykazanie czy błogosławieństwo nie przestaje być ważne i dzisiaj) namawia nas do wielkoduszności i otwartości – całkowitej otwartości – na życie, ale przy jednoczesnym myśleniu i wspólnym decydowaniu. Namawia nas do współpracy z wolą Boga i z Jego aktem stwórczym, ale przy jednoczesnym niezaniedbywaniu innych potrzeb i celów małżeństwa. Mamy zatem, jako katolicy, być całkowicie otwarci na życie, zamknięci na swój własny egoizm i własne „chciejstwo”, zamykający się na własne strachy i obawy, ale przy jednoczesnym braniu pod uwagę dobra naszego, naszych dzieci i społeczeństwa.

Nie mogę w tym wszystkim odebrać czci „wielodzietnym”, którzy zdecydowali, że chcą całkowicie oddać się woli Bożej i dlatego „idą na żywioł”, współżyją kiedy ich najdzie, płodzą i rodzą dzieci bez planowania. To jest ich rozeznanie, ich decyzja na podstawie rozumienia Bożej miłości, Bożej woli. Nie jest tak, że oni żyją w pełnej otwartości bardziej, niż my, że żyją poza schematem. Choćby dlatego, że każda kobieta, która choć pobieżnie zna swoje cykle, jest w stanie powiedzieć, kiedy ma okres płodny, a więc kiedy współżyjąc z dużym prawdopodobieństwem zajdzie w ciążę. Jeśli zatem takie małżeństwo współżyje kiedy wiatr zawieje, automatycznie decyduje się, że w danym momencie chce mieć dziecko, chce uczestniczyć w stwórczym dziele Boga. To nigdy nie jest tak, że oni idą do końca na żywioł. To raczej jest tak, że w danym momencie nie widzą poważnych przeciwwskazań do rodzenia dzieci, a więc decydują się rodzić, nie planując (ich planem jest nieplanowanie, a zarazem planują – tylko nie na konkretny termin, lecz w ogóle). Nie widzę powodu, by pewnego dnia nie nadszedł taki moment, abym i ja z moją Żoną podjął decyzję, że nie ma żadnych obiektywnych przeciwwskazań do posiadania dajmy na to czwórki kolejnych dzieci i abyśmy zwyczajnie poszli na żywioł.

nprNie widzę też jednak powodu, by zaniechać obserwacji organizmu kobiety, która to obserwacja przynieść może wiele pozytywnych skutków, nie tylko zaś może pomóc zaplanować potomstwo (o tych skutkach innym razem). Nie widzę powodu, by obserwujących płodność oskarżać o walkę z wolą Bożą, o strach czy mentalność antykoncepcyjną (zamiennie – o zgrozo – mentalność NPR). My, używający NPR, nie walczymy z wolą Boga, ponieważ Kościół nakazał nam rozeznawać wolę Bożą wobec nas – każde małżeństwo we własnym imieniu i we własnym zakresie. Przytoczę tu zatem słowa, które zamieściłem kiedyś na Facebooku: NPR nie jest dozwolonym sposobem na odchodzenie od woli Bożej. Jest narzędziem wspomagającym rozeznanie i wypełnianie woli Bożej w naszym życiu. Trzeba to podkreślić stanowczo…

A zatem: jeśli w danym momencie nie widzimy żadnych przeszkód ku temu, by się rozmnażać i chcemy mieć więcej dzieci, planujemy poczęcie i – można użyć tych słów! – idziemy na żywioł. Tak było kiedy planowaliśmy poczęcie naszej Córki. Planowaliśmy poczęcie, poszliśmy na żywioł i Pan Bóg… kazał nam czekać pół roku. Czy Córka jest zaplanowana? Jest! Przez nas? Tak. Przez Pana Boga też – bo to była Jego wola, że to dziecko będzie później. Jeśli jednak w danym momencie widzimy obiektywne przeszkody w kwestii poczęcia, korzystamy z narzędzi wyprodukowanych przez Pana Boga, którymi są cykle organizmu kobiety, po to, by odłożyć poczęcie w czasie. Nie uciekamy przed wolą Boga – Jego wolę widzimy w tym, że teraz nie jest dobry czas na rozrodczość. Na przykład w tym momencie odkładamy. Po poronieniu zaleca się bowiem odczekać trzy cykle zanim rozpocznie się starania o kolejne dziecko – ze względu na bezpieczeństwo tego właśnie kolejnego dziecka. Organizm kobiety powinien zdążyć się zregenerować. Nasz Trzeci nas opuścił przedwcześnie i wypada, by na Czwartego poczekać trochę dłużej. Dlatego obserwujemy się i podejmujemy wstrzemięźliwość, dla dobra mojej Żony i naszych kolejnych dzieci.

Sobór Watykański II mówi nam jak należy żyć, by jednocześnie trwać w otwartości na życie, lecz jednocześnie w odpowiednich momentach odkładać poczęcie. „Odkładać poczęcie” ma wydźwięk opcjonalny – podstawowym zadaniem jest rodzenie i wychowywanie, odkładać należy tylko w określonych, obiektywnych sytuacjach. Co nie znaczy, że złym jest wszelkie planowanie, wszelkie odkładanie, tak jak złym nie jest „pójście na żywioł”. Każda z tych dróg jest dobra, dopóki jest rozeznana w sumieniu małżonków, zgodnie z wolą Boga.

______________________________________________________________

Cytaty pochodzą z Gaudium et Spes, 50;
Sobór Watykański II, Konstytucje, Dekrety, Deklaracje, tekst łacińsko-polski, Poznań 2008

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 komentarze

Wszystko o seksie bez antykoncepcji

Po wpisie o śmierci, zaufaniu Bogu, Wszystkich Świętych i tym o papieżu, który wynosi mój blog na wyżyny popularności (czy zdołam ją udźwignąć?), pora na małą autopromocję. Czyli znów na wynoszenie się na wyżyny popularności, którą zamierzam jakoś udźwignąć.

SeksbezaA tak na serio to pragnę tylko książkę promować, i to nie moją, tylko znajomej pani dziennikarki Marty Brzezińskiej-Waleszczyk. Książka nosi długi, acz chwytliwy tytuł „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać”. I powstała przy małym współudziale moim i mojej Małżonki. Książka bowiem, wydana przez wydawnictwo Fronda, którego Marta jest pracownikiem, zawiera serię wywiadów Marty Brzezińskiej-Waleszczyk z parami małżeńskimi, które w swoim życiu nie stosują antykoncepcji. Decydują się zatem na życie w zgodzie z Bożym planem dotyczącym siebie i swojej rodziny, w zgodzie z prawem naturalnym (które naprawdę istnieje – to nie Kościół zaprogramował cykle w organizmie kobiety) i prawym sumieniem – a więc bez używania antykoncepcji, z całkowitym otwarciem na współmałżonka i z otwarciem na życie.

Książka zawiera szesnaście wywiadów z czternastoma parami małżeńskimi lub pojedynczymi ich przedstawicielami (dwie pary małżeńskie udzieliły wywiadów niezależnie od współmałżonka), z najróżniejszym stażem małżeńskim – kilku, kilkunastu i dwudziestokilkuletnim – i z różną liczbą potomków, ale spośród których wszystkie przestrzegają od początku zasady: brak antykoncepcji w naszym życiu. Oczywiście nie oznacza to, że każde z tych małżeństw mnoży się na potęgę. Wręcz przeciwnie – logicznie, mądrze planują rozwój swojej rodziny, ilościowy i jakościowy, korzystając z tego, czym Pan Bóg na drodze natury człowieka obdarzył – z obserwacji naturalnych objawów organizmu kobiety. Wiemy bowiem, że jeśli nawet istnieją takie gatunki w przyrodzie, które rozmnażają się automatycznie w wyniku jakiejkolwiek kopulacji (a o zwierzętach można tak powiedzieć), to o człowieku tego powiedzieć nie można. Kobieta jest płodna tylko przez kilka dni w cyklu (rozpoczynającym się i kończącym miesiączką) i współżycie tylko w okresie tych kilku dni może doprowadzić do poczęcia potomka. Pozostałe dni to tzw. dni niepłodne, w które można współżyć nie spodziewając się poczęcia.

MałżeMałżeństwa, które wzięły udział w stworzeniu książki nie mają jednak nastawienia antykoncepcyjnego. Wprawdzie wiele osób zauważa, że MRP (metody rozpoznawania płodności) można też stosować z nastawieniem antykoncepcyjnym, czyli robić tak, żeby w żadnym wypadku nie mogło dojść do poczęcia. Małżeństwa z tej książeczki jednak nie blokują działalności Pana Boga w ich życiu – każde dziecko, które poczęłoby się, również w wyniku błędu pomiarowego, zaniedbania czy cudu, przyjęliby z otwartością i miłością. To odróżnia je od osób, które wprawdzie po katolicku podchodzą do małżeńskiego współżycia bez antykoncepcji, ale jednocześnie robią wszystko, by ze strachu przed dzieckiem czy innymi konsekwencjami do poczęcia nie dopuścić.

