Author Archives: Maurycy Teo

To (nie jest?) strajk polityczny

Jestem łamistrajkiem i szują. Tak przynajmniej nazywają mnie i mnie podobnych niektórzy dyskutanci w internecie. Ponieważ – mimo popierania postulatów protestujących – nie przyłączyłem się do strajku. Nie założyłem czarnych ciuchów, nie ustawiłem się w szpalerze i nie zbojkotowałem egzaminów. Choć – jak już wiecie – jestem zdania, że nauczyciel zarabia zdecydowanie za mało i powinien być lepiej wynagradzany. Osoba pracująca na posadzie opłacanej z budżetu państwa powinna zarabiać tyle, by bez problemu utrzymać rodzinę z jednej pensji i nie musieć dorabiać dodatkowo.

Nie poparłem protestu z kilku powodów. Po pierwsze – powiedziałem moim uczniom, że nie pracuję w szkole dla pieniędzy, lecz dla nich, i ich nie zostawię. Ten argument został na jednej z grup facebookowych wyśmiany najbardziej, chyba równomiernie z tym, kiedy powiedziałem, że jestem teologiem i katechetą, a angielskiego uczę dzięki certyfikatowi. Ale taka jest prawda. Gdybym nastawiał się na wielkie zarobki, a nie na dobro dzieci, dzięki którym w ogóle zostałem w szkole, to poszedłbym pracować gdzie indziej. Po drugie zaś – nie protestuję, ponieważ niestety nieprawdą jest, że nie jest to protest polityczny.

Fakt, że do strajku nauczycieli przyłączyły się osoby wyznający różne poglądy. Zwolennicy ZNP czy Platformy Obywatelskiej, ale także wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, prawicowcy. Wydawałoby się, że połączyła ich wspólna sprawa, którą są lepsze zarobki. Zgoda, ale zwróćmy uwagę, kto tak naprawdę stoi na czele tego protestu. Tym człowiekiem jest Sławomir Broniarz, szef Związku Nauczycielstwa Polskiego. Człowiek, który – jak wielu przed nim – utrzymuje, że „nie jest to protest polityczny”. To samo utrzymywali rodzice osób niepełnosprawnych, które szybko po swoim proteście wbiły się na scenę polityczną, a jeden z samych niepełnosprawnych został radnym z ramienia PO. Sławomir Broniarz współpracuje z Grzegorzem Schetyną, dogaduje się z Rafałem Trzaskowskim – prezydentem Warszawy – a nawet był ostatnio na konwencji wyborczej PO. Nie jest prawdą, że strajk jest apolityczny. Jest prowadzony, nadzorowany i wspierany przez Platformę Obywatelską i jest zakrojony na destabilizację państwa i obalenie rządu. Wiecie, że protest trwa teraz, kiedy zaczęły się regularne podwyżki dla nauczycieli. Nie są one wielkie – zgoda. Podniesienie pensji o 200 złotych nie jest bardzo odczuwalne. Gdyby podniesiono ją o 1000, z pewnością dałoby się to lepiej odczuć. Ale podwyżki są i są regularne. A co działo się w drugiej kadencji rządów Platformy Obywatelskiej, kiedy pensje zostały zamrożone na kilka lat? Nauczyciele chcieli protestować, jednak to właśnie Sławomir Broniarz wystąpił z oświadczeniem, że sytuacja rzeczywiście jest trudna, ale nie ma powodu do strajku. I rozeszło się po kościach.

Sytuacja jest naprawdę słaba. Ja postanowiłem nie strajkować. Przez dwa pierwsze dni byłem na świetlicy i pomagałem w opiece nad trójką dzieci w szkolnej świetlicy. Tyle zostało przyprowadzonych do szkoły w dniach strajku. We środę, czwartek i piątek uczestniczyłem w egzaminie gimnazjalnym. A teraz wędruję z delegacją do innej szkoły, by wspomóc ją przy egzaminach ósmoklasisty. Część moich koleżanek z pracy koczuje przy drzwiach ubrana na czarno. W gablocie w pokoju nauczycielskim wywieszony napis: „Ktoś inny zmienia świat za ciebie, nadstawia głowę, podnosi krzyk. A ty z daleka, bo tak lepiej i w razie czego nie tracisz nic”. Nie ma szpalerów ani buczenia w czasie egzaminów – bardzo dobrze. Wiem, że są szkoły, w których bez tego się nie obyło. Nauczyciele stanęli przeciw swoim uczniom, wychowankom, żeby ugrać dla siebie podwyżkę. Są szkoły, w których nauczyciele (podobno dostali polecenie z góry) śpiewają piosenki uderzające w rząd, w Prawo i Sprawiedliwość czy w TVP (ale w ogóle nie jest to protest polityczny). Chwalą TVN, dziękują przedstawicielom Platformy Obywatelskiej. Przebierają się za krowy i świnie, by pokazać, że PiS ma pieniądze na zwierzęta hodowlane, a nie ma na nauczycieli (choć tak naprawdę w przypadku krów i świń chodzi o załatwione po latach dotacje unijne, a nie pieniądze z podatków). Sytuacja robi się groteskowa i widać, że część osób chętnie zrezygnowałaby z tego strajku, ale pan Broniarz nie pozwala.

Strajk trwa nieco ponad tydzień. Dzięki „łamistrajkom” takim jak ja udało się zorganizować egzaminy w szkołach – choć widać bardzo wyraźnie, że strajk miał doprowadzić do bojkotu egzaminów, tak by jak najmocniej uderzyć w rząd. Przed nami jeszcze klasyfikacja końcowa klas maturalnych i ich egzamin dojrzałości. Czy strajk będzie trwał nadal? Faktem jest, że część nauczycieli strajkujących powoli odchodzi od tego, wydają się otrząsać z uczuć tłumu podążającego za przewodnikiem. Podobno całe szkoły już rezygnują. Czy odzyskają szacunek uczniów, których naraziły na stres w ich roku egzaminacyjnym? Mam nadzieję, że tak. Czy protest przyniesie zamierzony skutek? Nie sądzę. Oprócz doprowadzenia do zmniejszenia szacunku do nauczycieli (który i tak był mały!) w oczach społeczeństwa może nie przynieść żadnej zmiany.

W efekcie strajku i nienawiści do osób przeciwnych strajkowi wypisałem się z grupy facebookowej „nauczyciele angielskiego”. Była to grupa, na której dzieliłem się pomysłami i z której czerpałem inspirację. Aż do ostatniego czasu, kiedy przestała ona żyć czymkolwiek innym, jak tylko strajkiem. W końcu zostałem tam wyśmiany (katecheta uczy angielskiego) i zwyzywany, i ostatecznie wyszedłem. Z nauczania wychodzić nie zamierzam. Jestem tu dla tych, którzy mnie potrzebują i pozwolili mi to bardzo mocno odczuć. Chętnie zarabiałbym więcej. Ale nie zostawię uczniów – jeszcze raz to powtarzam. I nie pójdę za politycznym zewem Sławomira Broniarza jak te baranki prowadzone na rzeź.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/wiedzy-ksi%C4%85%C5%BCka-biblioteki-okulary-1052010/

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Powrót do postu Daniela

Być może niektórzy czytelnicy pamiętają mój pierwszy wpis dotyczący tzw. postu Daniela. Niektórzy z pewnością trafiają na niego kiedy googlują internet w poszukiwaniu odpowiedzi. To było pięć lat temu, w marcu 2014. Dawno i – wydawać by się mogło – nieprawda. Bo post przeszedłem krótko, potem wróciłem do niezdrowych nawyków żywieniowych i zarówno waga ciała, jak i kłopoty zdrowotne z nią związane, powróciły do poprzedniego stanu. Klasyczny efekt jojo. Poza tym jestem typowym facetem bekonowym, który lubi zjeść wszystko co tłuste, umami i z sosem. Mimo tego ten Wielki Post zaczął się wyjątkowo.

