Monthly Archives: Marzec 2015

Po-Star Wars

Plakaty, plakaty, wszędzie plakaty. W takich już żyjemy czasach, że na każdym kroku, zwłaszcza na terenie większych aglomeracji, biją nas po oczach reklamy, bilbordy. Raz „Konkubinat to grzech”, innym razem znów Jan Paweł II, niby jako Karol Wojtyła, ale przecież wyraźnie jako Jan Paweł II (tak, to prawda, to jest jeden i ten sam człowiek), bo w piusce. Ale w garniturze. Plakat wyborczy. I przez internet przetoczyła się kolejna, po tym nieszczęsnym konkubinacie, dyskusja na temat plakatów. A ja, choć miałem zamiar pisać na samym początku, znów piszę jako (przed?)ostatni. Ale to też w jakiś sposób lubię. Bo mam szerszą perspektywę i więcej wiadomości, by skomentować.

papieżplakat

Kiedy pierwszy raz ujrzałem Jana Pawła II na plakacie w piusce, ale pod krawatem (stąd u niektórych publicystów skojarzenie z jarmułką, najzupełniej uzasadnione, ponieważ piusek nie zakłada się do garnituru), pomyślałem sobie: kolejne kremówki! Znowu próbują ludziom napychać brzuch „fajnym papieżem”, uśmiechniętym i pod krawatem. Właśnie krawat i marynarka wydają mi się w tym przypadku bardzo kremówkowe. W drugim momencie pomyślałem jednak, że hasło „Twój kandydat w codziennych wyborach” może nakłaniać ludzi do patrzenia na świętego papieża jak na autorytet w codzienności, może nawet zachęcać do lektury jego (moim zdaniem dość trudnych w odbiorze) encyklik czy adhortacji. Z trzeciej strony znowu pomyślałem (i skomentowałem w ten sposób u znajomego nawet), że niby dlaczego Karol Wojtyła ma być moim kandydatem w codziennych wyborach? Niby dlaczego nie Jezus Chrystus? Zapewne plakat wyborczy z Jezusem Chrystusem byłby o wiele bardziej kontrowersyjny, ale ja, jako katolik, chcę by święci wskazywali mi Chrystusa, by to Chrystus był moim prawdziwym codziennym celem. Ogólnie rzecz biorąc plakat wydał mi się raczej nieszkodliwym, kremówkowym dziwactwem. A potem rozpętała się burza.

Ci, którzy ostro krytykowali plakat o konkubinacie, hurraoptymistycznie przyjęli ten z Karolem Wojtyłą. Przy okazji nie omieszkali skrytykować ludzi, którzy „hejtują” wspaniałą ich zdaniem inicjatywę plakatową. Bo przecież plakat namawia do bycia razem, a nie przeciw sobie, więc ta dziwnie nazwana internetowa nienawiść nie powinna w tym miejscu w ogóle istnieć. Skoro sam papież z plakatu namawia do bycia razem, to nie powinniście się oburzać! Przy okazji – jak powiedziałem wcześniej – ci sami ludzie plakat z konkubinatem i grzechem ostro krytykowali. Co może świadczyć o typowym mainstreamowym myśleniu (w tym przypadku „Kościół mainstreamowy” brzmi całkiem nieźle) tych ludzi – my możemy krytykować, ale jak krytykujesz to, co mnie się podoba, toś tępak i hejter.

I tak czytam sobie tekst człowieka, który pisze o tym, jak Kościół jest podzielony i jak widać to po dyskusjach plakatowych. A przecież nie powinien być podzielony, powinien być wspólnotą. Jednocześnie ten sam człowiek opisuje dwa kontrowersyjne plakaty, krytykując pierwszy (konkubinat) za to czy tamto – dodając, że nie zabrania by komuś się on podobał, bo do kogoś mógł przemówić – a potem krytykując tych, którzy krytykują plakat drugi. Ironizuje przy tym: „Ale ten temat i nie jest już trendy. Jest inny, lepszy. A i temat poważniejszy. Bo dotyczy (teraz proszę o przyklęknięcie przed monitorem, co wrażliwsi czytelnicy – proszę uronić łzę lub dwie, ewentualnie można także zemdleć) św. Jana Pawła II”. A więc bardzo mocno gani „hejterów”, dowalając im i tym wszystkim, którzy Jana Pawła II otaczają wyższą czcią.