Ale cóż będę pisał więcej? Jaki jest sens rozpisywania się, kiedy dziś tak naprawdę przyszedłem tylko polecić książkę? Jeśli szukamy odpowiedzi na temat metod planowania, sposobu radzenia sobie w małżeństwie z czasami wstrzemięźliwości, informacji o różnicach między NPRem a antykoncepcją, warto odpowiedzi poszukać w książce wydanej przez Frondę, autorstwa Marty Brzezińskiej-Waleszczyk, pt. „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać”.

Zapraszam do zakupu w „Księgarni Ludzi Myślących”. Fejsbukowiczów zapraszam też na profil na Facebooku: Seksbeza ;).

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 9 komentarzy

Nie lubisz naszego Papieża?

Jestem katolikiem, wszyscy moi czytelnicy dobrze to wiedzą. Z całą pewnością popełniam błędy, grzechy, popadam w dogmatyzm bez wgłębienia się w wiarę, ale staram się jak mogę być wiernym synem Kościoła katolickiego. I nie ma tu żadnych „ale”, bo żadnych „ale” być nie może. Można być katolikiem, albo można nim nie być. Nie można być trochę katolikiem. Skojarzenie „letni katolik” wiąże się ze słowami Jezusa, zawołującymi byśmy byli albo zimni, albo gorący – nigdy letni. Ja nie lubię tego połączenia słów, wolę zbitkę „niedzielny katolik”. Taki, który do kościoła pójdzie w niedzielę, ale życie swoje pędzi jakby obok. Żyje po swojemu.

Jak napisałem kilka wpisów wcześniej, miewałem w życiu różne chwile. Czasem byłem gorliwym ortodoksem w praktyce, czasem tylko w teorii – próbując swoim życiem oszukać Boga. Bywałem prawdopodobnie i niedzielnym katolikiem. Wiem jednak, że moje miejsce jest jak najbliżej tego światła, tego ognia którym jest Bóg, a najbliżej w naszym ziemskim życiu jest w Jego Kościele. Dlatego wiernie trwam przy tym Niebie na Ziemi, które trwa już 2000 lat. Nie oszukujmy się jednak, nawet Kościół w ciągu wieków przechodził burze i pewnie wielu wiernych sądziło, że z nich nie wyjdzie. Zawsze jakoś wychodził na prostą i dla mnie to jest dowód, że nad Kościołem czuwa Duch Święty. Że Duch Święty jest w Kościele.

To wszystko nie oznacza, że jeśli coś niepokoi mnie w Kościele, do którego przynależę, to nie wolno mi tego komentować, nie wolno mi zwracać na to uwagi. Nie mam być jak baranek, który pójdzie wszędzie, gdzie go poprowadzą, choćby doprowadzili go na skraj wulkanu i chcieli zrzucić wgłąb. Nie mam być jak to się mówi, jak Polak-katolik: mierny, bierny ale wierny. Wręcz przeciwnie – jeśli coś mnie niepokoi, mam obowiązek zwracać na to uwagę, jeśli czegoś nie rozumiem lub z czymś się nie zgadzam, mam obowiązek pytać i wyjaśniać. Jeśli widzę realne zagrożenie, mam obowiązek zwracać innym uwagę na to, co widzę, nawet jeśli miałbym się pomylić. Jeśli bowiem nawet się mylę, to zwrócenie innym uwagi na niepokojące mnie zjawisko może wyłącznie doprowadzić do użycia przez nich rozumu i rozpatrzenia moich argumentów. Jeśli zaś się nie mylę, dobrze jest gdy ostrzegę innych przed czyhającym niebezpieczeństwem.

Tak oto wolno mi zwracać uwagę na postawę szeregowego wiernego czy szeregowego teologa (jak na przykład osoby usprawiedliwiające używanie antykoncepcji czy Jan Turnau naciskający na wprowadzanie w Kościele zmian niezgodnych z nauczaniem tegoż Kościoła). Wolno mi zwracać uwagę na postawę kapłanów, osób ze święceniami prezbiteratu (na przykład ks. Lemański albo Boniecki, o których na blogu już wspominałem). Wolno mi nawet zwracać uwagę na to, co mówią lub robią biskupi (jak śp. bp. Życiński, stały współpracownik Gazety Wyborczej, czy bp. a nawet kardynał Nycz, bieżący z Komunią Świętą do Bronisława Komorowskiego – o tym też już pisałem). Jeśli poważnie niepokoi mnie zachowanie i postawa samego Papieża, dlaczego miałoby mi nie być wolno zwrócić na nią uwagi?

Pierwsze wrażenie

Kiedy po ustąpieniu z tronu św. Piotra papieża Benedykta XVI zwołano konklawe i w szybkim tempie wybrano następcę, wszyscy spodziewali się zgoła innego wyniku dociekań kardynałów. Gdy wyszedł zawołany kard. Jorge Mario Bergoglio, cały lud zamarł. Słychać było w panującej ciszy taki niemy okrzyk „co jest, kurde?” Nie spodziewano się, że to właśnie ten człowiek, kardynał Kościoła południowoamerykańskiego, zostanie nowym papieżem. Nie było w tym oczywiście nic złego, jako i w tym, że wybrał sobie imię Franciszek, którego to imienia nigdy wcześniej nie nosił żaden papież. Kłopoty ze zrozumieniem postawy nowego papieża zaczęły się pojawiać, gdy wyszedł do ludzi bez purpurowego płaszcza i w czarnych trzewikach, zamiast czerwonych. Kłopoty – ponieważ to zachowanie wywołało w ludziach skrajne reakcje. Jedni radowali się i unosili w entuzjazmie, że oto pojawił się niezwykle skromny papież, gotów poświęcić symbolikę dla ubóstwa. Drudzy denerwowali się, że Franciszek grzebie stulecia tradycji papieskich, grzebie symbole męczeństwa i władzy, by pokazać, jak bardzo jest skromny. Mnie to zachowanie ani nie ucieszyło, ani nie zdenerwowało. Nie przykładałem do tych spraw zbyt wielkiej wagi wcześniej i nie przykładałem jej teraz. Zaciekawił mnie motyw zamieszkania u sióstr zamiast w pałacu, zaciekawiło mnie jeżdżenie autobusem z kolegami kardynałami, zamiast limuzyną, ale wówczas wiele osób mówiło, że to jest jego naturalny styl bycia, skromność i sposób przeżywania swojego kapłaństwa. Do tego pochodzenie z konkretnego kręgu kulturowego. Byłem jednym z członków Kościoła, którego ta osobista franciszkowa pochwała ubóstwa także urzekła.

FranciszekTroszkę większy problem miałem z zaniechaniami czy naciągnięciami dotyczącymi czystości liturgii. Pewien portal internetowy, którego nazwy nie pomnę, a który przez osiem lat pontyfikatu Benedykta XVI pochwalał i wywyższał czystość watykańskiej liturgii przez pierwszych kilka miesięcy pontyfikatu Franciszka działał w zupełnie inny sposób: obserwując liturgiczne poczynania Franciszka „wyrywał sobie włosy z głowy”, mówiąc w przenośni. Autorzy portalu nie mogli zdzierżyć najróżniejszych liturgicznych papieskich wygibasów, na które nie pozwalał sobie poprzednik tegoż. Oczywiście muszę podkreślić, że liturgia Benedykta była bardzo ortodoksyjna, wielokrotnie wręcz „przedsoborowa”. Franciszek zaś wyszedł do ludzi, prawdopodobnie niezwykle rzadko przekraczając graniczę przepisów liturgicznych, ale będąc w ich interpretacji od Benedykta XVI zdecydowanie bardziej otwartym. Portal o którym mówię przez jakiś czas narzekał, wreszcie stwierdził, że dłużej nie zdzierży i zarzucił swoją działalność. Reakcja środowisk mediów katolickich była jedna: śmiech. Założyciele portalu zostali ironicznie wyśmiani, ponieważ okazali się być bardziej papiescy od papieża i próbowali pokazać Franciszkowi jak ma prowadzić liturgię. I ja wówczas tak uważałem: papież to papież. Ma prawo przecież tak pokierować mszą świętą, jak uważa za stosowne. Prawo jest dla ludzi, a nie ludzie dla prawa… Ale niepokój pozostał.

Pierwsze wrażenie trwało do Światowych Dni Młodzieży w Rio, a dokładnie do ciekawego wywiadu, który Franciszek udzielił dziennikarzom w drodze powrotnej.

Rozmyć, rozmydlić

Zanim jednak odniosę się do kilku konkretnych słów, które padły w drodze z Rio, poświęcę chwilę na opisanie konkretnych komunikatów odnośnie nauczania Kościoła, które przekazuje papież Franciszek. Dodam, że nie jestem osobą, która śledzi każde pojedyncze słowo papieża i wie wszystko, co Franciszek powiedział. Stawiam się raczej na pozycji prostego katolika, być może z wykształceniem teologicznym, ale jednak zwykłego członka Kościoła.