Ponowną fascynację postem Daniela (dziś fachowo nazywa się to „dieta warzywno-owocowa dr Ewy Dąbrowskiej” i – co ciekawe – opatrzone jest znakiem zastrzeżonym) przeżyła moja żona, która wprawdzie sama nie może się w nim zagłębić, bo karmi piersią dziecko czwarte, ale postanowiła przekonać mnie do ponowienia próby, tym razem z naciskiem na przejście wszystkich etapów po kolei i bez naginania zasad. Do dziś bowiem pamiętam, jak wtedy, pięć lat temu, wyglądało moje „wychodzenie” z postu. Skończyłem wyznaczone sobie bodajże dwa tygodnie, kupiłem batonika i kawę, i dostałem takiego kopa że śmiałem się i tańczyłem przez prawie cały dzień. Tymczasem nie na tym polega wychodzenie. W sumie nie na tym polega wychodzenie z jakiejkolwiek diety, ale na poście Daniela, kiedy dostarcza się organizmowi minimum kalorii, a poza tym tylko witaminy i minerały, widać to szczególnie.

Żona przeżyła fascynację i odkryła, że po tych latach kwestie dotyczące postu nieco się zmieniły. Ewa Dąbrowska nadal jest główną osobą dającą wytyczne, ale przedsięwzięcie przejęła jej synowa. Powstały nowe książki, nie oparte już na audycjach z Radia Maryja, lecz profesjonalne poradniki dietetyczne. Kupiliśmy je tuż po środzie popielcowej, ale mój post Daniela zaczął się równo z początkiem Wielkiego Postu. Tym razem postanowiliśmy pójść na całość. Zatem moja dieta oparta na warzywach (niestrączkowych i nie ziemniakach) oraz wybranych owocach (jabłka, grejpfruty, kiwi do smaku i cytryna) zaczęła się w środę popielcową i ma trwać sześć tygodni. Teraz jestem za połową – i jest dobrze. Fascynuje mnie fenomen, że dr Ewa Dąbrowska podkreśliła, że właściwa dieta nie powinna trwać dłużej, niż 6 tygodni. To niemal idealnie tyle, ile trwa Wielki Post. Sześć tygodni mojego postu zakończy się kilka dni przed Wielkanocą. A w Wielkanoc będę mógł nawet zjeść jajko! Z majonezem! Ponieważ jest to jedna z możliwości, które człowiek otrzymuje kiedy zacznie proces wychodzenia z postu Daniela.

Kiedyś nie przypuszczałem, że mogę przetrwać bez jedzenia mięsa nie Wielki Piątek i Popielec, ale także cały Wielki Post. Tymczasem nie jem nie tylko mięsa, ale także chleba, produktów zbożowych i mlecznych, cukrów i ciastek, roślin strączkowych, ziemniaków i większości owoców (które zawierają dużo cukru). I czuję się dobrze – wręcz bardziej wypoczęty i z lepszą kondycją, niż przed postem. Czy mam jakieś problemy? Największy to oczywiście fakt, że nie mam przyjemności z jedzenia. Jak już napisałem jestem fanem umami – mięsa i tłuszczu. Warzywa zjadam bo muszę. Na szczęście nie jestem już dzieckiem, które nie zje brokuła bo jest ble, kropka. Jem warzywa i część potraw, które przygotowuje mi żona jest całkiem smaczna. Mimo tego mam nadal chęć na wieśmaka z frytkami. Albo kawałek ciasta. Mimo tego wyjątkowo nie ulegam pokusom. Postanowiłem i z Bożą pomocą trzymam się postanowienia. Odmawiam konsekwentnie uczniom, którzy co chwila częstują mnie cukierkami albo czipsami. Trochę są zdziwieni, bo zawsze byłem fajnym panem, z którym można było pogadać przy prażynkach – a teraz można tylko pogadać. Ale konsekwentnie tłumaczę, że poszczę i nie robię wyjątków.

Pewnie część z Was zastanawia się nadal o co chodzi z tymi jajkami w majonezie. Jak to możliwe, że tuż po wyjściu ze ścisłego postu można wsuwać majonez i nie mieć efektu jojo? Po pierwsze nie można oczywiście jeść majonezu przez cały czas (tak jak ja, kiedy miałem zaznaczyć „coś, co mógłbym jeść przez cały dzień” wpisałem „majonez kielecki”), lecz w ograniczonych dawkach. Po drugie zaś proces wychodzenia zaczyna się właśnie od dodania do diety jajek i tłuszczu. Dość dużych ilości tłuszczu, ponieważ należy w pierwszej kolejności uzupełnić zasoby energetyczne, które spaliło się w trakcie postu. Co więcej – cukry (w tym pieczywo) wprowadza się bardzo delikatnie dopiero przy końcówce wychodzenia. Dieta warzywno-owocowa ma za zadanie przyzwyczaić nas bowiem do tego, że po poście właściwym sposobem energetyzowania organizmu jest dostarczanie mu tłuszczu. Jak bowiem wiemy dwa składniki odżywcze dostarczają energii organizmowi. Są to tłuszcze i cukry. Cukry są potrzebne głównie przy potrzebie nagłego zastrzyku energii, który nie potrwa długo (patrz – moja przygoda z kawą i batonem). Tłuszcze zaś spalają się długo i są bardziej wydajne, dostarczając energii równomiernie, choć bez nagłych eksplozji energetycznych. Cały post polega tak naprawdę na spalaniu tego tłuszczu (i innych, bardziej groźnych dla zdrowia elementów), które przed postem się w nas odłożyły. Później te tłuszcze należy dostarczać, ale pamiętając o kontrolowaniu się. Nazywa się to dietą ketogeniczną – kiedy to organizmowi dostarcza się duże ilości tłuszczu, a małe węglowodanów i utrzymuje się organizm w żywieniu tłuszczami właśnie. Ostatecznie oczywiście należy przejść na zdrowe żywienie – po procesie wychodzenia bilansuje się dietę (szczególnie polecam tutaj portal vitalia.pl, który pomaga nie tylko schudnąć, ale też utrzymać się przy zdrowym trybie życia).

Czy to znaczy, że już nigdy nie zjem hamburgera w Maku? Nie sądzę. To znaczy, że jeśli będę wystarczająco zdeterminowany, nauczę się to kontrolować. Z Bożą pomocą nauczę się jeść racjonalnie i wypad do McDonalda po drodze na wakacje albo smażona ryba w Broku raz w miesiącu nie spowodują u mnie efektu jojo. Będzie dobrze dopóki będę umiał się kontrolować. Ale jeśli przetrwam bez większych problemów (psychicznych) niemal cały Wielki Post na warzywach, a potem także proces wychodzenia, to wierzę, że uda mi się utrzymać proces zdrowego żywienia w przyszłości. A może nawet wyrobię sobie kondycję fizyczną i stanę się wreszcie szczupłym, wysportowanym i przystojnym mężczyzną? Proszę Was o wsparcie modlitewne. Dziękuję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Warzywa, pobrane ze strony https://pixabay.com/pl/photos/warzyw-warzywo-kosz-%C5%BCniwa-ogr%C3%B3d-752153/
2. Nowe pozycje książkowe dotyczące diety warzywno-owocowej, pobrane ze strony https://bonito.pl/k-1786441-pakiet-dieta-warzywno-owocowa-dr-ewy-dabrowskiej?gclid=Cj0KCQjwyoHlBRCNARIsAFjKJ6DvhpS2-NksODzg1G0hMOUnE5Nj9mJyn4hX6In4jiW0_lvt7C_n4qIaAi9ZEALw_wcB

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Pamiętajmy o modlitwie małżeńskiej

Być może część z Was – tak jak ja czy moja żona – wychowywało się w rodzinach, w których rodzice nie modlili się. Czasem mama odmawiała z dziećmi pacierz, czasem – rzadziej – robił to ojciec, czasem jedno z nich, albo każde z nich, modliło się samo, ale czy w Waszych rodzinach istniała modlitwa małżeńska?

Małżonkowie w dniu ślubu przysięgali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. W tym dniu zaprosili też Boga do własnego małżeństwa – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Oczywiście z góry można założyć, że ogromna większość nowozaślubionych ten fakt ma w głębokim poważaniu. A jednak małżeństwo to związek dwójki osób zawierany wobec Boga i Kościoła, bez względu na to, czy ktoś do tego przykłada wagę, czy nie. Osoby, które zdają sobie z tego sprawę i dla których to ma znaczenie, powinny pamiętać o codziennej modlitwie, o rozmowie z Bogiem i dziękowaniu Mu za swoje małżeństwo. Ale w tym przypadku osobista modlitwa indywidualna nie wystarczy. Jako małżeństwo ludzie stają się jednością. Ich łączność z Bogiem też w dużej mierze staje się wspólna. Dlatego również modlitwa powinna być wspólna. Nie wyłącznie wspólna – ale również wspólna, poza modlitwą osobistą. Czymś naturalnym dla katolickiego małżeństwa powinno być stawanie przed Bogiem we dwoje i wspólne powierzanie Mu swojego życia, swojej rodziny i wszelkich swoich kłopotów.

Jeśli ktoś jest w Domowym Kościele wie doskonale, że wspólna modlitwa małżeńska jest jednym ze zobowiązań. Ani w Domowym Kościele, ani poza nim nie należy jednak traktować takich zobowiązań jako przykrego obowiązku. Zobowiązania to wskazówki, które pokazują nam, jak należy postępować, żeby dobrze żyć. Oczywiście – w DK spełnianie zobowiązań jest obowiązkiem, ale nie może ono wynikać wyłącznie z poczucia obowiązku. Jest to zasada wynikająca z miłości i bezpośrednio ze złożonej przysięgi małżeńskiej. Modlitwa małżonków zbliża ich do siebie, czasem pomaga załagodzić konflikty i zjednoczyć ich na nowo.

Co jednak zrobić, jeśli tej modlitwy nie ma, ponieważ trudno jest uzyskać jedność małżeńską? Jeśli jedno z małżonków odczuwa potrzebę modlitwy, ale drugie jej odmawia? Na pewno dobrą drogą nie jest uskarżanie się wobec znajomych, że „chciałbym/chciałabym modlić się razem, ale mój współmałżonek odmawia”. To może doprowadzić tylko do jeszcze większego zamknięcia się małżonka. O wiele lepszym rozwiązaniem jest konsekwentne podchodzenie z miłością, szacunkiem i uprzejmością do żony czy męża i codzienne proszenie o wspólną modlitwę. Robienie tego każdego dnia o tej samej porze, przebijanie się przez gniew czy obojętność, a czasem siadanie obok, przytulanie się i cicha modlitwa obok współmałżonka. Oczywiście nie daję gwarancji, że ten sposób przyniesie oczekiwany rezultat. Ale przynajmniej doprowadzi do oswojenia się z mężem czy z żoną, którzy od dawna mogą wydawać się obcy. I warto bez nacisku pokazywać, że na tej jedności szczególnie nam zależy. Takie zachowanie przyniesie owoce.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: https://foter.com/photo2/senior-couple-embracing-on-bridge/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Dlaczego nie poprę protestu nauczycieli

Nauczyciel to w Polsce zawód mało (za mało) poważany. Nie cieszy się zbyt wielką renomą, a im więcej mija pokoleń, tym bardziej wydaje się, że ludzie mają roszczeniowe spojrzenie na nauczycieli. Rodzice chcieliby, żeby ich dzieci były traktowane z największym szacunkiem (choć często sami nie szanują, jak również nie uczą szacunku tych dzieci), a jeśli zechce się wystawić komuś ocenę niedostateczną, trzeba uargumentować, że zrobiono naprawdę wszystko, by do tego nie doszło (nie, nie wystarczy, że uczeń nic nie umie). Do tego pieniądze, które zarabiają nauczyciele są naprawdę niewielkie i z jednej nauczycielskiej pensji nie utrzyma się rodziny – co najwyżej samego siebie, i to nie na wysokim poziomie. Fakt istnienia ferii i wakacji sprawia, że nauczycieli traktuje się jak pasożytów, nierobów i roszczeniowców. To wszystko to nie jest moja opinia – to powszechna opinia, którą można usłyszeć wśród nauczycieli. I oczywiście, że nie wszyscy tak uważają. Znam mnóstwo uczniów i ich rodziców, którzy traktują nauczycieli z ogromnym szacunkiem. Ale jednak mnie, jako nauczyciela, tzw. protest nauczycieli nie dziwi.

Mimo wszelkich niedogodności nie zamierzam jednak przyłączać się do żadnego protestu nauczycieli i nie planuję iść na jakiekolwiek lewe zwolnienie lekarskie. Co więcej – nawet gdyby w placówce, w której pracuję, ogłoszono protest L4, byłbym z pewnością jedną z osób, które mimo wszystko przyszłyby do pracy. Dlaczego? Ponieważ ilekolwiek nie zarabialibyśmy, oraz jakkolwiek nie bylibyśmy traktowani, wciąż pozostajemy nauczycielami – osobami odpowiedzialnymi za edukację i wychowanie, ale też za radość, spokój, zdrowie psychiczne i mądrość naszych uczniów. Dzieci, które uczymy, są naszą odpowiedzialnością. Skrajnym brakiem szacunku do nich jest protestowanie w sposób, jakim jest chodzenie na fałszywe zwolnienia lekarskie. Nie chcę się dziś zagłębiać w politykę i rozwodzić się nad tym, że gdy u władzy była PO, to Związek Nauczycielstwa Polskiego nie wchodził w żadne protesty. Bo to nie ma znaczenia. Nasze zarobki są śmieszne i komfort pracy też jest śmieszny. Znaczenie ma to, za kogo wzięliśmy odpowiedzialność.

Przez protest nauczycieli w pewnej szkole odwołano próbną maturę. Stracili na tym uczniowie. W niektórych szkołach przełożono – albo w ogóle odwołano – studniówki. Kto na tym ucierpiał? Oczywiście uczniowie. Przed świętami przygotowywano jasełka, wigilie klasowe – które nie odbyły się, ponieważ nauczyciele „zachorowali”. Ucierpieli na tym, a jakże, uczniowie! Teraz ZNP straszy, że jeśli nie dostaną podwyżek, których żądają, to „zachorują” w trakcie matur, co sprawi, że matury nie będą mogły się odbyć. Próbują tym zastraszyć rząd. Ale cierpią tylko uczniowie i ich rodzice! Proszę zwrócić przy tym również uwagę na przedszkola, które musiały prosić rodziców o zapewnienie swoim dzieciom opieki, ponieważ większość ich pracowników poszła nagle na L4. Oczywiście, że ucierpiały na tym dzieci oraz ich opiekunowie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która powoduje u mnie dyskomfort w kwestii protestów. To, że nauczyciel jest wychowawcą, a wychowawca uczy mądrości i uczciwości. Tymczasem jeśli w danej placówce większość nauczycieli nagle idzie na zwolnienie lekarskie, oczywistym jest, że te zwolnienia lekarskie są nieprawdziwe. Nauczyciel idąc do lekarza oszukuje. Lekarz, wystawiając zwolnienie, również oszukuje. Uczniowie, którzy muszą zostać w domu, widzą to oszustwo, doskonale się orientują że te wszystkie zwolnienia nie są związane z prawdziwą chorobą. Tym samym uczą się, że jeśli chcą coś załatwić lub na kimś wymóc, powinni oszukiwać. Że jest to coś dobrego, skoro ich nauczyciele tak robią. Wszyscy znamy historie o dzieciach, które – jeśli nie chciały iść do szkoły – udawały chorobę, rozgrzewały termometr itp. Wiedzieliśmy, że jest to niedobre. Teraz nagle okazuje się, że jest to jak najbardziej dobrze, jeśli tylko chcemy wymóc na rządzie danie nam podwyżki.

Nie jestem zadowolony z pieniędzy, jakie zarabiam jako nauczyciel. Z tego, że żeby żyć na poziomie lepszym niż „od pierwszego do pierwszego” z czwórką dzieci muszę pracować na dwa etaty i w efekcie dla tych dzieci nie mieć już w ogóle czasu. I chcę, by nauczyciele byli bardziej poważaną oraz lepiej zarabiającą grupą zawodową. Ale nie zgadzam się na robienie tego kosztem dzieci – naszych wychowanków! Musimy dawać im dobry przykład i uczyć ich dobrych zachowań – w tym również poświęcenia kosztem samego siebie. Dlatego, jeśli miałbym być jedynym nauczycielem „zdrowym” w całej szkole, to będę nim. I nie wezmę udziału w proteście.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/szko%C5%82y-nauczyciel-edukacja-asia-1782427/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

W nowym roku postaw na relacje

Koniec roku zawsze skłania do refleksji i układania postanowień. Ile razy słyszeliśmy już to wyświechtane hasło? Co więcej – z pewnością wielu z nas słyszało też, że hasło jest wyświechtane. To taki chwyt retoryczny, żeby wmanewrować się w tekst o końcu roku starego i początku nowego. Ale – nie oszukujmy się – czy korzystamy z chwytów retorycznych, czy nie, zazwyczaj decydujemy się w ostatnich dniach roku na przemyślenie tego, co było dobre i tego, co mogłoby być lepsze.

