Monthly Archives: Październik 2014

Dziesięć książek

Bardzo popularny i chętnie przekazywany na Facebooku łańcuszek dotarł i do mnie. Kiedyś mówiło się „nie przesyłam łańcuszków”, dziś nagle wszyscy się nimi dzielą, wyliczają książki, dziękują Bogu za to, co dobrego im uczynił, piszą co zrobili dobrego danego dnia albo oblewają się wiadrem zimnej wody. W porządku, Magdalena Baranowska poprosiła mnie o wypisanie dziesięciu wyjątkowych książek, które zrobiły na mnie szczególne wrażenie, więc podzielę się nimi z Wami na blogu.

Mogłoby się wydawać oczywistym, że pojawią się tu w pierwszej kolejności książki takie jak Pismo Święte, Katechizm Kościoła Katolickiego, czy Kodeks Prawa Kanonicznego. Są to oczywiście książki, które w codzienności wciąż na mnie wywierają wpływ, które sobie szczególnie cenię, które towarzyszą mi w tworzeniu bloga i w pracy katechetycznej. Nie będę jednak tutaj dziś wchodził w oczywistości, które mają znaczenie. Zajmę się raczej książkami, które w bardzo konkretny sposób wpłynęły na moje ideały, moje podejście do życia, a także na moje osobiste podejście do pisania i nadzieje na to, że pewnego dnia pewnie – miejmy taką nadzieję – coś wydam. Kolejność książek w większości „jak popadło”, a na blogu piszę bo wyjaśnienie ma znaczenie.

ono-b,pd,93351. Ono Doroty Terakowskiej. Pisałem o tej książce już w notce, w której dziękowałem mojej Żonie za zaistnienie w moim życiu i za najpiękniejsze chwile z nią spędzone. Sama treść książki pięknie przekazuje istotę aborcji, ale także decyzji podejmowanych w niełatwych warunkach przez zgwałconą dziewczynę, która zastanawia się czy urodzić poczęte w gwałcie dziecko. Powieść ta jednak nie wpłynęła na moje życie przede wszystkim za pomocą treści, lecz poprzez warunki w jakich przyszło mi ją czytać, oraz poprzez dopiski czynione ołówkiem na jej kartach. „Ono” było książką pożyczoną mi przez koleżankę ze studiów. Ona pożyczyła mi ją, bo bardzo chciała mi ją pożyczyć, ja pożyczyłem ją od niej, bo chciałem ją od niej pożyczyć, a tak naprawdę zwyczajnie było to pretekstem do rozmowy. Czytając tę książkę trafiałem na dopiski, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że ta dziewczyna, której w ogóle nie znam, jest właśnie moją przyszłą żoną i kobietą mojego życia. Czytając o jej – zaznaczonym w tekście – „mniej-więcej największym marzeniu” postanowiłem ją pokochać, choć dotychczas zamieniliśmy być może dwa słowa. Zdecydowałem się też zakupić jej kalejdoskop po tym, jak przeczytałem, że „chciałaby mieć kalejdoskop”. Ten kalejdoskop – symbolicznie – towarzyszył nam potem przez długi czas, gdy zdecydowaliśmy się odwrócić nasze życia do góry nogami, wyprowadzając się z Łodzi do Warszawy (ja dość niespodziewanie), zaręczając się, kłócąc z połową znajomych i rodziny, a po roku biorąc ślub. Po dwóch rodząc dziecko. I to wszystko przez „jedną głupią książkę” – jak napisała mi moja wtedy jeszcze nie Żona w jednym z pierwszych SMSów, który gdzieś zapisałem, żeby nie zapomnieć i zapomniałem…