Otóż na pierwszy rzut oka wydaje się, że z ust Franciszka nie padły dotąd żadne konkretne komunikaty odnośnie nauczania Kościoła. Nie mówię tu bynajmniej o tym, co papież mówi o Chrystusie, o miłosierdziu Bożym, o wierze. Mówię o nauczaniu moralnym Kościoła, o sprawach aborcji, homoseksualizmu czy nawet antykoncepcji – słowem, o konkretnych komunikatach, w których papież Franciszek zaznaczałby, że takie zachowanie jest dobre, a takie jest złe. Że taka jest nauka Kościoła, że taka jest tradycja i że te konkretne rzeczy nie ulegają zmianie. Mam na myśli takie mocne, konkretne uderzenie w stół, które było ogromnym udziałem Benedykta XVI i Jana Pawła II, a nie dało się go nijak przegapić, nawet mimo uwielbianej przez media kremówkowości. Tymczasem nie zwróciłem uwagi, by Franciszek zbyt często używał słów „grzech” czy „zło”. A nawet jeśli – by potępiał dany czyn, acz nie osobę. Wręcz przeciwnie, gdy pyta się Franciszka o kwestie moralne w Kościele, słychać słowa o braku oceniania, o miłosierdziu; gdy trzeba coś ostrzej zakomunikować, słychać, że wszystko już było komunikowane, więc nie ma potrzeby tego powtarzać. Tak jakby chciało się umyć ręce, zwalić na kogoś, kto był wcześniej. Ja to przynajmniej tak odbieram. I bynajmniej nie chcę powiedzieć, że wątpię w naukę o miłosierdziu. Miłosierdzie jest jak najważniejsze, Bóg miłosierny jest gotów każdy grzech przebaczyć. Potrzebny jest jednak komunikat, że grzech jest grzechem. Potrzebujemy usłyszeć od tak lubianego papieża, że robiąc coś niewłaściwego popełniamy grzech. Co natomiast słyszymy? Że „Nie możemy tylko upierać się przy sprawach związanych z aborcją, małżeństwami gejowskimi i stosowaniem metod antykoncepcji. To niemożliwe. Nie mówiłem o tym wiele i byłem za to strofowany. Ale kiedy mówimy o tych sprawach, musimy o nich mówić w kontekście. Nauczanie Kościoła w tych sprawach jest jasne, a ja jestem synem Kościoła, ale nie ma potrzeby mówienia tego cały czas. Nauczanie dogmatyczne i moralne Kościoła nie są sobie równoważne. Duszpasterstwo Kościoła nie może mieć obsesji na punkcie chaotycznego przekazywania mnóstwa doktryn do uporczywego wdrażania”. Może się mylę, ale zdaje się, że z podobnego tekstu można odczytać co się chce. Nie mówię już o najróżniejszych tłumaczeniach, w stylu „Kościół ma obsesję…” które przez jednych są potwierdzane, przez innych dementowane. Mówię natomiast o próbie skrzętnego ominięcia tematu. Papież nie mówi o kwestiach moralnych, bo: a) nauczanie Kościoła jest jasne, wszystko zostało już powiedziane i nie trzeba tego powtarzać – wszyscy wiedzą co i jak (i zapewne tego przestrzegają); b) nie ma równości między dogmatyką a moralnością – i choć nie jest powiedziane, która z nich jest ważniejsza, wydaje się, że zdaniem Franciszka lepiej się skupiać na dogmatach, czyli też kwestiach wiary, niż na moralności; c) Kościół (duszpasterstwo) nie może mieć (tudzież nie ma) obsesji na punkcie przekazywania (chaotycznego) doktryn (mnóstwa) do wdrażania (uporczywego). Przymiotniki jasno świadczą o tym, co próbuje powiedzieć papież. Zamiast mieć obsesję na punkcie dogmatów wiary czy moralności i próbować wdrożyć je w życie świata, powinniśmy otworzyć się na przekaz misyjny, „znaleźć nową równowagę; inaczej nawet gmach Kościoła prawdopodobnie upadnie jak domek z kart, tracąc świeżość i aromat Dobrej Nowiny. Propozycja Ewangelii musi być prostsza, głębsza, promienna. To z tej propozycji płyną potem konsekwencje” (Powyższe cytaty za Gościem Niedzielnym). Co ciekawe, w tym samym wywiadzie, w którym mówił o obsesji, papież Franciszek wygłosił też słowa na temat rozwiedzionej kobiety po aborcji, żyjącej w ponownym związku: „Myślę o sytuacji kobiety, która ma za sobą nieudane małżeństwo oraz aborcję w jego trakcie. Potem ta kobieta wyszła ponownie za mąż, teraz jest spokojna i ma pięcioro dzieci. Aborcja jest dla niej olbrzymim brzemieniem i ona szczerze jej żałuje. Chciałaby kontynuować życie chrześcijańskie” (za wPolityce.pl). Papież zaznacza przy tym, że takiej kobiecie należy się miłosierdzie. A więc bierze pod uwagę to, że kobieta przeżywa w bólu swoją aborcję i żałuje jej – zgoda – ale też to, że nie ułożyła sobie życia w związku sakramentalnym, tylko w drugim małżeństwie. Czyli – mimo porzucenia przez nią swojej decyzji podjętej w parze z sakramentem małżeństwa – powinno się miłosiernie patrzeć na taką kobietę, bo znalazła spokój ducha i chciałaby kontynuować życie chrześcijańskie. Stąd już prosta droga, tak mi się wydaje, do swego rodzaju dopuszczenia rozwodów w Kościele…

Ponownie podkreślę – nie zaprzeczam konieczności szukania nowych sposobów na głoszenie Chrystusa i Ewangelii w świecie. Nie zaprzeczam temu, że najpierw idzie Chrystus, potem dogmaty i moralność – które stają się naturalną konsekwencją. Nie możemy jednak machnąć ręką na kwestie antykoncepcji, jako to, co już zostało powiedziane i nie może stanowić obsesji Kościoła. Kiedy ja mówię o antykoncepcji w życiu rodzin katolickich, mówię o tym w kontekście wiary w Chrystusa, w kontekście Bożego objawienia i Boga-dawcy życia. Temat nie może zostać pominięty, bo już został wystarczająco omówiony.

Dlatego zdaje mi się, że Franciszek – starając się znaleźć jak najwięcej osób przychylnych – rozmydla, rozwadnia to, co już rzeczywiście zostało powiedziane i stara się, może niespecjalnie, umniejszyć wartość Kościelnej nauce moralnej.

Zdaniem lewicowych mediów

Tak przynajmniej można wnioskować, czytając lewicowe media, takie jak gazeta.pl, onet.pl, czy lisowy portal Na Temat. Oczywiście lewicowe portale nie włożą wysiłku by pokazać, że Franciszek rozmydla moralną naukę Kościoła. Wręcz przeciwnie – korzystając z rozmydlenia zaczną twierdzić, że oto właśnie papież Franciszek otwiera perspektywę zmian w Kościele. Wniosek jest wcale nietrudny do wysnucia – ponieważ Franciszek naprawdę nie mówi bardzo konkretnie. Tego nie dało się zrobić w przypadku Benedykta XVI. Zdarzyło się to być może raz – w efekcie mętnych postanowień odnośnie używania antykoncepcji w Afryce. Wówczas jednak reakcja papieża była błyskawiczna – zdementował pogłoski, jakoby jego celem było wprowadzenie antykoncepcji w Kościele jako czegoś dopuszczalnego. Podobnie było i z Janem Pawłem II. Uwielbiany przez ludzi i przez lewicowe media papież był przez nie strofowany, gdy tylko wypowiedział się jakkolwiek w tematyce moralności chrześcijańskiej. U Franciszka tego nie ma. Media uwielbiają go za podejście do wiernych, trochę w stylu dobrego dziadzia, a nie kochającego ojca, ale też za jego słowa czy działania w kwestii moralności. I póki co nadal piszę o tym rozmydleniu, a nie o konkretach. A zdarzyło nam się już usłyszeć kilka słów, które były bardziej konkretne, tylko chyba nie w odpowiednią stronę.

Aby wyraźniej podkreślić sposób patrzenia lewicy na Franciszka dodam tylko, jak wyglądały dyskusje pod wrzucanymi przeze mnie tematami dotyczącymi Franciszka na Facebooku. Otóż w obronie świetnego papieża Franciszka stawali nie tylko katolicy, którzy gotowi byli sobie ręce uciąć za papieża, ale też ateizujący znajomi, przedstawiciele Kościoła otwartego (na antykoncepcję, homoseksualizm i nowych, nieortodoksyjnych członków) czy prawosławni, wszyscy widzący w papieżu Franciszku nową nadzieję dla Kościoła.

