Godzien jest robotnik swojej zapłaty

Koniec roku szkolnego zmusza do przemyśleń, zwłaszcza gdy jest się rodzicem dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, a jeszcze bardziej gdy jest się nauczycielem. Rok temu byłem już dziennikarzem, pracowałem dla portalu wPolityce.pl i gdyby nie decyzja „góry”, dziś pewnie znalibyście mnie jako dziennikarza. Ale nie, jednak w październiku wróciłem do poprzedniego zawodu i pozostałem nauczycielem. Wtedy już jednak nie było to z założenia „na stałe”. Nie udało się w dziennikarstwie, ale to nie znaczy przecież, że mam być nauczycielem do końca życia. Założenie było jasne: przeżyć jeszcze rok w szkolnictwie, po czym znaleźć sobie miejsce w korpo czy innym opłacalnym miejscu, w którym komunikatywna znajomość języka angielskiego jest wszystkim, czego potrzebują (nie bujam, mam znajomych, którzy tak właśnie zrobili). I tak miało być, dopóki dyrekcja jednej z lokalnych podstawówek nie poprosiła mnie o przejęcie kilku klas po odchodzącej nauczycielce. Zgodziłem się – i to był przełom.

Wszedłem do klas 1-4 i zacząłem uczyć. To był szok – dla dzieci i ich rodziców. Nagle pierwszakom ktoś kazał przynieść zeszyt do angielskiego i zaczął wprowadzać notatki. Skończyło się stawianie szóstek za nie wiem co (naprawdę nie wiem – na semestr wszyscy niemal mieli szóstki w klasach młodszych), a zaczęło się ocenianie za wiedzę i pracę. Najtrudniej było z trzecimi klasami, które szóstki od lewej do prawej miały już przez 2 i pół roku, a trzecia klasa to na angielskim już mnóstwo poważnej, teoretycznej i praktycznej, wiedzy. To właśnie z trzecich klas zaczęły płynąć dociekania, dlaczego oceny tak drastycznie się obniżyły. Ale to było na początku – później okazało się, że większość zdziwionych uczniów po prostu wzięła się do pracy! I część z nich wróciło do swoich piątek czy szóstek z pierwszego semestru.

Ja przyszedłem i zacząłem po prostu wykonywać swoją pracę. Bez żadnych fajerwerków, za to z zaangażowaniem i z indywidualnym podejściem do ucznia (to mi zostało jeszcze z czasów pracy w szkole specjalnej). Natychmiast – ku mojemu zdziwieniu – zacząłem odbierać mnóstwo pozytywnych informacji zwrotnych, zarówno od uczniów, jak i ich rodziców. Na zastępstwie z matmy jedna z uczennic klasy czwartej powiedziała: „Z panem nawet matematyka jest fajna”. Klasy pierwsze to była jedna wielka miłość. Dar, który miałem kiedy miałem 16 lat – przyciąganie dzieciaczków w wieku 6-8 lat – wrócił z siłą maksymalną, choć przez lata myślałem, że całkowicie się rozpłynął. Ile miałem przez ten semestr narzeczonych z pierwszych klas – nie policzę. Lekcje były swobodne, wesołe, ale z ciągłym przypływem nowej wiedzy („Będziemy coś dzisiaj pisać? Proszę…”). Nawet kiedy miałem zastępstwo z klasami, których nie uczyłem na co dzień, pomagałem im zrozumieć np. historię – bo dlaczego nie? I ci uczniowie przychodzili do mnie miesiąc później pytając, czy dziś znów będziemy mieć razem zastępstwo…

Zakończenie roku i dowody wdzięczności, nawet od osób, dla których byłem utrapieniem – to tylko ocena końcowa wystawiana nauczycielowi. Podziękowania od chłopców, którzy dawali mi się we znaki – i z wzajemnością – ale „oni pana tak polubili”. Mnóstwo nadziei, że może będę nadal uczył w klasie czwartej, w klasie piątej. Słowa od jednej z mam: „Nareszcie ktoś zaczął ich uczyć angielskiego w szkole, nie musiałam już szukać czegoś na zewnątrz”. Dla mnie to była moc wzruszeń, ale i wstrząs – przyszedłem wykonać zadanie i robiłem to tak, jak potrafiłem. A pierwszy raz w życiu otrzymałem takie morze wdzięczności. „Zwłaszcza za podejście do dzieci” – powiedziała mama dziewczynki, która sama z pewnością chciała to powiedzieć, ale jest tak cudownie introwertyczna, że to aż rozczulające.

Long story short – zostaję w szkolnictwie. Rozpisałem się na temat własnych uczuć i przeżyć, bo chciałem to z siebie wylać. Ale tak naprawdę pisałem z zupełnie innego powodu. Jestem nauczycielem. Zarabiam 1800 złotych na rękę na etacie. Tak, to jest cudowna, spełniająca praca – teraz to czuję i teraz to wiem. Ale ona jest świetna (nie ujmując niczego nikomu) dla samotnych idealistów, albo dla pań, których mężowie zarabiają w korporacjach lub jako informatycy. Ja mam na utrzymaniu sześcioosobową rodzinę (najmłodsza córka urodziła się nieco ponad dwa tygodnie temu) i nie jest to łatwe, nawet jeśli w rzeczywistości mam dwa etaty, udzielam lekcji popołudniami i wracam do domu każdego dnia o 19-20. Praca nauczyciela jest czymś, co zachwyciło mnie ponownie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Jednak zachwyt i ideały nie wykarmią mojej rodziny.

Dziś zawód nauczyciela ma niewielki prestiż, a zarobki w nim są naprawdę śmieszne. Może się to wydawać marudzeniem – zwłaszcza dla ludzi, którzy uważają, że zawód nauczyciela powinno się wykonywać z pasji, a nie dla pieniędzy. Jednak słusznie napisał święty Paweł w liście do Tymoteusza: „Prezbiterzy, którzy dobrze przewodniczą, niech będą uważani za godnych podwójnej czci, najbardziej ci, którzy trudzą się głoszeniem słowa i nauczaniem. Mówi bowiem Pismo: Nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu oraz: Godzien jest robotnik zapłaty swojej” (1 Tm 5, 17-18). Tak, pisał o prezbiterach, ale to naprawdę nie ma znaczenia, czy chodzi o kapłanów, czy o nauczycieli – każdemu należy się uczciwe i godne wynagrodzenie za jego pracę. Nauczyciel, który kocha swoją pracę i – z wzajemnością – kocha swoich uczniów, musi wrócić do domu z pieniędzmi na jedzenie dla swojej rodziny. Musi mieć za co tę rodzinę wziąć na wakacje, za co ją ubrać. Tego się nie da zrobić za nauczycielską pensję.

Portal Money.pl podał niedawno, w jak głębokim kryzysie jest zawód nauczyciela. Obecnie o podobnej karierze marzy jedynie 2,4 proc. piętnastolatków – to 2 razy mniej, niż 10 lat temu. Sytuacja ta wynika właśnie z niskiego prestiżu zawodu nauczyciela, jak i ze zbyt niskich zarobków. „Obecnie średni wiek nauczyciela to już 42 lata, a mała liczba chętnych do pracy w zawodzie nauczyciela może oznaczać braki kadrowe w przyszłości” – podaje portal. I to niestety smutna prawda. Ponieważ ja, podobnie jak moi znajomi, mógłbym – i chciałem – rzucić zawód nauczyciela i pójść gdziekolwiek tam, gdzie płacą uczciwie za uczciwą pracę. Podobno są miejsca, gdzie w Lidlu czy Biedronce zarobiłbym więcej, niż nauczyciel w szkole. I tam nie znalazłby się raczej ktoś, kto wypomniałby mi, że jestem darmozjadem, który bierze pieniądze za „obijanie się”.

Godzien jest robotnik swojej zapłaty. Zostaję w szkolnictwie dla moich kochanych uczniów i dla ich wdzięcznych rodziców. Będę nadal robił to, co robiłem – uczył. Przytulał dzieci, które potrzebują przytulania, strofował dzieci, które potrzebują strofowania, ocierał łzy tam, gdzie potrzeba je obetrzeć. Wdzięczność jest najlepszą zapłatą i największą motywacją. Ale nie może pozostać jedyną. Dlatego piszę to i wołam, jako główny chlebodawca w rodzinie, o godne pensje dla nauczycieli. Bo inaczej Wasze dzieci uczyć będą ci, którzy nigdzie indziej nie dostali pracy.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/starcie-biznesmen-przedsi%C4%99biorca-3127285/

Reklamy
Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Zobacz wpisy

One thought on “Godzien jest robotnik swojej zapłaty

  1. Matt Capolca

    Wise words…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s