Co pokazała mi zatem akcja z plakatem przedstawiającym Jana Pawła II (tudzież Karola Wojtyłę) w garniturze? Że i w Kościele istnieje poprawny politycznie odłam ludzi, który może sobie pozwolić na „konstruktywną krytykę”, ale kiedy krytykowany sam, jest już „obrzucany hejtem”. Hektolitry ironii wylane przez katolickich publicystów popierających plakat przygotowany przez Centrum Myśli Jana Pawła II w odpowiedzi na próby skrytykowania tego plakatu (przyznaję, często – moim zdaniem – przesadzone, jak choćby krytyka krakowskiego Centrum Jana Pawła II) przez innych katolików zakryły mnie po czubki uszu. Cała ta krytyka krytyki brzmi w moich uszach jak głośnie: „Olaboga, biją Najświętszego Papieża wszechczasów, co to będzie, hłe hłe hłe”. A jednocześnie to głośne „hłe hłe hłe” pozbawione jest krztyny nienawiści, bo przecież „Zawsze razem, nigdy przeciw sobie”. Czyli – my jak krytykujemy, to jest dobrze. Wy jak krytykujecie, to w ogóle czego tutaj?

Ale pomyślmy jeszcze przez chwilę dlaczego Centrum Myśli Jana Pawła II rozpoczęło taką akcję. Chciało przekonać innych do kierowania się w życiu myślami i słowami zmarłego papieża – zgoda. Ale dlaczego ubrali go w garnitur? Dlatego, że trwa kampania prezydencka i wszyscy kandydaci występują w garniturach – a ten plakat miał się wpisywać w kampanię wyborczą. Zgoda! I nazwisko – Karol Wojtyła – zamiast przyjętego imienia – Jan Paweł II – też pod kątem „brania udziału w kampanii”. Hasło „Zawsze razem, nigdy przeciw sobie” w sposób wolny oparte na jakichś papieskich przemówieniach, mające jednoczyć nie wiadomo kogo z nie wiadomo kim (Bronkowców z Dudowcami? Albo tylko kierować Dudowców na właściwą drogę Bronka pojednawcy?), kojarzące się wielu rzeczywiście z wyborczym hasłem Bronisława Komorowskiego „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo” – kontrowersyjne, bo niejednoznaczne. W sumie to dobrze, żeby być razem, bo Kościół powinien być jeden – Chrystusowy. A z drugiej strony czy chodzi tylko o Kościół? Czy może to hasło rzeczywiście wpisuje się w mainstreamowe „Nie hejtuj mnie, przecież jestem taki dobry”. Wszak wszyscy wiemy, że to opozycja nienawidzi rządzących, a przecież rządzący kochają opozycję i darzą ją wielkim szacunkiem. I wcale się nie dziwię, że wielu osobom hasło „papieża” mogło skojarzyć się z zawołaniem Ewy Kopacz do narodowej zgody (pod warunkiem, że nadal będzie można straszyć Kaczyńskim) czy z hasłem wyborczym Komorowskiego (które obowiązuje pod warunkiem, że będzie wolno nazywać głosujących na kogoś innego radykałami). Ale to jeszcze da się przeżyć. Zgoda.

671602Tylko skoro garnitur, a nie sutanna, skoro Karol Wojtyła, a nie Jan Paweł II, to dlaczego w papieskiej piusce na głowie? Przecież Jan Paweł II jako papież nie chodził w garniturach, ani w innych świeckich strojach, ani bez koloratki. Jako młody ksiądz – owszem! Jako kardynał – owszem! Ale jako papież zawsze miał na sobie strój świadczący o powadze urzędu, który piastował. Nawet gdy szedł w góry. Dlaczego zatem Centrum Myśli Jana Pawła II dobrało mu piuskę do garnituru? W tej rzeczywistości naprawdę wygląda jak Żyd w jarmułce. Czy to zestawienie było skierowane na wywołanie większej kontrowersji? Pewnie tak. Dla mnie, w obliczu tego, że Jan Paweł II nigdy nie dążył do podobnych zestawień, jest ono zwyczajnie bez sensu.