Nowy rok staje się dla nas punktem zwrotnym, choć może być nim każdy inny dzień w roku. Dla niektórych są to urodziny, dla innych początek urlopu, dla kolejnych po prostu dzień, w którym decydują się na wprowadzenie zmian. Czy łatwiej jest to zrobić na początku roku? Jest to z pewnością łatwe źródło zarobku dla klubów fitness czy siłowni, klubów tańca i tym podobnych, które na początku roku zaliczają znaczący wzrost zarobków spowodowany postanowieniami noworocznymi. Najlepiej mają te, w których trzeba założyć karnet płatny co miesiąc – większość postanowień odrzucana jest po pół roku, ale już jedna czwarta po pierwszym tygodniu! Jeśli podpiszesz umowę z siłownią na rok, ta zarobi na tobie na czysto przynajmniej przez kilka miesięcy.

Czy nie warto zatem decydować się na noworoczne postanowienia? Z pewnością nie warto rzucać się na głęboką wodę i wchodzić w coś, z czym nie miało się żadnego związku przez lata. Jeśli przez ostatnie trzy lata nic nie przeczytałeś, nie podejmuj wyzwania „przeczytam 52 książki w 2019 roku”. Jeśli od 10 lat nie możesz schudnąć, nie zakładaj, że od tej pory „10 razy w tygodniu fitness, sport”. Ale warto zająć się swoim życiem na nowo, tylko zaczynając od korzeni, a nie od tego, co widać na wierzchu. Warto zacząć od relacji.

Przede wszystkim trzeba poukładać relacje w odpowiedniej kolejności. Warto przypomnieć sobie, że osoby, które są najważniejsze w naszym życiu, zasługują na największą ilość miejsca (nie zawsze przełoży się to na czas) w tym życiu. Trzeba siebie zapytać: kto jest dla nas najważniejszy? My, chrześcijanie, nie powinniśmy mieć co do tego wątpliwości: najważniejszy jest Bóg. Tak, kolejne wyświechtane hasło. Wyświechtane dopóty, dopóki nie zaczniemy tego realizować w naszej codzienności. Dlatego w pierwszej kolejności w nowym roku warto postawić na swoją relację z Panem Bogiem. Codzienna modlitwa, poświęcenie przynajmniej 15 minut na osobiste spotkanie z Panem – to nasza chrześcijańska konieczność. Nie różaniec odmawiany w autobusie, nie seria aktów strzelistych, lecz wygospodarowanie kwadransa na rozmowę z Panem i wysłuchanie tego, co chce nam powiedzieć. Po to, by ostatecznie wdrożyć się w stałą świadomość Jego ciągłej obecności w naszym życiu – ale bez pomijania tego rytuału codziennego spotkania.

Druga po Bogu jest nasza rodzina. Współmałżonek, a po nim dzieci. Dlatego należy zastanowić się nad tym, czy nie warto na przykład poświęcić większych zarobków na korzyść spotkania z bliskimi. Sam jestem przykładem osoby pracującej na dwa etaty, która wraca do domu po 20. Z dziećmi jestem wtedy, gdy odwożę i przywożę je do szkoły oraz przy wieczornej modlitwie. Co z tego, że finansowo nie żyjemy w biedzie, jeśli to tak naprawdę wyniszcza relacje w naszej rodzinie? Nie mam czasu pójść z żoną na randkę, nie mogę bawić się z dziećmi. Jak wiele osób jest w podobnej sytuacji? Doskonałym pomysłem na nowy rok jest zostawienie tego, przejście na jeden etat i wykorzystanie „nadmiaru” czasu na bycie ze swoimi bliskimi.

W trzeciej kolejności nie zapomnijmy o sobie! Owszem, w skład tego „nie zapominania” wejdzie dbanie o kondycję, zdrowe żywienie itp., co zawiera się często w postanowieniach noworocznych. Ale nie pomijajmy też możliwości relaksu, rozwijania swoich zainteresowań, a nawet czasu spędzanego sam na sam ze sobą. Tak, bez żony/męża, dzieci i myśli o pracy (bo przecież w samochodzie do pracy jesteśmy „sam na sam ze sobą”, ale nawet o tym nie myślimy). Może warto zastanowić się nad rozpoczęciem nowych studiów albo nad weekendowym wypadem do SPA? To przełoży się też na relacje rodzinne – pod warunkiem, że one będą nadal na wyższym miejscu niż skupienie nad samym sobą.

Na koniec pozostają relacje z wszystkimi innymi. Nie chodzi tylko o uprzejmość i wyuczone „dobre wychowanie”. Chodzi o realne relacje z innymi osobami, które mają znaczenie w naszym życiu. Mnie jest łatwiej o tym mówić niż innym, bo jestem nauczycielem i wychowawcą. Mam klasę i jestem za nią odpowiedzialny. Ale przez to, że mam dwa etaty, nie mogę się dostatecznie skupić na wszystkim, co mam do zrobienia – a przede wszystkim na wszystkich osobach, które na mnie polegają. W innych, nienauczycielskich zawodach, także ma się kontakt z ludźmi. Pielęgniarki, policjanci, bibliotekarze – wszyscy pracują z innymi. Ludźmi wokół nas są też nasi rodzice i dalsza rodzina. Warto zastanowić się, czy poświęcamy im wystarczająco dużo energii. A może, z jakiegoś powodu, babcia naszych dzieci nadal jest dla nas ważniejsza niż te właśnie dzieci lub nasz współmałżonek? I wypadałoby się – ponownie – zastanowić nad ustawieniem relacji w odpowiedniej kolejności.

Chciałbym schudnąć i przeczytać w tym roku więcej książek. I nie wykluczam, że mogę to zrobić. Jednak przede wszystkim w nowym roku chcę poukładać swoje relacje i zrezygnować z nadmiaru obowiązków zawodowych. Polecam skupienie się na podobnych postanowieniach noworocznych. Jest szansa, że dzięki temu zaoszczędzimy na karnecie na siłownię, na którą będziemy chodzić tylko przez pierwszy miesiąc.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Jak rozumieć przypowieść o talentach

Przypowieść o talentach zawsze zajmowała jedno z pierwszych miejsc wśród moich ulubionych i najważniejszych dla mnie fragmentów Pisma Świętego. Dla wielu chrześcijan niezrozumiałe pozostaje to, dlaczego gospodarz ukarał człowieka, który zachował swój talent i oddał go w całości, zamiast go pomnożyć. Ja jednak patrzę na to szerzej i widzę, dlaczego gospodarzowi podoba się – wyłącznie – rozmnażanie talentów, a nie zagrzebywanie ich w ziemi.

Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał.

W czasach Chrystusa talent oznaczał bardzo dużą sumę pieniędzy. Powyższy wstęp do przypowieści rozumiemy więc dosłownie jako rozdysponowanie swojego majątku na czas wyjazdu gospodarza. Jednak nie przypadkiem słowo „talent” w dzisiejszych czasach rozumiane jest jako zdolność czy umiejętność, najczęściej wrodzona. Oczywiście połączenie to związane jest właśnie z przypowieścią, której – jak żadnej innej przypowieści – nie należy rozumieć wyłącznie dosłownie. Jezus, mówiąc o talentach, nie miał na myśli dużych sum pieniężnych, lecz wszystko to, co otrzymaliśmy od Boga, czy – węziej – co Jego uczniowie otrzymali od Niego. Zatem rozumienie talentów jako umiejętności jest dobre – ale wciąż za wąskie. Może ono bowiem dotyczyć wszystkiego, w tym misji wyznaczonych nam przez Chrystusa: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” czy „Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem”. Oczywiście rozumienie słowa talent jako umiejętność jest też uzasadnione bezpośrednim pojawieniem się w przypowieści słowa „zdolności” obok słowa „talent” („Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności”). Zatem szersze rozumienie nie wyklucza węższego.

Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana.