Media prawicowe w kontrataku

Pozostaje nam przekaz mediów prawicowych, w tym katolickich nie przynależących do nurtu Kościoła otwartego. Otóż zauważyłem w ich przekazach dwie drogi: podkreślanie fajności, otwartości Franciszka, jak to robią i media lewicowe; stawanie na straży wyjaśniania tego, co Franciszek miał tak naprawdę na myśli. Artykuły tłumaczące niezrozumiałe, rozmydlone słowa papieża Franciszka i atakujące lewicowe media, bo nie tak powiedział papież, tylko inaczej, stały się prawdziwą plagą mediów prawicowych. Franciszek coś mówi, lewica twierdzi, że w to im graj, prawica zaś odkręca i stwierdza, że tak być nie mogło. Tomasz Terlikowski chociażby, na portalu Fronda.pl i na swoim profilu Facebookowym w odpowiedzi na pewne poczynania papieża Franciszka przyjął linię „tego się nie da zrobić, bo to jest zatwierdzone w katechizmie/kodeksie prawa kanonicznego/nauczaniu poprzednich papieży/tradycji”. W odpowiedzi wielokrotnie może przeczytać słowa w stylu „Dziękujemy, Panie Tomaszu, że po raz kolejny wyjaśnił pan papieżowi co może, a czego nie może zrobić”. Media jednak ostro stoją na straży, by cerować luki między przyjętym nauczaniem Kościoła, a najróżniejszymi słowami papieża Franciszka.

W „wSieci”, w numerze 39 (43) 2013 pojawia się na przykład artykuł ks. Dariusza Kowalczyka pt. „Duch i antyduch Franciszka”. W tym artykule ks. Kowalczyk podkreśla w jaki sposób media lewicowe manipulują słowami papieża: „Zauważono bowiem, że nowa głowa katolickiej wspólnoty zyskuje sympatię ludzi i nie da się jej skutecznie zwalczać w bezpośrednim ataku. Trzeba zatem przeinaczać jej wypowiedzi, aby mieszać ludziom w głowach (…). Owo przeinaczanie dokonuje się głównie poprzez wyrywanie z kontekstu. Właściwym kontekstem dla zrozumienia słów Franciszka jest po prostu nauczanie Kościoła”. Artykuł ks. Kowalczyka wpisuje się w szereg innych, trafiających do nas pod kryptonimem „Co papież miał na myśli?”. W tym wypadku winą za przeinaczanie wypowiedzi Franciszka obarcza się media lewicowe – co nie jest pozbawione słuszności. Dlaczego jednak, kiedy mowa o wyrywaniu słów Franciszka z kontekstu, nie wspomina się o kontekście szerszym jego wypowiedzi, lecz o kontekście nauczania Kościoła? Czyżby bez sięgania do tzw. szerszego kontekstu słowa samego Franciszka nie potrafiły się obronić? Czyżby i ks. Dariusz Kowalczyk, tak jak Tomasz Terlikowski, musiał uspokajać i pokazywać czego papież nie może zrobić, choć sugeruje to wyraźnie w swoich słowach, bo to nie wynika z kontekstu nauczania Kościoła?

Szanowne prawicowe media, papież Franciszek nie jest w ciemię bity. Nie potrzebuje setki adwokatów, którzy będą tłumaczyć ludowi, co też miał na myśli. Jest bardzo wpływowym człowiekiem i z pewnością docierają do niego informacje w szerszym niż do nas kontekście. Gdyby chciał wyjaśnić ludziom mieszającym w jego słowach, co tak naprawdę miał na myśli, zrobiłby to. Dlaczego więc to Wy musicie gasić panikę?

Od nadmiaru kremówek może rozboleć brzuch

Uwielbiam Jana Pawła II jako papieża. Uwielbiam konkretność jego nauczania, konkretność jego wiedzy i pisania. Uwielbiam jego pociąganie tłumów, ale i wbijanie tym tłumom młoteczkiem do głowy co można, a czego nie. Nie lubię natomiast wszechobecnego kultu pomników, obrazów Jana Pawła II i dni papieskich, które pozostały dniami Jana Pawła II mimo dwukrotnej zmiany na tronie św. Piotra. Bardzo nie lubię kremówkowości panującej wokół jego postaci, przy jednoczesnym przymknięciu oka na konkret. Jako kremówki rozumiem nie tylko pamiętne „Wadowickie Kremówki Papieskie; ulubione ciasto wszystkich Polaków”. Kremówki to dla mnie wszystkie mrugnięcia okiem, machnięcia dobrotliwego staruszka do szalejącej młodzieży. Okularki złożone z dłoni, „Dżej Pi Tu he loves You”, Barka… Jan Paweł II swoimi „kremówkami” zdobył sobie niegasnącą sympatię mnóstwa ludzi, a sympatia ta trwa do dzisiaj. Przez te kremówki niestety również zgubił konkretność swoich przekazów – albo media zadbały o to, żeby zgubić tę konkretność. Dlatego tak niewiele osób myśli dziś, jak dużo Jan Paweł II zrobił np. dla moralnej nauki Kościoła. Oczywiście, nie są to wszyscy, ale większość osób powiedziałaby, że najważniejsze słowa wypowiedziane przez „Naszego Papieża” to „Tam po maturze chodziliśmy na kremówki”. Może jeszcze „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. No, jeszcze „Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie. Za to wam dziękuję”. Słowa, których prawdopodobnie nigdy nie wypowiedział.

Kiedy tuż po wyborze kard. Bergoglio na tron św. Piotra pisałem notkę o Janie Pawle II, mówiłem, że mimo dwukrotnej zmiany Papież wciąż jest ten sam. Szybko okazało się, że się pomyliłem: Franciszek stał się nowym „Naszym Papieżem”. Tymże nigdy nie był Benedykt XVI. Ale on nie był osobą, która chciała wszystkim posłodzić. Tymczasem wydaje mi się, że Franciszek już wyrobił limit kremówek na cały pontyfikat, a wcale nie zamierza przestać słodzić.

Franciszek_3Największą kremówką, z którą nie mogę sobie dać rady, a którą papież serwuje nam od dawna, a ostatecznie zaserwuje w przyszłym roku, jest kanonizacja Jana Pawła II. Ten wielki papież (przez wielu nazywany wielkim nawet za życia) został beatyfikowany w trybie przyspieszonym, teraz w trybie przyspieszonym będzie kanonizowany. Ale to jest tylko wafelek, kremem jest towarzystwo, w jakim będzie kanonizowany. Otóż będzie mu towarzyszyć Jan XXIII, równie wielki papież, ten, który – jak teraz Franciszek – był zapowiedzią wielkich reform w Kościele, który doprowadził do Soboru Watykańskiego II, który zmienił liturgię w całym Kościele, który sprowokował mnóstwo zmian, będących pochyleniem się Kościoła nad ludźmi. Wszak gdyby nie umarł, a dzieła nie dokończył po nim Paweł VI, być może nawet moglibyśmy swobodnie używać dziś antykoncepcji, a ja nie zastanawiałbym się nawet nad jej słusznością czy jej brakiem. Decyzja o wspólnym kanonizowaniu Jana XXIII i Jana Pawła II jest najbardziej, w moim przekonaniu, populistyczną decyzją tego papieża. Wspólne wyniesienie na ołtarze dwóch najbardziej lubianych, popularnych papieży w dziejach świata, do dziś cytowanych przez media (także lewicowe, także pozytywnie) wydaje się doskonale uwypuklać linię, którą postanowił podążać papież Franciszek.

Napisałem na górze, że rola mediów prawicowych odnośnie papieża Franciszka to wyjaśnianie, co miał na myśli, oraz opowiadanie o jego fajności. Pokazywanie tego, jak bardzo uśmiecha się do ludzi, jak bardzo skłania się w ich stronę. Jak żartuje, głaszcze dzieci, wychodzi z papa mobile w tłum, żeby każdemu uścisnąć dłoń. Ciekawostki odnośnie telefonów wykonywanych do prywatnych ludzi przekazują na wyścigi media lewicowe i prawicowe. Papież zadzwonił już m.in. niespodziewanie do zgwałconej kobiety, która zdecydowała się urodzić dziecko i do szefa sieci restauracji slow food. Jeden z artykułów na wPolityce opowiada o kremówkach Franciszka rozdawanych w czasie wyjazdu do Asyżu. „Wizyta papieża Franciszka w Asyżu w piątek zostanie zapamiętana nie tylko jako historyczny pobyt biskupa Rzymu w mieście patrona swego pontyfikatu, ale także dzięki żartom i celnym komentarzom, którymi wywoływał śmiech i entuzjazm” – zaczyna się artykuł. A więc nie tylko historyczna wizyta, lecz także żarty i komentarze. Akurat bez konkretów. A żarty były takie: „Ja zawsze radzę nowożeńcom: kłóćcie się ile chcecie, niech latają talerze, ale nigdy nie kończcie dnia bez zgody”. Fronda mówi w tym miejscu, że słowa te padały wśród śmiechu i aplauzu słuchaczy. Dalej mówił do młodzieży: „Kiedy przychodzi do mnie matka i mówi mi: „Mam 30-letniego syna, który nie chce się żenić, nie może się zdecydować, ma śliczną narzeczoną, ale się nie pobierają”, ja odpowiadam: Niech pani nie prasuje mu więcej koszul”. Brawa i aplauz. A potem już zdecydował się skrytykować „swoich”. Do zakonnic powiedział: „Przykro mi się robi, gdy spotykam siostry, które nie są wesołe. Czasem uśmiechają się jak stewardessy, ale nie uśmiechem pochodzącym z serca”, a do księży: „Te niekończące się nudne homilie, z których nic się nie rozumie”.

