Skończmy z hipokryzją

W Kościele katolickim jest naprawdę bardzo wielu ludzi. W Polsce podobno ponad 90% osób przynależy do tej instytucji. Są wśród nich oczywiście tacy, którzy nie kryją swojego oburzenia, że zostali wciągnięci do Kościoła przez chrzest, przy czym nikt nie zapytał ich o zdanie, a teraz tkwią w nim i w statystykach właśnie. Ogromna jednak grupa osób nigdy nie powie, że to źle, że zostali wprowadzeni do Kościoła. Ci bowiem czują się katolikami i są z tego nawet dumni, ponieważ jest to element naszej narodowej tradycji. Z jednym zastrzeżeniem: są wierzący, ale niepraktykujący. Albo jeszcze inaczej – czasami są nawet praktykujący, skoro taka jest tradycja, często już jednak niewierzący.

Wśród tych osób jakże wiele jest takich, które należały do gorliwej części Kościoła na jakimś etapie swojego życia. Wspólnoty, oazowe wyjazdy, spotkania na Lednicy czy pielgrzymki – to była część ich życia. A potem, chcąc nie chcąc, zaczynają działać trochę niedojrzale i postanawiają wziąć ślub. Oczywiście kościelny, katolicki – choć np. jeszcze przed ślubem zachodzą w ciążę. Tak oto podejmują decyzję o małżeństwie pod wpływem ciąży. Co samo w sobie nie musi jeszcze przecież oznaczać, że małżeństwo jest nieważne. Przecież można podjąć prawdziwą decyzję o miłości nawet kiedy coś nad nami wisi. Można to zrobić właśnie dlatego, że sytuacja tego wymaga – i może być to szczere. Ale skupmy się przez moment na jednym z elementów przysięgi składanej w czasie katolickiego ślubu. Ksiądz pyta: „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”, a zawierający sakramentalny związek małżeński odpowiadają: „Chcemy”. Czy jednak, powiedzmy sobie szczerze, nie znacie ani jednego małżeństwa, które – wziąwszy ślub będąc w ciąży – nie miało już nigdy potem ani jednego dziecka? „Nie oceniaj” – możecie mi powiedzieć, i macie rację, bo czasem może być przecież tak, że po urodzeniu pierwszego dziecka kobieta nie była w stanie zajść w ciążę po raz drugi. Co oznacza, że Bóg w oczywisty sposób nie obdarzył ich potomstwem, zatem przysięga została spełniona. Ale nie jest tak w każdym przypadku. Co za tym idzie – małżonkowie, którzy z premedytacją unikają zajścia w ciążę po raz drugi, łamią przysięgę małżeńską. Są hipokrytami. A jeśli szli do ślubu z założeniem, że „wpadkowe” dziecko jest ich ostatnim, to również ich małżeństwo jest nieważne i nigdy nie zostało zawarte.

Ale weźmy pod uwagę inny przypadek. Małżonkowie doczekują się potomstwa. Wcześniej wzięli ślub i złożyli tę samą przysięgę – że swoje dzieci wychowają po katolicku. Czyli w zgodzie z katolicką wiarą, przekazując odpowiednie wartości. W związku z tym (a może jednak nadal z wielowiekową tradycją) zanoszą to potomstwo do chrztu. Wybierają mu chrzestnych i – zgodnie z procedurą, która pozwala na chrzest niemowląt – biorą na siebie obowiązek wychowania dziecka w wierze, bo to oni – i chrzestni – mają pomóc dziecku, by w momencie dojścia do świadomości miało wystarczająco silną wiarę. Ci rodzice jednak, nie dość że dobierają chrzestnych często z przypadku, z rodziny i przyjaciół, ale nie z osób wierzących, to jeszcze później całkowicie odpuszczają sobie przysięgany na ślubie i obiecywany na chrzcie obowiązek wychowania dziecka w wierze. Do kościoła nie chodzą w ogóle – tak jak nie chodzili do niego przed ślubem. Z tym że teraz również nie zabierają tam swojego dziecka, którego wychowanie w katolickiej wierze przysięgali przy dwóch sakramentach! Czasem, zapytani przez wierzących znajomych, czy pójdą z nimi na mszę, odpowiadają, że nie chcą być hipokrytami. Ale przecież jest zupełnie odwrotnie! Stają się hipokrytami poprzez odcinanie swojego dziecka – co do którego wychowania się zobowiązali – od liturgii i wiary w Boga. Jedynie idąc na mszę i zabierając ze sobą dziecko przestaliby być hipokrytami. Tymczasem oczywiście ich dziecko przez 7-8 kolejnych lat kościoła nie zobaczy, ale potem – zgodnie z tradycją – na 90% pójdzie przecież do pierwszej komunii. Przygotuje je do tego ksiądz katecheta, rodzice trochę ponarzekają, kupią wraz z chrzestnymi jakieś bajerzaste prezenty, a potem będą mogli znowu odpuścić chodzenie do kościoła, bo przecież w sumie są niewierzący i to byłaby hipokryzja…

Są też tacy, których prosi się na chrzestnych w dobrej wierze. Bo oni sami są wierzący, praktykujący – i prosząc ich, podkreśla się specjalnie zadania, jakie musi pełnić chrzestny. W czasach pierwszych chrześcijan chrzestni pełnili rolę ważniejszą, niż rodzice chrzczonego wiernego. Dlaczego? Ponieważ katechumen nie musiał mieć wierzących rodziców. Sam jednak powinien mieć przewodników w wierze – i do tego zadania wyznaczało się chrzestnych. Taki rodzic chrzestny musiał być człowiekiem o niezachwianej wierze, ponieważ jego zadaniem było doprowadzenie do Boga człowieka, który został mu powierzony. W dzisiejszych czasach wielokrotnie aktualna staje się sytuacja dawniej niewyobrażalna, w której chrzestny czy chrzestna odrzucają swoją dotychczasową wiarę na rzecz innych filozofii, które wydają się im bardziej pociągające. Ale w ten sposób odrzucają też bardzo poważne zobowiązanie, któremu przecież dobrowolnie się poddali – pomoc w wychowaniu w wierze swojego chrześniaka. Danie mu nieskazitelnego świadectwa swojej wiary. Takie osoby często powtarzają przy tym, że muszą być zgodne same ze sobą, nie mogą trwać przy czymś, w co już nie wierzą, nie mogą żyć w hipokryzji. Ale – znowu – jest zupełnie odwrotnie. Stają się właśnie hipokrytami poprzez odrzucenie odpowiedzialności za drugiego człowieka, którą sami podjęli. Popadają właśnie w hipokryzję, tak jak małżonkowie przysięgający katolickie wychowanie, ale nie chodzący do kościoła. I rodzice muszą uczyć swoje dzieci, że teraz żyjemy w czasach, w których to raczej chrześniak powinien pamiętać w modlitwie o swoich zagubionych chrzestnych, niż chrzestny o nich. Oby te dzieci miały wierzących rodziców, a nie takich hipokrytów jak we wcześniejszych przykładach…

Oczywiście, że i mnie można zarzucić hipokryzję w różnych kwestiach – z niektórymi pewnie musiałbym się nawet zgodzić. Oczywiście że mogą paść argumenty „nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”, albo „widzisz źdźbło w oku swojego bliźniego, a belki w swoim nie zauważasz” (o nie, właśnie wytrąciłem dwa najważniejsze argumenty „z Pisma”). Nikogo nie osądzam. Ale od lat obserwuję dzieci, których rodzice przysięgali, których chrzestni podejmowali zobowiązania – a teraz ich wiara zostawiona jest samym sobie, bo tamci nie chcą być hipokrytami. Kochani! Przecież obiecaliście! Tu chodzi o zbawienie Waszych pociech!

Obyś był zimny albo gorący…

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/krzy%C5%BC-%C5%9Bwi%C4%99ty-ksi%C4%85%C5%BCka-biblia-2598303/

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Zobacz wpisy

One thought on “Skończmy z hipokryzją

  1. Kira

    A kto powiedział, że dziecko nie chodzące do kościoła nie zostanie zbawione? To, że Pan w to wierzy, nie znaczy, że wierzą w to jego rodzice.

    Osobiście chciałabym ochrzcić dziecko ze względu na tradycję właśnie. Nie ukrywam jednak, że Kościoła jako instytucji nie lubię i nie życzę sobie, by wpieprzał się w to, jak wychowuję dziecko. Czy to hipokryzja? A czy ja kogoś udaję?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s