Monthly Archives: Styczeń 2015

Latanie szkodzi, czyli o kontroli urodzin

Franciszek znowu wypalił. Poleciał w przestrzeń powietrzną, zabrał na pokład samolotu reporterów i naopowiadał rzeczy, przez które Terlikowskiego zaraz zjedzą trolle. To już nie pierwszy raz i nie pierwsza kontrowersja po wywiadzie, którego papież udzielił w czasie przelotu stąd dotąd. Oczywiście – zawsze się wyciągnie z kontekstu. Oczywiście, za każdym razem się znadinterpretuje. Ale grunt, że jakby grunt nie był żyzny, to by chwasty nie rosły…

Przypomina mi się przy tym tylko Benedykt XVI. Przypominają mi się jego wypowiedzi, które miały pogrążać Kościół w odmętach średniowiecza. Przypomina mi się jego wykład na uniwersytecie w Ratyzbonie, po którym to jechali po Benedykcie jak po łysej kobyle, ponieważ powiedział że islam jest właściwie niepotrzebny, a jeszcze właściwiej jest cofaniem się do religii prawa, od której chrześcijaństwo odeszło. Przypomina mi się tutaj teraz, bo wokół tego co mówił, co robił Benedykt XVI było mnóstwo kontrowersji. I ja, dzięki tym kontrowersjom czułem, że Kościół do którego należę jest stabilny. Jest twardy, silny i nieugięty. Wiedziałem, że z takim papieżem jak Benedykt XVI świat może się skończyć, ale Kościół nie ulegnie. I Franciszek wywołuje swoimi wypowiedziami kontrowersje. Niestety, kontrowersje Franciszka idą w drugą stronę.

papieżwpłaszczuMinęło parę godzin od lotu z Filipin do Rzymu i pojawiają się coraz to nowe informacje. Jeszcze kilka godzin temu oburzałem się, że Franciszek mówiąc o odpowiedzialnym rodzicielstwie, nie wspominał o otwartości na życie. Teraz, odkrywając kolejny i kolejny artykuł w tym temacie, już wiem że nie było się czym oburzać – od otwartości na życie się zaczęło. Papież bowiem, zapytany o wielodzietnych na Filipinach powiedział: „Otwartość na życie jest podstawowym warunkiem sakramentu małżeństwa. Mężczyzna nie może być uczestnikiem tego sakramentu wobec kobiety, a kobieta wobec mężczyzny, jeśli nie jest spełniony warunek otwartości na życie. Jeśli można udowodnić, że on lub ona ożenili się bez intencji bycia Katolikami w tym względzie, małżeństwa nie ma. To podstawa nieważności małżeństwa, nie?”. Zatem i Franciszek podkreślił, że aby zaistniało małżeństwo, musi ono chcieć przyjmować potomstwo, którym Bóg je obdarzy, a bez tego warunku nie ma małżeństwa (do tego dochodzi deklaracja wychowania po katolicku – czy w razie gadki-szmatki również małżeństwo nie jest ważne?). Co zatem wywołało kontrowersje które niosą się dalej niż zapach zmienianej w restauracji pieluch rocznego dziecka?

Kontrowersję wywołało wyrywanie słów z kontekstu. Zgadza się. Ale gdyby te słowa nie padły – w kontekście czy bez – nie byłoby czego wyrywać. I nie ma co się usprawiedliwiać, że wszystko można wyrwać z kontekstu. Że na podstawie wyrwanych z Biblii słów można udowodnić, że „nie ma Boga” – niezależnie od tego czy „Głupi mówi w sercu swoim…”, czy też nie. Nie jest to usprawiedliwienie, bo nikt nie wyrywał dwóch czy trzech słów. Wyrywano całą wypowiedź. Odpowiedź na całe pytanie. Papież Franciszek odpowiedział na pytanie w sposób, który można było wyrwać z kontekstu i starać się uargumentować niemal wszystko: od potrzeby ograniczenia liczby dzieci, do stosowania w tym celu środków antykoncepcyjnych.