Tak sobie piszę i czy coś z mojego pisania wynika? Mam nadzieję, że dla kogokolwiek moje słowa będą godne choć lekkiego przemyślenia. Osobiście uważam kampanię o grzechu za udaną. Nie jestem też wielkim przeciwnikiem kampanii karolowo-wojtyłowej. Pragnę tylko podkreślić, że mam prawo do krytykowania. Mam prawo do wyrażania własnej opinii w sposób czasem naprawdę ostry. I nie lubię tego, że usta próbują mnie, hejterowi, zamknąć w bardzo niewybredny sposób ci, którzy popierają hasło „Zawsze razem, nigdy przeciw sobie!” Ci, którzy sami są przeciwnikami „hejtowania”. Bo takie rozdwojenie przypomina mi niezwykle dobrze znane hasło Rewolucji Francuskiej: „Wolność, Równość, Braterstwo”.

Właśnie, bardzo dobrze znane w skróconej wersji. Właściwie brzmiało ono tak:

„Wolność, Równość, Braterstwo, albo Śmierć”.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Plakat Centrum Myśli Jana Pawła II, za: http://www.centrumjp2.pl/
2. Wędrówka z Janem Pawłem II w górach, za: http://www.rp.pl/galeria/634527,1,648674.html

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Grzech to grzech

Głośno o tej akcji organizowanej przez część środowisk kościelnych ostatnio i czas chyba bym i ja się na jej temat wypowiedział. Najgłośniej jest tam, gdzie zwykle, czyli w Kościele „mainstreamowym”. Ten warunek – bycia tzw. Kościołem otwartym – ostatnio znakomicie spełnia Deon (podobno mający coś więcej wspólnego z o. Jackiem Prusakiem, o którym od dawna nie mam najlepszego zdania). Deon wyprzedził nawet Tygodnik Powszechny, ale o tym raczej innym razem. Piszę tylko żeby zaznaczyć, że środowisko „deonowe” słychać najgłośniej i najgłośniej słychać głosy oburzenia – bo przecież Ewangelia jest pozytywna, a akcja bilboardowa jest negatywna.

plakat„Konkubinat jest grzechem. Nie cudzołóż” – możemy przeczytać na plakatach rozwieszonych w całej Polsce, a na zdjęciu widnieją dwie dłonie splecione wężem. O słowa głównie hałas się podnosi, ponieważ zdaniem wielu mówienie ludziom wprost, że coś jest grzechem nie przyciągnie ich do Kościoła i nie zmieni myślenia na pozytywne. Jeśli już, to prędzej odstraszy tych, którzy się wahają. Ci, którzy się sprzeciwiają, są raczej zwolennikami podkreślania wartości małżeństwa, sakramentalnego związku dwojga ludzi, starają się więc odrzucać negatywną retorykę. Tu – muszę to mocno podkreślić – są jednak w wielkim błędzie. Małżeństwo bowiem, owszem, jest eksplozją dobra i cudem, radością Ewangelii. A cudzołóstwo jest grzechem. Jest złe. I jest negatywne. Zatem – jeśli zaczniemy robić akcję popierania małżeństwa, zrobimy tak, by była ona pełnią pozytywnej energii. A jeśli mówimy o cudzołóstwie, nie oszukujmy, że można pozytywnie.

Do czego dążę? Do stwierdzenia, że zawołanie „Nie cudzołóż” nie oznacza zawsze tego samego, co „Weź ślub”. Może też oznaczać „Wyprowadź się” lub „Opuść swoją kochankę/swojego kochanka”. Zatem nagana wystawiona grzechowi nie zawsze jest pochwałą wielkiego dobra. Zawsze jest pochwałą najwyższego dobra, a tym dobrem jest Jezus Chrystus.

O grzechu pozytywny przekaz?