Tu pojawia się informacja, co słudzy zrobili ze swoimi talentami – i co możemy zrobić ze swoimi my. Możemy je rozmnażać, a więc rozwijać, działać w celu zmaksymalizowania ich wartości. Możemy też „zakopać je”, czyli ukryć gdzieś głęboko, udawać że nie istnieją, lub tak długo zwlekać z rozwijaniem ich, że wreszcie będzie za późno. Zakopywanie talentu, by wydobyć go nienaruszonym, wcale nie jest dobrym pomysłem.

Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!”

Przed tym fragmentem pada najważniejsze pytanie: czyje są te talenty, które otrzymali słudzy? Czyje są te talenty, które otrzymaliśmy my? Czy są one nasze – czy są one tych sług? Teoretycznie – tak. Gospodarz dał swoje talenty sługom i to oni nimi dysponowali. Trzeba jednak zauważyć, że tak naprawdę wszystkie talenty = i te otrzymane, i te rozmnożone – dwaj słudzy przynieśli panu, gdy ten wrócił z podróży. Zatem nie jest prawdą, że to, co otrzymujemy od Boga jest nasze. To nadal należy do Boga. Każdy powierzony nam przez Niego skarb jest jednocześnie nasz i jednocześnie Jego. My posiadamy talenty, rozwijamy je według własnych zdolności, ale kiedy przyjdzie czas, pokażemy Bogu, co z nimi zrobiliśmy. I – jeśli rozwiniemy je dobrze – Bóg będzie z tego zadowolony tak, jak z tych dwóch sługów zadowolony był ich gospodarz.

Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. 25 Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!” Odrzekł mu pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność”.

Tu pojawia się trzeci sługa, ten, który nie rozmnożył majątku, lecz go zakopał. Zagrał bardzo asekuracyjnie, co nie wyszło mu na dobre. Wiele osób denerwuje się postawą gospodarza – sądzą, że powinien się zlitować nad sługą, który przecież zajął się jego własnością i niczego nie stracił. Prawda jest jednak taka, że nie o to gospodarzowi chodziło. Nie o to chodzi Bogu, byśmy zagrzebywali nasze zdolności w sobie i pilnowali tylko, żeby nic nie uronić. Po to są te talenty, by je rozwijać – a na końcu pokazać gospodarzowi, a w naszym przypadku Bogu.

„Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”.

I teraz – na koniec – dowiadujemy się, że gospodarz jednak te talenty, które słudzy rozmnożyli, oraz talent tej osoby, która go nie rozmnożyła, przekazuje ponownie sługom. Jest to swoisty rodzaj nagrody za lojalną pracę i wysiłek włożony w rozwój talentów. Co to oznacza dla nasz? To, że jeśli otrzymaliśmy zdolności, powinniśmy je rozwijać na chwałę Pana, a na końcu w zamian zostaniemy nagrodzeni. Jeśli jednak zaszyjemy nasze zdolności w sobie, koniec który nas czeka nie będzie pozytywny.

Czyli należy rozwijać otrzymane talenty. Ale – najważniejsze – należy je rozwijać na chwałę Boga. Nie może to być rozwój w byle jakim kierunku. Jeśli Bóg pozwolił nam pisać, śpiewać, grać na instrumentach – powinniśmy rozwijać te umiejętności po to, by nieść innym Królestwo Boże. Nie dla własnej przyjemności, nie dla spełnienia własnych ambicji, ani nie dla zysku. Tylko i wyłącznie dla Bożej chwały. Bo słudzy, pomnażając majątek gospodarza, pomnażali go dla niego. Nie wiedzieli wtedy, że wszystko otrzymają z powrotem. Jeśli śpiewasz – śpiewaj Panu jak Dawid. Jeśli grasz – graj ku Jego czci. Jeśli piszesz – pisz tak, by przekazać Go innym w swoim pisaniu. I niech to nie będzie postanowienie tylko na okres adwentu, ale na całe życie.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: https://foter.com/photo2/portrait-of-young-woman-with-guitar/

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Opiekun na całe życie

Chrzest święty jest uważany przez wielu za najważniejszy sakrament, ponieważ to on włącza nas do życia Bożego i otwiera drogę do zbawienia. Chrzcząc własne dzieci wybieramy dla nich dwa rodzaje duchowych opiekunów. W pierwszej kolejności jest to wybór rodziców chrzestnych – tych, którzy będą odpowiedzialni za prowadzenie swoich chrześniaków w wierze i pomoc w budowaniu jej, również wtedy, kiedy rodzice nie podołają temu zadaniu. Trzeba pamiętać jednak, że chrzestni są tylko ludźmi, śmiertelnikami, i nawet wybór najświętszego ze swoich znajomych może w przyszłości okazać się utrudnieniem dla budowania wiary. Człowiek bowiem może wybrać w swoim życiu dowolną drogę i osoba, która wydawała się nam idealnym katolikiem w pewnym momencie może skręcić w zupełnie inną stronę. Na szczęście chrzcząc wybieramy jeszcze innych opiekunów – są nimi święci patronowie.

Należy przyznać, że często nie myśli się o tym tak, jak o doborze chrzestnych. Ale prawdą jest, że istnieje obcowanie świętych, a więc osoby, które przeżyły swoje życie w świętości, w przyjaźni z Bogiem, a teraz są już zbawione, przebywają także wśród nas i troszczą się o nas. Są naszymi orędownikami u Boga. A nadając dziecku konkretne imię wybieramy mu też konkretnego patrona. Oczywiście – nie zawsze. Czasem podoba się nam imię, które nie należało nigdy do żadnego świętego. Wtedy też możemy znaleźć patrona dla swojego dziecka, choć nie będzie ono nosiło jego imienia. My jednak od pierwszego momentu, kiedy postanowiliśmy być ze sobą, zdecydowaliśmy się na nadawanie naszym dzieciom imion, które pociągają za sobą obecność świętych orędowników w ich życiu. I za każdym razem są to dwa imiona, żeby można było się zwracać o pomoc od razu do dwójki świętych.

Nasz najstarszy syn, Gabriel Michał, nosi imiona nawet nie świętych Pańskich, lecz potężnych Bożych archaniołów. Kiedyś, kiedy byłem młodszy, chciałem mieć trzech synów noszących imiona trzech archaniołów. Ostatecznie po dyskusji z żoną zdecydowaliśmy się na nadanie jednemu synowi dwóch z tych imion. Gabriel znany jest jako posłaniec, który przekazywał dobrą nowinę Maryi, ostrzegał Józefa przed Herodem czy spotykał się z Zachariaszem. Michał to książę Bożych zastępów, ten który w ostatecznej walce zgniata szatana. Oczywiście u Boga nie jest tak, że aniołowie są więksi od Jego świętych. Dlatego to nie powoduje, że nasz najstarszy syn ma w jakiś sposób lepszych patronów niż jego rodzeństwo.

Nasza pierwsza córka nosi imiona Natalia Agnieszka. Zdarzyło mi się słyszeć, że jako jedyna z naszych dzieci nie nosi imienia bezpośrednio kojarzącego się w sposób święty. Rzeczywiście – jej patronki nie są wspominane w Piśmie Świętym, ponieważ żyły już później, niż Jezus i Jego bezpośredni uczniowie. Nie znaczy to jednak, że nie są one dobrane w sposób jak najbardziej przemyślany. Święta Natalia z Kordoby, wspominana 27 lipca, nie jest tak znana jak jej imienniczka, święta Natalia z Nikomedii. Żyła ze swoim mężem Aureliuszem w Hiszpanii IX wieku, kiedy to tamten teren opanowany był przez muzułmanów. Oboje byli chrześcijanami, ale w obawie przed Arabami udawali muzułmanów. W pewnym momencie jednak Aureliusz przeżył przemianę, gdy ujrzał swojego współwyznawcę biczowanego za to, że ten przyznał się do swojej wiary. Od tamtej pory Natalia i Aureliusz zaczęli głośno wyznawać swoją wiarę, wyrzekając się islamu, za co zostali ostatecznie skazani na śmierć. Święta Agnieszka Rzymianka jest bardziej znana od Natalii. Zginęła jako ok. czternastoletnia dziewczyna w Rzymie, po tym, jak odmówiła wyjścia za polecanego jej mężczyznę, gdyż – jak miała mówić – była zaręczona „z innym, który jest o wiele bogatszy” – czyli oddała swoje życie Chrystusowi. Została za to zamordowana i stała się wzorem dla młodych kobiet oddających się Bogu.

Drugi syn ma na imię Piotr Łukasz. Oba te imiona i obaj patroni opisani są w Piśmie Świętym. Święty Piotr to najważniejszy z uczniów Chrystusa, ten, który się Go zaparł, ale i wyznał miłość. Który wziął na siebie przywództwo Kościoła i przyjął klucze Królestwa Niebieskiego. I który ostatecznie został – jak przekazuje tradycja – pierwszym papieżem, czyli biskupem Rzymu. Święty Łukasz to z kolei jeden z ewangelistów. Choć nie należał do grona dwunastu apostołów, był jednym z najwierniejszych uczniów świętego Pawła, a oprócz ewangelii spisał też jej kontynuację – Dzieje Apostolskie.

Wreszcie nasza najmłodsza – jak do tej pory – latorośl, Maria Magdalena. Wspominam z uśmiechem moment, kiedy urodził się nasz pierwszy syn i powiedziałem znajomej ze studiów teologicznych, że będzie miał na imię Gabriel Michał. Ta roześmiała się i zażartowała, że jak będę miał córkę, to pewnie nazwę ją Maria Magdalena. Mnie też to rozbawiło – bo taki właśnie miałem plan. Łatwo jest zinterpretować źródło tych imion. Święta Maria Magdalena (uproszczona wersja właściwego imienia i miejsca pochodzenia: „Maria z Magdalii”) była jedną z najbliższych współpracownic Jezusa Chrystusa podczas Jego ziemskiego pielgrzymowania. Utożsamia się ją często z postacią jawnogrzesznicy, która – uratowana przed kamienowaniem – ruszyła za Chrystusem, więcej nie grzesząc. Ona też miała obmyć Jego nogi wonnym olejkiem. Jako pierwsza miała ujrzeć Chrystusa żywego po zmartwychwstaniu. Choć nie było kobiet wśród dwunastu apostołów – Maria Magdalena byłaby pierwsza, gdyby było to możliwe.

Ale byłby ze mnie wyrodny ojciec, gdybym wszystkie swoje dzieci obdarzył orędownictwem dwójki świętych patronów, a najmłodszą córkę tylko jedną – choćby nie wiem jak wspaniałą. Dlatego Postanowiłem odszukać jeszcze kogoś, kto mógłby wstawiać się u Boga za naszą córką. I tak, obok świętej Marii Magdaleny, Marysia dostała za patronkę świętą Magdalenę z Nagasaki. Wybór tej świętej był dla mnie wielką radością, ponieważ sam kiedyś przeżywałem fascynację Japonią i pragnąłem jechać tam jako misjonarz. Magdalena była Japonką urodzoną w Nagasaki, wywodzącą się z rodziny chrześcijańskiej. Po przybyciu augustiańskich misjonarzy do Japonii sama wdziała ich habit i służyła przy kilku ojcach misjonarzach. Wszyscy oni zginęli w Nagasaki śmiercią męczeńską. Ona sama, po tym jak opowiedziała się przed lokalnymi władzami jako chrześcijanka, była torturowana i ostatecznie zginęła na narzędziu tsurushi. Zmarła w 1634 roku.

Wspomniałem o kluczu doboru imion w naszej rodzinie. Zawsze pamiętamy, by przed pojawieniem się dziecka „po tej stronie brzucha” odpowiednio przemyśleć wybór świętych, którzy będą czuwać nad jego życiem. Wiem, że to bardzo ważne, by można było się zwrócić do konkretnej osoby, którą rodzice wybrali na patrona – lub którą sami sobie wybraliśmy przy bierzmowaniu. A teraz, w Noc Wszystkich Świętych, warto tym bardziej przypomnieć sobie o swoich świętych patronach, spojrzeć na nich jako na wzór wiary i podziękować Bogu, że postawił ich na naszej drodze.

____________________________________

We wpisie wykorzystano obraz świętej Magdaleny z Nagasaki pochodzące ze Wikipedii, za:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Magdalena_z_Nagasaki
http://www.vatican.va/roman_curia/congregations/cevang/pont_soc/pospa/documents/rc_pospa_doc_20020415_pms-directory-asia_it.html

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Konflikt interesów po brytyjsku

Jak bardzo można zagubić się, kiedy chce się żyć, ale tworzy się i propaguje w swoim środowisku cywilizację śmieci? Przekonali się o tym w ostatnim czasie Brytyjczycy. Ci, którzy chwalą się z dumą tym, że aborcja jest w ich kraju legalna do 24 tygodnia ciąży, właściwie bez podawania jakiejkolwiek przyczyny. A ostatnio, pod koniec sierpnia, wprowadzili nawet rozporządzenie, że kobieta chcąca dokonać wczesnej aborcji może zrobić to (zażywając tabletkę wczesnoporonną) w domu, w ogóle nie wybierając się do kliniki – ale w razie potrzeby może poprosić, by personel medyczny towarzyszył jej i w domu. W tym samym czasie ci sami Brytyjczycy przyjmują w swoich miastach i wioskach setki i tysiące muzułmańskich przybyszów, często błędnie nazywanych uchodźcami. Podczas gdy w Polsce osób tak bardzo obcych nam kulturowo jest wciąż niewiele, w Wielkiej Brytanii część mniejszych społeczności jest już przejęta przez rodziny muzułmańskie, a w Londynie przybyszów (nie Polaków) jest tak wielu, że wybrano sobie muzułmanina na burmistrza. Zatem Wielka Brytania – kraj o tak bogatej kulturze i historii – a teraz także Irlandia (do niedawna kraj ultrakatolicki) nie tylko chwali się dostępnością aborcji, ale i akceptacją dla przybyszów z krajów odległych kulturowo.

A jednak sama Gazeta Wyborcza podniosła ostatnio alarm. Otóż, jak piszą w swoim artykule o aborcji w Wielkiej Brytanii: „W tradycyjnych społecznościach imigrantów wiele kobiet przerywa ciążę, jeśli badania prenatalne wykażą, że ma się urodzić dziewczynka”. Otóż „tradycyjne społeczności imigrantów”, czyli napływowa ludność z bliskiego wschodu i Afryki, wykorzystują wczesne testy z krwi, mające stwierdzić czy dziecko nie jest chore na jakąś chorobę genetyczną. Jednak „kobiety z rodzin imigrantów, szczególnie pochodzących z Pakistanu, Afganistanu i Bangladeszu” – jak podkreśla Gazeta Wyborcza – wykorzystują dostępność tych testów do sprawdzenia, jakiej dziecko jest płci. I decydują się na aborcję, kiedy okazuje się, że to dziewczynka. Właśnie dlatego, że w tychże tradycyjnych społecznościach imigrantów tradycją jest to, że kobieta jest nieopłacalna, niewartościowa i przynosi rodzinie wstyd. Kiedy ma się syna, można go drogo sprzedać do ożenku. Kiedy ma się córkę, oznacza to duże dopłaty. A ponieważ teraz imigranci mieszkają w Wielkiej Brytanii, gdzie testy prenatalne i aborcja są ogólnie dostępne, mogą wykorzystać to do posiadania synów, a nieposiadania córek.

Sytuacja w Wielkiej Brytanii staje się więc niezwykle gęsta, nawet eksperci biją na alarm. Bo przecież jednocześnie Brytyjczycy starają się być społeczeństwem profeministycznym, co oznacza pozwolenie na aborcję praktycznie bez powodu; jednocześnie próbują być otwarci na inność i na przybyszów z zewnątrz, w tym także w całości na ich kulturę; ale jednocześnie zorientowali się, że przez połączenie tych dwóch tolerancji stanęli w pozycji patowej. Bo jak bronić feminizmu, jeśli w wyniku aborcji giną głównie kobiety – i to właśnie dlatego, że są kobietami? W sprawie protestuje minister ds. kobiet i równości w brytyjskim gabinecie cieni Naz Shah (sama będąca Brytyjką pochodzenia arabskiego, która część swojego życia spędziła w Pakistanie). Twierdzi ona, że rząd brytyjski musi natychmiast wprowadzić ograniczenia w prawodawstwie, by nie była legalna aborcja ze względu na płeć dziecka. Podkreślić jednak należy, że jeśli aborcja może być dokonana równie dobrze przez wzgląd na problem psychiczny związany z posiadaniem dziecka, to dlaczego miałaby być nielegalna ze względu na problem psychiczny związany z posiadaniem dziecka płci żeńskiej?