041Jasne, zgoda. Papież wcale tego nie powiedział. Nie powiedział też że trzeba ograniczać swoją płodność celem nie posiadania potomstwa. Mimo wszystko jednak – i mimo tego, że jestem zwolennikiem odpowiedzialnego rodzicielstwa i naturalnego planowania rodziny – widzę w wyjaśnieniach Franciszka sporą kontrowersję. Kiedy wspomina on o kobiecie, która zachodzi w ósmą ciążę po siedmiu cesarskich cięciach, mówi: „To jest nieodpowiedzialne. Kobieta może powiedzieć, że ufa Bogu, ale Bóg daje ci pewne metody, aby być odpowiedzialnym. Niektórzy myślą, wybaczcie mi, że użyję takich słów, że aby być dobrym Katolikiem trzeba być jak króliki. Bez odpowiedzialnego rodzicielstwa”. Bóg daje metody – owszem. Tak, tu Franciszek zdecydowanie opowiada się po stronie tych, którzy są zwolennikami NPR – naturalnego planowania rodziny, a więc obserwacji cyklu kobiety i uzależniania odeń współżycia – choć po prawdzie mógłby to nieco doprecyzować. Dlaczego jednak w tak bezpośredni sposób łączy „odpowiedzialne rodzicielstwo” z „pewnymi metodami które daje Bóg”, a przeciwstawiając je „byciu jak króliki”? O nie, Ojcze Święty! Odpowiedzialne rodzicielstwo to – jak już kiedyś pisałem – podejmowanie mądrej decyzji przy właściwym wyrobieniu sobie osądu dotyczącego chwili obecnej. A więc podejmujemy mądrą decyzję odnośnie tego, czy większym dobrem jest mieć dziecko w tym momencie, czy lepszym jest go teraz nie mieć. Czy zatem starać się, czy odłożyć. Jest to decyzja obojga małżonków, za każdym razem. Przy pierwszym dziecku, przy trzecim i przy dziesiątym! I jeśli rodzice jedenastki dzieci uznają, że dobrym będzie począć i wychować na Bożego sługę dziecko dwunaste, to dokonując właściwego osądu podejmują odpowiedzialną decyzję! Są odpowiedzialnymi rodzicami nawet jeśli – zgodnie z tłumaczeniem słów papieża – są „jak króliki”.

rodzinawielCzy ja uważam, że dobry katolik powinien być „jak królik”, mnożyć się bez opamiętania? Że powinien rodzić nowe dziecko jak tylko wróci płodność po urodzeniu poprzedniego? Nie! Ja też jestem zwolennikiem odkładania poczęć, jeśli obiektywne przyczyny wskazują, że dobrze jeśli się to robi. Ale jestem też zwolennikiem otwartości na życie! I to papież podkreślił na początku, i o tym potem zapomniał. Bo odpowiedzialne rodzicielstwo to roztropne podejmowanie decyzji o pojawieniu się na świecie kolejnego dziecka tak długo, jak to jest tylko możliwe, w myśl otwartości na życie! Dopóki małżeństwo pozostaje płodne, dopóty ma obowiązek za każdym razem podejmować decyzję o poczęciu lub odłożeniu poczęcia. Odpowiedzialne rodzicielstwo to ani nie „mnożenie się jak króliki”, ani „pewne metody” zamiast… To ciągłe zastanawianie się nad poczęciem kolejnego dziecka, nawet jeśli siódemkę urodziło się przez cesarskie cięcie. Jeśli udało się siedmioro, to może Bóg ma wobec nas wyjątkowe plany?

Nie, nie sądzę by Franciszek miał złe intencje. Nie sądzę by próbował na nowo rozpętać dyskusję o kalendarzyku czy antykoncepcji w Kościele. Nie przypuszczam, by pragnął pognębić wielodzietnych i zwolenników wielodzietności (zresztą jakim znowu Terlikowski jest wielodzietnym? Przecież ma dopiero pięcioro dzieci!), a wywyższyć tych, którzy mają trójkę (i nie więcej) potomstwa. Sądzę, że zwyczajnie niefortunnie odpowiedział na pytanie, które zostało mu zadane. Chciał dobrze, a wyszło jak zawsze. W jakiś sposób zapomniał połączyć pojęć „odpowiedzialne rodzicielstwo” z „otwartością na życie”. Ale mainstream i zwolennicy reform znów mają pożywkę. I czekają na kolejny synod, który tym razem, z pewnością, przyniesie zmiany…

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Papież Franciszek podczas wyjazdu na Filipiny, za blogiem Simply Extraordinary: http://gretchenho.com/?p=539
2. Królik Pasztet, archiwum rodzinne.
3. Rodzina Gil i Kelly Bates, mają już osiemnaścioro dzieci, za: http://www.papilot.pl/ludzie/14503/Maja-osiemnascioro-dzieci-i-modla-sie-o-kolejne-Oto-najbardziej-PLODNE-malzenstwo.html

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Bitwa czterech armii, nie licząc nietoperzy

Kiedy dowiedziałem się, że do kin wchodzą niemal jednocześnie „Hobbit – Bitwa pięciu armii” i „Noc w muzeum: Tajemnica grobowca”, byłem przekonany, że – po obejrzeniu dwóch pierwszych części obu tych filmów – chcę zdecydowanie iść na „Noc w muzeum”. Niestety, w jedynym dniu w którym mogłem zabrać żonę do kina, a właściwie w jedynym dniu i o jedynej godzinie, wszystkie seanse Nocy w muzeum były już za nami. Pozostała więc „Bitwa…” Poszliśmy, zobaczyliśmy i film zniesmaczył mnie i zdruzgotał tak niezmiernie, że nie mogłem powstrzymać się przed napisaniem krótkiej blogowej recenzji na jego temat. Przykro mi, Elu Wiater, że po raz kolejny nie zgadzam się kompletnie z tym, co napisałaś Ty. Oczywiście uwaga – będą spojlery i będzie ich dużo.

Film był przesadzony. To było do przewidzenia. Już po pierwszym filmie można było się tego spodziewać. Ba, można się było tego spodziewać już po tym, jak Peter Jackson ogłosił, że podzieli książkę na trzy części, by nakręcić na jej podstawie trzy filmy. Jednak, niestety, film był przesadzony – moim zdaniem – wielokrotnie bardziej niż poprzednie cząstki. Tolkien ma szczęście, że tego nie widział. Jakby miał w grobie telewizor, to by się przekręcił. Z drugiej strony podobno pretenduje do roli świętego, więc z dużym prawdopodobieństwem jest dziś w niebie. Jeśli tak, to zapewne widząc produkcję Jacksona krzyczy, jak krzyczał pewien kibic z filmu „Pierwsza Liga” (przynajmniej w tym tłumaczeniu, w jakim ja go znam): „Przynieście brezent, zasłaniamy boisko!”

LegolasPierwsza sprawa: dla przypomnienia, bitwa była pięciu armii, ponieważ w książce brało w niej udział pięć armii. Byli to, owszem, ludzie, elfy i krasnoludy (czy też elfowie i krasnoludowie, albo elfi i krasnoludzi) przeciwko armii goblinów i wargów. Zgoda, możemy ominąć argument pod tytułem „goblinów, a nie orków!” dlatego choćby, że Tolkien sam informował podobno, iż gobliny z Hobbita i orkowie z Władcy Pierścieni to właściwie to samo. Możemy, ale nie musimy, z kilku powodów. Po pierwsze czytając najpierw Hobbita, a potem Władcę pierścieni czytamy najpierw o goblinach, a potem o orkach i automatycznie wyobrażamy sobie ich inaczej, widzimy ich jako oddzielne rasy (i w tę stronę poszli też np. twórcy gier RPG, takich jak Warhammer); i ja sam wyobrażałem sobie gobliny i orki zupełnie inaczej, jeszcze na długo nim obejrzałem filmy lub choćby grałem w Warhammera. Jeśli zatem Tolkien planował stworzyć jedną rasę i w zależności od książki nazwać ją na dwa sposoby, to sam niechcący wprowadził czytelników w błąd. Po drugie zaś dlatego, że sam Jackson także odróżnił goblinów od orków. I gobliny też pojawiły się w „Bitwie pięciu armii”… jako niewiele znaczący epizod.

Zatem: możemy ominąć argument, że w oryginalnej bitwie pięciu armii brały udział gobliny, a nie orkowie. Już naprawdę nie pamiętam, czy Bolga, przywódcę goblinów, zabił Beorn, czy może raczej Kili, Fili czy ktokolwiek inny, kto nie był smukłą elfką. Pamiętam natomiast, że w książce była jeszcze armia wargów – piąta armia. Wargowie to takie duże wilki. Które oczywiście pojawiają się w filmie. Jako pojazdy orków. Bynajmniej nie jako armia. Zatem – cóż to jest za tajemnicza piąta armia, która występować miałaby w filmie? Może gigantyczne nietoperze, służące doskonale za transport powietrzny Legolasowi (który w Hobbicie nie występował i raczej nie miał zamiaru, ale to wiemy już od drugiego filmu)? A może piątą armią miałaby być druga armia orków, docierająca z jakiegoś innego miejsca? Hmmm… Może piąta armia to owa garstka goblinów rzucona nie wiadomo po co (nie pokazano nawet jak krasnoludy ją pokonują)? A może to orły były piątą armią? Owszem, w książce szala zwycięstwa przechyla się na stronę „tych dobrych” po interwencji orłów i Beorna w postaci niedźwiedzia (który jednak nie przyfrunął na orle). Ale orły nie były liczone jako piąta armia, bo nie były jedną z sił przeciwnych w konflikcie. Któż zatem stanowił ową tajemniczą piątą armię? Widzowie nie czytający uprzednio książki pewnie nadal zachodzą w głowę.

Druga sprawa: wszelkie magiczo-komiczne wstawki, których być nie powinno. Bo zwyczajnie psują odbiór. Legolas latający na wielkim nietoperzu już był wspomniany. Dalej: Legolas skaczący po kamieniach walącego się mostu jak mistrz platformówek z Pegasusa (tu muszę oddać sprawiedliwość mojej koleżance Eli) – nie sposób było nie parsknąć śmiechem, ja do tego krzyczałem „No gdzie jest jakiś nietoperz?!” Deska surfingowa z Władcy Pierścieni się nie umywa. Kolejny – to Bard z Dali. Szczególnie komiczna scena. Wielki troll atakuje dzieci Barda (a może to trolle były piątą armią?). Ma szerokie ramiona, małą głowę, tępy wyraz twarzy i za plecami coś skrywa – z pewnością była to maczuga. No toczka w toczkę troll z Harry’ego Pottera! I kiedy już czekasz aż syn Barda wyciągnie różdżkę i krzyknie „Wingardium Leviosa”, nagle Bard wskakuje na wielki wóz konny i zjeżdża na nim w dół wielkiego zbocza! Przypominają się dowcipy z Jackass, z tą różnicą, że im się nie udawało. Ale nie z Bardem te numery. Krzyczy więc tylko do dzieci, by się schowały (te bezpiecznie chowają się między kołami rozpędzonego wozu), a on sam śmiało taranuje wroga. Brawa! Jeszcze jakieś przykłady? Hmmm… Bard naprędce konstruujący kuszę, której częścią staje się jego syn, by zabić smoka? Krasnoludy ujeżdżające świnie, kozy i co tam jeszcze się nadarzy? No i niezastąpiony Radagast (w książce tylko gdzieś napomknięty), wciąż pędzący swoimi zaprzężonymi w króliki saniami, albo ujeżdżający orły…

GaladrielaTrzecia sprawa to kwestia wątku z Sauronem. Ten wątek właściwie nie miał prawa się pojawić. W Hobbicie nie było jeszcze mowy o Sauronie (jeśli już, to o jakiejś złej mocy, która właśnie się budzi). Nie było mowy o pierścieniach, poza jedynym. I wówczas on nie był jeszcze jedyny. Tymczasem mamy upiory pierścienia – a więc dziewięciu ludzi od dziewięciu pierścieni. Mamy Saurona, który – jak się okazuje – sam stanowi źrenicę tego wielkiego oka! Mamy też Galadrielę, która Gandalfa przed Sauronem ratuje (czy mi się zdaje, czy ma ona jakieś nieczyste stosunki z Gandalfem?) – skąd się wziąwszy była? A Galadriela ma na palcu pierścień. Jeden z pierścieni elfów. A skoro ma pierścień (ring), to nagle staje się dziewczynką z „Ringa”. Mówi dziwne rzeczy dziwnym głosem, jakby wstąpił w nią demon. Mocą demona odgania demona – a wszelkie skojarzenia z Ewangelią wydają się tutaj wciskane na siłę, albo wyssane z palca. No bardzo mi przykro…

I, pomijając setki innych spraw, jak romans między elfką (skąd się wziąwszy) i krasnoludem – bo nie ma się kompletnie nad czym rozwodzić („Dlaczego to tak boli?” „Bo miłość była prawdziwa”. Buhuhuhu!), sprawa czwarta. Thorin, Kili i Fili, oraz czwarty krasnolud o jakimś imieniu (tak, zgadza się, Tolkien też nie przyłożył się do tego, żeby dało się ich rozróżniać) odjeżdżają z głównej bitwy, by zabić dowódcę orków. Tam walczą, walczą, walczą, pomaga im Legolas i Tauriela, Legolas właśnie tam lata i skacze, potem Kili, Fili i Thorin umierają. Owszem! Umierają! Ale nie tam! Gdzie? Po co? Na co? Czemu mieliby się w ogóle oddalać od głównej bitwy? No ale oddalają się. W książce ukazana jest śmierć Thorina. Rannego z bitwy wyciąga Beorn. Owszem, z bitwy. A nie z pojedynku z Azogiem (który już wtedy nie żył, jeśli być zgodnym z Tolkienem). Śmierć Kilego i Filego jest w Hobbicie zaś tylko wspomniana. Oczywiście, nie można było sobie tak ot uśmiercić dwóch bohaterów (choć z drugiej strony co byłoby złego w tym, że któryś z krasnoludów po bitwie powiedziałby „Kili i Fili nie żyją”) – ale po co robić z tego tyle dramaturgii?

No i po piąte! Na koniec sam Legolas dostaje od swego ojca rozkaz! Ma odnaleźć człowieka, którego ojciec był potężny. Ten człowiek zwany jest Obieżyświatem. A Legolas jego prawdziwe imię będzie musiał poznać sam. Świetnie! Chyba za pięćdziesiąt lat! Jak Obieżyświat się urodzi, bo póki co nie ma go jeszcze nawet w planach! Tak, Obieżyświat – Aragorn – choćby nie wiem jak był potężny – wciąż pozostaje tylko człowiekiem! W czasie Bitwy pięciu armii jeszcze nie istnieje! Prawdopodobnie nie istnieje jeszcze nawet jego ojciec! Trudne zadanie dostał Legolas. Taką zagwozdkę. Musi znaleźć kogoś, kto urodzi się za pięćdziesiąt lat. No to se jeszcze poszuka, hehehe. Po drodze pewnie straci gdzieś Taurielę. Bo przecież nie ma jej w filmach o Władcy Pierścieni…

TaurielaPodsumowując: Film był przepełniony taką masą kiczu i takim ogromem nadinterpretacji, a także nieścisłości, że nijak nie mogłem cieszyć się jego odbiorem. Do tego pojawiały się bezsensowne wątki, które można było w ogóle pominąć (jak ten o słudze Barda, który przebiera się za kobietę by uniknąć bitwy). Nie widziałem w tym ani krztyny radości, ani krztyny zabawy, niestety również nie mogłem w tym znaleźć odrobiny Ewangelii (w książce, dla sprawiedliwości, też nie było jej za dużo, właściwie dopiero Władca pierścieni jest nią nasączony). I nie sądzę, by wątek syna pomagającego ojcu był ewangeliczny. Jest to po prostu wątek syna pomagającego ojcu. Nie ten pierwszy i nie ostatni. Było dużo Ewangelii, a dokładniej Evangeliny. Lily. Dużo za dużo.

Ja podsumowywałem większość scen tradycyjnym facepalmem, albo powiedzonkiem: „Srali muchy będzie wiosna”. Doskonale jednak podsumował to za mnie jeden z bohaterów, ujeżdżający świnię kuzyn Thorina, kiedy spod ziemi ni stąd ni zowąd wynurzają się piaskowe robaki (a Gandalf zna ich nazwę!). Woła on wtedy „Oh, come on!”, ale na polski przetłumaczono to jako „Przesada!” I tak, to było najlepsze podsumowanie tego filmu.

______________

Sprostowanie:

Choć intuicyjne wydaje się oburzenie (moje i wielu widzów mnie podobnych) na wspomniane przeze mnie życzenie ojca Legolasa, by ten odnalazł Obieżyświata, okazuje się jednak, że w tym przypadku nie mam racji. Aragorn należał bowiem do rodu Dúnedainów, miał w sobie też krew elfów i majarów (majarem był np. Gandalf), co czyniło go długowiecznym. W chwili utworzenia drużyny pierścienia miał już około 80 lat, zatem w momencie Bitwy pięciu armii miał ponad 20. Poszukiwanie go mogło być uzasadnione. A odmowa zagrania go w Hobbicie przez Viggo Mortensena nie do końca tak mocno uzasadniona, jak chciałby tego sam zainteresowany.

To przykre, ale na dobrą sprawę występowanie Legolasa w Hobbicie też było możliwe. Moim zdaniem epizodyczne pojawienie się go, jako syna królewskiego, byłoby miłym akcentem. Niepotrzebnie uczyniono z niego postać pierwszoplanową. Ale na dobrą sprawę chronologicznie jego obecności nie da się wykluczyć.

Dziękuję tu kochanej Eli za udzielenie mi wyjaśnień. I przepraszam za niemerytoryczne błędy.

____________________________________

Wszystkie ilustracje zastosowane we wpisie są memami pobranymi z facebookowego profilu https://www.facebook.com/fantasyscifi?fref=ts

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 6 komentarzy