Wszystko o seksie bez antykoncepcji

Po wpisie o śmierci, zaufaniu Bogu, Wszystkich Świętych i tym o papieżu, który wynosi mój blog na wyżyny popularności (czy zdołam ją udźwignąć?), pora na małą autopromocję. Czyli znów na wynoszenie się na wyżyny popularności, którą zamierzam jakoś udźwignąć.

SeksbezaA tak na serio to pragnę tylko książkę promować, i to nie moją, tylko znajomej pani dziennikarki Marty Brzezińskiej-Waleszczyk. Książka nosi długi, acz chwytliwy tytuł „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać”. I powstała przy małym współudziale moim i mojej Małżonki. Książka bowiem, wydana przez wydawnictwo Fronda, którego Marta jest pracownikiem, zawiera serię wywiadów Marty Brzezińskiej-Waleszczyk z parami małżeńskimi, które w swoim życiu nie stosują antykoncepcji. Decydują się zatem na życie w zgodzie z Bożym planem dotyczącym siebie i swojej rodziny, w zgodzie z prawem naturalnym (które naprawdę istnieje – to nie Kościół zaprogramował cykle w organizmie kobiety) i prawym sumieniem – a więc bez używania antykoncepcji, z całkowitym otwarciem na współmałżonka i z otwarciem na życie.

Książka zawiera szesnaście wywiadów z czternastoma parami małżeńskimi lub pojedynczymi ich przedstawicielami (dwie pary małżeńskie udzieliły wywiadów niezależnie od współmałżonka), z najróżniejszym stażem małżeńskim – kilku, kilkunastu i dwudziestokilkuletnim – i z różną liczbą potomków, ale spośród których wszystkie przestrzegają od początku zasady: brak antykoncepcji w naszym życiu. Oczywiście nie oznacza to, że każde z tych małżeństw mnoży się na potęgę. Wręcz przeciwnie – logicznie, mądrze planują rozwój swojej rodziny, ilościowy i jakościowy, korzystając z tego, czym Pan Bóg na drodze natury człowieka obdarzył – z obserwacji naturalnych objawów organizmu kobiety. Wiemy bowiem, że jeśli nawet istnieją takie gatunki w przyrodzie, które rozmnażają się automatycznie w wyniku jakiejkolwiek kopulacji (a o zwierzętach można tak powiedzieć), to o człowieku tego powiedzieć nie można. Kobieta jest płodna tylko przez kilka dni w cyklu (rozpoczynającym się i kończącym miesiączką) i współżycie tylko w okresie tych kilku dni może doprowadzić do poczęcia potomka. Pozostałe dni to tzw. dni niepłodne, w które można współżyć nie spodziewając się poczęcia.

MałżeMałżeństwa, które wzięły udział w stworzeniu książki nie mają jednak nastawienia antykoncepcyjnego. Wprawdzie wiele osób zauważa, że MRP (metody rozpoznawania płodności) można też stosować z nastawieniem antykoncepcyjnym, czyli robić tak, żeby w żadnym wypadku nie mogło dojść do poczęcia. Małżeństwa z tej książeczki jednak nie blokują działalności Pana Boga w ich życiu – każde dziecko, które poczęłoby się, również w wyniku błędu pomiarowego, zaniedbania czy cudu, przyjęliby z otwartością i miłością. To odróżnia je od osób, które wprawdzie po katolicku podchodzą do małżeńskiego współżycia bez antykoncepcji, ale jednocześnie robią wszystko, by ze strachu przed dzieckiem czy innymi konsekwencjami do poczęcia nie dopuścić.

Ale cóż będę pisał więcej? Jaki jest sens rozpisywania się, kiedy dziś tak naprawdę przyszedłem tylko polecić książkę? Jeśli szukamy odpowiedzi na temat metod planowania, sposobu radzenia sobie w małżeństwie z czasami wstrzemięźliwości, informacji o różnicach między NPRem a antykoncepcją, warto odpowiedzi poszukać w książce wydanej przez Frondę, autorstwa Marty Brzezińskiej-Waleszczyk, pt. „Wszystko, co chcecie wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać”.

Zapraszam do zakupu w „Księgarni Ludzi Myślących”. Fejsbukowiczów zapraszam też na profil na Facebooku: Seksbeza ;).

Categories: Duchowość i moralność | Tags: , , , , | 9 komentarzy

Zobacz wpisy

9 thoughts on “Wszystko o seksie bez antykoncepcji

  1. ekhm…
    „mądrze planują rozwój swojej rodziny, ilościowy i jakościowy”
    Coś mi zgrzyta to zdanie – od którego momentu rodzina lub jej rozwój ma lepszą/gorszą jakość?

  2. Niejednokrotnie słyszałem fałszywe teorie, jakoby ilość dzieci była odwrotnie proporcjonalna do jakości wychowania, to jakości rodziny. W czasie dyskusji z pewną dziewczyną, jeszcze w czasach studiów, wspomniałem, że planuję mieć niemało dzieci i zostałem zapytany, co na to moja żona. Odpowiedziałem, że jesteśmy zgodni w tym temacie i wówczas ktoś (chyba nawet nasz promotor) zapytał ową dziewczynę o jej plany ilościowe w kwestii dzieci. Odparła „Ja raczej stawiam na jakość”.

    Pisząc o rozwoju ilościowym i jakościowym miałem na myśli właśnie takie przeciwstawienie, które w moim przekonaniu jest raczej równoległym marszem, zwielokrotnianiem. Im więcej dzieci, tym lepsza jakość.

    Ale moja Żona stwierdziła, że ta notka jest mało składna i można mieć problemy z pojęciem „co autor miał na myśli” :).

  3. Łucja

    hmm…. „Im więcej dzieci, tym lepsza jakość.” <- a co z małżeństwami, które nie mogą mieć dzieci? Sądzisz, że jakość ich rodziny jest równa '0'? albo co z rodziną adopcyjną z jednym dzieckiem (bo na więcej nie ma szans)?
    Nie można wszystkich oceniać jedną miarą, kwestia płodności to tak trudny i wrażliwy temat, że bardzo łatwo kogoś zranić (np. przez pochopne oceny), nie można generalizować w kwestii jakości…

    P.S. "Kobieta jest płodna tylko przez kilka dni w cyklu (rozpoczynającym się i kończącym miesiączką) <- cykl zaczyna się miesiączką – owszem, ale nigdy nie kończy się miesiączką.

  4. Dziewczyna może być dowolnie głupia, przeciwstawiając ilość potomstwa jego rzekomej jakości (rzekomej, bo nie ma czegoś takiego jak jakość dziecka), ale Ty jej błąd powtarzasz, bo nie ma czegoś takiego jak stopniowanie jakości rodziny (tzn. w języku potocznym możemy mówić, ze ktoś jest z dobrej lub złej rodziny). Rodzina to wartość sama w sobie i liczba jej członków nie wpływa ani dodatnio, ani ujemnie na wzrost tej wartości. Ośmielę się nawet stwierdzić, że Twoja rodzina i rodzina z bloku naprzeciwko mają taką samą wartość – są świętością, której nie wolno naruszać.

  5. Joasiu, masz absolutną rację, że rodzina jest sama w sobie wartością – rodzina jako wartość, a więc każda rodzina ukonstytuowana sakramentem małżeństwa posiada identyczną wartość, podobną jakość.

    Nie zamierzam jednak przepraszać za słowa, których użyłem. Po pierwsze odniosłem się do popularnej wśród ludzi teorii, że ilość dzieci w rodzinie jest odwrotnie-proporcjonalna do jakości ich wychowania. Jako przykład komentarz do jednego z wpisów FB Tomasza Terlikowskiego z wczoraj: „Drogi Panie, moi rodzice mają dwoje dzieci, są katolikami. Proszę nie obrażać tych, którzy nie mają możliwości narobić więcej potomstwa. I jeszcze jedno: nie ilość, tylko jakość”. Mówiąc o rozwoju ilościowym i jakościowym chciałem przeciwstawić się temu sposobowi myślenia.

    Po drugie jednak o ile nie ma rozróżnienia na stopień jakości człowieka czy rodziny, mówiąc o takiej właśnie jakości można mieć na myśli wysiłek włożony w wychowanie, w opiekę nad dziećmi, czas im poświęcony, uwagę na nie skierowaną, stopień zaspokajania ich potrzeb cielesnych, duchowych, wspomaganie ich rozwoju, otwieranie ich na Boga i na innych, także pomoc w poznaniu siebie. Można to robić „jakoś”, a można to robić „jakość”. Sam jako nauczyciel w szkole specjalnej nauczam dzieci, które po wielokroć przez pierwsze 3 lata życia, które rodzice powinni maksymalnie im poświęcić, leżą w łóżeczku i patrzą w sufit. Po kilku latach nie potrafią nawet wzroku skupić na twarzy, bo nigdy na żadną twarz nie patrzyły… Czy nie mamy prawa powiedzieć, że gdy patrzymy na rodzinę, w której głodne półroczne dziecko płacze, a rodzice urządzają sobie libację alkoholową, to oceniamy mizernie jakość tej rodziny…? Czy w jakościowo dobrej rodzinie dzieci nie powinny być zadbane w takim stopniu, jak to możliwe, zaopiekowane i kochane?

    Wartość a jakość to dwie różne rzeczy.

    Pani Łucjo, to samo w kwestii przepraszania za słowa mówię Pani. Zacznijmy od definicji rodziny. Rodzina są to rodzice i dzieci. „Rodzina” ma ten sam źródłosłów co „rodzić”, zatem bez rodzenia (lub innego sposobu zdobywania dzieci, jak np. adopcja) nie ma rodziny. Na pytanie „co z małżeństwami, które nie mogą mieć dzieci? Sądzisz, że jakość ich rodziny jest równa ‚0’?” odpowiedź musi brzmieć: tak, wartość tej rodziny jest równa ‚0’, ponieważ nie jest rodziną. Jest wyłącznie i aż małżeństwem – ukonstytuowanym sakramentem, ofiarowanym Bogu małżeństwem (a nie ma sakramentu rodziny, jest tylko sakrament małżeństwa).

    Nie chcę też oceniać rodzin z jednym dzieckiem (adopcyjnym czy zrodzonym), wiem natomiast, że niezwykle trudno jest wychować jedynaka tak, żeby był otwarty na ludzi, dobry i naprawdę kochający innych bardziej niż siebie. Nie wiem, czy użycie słowa „jakość” jest tutaj rzeczywiście odpowiednie, ale to dzieci posiadające rodzeństwo uczą się pożyczać, dzielić się, dyskutować, wspólnie organizować czas, podejmować kompromisowe decyzje, uczą się kochać drugiego, podobnego sobie człowieka, poświęcać dla tego człowieka coś, co jest dla nich ważne, często poświęcać samych siebie np. stając w obronie, biorąc winę na siebie. To temat na dłuższe rozważania, ale niestety prawdą jest, że łatwiej wychować dwójkę, trójkę lub więcej dzieci na dobrych ludzi, niż jedynaka.

    PS. Oczywiście, cykl kończy się ostatnim dniem przed krwawieniem miesiączkowym. Zgoda. Okres stanowi takie ramy dla cykli i dlatego zaokrągliłem wszystko do okresu. Moim zdaniem to nie jest próba doprecyzowania, lecz troszkę czepianie się szczegółów. Chyba, że się mylę i cykl kobiety kończy się jeszcze czymś innym, a ja o tym nie wiem…

  6. Reblogged this on JaroSławek and commented:
    :)

  7. M.

    Opowiem nasze doświadczenia (bez wdawania się w dyskusje teologiczno-filozoficzno-moralizujące).
    Mamy trójkę kochanych i wymarzonych dzieci. Wszystkie urodzone przez cesarskie cięcie co za tym idzie powinniśmy na trójce poprzestać. Pożycie z użyciem NPR jest dla nas nieprzyjemne. Moja żona jest spięta i jeżeli coś odczuwa to tylko ból. Ja nie jestem w stanie odczuwać przyjemności jeżeli nie daję jej mojej kochanej, żonie.
    Wyliczając, prowadząc kalendarzyk, obserwując śluz itd. podchodzimy do tej delikatnej sfery naszego życia bardzo instrumentalnie i to zabija sens i radość.
    Pożycie poza dniami płodnymi ma negatywne skutki zdrowotne dla mojej żony – jej organizm nie jest przygotowany i ulega podrażnieniom.
    Prezerwatywa nie ma dla nas, żadnych negatywnych skutków. Dla obydwojga nas pożycie jest lepsze z prezerwatywą niż bez (biorąc pod uwagę całokształt).
    Biorąc pod uwagę obecną wykładnię kościoła (nie dogmat) rozważaliśmy całkowitą wstrzemięźliwość. Nasze odczucie jest jednak takie, że przynosi ona w naszym konkretnym przypadku dużo więcej strat niż korzyści dla naszego związku i dla naszej rodziny.
    Staramy się być dobrymi ludźmi i rodzicami. Rodzina to dla nas wartość najważniejsza. W naszych sumieniach mocno wierzymy, że antykoncepcja, którą stosujemy nie jest dla nas ani dla nikogo złem. Nasz pożycie jest wspaniałe, pełne czułości i troski o drugą osobę i mocno ubogaca nasze małżeństwo.
    Nie czujemy się gorszymi katolikami mimo tego, że wielu zwolenników NPR uważa się za „lepszych”.

  8. mamelka

    Nie osadzam,ale faktem jest to ,że plemniki dają życie ,a prezerwatywa te życie zabija.Ciężko jest żyć w zgodzie z naukami Boga i czystym sumieniem.

  9. Czytam, rozumiem lub chciałabym zrozumieć… ale jak w tym kraju kochać, wychowywać… żadnego wsparcia dla nas – rodzin, które w ogóle w dzisiejszych czasach decydują się na założenie rodziny. Abstrahując od nauk kościoła żyjemy w świecie poprzewracanych wartości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s