ludzie-bezdomni-C,pd,1238732. Ludzie bezdomni Stefana Żeromskiego. Może to tylko szkolna lektura, ale okazuje się, że i lektury szkolne przeczytane w niewymuszony sposób mogą wpływać pozytywnie na życie człowieka. Podczas czytania tejże powieści zrodził się we mnie, albo tylko skrystalizował, mój ideał człowieka. Judym – lekarz, który dla dobra ogólnopojętej ludzkości, zwłaszcza zaś dla biedoty mieszkającej w czworakach, decyduje się zrezygnować z miłości swojego życia – przez wiele lat był mną, a ja byłem nim. Czytając tę książkę byłem jeszcze w związku z moją licealną narzeczoną i przeraziłem się, gdy okazało się, że Judym na koniec zrywa z Joasią, wiedząc że będzie go ona hamować w jego działaniach i zamiast pomagać potrzebującym, skupi się on na zarabianiu pieniędzy dla utrzymania rodziny. Wówczas sam żyłem ogromną miłością swojego życia i wierzyłem, że wraz ze swoją przyszłą żoną będziemy mogli wspólnie wypełniać nasze ideały, pomagając ludziom znaleźć drogę do Boga. Potem, kiedy okazało się że z danych obietnic można się wycofać, bo kogoś przygniatają ideały innej osoby, stwierdziłem, że Judym miał jednak rację. Dlatego wstąpiłem do seminarium. A że tam mi się nie powiodło, postanowiłem jednak ponownie poszukać szczęścia w miłości. Które ostatecznie znalazłem, ale poświęcenie Judyma do dziś pozostało dla mnie ogromnym ideałem. I przyznać muszę, że rzeczywiście życie w małżeństwie, a także posiadanie dzieci w znaczący sposób ogranicza możliwości „ratowania świata” tak, jak czynił to nasz bohater. Można jednak mieć ideały związane z życiem rodzinnym, a i żonę jednak taką, która ten świat ratować pomoże.

nad-niemnem-twarda,pd,108753. Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej. Kolejna lektura szkolna, do tego czytana w wakacje przed maturą w celu nadrobienia czytelniczych zaległości, która wbiła mi się w pamięć i zmieniła myślenie. I choć wielu narzeka na długie opisy przyrody ciągnące się stronami i przez całą książkę, mnie zajęły raczej charaktery postaci. Co nie znaczy oczywiście, że nie zwróciłem uwagi na opisy. One tam były, ale moim zdaniem nie przeszkadzały. Ba, wręcz zachwycały, we mnie osobiście wywołując raczej zauroczenie niż niechęć. Tak jak jednak wspomniałem, najistotniejsze są dla mnie postaci, a w przypadku „Nad Niemnem” jedna szczególnie mnie urzekła. Tą postacią była pani Andrzejowa Korczyńska, żona mężczyzny zmarłego w czasie powstania. Była to kobieta pogrążona w nieustającej żałobie, choć nie płakała bez przerwy i nie uprzykrzała tym samym życia innym. Ona zwyczajnie kochała swojego męża nie tylko do grobowej deski, ale i poza nią. Nawet kiedy miała okazję związać się z kimś innym, ostatecznie odrzuciła ją, by dochować wierności mężowi. Prawdą jest, że miała kłopot z synem. Że nie udało jej się go dobrze wychować. Ale tu nie pod kątem wychowania oceniam postać, lecz właśnie pod kątem miłości do współmałżonka. I tę książkę czytałem będąc jeszcze w pierwszym poważnym związku, zatem ona ustawiła mi jakiś ideał małżeństwa nie tyle do śmierci, ile poza nią.

adieu-przypadki-ksiedza-grosera-c,pd,2636814. Przypadki księdza Grosera Jana Grzegorczyka, a więc trzy tomy: „Adieu”, „Trufle” i „Cudze Pole” („Jezusa z Judenfeldu” do tej pory nie przeczytałem). Grosera poznałem jako początkujący kleryk, a może chwilę wcześniej, ale już z pewnością po moim pierwszym poważnym związku i w trakcie planowania bycia księdzem. Postacią Grosera Grzegorczyk trafił w sedno, jeśli chodzi o typ księdza, którym chciałem być. Tym samym zaczytywałem się w „Adieu”, a potem w „Truflach”, lekko – ale tylko lekko – zawodząc się „Cudzym Polem”. Podobało mi się, jak Groser wychodził do ludzi, jak dostawał od nich lanie, jak nadstawiał oba policzki ale też jak potrafił ostro i dobitnie postawić różne sprawy. Zakochałem się w scenie, w której – podczas zastępstwa na lekcji religii – jeden uczeń dla popisu zakłada sobie prezerwatywy na uszy. „Pięknie” – komentuje żarcik Groser – „Ale mama nie nauczyła cię, gdzie się to zakłada?” Pod wpływem lektury Grosera znalazłem nawet mail do Jana Grzegorczyka, autora, i przez jakiś czas ze sobą korespondowaliśmy. To też swego rodzaju przygoda mojego życia.

opowiesci-z-narnii-7owy,pd,153355. Opowieści z Narnii C.S.Lewisa. Najpierw obejrzałem pierwszy film w kinie, a potem pobiegłem do Empiku i za jedną z pierwszych skromnych Magdonaldowych pensji kupiłem cały siedmiopak. Przeczytałem szybko, choć niektóre części wydały mi się mniej ciekawe, niż pozostałe (na samym końcu stawiam czwartą – „Srebrne krzesło”). Jak już wspomniałem, książki, które wymieniam, miały nie tylko wpływ bezpośrednio na mnie i moje życie, ale i na moją, wciąż kiełkującą, twórczość. Otóż pierwszą swoją powieść zacząłem pisać jako piętnastolatek. Stworzyłem świat, postacie itp. Wydawało mi się, że jestem oryginalny. Ale potem, gdy miałem 20 lat i kupiłem sobie „Opowieści…”, odczułem szok i niedowierzanie. Okazało się bowiem, że moja niedokończona powieść była w ogromnej mierze oparta na arcydziele C.S.Lewisa. Zastanawiałem się dlaczego, jednocześnie przypominając sobie starą prawdę ludową, która głosi, że „Jeśli wydaje ci się, że wymyśliłeś coś nowego, to znaczy, że nie pamiętasz, gdzie o tym przeczytałeś”. W moim przypadku chodziło jednak raczej o obejrzenie, a nie o przeczytanie. Jako dziecko z pewnością oglądałem filmy o Narnii powstałe o wiele wcześniej, niż najnowsze hity kinowe. Pamiętam nawet kilka scen. I to one ukształtowały moją wyobraźnię tak, że mogłem stworzyć swój własny świat. Co jednak urzekło mnie w „Opowieściach…” już po lekturze? Coś, co także planowałem zawrzeć w swojej książce – obecność Jedynego po tej i po tamtej stronie. Na naszej Ziemi i po drugiej stronie szafy. I to właśnie to sprawiło, że utworzyłem swoją teorię odnośnie światów alternatywnych: „Jeśli istnieje jakikolwiek inny niż nasz świat, nawet jeśli tylko w twojej wyobraźni, to i tak stworzył go ten sam Bóg”.

opowiesci-o-johnnym-maxwellu,pd,1763746. Opowieści o Johnnym Maxwellu Terry’ego Pratchetta – a zwłaszcza ostatnia część, czyli „Johnny i bomba”. Może zadziwiać fakt, że nie stawiam tu nic ze Świata Dysku Pratchetta, choć czytałem część pozycji i bardzo mi się podobały. A jednak bardziej zaintrygowała mnie ta młodzieżówka. Zachwyciło mnie w niej to, że każda kolejna część okazywała się ciekawsza i lepiej napisana. A najlepsza była trzecia, ponieważ traktowała o podróżach w czasie. Sam, jako fan i początkujący autor fantasy, z dużą radością przyjmuję wszystkie wątki o podróżach czasowych, zwłaszcza tych, które „mają wpływ” na rzeczywistość w innym czasie. Przy tym dotychczas byłem zwolennikiem teorii, że „co się stało, to się nie odstanie”. Jeśli zatem nawet moglibyśmy się cofnąć w czasie i wpłynąć na coś w przeszłości, to nasze aktualne życie już jest uzależnione od tego, co się wtedy wydarzyło. Można mieć wpływ, ale nic nie można zmienić. To drażniło mnie w jednej z ulubionych komedii – „Powrocie do przyszłości”. Drażniło mnie do czasu, gdy nie przeczytałem Johnny’ego. Tam paradoks zmian został wytłumaczony w nowy dla mnie, innowacyjny sposób: jako tworzenie nowych wszechświatów w zależności od tego, jakie decyzje podejmiemy. Pratchett tłumaczył to zjawisko jako dwie nogawki u spodni. Czas jest wspólny do momentu, w którym nie podejmiemy tej czy innej decyzji. Tu rozszczepia się na dwie strony, tak jak nogawki w spodniach. Johnny i przyjaciele mieli to szczęście, że dane im było przemieszczać się między tymi dwiema nogawkami, a wreszcie odkryli jak stworzyć kolejną, najlepszą ze wszystkich… I ta właśnie książka otworzyła moje oczy na możliwość innego spojrzenia na podróże w czasie.

harry-potter-i-wiezien-azkabanu-f,pd,3496747. Harry Potter J.K.Rowling. Książka dla dzieci, może dla młodzieży – zgoda. Może i dla niektórych ma to coś wspólnego z siłami zła, diabłem itp. Bo magia, czary, bo charakter postaci niedookreślony, bo główny bohater nie jest krystalicznie czysty. Nawet tworzy się anty-potterowe książki (Anhar i Alhar), a o Harry’ego Pottera pyta się na tzw. spowiedziach furtkowych. Dla mnie jednak to książka nie tylko o magii, ale też o prawdziwej przyjaźni i o matczynej miłości. Ale jeśli miałbym powiedzieć, że dlatego umieszczam ją na liście „top ten”, mijałbym się z prawdą. W Harrym ponownie uwiodły mnie charaktery postaci. Cudownie zarysowani, niejednoznaczni bohaterowie, żaden z nich nie jest krystaliczny, żaden nie jest bezproblemowy. Ale najbardziej zakochałem się w wyważeniu charakterów niektórych Hogwardzkich nauczycieli, zwłaszcza tej dwójki, u której zawsze panuje posłuch na lekcji: Severusa Snape’a i Minerwy McGonagall. Oboje mają swoje sposoby na bycie nauczycielami, którzy potrafią wiedzę przekazać, jednocześnie mając czas lekcji dla siebie, ponieważ niewielu uczniom przychodzi do głowy, by im przeszkadzać. Łatwiej jest być z pewnością Snapem, który wykorzystuje swój czarny charakter do straszenia i szantażowania uczniów, choć w gruncie rzeczy wcale nie jest taki zły. Dużo trudniej jest osiągnąć poziom pani McGonagall, która swą powagą i nieprzejednaną miną zdobywa zainteresowanie uczniów, ale jednocześnie jest dobroduszna i bardzo troskliwa. J.K.Rowling potrafiła bezbłędnie przedstawić złożony charakter obu tych postaci. Ostatnio kolega zaproponował mi jednak, że może powinienem spróbować być Hagridem. Muszę rozważyć tę propozycję.

metro-2033,pd,2117888. Metro 2033 Dmitrija Gluchowskiego. I tym razem nie chodzi tylko o podstawową powieść, początek całej serii, ale właśnie o serię – o uniwersum. Owszem, „podstawka” jest całkiem niezła, dobrze się ją czyta, a pozostałych książek (oprócz „Pitera”) dotychczas nie przeczytałem. Na wyobraźnię działa mi jednak wizja autorów z całego świata (już nie tylko Rosjanie, ale i Brytyjczycy, Włosi, Ukraińcy, a ostatnio Polacy) piszących powieści mieszczące się w ramach spójnego, wyimaginowanego świata. Gluchowski przyjął rolę koordynatora całości, jako inicjator, a świat i tak żyje własnym życiem, prowadzony przez pisarzy. Zafascynował mnie rozmach z jakim to wszystko się dzieje. Sam bowiem tworzę świat fantasy, który ma rozkwitać podlewany nie tylko przeze mnie, ale i przez czytelników, którzy stają się współautorami. Pragnę, by powieści oparte na wymyślonym przeze mnie świecie rozchodziły się w świat, pisane nie tylko przeze mnie. Metro 2033 i całe jego uniwersum pomaga mi wierzyć, że spełnienie tego marzenia jest możliwe.

wilk-k,pd,3634029. Wilk Katarzyny Bereniki Miszczuk. Najlepsza książka, której nigdy nie przeczytałem. Choć tak naprawdę nie wiem, czy najlepsza. Wygląda to na coś w rodzaju „Zmierzchu”, choć pisane przez Polkę dzieje się w Ameryce, bohaterka ma amerykańskie nazwisko, a cała rzecz opowiada – chyba – o wilkołakach. No toczka w toczkę „Zmierzch”. Szkoda, że książka o Belli Swan została wydana w 2007 roku, a „Wilk” w 2006. Choć „Zmierzch” w oryginale można było przeczytać już w 2005. Ale podobno Katarzyna Berenika Miszczuk napisała swoją powieść jak miała 15 lat, trzy lata wcześniej, niż została wydana. I tak możemy się kłócić, co było pierwsze: jajko czy kura. Ale nie będziemy, bo musimy zrozumieć, dlaczego wybrałem akurat książkę, której nie znam. Ponieważ pewnego dnia rozmawiałem z koleżanką z pracy o moich pisarskich ambicjach. I ona opowiedziała mi o swojej koleżance z liceum, która w wieku 15 lat napisała powieść, a potem z pomocą nauczycielki języka polskiego ją wydała. Tą koleżanką była oczywiście Katarzyna Berenika Miszczuk. I odkąd usłyszałem o jej sukcesie, nagle zaistniała w moim życiu. Kiedy wszedłem do księgarnio-kiosku, na stojaku zobaczyłem książkę p. Miszczuk. Kolejną ujrzałem, wcale nie schowaną, w Matrasie. Aż wreszcie pewnego dnia, wchodząc do Empiku, wpadłem na nową pozycję Bereniki wystawioną przy głównym wejściu! Polubiłem zatem profil facebookowy autorki i zacząłem śledzić jej perypetie. A to związane jest moim marzeniem wydania książki, a może i całego wszechświata, Katarzyna Berenika Miszczuk jest zaś dla mnie żywym dowodem na to, że to wcale nie musi być takie trudne.

schold10. Schold Mateusza Gajka. To może się wydać dziwne, ale to ja jestem Mateusz Gajek. Schold zaś to moja książka. Oczywiście, ta sama, którą zacząłem pisać mając 15 lat. Potem zacząłem od nowa. Za rok skończę 30 lat i minie 15 lat odkąd piszę książkę. Tak, zgadza się. Jest to książka, która nie istnieje. Ale to jeszcze nie znaczy, że nie zaistnieje. Co więcej – to nie znaczy, że nie może ona należeć do dziesięciu najważniejszych dla mnie książek. To jest książka, która jest moją powstającą wciąż nadzieją na to, że mam szansę pewnego dnia ją skończyć, a potem być może również wydać, jak Berenika swojego Wilka. To historia o chłopcu, który wraz z przyjaciółmi i rodzeństwem przechodzi do innego świata, jak dzieci w Opowieściach z Narnii. Tam również przenosi się w czasie, jak Johnny Maxwell. I przeżywa liczne przygody, z pewnością ocierające się o Harry’ego Pottera. Czy o niewymienionego tu, a tak ważnego Władcę Pierścieni. To moja powieść, którą – mam nadzieję – kiedyś dane Wam będzie przeczytać. A póki co zapraszam na mój portal „Jasmine – Niekończąca się Historia Fantasy”, na którym powstaje fantastyczne uniwersum, jak w Metrze 2033. „Schold” zaś ma być częścią tego uniwersum. Mam nadzieję, że wszystko skończy się tak, jak mam nadzieję, że się skończy.

Dziękuję jeszcze raz za nominację. Do wymienienia (i być może opisania) 10 książek, które wpłynęły na Wasze życie zapraszam wszelkich blogerów, czytelników (w komentarzach można wymieniać), a zwłaszcza Cytrynnę i Lolinkę. Wiem, że Lolinka była już nominowana, ale póki co się odwołała. Nie pamiętam, czy Cytrynna wymieniała. Jeśli nie, to chętnie przeczytam.

____________________________________

Ilustracje 1-9 przedstawiające okładki poszczególnych opisanych książek zostały pobrane ze strony księgarni internetowej http://www.gandalf.com.pl

Ilustracja numer 10, autorstwa Michała Śmiałka jest rysunkiem stworzonym dla potrzeb książki „Schold” jeszcze w czasach licealnych. Istnieje prawdopodobieństwo, że ta właśnie ilustracja będzie zdobić okładkę powieści, kiedy ją skończę i spróbuję wydać.

Reklamy
Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 4 Komentarze