Ludzie domagają się pozytywnego przekazu, mówiąc że negatywny odstraszy tych, do których ma przemówić. Zapytajmy więc do kogo ma przemówić. Czy wielki plakat krzyczący do nas „grzech!” jest skierowany do każdego świeckiego przechodnia, albo do ateisty, albo do dziennikarza TVNu, albo do ks. Sowy i o. Prusaka? Nie, plakat na którym wypisano słowo „grzech” jest skierowany do tych ludzi, którzy rozumieją słowo „grzech”. Do tych, dla których grzech ma jakieś znaczenie, którzy wychowani w katolickiej wierze nadal twierdzą, że są katolikami. To ci ludzie, którzy żyją sobie po swojemu, którzy mają swoje własne mniejsze i większe grzeszki, ale nadal twierdzą, że są katolikami, że są w Kościele. Porównanie ich do faryzeuszów i uczonych w Piśmie z czasów Jezusa jest podstawne o tyle, o ile możemy i o tamtych powiedzieć, że uważali się za wiernych, gdy wewnątrz mieli swój brud. Poczytajmy o tym, jak bardzo Jezus głaskał tych, którzy „chodzili do kościoła”, ale „żyli w konkubinacie”: „Biada wam, nauczyciele Pisma i faryzeusze, obłudnicy! Bo jesteście jak groby pobielane, które na zewnątrz pięknie wyglądają, a wewnątrz są pełne trupich kości i wszelkiej zgnilizny” (Mt 23,27); „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości” (Mt 23,25). A jeszcze jak pogłaskał po głowach sklepikarzy, którzy sprzedawali na terenie Świątyni w Jerozolimie: „Zabierzcie to stąd i z domu mego Ojca nie róbcie targowiska!” (J 2,16). Nie, tak naprawdę nie było głaskania. Były ostre, głośne słowa, był krzyk i nawet ganianie z biczem. Dlaczego?

Dlatego, że o grzechu nie można mówić pozytywnie, nie można owijać go w złotka i sreberka. Grzech to grzech i Jezus sam mówił o tym, głośno i wyraźnie. Kiedy zatem mówimy do ludzi, którzy mają poczucie grzechu, którym choć minimalnie zależy na byciu z Bogiem i którym zależy na własnym sumieniu, musimy im powiedzieć „Tu leży grzech!” Oni bowiem, żyjąc w dzisiejszym świecie, myślą że grzechu tu nie ma, bo przecież „wszyscy tak robią”. Owszem, należą do Kościoła i chodzą co niedzielę na mszę, ale wydaje im się, że mieszkanie ze sobą bez ślubu nie jest grzechem. Że antykoncepcja nie jest grzechem. Że współżycie pozamałżeńskie nie jest grzechem i że masturbacja też nie jest. Dlaczego? Bo dzisiejszy świat odebrał od nich tę świadomość. Odsunął myślenie, że możemy zgrzeszyć. Grzech to brzydkie, złe słowo i po co o nim mówić? Po co nim straszyć? Jak grzech to i piekło – zatem „nie grzesz, bo pójdziesz do piekła!” I ludzie odstraszani odchodzą, znikają. Zobaczcie – Jezus mówił o grzechu, karcił za grzech i choć przygarniał grzeszników, grzech potępiał! Pierwsi chrześcijanie dawali jedną szansę na poprawę – ktoś, kto zgrzeszył ponownie nie miał możliwości powrotu. Jeden raz! Ale dzisiejszy świat mówi „nie ma grzechu – ten kto mówi o grzechu, próbuje cię nastraszyć”. A członkowie Kościoła idą tą drogą. Patrzą na mainstream i przyłączają się do niego, bo przecież – tak myślą – żeby przyciągnąć ludzi do Kościoła, musimy mówić do nich językiem mainstreamu. I tak oto odrzucają mówienie o grzeszności jako kategorię ewangelizacji.

A jednak „Nie cudzołóż” to jest Boże przykazanie. I nie, Jezus nie powiedział „Nie mówmy »nie cudzołóż«, tylko raczej »kochaj i żeń się«”. Nie – powiedział: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła” (Mt 5,27-30). Jezus nie tylko zakazywał cudzołóstwa. Nie tylko zakazywał pożądliwego patrzenia na kobietę (na każdą kobietę!). Mówił też o tym wszystkim w kategoriach grzechu. A na końcu – olaboga! – straszył piekłem!

Małżeństwo nie takie różowe

Pewnego dnia między Jezusem a Jego uczniami wynikła dyskusja o nierozerwalności małżeństwa. Przebiegła ona w ten sposób: „»Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę – chyba w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo«. Rzekli Mu uczniowie: »Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić«. Lecz On im odpowiedział: »Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane«” (Mt 19,8-11). Co zatem mówi Ewangelia o małżeństwie? Że to słodka, wspaniała droga do świętości? Owszem, w innych miejscach trafimy na pochwałę tej drogi i tu też ją widzimy, ale w oczy rzuca się raczej stwierdzenie uczniów na słowa Jezusa o nierozerwalności małżeństwa: Skoro tak jest, to nie ma co się żenić! Jakże to, brać ślub z jedną niewiastą na całe życie? Toż to absurd! Ale Jezus nie mówi „Co wy gadacie, jaki absurd? Najprostsza rzecz na świecie!” – Jezus mówi „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane”. Zatem i Jezus nie twierdzi, że małżeństwo to droga usłana różami. On przyznaje, że trudno w ogóle pojąć naukę o jego nierozerwalności. I dzisiejsza młodzież też to widzi. I oni również próbują uciekać od małżeństwa, bo nie pojmują jego sensu. I jaka droga jest dobra, by ich przekonać? Czy mamy im kadzić, pachnić, fiołki na drodze do małżeństwa sadzić? A może warto przyznać, że małżeństwo jest trudną drogą, ale cudzołóstwo jest drogą złą? Tak przecież robił Jezus…

Komu pomoże kampania

konkubinatAkcja plakatowa z pewnością nie pomoże tym, którzy stoją teraz na granicy Kościoła i zastanawiają się, czy odejść, czy zostać. Z pewnością nie pomoże też tym wszystkim, którzy głośno krzyczą że kampania jest be, ale są poza Kościołem. Nie ma za bardzo także w czym pomóc tym osobom, które są w Kościele, wprawdzie po jego „deonowej” stronie, ale wierzą w moc małżeństwa i wykluczają cudzołóstwo. A komu może pomóc? Kampania może pomóc tym, do których jest skierowana: młodym ludziom uważającym się za członków Kościoła, ale uwiedzionym przez mainstream. Ta akcja może pomóc tym, którzy zachłysnęli się współczesnym światem i tym, co świat błędnie nazywa wolnością, ale wciąż pragną być blisko Boga i w oddaleniu od grzechu. Ta akcja pomoże tym, którzy mają zatarte poczucie grzechu, tym którzy nie widzą go tam, gdzie jest, więc myślą, że mogą – że powinni, a czasem, że powinno się im pozwolić – przystępować do Komunii, bo przecież „nie taki diabeł straszny jak go malują” na plakatach oczywiście. Wielu ludzi, którzy chcą żyć w Kościele, a którym krzyknie się „grzeszysz!”, może odwrócić się od grzechu i stwierdzić, że z człowiekiem, z którym nie zamierzam brać ślubu, dobrego życia nie zbuduję. I prawda jest taka, że do mnie na przykład to hasło przemawia. Ja sam jestem zwolennikiem mocnego uderzenia. I stwierdzenia: albo jesteś w Kościele i żyjesz zgodnie z zasadami, ustalonymi przez samego Boga dla twojego dobra (nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij), albo nie jesteś w tym Kościele wcale.

A co jeśli się obrazi, zabierze manatki i sobie pójdzie? Bo on/ona nie chce być w takim Kościele, który mówi „nie”, zamiast sadzić kwiatków i głaskać po głowie? No to niech sobie idzie. Możemy się modlić, by jeszcze wrócił/a. Ale jeśli będzie chciał/a wrócić, to na naszych warunkach. Na warunkach Kościoła. Tego, w którym cudzołóstwo nadal pozostaje cudzołóstwem. W którym grzech to grzech.

Post Scriptum

Oczywistym jest, że część z Was okrzyknie mnie teraz faryzeuszem. Że zacznie doszukiwać się belki w moim oku, albo zarzuci mnie cytatami w stylu „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Tak, tradycyjna mainstreamowa gadka w stosunku do tych, którzy są gotowi głośno krzyknąć, że grzech jest tu, dokładnie tu, i że grzech znaczy zło. Przykro mi, ale Jezus sam tak krzyczał. Naprawdę.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Plakat „Konkubinat to grzech”, za: http://poznan.naszemiasto.pl/artykul/konkubinat-to-grzech-kontrowersyjny-plakat-takze-w-poznaniu,3304139,artgal,t,id,tm.html
2. Konkubinat, za: http://kobieta.interia.pl/forum/konkubinat-to-dla-mnie-nie-zwiazek-tematy,dId,2282698

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze