Nie lubisz naszego Papieża?

Jestem katolikiem, wszyscy moi czytelnicy dobrze to wiedzą. Z całą pewnością popełniam błędy, grzechy, popadam w dogmatyzm bez wgłębienia się w wiarę, ale staram się jak mogę być wiernym synem Kościoła katolickiego. I nie ma tu żadnych „ale”, bo żadnych „ale” być nie może. Można być katolikiem, albo można nim nie być. Nie można być trochę katolikiem. Skojarzenie „letni katolik” wiąże się ze słowami Jezusa, zawołującymi byśmy byli albo zimni, albo gorący – nigdy letni. Ja nie lubię tego połączenia słów, wolę zbitkę „niedzielny katolik”. Taki, który do kościoła pójdzie w niedzielę, ale życie swoje pędzi jakby obok. Żyje po swojemu.

Jak napisałem kilka wpisów wcześniej, miewałem w życiu różne chwile. Czasem byłem gorliwym ortodoksem w praktyce, czasem tylko w teorii – próbując swoim życiem oszukać Boga. Bywałem prawdopodobnie i niedzielnym katolikiem. Wiem jednak, że moje miejsce jest jak najbliżej tego światła, tego ognia którym jest Bóg, a najbliżej w naszym ziemskim życiu jest w Jego Kościele. Dlatego wiernie trwam przy tym Niebie na Ziemi, które trwa już 2000 lat. Nie oszukujmy się jednak, nawet Kościół w ciągu wieków przechodził burze i pewnie wielu wiernych sądziło, że z nich nie wyjdzie. Zawsze jakoś wychodził na prostą i dla mnie to jest dowód, że nad Kościołem czuwa Duch Święty. Że Duch Święty jest w Kościele.

To wszystko nie oznacza, że jeśli coś niepokoi mnie w Kościele, do którego przynależę, to nie wolno mi tego komentować, nie wolno mi zwracać na to uwagi. Nie mam być jak baranek, który pójdzie wszędzie, gdzie go poprowadzą, choćby doprowadzili go na skraj wulkanu i chcieli zrzucić wgłąb. Nie mam być jak to się mówi, jak Polak-katolik: mierny, bierny ale wierny. Wręcz przeciwnie – jeśli coś mnie niepokoi, mam obowiązek zwracać na to uwagę, jeśli czegoś nie rozumiem lub z czymś się nie zgadzam, mam obowiązek pytać i wyjaśniać. Jeśli widzę realne zagrożenie, mam obowiązek zwracać innym uwagę na to, co widzę, nawet jeśli miałbym się pomylić. Jeśli bowiem nawet się mylę, to zwrócenie innym uwagi na niepokojące mnie zjawisko może wyłącznie doprowadzić do użycia przez nich rozumu i rozpatrzenia moich argumentów. Jeśli zaś się nie mylę, dobrze jest gdy ostrzegę innych przed czyhającym niebezpieczeństwem.

Tak oto wolno mi zwracać uwagę na postawę szeregowego wiernego czy szeregowego teologa (jak na przykład osoby usprawiedliwiające używanie antykoncepcji czy Jan Turnau naciskający na wprowadzanie w Kościele zmian niezgodnych z nauczaniem tegoż Kościoła). Wolno mi zwracać uwagę na postawę kapłanów, osób ze święceniami prezbiteratu (na przykład ks. Lemański albo Boniecki, o których na blogu już wspominałem). Wolno mi nawet zwracać uwagę na to, co mówią lub robią biskupi (jak śp. bp. Życiński, stały współpracownik Gazety Wyborczej, czy bp. a nawet kardynał Nycz, bieżący z Komunią Świętą do Bronisława Komorowskiego – o tym też już pisałem). Jeśli poważnie niepokoi mnie zachowanie i postawa samego Papieża, dlaczego miałoby mi nie być wolno zwrócić na nią uwagi?

Pierwsze wrażenie

Kiedy po ustąpieniu z tronu św. Piotra papieża Benedykta XVI zwołano konklawe i w szybkim tempie wybrano następcę, wszyscy spodziewali się zgoła innego wyniku dociekań kardynałów. Gdy wyszedł zawołany kard. Jorge Mario Bergoglio, cały lud zamarł. Słychać było w panującej ciszy taki niemy okrzyk „co jest, kurde?” Nie spodziewano się, że to właśnie ten człowiek, kardynał Kościoła południowoamerykańskiego, zostanie nowym papieżem. Nie było w tym oczywiście nic złego, jako i w tym, że wybrał sobie imię Franciszek, którego to imienia nigdy wcześniej nie nosił żaden papież. Kłopoty ze zrozumieniem postawy nowego papieża zaczęły się pojawiać, gdy wyszedł do ludzi bez purpurowego płaszcza i w czarnych trzewikach, zamiast czerwonych. Kłopoty – ponieważ to zachowanie wywołało w ludziach skrajne reakcje. Jedni radowali się i unosili w entuzjazmie, że oto pojawił się niezwykle skromny papież, gotów poświęcić symbolikę dla ubóstwa. Drudzy denerwowali się, że Franciszek grzebie stulecia tradycji papieskich, grzebie symbole męczeństwa i władzy, by pokazać, jak bardzo jest skromny. Mnie to zachowanie ani nie ucieszyło, ani nie zdenerwowało. Nie przykładałem do tych spraw zbyt wielkiej wagi wcześniej i nie przykładałem jej teraz. Zaciekawił mnie motyw zamieszkania u sióstr zamiast w pałacu, zaciekawiło mnie jeżdżenie autobusem z kolegami kardynałami, zamiast limuzyną, ale wówczas wiele osób mówiło, że to jest jego naturalny styl bycia, skromność i sposób przeżywania swojego kapłaństwa. Do tego pochodzenie z konkretnego kręgu kulturowego. Byłem jednym z członków Kościoła, którego ta osobista franciszkowa pochwała ubóstwa także urzekła.

FranciszekTroszkę większy problem miałem z zaniechaniami czy naciągnięciami dotyczącymi czystości liturgii. Pewien portal internetowy, którego nazwy nie pomnę, a który przez osiem lat pontyfikatu Benedykta XVI pochwalał i wywyższał czystość watykańskiej liturgii przez pierwszych kilka miesięcy pontyfikatu Franciszka działał w zupełnie inny sposób: obserwując liturgiczne poczynania Franciszka „wyrywał sobie włosy z głowy”, mówiąc w przenośni. Autorzy portalu nie mogli zdzierżyć najróżniejszych liturgicznych papieskich wygibasów, na które nie pozwalał sobie poprzednik tegoż. Oczywiście muszę podkreślić, że liturgia Benedykta była bardzo ortodoksyjna, wielokrotnie wręcz „przedsoborowa”. Franciszek zaś wyszedł do ludzi, prawdopodobnie niezwykle rzadko przekraczając graniczę przepisów liturgicznych, ale będąc w ich interpretacji od Benedykta XVI zdecydowanie bardziej otwartym. Portal o którym mówię przez jakiś czas narzekał, wreszcie stwierdził, że dłużej nie zdzierży i zarzucił swoją działalność. Reakcja środowisk mediów katolickich była jedna: śmiech. Założyciele portalu zostali ironicznie wyśmiani, ponieważ okazali się być bardziej papiescy od papieża i próbowali pokazać Franciszkowi jak ma prowadzić liturgię. I ja wówczas tak uważałem: papież to papież. Ma prawo przecież tak pokierować mszą świętą, jak uważa za stosowne. Prawo jest dla ludzi, a nie ludzie dla prawa… Ale niepokój pozostał.

Pierwsze wrażenie trwało do Światowych Dni Młodzieży w Rio, a dokładnie do ciekawego wywiadu, który Franciszek udzielił dziennikarzom w drodze powrotnej.

Rozmyć, rozmydlić

Zanim jednak odniosę się do kilku konkretnych słów, które padły w drodze z Rio, poświęcę chwilę na opisanie konkretnych komunikatów odnośnie nauczania Kościoła, które przekazuje papież Franciszek. Dodam, że nie jestem osobą, która śledzi każde pojedyncze słowo papieża i wie wszystko, co Franciszek powiedział. Stawiam się raczej na pozycji prostego katolika, być może z wykształceniem teologicznym, ale jednak zwykłego członka Kościoła.

Otóż na pierwszy rzut oka wydaje się, że z ust Franciszka nie padły dotąd żadne konkretne komunikaty odnośnie nauczania Kościoła. Nie mówię tu bynajmniej o tym, co papież mówi o Chrystusie, o miłosierdziu Bożym, o wierze. Mówię o nauczaniu moralnym Kościoła, o sprawach aborcji, homoseksualizmu czy nawet antykoncepcji – słowem, o konkretnych komunikatach, w których papież Franciszek zaznaczałby, że takie zachowanie jest dobre, a takie jest złe. Że taka jest nauka Kościoła, że taka jest tradycja i że te konkretne rzeczy nie ulegają zmianie. Mam na myśli takie mocne, konkretne uderzenie w stół, które było ogromnym udziałem Benedykta XVI i Jana Pawła II, a nie dało się go nijak przegapić, nawet mimo uwielbianej przez media kremówkowości. Tymczasem nie zwróciłem uwagi, by Franciszek zbyt często używał słów „grzech” czy „zło”. A nawet jeśli – by potępiał dany czyn, acz nie osobę. Wręcz przeciwnie, gdy pyta się Franciszka o kwestie moralne w Kościele, słychać słowa o braku oceniania, o miłosierdziu; gdy trzeba coś ostrzej zakomunikować, słychać, że wszystko już było komunikowane, więc nie ma potrzeby tego powtarzać. Tak jakby chciało się umyć ręce, zwalić na kogoś, kto był wcześniej. Ja to przynajmniej tak odbieram. I bynajmniej nie chcę powiedzieć, że wątpię w naukę o miłosierdziu. Miłosierdzie jest jak najważniejsze, Bóg miłosierny jest gotów każdy grzech przebaczyć. Potrzebny jest jednak komunikat, że grzech jest grzechem. Potrzebujemy usłyszeć od tak lubianego papieża, że robiąc coś niewłaściwego popełniamy grzech. Co natomiast słyszymy? Że „Nie możemy tylko upierać się przy sprawach związanych z aborcją, małżeństwami gejowskimi i stosowaniem metod antykoncepcji. To niemożliwe. Nie mówiłem o tym wiele i byłem za to strofowany. Ale kiedy mówimy o tych sprawach, musimy o nich mówić w kontekście. Nauczanie Kościoła w tych sprawach jest jasne, a ja jestem synem Kościoła, ale nie ma potrzeby mówienia tego cały czas. Nauczanie dogmatyczne i moralne Kościoła nie są sobie równoważne. Duszpasterstwo Kościoła nie może mieć obsesji na punkcie chaotycznego przekazywania mnóstwa doktryn do uporczywego wdrażania”. Może się mylę, ale zdaje się, że z podobnego tekstu można odczytać co się chce. Nie mówię już o najróżniejszych tłumaczeniach, w stylu „Kościół ma obsesję…” które przez jednych są potwierdzane, przez innych dementowane. Mówię natomiast o próbie skrzętnego ominięcia tematu. Papież nie mówi o kwestiach moralnych, bo: a) nauczanie Kościoła jest jasne, wszystko zostało już powiedziane i nie trzeba tego powtarzać – wszyscy wiedzą co i jak (i zapewne tego przestrzegają); b) nie ma równości między dogmatyką a moralnością – i choć nie jest powiedziane, która z nich jest ważniejsza, wydaje się, że zdaniem Franciszka lepiej się skupiać na dogmatach, czyli też kwestiach wiary, niż na moralności; c) Kościół (duszpasterstwo) nie może mieć (tudzież nie ma) obsesji na punkcie przekazywania (chaotycznego) doktryn (mnóstwa) do wdrażania (uporczywego). Przymiotniki jasno świadczą o tym, co próbuje powiedzieć papież. Zamiast mieć obsesję na punkcie dogmatów wiary czy moralności i próbować wdrożyć je w życie świata, powinniśmy otworzyć się na przekaz misyjny, „znaleźć nową równowagę; inaczej nawet gmach Kościoła prawdopodobnie upadnie jak domek z kart, tracąc świeżość i aromat Dobrej Nowiny. Propozycja Ewangelii musi być prostsza, głębsza, promienna. To z tej propozycji płyną potem konsekwencje” (Powyższe cytaty za Gościem Niedzielnym). Co ciekawe, w tym samym wywiadzie, w którym mówił o obsesji, papież Franciszek wygłosił też słowa na temat rozwiedzionej kobiety po aborcji, żyjącej w ponownym związku: „Myślę o sytuacji kobiety, która ma za sobą nieudane małżeństwo oraz aborcję w jego trakcie. Potem ta kobieta wyszła ponownie za mąż, teraz jest spokojna i ma pięcioro dzieci. Aborcja jest dla niej olbrzymim brzemieniem i ona szczerze jej żałuje. Chciałaby kontynuować życie chrześcijańskie” (za wPolityce.pl). Papież zaznacza przy tym, że takiej kobiecie należy się miłosierdzie. A więc bierze pod uwagę to, że kobieta przeżywa w bólu swoją aborcję i żałuje jej – zgoda – ale też to, że nie ułożyła sobie życia w związku sakramentalnym, tylko w drugim małżeństwie. Czyli – mimo porzucenia przez nią swojej decyzji podjętej w parze z sakramentem małżeństwa – powinno się miłosiernie patrzeć na taką kobietę, bo znalazła spokój ducha i chciałaby kontynuować życie chrześcijańskie. Stąd już prosta droga, tak mi się wydaje, do swego rodzaju dopuszczenia rozwodów w Kościele…

Ponownie podkreślę – nie zaprzeczam konieczności szukania nowych sposobów na głoszenie Chrystusa i Ewangelii w świecie. Nie zaprzeczam temu, że najpierw idzie Chrystus, potem dogmaty i moralność – które stają się naturalną konsekwencją. Nie możemy jednak machnąć ręką na kwestie antykoncepcji, jako to, co już zostało powiedziane i nie może stanowić obsesji Kościoła. Kiedy ja mówię o antykoncepcji w życiu rodzin katolickich, mówię o tym w kontekście wiary w Chrystusa, w kontekście Bożego objawienia i Boga-dawcy życia. Temat nie może zostać pominięty, bo już został wystarczająco omówiony.

Dlatego zdaje mi się, że Franciszek – starając się znaleźć jak najwięcej osób przychylnych – rozmydla, rozwadnia to, co już rzeczywiście zostało powiedziane i stara się, może niespecjalnie, umniejszyć wartość Kościelnej nauce moralnej.

Zdaniem lewicowych mediów

Tak przynajmniej można wnioskować, czytając lewicowe media, takie jak gazeta.pl, onet.pl, czy lisowy portal Na Temat. Oczywiście lewicowe portale nie włożą wysiłku by pokazać, że Franciszek rozmydla moralną naukę Kościoła. Wręcz przeciwnie – korzystając z rozmydlenia zaczną twierdzić, że oto właśnie papież Franciszek otwiera perspektywę zmian w Kościele. Wniosek jest wcale nietrudny do wysnucia – ponieważ Franciszek naprawdę nie mówi bardzo konkretnie. Tego nie dało się zrobić w przypadku Benedykta XVI. Zdarzyło się to być może raz – w efekcie mętnych postanowień odnośnie używania antykoncepcji w Afryce. Wówczas jednak reakcja papieża była błyskawiczna – zdementował pogłoski, jakoby jego celem było wprowadzenie antykoncepcji w Kościele jako czegoś dopuszczalnego. Podobnie było i z Janem Pawłem II. Uwielbiany przez ludzi i przez lewicowe media papież był przez nie strofowany, gdy tylko wypowiedział się jakkolwiek w tematyce moralności chrześcijańskiej. U Franciszka tego nie ma. Media uwielbiają go za podejście do wiernych, trochę w stylu dobrego dziadzia, a nie kochającego ojca, ale też za jego słowa czy działania w kwestii moralności. I póki co nadal piszę o tym rozmydleniu, a nie o konkretach. A zdarzyło nam się już usłyszeć kilka słów, które były bardziej konkretne, tylko chyba nie w odpowiednią stronę.

Aby wyraźniej podkreślić sposób patrzenia lewicy na Franciszka dodam tylko, jak wyglądały dyskusje pod wrzucanymi przeze mnie tematami dotyczącymi Franciszka na Facebooku. Otóż w obronie świetnego papieża Franciszka stawali nie tylko katolicy, którzy gotowi byli sobie ręce uciąć za papieża, ale też ateizujący znajomi, przedstawiciele Kościoła otwartego (na antykoncepcję, homoseksualizm i nowych, nieortodoksyjnych członków) czy prawosławni, wszyscy widzący w papieżu Franciszku nową nadzieję dla Kościoła.

Media prawicowe w kontrataku

Pozostaje nam przekaz mediów prawicowych, w tym katolickich nie przynależących do nurtu Kościoła otwartego. Otóż zauważyłem w ich przekazach dwie drogi: podkreślanie fajności, otwartości Franciszka, jak to robią i media lewicowe; stawanie na straży wyjaśniania tego, co Franciszek miał tak naprawdę na myśli. Artykuły tłumaczące niezrozumiałe, rozmydlone słowa papieża Franciszka i atakujące lewicowe media, bo nie tak powiedział papież, tylko inaczej, stały się prawdziwą plagą mediów prawicowych. Franciszek coś mówi, lewica twierdzi, że w to im graj, prawica zaś odkręca i stwierdza, że tak być nie mogło. Tomasz Terlikowski chociażby, na portalu Fronda.pl i na swoim profilu Facebookowym w odpowiedzi na pewne poczynania papieża Franciszka przyjął linię „tego się nie da zrobić, bo to jest zatwierdzone w katechizmie/kodeksie prawa kanonicznego/nauczaniu poprzednich papieży/tradycji”. W odpowiedzi wielokrotnie może przeczytać słowa w stylu „Dziękujemy, Panie Tomaszu, że po raz kolejny wyjaśnił pan papieżowi co może, a czego nie może zrobić”. Media jednak ostro stoją na straży, by cerować luki między przyjętym nauczaniem Kościoła, a najróżniejszymi słowami papieża Franciszka.

W „wSieci”, w numerze 39 (43) 2013 pojawia się na przykład artykuł ks. Dariusza Kowalczyka pt. „Duch i antyduch Franciszka”. W tym artykule ks. Kowalczyk podkreśla w jaki sposób media lewicowe manipulują słowami papieża: „Zauważono bowiem, że nowa głowa katolickiej wspólnoty zyskuje sympatię ludzi i nie da się jej skutecznie zwalczać w bezpośrednim ataku. Trzeba zatem przeinaczać jej wypowiedzi, aby mieszać ludziom w głowach (…). Owo przeinaczanie dokonuje się głównie poprzez wyrywanie z kontekstu. Właściwym kontekstem dla zrozumienia słów Franciszka jest po prostu nauczanie Kościoła”. Artykuł ks. Kowalczyka wpisuje się w szereg innych, trafiających do nas pod kryptonimem „Co papież miał na myśli?”. W tym wypadku winą za przeinaczanie wypowiedzi Franciszka obarcza się media lewicowe – co nie jest pozbawione słuszności. Dlaczego jednak, kiedy mowa o wyrywaniu słów Franciszka z kontekstu, nie wspomina się o kontekście szerszym jego wypowiedzi, lecz o kontekście nauczania Kościoła? Czyżby bez sięgania do tzw. szerszego kontekstu słowa samego Franciszka nie potrafiły się obronić? Czyżby i ks. Dariusz Kowalczyk, tak jak Tomasz Terlikowski, musiał uspokajać i pokazywać czego papież nie może zrobić, choć sugeruje to wyraźnie w swoich słowach, bo to nie wynika z kontekstu nauczania Kościoła?

Szanowne prawicowe media, papież Franciszek nie jest w ciemię bity. Nie potrzebuje setki adwokatów, którzy będą tłumaczyć ludowi, co też miał na myśli. Jest bardzo wpływowym człowiekiem i z pewnością docierają do niego informacje w szerszym niż do nas kontekście. Gdyby chciał wyjaśnić ludziom mieszającym w jego słowach, co tak naprawdę miał na myśli, zrobiłby to. Dlaczego więc to Wy musicie gasić panikę?

Od nadmiaru kremówek może rozboleć brzuch

Uwielbiam Jana Pawła II jako papieża. Uwielbiam konkretność jego nauczania, konkretność jego wiedzy i pisania. Uwielbiam jego pociąganie tłumów, ale i wbijanie tym tłumom młoteczkiem do głowy co można, a czego nie. Nie lubię natomiast wszechobecnego kultu pomników, obrazów Jana Pawła II i dni papieskich, które pozostały dniami Jana Pawła II mimo dwukrotnej zmiany na tronie św. Piotra. Bardzo nie lubię kremówkowości panującej wokół jego postaci, przy jednoczesnym przymknięciu oka na konkret. Jako kremówki rozumiem nie tylko pamiętne „Wadowickie Kremówki Papieskie; ulubione ciasto wszystkich Polaków”. Kremówki to dla mnie wszystkie mrugnięcia okiem, machnięcia dobrotliwego staruszka do szalejącej młodzieży. Okularki złożone z dłoni, „Dżej Pi Tu he loves You”, Barka… Jan Paweł II swoimi „kremówkami” zdobył sobie niegasnącą sympatię mnóstwa ludzi, a sympatia ta trwa do dzisiaj. Przez te kremówki niestety również zgubił konkretność swoich przekazów – albo media zadbały o to, żeby zgubić tę konkretność. Dlatego tak niewiele osób myśli dziś, jak dużo Jan Paweł II zrobił np. dla moralnej nauki Kościoła. Oczywiście, nie są to wszyscy, ale większość osób powiedziałaby, że najważniejsze słowa wypowiedziane przez „Naszego Papieża” to „Tam po maturze chodziliśmy na kremówki”. Może jeszcze „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. No, jeszcze „Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie. Za to wam dziękuję”. Słowa, których prawdopodobnie nigdy nie wypowiedział.

Kiedy tuż po wyborze kard. Bergoglio na tron św. Piotra pisałem notkę o Janie Pawle II, mówiłem, że mimo dwukrotnej zmiany Papież wciąż jest ten sam. Szybko okazało się, że się pomyliłem: Franciszek stał się nowym „Naszym Papieżem”. Tymże nigdy nie był Benedykt XVI. Ale on nie był osobą, która chciała wszystkim posłodzić. Tymczasem wydaje mi się, że Franciszek już wyrobił limit kremówek na cały pontyfikat, a wcale nie zamierza przestać słodzić.

Franciszek_3Największą kremówką, z którą nie mogę sobie dać rady, a którą papież serwuje nam od dawna, a ostatecznie zaserwuje w przyszłym roku, jest kanonizacja Jana Pawła II. Ten wielki papież (przez wielu nazywany wielkim nawet za życia) został beatyfikowany w trybie przyspieszonym, teraz w trybie przyspieszonym będzie kanonizowany. Ale to jest tylko wafelek, kremem jest towarzystwo, w jakim będzie kanonizowany. Otóż będzie mu towarzyszyć Jan XXIII, równie wielki papież, ten, który – jak teraz Franciszek – był zapowiedzią wielkich reform w Kościele, który doprowadził do Soboru Watykańskiego II, który zmienił liturgię w całym Kościele, który sprowokował mnóstwo zmian, będących pochyleniem się Kościoła nad ludźmi. Wszak gdyby nie umarł, a dzieła nie dokończył po nim Paweł VI, być może nawet moglibyśmy swobodnie używać dziś antykoncepcji, a ja nie zastanawiałbym się nawet nad jej słusznością czy jej brakiem. Decyzja o wspólnym kanonizowaniu Jana XXIII i Jana Pawła II jest najbardziej, w moim przekonaniu, populistyczną decyzją tego papieża. Wspólne wyniesienie na ołtarze dwóch najbardziej lubianych, popularnych papieży w dziejach świata, do dziś cytowanych przez media (także lewicowe, także pozytywnie) wydaje się doskonale uwypuklać linię, którą postanowił podążać papież Franciszek.

Napisałem na górze, że rola mediów prawicowych odnośnie papieża Franciszka to wyjaśnianie, co miał na myśli, oraz opowiadanie o jego fajności. Pokazywanie tego, jak bardzo uśmiecha się do ludzi, jak bardzo skłania się w ich stronę. Jak żartuje, głaszcze dzieci, wychodzi z papa mobile w tłum, żeby każdemu uścisnąć dłoń. Ciekawostki odnośnie telefonów wykonywanych do prywatnych ludzi przekazują na wyścigi media lewicowe i prawicowe. Papież zadzwonił już m.in. niespodziewanie do zgwałconej kobiety, która zdecydowała się urodzić dziecko i do szefa sieci restauracji slow food. Jeden z artykułów na wPolityce opowiada o kremówkach Franciszka rozdawanych w czasie wyjazdu do Asyżu. „Wizyta papieża Franciszka w Asyżu w piątek zostanie zapamiętana nie tylko jako historyczny pobyt biskupa Rzymu w mieście patrona swego pontyfikatu, ale także dzięki żartom i celnym komentarzom, którymi wywoływał śmiech i entuzjazm” – zaczyna się artykuł. A więc nie tylko historyczna wizyta, lecz także żarty i komentarze. Akurat bez konkretów. A żarty były takie: „Ja zawsze radzę nowożeńcom: kłóćcie się ile chcecie, niech latają talerze, ale nigdy nie kończcie dnia bez zgody”. Fronda mówi w tym miejscu, że słowa te padały wśród śmiechu i aplauzu słuchaczy. Dalej mówił do młodzieży: „Kiedy przychodzi do mnie matka i mówi mi: „Mam 30-letniego syna, który nie chce się żenić, nie może się zdecydować, ma śliczną narzeczoną, ale się nie pobierają”, ja odpowiadam: Niech pani nie prasuje mu więcej koszul”. Brawa i aplauz. A potem już zdecydował się skrytykować „swoich”. Do zakonnic powiedział: „Przykro mi się robi, gdy spotykam siostry, które nie są wesołe. Czasem uśmiechają się jak stewardessy, ale nie uśmiechem pochodzącym z serca”, a do księży: „Te niekończące się nudne homilie, z których nic się nie rozumie”.

Ludzie się cieszą (może poza księżmi mówiącymi niekończące się nudne homilie), biją brawa i śmieją się. Jest fajnie i wesoło. Papież jest cool. Niewiele z tego wynika, ale…

Podcinać gałąź, na której się siedzi

Ta myśl odnośnie papieża Franciszka przyszła mi do głowy, kiedy Tomasz Terlikowski dyskutował o czymś na Facebooku. Wtedy wrzucono mu w komentarz link do artykułu na Onecie, który w nerwach przytoczyłem, z dopiskiem o nadmiarze kremówek i podcinaniu gałęzi. Usłyszałem wówczas m.in. że powołuję się na niekompetentne źródła, ale nie mogę się z tym zgodzić. Powołuję się na źródła lewicowe, które chwalą Franciszka i wynoszą jego słowa na wyżyny, tak jak i większość mediów prawicowych. Dziś Onet czy Gazeta Wyborcza nie są już mediami, z którymi należy się kłócić o szacunek do papieża. Dziś te media szanują papieża i używają jego słów we własnych celach, często wcale nie bezpodstawnie. I tak już można cytować Franciszka, gdy chce się zamknąć usta myślicielom takim, jak Tomasz Terlikowski, bo „Papież ocenił, że „ideologiczni chrześcijanie” to „ciężka choroba”, bo jego zdaniem są oni surowymi moralistami, głosicielami etyki, ale są pozbawieni dobroci. Podkreślił, że kluczem, który otwiera drzwi do wiary jest modlitwa”.

Franciszek_4Ale to nie jest jedyny przykład na to, jak Franciszek – moim zdaniem – sam kopie pod sobą dołki. Nie tylko wręcza oręż lewakom przeciw Terlikowskiemu czy przeciw prostemu blogerowi jak ja, ale też przeciwko licznym kapłanom. Wcześniej przytoczony cytat odnośnie przydługich, nudnych homilii to ulubiony cytat z wyjazdu do Asyżu przytaczany przez media lewicowe. Oto papież publicznie skrytykował kapłanów (kapłanów ogólnie, cały stan duchowny), że zanudzają ludzi kazaniami. Nie tylko to – publicznie beszta też biskupów (biskupów ogólnie, nie konkretnych przedstawicieli), że jeżdżą zbyt drogimi samochodami. Owszem – jeżdżą często i owszem – wielu wiernym i niewiernym to przeszkadza. Jednak czy rzeczywiście dobrym rozwiązaniem jest publiczne upominanie swoich podwładnych, ludzi trwających w tej samej służbie? Czy dobrym rozwiązaniem jest grożenie palcem – trochę na pokaz – wożącym się limuzynami biskupom? Nie lepiej – skoro można zadzwonić do obcej zgwałconej kobiety – wykonać kilka telefonów, zlecając osobiście biskupom wymianę aut? Jaki jest cel pokazywania wszystkim, że stoi się jako papież w opozycji do biskupów? Jaki jest sens stawania na przeciwnej biskupom szali wagi?

Jaki jest cel w wesołym, przytaczanym przez wszystkie media niezależnie od poglądów i opcji politycznej, grożeniu księżom palcem, bo mówią za długie kazania? Można ich przecież upomnieć bez ironii, np. za pomocą osobistego listu. Czy celem jest zmiana kazaniowych przyzwyczajeń księży? Czy może raczej przypodobanie się opinii publicznej, przyciągnięcie ludzi znudzonych kazaniami księży? Czy to nie jest podcinanie gałęzi, na której się siedzi?

Kilka konkretów, które budzą obawy

Napisałem już, że przy braku konkretów to, co mówi papież Franciszek może wydawać się rozmydlaniem, przynajmniej niektórym osobom się takowym wydaje. Nie jest jednak do końca prawdą, że dotychczas nic jeszcze konkretnego przez papieża nie zostało powiedziane. To, o czym napiszę, to wprawdzie nadal są tylko gdybania, żadne kategoryczne orzeczenia, ale we mnie – i w wielu znanych mi osobach – budzą poważne wątpliwości, poważne obawy o przyszłość moralnej nauki Kościoła.

Napisałem też wcześniej, że pierwsze wrażenie trwało do dnia powrotu papieża z Rio, do chwili udzielenia wywiadu na pokładzie samolotu. Najgłośniejszy harmider podniósł się wówczas o papieskie słowa na temat poszukujących Boga homoseksualistów. Rzeczywiście jakby umknęło przy tym, mnie przynajmniej, to, co papież powiedział o rozwodnikach. Słowa Franciszka w tym temacie brzmiały zaś tak: ” Odnosząc to do problemu Komunii dla osób będących w ponownym związku: ponieważ rozwiedzeni mogą przyjmować Komunię, tu nie ma problemu, ale kiedy są w ponownym związku – nie mogą. Uważam, że niezbędne jest spojrzenie na [ten] problem w całościowym kontekście duszpasterstwa małżeństw. I dlatego właśnie jest to problem. Ponadto – nawiasem mówiąc – inna jest praktyka prawosławnych. Oni idą za – jak to nazywają – teologią ekonomii, i dają drugą szansę, zezwalają na to. Uważam jednak, że ten problem – zamykam nawias – powinno się przestudiować w ramach duszpasterstwa małżeństw” – cytat za Gościem Niedzielnym. Dookoła tego padały słowa o czasie miłosierdzia, o potrzebie dyskusji. Co można odczytać z tych słów Franciszka? Oczywiście – nic konkretnego. Ale jednocześnie jakieś pomysły, które mają prawo niepokoić. Otóż jak wiemy, osoby rozwiedzione mogą przyjmować Chrystusa w Eucharystii, ale osoby żyjące w ponownych związkach już nie mogą. Papież wie o tym tak, jak każdy wierny. Ale papież idzie o krok dalej, o krok dalej też, niż jego poprzednicy Jan Paweł II i Benedykt XVI, którzy słysząc o przypadkach udzielania komunii osobom w nowych związkach kategorycznie zakazywali. Franciszek pamięta to wprawdzie, ale mówi o czasie miłosierdzia, o potrzebie zastanowienia się. Wydaje mi się, że „miłosierdzie” w wydaniu Franciszka jest pojęciem bardzo populistycznym. Oryginalnie oznaczało ono możliwość powrotu do Boga w każdym momencie, wyjście z każdego grzechu. Miłosierny Ojciec (niech nawet będzie Tatuś) przygarnia każde dziecko, w każdym momencie, byle tylko zechciało powrócić do Niego – i nie musi pytać o to, gdzie przehulało pieniądze. Ale miłosierdzie w sensie populistycznym, pojęcie z którym wielu podobnych do mnie ludzi na co dzień ostro polemizuje, to przygarnianie każdego, w każdym momencie, bez względu na to w jak ciężkim grzechu żyje i czy ma w ogóle zamiar z niego wychodzić. Dlaczego sądzę, że Franciszek stosuje, może mimo woli, to drugie pojęcie miłosierdzia? Ponieważ mimo tego, że osoby rozwiedzione i żyjące w nowych związkach z własnej woli żyją w ciągłym stanie grzechu ciężkiego, w stanie permanentnego cudzołóstwa, co nie jest kwestią dyskusyjną, papież mówi o potrzebie rozmowy na ten temat. Co więcej – mówi o spojrzeniu na prawosławie, gdzie osoby rozwiedzione dostają drugą szansę. Mówi o tym jakby w nawiasie, poza kontekstem, ale tak naprawdę mruga okiem do osób, które podjąwszy decyzję o spędzeniu życia w stanie grzechu mają jednocześnie nadzieję na dostępowanie życia sakramentalnego. Panu Bogu świeczkę i diabłu troszeczkę…

To nie są wszystkie kontrowersje wywołane przez papieża Franciszka. Wtedy, w czasie owej rozmowy w samolocie, Franciszek zapowiedział zebranie z kilkoma doradcami-kardynałami, które odbyło się na początku października. W czasie tego spotkania postanowiono o zwołaniu synodu. Wymyślono też sławną już ankietę, która rozprzestrzeniła się w sieci w szybkim tempie (najpierw oczywiście informację przekazała Gazeta Wyborcza i jej pobratymcy, dopiero potem doczekałem się komunikatu ze źródeł chrześcijańskich). Ankieta, pierwotnie ogłoszona jako rozesłana do wszystkich wiernych, po około tygodniu (!) okazała się być przeznaczona dla biskupów. Co wydawało się oczywiste już po samym spojrzeniu na pytania, na które przeciętny wierny nie odpowie (sam, jako teolog, miałem problemy z rozszyfrowaniem znaczenia pytań). Jeśli jednak ankieta jest do biskupów, to niekoniecznie nie do wiernych. Jeśli biskupi mają zdobyć odpowiedzi i wysłać je do Watykanu, to muszą jakoś przepytać w tej tematyce swoich wiernych. Mniejsza z tym. Do kogokolwiek nie byłaby skierowana ta ankieta, warto zastanowić się nad kontrowersjami w niej zawartymi. Aby lepiej sprawę rozumieć, warto zapoznać się z pytaniami, dostępnymi na przykład na Deon.pl.

Wśród wielu pytań związanych z omówioną wcześniej kwestią nieuregulowanych związków czy ponownych związków osób rozwiedzionych, pada następujące pytanie: „Czy uproszczenie kanonicznej praktyki w rozpoznawaniu nieważności związku małżeńskiego może wnieść pozytywny wkład w rozwiązywanie problemów osób w powyższych sytuacjach? Jeśli tak, to w jakiej formie?”. Tak, wiem, to tylko pytanie. Można na nie odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Pytanie pozostaje pytaniem, ale pytanie: po co pytanie? Jaki cel ma papież, zadając biskupom takie pytanie? Czy gdyby nie myślał o uproszczeniu stwierdzania nieważności małżeństw, w ogóle zadawałby podobne pytanie? Odpowiedź tkwi również już w sławetnej rozmowie samolotowej: „Dla przykładu, podam tylko jeden: mój poprzednik [w Buenos Aires – przyp. gosc.pl], kardynał Quarracino, mówił, że według niego połowa małżeństw jest nieważna. Dlaczego tak mówił? Ponieważ pobierają się bez dojrzałości, pobierają się nie dostrzegając, że to jest na całe życie albo biorą ślub dlatego, że z racji społecznych powinni się pobrać” – powiedział Franciszek. Nie mówił tego oczywiście od siebie, przytaczał tylko słowa swojego poprzednika. Ale widać było jego troskę, którą wyraził też w ankiecie – troskę o „uwolnienie” ludzi, którzy zawarli małżeństwo w sposób nieważny.

Byłbym głupcem, gdybym mówił, że urząd stwierdzenia nieważności małżeństwa (potwierdzenie, że nigdy nie doszło tak naprawdę do zawarcia sakramentu) jest niepotrzebny. Zdecydowanie wiele jest małżeństw nieważnych i trzeba pomóc ludziom np. oszukanym przed ślubem uwolnić się od nieuczciwego współmałżonka, czy – lepiej – partnera. Stwierdzanie jednak, że połowa małżeństw jest nieważna, albo proponowanie uproszczeń przy stwierdzaniu nieważności prowadzi niestety do zanegowania wartości ludzkiej decyzji, którą dwie osoby podejmują wobec siebie, składając sobie przysięgę miłości. Ludzie udzielając sobie sakramentu wyrażają swoją dojrzałość – dlatego nie mogą być wiekowo poniżej pewnej granicy, w tej chwili jest to 18 lat. Uproszczenie procedur doprowadzić może do upadku instytucji małżeństwa jako nierozerwalnego. Owa połowa małżeństw pobiegnie zaraz do sądu biskupiego, żeby pozbyć się niepotrzebnego balastu. Samo to oczywiście będzie niezaprzeczalnie świadczyło o ich niedojrzałości i braku powagi. Ale czy nie lepiej jest uczyć ludzi dojrzałego podejścia do życia w związku, do podążania za konsekwencją swoich własnych decyzji, niż pomagać im w wychodzeniu ze związków, w które sami weszli? Mówienie o tym, że ludzie nie dostrzegają tego, że ich decyzja jest na całe życie, albo że wiszą nad nimi jakieś racje społeczne jest owijaniem w bawełnę, niestety. Ludzie dorośli podejmują dorosłą decyzję. Kiedy idą do święceń i kiedy idą do ślubu. Jeśli podjęli decyzję bez świadomości, że to jest na zawsze (mówiąc na głos przy wszystkich „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”), to Kościół ma duszpasterski obowiązek im to wyjaśnić, a nie machać ręką i puszczać ich wolno – a nuż za drugim razem zapamiętają, że to jest stała decyzja.

FranciszekDo tego dochodzi sprawa antykoncepcji. W ankiecie pada bowiem kilka pytań dotyczących życia w zgodności z encykliką Humanae Vitae, napisaną przez papieża Pawła VI, jedną z najlepszych moim zdaniem, a jednocześnie najbardziej kontrowersyjną w dziejach Kościoła. Była to encyklika, w której Paweł VI podkreślił brak akceptacji dla metod antykoncepcyjnych, dopuścił zaś możliwość korzystania z naturalnych metod rozpoznawania płodności. W ankiecie płynącej z Watykanu pojawiają się m.in. pytania: „Jaką wiedzę mają chrześcijanie na temat odpowiedzialnego rodzicielstwa w świetle nauki Humanae vitae? Czy są świadomi tego, jak moralnie ocenić różne metody planowania rodziny? Czy można zasugerować spostrzeżenia w tej kwestii duszpasterskiej?”, „Czy ta nauka moralna jest akceptowana? Jakie aspekty stwarzają najwięcej trudności dla większości par akceptujących tą naukę?”, „Jakie metody naturalne są promowane przez Kościoły partykularne, aby pomóc małżonkom w praktykowaniu nauczania Humanae vitae?”, czy „Jakie różnice są widoczne w tym zakresie między nauczaniem Kościoła i edukacją świecką?”. Można na te zagadnienia patrzeć dwojako. Albo papież widzi trudności wynikające ze stosowania prawa naturalnego przy współżyciu i płodzeniu potomstwa, pragnie więc wprowadzić nowe metody ewangelizacji, będące pomocą przy zrozumieniu zasad otwartości na życie; albo pragnie pomóc utrudzonym katolikom i zaproponować możliwość korzystania z antykoncepcji w małżeństwie, tak jak jest to już podobno we wszystkich innych wyznaniach chrześcijańskich. Mnie ku drugiemu spojrzeniu niestety skłania drugie spośród wymienionych pytań. Papież pyta o to, czy nauka płynąca z Humanae Vitae jest akceptowana i jakie są trudności dla par, które ją akceptują. Niepokoi mnie to pytanie, ponieważ celem jego zadania może nie być próba ułatwienia rozumienia i akceptacji zasad moralnych wynikających z natury człowieka, lecz właśnie ułatwienia życia ludziom, którzy mają problemy z akceptacją, lub nawet zaakceptowali, lecz nadal mają problemy…

Jakie, w konsekwencji, są moje obawy dotyczące tego, co mówi i robi papież Franciszek? Obawiam się, że jednocześnie pozornie rozmydlając, odsuwając drażliwe tematy związane z seksualnością („Nauczanie Kościoła w tych sprawach jest jasne, a ja jestem synem Kościoła, ale nie ma potrzeby mówienia tego cały czas”), jednocześnie poruszając te tematy w ankiecie, zadając pytania mogące być rozumianymi w dwojaki sposób, papież może dążyć do zmian w prawie moralnym Kościoła katolickiego. Obawiam się, że jeśli wyniki ankiety będą uczciwe i zostanie w nich wykazane, że być może nawet 90%, być może więcej członków Kościoła katolickiego nie rozumie kościelnego zakazu antykoncepcji, bo – częstokroć – nie chce zrozumieć, bo przekaz świecki jest zupełnie inny i głośniejszy, bo wyśmiewa nauczanie Kościoła; że 90% katolików używa antykoncepcji, nie widząc w tym grzechu, uczestnicząc w życiu sakramentalnym Kościoła; jeśli większość biskupów na synodzie, tak jak za czasów Pawła VI, opowie się za zgodą na antykoncepcję, to papież Franciszek może nie być tak twardy, jak nielubiany (właśnie za to) Paweł VI, lecz może właśnie pójść na rękę większości (wszak „Vox populi – Vox Dei”).

Obawiam się, że za dwa lata o tej porze – po pierwszym i drugim zapowiadanym synodzie – 1/3 małżeństw, które są zawierane, a które się właśnie rozwiązują, a także wszyscy chrześcijanie żyjący w związkach cywilnych lub na kocią łapę będą dopuszczeni do Stołu Pańskiego w ramach Bożego miłosierdzia, a bez konieczności zmiany trybu życia. Że te małżeństwa, które żyją w związkach sakramentalnych, będą mogły swobodnie korzystać z antykoncepcji w stopniu dowolnym, bo Kościół przestanie im „zaglądać do łóżka”. Że, wreszcie, ułatwienie stwierdzania nieważności małżeństw stanie się de facto unieważnianiem małżeństw i ktokolwiek, za zgodą Watykanu, przestanie się w ogóle troszczyć o kładzenie nacisku na ponoszenie konsekwencji podejmowanych przez człowieka decyzji. To jest tylko część moich obaw i mogą one wydawać się bezpodstawne i naprawdę mam nadzieję, że takimi są, ale nie dałbym sobie nawet palca uciąć.

Jak reagują ludzie?

Reakcje na słowa i postępowanie tego papieża są tak różne, jak różni są ludzie. I naprawdę – o ile w kwestii jego poprzednika widać było głównie krytykę (mediów lewicowych), poparcie (katolików tradycjonalistycznych) czy względną obojętność (Kościoła otwartego), o tyle w przypadku papieża Franciszka popadamy ze skrajności w skrajność. I tak mamy ogromny entuzjazm mediów lewicowych, w który z chęcią włączają się przedstawiciele Kościoła otwartego. Mamy próby tłumaczenia tego, co robi papież ze strony wiernych członków Kościoła. Ludzie z tego samego środowiska są też często przekonani, że nic się nie dzieje, że nie ma się czym kompletnie przejmować. Przypominają mi niekiedy ludzi, którzy pozostają na tonącym okręcie do samego końca z myślą, że może jednak nie utonie. Albo wspomnianych przez któregoś z czytywanych przeze mnie publicystów ludzi siedzących w samolocie lądującym awaryjnie z płonącymi silnikami, którzy są przekonani, że pozostaną bezpieczni dopóki spokojnie usiedzą na swoich miejscach. To oczywiście jest tylko moje wrażenie, które może być spowodowane moim sposobem patrzenia, ale wydaje mi się uzasadnione właśnie przez wiele niepokojących głosów dotyczących papieża Franciszka, płynących ze strony członków Kościoła i jego przeciwników. Jest się czym martwić – i nie tylko moim gadaniem.

Jeszcze inni wierni Kościoła są w stanie powiedzieć, że może dochodzi do zmian, może coś się dzieje, ale papież jest kierowany mocą Ducha Świętego i należy mu we wszystkim zaufać, pójść jego tropem. W ten właśnie sposób zareagował na przykład publicysta portalu Info.Wiara.pl w artykule o jakże znaczącym tytule „Co miał na myśli papież Franciszek?”. Zadaje on pytanie: co powinien robić wierny Kościoła katolickiego, który widzi, że Franciszek przytula grzeszników, pociesza kobiety które dokonały aborcji, zwraca się w stronę osób żyjących w ponownych związkach po rozwodzie, a krytykuje i gani „swoich”: księży, biskupów, zakonnice? Otóż odpowiedź jest taka: „Jak więc czytać te ostre wskazania papieża Franciszka? (…) Można potraktować je jako okazję do uczciwego rachunku sumienia. Że zaboli? Niestety, gdy człowiek chce żyć po Bożemu, tak czasem musi być. Że ktoś potem powie: „o proszę, dopiero jak mu Franciszek powiedział to zrozumiał jakim był draniem”? Nie szkodzi. Wizja papieża Franciszka jest jak najbardziej ewangeliczna”. W opozycji stawia tu podejście wyjaśniania na swój sposób przekazu Franciszka lub zalecenie do nieprzejmowania się nim. Owszem, żadna z tych dróg nie jest właściwa. Czy jednak do końca właściwą drogą wydaje się ulec, poddać się publicznej chłoście wymierzanej przez papieża na oczach wszystkich wrogich mediów, które aż się cieszą na samą myśl o tym biczowaniu? Które czuwają nad słowami papieża, żeby nimi przyłożyć katolickim ortodoksyjnym myślicielom i publicystom, jak choćby Tomaszowi Terlikowskiemu?

Są również tacy, którzy myślą jak Tomasz Terlikowski. Z ust papieża padają różne słowa, rozwadniające jak wspomniałem nauczanie Kościoła, sugerujące dopuszczenie do Stołu Pańskiego osób żyjących w ciągłym grzechu, poddających myśl o dopuszczeniu antykoncepcji. Ludzie pokroju Terlikowskiego mówią oficjalnie, że to są słowa niepokojące, że nie wszystko wydaje się być konieczne (na przykład sam Terlikowski wskazał „ankietę Franciszka” jako coś, co może zamącić ludziom w głowach), ale jednocześnie podkreślają, że nauczanie Kościoła jest jasne i w kwestii antykoncepcji, komunii żyjących w cudzołóstwie czy – to też medialna ciekawostka – kardynalstwie kobiet nic się nie może zmienić. Przeciw niemu – całkiem moim zdaniem słusznie – stają ci pierwsi, lewicowi i otwarci, katolicy i nie tylko, mówiąc „wreszcie powiedział Pan papieżowi, co mu wolno, a co nie”. Inni dodają, że jeśli tak mówi Katechizm czy Kodeks Prawa Kanonicznego, to są to tylko wpisy we współczesnych dokumentach Kościoła, które mogą przez papieża być w dowolnej chwili zmienione. Przykład? Dyskusja nad kobietą-kardynałem u Tomasza Terlikowskiego na Facebooku. Terlikowski pisze: „Media prześcigają się w kreowaniu nowych sensacji związanych z papieżem Franciszkiem. Ostatnio obiegła je sugestia, że papież mianuje pierwszą kobietę kardynała. Pojawiły się już nawet, w polskich mediach także, sugestie, kto mógłby być pierwszą kandydatką. Wszystkie te piękne historie możemy włożyć między bajki. Prawo kanoniczne, i to od roku 1917, stanowi, że papież może wynieść do godności kardynalskiej, wyłącznie kapłana. Nowy kodeks ujmuje to również całkowicie jednoznacznie. „Kardynałów ustanawia w sposób nieskrępowany Biskup Rzymski, wybierając ich spośród mężczyzn, którzy mają przynajmniej święcenia prezbiteratu, odznaczają się szczególną nauką, obyczajami, pobożnością i roztropnością w załatwianiu spraw. Ci, którzy nie są jeszcze biskupami, powinni przyjąć sakrę biskupią” (KKK, kan. 351, par. 1). I to by było na tyle jeśli chodzi o medialne enuncjacje”. Na jego wpis odpowiadają czytelnicy. Anna Grabowska: „dobrze że jesteś Tomaszu, inaczej Franciszek mógłby się zagubić a tak… trzymasz rękę na pulsie… i wiesz, kiedy go pouczyć”. Michal Buszewski: „Przecież wie Pan najlepiej, że prawo kanoniczne może być zmieniane przez papieża w dowolny sposób w ciągu 24h”. Robert Wit Wyrostkiewicz: „To może Franciszek zmieni niedługo KKK? Nie ma takich zapowiedzi?”. Andrzej Mikosz: „To, że kardynałem może być obecnie wyłącznie prezbiter wynika WYŁĄCZNIE z normy prawa kanonicznego. Podobnie jak i to, że proboszczem może być WYŁĄCZNIE kapłan”. Mateusz Gajek: „Panie Tomaszu… Czy nie istnieje najmniejsza obawa, że papież zechciałby zmienić prawo kanoniczne? Enigmatyczne wypowiedzi Franciszka i biskupa anglikanów dają szerokie pole do dyskusji i snucia podejrzeń…”. A, to akurat ja…

Jest wreszcie jeszcze jeden sposób reagowania, podobny do mojego. Jedni reagują delikatniej, inni mocniej. Jedni ostro atakują, mówią o antychryście (wszak po papieżu-Murzynie miał przyjść papież-antychryst, a Benedykt XVI miał Murzyna w herbie), stają na baczność na każde słowo papieża Franciszka. Inni, jak ja sam, starają się obserwować czyny, słowa papieża – tak, jak to należy i zawsze należeć będzie do każdego katolika w Kościele katolickim, nie śledzę zatem go w jakiś specjalny sposób – i wyciągać wnioski, które nie zawsze są pozytywne. Ludzie ci mają obawy, martwią się tym, co dzieje się w Kościele za sprawą nowego papieża, tym, co może się za jego sprawą stać. Obawiają się że rozmydlanie i kontrowersyjne twierdzenia, do spółki z populistycznym podejściem do miłosierdzia Bożego może w pewnym momencie doprowadzić do zmian w Kościele, których jego prawowierni wyznawcy wcale by nie chcieli. Do zezwolenia na rozwody, antykoncepcję, może komunię homoseksualistów żyjących w związkach, ale szukających Boga? Nie wiem do czego jeszcze. Ludzie tacy, jak ja wypowiadają się, bo nie chcą siedzieć cicho. Bo nie widzą sensu w milczeniu, w patrzeniu na wszystko przez zamknięte powieki. Ja sam właśnie piszę to po to, by powiedzieć ludziom o swoich obawach. By zawezwać do czujności. By zastanowić się wspólnie nad tym, co będziemy musieli zrobić, jeśli pewnego dnia – może za rok, może za dwa, a może jeszcze nie za tego pontyfikatu, lecz kiedyś w przyszłości – dojdzie w Kościele do reform w nauczaniu moralnym, które wcale nie będą pozytywne; które wcale nie będą zgodne z linią nauczania Kościoła…

Co ludzie powiedzą?

Tytuł niniejszej notki jest dosłownym cytatem z wypowiedzi jednego z moich facebookowych dyskutantów. Poniżej zamieszczę kilka innych cytatów-wypowiedzi, które pojawiły się w ramach dyskusji o papieżu Franciszku. Pragnę jednak z góry zaznaczyć, że ani sam tytuł, ani żadne z pozostałych poniższych haseł, nie jest wypowiedzią, którą dana osoba wymyśliła sobie i „objęła prawami autorskimi”. Wszystkie te słowa są typowymi hasłami, które wielokrotnie spotkałem w życiu, także podczas dyskusji na blogu (można je z pewnością odnaleźć pod archiwalnymi notkami) i które padają ilekroć ktoś nie zgadza się ze mną w jakichś kwestiach, a ja przy tych kwestiach staram się upierać. Najczęściej są to słowa rzucane przez wrogów ortodoksyjnego Kościoła, także przez przedstawicieli Kościoła otwartego. W tej dyskusji przyłączają się do nich także ortodoksyjni katolicy. Ma to znaczenie o tyle, że ci ostatni zwykli na co dzień, podobnie jak ja, odpierać podobne zarzuty. Przejdźmy jednak do sedna.

Nie lubisz naszego Papieża? – Dążymy do tego, by ograniczyć źródło niepokoju rozmówcy do osobistej antypatii. Nie lubię papieża, więc piszę o nim źle, więc szukam mankamentów. Oczywiście prawdą jest, że nie mam obowiązku wszystkich lubić, nie mam też obowiązku lubić papieża. Z drugiej jednak strony to, czy go lubię, czy nie nie ma większego znaczenia – ja się tylko obawiam o to, co będzie się działo dalej z Kościołem, który jest dla mnie Domem. Jeśli nie lubiłbym papieża Franciszka – a chyba nie odważyłbym się użyć tych słów – to chyba raczej w konsekwencji jego działań i rzeczy, które mówi, a nie odwrotnie.

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni – Słowa Jezusa mnóstwo razy przywoływane przez wrogów Kościoła i „wolnych” katolików, by bronić swoich grzechów, do których mocno się przywiązali. Jezus zabronił sądzić – więc odczep się od mojego grzechu, mam prawo grzeszyć. Tymczasem, jak już wykazałem kiedyś, sądzenie, osądzanie to nie ocenianie ludzkich grzesznych czynów. Sądzenie to skazywanie człowieka na potępienie, odsądzanie go od czci i wiary – a tego robić nie wolno nikomu. Natomiast moralna, logiczna ocena słów i czynów danej osoby z perspektywy Ewangelii i sumienia, jest obowiązkiem każdego chrześcijanina. Nawet jeśli mówimy tu o ocenianiu słów i czynów samego papieża.

Pomódl się, zamiast się czepiać – Kolejne wyświechtane hasło, najczęściej używane przez otwartych katolików, w celu zamknięcia ust tym, którzy zwracają uwagę na problem, zwracają uwagę na grzech. Zgodnie z tym podejściem do katolika, każdego księdza i biskupa, a także człowieka świeckiego, należy obowiązek milczenia i omadlania wszystkiego. Każdy chrześcijanin powinien swe życie spędzać na klęczkach, albo zajmując się swoimi sprawami. Innym wolno mówić, co uważają, nam nie wolno. Oczywiście nie zaprzeczam konieczności modlitwy! Oczywiście modlę się w intencji Franciszka, a w przyszłości planuję w jego intencji nawet całą nowennę pompejańską. To nie oznacza jednak, że zamierzam modlić się zamiast mówić. Modlę się i mówię. Mówię i mówić będę.

Nie bądź bardziej papieski od papieża – Skoro papież jest głową Kościoła, nie mnie zatem jest zwracać mu na cokolwiek uwagę. To oczywiście prawda – nie mam mocy zwracać uwagi papieżowi na cokolwiek. Mimo tego mam prawo powiedzieć, co mnie niepokoi w jego postępowaniu. Mam prawo być nawet „bardziej papieski od papieża” jeśli sam papież przestałby być papieski i chciałby skierować – teoretycznie, nie twierdzę, że chce – Kościół na niewłaściwe tory.

Nie ufasz Duchowi Świętemu – Na koniec największy smaczek. Skoro wierzymy, że Kościół jest prowadzony przez Ducha Świętego, że On jest w Kościele obecny, że On wspiera kardynałów w wyborze papieża i prowadzi papieża właściwą drogą, to należy z góry założyć, że papież czyni i myśli dobrze, prawowiernie i nieomylnie. To jednak nieprawda. Duch Święty jest obecny w Kościele od 2000 lat, ale nie każdy papież w tym czasie był człowiekiem świętym. Wielu podejmowało kontrowersyjne decyzje, czasem wyłącznie na własną korzyść. Wielu poddawało się władzy świeckiej. Duch Święty jest w Kościele i Kościół przetrwał w swoim ludzie i w swoich świętych – przetrwał nawet czasy złych papieży. Jeśli ufam Duchowi Świętemu, znaczy że wierzę w Jego moc, w to, że ocali Kościół. Niekoniecznie muszę być pewien, że sam Duch szepcze Franciszkowi do ucha wszelkie mądrości i niezaprzeczalnie jestem zobowiązany bezkrytycznie ich słuchać.

Tych pięć cytatów niech wystarczy. Nie wypisałem ich, by kogokolwiek obrazić, ani by komukolwiek zamknąć usta. Zapraszam do dyskusji – ona jest w tym miejscu potrzebna. Pragnę jednak wspomnieć, że zamiast często powtarzanych, wyświechtanych hasełek, potrzebuję raczej rzeczowych argumentów. I liczę, że je otrzymam.

Jeśli mam rację, jeśli jej nie mam

Tę notkę, gdyby ktoś pytał mnie o cel, piszę z dwóch powodów. Po pierwsze: dlatego, że mam otwarte oczy i uszy, widzę coś, co mnie niepokoi i mam wolność wypowiadania swoich myśli. Chcę zabrać głos w dyskusji nawet, jeśli jest on sprzeczny z poglądem większości. To, że krytykuję w jakiś sposób papieża Franciszka nie oznacza, że mam ze swoimi przemyśleniami siedzieć cicho, bo tym samym niszczę Kościół. Nie pragnę niczego zniszczyć, chcę tylko wyrazić swoje zdanie i otworzyć się na zdanie innych. Po drugie zaś: dlatego, że widzę zagrożenie, które wydaje mi się realne i pragnę, by więcej osób otworzyło na nie oczy. Nie chcę, żeby ktokolwiek odszedł z Kościoła przez moje słowa. Jeśli odejdzie – znaczy że nie był do niego zbyt mocno przywiązany. Chcę właśnie, by każdy, kto poważnie myśli o Kościele, zastanowił się, jak go bronić i jak w nim przetrwać, jeśli kiedyś nastąpi kryzys.

Co się stanie, jeśli okaże się, że nie mam racji? Nic się nie stanie, a mam nadzieję, że racji nie mam i rzeczywiście nic się nie stanie. To znaczy papież podkreśli, że pomimo miłosierdzia Bożego a nawet w parze z tym miłosierdziem grzech zawsze pozostaje grzechem. Otworzy drogi duszpasterstwa osób rozwiedzionych, homoseksualnych, zamkniętych na potomstwo i będzie kładł nacisk na wyjście z grzechu. Będzie pomagał tym ludziom zerwać ze swoimi przyzwyczajeniami, które są trwaniem w ciągłym grzechu ciężkim. Wybije Kościół na szczyty miłosierdzia, mówiąc, jak Jezus do jawnogrzesznicy: „Idź, a więcej już nie grzesz”. Czy wtedy przeproszę za swoje słowa? Nie sądzę. Moje obawy są realne, choć może się okazać, że pozostaną tylko obawami. Mam zdanie jakie mam – jeśli się mylę, tym lepiej dla mnie, dla Was i dla całego Kościoła.

Co się jednak stanie, jeśli okaże się, że mam rację? Jeśli nauczanie moralne Kościoła zostanie zmienione na modłę populis, bo tak chce większość? A kto wie co będzie dalej? Czy ktoś przyzna mi rację i powie „Tak, słusznie nas ostrzegałeś”? Nie przypuszczam…

Jeśli okaże się, że mam rację, mainstream się ucieszy. Wiwatować będą lewicowe media, otwarci katolicy, propagatorzy antykoncepcji, rozwodnicy. Jakieś 90% społeczeństwa, tak na oko. Bramy Kościoła staną otworem. Osoby, które sceptycznie i krytycznie dziś patrzą na to, co mówię i piszę, w większości powiedzą „Cóż, skoro papież tak mówi, to znaczy że taka jest wola Ducha Świętego i musimy się zastosować”. Zastosują się i powiedzą mi tylko, że nawet jeśli miałem rację (ja i kilka innych osób – bo nie jestem jedynym, który tak twierdzi), to nic nie szkodzi, bo papież ma rację i tak właśnie musi być. I nie nam osądzać, nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni.

Jeśli okaże się, że mam rację, pozostanie garstka. Ci, którzy będą chcieli zachować wierność katolickiej moralności takiej, jaką znamy dzisiaj. Którzy, tak jak ja dzisiaj, biorą udział w projektach promujących małżeństwo bez antykoncepcji, wypowiadają się na ten temat w radiu, walczą o pojednanie rozchodzących się małżeństw, które twierdzą, że ich decyzja była niedojrzała. Pozostanie nas garstka i ta garstka będzie mogła trwać w jedności z Kościołem tak, jak trwali w niej Lefebryści po Soborze Watykańskim II (z tym, że walka o liturgię to nie to samo, co walka o moralność), dopóki nie zaciągnęli na siebie ekskomuniki. Co ta garstka zrobi dalej? Nie wiem dzisiaj. Czy to rzeczywiście się zdarzy? Także nie wiem.

Jedyne co mogę powiedzieć to to, że mam obawy. Że informuję o nich i przestrzegam. I namawiam do badania, dokładnie, co robi nie tylko nasz ksiądz proboszcz, nie tylko biskup, ale także papież. Jesteśmy katolikami i siłą rzeczy musimy śledzić słowa Franciszka. Módlmy się i czuwajmy.

Bo nie znamy dnia, ani godziny.

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 37 Komentarzy

Zobacz wpisy

37 thoughts on “Nie lubisz naszego Papieża?

  1. No, to mam lekturę na najbliższe dwa dni :).

  2. co najmniej dwa:)

  3. Dziękuję za ten wpis. Mam podobnie mieszane uczucia.

  4. Dziękuję Wam serdecznie za komentarze! Lolinko, cieszę się że udało Ci się ostatecznie przeczytać notkę, dziękuję za Twój komentarz (poza anteną). Cytrynno, mam nadzieję, że i Ty przebrnęłaś przez całość. Notka była długa, bo chciałem zawrzeć w niej wszystkie moje myśli, żeby nie było się za bardzo do czego przyczepić, ale specjalnie podzieliłem ją na podrozdziały, żeby dało się czytać na raty bez problemów. Ucieszyłbym się, gdybyś znalazła chęć i moc na wyrażenie swojej opinii. Ty – i Twój mąż także jest mile widziany!. Marku, takie, nawet krótkie komentarze, pozwalają mi wierzyć, że nie jestem jakimś odszczepieńcem. Dziękuję Ci za wsparcie!

    W pewnym momencie, pisząc tę notkę – a powstawała ona przez kilka tygodni – stwierdziłem, że nie wiem, czy ją opublikuję, bo w kwestii Franciszka z minuty na minutę pojawiają się nowe informacje. No i nie pomyliłem się. Wkrótce po opublikowaniu mojej notki na Facebooku pojawił się kolejny news u Tomasza Terlikowskiego. Chciałbym zainteresowanym go tu przytoczyć i dodatkowo omówić.

    Terlikowski napisał: „- Prefekt Kongregacji Doktryny Wiary nie może zatrzymać dyskusji dotyczącej rozwodników w Kościele – oznajmił kard. Reinhard Marx odnosząc się artykułu autorstwa arcybiskupa Gerharda Müllera. Kardynał Marx podkreślił, że kwestie te będą tematem dyskusji w trakcie synodu biskupów i nie może przewidzieć jej wyniku. Dodał, że katolicy nie mogą w pełni zrozumieć, dlaczego zawarcie powtórnego związku… nie cieszy się aprobatą Kościoła, a sam rozwód nie można traktować jako „moralną porażkę”. Trudno nie dodać od siebie, że są też katolicy, którzy nie rozumieją też, dlaczego kardynałami zostają ludzie, których celem jest rozmycie moralności katolickiej, katolickiego rozumienia Eucharystii i małżeństwa”. W czym ma rację Tomasz Terlikowski? Że jakiś tam kardynał wypowiada się kontrowersyjnie, jest kardynałem a rozmywa moralność katolicką, rozumienie małżeństwa. Jakiś tam kardynał mówi, że będzie synod i nie da się przewidzieć wyniku dyskusji – a więc może być podkreślenie konieczności wychodzenia z grzechu, ale może być też udzielenie komunii cudzołożnikom.

    W czym Tomasz Terlikowski racji nie ma? W tym mianowicie, że nie jest to „jakiś tam” kardynał, co do którego wyboru na kardynała powinny być wątpliwości. Jak bowiem odpowiada mu dyskutant Grzegorz Tarnowski: „Dla przypomnienia o Kardynale : „Decyzją papieża Franciszka od 13 kwietnia 2013 jest członkiem grupy ośmiu kardynałów doradców (Rada Kardynałów), którzy będą służyć radą Ojcu Świętemu w zarządzaniu Kościołem i w sprawach reformy Kurii Rzymskiej”. W świetle ostatnich ankiet kolejna niepokojąca informacja”. To nie jest „jakiś tam”, kiepsko wybrany kardynał. To jest kardynał, który jako jeden z zaufanych papieżowi kardynałów został przezeń powołany do prac nad zarządzaniem Kościołem – jeden z tych, którzy w październiku zastanawiali się nad duszpasterstwem małżeństw. Co niepokoi? Nie to, że rozmywa nauczanie, daje (złudne?) nadzieje, lecz to, że robi to w porozumieniu z papieżem Franciszkiem, że – prawdopodobnie – przekazuje pośrednio informacje na temat kardynalskiej dyskusji z początku października… Że to nie tylko słowa jakiegoś tam kardynała. Że prawdopodobnie popiera je również sam papież…

    Wszystkich zainteresowanych, zgadzających się ze mną, ale i niezgadzających się, naprawdę zapraszam do dyskusji! To jest ważny, trudny temat i warto się nad nim pochylić!

  5. WitekZ

    Przebrnąłem. Podzielam obawy i niestety wiem, że ma Pan rację co do przyszłych działań Franciszka, co do konsekwencji jego reformy. Istnieją objawienia, które jednoznacznie potwierdzają pańskie przewidywania.

  6. Maggie B.

    Wlazłam jednak, choć miałam nie włazić, i przeczytałam. Całość. Skomentuję, bo powstrzymać się nie mogę. Miałam krótko, ale chyba nie wyszło…

    Obawy rozumiem. Nie podzielam. Ja to widzę nieco inaczej.

    To, co się ostatnio do mnie dociera w mediach wszelakich, to są jakieś afery związane z pedofilią, sprawy finansowe, a także upominanie wiernych, bo coś tam i brzydkie kłótnie o rozwiązywanie spraw w nieładny sposób. Nieważne, z których mediów, bo jedne wyciągają wszelakie możliwe brudy, a drugie usiłują te brudy uprać wszelkimi możliwymi środkami. Szczerze mówiąc, nie wiem, kto komu robi „gorszy piar”, ale pewne są dwie rzeczy:

    1. takie sprawy mają miejsce, choć zupełnie nie powinny, a jednak od osób, które wyznają bardziej restrykcyjne zasady, wymagamy więcej. Na pewno wymagamy przynajmniej przestrzegania zasad i wyciągania konsekwencji od osób, które ich nie przestrzegają. Niestety nie widziałam, żeby któryś z niechlubnych bohaterów mediów podał je do sądu, bo przytoczyły nie jego słowa czy napisały nieprawdę o jego czynach, więc…. Nawet jeśli opisy i komentarze wybierają to, co chcą, a wybierają. Ze wszystkich stron.
    A wiesz, co jest dla mnie najgorsze? Nie to, że takie sytuacje prowadzą nawet do zajadłych i niezbyt fajnych dyskusji kogokolwiek z kimkolwiek na cokolwiek związane z tematem, tylko to, że coraz częściej pojawiają się spokojne komentarze, że nikt tak Kościołowi nie zaszkodzi i nikt tak skutecznie wiernych nie zniechęci, jak on sam, więc reszta ludzkości nawet nie musi być specjalnie wredna.

    2. O niczym innym za bardzo nie słychać. Z ambon niestety często też. Więc co dochodzi do przeciętnego katolika? Co dochodzi do osób, które się zastanawiają i mają wątpliwości? Co dochodzi do całej reszty, szczególnie tej, która czuje się tym (wyrażonym nie zawsze elegancko, a czasem wręcz bardzo nieładnie wyrażonym) nauczaniem dotknięta i przez nie odrzucona, przy „wsparciu” tych, którym akurat w smak jest podeprzeć się ostrym nauczaniem Kościoła po to, żeby kogoś zgnoić?

    W tej sytuacji jednak przekaz papieża jest moim zdaniem świetny i nie jest go za dużo. Bardzo mi się podoba mówienie, że ważne jest miłosierdzie, wychodzenie do ludzi, rezygnowanie z własnych wygód i nakazywanie tego samego biskupom. Bo nauczania na tematy już wszystkim znane nie trzeba już powtarzać aż tak bardzo, ono jest znane. A miłosierdzia i miłości jakoś tak brak. Bardzo mi się podoba dzwonienie do zwykłych ludzi i bardzo mi się podoba pytanie ich o zdanie.

    Dlaczego?
    1. Bo to jest pokazanie, że Kościół nie jest dla robocopów, tylko dla ludzi. Dla wszystkich ludzi. Że to nimi się interesuje. Że w ostatecznym rozrachunku to Bóg i jego dobroć są najważniejsze i od Niego wychodzimy. Że najpierw i przede wszystkim jest człowiek, który jest kochany, który jest ważny i który ma też kochać innych ludzi i interesować się ich dobrem, a nie maszynka do spełniania nakazów i zakazów. I jak się od tego wyjdzie, to jest łatwiej.

    2. Bo to jest pokazanie, że biskupi są ważni, ale nie są częścią biurokracji, tylko „pracownikami” Kościoła, którzy też mają być dla ludzi i blisko ludzi. Że luksusowe samochody nie są im potrzebne. Że teraz może, chcą czy nie chcą, biskupi będą bliżej ludzi, bo jednak jeżdżenie autobusem daje więcej kontaktu z życiem niż wygodne jeżdżenie własnym wygodnym i drogim autem. Nie zawsze jest miejsce, nie zawsze wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi, nie zawsze wszyscy w autobusie pachną i nie wszyscy, którzy nim jadą, mają dom. Wierz lub nie, dla niektórych jest to szok. A do wygody szybko się człowiek przyzwyczaja i ciężko z niej zrezygnować. Poza tym, o ile auto bywa/jest potrzebne, to drogie auto w przypadku osoby, która ma się dzielić i pomagać potrzebującym, jest marnowaniem pieniędzy, które mogłyby do nich trafić.

    3. Bo, wreszcie, ktoś zaczyna całościowo myśleć o problemach Kościoła i z tym wychodzić do ludzi i to widać. Kiedy usłyszałam o tej ankiecie, to się bardzo ucieszyłam. Pomyślałam sobie, że wreszcie do papieża dotrze, co tam się dzieje na dole i jak w rzeczywistości wygląda Kościół w różnych krajach, co szwankuje, co jest do poprawy – powiedzmy, że raczej w zakresie organizacji i „administracji”.

    Kiedy zobaczyłam pytania (teraz, z Twojego wpisu), jeszcze bardziej. Przeglądając je, zdałam sobie sprawę, że nic mnie dawno tak nie zmusiło do myślenia. Nad tym, co ludzie myślą, nad tym, co ja myślę, nad zasadami Kościoła (także dokumentami) i ich znajomością – najpierw przez jakąś abstrakcyjną masę wiernych, potem przez moich bliskich znajomych, a chwilę potem – przez mnie samą. Nawet nie nad tym, że coś trzeba reformować i zmieniać, tylko właśnie nad tym, co powoduje, że są duże problemy w przestrzeganiu zasad i że w sumie to właśnie nie nad samym przestrzeganiem trzeba by popracować, tylko nad tym wszystkim, co w tym przeszkadza – bo to naprawdę w małej ilości przypadków jest czyste samolubstwo i olewanie wszelkich zasad, „żeby mnie było dobrze”, a w dużej – cała masa innych, często skomplikowanych przyczyn.

    A teraz sobie myślę, że fakt, że odpowiedzi na te pytania mają udzielić biskupi i muszą do tego „użyć” wiernych, to jest najlepsza sprawa – bo wreszcie, chcąc nie chcąc, będą tym pomostem między wiernymi a papieżem, że będą musieli wyjść do ludzi, i że naprawdę dużo się o nich dowiedzą. Pewnie będzie to dla wielu osób spory szok i to właśnie może być największa rewolucja i zmiana w Kościele.

    Ale przecież to wszystko i tak jest i podejrzewam, że niestety będzie. Skoro połowa małżeństw jest nieważnych i stwierdzenie nieważności i tak by nastąpiło, to po co mają one istnieć tylko na papierze? Dla lepszych statystyk? Co to komu da oprócz statystyk i męczących się ze sobą ludzi, skoro i tak nie są oni w stanie zbudować czegokolwiek sensownego, nawet mimo chęci? Może to zmotywuje kolejnych ludzi do zadbania o związek wcześniej, poznania siebie, swoich zasad i wartości? Może sam Kościół będzie tego wymagał do zawarcia małżeństwa? A może sami ludzie w zawartych jakkolwiek – ważnie czy nieważnie małżeństwach, zastanowią się, co zrobili, i uporządkują swoje życie?

    Skoro ludzie stosują antykoncepcję i dokonują aborcji, to co zrobić, żeby skutki ich niezastosowania nie były nie do udźwignięcia?

    Zobacz, problem ten sam – podejście inne.

    Długo się zastanawiałam, co mi w tym Twoim tekście nie gra. Już chyba wiem – odczytałam go tak, że boisz się, że nagle zmienią się zasady, że będą dostosowywane do wygody ludzi – bo tu nagle aborcja, antykoncepcja i rozwody staną się na porządku dziennym, bo „papież zalegalizuje”. Zupełnie tak, jakbyś się bał, że to nie są wystarczająco dobre zasady, żeby się obroniły przed światem pozakościelnym i w samym Kościele, choć przecież twierdzisz, że jak komuś nie pasują, to w katolikiem nie jest, czyli do Kościoła nie zależy. Czy więc ważna jest statystyka czy to, jak naprawdę jest? To, że będziemy udawać, że jakiegoś problemu nie ma, albo będziemy go próbowali rozwiązać w sposób, który, jak widać nie działa, nie pomoże zbyt wiele. Wielka ogólnokościelna burza mózgów i podejmowanie działań na wszystkich poziomach może w tym pomóc. Dla mnie to nie jest rozmydlanie czegokolwiek, tylko naprawdę odważne działanie.

  7. Streszczajac Twoją wypowiedź Maggie – „skoro ludzie grzeszą i chcą to robić nadal, nie chcąc się od złych czynów odwrócić to zmieńmy zasady, a wtedy to co robią nie będzie grzechem”.
    Brrrr…
    Po co komu w takim razie Kościół – już nie „znak sprzeciwu” tylko sprawozdawca naszych zachcianek przekazujący je Bogu, by się nie upierał przy tych swoich przykazaniach…

  8. Maggie B.

    Marku, możesz zacytować fragment, w którym to piszę, bo nie przypominam sobie, ale może na łączach internetowych coś się zmieniło?

    Ogólny wydźwięk mojej wypowiedzi jest: „zastanówmy się, DLACZEGO ludzie łamią zasady swojego Kościoła, do którego należą, i może zastanówmy się, jak im pomóc”, a nie „zmienny wszystko, tak jak nam wygodnie”. Jak może zauważyłeś, osoby, które chcą, żeby im było wygodnie, w znacznej wiekszości olewają wszystko i tak i robią, jak uważają, Kościół traktując jako bandę ludzi w sukienkach, gadających odrealnione bzdury.

    Co do sprawozdawstwa naszych zachcianek czy czego tam, to akurat Bogu te sprawozdania są potrzebne najmniej, bo On wie. Sprawozdania są potrzebne „administracji” i nam samym.

  9. Kiedyś siedzieli sobie przy ognisku żołnierze Napoleona. W pewnym momencie niektórzy z nich zaczęli „teoretycznie” rozważać, co by było gdyby przeszli na stronę rosyjską. W tym momencie jeden z nich wstał, mówiąc że nie jest zdrajcą.
    Ależ co Ty – mówi reszta – przecież nie zdradzamy, tylko tak sobie dywagujemy.
    Na to on – rozważanie zdrady to już zdrada.

    Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć że owa ankieta to „zdrada” – raczej mało rozsądne posunięcie, mogące powodować zamieszanie w głowach wielu i dawać niektórym pretekst do wątpliwości, tam gdzie przedtem była pewność.
    Mało czego trzeba dzisiaj tak bardzo jak jednoznaczności norm głoszonych przez Kościół, owego „Tak Tak, Nie Nie”.

  10. Maggie B.

    Tyle że ani nie jesteśmy żołnierzami, ani nie rozważamy zdrady.

  11. Owszem, jesteśmy:
    Jud 1:3 bt „Umiłowani, dokładając wszelkich starań w pisaniu wam o wspólnym naszym zbawieniu, uznałem za konieczne napisać do was z zachętą do walki o wiarę raz tylko przekazaną świętym.”

    Ef 6:12-20 bt „(12) Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw duchowym pierwiastkom zła na wyżynach niebieskich. (13) Dlatego przywdziejcie pełną zbroję Bożą, abyście się zdołali przeciwstawić w dzień zły i ostać, zwalczywszy wszystko. (14) Stańcie więc do [walki], przepasawszy biodra wasze prawdą i przyoblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, (15) a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju. (16) W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. (17) Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże – (18) wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie najusilniej i proście za wszystkich świętych (19) i za mnie, aby dane mi było słowo, gdy usta otworzę, by jawnie i swobodnie głosić tajemnicę Ewangelii, (20) dla której sprawuję poselstwo jako więzień – żebym jawnie ją wypowiedział, tak jak winienem.”

    Także „dyskusja” czy należy przestrzegać norm bożych to dyskusja czy zdradzić.

    Jak pisałem, bynajmniej o chęć takiej dyskusji nie oskarżam papieża – zapewne chce zasięgnąć informacji o sytuacji duszpasterskiej wśród wiernych. Niestety, posunięcie nie jest zbyt szczęśliwe, gdyż tychże wiernych – przy gorliwym udziale tzw. postępowych katolików i antykatolickich mediów – dezorientuje.

  12. Tekla

    Tylu pierduł w jednym tekście to już dawno nie czytałam

  13. Marku, myślę że trochę niepotrzebnie zaatakowałeś Maggie. Wydaje mi się, że pisząc swój obszerny komentarz była daleka od stwierdzania, że należy zaakceptować to, że ludzie robią źle i przyjąć to jako normę. Wydaje mi się raczej, że miała na myśli – w jaki sposób pomóc ludziom, którzy popełniają czyny grzeszne w tych trudnych sytuacjach. Sądzę, że cały konflikt między Wami w tym momencie jest zbyt zaogniony jak na materię, nad którą dywagujemy.

    Maggie, ja zrozumiałem Twoją wypowiedź trochę tak, jak chciałbym rozumieć działania Papieża Franciszka. Zatem miłosierdzie, „przytulenie” jest potrzebne w Kościele, ponieważ wielu jest grzeszników w Kościele i ci grzesznicy czują awersję do Kościoła, który ostro zakazuje im czynić tego, co czynią. Należałoby zatem wyjść do tych ludzi z miłością, powiedzieć, że Bóg kocha ich zawsze, mimo ich grzechu i powoli, po kolei pomóc im zrozumieć prawdę o Bożej miłości, o zaufaniu Bogu i wtedy – w konsekwencji – pomóc dojść do zrozumienia grzeszności ich życia i odrzucenia jej. Zgadzam się z Tobą, obawiam się jedynie, że to nie jest prawdziwy zamiar Franciszka. I nie jestem jedynym, któremu wydaje się, że jeśli papież zapyta co wierni uważają o zakazie antykoncepcji, to wierni natychmiast zrozumieją, że papież jest im przychylny i że wolno się zabezpieczać.

    Mówisz, że sądzisz jakobym bał się, iż zasady wierności w Chrystusie są zbyt słabe, by zdołały się same obronić. Nie – nie boję się tego. Boję się, że papież jest jednym z tych kardynałów, którzy myślą inaczej niż ja. Zasady są mocne, dla mnie oczywiste i – być może przesadnie – naprawdę uważam, że jak się jest letnim, to się nie jest wcale. Bo nie można dla wygody wybierać sobie w Kościele tego, co nam pasuje. Boję się jednak, że dla Franciszka i jego Ośmiu Kardynałów te zasady mogą nie być zbyt mocne. I że może nastąpić zmiana, a wtedy będzie fatalnie trudno obronić dotychczasowe, prawidłowe zasady moralne…

    Co się zasię tyczy wożących się i nieznających ludu biskupów – święta racja! Ale niech papież wystosuje do nich osobiste pismo, albo wprowadzi ogólnokościelny zakaz wożenia się. Niech ich publicznie nie strofuje ku uciesze gawiedzi… Ma narzędzia do wprowadzania zmian – już zresztą jednego biskupa odsunął ze stanowiska, bo się woził autem – niech z nich korzysta, a nie przyklaskuje opinii publicznej jeżdżącej po biskupach.

    Dziękuję Ci bardzo za ten komentarz. Naprawdę dał mi do myślenia.

    WitekZ, dziękuję Ci za ten komentarz. Cieszę się, że, podobnie jak Marek, myślisz i widzisz sprawy podobnie do mnie. Jeśli jednak chodzi o istniejące najróżniejsze objawienia, to nie popieram ich i nie opieram się na nich. Przekleję oświadczenie, które wpisałem na Facebooku:

    W razie wątpliwości: nie jestem zwolennikiem twierdzenia, że Papież Franciszek jest anychrystem lub fałszywym prorokiem. Nie publikuję filmów na ten temat i nie ufam prywatnym, niepotwierdzonym objawieniom. Swoje zdanie opieram na prywatnej obserwacji„.

    Tyle w tym temacie.

    Tekla, dziękuję i za Twój komentarz. Był nieco mało merytoryczny i nie odnosił się do konkretów, proszę więc o rozwinięcie swojej myśli. Aha, „pierdół” pisze się przez o z kreską…

  14. 1.
    Jeśli to co napisałem wyglądało na atak na Maggie, to dementuję i przepraszam. Występuję dość impulsywnie, ale ZAWSZE odnośnie sprawy, nie Autora (o czym chyba może zaświadczyć Autor blogu, z którym – w zależności od tematu – bardzo ostro polemizuję lub bardzo ostro się zgadzam :)

    2.
    Jednocześnie podtrzymuję swój sprzeciw wobec koncepcji „miłosierdzia” kiedy mowa o zasadach. Miłosierdzie może dotyczyć (i dotyczy) WYŁĄCZNIE OSÓB – Kościół pochyla się nad grzesznikiem który złamał zasady, ale NIGDY, PRZENIGDY nie mówi mu że „to nie szkodzi” ani nie zmienia zasad by „nie bolało”

    Tę różnicę powinniśmy mieć cały czas przed oczami

    3,
    Najgorsze co Kościół może zrobić dla swoich wiernych (w imię fałszywie pojmowanego „miłosierdzia”) to mylenie ich sumienia przez wprowadzanie wątpliwości co do zasad.

  15. Maggie B.

    Bardzo dziękuję za odpowiedzi. Każdy z nas ma inne zdanie. Ja się tam zmiany zasad nie obawiam, Ok, rozumiem, że ktoś może. Ale dlaczego? Przecież jeśli to są dobre zasady, to wystarczy swoim życiem pokazać ludziom naokoło, że są dobre i że „opłaca się” tak żyć, a będą one przejmowane przez innych.
    Wkurza mnie tylko, kiedy mi się mówi: „mówisz, że” i wpisuje się własną wersję wydarzeń – za to gryzę ;)

    Ciężka to dyskusja nad zasadami i ich przestrzeganiem, bo sytuacja każdego człowieka jest inna, i bardzo rzadko jest tak, że coś jest w skomplikowanym ludzkim życiu proste i nie budzi wątpliwości (nie mówię nawet, ma być że łatwe). To są wybory, których każdy dokonuje sam, są zależne od doświadczeń i sytuacji, charakteru człowieka, ludzi wokół… Chociażby dlatego „mylenie sumienia i wprowadzanie wątpliwości co do zasad” uważam tu za określenie nietrafne. Myślę, że dobre zasady niełatwo zmienić, nawet z pozycji papieża i kardynałów. Myślę też, że niezależnie od wszystkiego, Kościołowi taka dyskusja jest potrzebna – właśnie dla zastanowienia nad tym, jak się w dzisiejszych czasach te zasady spełnia. Zobaczcie, w tym momencie mamy też choćby tutaj dyskusję o Kościele – z mojego punktu widzenia świetnie – ja bym absolutnie nigdy w życiu nie wpadła na interpretację Maurycego gdyby nie ta notka, na swoją własną też nie do końca.

    Odnośnie do upominania biskupów – nie uważam tego za dawanie opinii publicznej powodu do jeżdżenia po biskupach. To jest sygnalizowanie, nie tylko biskupom, ale i wszystkim katolikom, co jest ważne (bo przecież sam papież też nie szaleje z autem, tylko żyje w miarę skromnie). Niezależnie od tego, co sobie do tego dorobią media, to sedno sprawy w tym momencie pozostaje cały czas to samo i cały czas ma sens – drogi samochód nie jest biskupowi potrzebny i nie jest dla niego najważniejszy. To jest przekaz, który ciężko zniekształcić – komentarze mediów oczywiście mogą być różne (do czegóż nie są?), ale świetna to sprawa, że mówi się w mediach dobrze o Kościele (w sensie: w Kościele nie ma miejsca na takie bardzo zbędne wygody, na które marnuje się kasę) i to dociera do wszystkich.
    Z mową o miłosierdziu jest podobnie. Do tej pory docierały niestety w dużej mierze nieodosobnione przypadki ciężkie, o których nikomu przypominać nie muszę, bo przecież każdy z nas jest w stanie wymienić kilka. I ja ostatnio, za sprawą tych właśnie wiadomości, wśród moich znajomych zniechęconych tym, co docierało do mediów, i tym, czego niestety często doświadczyli na własnej skórze, widzę jakiś ruch w kierunku Boga.

  16. To co napisałaś się strasznie fajne (gdyby było prawdą) ale niestety naiwne. Gdybyż to było tak że świat „samorzutnie” przyjmuje zasady które są dobre !
    Co do wyborów, to każdy dokonuje wyboru co do WŁASNEGO życia. Co do tego jaka ma być nauka Kościoła – nie, nie i jeszcze raz nie!
    Kierunek z upominaniem biskupów jest OK, nawet publicznym, ale nie podoba mi się ostentacja i jakiś pośpiech.
    Co do miłosierdzia – nie bardzo załapałem co miałaś na myśli.

  17. Maggie B.

    Kiedy my nie rozmawiamy o świecie (tu każdy samorzutnie przyjmuje zasady, które są dobre dla niego samego według jego wiedzy), tylko o Kościele, który, o ile mi wiadomo, nikogo do niczego nie zmusza. Jaka jest prawda, tego nie wiem ani ja, ani Ty też (chyba że posiadasz jakąś nieznaną mi wiedzę, bo doświadczenie życiowe na pewno masz inne). Dla mnie dyskusja o zasadach jest trochę przypominaniem o tych zasadach i poszukiwaniem tej prawdy. Jak na razie nie widzę tutaj ogłoszenia referendum pt. każdy, kto ochrzczony będzie teraz decydował, czy po aborcji można nie mieć wyrzutów sumienia, czy ma być dozwolona czy nie. Wygląda to tak (może przesadnie, ale jednak), jakbyś się bał, że Kościół jako instytucja każe Ci nagle dokonywać aborcji, którą wcześniej przegłosuje. Gdyby mnie kazał, to bym się z niego natychmiast wypisała, a nie zastanawiała nad czymkolwiek, nad czym się zastanawiam.

    Co do ostentacji i pośpiechu – ja to widzę trochę inaczej. Po prostu, Kościół z jednej strony jest wspólnotą, a z drugiej – w świecie np. medialnym jest traktowany jak wielka korporacja, co do której można rozpętać naprawdę duży szum (to ostatnio wszyscy mamy okazję obserwować). W tej sytuacji lepiej, że taką wiadomość przekaże biskupom papież (i że to będzie w mediach) niż ktokolwiek inny. Ta informacja do mediów i tak się dostanie, ale będzie widać, że papież wie, co się w Kościele dzieje, to raz, dwa, że tego nie pochwala, trzy, że z tym walczy. Ten przekaz naprawdę dociera do ludzi i to jest naprawdę dobre.

    Podobnie jest z wiadomościami o tym, że papież mówi o miłosierdziu – jak przykro mi jest słuchać czasem bardzo niemądrych cytatów z księży, którzy trudne tematy (nie będę już dziesiąty raz wymieniać, które) poruszają w sposób, delikatnie mówiąc, nieładny, lub nie wiedzą, o co chodzi. I to się do mediów dostaje w ekspresowym tempie i z nagłośnieniem, a nie spokojna, rzeczowa dyskusja o tym, co, jak i dlaczego. Więc taka pozytywna i bardzo prawdziwa „kampania reklamowa” też się bardzo Kościołowi przyda. Wreszcie wszyscy o tym usłyszeli, czy chcieli, czy nie. Przekaz w sensie medialnym o tyle dobry, że nie da się go za bardzo przekręcić, w sensie ludzkim – bo pozytywny i motywujący.

  18. Maggie B.

    PS. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby poszły tylko takie listy do biskupów prywatnie? Z pewnością jakoś by się dostały do publicznej wiadomości i byłaby afera na miarę wikileaks.

  19. Maggie B.

    *Chodziło mi o sytuację „poszły do biskupów prywatnie i dostały się do mediów”

  20. Dyskusja o zasadach jest, owszem, przypominaniem tych prawd, ale nie bardzo widzę w niej „poszukiwania Prawdy”. Poszukiwać to można uzasadnienia czemu są takie a nie inne, a nie „jakie są”.
    Nie, nie boję się że Kościół „przegłosuje” aborcję. Boję się, że podobne działania mogą w niektórych zrodzić (mylne) wątpliwości co do tego czy Kościół jest pewien swojej nauki – a od tego do jej relatywizacji już droga krótka. Bo Kościół ma być wyraźnym i stanowczym znakiem, a nie miejscem deliberacji.
    W tym co mówisz o mediach jest sporo racji, ale niestety sposób zarządzania kryzysem budzi poważne wątpliwości. Zwłaszcza że łatwo tu jednak kogoś skrzywdzić.

    Nie wiem o co Ci chodzi z listami.

  21. Maggie B.

    Ja myślę, że bez sensu to jest raczej ustanowienie zasad i dopiero poszukiwanie ich uzasadnienia.
    Wydaje mi się, że Kościół całe wieki coś jednak w swojej nauce zmieniał w zależności od stanu wiedzy. Gdyby tak cały czas był bezmyślnie wyraźnym i stanowczym znakiem, to nadal chodzilibyśmy po płaskiej Ziemi, będącej w centrum Wszechświata albo byśmy palili czarownice. Nie widzę powodu, dla którego Kościół nie ma być miejscem deliberacji, skoro każda inna wspólnota czy zgromadzenie może (sekty raczej nie).

    Z zarządzaniem kryzysem to jest też tak, że przede wszystkim trzeba z pomyślunkiem i szybko. Uważam, że w tym przypadku to jest z pomyślunkiem i szybko. Wątpliwości nigdy brakowało nie będzie, bo tak to już w ludzkim życiu jest.

    Z listami chodzi mi o, powiedzmy, pomysł zarządzania kryzysem: zamiast powiedzieć publicznie (w sumie cóż to za tajemnica), papież wysyła prywatne listy do biskupów – wszystkich, losowych lub zamieszanych w sprawę. I coś takiego nagle dostaje się do prasy, która pierwsza informuje o tym opinię publiczną (dalej nieświadomą podejmowanych działań)…

  22. 1
    Nie chodzi o to by Kościół szukał uzasadnienia – Kosciół je zna. Szukać ma ten, co ma wątpliwosci.
    2
    Wydaje CI się. Kosciół nigdy nie nauczał ani o płaskiej Ziemi i innych rzeczach.
    3
    I znów okazało się, że to co piszesz wynika z niepewności co do nauki Kościoła, a nie z „miłosierdzia”. Ile razy juz to widziałem!
    4
    Zarządzając kryzysem mówi się publicznie – ale nie pochopnie.

  23. Maggie B.

    1. Ten, co ma wątpliwości, szuka. Kościół nie ma znać uzasadnienia dla samego siebie, tylko ma je przekazywać. Na całe mnóstwo sposobów.
    2. O innych rzeczach musiał nauczać. Info o płaskiej ziemi aż sprawdziłam – faktycznie masz rację :) – jest to na tyle fascynujące, że aż sobie poczytam o tym, kto i czego kiedy nauczał…
    3. Nie zgodzę się. Wynika z tego, że czy pewni, czy nie, możemy deliberować. Właśnie po to, żeby zrozumieć lepiej. Kto ma wątpliwości – po to, żeby je rozwiał.
    4. Tak, zarządzając kryzysem mówi się publicznie, ale nie pochopnie. Ja pochopności nie widzę.

  24. no, to się mniej więcej zrozumielismy (choć ocena różna)
    Co do p,3 polecam dwie książeczki bp.Siemieniewskiego:

    http://www.apologetyka.katolik.pl/gor%C4%85ce-polemiki/250-chrzecjanie-wobec-ateizmu-i-niewiary/1344-stworca-i-ewolucja-stworzenia

    http://www.apologetyka.katolik.pl/odnowa-kosciola/z-historii-chrzecijastwa/169/1323-sciezka-nauki-do-boga
    Obie bogato dokumentowane ze źródeł wczesnochrześcojańskich (!)

  25. mamelka

    Nie mam ukończonych żadnych studiów ,nie kończyłam iluś tam fakultetów,nie jestem wielce uczona,ale jednego nie rozumiem,dlaczego Wam to przeszkadza????To chyba dobrzę,ze papież bedzię zajmowal sie sprawą rozwodników itpTo chyba dobrzę,że są ludzie którzy zbłądzili,a jednak podnieśli się.Nawiązuje do Rozwodników.Nie macie zielonego pojęcia jak się,żyje ze śwadomością tego,że popełnilo się Grzech ciężki.Tacy ludzie często są bardziej świeci niż niejeden katolik praktykujacy uff nie lubię tego słowa.To bardzo dobrzę,że Papiez zainteresowal się tym tematem.Bo jaki model rodziny jest lepszy ten co po sakramencie małzeństwa,w związku występują zdrady,przemoc ,alkohol,zero szacunku,zero życia religijnego (a przeciez przysiegali) itp.Czy takie powtórne małzeństwo gdzie wystepuje miłość,szacunek,zgoda,a przede wszystkim radość z tego,że mozna wspólnie całą rodziną udać sie do kościola..Bóg wybaczał Mojżeszowi ,że zabił egipcjanina,Magdalenie wybaczył cudzołoznictwo i jeszcze wiele innym ,to jak myślicie nie wybaczy jakies tam Kowalskiej która odeszła od męża ,ktory był tyranem,i załozyła powtórny zwiazek i jest szczęśliwa i za to szczęscie dziekuje Bogu każdego dnia.Moim zdaniem to Nie kościół powinien decydować kto ma przyjmowac eucharystie,a kto Nie.Bóg nie odesłałby nikogo kto chce.Mam nadzieję,że dzięki temu co robi Papierz coś się zmieni.Bo to my decydujemy,czy chcemy przez zycie iść z Bogiem czy nie.I Przyjmowanie eucharystii jak i spowiedz powinno zależec od nas samych czy tego chcemy czy nie,a nie od tego czy ktoś nam pozwala przyjąć komunie świetą czy Nie.

  26. 1.
    Bardzo dobrze że papież (ale nie tylko on – duszpasterstwo osób rozwiedzionych funkcjonuje juz od wielu lat) zajmuje się ludźmi, którzy są rozwiedzeni
    2.
    Lepszy jest model w którym w związku sakramentalnym występują te wszystkie rzeczy o których pisałaś (i które – nie wiadomo dlaczego – akurat przypisałaś nie-małzeństwu)
    3.
    Małżeństwo które można rozwiązać nie ma sensu z samej istoty rzeczy – jeżeli jest rozwiązalne, to można równie dobrze życ bez niego
    4.
    Mylisz wybaczenie grzechu z zezwoleniem na dalsze grzeszenie – to ZECYDOWANIE nie to samo
    Przebaczenie grzechu następuje po ODWRÓCENIU się od grzechu
    5.
    Bóg traktuje nasze przyrzeczenia poważnie.
    6
    To prawda ze „my decydujemy,czy chcemy przez zycie iść z Bogiem czy nie”. Ale ta decyzja nie polega na decydowaniu czy możemy przyjąć sakramenty – lecz na tym czy zgrzeszyć czy nie.
    I czy – to w tym wypadku ważne – trwać w grzechu.Możliwość przyjmowania sakramentów wypływa bezpośrednio z tego.
    Kościół właściwie nie decyduje w tej sprawie – w tej dziedzinie jest organem „wykonawczym”, a nie „ustawodawczym”
    Kościół nie ma prawa „zezwolić” na rozwody – to określił Chrystus i nawet papież nie może tego zmienić
    Kościół jest szafarzem sakramentów – i dlatego nie tylko ma prawo, ale często wręcz obowiązek odmowy ich udzielenia osobom żyjącym w grzechu i nie odwracającym sie od niego

  27. mamelka

    Tak zgadzam się z w\w wypowiedzia dla Mnie samej to wszystko jest ciężkie i trudne.Mam tą świadomość ,że żyję w Grzechu.Niesprawiedliwe jest to,ze ufam ,kocham,nie zdradzam szanuje,uczę dzieci tego samego.A sa pary ,małzeństwa sakramentalne,które zdradzają sie na prawo i lewo do kościoła pójdą „kiedy trzeba” bo chrzciny,slub lub inne wydarzenie,na którym trzeba sie pokazac,pójda nawet do spowiedzi,obiecując niby to poprawe,ale jeszcze tego samego dnia złamia prawie wszystkie przykazania.I oni dalej mogą zyć i być jak prawdziwi katolicy.Jedyny błąd jaki popełniłam to wyszłam za mąż jako głupiutka dziewuszka,która tak naprawdę sama nie dokońca miała swiadomosc tego co robi.A gdzie wtedy była cała ta pomoc kościoła,gdzie nauki,.Moim zdaniem kościół ponosi wielką winę za to,że tyle małzeństw rozchodzi się,a potem całkowicie odchodzi od koscioła.Kosciól wręcz naciska na slub,kiedy para idzie załatwiac chrzciny itp.,wcale nie pomaga.Dlaczego coraz mniej ludzi decyduje sie na slub kościelny?????Bo sie poprostu Boją.,nie maja tak do końca świadomości czym jest małżeństwo!!!!Ojej mysl goni myśl i nie potrafie tak dokładnie napisać to co mam w głowie.Przez ostatnie 5 lat stale o tym myślę,a muszę przygotować sie na kolejne kilkadziesiąt.Dla mnie i dla mojego męża jest to bardzo trudne.Jeszcze trudniejsze jest mówienie i tłumaczenie tego wszystkiego dzieciom.Co się tyczy Zezwolenia na dalsze grzechy,nie oczekuje bo wiem,że Nigdy Nikt tego zezwolenia nie otrzyma . Gdyby nie to wydarzenie ,ten ślub kościelny kilka ,a juz prawie kilkanascie lat temu ,dziś byłabym szczęsliwym człowiekiem.Moje małżeństwo sakramentalne trwało krótko zaledwie jeden najgorszy rok ,nie mam nic pozytywnego do wspominania z tamtego okresu.Jeju szczerze to już sama nie wiem po co to piszę i do czego nawiązuje.Poprostu nie mam z kim o tym rozmawiac heh,a co się tyczy duszpasterstwa rodzin niesakramentalnych,to w moim mieście,w mojej parafii tego nie ma sa raz w roku rekolekcje.i tylko Tyle nic wiecej szkoda.

  28. Przyznam że mam kłopot z Twoim wpisem. No bo nie chciałbym nikogo odtrącać i zależy mi na Twojej obecności (nawet trochę „ułomnej”) w Kościele. Jednak nie odtrącając, trudno nie zauważyć w Twoim poście pewnych… rzeczy. Ponieważ je aktywnie promujesz, czuję się w obowiązku je wypunktować.

    1)
    Zdajesz się szukać usprawiedliwienia w grzechu innych (na zasadzie >>ja jestem OK, a Ci od małżeństw sakrementalnych to dopiero grzeszą; zdradzają na prawo i lewo itd<<).
    a)
    Otóż jedni są, drudzy nie są. To jest argumentacja na zasadzie (wybacz że użyję pewnej przesady) "czy lepiej by dziecko było wychowywane przez parę kochających pederastów, czy przez parę hetero gdzie się zdradzają i piją". Otóż jest to zupełnie fałszywie postawiony dylemat – bowiem najlepiej gdy wychowywane jest przez kochającą normalną parę (i nieprawda jakoby pary homo były bardziej wierne lub bardziej trzeźwe). I podobnie jest z Twoją argumentacją – dyskutując, nie zestawiaj się z rodziną patologiczną, lecz z pełną, normalnie po bożemu funkcjonującą rodziną. O ile w ogóle potrzebne jest zestawianie się z kimkolwiek.

    b)
    Wybacz, ale to co napisałaś "kocham, nie zdradzam" itd – chyba nie do końca jest prawdą. Nie miałaś bowiem na myśli swojego męża, z którym sie rozstałaś, prawda?

    c)
    Z Twojego listu wynika że wszyscy są winni (mąż, ci inni co to ponoć się zdradzają, Kościół itd) a tylko Ty właściwie jesteś bez winy (no, popełniłaś jeden mały błąd jako "głupiutka dziewuszka" ale przecież CIEBIE nie można za to winić…)

    2)
    Piszesz że nie miałaś świadomości co robisz i narzekasz że to wina Kościoła. Wiesz, przez 10 lat prowadziłem spotkania przedmałżeńskie w poradni w parafii. Każdej parze mówiłem jaki to "szaleńczy", wymagający zaufania i pdpowiedzialności krok – i by nie wiązali się, dopóki nie będą pewni, nie uzgodnią swoich celów i dążeń. To samo trąbu się na każdej katechezie.
    Nie zapominaj jednak, że to małżonkowie decydują, a nie Kościół czy ksiądz proboszcz. Więc może wypadałoby przyjąć odpowiedzialność za swoje czyny i decyzje?
    Nie mówiąc o tym że mówisz o chrzcie – a więc o dziecku – ludzi którzy nie zawarcli małżeństwa… więc chyba tu też coś więcej niż tylko nieświadomość, prawda?

    3)
    Piszesz o nacisku na ślub, gdy idzie się "załatwiać chrzciny". ROzumiem że masz na myśli, iż jeśli dwoje ludzi żyje ze sobą bez ślubu (choć nie ma przeszkód) a chcą ochrzcić dziecko to Kościół ma wątpliwości czy należy je chrzcić.
    A ja powiem – takie stanowisko ma sens. Przecież ci ludzie żyją w grzechu – nie ma powodów by mysleć że wychowają dziecko w wierze, w której sami nie żyją.
    Oczywiście rodzice tacy nie muszą się żenić (i jeśli nie kochają – nawet nie powinni), ale wówczas powinni zaniechać życia w grzechu. I takie żądanie – zaniechania grzechu bądź przez nie praktykowanie seksu małżeńskiego bądź przez zawarcie związku małżeńskiego – nazywasz "naciskiem na ślub".

    4)
    To wszystko co wyżej napisałem NIE znaczy, że nie jesteś w Kościele. Owszem, wpakowałaś się w trudną sytuację – w pewnym sensie bez dobrego ruchu. Żyjesz w nowym związku,jak rozumiem masz w nim dzieci. Prawdę mówiąc, jedyna droga w tej sytuacji jest b.trudna (życie w związku w czystości).
    Ważne jednak – i to jest pierwszy krok – żebyś przyznała przed samą sobą, że Ty jesteś współautorką tej sytuacji. Nie znam Waszego małżeństwa, nie wiem kto ponosi winę za rozpad, zresztą nie mi sądzić. Byc może Twój mąż jest winien – nie wiem. Ale zagmatwanie obecnej sytuacji to już Twoja odpowiedzialność. Nie Kościoła, nie społeczeństwa, nie "tych innych, sakramentalnych" katolików, nie męża. Twoja.
    Przyjmij tę odpowiedzialność – a potem szukaj związków z Bogiem i Jego Kosciołem. Nie roszczeniowo (na zasadzie "w mojej parafii nie ma – więc Kościoł jest winien, a nie ja") tylko pragnąc i cierpiąc z powodu niepełnej – z własnej winy – w Nim obecności.
    Kościół Cię nie odrzuca – ale nie może Ci ofiarować wszystkiego – są rzeczy z ktorych niestety sama się wyłączyłaś i wyłączasz.

    5)
    Rozwód (a właściwie – nowy, niesakramentalny związek) to nie jest jedyny grzech popełniany przez wierzących. Pewnie też nie jest największy. Ale stanowi przeszkodę, gdyż wciąż trwa.

    6)
    Na tej brutalnej Prawdzie, na przyjęciu jej do wiadomości dopiero można budować związek z Kościołem. I po jej powiedzeniu mówmy o tym że Kościół – my -pragniemy byś w Kościele była – nawet w ten niepełny sposób, jaki Ci jest w tej chwili dostępny.Bo nie ma innej drogi do Nieba.

  29. Mamelka, pisanie, że Ty kochasz, jesteś wierna itp, a są małżeństwa, które do Kościoła przychodzą od święta, a potem „robią swoje”, jest bez sensu. Są, ale to nic nie oznacza. Porównywanie dwóch sytuacji, które są niewłaściwe nie powoduje, że jedna z nich jest lepsza. (dlatego nie znoszę „głębokich” pytań: „czy lepiej usunąć, czy potem wyrzucić na śmietnik?”, „czy lepiej żeby rodzice się rozwiedli, czy żeby dziecko żyło w domu pełnym nienawiści?”) Co więcej, mylisz się mówiąc, że „oni dalej mogą żyć i być jak prawdziwi katolicy”. Nie mogą. Każdy grzech powoduje niemożność „życia jak prawdziwi katolicy”, (oczywiście w przypadku grzechów lekkich wystarczy spowiedź powszechna), różnica jest taka, że Twój grzech jest grzechem trwającym, stałym i takim, którego nie chcesz zaprzestać. Dlatego nie masz możliwości uzyskania rozgrzeszenia i powrotu do „życia jak prawdziwi katolicy”. Rozwód jest tu pośrednio ważny, bo sam w sobie nie oddziela Cię od sakramentów. Rozumiem nawet, że jesteś młoda, popełniłaś błąd i teraz chcesz być szczęśliwa, ale tak naprawdę to nie rozwód jest tu „winien”, tylko życie w ponownym związku. Jest to coś, czego zmiana leży w zasięgu Twoich możliwości, jeśli nawet mówisz, że nie dałabyś rady podjąć procedury stwierdzenia nieważności małżeństwa. Oczywiście nie chcesz tego zmieniać i to jest zrozumiałe.
    Pytanie gdzie był Kościół kiedy brałaś ślub z ciąży jest też dość bezzasadne. To nie Kościół bierze odpowiedzialność za ludzi. Wielkim błędem moim zdaniem jest to, że w przypadku ciąży pomijane są nauki przedmałżeńskie. Jest to dla mnie wręcz skandaliczne, nie dość że pokazujemy w ten sposób, że grzech (współżycie pozamałżeńskie) daje jakieś „ułatwienia”, w przyjęciu sakramentu, a do tego nie dajemy nauk osobom, którym chyba szczególnie by się przydały, bo jak widać mają problemy z życiem zgodnym z wiarą i z wiedzą o małżeństwie w rozumieniu chrześcijańskim. To jednak nadal nie zmienia faktu, że to nie Kościół jest winien, że Ty podjęłaś złą decyzję. Biorąc ślub z założenia powinnaś być dojrzała. Nie byłaś, ale Kościół nie ma nawet możliwości tego sprawdzać. Moim zdaniem przygotowanie do ślubu i warunki przyjęcia sakramentu powinny zostać zaostrzone (chociażby po to, że jak przychodzi kobieta w ciąży to poważnie można podejrzewać, że przyjmą sakrament nieważnie, bo najwyraźniej zbyt dojrzale i po chrześcijańsku to nie żyli… trzeba by się upewnić co do ich nawrócenia przed ślubem). Ale ciężko wyobrazić sobie sytuację, w której ksiądz musi gruntownie przebadać narzeczonych, by stwierdzić czy są dojrzali, zdrowi psychicznie i mają świadomość wagi sakramentu. Po pierwsze do tego potrzebny jest psycholog, a i on myliłby się często, bo takie rzeczy trudno się ocenia poprzez badania, konieczna byłaby może dłuższa obserwacja i poznanie tych osób, a to utrudniłoby przyjmowanie sakramentu małżeństwa w sposób wręcz absurdalny. Dlatego odpowiedzialność za takie decyzje ponosimy my sami. Nikt za nas decyzji o ślubie nie podejmuje i to my za tę decyzję płacimy. Nie ma co obwiniać Kościoła, że Cię nie powstrzymał.
    Kiedy rodzice przychodzą po chrzest dla dziecka Kościół ma pełne prawo naciskać na ślub. Wiesz czemu? Bo chrzest nie jest usługą, ale sakramentem, dawanym małemu dziecku, za które odpowiedzialność ponoszą rodzice. I dlatego najistotniejsze jest, czy ci rodzice dają nadzieję na to, że wychowają swoje dziecko po katolicku i przekażą mu wiarę. Brak ślubu sakramentalnego po prostu nie bardzo daje te nadzieje.
    A jeśli tak bardzo potrzebujesz opieki duszpasterskiej (co jest naprawdę bardzo dobre i to wspaniale, że masz takie pragnienie) to może warto bardziej się zaangażować? Myślę, że sporo ciekawych materiałów (rekolekcje internetowe, konferencje, audycje radiowe, pewnie też jakieś artykuły lub fora – choć ja na pierwszy rzut oka akurat forum nie znalazłam) znajdziesz w internecie. Polecam szczególnie forum SYCHAR, dla małżeństw w kryzysie, z pewnością jest też coś dla tych w powtórnych związkach. Może jeśli nie w Twojej parafii, to w sąsiednich znajdziesz jakąś bogatszą ofertę. Podejrzewam, że znalazłyby się też chyba jakieś wakacyjne rekolekcje wyjazdowe, które są moim zdaniem bardzo ubogacającym doświadczeniem i warto z nich skorzystać. A ostatecznie, może idź po prostu do jakiegoś fajniejszego kapłana w swojej parafii i zgłoś mu taką potrzebę, może podejmie się poprowadzenia jakiejś grupy formacyjnej, albo chociaż coś Ci poleci?

  30. mamelka

    Zgadzam się z w\w wypowiedziami,tylko poprostu czuję chaos,pustkę,itp.W życiu bym się nie spodziewała,że to wszystko mnie spotka.Tak po części usprawiedliwiam się sama przed sobą.Trochę poplatałam swoje zycie i płacę za to wysoką cene.Mam tą świadomośc jaki grzech popełniam.To wszystko o czym piszecie doskonale rozumiem.Przykro mi,że ludzie nie doceniają tego o czym ja marze.Jestem tez Zła na to wszystko.!!!!Wkurza mnie,że ludzie ,mają w dupie coś co ja mam głęboko w sercu.Zazdroszę innym,mądrości,podziwiam rodziny,które żyją w zgodzie i milosci.Czsami czuje sie zła sama na siebie.Gdybym wcześniej wiedziała to co wiem teraz inaczej to wszystko by wyglądało ,ale czasu nie da się cofnąc.Zwalam winę na innych ,szukam dziury w całym.Oj cięzkie to wszystko Jest.W moim mieście niestety nie ma takich spotkan,szukałam w róznych parafiach itp.Rozmawiałam z ksiedzem,ale szczerze to ksiadz ma wazniejsze sprawy niz moje rozterki duchowe.Poprostu dużo się udziela i nie ma czasu.Najgorsza jest własnie taka samotność.Wiem,że piszę trochę bez ładu i składu,ale cięzko mi pisac. o tym wszystkim.A tak naprawdę z nikim nie rozmawiałam nigdy na ten temat,no raz z ksiedzem ale czas nas ograniczał.. Dobra kończe już te użalanie się nad Soba.

  31. Rozumiem (na tyle na ile może rozumieć ktoś kogo taka sytuacja nie dotyka – choć dotykają mnie z kolei inne) Twój żal i emocje.

    Może warto byłoby raz w miesiącu wybrać się na jakieś spotkanie nawet do obcego miasta? A może mozna wejść w środowisko osób borykających się z podobnymi problemami przez Internet?
    Nie wiem jak mógłbym Ci pomóc – oczywiście się pomodlę.

  32. mamelka

    Dziękuje, A ja z niecierpliwością czekam na rekolekcje i może podpowiem księdzu,aby chociaż raz zorganizował jakieś spotkanie :-)

  33. mk

    Przed tygodniem moja przyjaciółka pokazała mi ten teks, a nawet dużą część przeczytała, ale poprosiłem żeby nie czytała dalej bo słuchać już tego nie mogłem. Jednak pokusiłem się o odnalezienie go i przeczytanie, żeby nie powiedzieć przemęczenie się przez niego. Od razu zaznaczę, że mój komentarz jest bardzo, ale to bardzo subiektywną oceną tego co tu znalazłem. Zaznaczę też, że stoję w opozycji do tego co tu przeczytałem bo nawet w najciemniejszych barwach staram się zawsze odnaleźć jasne odcienie. Dodam że tekst (przez autora nazwany ,,notatką’’ – chyba koleś nie widział nigdy jak wygląda notatka, bo mi zawsze kojarzyła się z czymś znacznie krótszym) w moim odczuciu jest dość chaotyczny i m.in. dlatego męczący. Nie będę odnosił się do całości tej ,,notatki’’ bo musiałbym to zrobić w tak samo chaotyczny sposób, czyli chwytając co chwilę inną gałąź.
    Zacznę może od ,,poświęcenia symboliki dla ubóstwa’’. Franciszek… autor zauważa, że żaden papież, nie nosił wcześniej tego imienia, ale czy to ma jakieś znaczenie? Pamiętajmy, że nie istnieje jakaś pula imion których to mają używać papieże, a samo imię jakie przybiera nowo wybrany wytycza w jakimś sensie kierunek jego pontyfikatu. Stąd też nic nie stało na przeszkodzie temu, żeby Albino Luciani przyjął dwa imiona i stał się Janem Pawłem I, a Jorge Mario Bergoglio, Franciszkiem. Kontynuując ,,poświęcanie symboliki dla ubóstwa’’ zwrócić musimy uwagę na to, iż papiestwo w ciągu dziejów ewoluowało i ma swoje historyczne naleciałości. Papieże nie zawsze mieszkali w Watykanie, nie zawsze mieli Gwardię Szwajcarską i nie zawsze nosili tiarę, czy nawet tytuł Namiestnika Chrystusa. Chodzi o to, że symbole które jedni wprowadzali do –określiłbym to– zewnętrznej formy urzędu, inni nie koniecznie zachowywali. Wystarczy spojrzeć niedaleko w przeszłość żeby zauważyć, że ostatnim papieżem na którego głowę włożono tiarę był Paweł VI, a ostatnim który użył sedia gestatoria był Jan Paweł I. Benedykt XVI poszedł o krok dalej [a może niektórzy powiedzą że wręcz przeciwnie;)] i zrezygnował z tiary nawet w swoim herbie. Możemy zauważyć to również w herbie Franciszka. Co do czerwonych butów, przyznam że symbol piękny i jednak też trochę mi go brakuje. Jednak może Franciszek doszedł do wniosku, iż to Ewangelia ma świadczyć o jego gotowości pójścia za Chrystusem (nawet aż do przelania krwi), a nie kolor obuwia. Ktoś powie, że to tylko moje przypuszczenia i do tego najprawdopodobniej daleko odbiegające od prawdy, ale skoro autorowi ,,notatki’’ może coś się zdawać np. ,, Dlatego zdaje mi się, że Franciszek – starając się znaleźć jak najwięcej osób przychylnych – rozmydla, rozwadnia to, co już rzeczywiście zostało powiedziane i stara się, może niespecjalnie, umniejszyć wartość Kościelnej nauce moralnej.’’ to dlaczego mi nie może się coś zdawać?;) Dodam na marginesie, że chyba nie wszyscy zauważyli, iż w pewnym momencie swojego pontyfikatu Jan Paweł II zmienił buty na brązowe.
    Idąc dalej odnoszę wrażenie, że autorowi ,,notatki’’ brakuje konkretów ze strony Papieża Franciszka, głównie w kwestiach które są w centrum jego zainteresowania i to do tego stopnia, iż uważa że Papież ,,używa za dużo mydła’’. W tym miejscu może powiem jakie jest moje wrażenie co do osoby Papieża Franciszka. Autor zarzuca Mu nadmierne wręcz miłosierdzie. Czy to ma być minusem? W tym Papieżu widzę osobę, dla której ważny jest człowiek. Odnoszę wrażenie, że Franciszek widzi człowieka często w jego ubóstwie moralnym i dlatego tak bardzo chce się nad nim pochylić, dlatego tak bardzo chce mu przypomnieć (najpierw) jak bardzo Bóg go kocha i jak wiele On potrafi wybaczyć aby tylko ten człowiek wrócił do Niego. Zauważmy tutaj coś niezwykle istotnego, czyli wezwanie które towarzyszy Jorge Mario Bergoglio od 1992 r., które wybrał przyjmując sakrę biskupią, a mianowicie Miserando atque eligendo (z łac. Spojrzał z miłosierdziem i wybrał). Owo wezwanie od marca b.r. widnieje w herbie papieskim. Drugim ważnym elementem, jaki moim zdaniem, wywarł wpływ na dotychczasowy wygląd tego niedawno rozpoczętego pontyfikatu jest czas – szczególny czas – czyli Rok Wiary. Franciszek mocno podkreślił znaczenie tego wydarzenia encykliką LUMEN FIDEI. Tutaj wróćmy do tego od czego wyszliśmy, czyli zdaniem autora ,,notatki’’ braku konkretów. W takim razie polecałbym mu, jeszcze raz przeczytanie z uwagą i zrozumieniem encykliki. Po jej tekście nie odnoszę wrażenia, że nauczanie moralne jest dla Papieża jakby na jakimś drugim torze. [W ogóle nie łapię o co chodzi autorowi, z tym niemal stawianiem na szalach dogmatyki i moralności i patrzeniem co przeważy, to jak pytanie o to co było pierwsze, jajko czy kura?] W nr 46 (LF) Papież zwraca uwagę na znaczenie naszego postępowania moralnego dla którego wyznacznikiem jest Dekalog. W nr 43 gdy Franciszek mówi o strukturze chrztu, przytacza tam słowa św. Augustyna, pozwolę sobie zacytować ,, Jak wyraził się św. Augustyn, rodzice są powołani nie tylko do dania dzieciom życia, ale też do prowadzenia ich do Boga, aby przez chrzest odrodziły się jako dzieci Boże i otrzymały dar wiary. W ten sposób razem z życiem zostaje im dane zasadnicze ukierunkowanie oraz pewność dobrej przyszłości’’. Skoro więc Papież podkreśla tutaj to podwójne powołanie rodziców do dania dziecku życia jako takiego, i dalej do dania mu życia wiary, to dla mnie jest to jednoznaczne z tym, że nie może być tu mowy o jakiejkolwiek antykoncepcji. Najwyraźniej dla autora ,,notatki’’ to za mało i żaden to konkret, zarzuca Franciszkowi brak mocnych sformułowań jakich nie bali się jego poprzednicy. No to powiem, że na mnie mocne wrażenie zrobiło to co znalazłem w nr 17 encykliki, gdzie mowa o tym, jak ludzie postrzegają obecność Boga i na tej podstawie w zasadzie obojętne jest wtedy to czy w Niego wierzą czy też nie. To tylko drobne przykłady z nauczania Papieża zawarte w LUMEN FIDEI, ale co ja tam mogę wiedzieć… w końcu nie jestem wybitnym, a tym bardziej teologiem, więc pozwolę sobie podeprzeć się wypowiedzią naprawdę wybitnego teologa, (który wydaje mi się, że ma w sobie tyle pokory, iż pewnie przez myśl by mu nie przeszło żeby tak o sobie powiedzieć) wklejam więc tu link do wypowiedzi ojca Jacka Salija, na temat encykliki http://www.youtube.com/watch?v=4iXq9fVfT10 .
    Przypomnę jeszcze w tym miejscu autorowi rządnemu konkretnych wypowiedzi w konkretnych sprawach, postawę ówczesnego kardynała Bergoglio. Gdy Argentyna zalegalizowała ”małżeństwa” tej samej płci wprost nazwał ustawę „machinacją ojca kłamstwa, który ma na celu zmylić i wprowadzić w błąd dzieci Boże.”
    Nie śledzę komentarzy i interpretacji wypowiedzi Papieża przez różnego rodzaju media, stąd też może nie podzielam obaw autora ,,notatki’’, ale może powiem dlaczego ufam i zachowuję spokój, a nawet rzekłbym cierpliwość, czego odnoszę wrażenie brakuje autorowi. Wszystko w swoim czasie i jeśli nadejdzie chwila że Franciszek będzie musiał jednoznacznie podkreślić, że coś jest grzechem ufam, że to zrobi. Jak już wspomniałem, niezmiernie daleko mi do wybitności, więc ponownie pozwolę sobie podeprzeć się autorytetem ojca Slija, który w swojej książce pt. Po co Kościołowi Papież? pisze ,,Jest tylko jedna sytuacja kiedy wierni powinni odejść od swojego biskupa – mianowicie jeżeli ten jednoznacznie odszedł od wiary katolickiej i zerwał łączność z pozostałymi biskupami Kościoła, będącymi w łączności z następcą Piotra. W innych trudnych sytuacjach kiedy wiernym jest z własnym biskupem niezupełnie po drodze, duch katolicyzmu wymaga, ażeby tę sytuację raczej cierpliwie znosić (jeżeli nie potrafimy wpłynąć zgodnie z duchem Kościoła na jego zmianę), niż buntować się przeciwko swoim biskupom i pogłębiać rozbicie Kościoła.’’ Idąc dalej tym tropem przypomnę postawę św. Augustyna, gdy donatyści zaczęli wiernym przypominać grzechy jego młodości. Zwracając się wtedy do donatystów zauważył, że różni nauczyciele wchodzą na katedrę Chrystusa, również tacy, którzy znajdują się w stanie grzechu. ,,Jeżeli jednak mówią rzeczy dobre, nie przynoszą szkody słuchaczom. (…) Jeżeli ja jako biskup mówię rzeczy dobre i spełniam dobre czyny, wówczas mnie naśladuj. Jeżeli nie czynię tak jak mówię, sam Pan radzi ci tak: postępuj według tego co mówię, ale moich czynów nie naśladuj!’’ (Objaśnienie trzecie Psalmu 36). Do czego zmierzam… nawet jeśli nauczyciele mieliby zbłądzić nie tylko swoim postępowaniem, ale i nauką, wówczas musimy pamiętać że Pan Jezus wyposażył Swój Kościół w odpowiednie narzędzia do rozpoznania prawdy. Mam tu na myśli sensus fidelium, to szczególne wyczucie wiary, którym jest obdarzony cały Kościół. Wyczucie, które jest źródłem zgody wierzących (consensus fidelium). Więc jeśli jakiś pasterz głosiłby naukę niezgodną z doktryną katolicką, ufam że kierowani Duchem Świętym nie przyjmiemy tej ,,nowej prawdy’’ czując, iż nie jest ona zakorzeniona w wierze, nie wypływa z tradycji jaką nam przez stulecia przekazywano. Kończąc ten wątek przytoczę jeszcze pewną anegdotę, którą przypomniał kardynał Joseph Ratzinger w wywiadzie-rzece ,,Bóg i świat’’, ,,Napoleon miał kiedyś powiedzieć, że zmiecie Kościół z powierzchni ziemi. Na co pewien kardynał odrzekł: ,,Nawet nam się tego nie udało dokonać’’. Sądzę, że paradoksy te ukazują coś bardzo istotnego. Rzeczywiście, w Kościele katolickim nigdy nie brakowało wręcz nieprawdopodobnych słabości ludzkich. Fakt, że Kościół mimo to zachowuje integralność, nawet wśród pojękiwań i postękiwań, że ciągle istnieje, że rodzi wielkich męczenników i wielkich ludzi wiary, ludzi, którzy poświęcają swe życie jako misjonarze, jako pielęgniarki, jako wychowawczynie – fakt ten rzeczywiście wskazuje, że ktoś inny podtrzymuje jego istnienie.’’
    Na tym zakończę moją, jak podkreśliłem na wstępie, bardzo subiektywną polemikę z tekstem pod tytułem ,,Nie lubisz naszego Papieża?’’. Powiem jeszcze, że link do tej jak to autor określił ,,notatki’’ wysłałem pewnej mojej znajomej, która miała podobne wrażenia do moich tzn. dla niej też było to męczące i dodatkowo powiedziała, że po kilku zdaniach od razu była zdystansowana do tego co czyta, gdyż odniosła wrażenie jakiegoś nastawienia ,,anty’’. Jak już zaznaczyłem tekst jest męczący przez swoją chaotyczność (określiłbym ją może jakąś multiwontkowością) oraz miejscami stylistykę. Im dalej brnąłem przez te ,,wypociny’’ tym bardziej nie wiedziałem co było na początku i o co chodzi, ale chyba chodziło o podkreślenie swojego teologicznego wykształcenia bo zauważyłem, że niejednokrotnie autor to zrobił;) Owszem, każdy z nas ma często jakieś obawy, ale nie zawsze musimy się nimi dzielić z całym światem i czasami lepiej byłoby je zachować dla siebie, czego niestety nie zrobił autor tej ,,notatki’’. Uważam to za tekst NIEPOTRZEBNY. Nie łapię też o co chodzi z samym tytułem bloga… ,,Z bloga wybitnego teologa’’ mam tylko nadzieję, że autor tej ,,notatki’’ nie miał na myśli siebie, a jeśli tak to… człowieku, jako wykształcony teolog, chyba słyszałeś o czymś takim jak POKORA???

  34. 1.
    Nie wydaje mi się by notatka Maurycego była niejasna czy chaotyczna. Przeciwnie, sprawia wrażenie dobrze przemyślanej i uporządkowanej. Prawdę mówiąc – wybacz szczerość – znacznie bardziej uporządkowanej niż Twoja polemika.
    Niezrozumiałe są też pretensje o długość – ja rozumiem że niektórzy mają za mało cierpliwości by czytac coś szerzej uzasadnionego, ale to – wybacz – Twój problem. A „święte” (w Twoim mniemaniu) oburzenie nie usprawiedliwia zagrywek typu nazywanie Autora blogu „kolesiem” (zwłaszcza że Twoja polemika też krótka nie jest ;)
    2.
    Mimo to jestem zbudowany Twoimi emocjami mk- potrzeba nam wszystkim żarliwych obrońców Kościoła
    Jednak jestem przekonany, że źle zidentyfikowałaś zagrożenie – przez Maurycym raczej Kościoła bronić nie trzeba :)
    A już szcególnie zarzucanie Maurycemu „odchodzenia od biskupów” i „pogłębianie rozbicia Kościoła” jest nieporozumieniem – Maurycy – także przez tę krytykę- stara się współdziałać z papieżem (tak jak Paweł współdziałał z Piotrem zwracając mu uwagę)

    3.
    Moje wątpliwości budzi nieco ostentacyjne ubóstwo – trudno się oprzeć wrażeniu że w kontrze do poprzedników.
    Pozwól, że przytoczę tekst z „Zapisków więziennych” prymasa Wyszyńskiego:
    „W Palmową Niedzielę, która dziś po raz pierwszy jest uczczeniem Chrystusa Króla, śpiewa Kościół święty: „A rozebrawszy Go, włożyli nań płaszcz szkarłatny…”
    Kościół pragnie, aby słudzy Jego pamiętali o tym zdarzeniu i dlatego przyodziewa 70 sług swoich w purpurę.
    Może być ona niekiedy przedmiotem pożądania i pychy… Ale w rzeczywistości jest symbolem tej Krwi, która obficie spłynęła z Chrystusa Boga Człowieka i z Chrystusa Mistycznego Ciała. Trzeba więc w sobie wyniszczać to, co mogło pozostać z pychy, choćby nie łączyło się z pożądaniem… Nie było wprawdzie we mnie pożądania, a bodaj – nie było i pychy. Ale nie byłem wolny od swoistego jej odcienia. Ile to razy „droczyłem się” z Panem, gdy musiałem brać na siebie oznaki woli Kościoła? Poczciwa siostra Maksencja nieraz musiała mi powtarzać: „To przecież dla chwały Kościoła świętego”. A jednak unikałem jak mogłem tej czerwieni, niemal nie nosiłem szarfy, sutanny czerwonej, płaszcz brałem tylko jako ochronę przed zaziębieniem po kazaniu, nie używałem pończoch czerwonych… Zauważyłem, że niektórzy księża biskupi zaczęli mnie naśladować… A to była jednak pycha, bo więcej w tym było myśli o sobie niż o Chrystusowej Purpurze. Jednak by godnie nosić ozdobę Kościoła, nie tylko nie wystarczy nie pragnąć jej, ale trzeba umieć cenić ją – dla Kościoła. Chrystus nie wzdragał się przyjąć szaty szkarłatnej. A ja nieustannie „droczyłem się” z wolą Kościoła. A przecież każdy wie, że w tym szkarłacie więcej jest z krwi Kościoła, niż z ludzkiej próżności tak, że nigdy pycha ludzka nie będzie zdolna przysłonić prawdy Krwi. Muszę więc cenić sobie najdrobniejszy sznur, by światu głosić Najświętszą Krew Chrystusa i Kościoła…”

    4.
    Piszesz że nia ma wątpliwości co do nauki Papieża, bo wcześniej… bo w encyklikach…
    NIE MAM CO DO POGLĄDÓW PAPIEŻA CIENIA WĄTPLIWOŚCI.
    I nie w tym problem.
    Problem w tym, że wypowiada się niezbyt jasno – miłosierdzie nie powinno rozmywać nauki.
    Mało kto czyta encykliki – a dla reszty… Czyniąć (co jest niewątpliwą zaletą) się „znakiem sprzeciwu” w sprawie ubóstwa, jednocześnie – w moim, rzecz jasna, odczuciu – rozmywa ów znak sprzeciwu w sprawach moralnych najbardziej dziś atakowanych.
    Czyli problem jest nie dogmatyczny, ale „pastoralny”

    5.
    Ostatni zarzut – by się nie dzielić obawami – jest – musze to przyznać – mi bliski. I może własnie dlatego tym większy mój podziw dla Maurycego, że zdecydował się jednak to zrobić – wśród katolików, „wewnątrz” Kościoła. Nie agresywnie (jak to można zobaczyć np, na Rebelyi) tylko z troską. Szanuję to.

    6.
    Jesli chodzi o tytuł bloga to jest to – oczywiście – autoironia Autora, i chyba się MK mocno tu zapędziłaś.

  35. Ola

    nie przeczytałam wszystkich komentarzy, ale wpis cały…

    bardzo dobrze Pan to ujął, wszystko co mi w duszy gra na ten temat tu jest (no, może z wyjątkiem tych kanonizacji, jakoś nie przywiązuję do tego wagi… w ogóle wydaje mi się że tak szybkie kanonizowanie kogokolwiek nie jest dobre, taki Maksymilian Maria Kolbe zginął w 1941 bodajże, a Kościół kanonizował go 40 lat później… po co pośpiech w tym względzie? jest święty, to jest, cieszy się towarzystwem Pana, a my śmiertelnicy tak samo możemy go prosić o wstawiennictwo, w sumie nasza kanonizacja niczego nie zmienia…)

    ad rem
    Tylko dlatego, że Kośiół ma takie a nie inne prawo kanoniczne (będące wyrazem zasad moralnych nakazanych przez Boga) zmusiło mnie to do walki o moje małżeństwo sakramentalne!
    Do stwierdzania nieważności pierwszego małżeństwa mojego męża, do wioskowania o dyspensę (małżeństwo jednostronne)… proces jeszcze jest w toku, za za chwilę stuknął 2 lata od podjęcia decyzji i początku tej walki, ale takie twarde „prawo” odbieram właśnie jaki miłosierdzie dla człowieka
    Bo zbudowało to mnie i naszą rodzinę.
    Bo już dzieją się cuda, a jeszcze większe będą.

    (niedawno w gościu był o tym świetny artykuł, jak to „niemiłosierne” prawo kościoła to wyraz troski o grzeszników, a nie gardzenia nimi – nie pamiętam czyj i teraz nie moge znaleźć)

  36. Dziękuję bardzo wszystkim za komentarze. Przy moim braku czasu na odpisywanie nadążam z czytaniem, ale nie z odnoszeniem się do nich. Obiecuję jednak, że w wolnej chwili odpowiem każdemu. Dziękuję Maggie B., Mamelce, Lolince i Oli, a zwłaszcza Markowi, który w braku mojego czasu zastąpił mnie dzielnie w roli dyskutanta i obrońcy! Odniosę się do Waszych wpisów wkrótce!

    Dziś chciałbym jedynie zwrócić się w stronę komentarza MK, ponieważ uważam go za bardzo ważny głos w dyskusji, jest zdecydowanie dłuższy i bardziej treściwy niż pozostałe, ale jednocześnie zdecydowanie bardziej kontrowersyjny. Zatem, szanowny MK, chciałbym podkreślić, że czytałem Twój komentarz z bardzo mieszanymi uczuciami. Z jednej strony zachwyciła mnie Twoja znajomość historii Kościoła i papiestwa, która z pewnością pomaga Ci wielokrotnie rozwiązywać różne konflikty w kwestii wiary. Z drugiej jednak przeraził mnie Twój ton, sposób czepiania się słówek, które napisałem, albo których nie napisałem, także brak zrozumienia niektórych napisanych przeze mnie rzeczy i próba komentowania tak, jakbyś robił to za jakąś bliżej nieokreśloną pokutę.

    Wpis na moim blogu ma prawo Ci się nie podobać. Ma prawo nie podobać Ci się jego układ, jego przekaz, jego długość. Może dla niektórych jest to wpis chaotyczny. Ja jednak starałem się tak go zapisać, żeby podział na akapity był wyraźny, żeby każdy opisywał jakąś dziedzinę, która niepokoi mnie w zachowaniu Franciszka lub osób broniących go. Starałem się nie przeskakiwać z tematu na temat. Jeśli jednak Ty odniosłeś wrażenie, że jest inaczej, to nie widzę jaki był sens w Twoim zmuszaniu się do czytania go i komentowania. Rozumiem wszak, że pragnąłeś przemęczyć się przez te bzdury celem skrytykowania. Trudno, każdy ma do tego prawo, a ja jestem otwarty na wszelkie komentarze.

    Zacznę od kwestii technicznych. W swoim komentarzu upierasz się przy nazywaniu mojego wpisu „notatką”, zarzucając mi, że tak go właśnie nazwałem i podając mi proponowaną przez Ciebie definicję notatki. Niestety, tak naprawdę nazwałem mój wpis „notką”. Autorzy i niektórzy czytelnicy blogów zdają sobie sprawę, że zapiski blogowe nazywa się na kilka sposobów: wpis, post czy notka właśnie. Zatem to jest notka. Nie jest to notatka. Dodatkowo pytasz skąd tytuł mojego bloga „Z bloga wybitnego teologa”. Otóż, rzeczywiście, wybitny teolog to ja. Z dużym uśmiechem, przymrużeniem oka i – jak napisał Marek – z dużą dawką autoironii. Nie, w rzeczywistości nie jestem wybitnym teologiem i nie mam się za takiego. Pragnę rozwijać się w tej dziedzinie, ale daleko mi do wielkich teologów, takich jak o. Jacek Salij. Potrafię jednak żartować sam z siebie – czego Ty zdajesz się nie zauważać. Dodatkowo poinformuję, że tytuł mojego bloga odnosi się przez analogię to tytułu mojego pierwszego bloga, który brzmiał „Z pamiętnika stukniętego kleryka”. Tamten tytuł też nie podobał się niektórym osobom. Wpis nie powstał także po to, by podkreślić moje wykształcenie teologiczne. Jestem teologiem i wspominam o tym w poszczególnych moich wpisach. Jest to w tej chwili jeden z ważnych aspektów mojego pisania i czasem widzę potrzebę zaznaczenia tego. To nie świadczy o moim egoizmie ani braku pokory, lecz o potrzebie sytuacji.

    Przejdźmy jednak do konkretów. Muszę zaznaczyć, że podziwiam Cię za Twoją wiedzę na temat historii papiestwa. Na temat symboli, z których rezygnowali poszczególni papieże – ja tej wiedzy nie posiadałem. Jednak chcę też podkreślić, że pisząc o porzucaniu symboliki stwierdziłem, iż „mnie to zachowanie ani nie ucieszyło, ani nie zdenerwowało”. Było dla mnie czymś zaskakującym – przyznam – rezygnowanie papieża z różnych przynależnych mu rzeczy, ale „byłem jednym z członków Kościoła, którego ta osobista franciszkowa pochwała ubóstwa także urzekła” (cytat za mną samym, z notki). Nie przeszkadzało mi to, że papież przyjął imię Franciszek i ogólnie nie interesowałem się kolorem jego obuwia. Sądzę więc, że poświęciłeś temu fragmentowi mojego wpisu trochę zbyt wiele uwagi. Niepokój wywołał we mnie jedynie szereg zaniedbań liturgicznych prezentowanych przez papieża oraz to, o czym mówi wiele osób – że być może wszystko to, co zrobił na początku Franciszek, nie wynikało wcale z jego skromności, lecz z chęci zaprezentowania siebie. Był to niepokój, który teraz, po upływie czasu, trwa we mnie nadal.

    Dalej: mówisz, że zarzucam Franciszkowi nadmierne miłosierdzie. Tymczasem ja nie sądzę, by miłosierdzie w ogóle mogło być nadmierne. Bóg jest nieskończenie miłosierny i warto patrzeć na ludzi tak, jak Bóg by na nich patrzył. Pochylać się nad ludźmi, mówić im o Bożej miłości i pokazywać im drogę którą mogą do Niego dotrzeć. To wszystko jasne. Do tego wybaczać każdy, nawet najcięższy grzech, choć to po ludzku nielogiczne. Lub wybaczać ten sam grzech wielokrotnie. Ja jednak mówię o czymś innym. O takim miłosierdziu pojmowanym populistycznie. O wybaczaniu ludziom grzechów, albo wręcz machaniu na nie ręką, mimo tego, że ci ludzie wciąż w tych grzechach tkwią. Nie wiem, czy taki jest zamiar papieża, coraz bardziej obawiam się, że jednak w kwestii rozwodników żyjących w ponownych związkach – owszem. Jezus był miłosierny, ale o grzechu mówił bezpośrednio i ostro go potępiał. Nowocześnie pojmowane miłosierdzie ma na celu zamknięcie oczu na wszelki ludzki grzech i, nawet mimo braku żalu z jego powodu, dopuszczenie tych ludzi do życia sakramentalnego. Zdaje mi się – a rzeczywiście wiele rzeczy może mi się wydawać – że te plany czy prognozy miłosiernych zmian w Kościele Franciszek potwierdził w swojej pierwszej Adhortacji Evangelii Gaudium (punkt 47). To mnie martwi, a nie nadmiar uczciwie pojmowanego miłosierdzia.

    Mówisz, że motorem działania Franciszka może być Rok Wiary. Pragnę przypomnieć, że Rok Wiary został zainicjowany i zaplanowany przez Benedykta XVI. Tak samo odnoszenie się do encykliki Lumen Fidei jako będącej autorstwa papieża Franciszka jest moim zdaniem grubą przesadą. Benedykt XVI rozpoczął Rok Wiary i w związku z nim (a także w związku z planowaną przezeń „trójcą” encyklik, z których dwie: o miłości i o nadziei powstały wcześniej) rozpoczął też pisanie encykliki o wierze. Trzeba koniecznie mieć na uwadze słowa Franciszka z tejże encykliki: „Te refleksje na temat wiary (…) pragnę dołączyć do tego, co Benedykt XVI napisał w encyklikach o miłości i nadziei. Prawie skończył on pracę nad pierwszym szkicem encykliki o wierze. Jestem mu za to głęboko wdzięczny i w duchu Chrystusowego braterstwa przejmuję jego cenne dzieło, dodając do tekstu kilka przemyśleń” (Lumen Fidei 7). Na tej podstawie śmiem twierdzić, że encyklika Lumen Fidei jest w głównej mierze encykliką Benedykta XVI i większość myśli w niej zawartych należy do Benedykta XVI. Potwierdza to, w moim mniemaniu, zbieżność sposobu przekazu myśli z przekazem BXVI, a rozbieżność ze sposobem Franciszka. Jeśli jednak będziemy obstawać przy autorstwie Franciszka (jest on wszakże podawany jako oficjalny autor encykliki), to odniosę się do podanych przez Ciebie punktów. W 46 rzeczywiście czytamy o uzależnieniu wiary od Dekalogu – czy jednak czytamy tam o uzależnieniu uczynków? Owszem, papież pisze że Dekalog jest drogą, którą podążając dotrzemy do pełni Bożej miłości. Nie ma jednak konkretnego „tak tak, nie nie”, jakie czytaliśmy u Chrystusa, na przykład: „Ktokolwiek spojrzy pożądliwie na kobietę, już dopuścił się z nią cudzołóstwa”. Punkt 43 przekazuje informacje o wspaniałej rzeczy, jaką jest chrzest święty (jedno z moich głównych blogowych zainteresowań), jednak nie padają tu żadne słowa dotyczące braku antykoncepcji w małżeństwie! Mówienie o tym, że „rodzice są powołani nie tylko do dania dzieciom życia” nie zakładu braku antykoncepcji. Przecież można wypełniać swoje powołanie za pomocą różnych środków i w różnym czasie! W numerze 17 LF czytamy natomiast, że obojętnym byłoby wierzenie w Boga, gdyby był On bytem poza naszym wymiarem, oddzielonym od naszych ziemskich relacji. „Gdyby jednak tak było (…) Jego miłość nie byłaby prawdziwie potężna, prawdziwie rzeczywista, a zatem nie byłaby nawet prawdziwą miłością, zdolną zapewnić to szczęście, które obiecuje”. Nie jest jednak obojętne, czy wierzy się w Boga, czy nie, ponieważ jest On obecny w świecie i działa w historii. Po pierwsze: wydaje mi się, że źle zrozumiałeś ten fragment, jakoby jego celem miało być przekazanie, że jest czymś obojętnym to, czy wierzy się w Boga, czy nie (chyba, że ja źle zrozumiałem Twój komentarz). Po drugie: gdzie tu są konkrety dotyczące moralnego postępowania chrześcijan?

    Do tego nie twierdzę, że papież Franciszek pragnie legalizacji związków homoseksualnych. Odnoszę tylko wrażenie graniczące z pewnością, że zamierza dopuścić ponownie pożenionych do Stołu Pańskiego i pewne przypuszczenia, że może dążyć do zalegalizowania antykoncepcji w Kościele.

    Odnośnie cytatu o. Salija dotyczącego odstępowania od biskupa, który „jednoznacznie odszedł od wiary katolickiej i zerwał łączność z pozostałymi biskupami Kościoła, będącymi w łączności z następcą Piotra” – jakże mamy postępować jeśli to sam następca Piotra jednoznacznie odejdzie (nie mówię, że odszedł, ale że może) od wiary katolickiej? Jeśli to z nim w łączności pozostają wszelcy biskupi? Jeśli nastąpią zmiany odchodzące od wiary, które ks. Kowalczyk usprawiedliwi a biskupi przełkną? Co zrobić wtedy? Jak działać? I znów słowa świętego Augustyna, by czynić tak, jak on mówi, jeśli mówi dobrze, ale nie czynić tak jak on czyni, gdy czyni źle. Jeśli jednak ktoś mówi źle, a jest kimś ważnym w Kościele – i mówi to tak, jakby mówił dobrze? Jeśli na przykład ktoś powie, że antykoncepcja jest dopuszczalna w Kościele jeśli małżeństwo ma problemy zdrowotne? Czy wówczas należy słuchać tego, co mówi ten ktoś (hipotetycznie), czy postępować tak, jak podpowiada sumienie, choćby chodziło o słowa samej Głowy Kościoła? I znów odnośnie consensus fidelium – wspólnego rozeznania wszystkich wiernych – mam co do niego poważne wątpliwości. Przypomnę choćby badania w polskich kościołach, z których wynikło, że ponad 50% wiernych aktywnie uczestniczących w życiu Kościoła dopuszcza używanie antykoncepcji. Ja sam, szczerze mówiąc, zdziwiłem się, że to jest tak niewielki odsetek. W moich myślach kołatały się liczby między 80 a 90%, a może większe. Wyobraźmy sobie teraz, że papież wprowadza dopuszczalność antykoncepcji – nawet w konkretnych, ograniczonych przypadkach. Czy consensus fidelium okrzyknie, że należy odrzucić ten błędny przepis, czy też przytaknie z aprobatą, a tylko nieliczni, wytykani palcami NPRowcy czy „wielodzietni” będą próbowali odnaleźć sobie miejsce w tym nowym kościelnym tworze? Pytam czysto teoretycznie, mam bowiem wielką nadzieję, że podobny moment nigdy nie nastąpi. Moim zdaniem sumienie wierzących jest dziś wielokrotnie tak spiłowane przez szum medialny i degradujące się prawo państwowe, że nie liczyłbym na jego odruch bezwarunkowy w przypadku legalizacji antykoncepcji czy zezwolenia na dopuszczenie rozwodników w ponownych związkach do Stołu Eucharystii. Zgadzam się jednak jeśli chodzi o to trwanie, czasem wręcz przetrwanie Kościoła. Myślę, że choćby nie wiem jak źle było, Kościół przetrwa, bo nie jest tworem ludzkim, lecz żywym domem Boga na ziemi. I Duch Święty poprowadzi nas nawet jeśli będziemy mieli papieża (jakich wielu już było w historii) fatalnego w swoim postępowaniu i nauczaniu.

    Dziękuję jeszcze raz za ten długi, polemiczny, choć nie do końca uprzejmy komentarz. Piszesz, że nie trzeba zawsze wyrażać swoich obaw. Owszem, zgadzam się z tym. Dla mnie jednak – i dla wielu osób (naprawdę nie jestem odosobniony, o czym świadczą komentarze od innych osób pod tym wpisem) – ten temat jest tak ważny i trudny, że trzeba o nim mówić, warto dzielić się swoimi obawami. Nie martwię się, że ludzie przeze mnie zaczną odchodzić od Kościoła. Często tak zwani „tradsi” podchodzą do sprawy zdecydowanie logiczniej niż ja i potrzebują mocnych argumentów za odejściem od Kościoła. Ci słabi, wahający się zaś wydają się raczej oczekiwać na liberalne zmiany w Kościele i słowa kogoś, kto tych zmian się obawia, sprowokują ich raczej do śmiechu, niż do odstępstwa. Zostawianie zaś takich obaw dla siebie odczytuję jako chowanie głowy w piasek i – właśnie – brak troski o losy Kościoła, który jest naszym domem i który kocham. Gdybym miał przemilczeć moje obawy dotyczące papieża Franciszka pokazałbym także samemu sobie, że jest mi obojętne w jakim Kościele żyję, pod warunkiem że pozostaję wierny jego papieżowi. Jeśli zaś wolno wypowiadać mi się krytycznie o słowach i czynach ludzi świeckich, księży czy biskupów, jakimż to immunitetem objęty jest Ojciec Święty, że jego to prawo nie obejmuje?

    Dziękuję i pozdrawiam. Mam nadzieję, że moje „wypociny” umieszczone w tym komentarzu nie są zbyt chaotyczne, abyś(cie) mógł (mogli) przez nie przebrnąć i je zrozumieć.

  37. Muszę przyznać Maurycy że jestem większym optymistą niż Ty. Nie sądzę by papież dążył realnie do dopuszczenia antykoncepcji czy rozwodów w Kościele.
    Przy czym o ile ten pierwszy temat (poza środkami o komponencie wczesnoporonnym, tj. spiralą, niemal wszystkimi hormonalnymi, częścią chemicznych) może podlegać jakiejś dyskusji, o tyle drugi byłby nie do utrzymania na gruncie Ewangelii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s