Wielka Brytania jest w kropce. Ale do tej kropki sama się doprowadziła przez swoją edukację seksualną, dostępność aborcji i otwartość na imigrantów (w tym także na Polaków, ale to nie oni stanowią w tym przypadku największy problem). Ma prawdziwy konflikt interesów: pozwolić na aborcję i na kultywowanie własnych tradycji przez imigrantów, a przez to żyć w świadomości wybijania osób płci żeńskiej, czy zakazać aborcji (w pewnych warunkach), a tym samym ograniczyć możliwość kultywowania tradycji, ale przynajmniej żyć z czystym sumieniem, myśląc że aborcja w tym samym stopniu dotyczy mężczyzn i kobiet?

Należy tylko mieć nadzieję, że w Polsce nigdy nie będziemy musieli stanąć przed podobnym dylematem. Że zarówno aborcja, jak i napływ imigrantów z krajów obcych nam kulturowo będą jak najmocniej ograniczane. A za Wielką Brytanię – kraj piękny i godny podziwu – należy się po prostu modlić.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/budka-telefoniczna-czerwony-londyn-768610/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Skończmy z hipokryzją

W Kościele katolickim jest naprawdę bardzo wielu ludzi. W Polsce podobno ponad 90% osób przynależy do tej instytucji. Są wśród nich oczywiście tacy, którzy nie kryją swojego oburzenia, że zostali wciągnięci do Kościoła przez chrzest, przy czym nikt nie zapytał ich o zdanie, a teraz tkwią w nim i w statystykach właśnie. Ogromna jednak grupa osób nigdy nie powie, że to źle, że zostali wprowadzeni do Kościoła. Ci bowiem czują się katolikami i są z tego nawet dumni, ponieważ jest to element naszej narodowej tradycji. Z jednym zastrzeżeniem: są wierzący, ale niepraktykujący. Albo jeszcze inaczej – czasami są nawet praktykujący, skoro taka jest tradycja, często już jednak niewierzący.

Wśród tych osób jakże wiele jest takich, które należały do gorliwej części Kościoła na jakimś etapie swojego życia. Wspólnoty, oazowe wyjazdy, spotkania na Lednicy czy pielgrzymki – to była część ich życia. A potem, chcąc nie chcąc, zaczynają działać trochę niedojrzale i postanawiają wziąć ślub. Oczywiście kościelny, katolicki – choć np. jeszcze przed ślubem zachodzą w ciążę. Tak oto podejmują decyzję o małżeństwie pod wpływem ciąży. Co samo w sobie nie musi jeszcze przecież oznaczać, że małżeństwo jest nieważne. Przecież można podjąć prawdziwą decyzję o miłości nawet kiedy coś nad nami wisi. Można to zrobić właśnie dlatego, że sytuacja tego wymaga – i może być to szczere. Ale skupmy się przez moment na jednym z elementów przysięgi składanej w czasie katolickiego ślubu. Ksiądz pyta: „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”, a zawierający sakramentalny związek małżeński odpowiadają: „Chcemy”. Czy jednak, powiedzmy sobie szczerze, nie znacie ani jednego małżeństwa, które – wziąwszy ślub będąc w ciąży – nie miało już nigdy potem ani jednego dziecka? „Nie oceniaj” – możecie mi powiedzieć, i macie rację, bo czasem może być przecież tak, że po urodzeniu pierwszego dziecka kobieta nie była w stanie zajść w ciążę po raz drugi. Co oznacza, że Bóg w oczywisty sposób nie obdarzył ich potomstwem, zatem przysięga została spełniona. Ale nie jest tak w każdym przypadku. Co za tym idzie – małżonkowie, którzy z premedytacją unikają zajścia w ciążę po raz drugi, łamią przysięgę małżeńską. Są hipokrytami. A jeśli szli do ślubu z założeniem, że „wpadkowe” dziecko jest ich ostatnim, to również ich małżeństwo jest nieważne i nigdy nie zostało zawarte.

Ale weźmy pod uwagę inny przypadek. Małżonkowie doczekują się potomstwa. Wcześniej wzięli ślub i złożyli tę samą przysięgę – że swoje dzieci wychowają po katolicku. Czyli w zgodzie z katolicką wiarą, przekazując odpowiednie wartości. W związku z tym (a może jednak nadal z wielowiekową tradycją) zanoszą to potomstwo do chrztu. Wybierają mu chrzestnych i – zgodnie z procedurą, która pozwala na chrzest niemowląt – biorą na siebie obowiązek wychowania dziecka w wierze, bo to oni – i chrzestni – mają pomóc dziecku, by w momencie dojścia do świadomości miało wystarczająco silną wiarę. Ci rodzice jednak, nie dość że dobierają chrzestnych często z przypadku, z rodziny i przyjaciół, ale nie z osób wierzących, to jeszcze później całkowicie odpuszczają sobie przysięgany na ślubie i obiecywany na chrzcie obowiązek wychowania dziecka w wierze. Do kościoła nie chodzą w ogóle – tak jak nie chodzili do niego przed ślubem. Z tym że teraz również nie zabierają tam swojego dziecka, którego wychowanie w katolickiej wierze przysięgali przy dwóch sakramentach! Czasem, zapytani przez wierzących znajomych, czy pójdą z nimi na mszę, odpowiadają, że nie chcą być hipokrytami. Ale przecież jest zupełnie odwrotnie! Stają się hipokrytami poprzez odcinanie swojego dziecka – co do którego wychowania się zobowiązali – od liturgii i wiary w Boga. Jedynie idąc na mszę i zabierając ze sobą dziecko przestaliby być hipokrytami. Tymczasem oczywiście ich dziecko przez 7-8 kolejnych lat kościoła nie zobaczy, ale potem – zgodnie z tradycją – na 90% pójdzie przecież do pierwszej komunii. Przygotuje je do tego ksiądz katecheta, rodzice trochę ponarzekają, kupią wraz z chrzestnymi jakieś bajerzaste prezenty, a potem będą mogli znowu odpuścić chodzenie do kościoła, bo przecież w sumie są niewierzący i to byłaby hipokryzja…

Są też tacy, których prosi się na chrzestnych w dobrej wierze. Bo oni sami są wierzący, praktykujący – i prosząc ich, podkreśla się specjalnie zadania, jakie musi pełnić chrzestny. W czasach pierwszych chrześcijan chrzestni pełnili rolę ważniejszą, niż rodzice chrzczonego wiernego. Dlaczego? Ponieważ katechumen nie musiał mieć wierzących rodziców. Sam jednak powinien mieć przewodników w wierze – i do tego zadania wyznaczało się chrzestnych. Taki rodzic chrzestny musiał być człowiekiem o niezachwianej wierze, ponieważ jego zadaniem było doprowadzenie do Boga człowieka, który został mu powierzony. W dzisiejszych czasach wielokrotnie aktualna staje się sytuacja dawniej niewyobrażalna, w której chrzestny czy chrzestna odrzucają swoją dotychczasową wiarę na rzecz innych filozofii, które wydają się im bardziej pociągające. Ale w ten sposób odrzucają też bardzo poważne zobowiązanie, któremu przecież dobrowolnie się poddali – pomoc w wychowaniu w wierze swojego chrześniaka. Danie mu nieskazitelnego świadectwa swojej wiary. Takie osoby często powtarzają przy tym, że muszą być zgodne same ze sobą, nie mogą trwać przy czymś, w co już nie wierzą, nie mogą żyć w hipokryzji. Ale – znowu – jest zupełnie odwrotnie. Stają się właśnie hipokrytami poprzez odrzucenie odpowiedzialności za drugiego człowieka, którą sami podjęli. Popadają właśnie w hipokryzję, tak jak małżonkowie przysięgający katolickie wychowanie, ale nie chodzący do kościoła. I rodzice muszą uczyć swoje dzieci, że teraz żyjemy w czasach, w których to raczej chrześniak powinien pamiętać w modlitwie o swoich zagubionych chrzestnych, niż chrzestny o nich. Oby te dzieci miały wierzących rodziców, a nie takich hipokrytów jak we wcześniejszych przykładach…

Oczywiście, że i mnie można zarzucić hipokryzję w różnych kwestiach – z niektórymi pewnie musiałbym się nawet zgodzić. Oczywiście że mogą paść argumenty „nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”, albo „widzisz źdźbło w oku swojego bliźniego, a belki w swoim nie zauważasz” (o nie, właśnie wytrąciłem dwa najważniejsze argumenty „z Pisma”). Nikogo nie osądzam. Ale od lat obserwuję dzieci, których rodzice przysięgali, których chrzestni podejmowali zobowiązania – a teraz ich wiara zostawiona jest samym sobie, bo tamci nie chcą być hipokrytami. Kochani! Przecież obiecaliście! Tu chodzi o zbawienie Waszych pociech!