Ludzie się cieszą (może poza księżmi mówiącymi niekończące się nudne homilie), biją brawa i śmieją się. Jest fajnie i wesoło. Papież jest cool. Niewiele z tego wynika, ale…

Podcinać gałąź, na której się siedzi

Ta myśl odnośnie papieża Franciszka przyszła mi do głowy, kiedy Tomasz Terlikowski dyskutował o czymś na Facebooku. Wtedy wrzucono mu w komentarz link do artykułu na Onecie, który w nerwach przytoczyłem, z dopiskiem o nadmiarze kremówek i podcinaniu gałęzi. Usłyszałem wówczas m.in. że powołuję się na niekompetentne źródła, ale nie mogę się z tym zgodzić. Powołuję się na źródła lewicowe, które chwalą Franciszka i wynoszą jego słowa na wyżyny, tak jak i większość mediów prawicowych. Dziś Onet czy Gazeta Wyborcza nie są już mediami, z którymi należy się kłócić o szacunek do papieża. Dziś te media szanują papieża i używają jego słów we własnych celach, często wcale nie bezpodstawnie. I tak już można cytować Franciszka, gdy chce się zamknąć usta myślicielom takim, jak Tomasz Terlikowski, bo „Papież ocenił, że „ideologiczni chrześcijanie” to „ciężka choroba”, bo jego zdaniem są oni surowymi moralistami, głosicielami etyki, ale są pozbawieni dobroci. Podkreślił, że kluczem, który otwiera drzwi do wiary jest modlitwa”.

Franciszek_4Ale to nie jest jedyny przykład na to, jak Franciszek – moim zdaniem – sam kopie pod sobą dołki. Nie tylko wręcza oręż lewakom przeciw Terlikowskiemu czy przeciw prostemu blogerowi jak ja, ale też przeciwko licznym kapłanom. Wcześniej przytoczony cytat odnośnie przydługich, nudnych homilii to ulubiony cytat z wyjazdu do Asyżu przytaczany przez media lewicowe. Oto papież publicznie skrytykował kapłanów (kapłanów ogólnie, cały stan duchowny), że zanudzają ludzi kazaniami. Nie tylko to – publicznie beszta też biskupów (biskupów ogólnie, nie konkretnych przedstawicieli), że jeżdżą zbyt drogimi samochodami. Owszem – jeżdżą często i owszem – wielu wiernym i niewiernym to przeszkadza. Jednak czy rzeczywiście dobrym rozwiązaniem jest publiczne upominanie swoich podwładnych, ludzi trwających w tej samej służbie? Czy dobrym rozwiązaniem jest grożenie palcem – trochę na pokaz – wożącym się limuzynami biskupom? Nie lepiej – skoro można zadzwonić do obcej zgwałconej kobiety – wykonać kilka telefonów, zlecając osobiście biskupom wymianę aut? Jaki jest cel pokazywania wszystkim, że stoi się jako papież w opozycji do biskupów? Jaki jest sens stawania na przeciwnej biskupom szali wagi?

Jaki jest cel w wesołym, przytaczanym przez wszystkie media niezależnie od poglądów i opcji politycznej, grożeniu księżom palcem, bo mówią za długie kazania? Można ich przecież upomnieć bez ironii, np. za pomocą osobistego listu. Czy celem jest zmiana kazaniowych przyzwyczajeń księży? Czy może raczej przypodobanie się opinii publicznej, przyciągnięcie ludzi znudzonych kazaniami księży? Czy to nie jest podcinanie gałęzi, na której się siedzi?

Kilka konkretów, które budzą obawy

Napisałem już, że przy braku konkretów to, co mówi papież Franciszek może wydawać się rozmydlaniem, przynajmniej niektórym osobom się takowym wydaje. Nie jest jednak do końca prawdą, że dotychczas nic jeszcze konkretnego przez papieża nie zostało powiedziane. To, o czym napiszę, to wprawdzie nadal są tylko gdybania, żadne kategoryczne orzeczenia, ale we mnie – i w wielu znanych mi osobach – budzą poważne wątpliwości, poważne obawy o przyszłość moralnej nauki Kościoła.

Napisałem też wcześniej, że pierwsze wrażenie trwało do dnia powrotu papieża z Rio, do chwili udzielenia wywiadu na pokładzie samolotu. Najgłośniejszy harmider podniósł się wówczas o papieskie słowa na temat poszukujących Boga homoseksualistów. Rzeczywiście jakby umknęło przy tym, mnie przynajmniej, to, co papież powiedział o rozwodnikach. Słowa Franciszka w tym temacie brzmiały zaś tak: ” Odnosząc to do problemu Komunii dla osób będących w ponownym związku: ponieważ rozwiedzeni mogą przyjmować Komunię, tu nie ma problemu, ale kiedy są w ponownym związku – nie mogą. Uważam, że niezbędne jest spojrzenie na [ten] problem w całościowym kontekście duszpasterstwa małżeństw. I dlatego właśnie jest to problem. Ponadto – nawiasem mówiąc – inna jest praktyka prawosławnych. Oni idą za – jak to nazywają – teologią ekonomii, i dają drugą szansę, zezwalają na to. Uważam jednak, że ten problem – zamykam nawias – powinno się przestudiować w ramach duszpasterstwa małżeństw” – cytat za Gościem Niedzielnym. Dookoła tego padały słowa o czasie miłosierdzia, o potrzebie dyskusji. Co można odczytać z tych słów Franciszka? Oczywiście – nic konkretnego. Ale jednocześnie jakieś pomysły, które mają prawo niepokoić. Otóż jak wiemy, osoby rozwiedzione mogą przyjmować Chrystusa w Eucharystii, ale osoby żyjące w ponownych związkach już nie mogą. Papież wie o tym tak, jak każdy wierny. Ale papież idzie o krok dalej, o krok dalej też, niż jego poprzednicy Jan Paweł II i Benedykt XVI, którzy słysząc o przypadkach udzielania komunii osobom w nowych związkach kategorycznie zakazywali. Franciszek pamięta to wprawdzie, ale mówi o czasie miłosierdzia, o potrzebie zastanowienia się. Wydaje mi się, że „miłosierdzie” w wydaniu Franciszka jest pojęciem bardzo populistycznym. Oryginalnie oznaczało ono możliwość powrotu do Boga w każdym momencie, wyjście z każdego grzechu. Miłosierny Ojciec (niech nawet będzie Tatuś) przygarnia każde dziecko, w każdym momencie, byle tylko zechciało powrócić do Niego – i nie musi pytać o to, gdzie przehulało pieniądze. Ale miłosierdzie w sensie populistycznym, pojęcie z którym wielu podobnych do mnie ludzi na co dzień ostro polemizuje, to przygarnianie każdego, w każdym momencie, bez względu na to w jak ciężkim grzechu żyje i czy ma w ogóle zamiar z niego wychodzić. Dlaczego sądzę, że Franciszek stosuje, może mimo woli, to drugie pojęcie miłosierdzia? Ponieważ mimo tego, że osoby rozwiedzione i żyjące w nowych związkach z własnej woli żyją w ciągłym stanie grzechu ciężkiego, w stanie permanentnego cudzołóstwa, co nie jest kwestią dyskusyjną, papież mówi o potrzebie rozmowy na ten temat. Co więcej – mówi o spojrzeniu na prawosławie, gdzie osoby rozwiedzione dostają drugą szansę. Mówi o tym jakby w nawiasie, poza kontekstem, ale tak naprawdę mruga okiem do osób, które podjąwszy decyzję o spędzeniu życia w stanie grzechu mają jednocześnie nadzieję na dostępowanie życia sakramentalnego. Panu Bogu świeczkę i diabłu troszeczkę…

To nie są wszystkie kontrowersje wywołane przez papieża Franciszka. Wtedy, w czasie owej rozmowy w samolocie, Franciszek zapowiedział zebranie z kilkoma doradcami-kardynałami, które odbyło się na początku października. W czasie tego spotkania postanowiono o zwołaniu synodu. Wymyślono też sławną już ankietę, która rozprzestrzeniła się w sieci w szybkim tempie (najpierw oczywiście informację przekazała Gazeta Wyborcza i jej pobratymcy, dopiero potem doczekałem się komunikatu ze źródeł chrześcijańskich). Ankieta, pierwotnie ogłoszona jako rozesłana do wszystkich wiernych, po około tygodniu (!) okazała się być przeznaczona dla biskupów. Co wydawało się oczywiste już po samym spojrzeniu na pytania, na które przeciętny wierny nie odpowie (sam, jako teolog, miałem problemy z rozszyfrowaniem znaczenia pytań). Jeśli jednak ankieta jest do biskupów, to niekoniecznie nie do wiernych. Jeśli biskupi mają zdobyć odpowiedzi i wysłać je do Watykanu, to muszą jakoś przepytać w tej tematyce swoich wiernych. Mniejsza z tym. Do kogokolwiek nie byłaby skierowana ta ankieta, warto zastanowić się nad kontrowersjami w niej zawartymi. Aby lepiej sprawę rozumieć, warto zapoznać się z pytaniami, dostępnymi na przykład na Deon.pl.

Wśród wielu pytań związanych z omówioną wcześniej kwestią nieuregulowanych związków czy ponownych związków osób rozwiedzionych, pada następujące pytanie: „Czy uproszczenie kanonicznej praktyki w rozpoznawaniu nieważności związku małżeńskiego może wnieść pozytywny wkład w rozwiązywanie problemów osób w powyższych sytuacjach? Jeśli tak, to w jakiej formie?”. Tak, wiem, to tylko pytanie. Można na nie odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Pytanie pozostaje pytaniem, ale pytanie: po co pytanie? Jaki cel ma papież, zadając biskupom takie pytanie? Czy gdyby nie myślał o uproszczeniu stwierdzania nieważności małżeństw, w ogóle zadawałby podobne pytanie? Odpowiedź tkwi również już w sławetnej rozmowie samolotowej: „Dla przykładu, podam tylko jeden: mój poprzednik [w Buenos Aires – przyp. gosc.pl], kardynał Quarracino, mówił, że według niego połowa małżeństw jest nieważna. Dlaczego tak mówił? Ponieważ pobierają się bez dojrzałości, pobierają się nie dostrzegając, że to jest na całe życie albo biorą ślub dlatego, że z racji społecznych powinni się pobrać” – powiedział Franciszek. Nie mówił tego oczywiście od siebie, przytaczał tylko słowa swojego poprzednika. Ale widać było jego troskę, którą wyraził też w ankiecie – troskę o „uwolnienie” ludzi, którzy zawarli małżeństwo w sposób nieważny.

Byłbym głupcem, gdybym mówił, że urząd stwierdzenia nieważności małżeństwa (potwierdzenie, że nigdy nie doszło tak naprawdę do zawarcia sakramentu) jest niepotrzebny. Zdecydowanie wiele jest małżeństw nieważnych i trzeba pomóc ludziom np. oszukanym przed ślubem uwolnić się od nieuczciwego współmałżonka, czy – lepiej – partnera. Stwierdzanie jednak, że połowa małżeństw jest nieważna, albo proponowanie uproszczeń przy stwierdzaniu nieważności prowadzi niestety do zanegowania wartości ludzkiej decyzji, którą dwie osoby podejmują wobec siebie, składając sobie przysięgę miłości. Ludzie udzielając sobie sakramentu wyrażają swoją dojrzałość – dlatego nie mogą być wiekowo poniżej pewnej granicy, w tej chwili jest to 18 lat. Uproszczenie procedur doprowadzić może do upadku instytucji małżeństwa jako nierozerwalnego. Owa połowa małżeństw pobiegnie zaraz do sądu biskupiego, żeby pozbyć się niepotrzebnego balastu. Samo to oczywiście będzie niezaprzeczalnie świadczyło o ich niedojrzałości i braku powagi. Ale czy nie lepiej jest uczyć ludzi dojrzałego podejścia do życia w związku, do podążania za konsekwencją swoich własnych decyzji, niż pomagać im w wychodzeniu ze związków, w które sami weszli? Mówienie o tym, że ludzie nie dostrzegają tego, że ich decyzja jest na całe życie, albo że wiszą nad nimi jakieś racje społeczne jest owijaniem w bawełnę, niestety. Ludzie dorośli podejmują dorosłą decyzję. Kiedy idą do święceń i kiedy idą do ślubu. Jeśli podjęli decyzję bez świadomości, że to jest na zawsze (mówiąc na głos przy wszystkich „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”), to Kościół ma duszpasterski obowiązek im to wyjaśnić, a nie machać ręką i puszczać ich wolno – a nuż za drugim razem zapamiętają, że to jest stała decyzja.

FranciszekDo tego dochodzi sprawa antykoncepcji. W ankiecie pada bowiem kilka pytań dotyczących życia w zgodności z encykliką Humanae Vitae, napisaną przez papieża Pawła VI, jedną z najlepszych moim zdaniem, a jednocześnie najbardziej kontrowersyjną w dziejach Kościoła. Była to encyklika, w której Paweł VI podkreślił brak akceptacji dla metod antykoncepcyjnych, dopuścił zaś możliwość korzystania z naturalnych metod rozpoznawania płodności. W ankiecie płynącej z Watykanu pojawiają się m.in. pytania: „Jaką wiedzę mają chrześcijanie na temat odpowiedzialnego rodzicielstwa w świetle nauki Humanae vitae? Czy są świadomi tego, jak moralnie ocenić różne metody planowania rodziny? Czy można zasugerować spostrzeżenia w tej kwestii duszpasterskiej?”, „Czy ta nauka moralna jest akceptowana? Jakie aspekty stwarzają najwięcej trudności dla większości par akceptujących tą naukę?”, „Jakie metody naturalne są promowane przez Kościoły partykularne, aby pomóc małżonkom w praktykowaniu nauczania Humanae vitae?”, czy „Jakie różnice są widoczne w tym zakresie między nauczaniem Kościoła i edukacją świecką?”. Można na te zagadnienia patrzeć dwojako. Albo papież widzi trudności wynikające ze stosowania prawa naturalnego przy współżyciu i płodzeniu potomstwa, pragnie więc wprowadzić nowe metody ewangelizacji, będące pomocą przy zrozumieniu zasad otwartości na życie; albo pragnie pomóc utrudzonym katolikom i zaproponować możliwość korzystania z antykoncepcji w małżeństwie, tak jak jest to już podobno we wszystkich innych wyznaniach chrześcijańskich. Mnie ku drugiemu spojrzeniu niestety skłania drugie spośród wymienionych pytań. Papież pyta o to, czy nauka płynąca z Humanae Vitae jest akceptowana i jakie są trudności dla par, które ją akceptują. Niepokoi mnie to pytanie, ponieważ celem jego zadania może nie być próba ułatwienia rozumienia i akceptacji zasad moralnych wynikających z natury człowieka, lecz właśnie ułatwienia życia ludziom, którzy mają problemy z akceptacją, lub nawet zaakceptowali, lecz nadal mają problemy…

Jakie, w konsekwencji, są moje obawy dotyczące tego, co mówi i robi papież Franciszek? Obawiam się, że jednocześnie pozornie rozmydlając, odsuwając drażliwe tematy związane z seksualnością („Nauczanie Kościoła w tych sprawach jest jasne, a ja jestem synem Kościoła, ale nie ma potrzeby mówienia tego cały czas”), jednocześnie poruszając te tematy w ankiecie, zadając pytania mogące być rozumianymi w dwojaki sposób, papież może dążyć do zmian w prawie moralnym Kościoła katolickiego. Obawiam się, że jeśli wyniki ankiety będą uczciwe i zostanie w nich wykazane, że być może nawet 90%, być może więcej członków Kościoła katolickiego nie rozumie kościelnego zakazu antykoncepcji, bo – częstokroć – nie chce zrozumieć, bo przekaz świecki jest zupełnie inny i głośniejszy, bo wyśmiewa nauczanie Kościoła; że 90% katolików używa antykoncepcji, nie widząc w tym grzechu, uczestnicząc w życiu sakramentalnym Kościoła; jeśli większość biskupów na synodzie, tak jak za czasów Pawła VI, opowie się za zgodą na antykoncepcję, to papież Franciszek może nie być tak twardy, jak nielubiany (właśnie za to) Paweł VI, lecz może właśnie pójść na rękę większości (wszak „Vox populi – Vox Dei”).

Obawiam się, że za dwa lata o tej porze – po pierwszym i drugim zapowiadanym synodzie – 1/3 małżeństw, które są zawierane, a które się właśnie rozwiązują, a także wszyscy chrześcijanie żyjący w związkach cywilnych lub na kocią łapę będą dopuszczeni do Stołu Pańskiego w ramach Bożego miłosierdzia, a bez konieczności zmiany trybu życia. Że te małżeństwa, które żyją w związkach sakramentalnych, będą mogły swobodnie korzystać z antykoncepcji w stopniu dowolnym, bo Kościół przestanie im „zaglądać do łóżka”. Że, wreszcie, ułatwienie stwierdzania nieważności małżeństw stanie się de facto unieważnianiem małżeństw i ktokolwiek, za zgodą Watykanu, przestanie się w ogóle troszczyć o kładzenie nacisku na ponoszenie konsekwencji podejmowanych przez człowieka decyzji. To jest tylko część moich obaw i mogą one wydawać się bezpodstawne i naprawdę mam nadzieję, że takimi są, ale nie dałbym sobie nawet palca uciąć.

Jak reagują ludzie?

Reakcje na słowa i postępowanie tego papieża są tak różne, jak różni są ludzie. I naprawdę – o ile w kwestii jego poprzednika widać było głównie krytykę (mediów lewicowych), poparcie (katolików tradycjonalistycznych) czy względną obojętność (Kościoła otwartego), o tyle w przypadku papieża Franciszka popadamy ze skrajności w skrajność. I tak mamy ogromny entuzjazm mediów lewicowych, w który z chęcią włączają się przedstawiciele Kościoła otwartego. Mamy próby tłumaczenia tego, co robi papież ze strony wiernych członków Kościoła. Ludzie z tego samego środowiska są też często przekonani, że nic się nie dzieje, że nie ma się czym kompletnie przejmować. Przypominają mi niekiedy ludzi, którzy pozostają na tonącym okręcie do samego końca z myślą, że może jednak nie utonie. Albo wspomnianych przez któregoś z czytywanych przeze mnie publicystów ludzi siedzących w samolocie lądującym awaryjnie z płonącymi silnikami, którzy są przekonani, że pozostaną bezpieczni dopóki spokojnie usiedzą na swoich miejscach. To oczywiście jest tylko moje wrażenie, które może być spowodowane moim sposobem patrzenia, ale wydaje mi się uzasadnione właśnie przez wiele niepokojących głosów dotyczących papieża Franciszka, płynących ze strony członków Kościoła i jego przeciwników. Jest się czym martwić – i nie tylko moim gadaniem.

Jeszcze inni wierni Kościoła są w stanie powiedzieć, że może dochodzi do zmian, może coś się dzieje, ale papież jest kierowany mocą Ducha Świętego i należy mu we wszystkim zaufać, pójść jego tropem. W ten właśnie sposób zareagował na przykład publicysta portalu Info.Wiara.pl w artykule o jakże znaczącym tytule „Co miał na myśli papież Franciszek?”. Zadaje on pytanie: co powinien robić wierny Kościoła katolickiego, który widzi, że Franciszek przytula grzeszników, pociesza kobiety które dokonały aborcji, zwraca się w stronę osób żyjących w ponownych związkach po rozwodzie, a krytykuje i gani „swoich”: księży, biskupów, zakonnice? Otóż odpowiedź jest taka: „Jak więc czytać te ostre wskazania papieża Franciszka? (…) Można potraktować je jako okazję do uczciwego rachunku sumienia. Że zaboli? Niestety, gdy człowiek chce żyć po Bożemu, tak czasem musi być. Że ktoś potem powie: „o proszę, dopiero jak mu Franciszek powiedział to zrozumiał jakim był draniem”? Nie szkodzi. Wizja papieża Franciszka jest jak najbardziej ewangeliczna”. W opozycji stawia tu podejście wyjaśniania na swój sposób przekazu Franciszka lub zalecenie do nieprzejmowania się nim. Owszem, żadna z tych dróg nie jest właściwa. Czy jednak do końca właściwą drogą wydaje się ulec, poddać się publicznej chłoście wymierzanej przez papieża na oczach wszystkich wrogich mediów, które aż się cieszą na samą myśl o tym biczowaniu? Które czuwają nad słowami papieża, żeby nimi przyłożyć katolickim ortodoksyjnym myślicielom i publicystom, jak choćby Tomaszowi Terlikowskiemu?

Są również tacy, którzy myślą jak Tomasz Terlikowski. Z ust papieża padają różne słowa, rozwadniające jak wspomniałem nauczanie Kościoła, sugerujące dopuszczenie do Stołu Pańskiego osób żyjących w ciągłym grzechu, poddających myśl o dopuszczeniu antykoncepcji. Ludzie pokroju Terlikowskiego mówią oficjalnie, że to są słowa niepokojące, że nie wszystko wydaje się być konieczne (na przykład sam Terlikowski wskazał „ankietę Franciszka” jako coś, co może zamącić ludziom w głowach), ale jednocześnie podkreślają, że nauczanie Kościoła jest jasne i w kwestii antykoncepcji, komunii żyjących w cudzołóstwie czy – to też medialna ciekawostka – kardynalstwie kobiet nic się nie może zmienić. Przeciw niemu – całkiem moim zdaniem słusznie – stają ci pierwsi, lewicowi i otwarci, katolicy i nie tylko, mówiąc „wreszcie powiedział Pan papieżowi, co mu wolno, a co nie”. Inni dodają, że jeśli tak mówi Katechizm czy Kodeks Prawa Kanonicznego, to są to tylko wpisy we współczesnych dokumentach Kościoła, które mogą przez papieża być w dowolnej chwili zmienione. Przykład? Dyskusja nad kobietą-kardynałem u Tomasza Terlikowskiego na Facebooku. Terlikowski pisze: „Media prześcigają się w kreowaniu nowych sensacji związanych z papieżem Franciszkiem. Ostatnio obiegła je sugestia, że papież mianuje pierwszą kobietę kardynała. Pojawiły się już nawet, w polskich mediach także, sugestie, kto mógłby być pierwszą kandydatką. Wszystkie te piękne historie możemy włożyć między bajki. Prawo kanoniczne, i to od roku 1917, stanowi, że papież może wynieść do godności kardynalskiej, wyłącznie kapłana. Nowy kodeks ujmuje to również całkowicie jednoznacznie. „Kardynałów ustanawia w sposób nieskrępowany Biskup Rzymski, wybierając ich spośród mężczyzn, którzy mają przynajmniej święcenia prezbiteratu, odznaczają się szczególną nauką, obyczajami, pobożnością i roztropnością w załatwianiu spraw. Ci, którzy nie są jeszcze biskupami, powinni przyjąć sakrę biskupią” (KKK, kan. 351, par. 1). I to by było na tyle jeśli chodzi o medialne enuncjacje”. Na jego wpis odpowiadają czytelnicy. Anna Grabowska: „dobrze że jesteś Tomaszu, inaczej Franciszek mógłby się zagubić a tak… trzymasz rękę na pulsie… i wiesz, kiedy go pouczyć”. Michal Buszewski: „Przecież wie Pan najlepiej, że prawo kanoniczne może być zmieniane przez papieża w dowolny sposób w ciągu 24h”. Robert Wit Wyrostkiewicz: „To może Franciszek zmieni niedługo KKK? Nie ma takich zapowiedzi?”. Andrzej Mikosz: „To, że kardynałem może być obecnie wyłącznie prezbiter wynika WYŁĄCZNIE z normy prawa kanonicznego. Podobnie jak i to, że proboszczem może być WYŁĄCZNIE kapłan”. Mateusz Gajek: „Panie Tomaszu… Czy nie istnieje najmniejsza obawa, że papież zechciałby zmienić prawo kanoniczne? Enigmatyczne wypowiedzi Franciszka i biskupa anglikanów dają szerokie pole do dyskusji i snucia podejrzeń…”. A, to akurat ja…

Jest wreszcie jeszcze jeden sposób reagowania, podobny do mojego. Jedni reagują delikatniej, inni mocniej. Jedni ostro atakują, mówią o antychryście (wszak po papieżu-Murzynie miał przyjść papież-antychryst, a Benedykt XVI miał Murzyna w herbie), stają na baczność na każde słowo papieża Franciszka. Inni, jak ja sam, starają się obserwować czyny, słowa papieża – tak, jak to należy i zawsze należeć będzie do każdego katolika w Kościele katolickim, nie śledzę zatem go w jakiś specjalny sposób – i wyciągać wnioski, które nie zawsze są pozytywne. Ludzie ci mają obawy, martwią się tym, co dzieje się w Kościele za sprawą nowego papieża, tym, co może się za jego sprawą stać. Obawiają się że rozmydlanie i kontrowersyjne twierdzenia, do spółki z populistycznym podejściem do miłosierdzia Bożego może w pewnym momencie doprowadzić do zmian w Kościele, których jego prawowierni wyznawcy wcale by nie chcieli. Do zezwolenia na rozwody, antykoncepcję, może komunię homoseksualistów żyjących w związkach, ale szukających Boga? Nie wiem do czego jeszcze. Ludzie tacy, jak ja wypowiadają się, bo nie chcą siedzieć cicho. Bo nie widzą sensu w milczeniu, w patrzeniu na wszystko przez zamknięte powieki. Ja sam właśnie piszę to po to, by powiedzieć ludziom o swoich obawach. By zawezwać do czujności. By zastanowić się wspólnie nad tym, co będziemy musieli zrobić, jeśli pewnego dnia – może za rok, może za dwa, a może jeszcze nie za tego pontyfikatu, lecz kiedyś w przyszłości – dojdzie w Kościele do reform w nauczaniu moralnym, które wcale nie będą pozytywne; które wcale nie będą zgodne z linią nauczania Kościoła…

Co ludzie powiedzą?

Tytuł niniejszej notki jest dosłownym cytatem z wypowiedzi jednego z moich facebookowych dyskutantów. Poniżej zamieszczę kilka innych cytatów-wypowiedzi, które pojawiły się w ramach dyskusji o papieżu Franciszku. Pragnę jednak z góry zaznaczyć, że ani sam tytuł, ani żadne z pozostałych poniższych haseł, nie jest wypowiedzią, którą dana osoba wymyśliła sobie i „objęła prawami autorskimi”. Wszystkie te słowa są typowymi hasłami, które wielokrotnie spotkałem w życiu, także podczas dyskusji na blogu (można je z pewnością odnaleźć pod archiwalnymi notkami) i które padają ilekroć ktoś nie zgadza się ze mną w jakichś kwestiach, a ja przy tych kwestiach staram się upierać. Najczęściej są to słowa rzucane przez wrogów ortodoksyjnego Kościoła, także przez przedstawicieli Kościoła otwartego. W tej dyskusji przyłączają się do nich także ortodoksyjni katolicy. Ma to znaczenie o tyle, że ci ostatni zwykli na co dzień, podobnie jak ja, odpierać podobne zarzuty. Przejdźmy jednak do sedna.

Nie lubisz naszego Papieża? – Dążymy do tego, by ograniczyć źródło niepokoju rozmówcy do osobistej antypatii. Nie lubię papieża, więc piszę o nim źle, więc szukam mankamentów. Oczywiście prawdą jest, że nie mam obowiązku wszystkich lubić, nie mam też obowiązku lubić papieża. Z drugiej jednak strony to, czy go lubię, czy nie nie ma większego znaczenia – ja się tylko obawiam o to, co będzie się działo dalej z Kościołem, który jest dla mnie Domem. Jeśli nie lubiłbym papieża Franciszka – a chyba nie odważyłbym się użyć tych słów – to chyba raczej w konsekwencji jego działań i rzeczy, które mówi, a nie odwrotnie.

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni – Słowa Jezusa mnóstwo razy przywoływane przez wrogów Kościoła i „wolnych” katolików, by bronić swoich grzechów, do których mocno się przywiązali. Jezus zabronił sądzić – więc odczep się od mojego grzechu, mam prawo grzeszyć. Tymczasem, jak już wykazałem kiedyś, sądzenie, osądzanie to nie ocenianie ludzkich grzesznych czynów. Sądzenie to skazywanie człowieka na potępienie, odsądzanie go od czci i wiary – a tego robić nie wolno nikomu. Natomiast moralna, logiczna ocena słów i czynów danej osoby z perspektywy Ewangelii i sumienia, jest obowiązkiem każdego chrześcijanina. Nawet jeśli mówimy tu o ocenianiu słów i czynów samego papieża.

Pomódl się, zamiast się czepiać – Kolejne wyświechtane hasło, najczęściej używane przez otwartych katolików, w celu zamknięcia ust tym, którzy zwracają uwagę na problem, zwracają uwagę na grzech. Zgodnie z tym podejściem do katolika, każdego księdza i biskupa, a także człowieka świeckiego, należy obowiązek milczenia i omadlania wszystkiego. Każdy chrześcijanin powinien swe życie spędzać na klęczkach, albo zajmując się swoimi sprawami. Innym wolno mówić, co uważają, nam nie wolno. Oczywiście nie zaprzeczam konieczności modlitwy! Oczywiście modlę się w intencji Franciszka, a w przyszłości planuję w jego intencji nawet całą nowennę pompejańską. To nie oznacza jednak, że zamierzam modlić się zamiast mówić. Modlę się i mówię. Mówię i mówić będę.

Nie bądź bardziej papieski od papieża – Skoro papież jest głową Kościoła, nie mnie zatem jest zwracać mu na cokolwiek uwagę. To oczywiście prawda – nie mam mocy zwracać uwagi papieżowi na cokolwiek. Mimo tego mam prawo powiedzieć, co mnie niepokoi w jego postępowaniu. Mam prawo być nawet „bardziej papieski od papieża” jeśli sam papież przestałby być papieski i chciałby skierować – teoretycznie, nie twierdzę, że chce – Kościół na niewłaściwe tory.

Nie ufasz Duchowi Świętemu – Na koniec największy smaczek. Skoro wierzymy, że Kościół jest prowadzony przez Ducha Świętego, że On jest w Kościele obecny, że On wspiera kardynałów w wyborze papieża i prowadzi papieża właściwą drogą, to należy z góry założyć, że papież czyni i myśli dobrze, prawowiernie i nieomylnie. To jednak nieprawda. Duch Święty jest obecny w Kościele od 2000 lat, ale nie każdy papież w tym czasie był człowiekiem świętym. Wielu podejmowało kontrowersyjne decyzje, czasem wyłącznie na własną korzyść. Wielu poddawało się władzy świeckiej. Duch Święty jest w Kościele i Kościół przetrwał w swoim ludzie i w swoich świętych – przetrwał nawet czasy złych papieży. Jeśli ufam Duchowi Świętemu, znaczy że wierzę w Jego moc, w to, że ocali Kościół. Niekoniecznie muszę być pewien, że sam Duch szepcze Franciszkowi do ucha wszelkie mądrości i niezaprzeczalnie jestem zobowiązany bezkrytycznie ich słuchać.

Tych pięć cytatów niech wystarczy. Nie wypisałem ich, by kogokolwiek obrazić, ani by komukolwiek zamknąć usta. Zapraszam do dyskusji – ona jest w tym miejscu potrzebna. Pragnę jednak wspomnieć, że zamiast często powtarzanych, wyświechtanych hasełek, potrzebuję raczej rzeczowych argumentów. I liczę, że je otrzymam.

Jeśli mam rację, jeśli jej nie mam

Tę notkę, gdyby ktoś pytał mnie o cel, piszę z dwóch powodów. Po pierwsze: dlatego, że mam otwarte oczy i uszy, widzę coś, co mnie niepokoi i mam wolność wypowiadania swoich myśli. Chcę zabrać głos w dyskusji nawet, jeśli jest on sprzeczny z poglądem większości. To, że krytykuję w jakiś sposób papieża Franciszka nie oznacza, że mam ze swoimi przemyśleniami siedzieć cicho, bo tym samym niszczę Kościół. Nie pragnę niczego zniszczyć, chcę tylko wyrazić swoje zdanie i otworzyć się na zdanie innych. Po drugie zaś: dlatego, że widzę zagrożenie, które wydaje mi się realne i pragnę, by więcej osób otworzyło na nie oczy. Nie chcę, żeby ktokolwiek odszedł z Kościoła przez moje słowa. Jeśli odejdzie – znaczy że nie był do niego zbyt mocno przywiązany. Chcę właśnie, by każdy, kto poważnie myśli o Kościele, zastanowił się, jak go bronić i jak w nim przetrwać, jeśli kiedyś nastąpi kryzys.

Co się stanie, jeśli okaże się, że nie mam racji? Nic się nie stanie, a mam nadzieję, że racji nie mam i rzeczywiście nic się nie stanie. To znaczy papież podkreśli, że pomimo miłosierdzia Bożego a nawet w parze z tym miłosierdziem grzech zawsze pozostaje grzechem. Otworzy drogi duszpasterstwa osób rozwiedzionych, homoseksualnych, zamkniętych na potomstwo i będzie kładł nacisk na wyjście z grzechu. Będzie pomagał tym ludziom zerwać ze swoimi przyzwyczajeniami, które są trwaniem w ciągłym grzechu ciężkim. Wybije Kościół na szczyty miłosierdzia, mówiąc, jak Jezus do jawnogrzesznicy: „Idź, a więcej już nie grzesz”. Czy wtedy przeproszę za swoje słowa? Nie sądzę. Moje obawy są realne, choć może się okazać, że pozostaną tylko obawami. Mam zdanie jakie mam – jeśli się mylę, tym lepiej dla mnie, dla Was i dla całego Kościoła.

Co się jednak stanie, jeśli okaże się, że mam rację? Jeśli nauczanie moralne Kościoła zostanie zmienione na modłę populis, bo tak chce większość? A kto wie co będzie dalej? Czy ktoś przyzna mi rację i powie „Tak, słusznie nas ostrzegałeś”? Nie przypuszczam…

Jeśli okaże się, że mam rację, mainstream się ucieszy. Wiwatować będą lewicowe media, otwarci katolicy, propagatorzy antykoncepcji, rozwodnicy. Jakieś 90% społeczeństwa, tak na oko. Bramy Kościoła staną otworem. Osoby, które sceptycznie i krytycznie dziś patrzą na to, co mówię i piszę, w większości powiedzą „Cóż, skoro papież tak mówi, to znaczy że taka jest wola Ducha Świętego i musimy się zastosować”. Zastosują się i powiedzą mi tylko, że nawet jeśli miałem rację (ja i kilka innych osób – bo nie jestem jedynym, który tak twierdzi), to nic nie szkodzi, bo papież ma rację i tak właśnie musi być. I nie nam osądzać, nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni.

Jeśli okaże się, że mam rację, pozostanie garstka. Ci, którzy będą chcieli zachować wierność katolickiej moralności takiej, jaką znamy dzisiaj. Którzy, tak jak ja dzisiaj, biorą udział w projektach promujących małżeństwo bez antykoncepcji, wypowiadają się na ten temat w radiu, walczą o pojednanie rozchodzących się małżeństw, które twierdzą, że ich decyzja była niedojrzała. Pozostanie nas garstka i ta garstka będzie mogła trwać w jedności z Kościołem tak, jak trwali w niej Lefebryści po Soborze Watykańskim II (z tym, że walka o liturgię to nie to samo, co walka o moralność), dopóki nie zaciągnęli na siebie ekskomuniki. Co ta garstka zrobi dalej? Nie wiem dzisiaj. Czy to rzeczywiście się zdarzy? Także nie wiem.

Jedyne co mogę powiedzieć to to, że mam obawy. Że informuję o nich i przestrzegam. I namawiam do badania, dokładnie, co robi nie tylko nasz ksiądz proboszcz, nie tylko biskup, ale także papież. Jesteśmy katolikami i siłą rzeczy musimy śledzić słowa Franciszka. Módlmy się i czuwajmy.

Bo nie znamy dnia, ani godziny.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 37 komentarzy