Obyś był zimny albo gorący…

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/krzy%C5%BC-%C5%9Bwi%C4%99ty-ksi%C4%85%C5%BCka-biblia-2598303/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Stać nas na bezkompromisowość

Sierpień to w polskim Kościele od wielu lat tzw. miesiąc trzeźwości. Biskupi rok w rok apelują o to, by w obliczu narodowego uzależnienia od alkoholu w tym jednym miesiącu przejść na ascetyczny tryb życia i wyrzec się picia napojów alkoholowych. Staram się wierzyć w Boga z całych moich sił, ale – w pewnych szczególnych aspektach – wiara w ludzi słabo mi wychodzi. To znaczy nie wątpię w ich dobrą wolę, szlachetne zamiary i jeśli mam komuś zaufać – ufam w większości przypadków. Ale apele tego typu kwituję uśmiechem, ponieważ sierpień to miesiąc wczasów, wakacji i urlopów – i niejednokrotnie w najbliższym otoczeniu spotkałem się z ludźmi, dla których list przeczytany w kościele był niewiele znaczącym świstkiem, bo w lodówce już wcześniej chłodziło się piwo przygotowane na wieczorną grę w karty.

Tym bardziej zadziwił mnie tegoroczny apel biskupów, którzy zawołali nie o miesiąc, lecz o 100 dni pozostawania w trzeźwości – aby uczcić stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Ja, osoba niepijąca alkoholu od 16 lat, uśmiechnąłem się do pomysłu nakłonienia mniej lub bardziej katolickich katolików do odrzucenia alkoholu na ponad trzy miesiące. Pomyślałem jednak jednocześnie: a może ktoś się na to zdecyduje? Ktoś poczuje potrzebę wyrzeczenia się czegoś, co jest dla niego ważne, nawet na dłużej niż miesiąc. W głębi moich wątpliwości zawsze mieści się odrobina wiary. Dziś jednak trafiłem na Twitterze na wpis Rafała A. Ziemkiewicza, w którym zadeklarował się podjęcia wyzwania – pod dwoma zasadniczymi warunkami.

Dołączę się do tej akcji jeśli pod tym tłitem to samo zadeklaruje jeszcze 99 osób. Drobna wariacja – zaczynam 1.08 żeby po drodze zrobić 2 krótkie przerwy bo wypadają mi i imieniny, i urodziny. W każdym razie deklaruję pełną stówę. Jeśli staniecie na wysokości zadania.

Zatem pierwszy warunek postawiony przez Ziemkiewicza jest taki, że nie będzie pił tylko wtedy, kiedy kolejnych 99 osób jemu osobiście zadeklaruje to samo. Drugi warunek jest jednak o wiele ciekawszy. Nie będzie pił przez 100 dni, ale z przerwą na urodziny i imieniny.

Proszę mi powiedzieć w takim razie: jaki jest sens podobnego wyrzeczenia? Niepicie przez 100 dni ma być swego rodzaju świadectwem, ma pokazać ludziom wokół nas, że da się bez alkoholu. Da się bawić bez alkoholu, wypoczywać i świętować bez niego. Przez sto dni da się przyzwyczaić nawet do tego, że alkohol nie jest nam potrzebny do życia i możemy go odrzucić jeśli nie na zawsze, to na pewno na dłużej. Ale robienie sobie w ciągu tych stu dni dwóch przerw na urodziny i imieniny nie tylko nagina całą sprawę, ale tak naprawdę burzy ją przy fundamencie. Bo cóż to jest tak naprawdę za wyrzeczenie, gdy nie pije się we wszystkie dni, kiedy i tak można byłoby nie pić, ale kolegów których zaprasza się na swoje święto trzeba poczęstować – nie ma wyjścia. Proszę mi powiedzieć, jakie to jest świadectwo, kiedy nie piję tylko wtedy, kiedy nikt mnie nie widzi, ale jak jest okazja, to „ze mną się nie napijesz”?

Przedstawiłem swoje wątpliwości na profilu pana Ziemkiewicza i dostałem za to od pewnej pani, która – jak ja – jest w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, ale wspiera redaktora w jego staraniach. „Jeżeli da Pan radę w inny sposób, to proszę tak zadeklarować i się podjąć, a nie po faryzejsku pouczać kogoś, kto chce się podjąć pewnego wyrzeczenia na swoją miarę, że nie jest od razu bardziej wyćwiczony w ascezie… To właśnie Pana słowa są małodusznym krytykanctwem” – napisała do mnie. To nie pierwszy raz zresztą, gdy – krytykując czyjąś postawę – jestem porównywany do faryzeusza. Ale przecież Jezus, krytykując faryzeuszy, nie miał na myśli ludzi, którzy wskazują innym drogę i ganią ich za ich błędy. On krytykował tych, którzy, pouczając innych w drobnych rzeczach, sami wykazywali negatywne zachowania. Nie zabraniał jednak nauczać i ukazywać drogę – wręcz nakazywał to. Nie mówił „Niech każdy zmienia się według własnej miary” i nie chwalił nikogo za czyny połowicznie dobre, za akcje udane w 90%. Wybaczał błędy, odpuszczał grzechy, ale jednocześnie ukazywał, że trzeba być w całości zadeklarowanym, a nie z przerwą na imieniny i urodziny.

Co Jezus powiedział do jawnogrzesznicy, gdy uratował ją z ręki faryzeuszy? „I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8,11). Jak powinniśmy Jego zdaniem postępować i jak mówić? „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). W jaki sposób miał się zachowywać jeden z Kościołów, do których kierowane są listy w Apokalipsie? „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,15-16). A święty Paweł pisał w swoich listach: „Gdyby komuś przydarzył się jakiś upadek, wy, którzy pozostajecie pod działaniem Ducha, w duchu łagodności sprowadźcie takiego na właściwą drogę” (Ga 6,1). Kiedy zaś bogaty młodzieniec chciał stać się świętym i zapytał Jezusa o radę, ten odpowiedział mu: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!” (Mk 10,21). Każdy z tych fragmentów zachęca do zrobienia jednej z dwóch rzeczy: do całkowitego oddania się Chrystusowi, bezkompromisowego rzucenia wszystkiego na jedną szalę, oraz do pomagania bliźnim w robieniu tego samego. Nigdzie zaś Chrystus i Jego ludzie nie przekonywali, by zachęcać do robienia tego po kawałku, na raty, w 90 procentach. Można być albo zimnym, albo gorącym.

Chcesz oddać 100 dni Panu Bogu, odrzucając alkohol (lub inną rzecz, której trudno Ci się pozbyć) na ten czas? Zrób to. Ale „obyś był zimny albo gorący”. Chcesz – zrób to na 100 dni, wliczając w to urodziny, imieniny, przyjemności plażowania i wesele siostry. Albo nie rób tego wcale. Potrzebujesz, jak Rafał Ziemkiewicz, dwóch krótkich przerw? W ogóle w to nie wchodź. Bóg stworzył nas bowiem tak, że stać nas na bezkompromisowość. Na nieugiętość. I w ten sposób tylko damy świadectwo o Nim – i o sobie samych. Poprzez oddanie wszystkiego, bez krótkich przerw. A osoby, które są w krucjacie, podobnie jak ja, niech zamiast krytykować upominających, pomogą chętnym zrobić ten ostatni, najtrudniejszy krok, zamiast chwalić za podjęcie się wyzwania, ale nie całkiem.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: Photo by Karrierebibel.de on Trend hype / CC BY-ND

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz