Author Archives: Maurycy Teo

Przed ciszą wyborczą

Kiedyś ten blog był o wiele bardziej polityczny, niż teraz. Dużo bardziej zajmowałem się tą dziedziną życia, choć zawsze starałem się, by był to blog teologiczny. Dziś jednak nadal interesuję się polityką, mogę wręcz powiedzieć, że jestem w nią mocno wkręcony. Ale rzadziej wypowiadam się publicznie na jej temat. Dziś jednak, niedługo przed ciszą wyborczą, zabiorę na jej temat głos po raz kolejny. Przede wszystkim powiem: idźcie do wyborów! Inaczej inni wybiorą za Was!

Trochę Was może zdziwiłem tym zawołaniem. Tak naprawdę grafika, którą wrzucam razem z tym wpisem, zauważona niedawno na profilu Super Niani, jest z mojej strony swego rodzaju ironią. Dlaczego? Ponieważ komunikat na obrazku brzmi „Jeśli połowa wyborców zostanie w domu, to tych trzech wybierze władzę dla wszystkich dziesięciu”. Prawdopodobne założenie zaś osoby tworzącej i zamieszczającej tę ilustrację jest takie, że gdyby wszyscy poszli do wyborów, to tych trzech czerwonych zniknęłoby w tłumie 7 czarnych. Ale tak by nie było. W rzeczywistości – co też wpisałem w komentarzu na profilu wyżej wymienionej pani – statystyka jest nieubłagana. Gdyby do wyborów poszło dziesięciu, to sześciu z nich byłoby czerwonych. Oczywiście nie wolno wykluczać, że w podobnej sytuacji byłoby pół na pół, albo szala przechyliłaby się w inną stronę, ale to ma znaczenie przy 10 wyborcach. Przy połowie mieszkańców Polski ma to już tak naprawdę dużo mniejsze znaczenie.

Mimo wszystko namawiam do wzięcia udziału w wyborach i wybraniu zgodnie z własnym sumieniem. Nie chcę dziś agitować politycznie i przekonywać do głosowania na konkretne ugrupowanie, nie chcę podkreślać, że głosowanie na konkretną partię świadczy o mądrości, a na inną o głupocie. Każdy z nas ma wybór i własne poglądy, różne rzeczy powodują o tym, na kogo chcemy oddać swój głos. Mimo tego jednak nie gniewajcie się, jeśli napiszę o tym na kogo i dlaczego ja zamierzam głosować.

Odkąd tylko pamiętam, a na pewno odkąd mam prawo głosu, oddaję go na Prawo i Sprawiedliwość. W poprzednich wyborach parlamentarnych oddałem swój głos na przedstawiciela Prawicy Rzeczypospolitej – partii Marka Jurka. Zrobiłem to dlatego, że współpracowali oni z Prawem i Sprawiedliwością i startowali ze wspólnej listy. Niestety, jedyny przedstawiciel tej partii, zaraz po wejściu do sejmu, zrezygnował z dalszej współpracy i stał się posłem niezależnym, narażając PiS na utratę sejmowej większości. Dlatego nie byłem do końca zadowolony z mojego głosu, mimo że cenię moralne poglądy Marka Jurka wyżej niż przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości. W niedzielę, 13 października, oddam mój głos na listę Prawa i Sprawiedliwości.

Jakie są powody mojej decyzji (której nie zmieniłem od lat?). Po pierwsze moje nastawienie do patriotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość pomogło Polakom uwierzyć ponownie w to, że warto jest być Polakiem. Że nasza historia i bohaterowie (choćby Żołnierze Wyklęci) warci są uczczenia i wspominania. Że Polska nie musi kryć się w cieniu wielkich mocarstw, lecz może stanowić siłę samą w sobie.

Po drugie: Prawo i Sprawiedliwość spełnia swoje obietnice wyborcze. Obiecali 500+ i dali je wszystkim, najpierw na drugie i kolejne dzieci, potem również na pierwsze dziecko. Obniżyli wiek emerytalny, który ich poprzednicy podwyższyli. Podwyższyli wiek obowiązku szkolnego, likwidując nakaz uczęszczania sześciolatków do pierwszej klasy. Tak jak obiecali wcześniej, zlikwidowali gimnazja i przywrócili ośmioletnią szkołę podstawową. Mimo wielkiego oporu stawianego przez środowiska nauczycielskie (ZNP) i opozycję parlamentarną (do dziś denerwuje mnie jak np. dyrektor placówki szkolnej w wywiadzie dla radia używa słowa „deforma szkolnictwa” kiedy próbuje wytłumaczyć, jak radzi sobie z przepełnieniem szkoły; jego wypowiedź przestaje być obiektywna i staje się automatycznie politycznie motywowana). Na przyszłą kadencję Prawo i Sprawiedliwość obiecuje mniej, niż konkurujące z nim o zwycięstwo partie. Ale to dlatego, że większość już zrobiło, a jedyne co może robić dalej, to kontynuować dobre zmiany. Skądinąd wiemy zaś, że nie bierze udziału w plebiscycie obietnic, ale obiecuje to, co jest realne. A udowodniło to w ostatniej kadencji, gdy spełniło swoje obietnice mimo notorycznego „Nie da się” płynącego z ust opozycji.

Po trzecie: Władza jednej silnej partii (lub współpraca z naturalnymi koalicjantami, jak w tym przypadku) okazuje się być często dobrym wyznacznikiem stabilizacji kraju. Władza nie musi się dogadywać z innymi, którzy będą stawiać warunki (jak za pierwszej kadencji PiS choćby Roman Giertych – który, doskonale wiadomo, po której stronie sceny politycznej się znajduje), lecz może wprowadzać reformy mogące pomóc ludziom. Potwierdza to także przypadek Victora Orbána, który rządzi na Węgrzech od kilku kadencji, a w wyborach do Europarlamentu zdobył ponad 50%. Jego pozycja jest stabilna, a ludzie głosują na niego, bo widzą jak wiele zmienia na dobre, mimo sprzeciwu opozycji czy choćby Unii Europejskiej. I wiem, że tak samo może być u nas, w Polsce, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości.

Oczywiście PiS nie spełnia wszystkich moich oczekiwań. Chciałbym całkowitego zakazu aborcji – choć wiem, że kompromis jest motywowany politycznie, właśnie chęcią stabilizacji władzy. Żaden jednak motyw polityczny nie może usprawiedliwiać zabijania nienarodzonych. Dlatego mam nadzieję, że odpowiednie działania zostaną podjęte w kolejnej kadencji. PiS nie podnosi też pensji nauczycieli tak, żebym bez problemu, pracując na jeden etat, mógł utrzymać rodzinę i mieć dla niej wystarczająco dużo czasu. Ale bądźmy szczerzy – ze względu na spójność ich poglądów i programu, oddałbym (i oddawałem) głos na PiS nawet wówczas, gdy o żadnym 500+ nie było jeszcze mowy. Nie można zgadzać się we wszystkim także z partią, na którą się głosuje. Mimo wszystko moje poglądy są zbieżne z poglądami wyrażanymi przez rdzeń Prawa i Sprawiedliwości w dużej większości.

Namawiam jeszcze raz: idźcie na wybory. Zagłosujcie na kogo uważacie, a jeśli mój wpis pomoże Wam podjąć tę ostateczną decyzję w ostatniej chwili, to cieszę się jeszcze bardziej. I do zobaczenia w poniedziałek, 14 października, w – być może – zupełnie nowej politycznej rzeczywistości.

____________________________________

Wpis został rozpoczęty 30 września 2019 roku, dlatego ukazuje się z tamtą datą. Zostaje upubliczniony w piątek, 11 października 2019 roku, na niecałą godzinę przed ciszą wyborczą.

We wpisie zastosowano ilustrację z profilu Autora Remka Dąbrowskiego: https://www.facebook.com/remekdabrowski

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Dlaczego homoseksualizm nie jest normą

We czwartek opublikowano wyniki największych jak dotychczas badań dotyczących poszukiwania genu odpowiedzialnego za fakt, że ludziom mogą podobać się przedstawiciele tej samej płci. Od lat bowiem wielu twierdzi, że homoseksualizm nie jest wyborem, lecz cechą wrodzoną, a co za tym idzie – jest niesiony w ludzkich genach. Przeprowadzono więc badania, a po publikacji wyników jeden z badaczy wyraził swoje nadzieje: „Mam nadzieję, że nauka może być wykorzystana do nauczenia ludzi trochę więcej na temat tego, jak normalne i naturalne są zachowania homoseksualne (jednopłciowe). Jest wpisane w naszych genach i jest częścią naszego środowiska. To jest część naszego gatunku i jest częścią tego, kim jesteśmy”. Autorem tych słów jest Beniamin Neale, genetyk w Broad Institute of M.I.T. i na Harvardzie, jeden z badaczy. Zanim jednak przejdę do krótkiego omówienia wyniku badań, spróbuję zastanowić się nad tym, czym jest wspomniana przez Neala „norma”.

Przytoczę definicję normy, którą można znaleźć w Wikipedii: „Norma w psychologii, pedagogice specjalnej i psychiatrii to rodzaj konstruktów wyznaczających na różne sposoby wzorce zwyczajnych zachowań i cech ludzi – na przykład jako przeciętne, zgodne z przewidywaniami, czy społecznie lub moralnie pożądane. Jest – niejednoznacznie – powiązana z wielorakimi koncepcjami zdrowia, w szczególności zdrowia psychicznego; może być zakorzeniona w różnorodnych założeniach filozoficznych i etycznych o naturze człowieka i świata„. Jak więc widzimy, norma jest nie tylko czymś, co jest typowe, powszechne, czy – można powiedzieć – przeciętne. Jako normę uważa się tak naprawdę wszystko to, co za normę zostanie uznane. W związku z czym można spokojnie powiedzieć, że zachowania homoseksualne, o których mówił autor powyższej wypowiedzi, będą na tyle normalne, na ile środowisko LGBTQ, do którego należą także liczni spośród naukowców biorących udział w badaniach, będzie kładło naciski na to, by to w oczach społeczeństwa unormalnić. Ze słów, które wypowiedział Beniamin Neale, wynika także to, że celem przeprowadzonych badań było nie tyle odkrycie prawdy o genetyce człowieka, lecz pomoc w przekonaniu ludzkości, że homoseksualizm jest normą.

Co jednak wynikło z przeprowadzonych badań i czy słowa Neala są podstawne? Otóż przede wszystkim nie udało się odkryć jednego genu homoseksualizmu, którym wyróżniałby się każdy przedstawiciel ludzkości czujący pociąg do osób tej samej płci. Odkryto natomiast szereg różnych genów, które mogą mieć wpływ na orientację seksualną. Jest to jednak wpływ niewielki (ang. „tiny” oznacza „malutki”), a co więcej – próba przewidzenia orientacji seksualnej danej osoby na podstawie tychże genów okazała się nieskuteczna ze względu na niewielką ilość danych. Badania wskazują, że szereg wyodrębnionych genetycznych zmian wpływa na około 32% wszystkich przypadków homoseksualizmu – a zatem można powiedzieć, że u ponad 60% te zmiany nie wystąpiły, a mimo tego odczuwali oni pociąg do osób tej samej płci. Badacze podkreślają, że „pozostała część wyjaśnienia zawiera społeczne czy środowiskowe wpływy — co sprawia, że niemożliwym jest użycie genów do przewidzenia czyjejkolwiek seksualności”. O czym osoby twierdzące, że homoseksualizm nie jest wrodzony, lecz zależny od czynników społecznych, mówiły już od dawna.

Ciekawą sprawą okazuje się także korelacja między wyodrębnionymi genami mającymi mieć wpływ na homoseksualizm, a występującymi u tych osób chorobami psychicznymi i zaburzeniami osobowości. Choć – co podkreślają autorzy badań – występowanie tychże chorób może wynikać z nieakceptacji społecznej dla osób homoseksualnych. Ciekawe jednak, dlaczego choroby psychiczne nadal nazywa się chorobami, ale skorelowanego z nimi homoseksualizmu już nie.

O wiele ciekawsze jednak, niż same wyniki badań, okazuje się podejście badaczy, często związanych ze społecznością LGBTQ. Otóż jeszcze przed publikacją wyników część badaczy wyrażała swoje obawy, że upublicznienie badań może okazać się zgubne dla ich środowiska, ponieważ może zostać źle (tj. na niekorzyść dla nich) wykorzystane przez przeciwników twierdzenia, że homoseksualizm jest normą. Na przykład Steven Reilly, genetyk i jedna z wpływowych osób w środowisku LGBT, powiedział: „Nie zgadzam się głęboko na publikowanie tego. To wygląda na coś, co może w prosty sposób być źle zinterpretowane”. Po czym dodał: „W świecie pozbawionym dyskryminacji zrozumienie ludzkich zachowań jest szczytnym celem, ale my nie żyjemy w takim świecie”. Zatem – zdaniem pana Reilly’ego, warto byłoby publikować dane niekorzystne dla środowiska LGBTQ tylko wówczas, jeśli społeczeństwo byłoby już nastawione wyłącznie pozytywnie do jego przedstawicieli. Inny badacz, Joe Vitti, skomentował: „Jako osoba queer i genetyk, nie mogę zrozumieć motywacji przyświecającej szerokopojętym badaniom genomów w celu określenia nieheteroseksualnych zachowań. Muszę najpierw zobaczyć wystarczający argument, że potencjalne korzyści tych badań przeważą nad potencjalnymi szkodami”. Jakie wnioski my możemy wysnuć z tych wypowiedzi? Że środowisko LGBTQ tak bardzo dba o wiarygodność własnych argumentów, własnych twierdzeń, że homoseksualizm jest normą, że jeśli badania mogą pokazać, że jest inaczej, to nie należy w pierwszej kolejności w ogóle ich przeprowadzać, a w następnej – jeśli już się je przeprowadziło – trzeba się dwa razy zastanowić przed opublikowaniem ich wyników.

Z badań wynika, że nie tylko nie istnieje konkretny gen homoseksualizmu, ale te liczne, które dają jakąś wskazówkę, że mogą mieć wpływ, wskazują także na korelację z chorobami psychicznymi. Ponad 60% przypadków homoseksualizmu wynika zaś z wpływów środowiska. Wynika z nich także tyle, że środowiskom LGBTQ bardziej zależy na propagowaniu tolerancji i uzyskiwaniu praw dla ich środowiska, niż na poznaniu prawdy na swój temat – oraz na tym, by inni mogli ją poznać. Wprawdzie największy entuzjasta badań, Beniamin Neale, wyraża nadzieje, że badania pomogą ukazać ludziom, że homoseksualizm jest normalny i naturalny, ale okazuje się to być złudną nadzieją, bo same badania prowadzą do odkrycia czegoś zupełnie innego.

Czy zatem homoseksualizm jest normą? Czy normą są tylko dwupłciowe związki ukierunkowane na płodność? Jeśli normą jest to, co za normę przyjmiemy, to wszystko może być normą. Jeśli jednak normą nazwiemy taki sposób życia, który prowadzi do rozwoju, to zdecydowanie związki homoseksualne nie są normalne. Czy byłyby normalne, zdrowe, gdyby rzeczywiście odkryto jakiś gen homoseksualizmu? Odpowiem pytaniem: a czy wszystko, co ludzie mają w genach, jest normalne lub zdrowe? Czy syndrom Downa, wynikający przecież z genów (z całym szacunkiem dla osób z tym syndromem) nazwiemy zdrowiem lub normą? Czy wszelkie inne – właśnie – choroby genetyczne powinniśmy nazwać normą, skoro wynikają z różnic w genotypie? Nie, tak nie ma. Są wady genetyczne, choroby genetyczne i istnienie jakiegoś genu nie sprawia, że posiadanie go staje się nagle normą. Zatem, gdyby udowodniono istnienie genu homoseksualizmu, zupełnie swobodnie można by go uznać za aberrację, odchylenie od normy. Brak takiego genu także nie wyklucza, że homoseksualizm można z góry zakwalifikować jako nienormalny.

Poza normą są natomiast wszelkie związki, które nie są rozwojowe i nie prowadzą do płodności. Oczywiście padają w tym przypadku pytania, czy uważam małżeństwa niepłodne za nienormalne. Nie podoba mi się takie stawianie sprawy, bo nie chodzi o to, co ja uważam, wiem natomiast, że niepłodność jest chorobą. Występującą w społeczeństwie coraz częściej, prawdopodobnie w wyniku przemian cywilizacyjnych, ale nie jest normą. Niepłodność się leczy, a kiedy nie da się jej wyleczyć, nie przechodzi się nad nią do porządku dziennego, jak nad czymś normalnym. Żyje się z nią, ale nie na zasadzie normy. To samo – zawsze – jest w związkach homoseksualnych. Są one z natury nierozwojowe i niepłodne – czy zatem normalne i naturalne? Nie można tak powiedzieć, ponieważ natura dąży do rozwoju. A homoseksualizm – czy to wśród zwierząt, czy wśród ludzi – dąży do stagnacji. I nie może być nazywany czymś normalnym.

Do niedawna homoseksualizm traktowany był jak choroba. Wypaczenie, odejście od normy. Dziesiątki lat propagandy LGBTQ i próby wpojenia, że chodzi nie o ideologię, ale o pojedyncze osoby, doprowadziły do tego, że zdjęto go z listy chorób, w wielu środowiskach uznano za normę, wprowadzono do książek, filmów, reklam, próbuje się pokazać jako jeden z elementów zwyczajnych. Dziś usiłuje się wprowadzić naukę o homoseksualizmie do szkół, by pokazać, że to normalne, by „homoseksualiści mogli zrozumieć, że nie są inni”. Ale tak naprawdę takie zmienianie normy nie prowadzi do niczego dobrego. Dziś jeszcze śmiejemy się z tej myśli, ale jutro to samo będzie działo się z pedofilami, którzy będą podrywać nasze dziewięcioletnie dzieci w imię równouprawnienia. Oni już próbują, już publikują artykuły, że są normalnymi ludźmi, którzy czują trochę inaczej. Zatem muszę podkreślić, że normą w społeczeństwie dwupłciowym nie jest ani pedofilia, ani zoofilia, ani dendrofilia. Ani homoseksualizm. I tak, jak szanujemy każdą osobę z jej odmiennością, tak piętnujemy złe zachowania, ale przede wszystkim próbę wszechobecnego narzucenia nam narracji, że coś, co jest odmienne, musi być normalne. Homoseksualizm nie jest normą.

____________________________________

Wpis został oparty o artykuł z The New York Times Many Genes Influence Same-Sex Sexuality, Not a Single ‘Gay Gene’. Wszelkie cytaty, poza fragmentem Wikipedii, są dokonanymi przez autora wpisu tłumaczeniami z artykułu.

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu Pixabay: https://pixabay.com/pl/illustrations/wargi-gay-t%C4%99cza-bander%C4%85-usta-651339/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Przysięgę małżeńską odświeżyć!

holding-hands-1031665_960_720Rok bez rekolekcji wakacyjnych to rok stracony. Do takiego wniosku doszliśmy z Małżonką już po naszych pierwszych rekolekcjach z Domowym Kościołem, czyli po I stopniu OR w Bystrej. Gabryś miał wtedy 2 lata, my byliśmy niecałe 3 lata po ślubie. Przez pierwsze dwa lata naszego małżeństwa nie byliśmy na rekolekcjach z różnych przyczyn. Potem staraliśmy się być a nie bywać, choć też nie zawsze się to udawało. Rok temu na przykład musieliśmy sobie odpuścić. Marysia była malutka, wyjazd na rekolekcje z nią byłby utrudniony. Czy w tym roku nie był? Był chyba jeszcze bardziej, ale nie chcieliśmy tego dłużej odwlekać.

Mamy za sobą całą formację podstawową Domowego Kościoła (3 stopnie Oazy Rodzin i 2 stopnie Oazy rekolekcyjnej animatorów Ruchu), więc w tym roku postanowiliśmy pojechać po raz pierwszy na rekolekcje tematyczne. Tematem wybranym była „Duchowość małżeńska w nauczaniu Jana Pawła II”. Temat bardzo nam się spodobał, prowadzący rekolekcje ksiądz jeszcze bardziej. Ksiądz Robert Wielądek jest duszpasterzem rodzin diecezji warszawsko-praskiej i jest cudownym człowiekiem i kaznodzieją. Ma ogromny dar od Boga w głoszeniu Jego nauki – dlatego nie wahaliśmy się przed tym wyborem. Dwa lata temu byliśmy na III stopniu OR także z nim i poznaliśmy go od najlepszej strony.

Rekolekcje były pięknym czasem. Wspaniałe przeżycia, wiele emocji ale też poznanie samego siebie i swojego współmałżonka od strony, od której nie znaliśmy się nawzajem (ani sami siebie). Dużo większa chęć bycia ze sobą, jakby większe przywiązanie i nadzieja na dalsze dobre życie w opiece Bożej – to owoce rekolekcji. A może nawet – kto wie? – większe oddanie się na potomstwo „którym Pan nas obdarzy”? Zobaczymy… Jednak najpiękniejszym owocem tych rekolekcji było dla mnie odnowienie przyrzeczeń małżeńskich. Odbyło się ono na dwa sposoby, oba piękne.

Pierwszy z nich miał miejsce w klasztornej kaplicy. Tam, zamiast stawać naprzeciw siebie i po raz kolejny wypowiadać znane słowa przysięgi, umyliśmy sobie stopy. Tak, jak robił to Jezus swoim uczniom w dniu Ostatniej Wieczerzy. Jest bowiem napisane: „Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej” (Ef 5,21). Zatem żony poddane mężom, mężowie poddani żonom. I w tym poddaństwie umyliśmy sobie wzajemnie stopy. Muszę przyznać – myślałem już o tym od dawna. Jeszcze od czasów liceum, gdy przeżywałem swoje wielkie nawrócenie, które ostatecznie doprowadziło mnie do seminarium. Wtedy zaproponowałem ten obrządek mojej pierwszej narzeczonej, ale nie spotkało się to ze zrozumieniem. Lata później, w małżeństwie (z moją trzecią narzeczoną, ale pierwszą i jedyną żoną) kupiliśmy sobie Rytuał Domowy i tam też była propozycja, by ojciec rodziny obmywał stopy swojej żonie i dzieciom. Ale jakoś nigdy tego nie zrobiliśmy. To był pierwszy raz. I było wspaniale. Poczułem prawdziwą bliskość z moją Żoną.

Drugi sposób to zadanie, które otrzymałem przy spowiedzi, w dniu wyjazdu. Ksiądz, który był proboszczem bazyliki w Bardzie Śląskim, zalecił mi, bym przez dwa tygodnie, rano i wieczorem, odnawiał w sobie przysięgę małżeńską, poprzedzając ten fakt modlitwą Ojcze nasz. Jest to bardzo dobre zadanie, bo dzięki niemu mogę każdego dnia, przynajmniej dwa razy, spojrzeć na moją Małżonkę z tą samą miłością, z jaką patrzyłem na nią w dniu naszego ślubu. I oboje na tym zyskujemy.

Mam 34 lata i jestem niecałe 11 lat po ślubie. Nie wyobrażam sobie, by cokolwiek mogło spowodować chęć zakończenia tego związku. Jesteśmy szczęśliwi i wierzymy w naszą miłość tak, jak wierzymy w Boga, który jest dawcą miłości. Obserwuję moich dobrych znajomych, niektórych młodszych ode mnie, niektórych w związkach które trwają krócej niż mój, a którzy rozstają się. Mężczyźni porzucają swoje żony ni stąd, ni zowąd, zostawiają je z dziećmi, czasem w ciąży. Nie jest to rzadkie zjawisko. Ale trudno mi to zrozumieć. Bo przecież wtedy, na ślubie, 13 września 2008 roku, powiedziałem: „Biorę sobie ciebie, Aleksandro, za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. To jest i nigdy nie przestanie być aktualne. Tak, jak miłość, którą postanowiłem ją obdarzyć na długo przed ślubem. A która zawsze była nieodwołalna.

Czasem, zamiast iść na łatwiznę, trzeba w sobie odnowić tę przysięgę, którą złożyło się drugiej osobie. Pozostańmy wierni tym, którym tę wierność obiecywaliśmy na zawsze!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu Pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/trzymaj%C4%85c-r%C4%99ce-para-cz%C5%82owiek-1031665/

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Epidemia odchodzących księży

ksiądzCoś dziwnego się ostatnio dzieje w polskim Kościele. Odejścia księży z różnych powodów zawsze się zdarzały, ale ostatnio mamy chyba do czynienia raczej z czymś w rodzaju epidemii – jak zaznaczyłem w tytule. Nie odszedł jeden kapłan, lecz trzech, a przynajmniej trzech takich, o których było głośno. Po pierwsze ksiądz Michał Misiak, bardzo znany kapłan diecezji łódzkiej, pomysłodawca chrześcijańskich dyskotek i rekolekcji w domach publicznych. Okazuje się, że sam zaciągnął ekskomunikę, przyjmując protestancki chrzest w Jordanie. Potem ksiądz Michał Macherzyński z parafii w Wilkowyjach ogłosił nagle, że kończy etap życia, jakim było kapłaństwo i zaczyna nowy u boku Justyny. Wreszcie ksiądz Łukasz Kachnowicz, podobnie zaangażowany ksiądz, znany z wystąpień w internecie (m.in. ze znajomości z intrygującą i kontrowersyjną Hipsterkatoliczką), decyduje się na wzięcie rocznego urlopu, w czasie którego nie będzie odprawiał mszy świętych, lecz pójdzie do normalnej pracy i zamieszka w bloku. Gdyż, jak sam napisał: „To jest niesamowicie trudne żyć ciągle w rozdwojeniu”.

Ci kapłani różnią się wiekiem (Kachnowicz i Misiak mają ponad 30 lat, Macherzyński zaś ponad 50), jednak charakteryzuje ich ta sama, widoczna dokładnie cecha – umiejętne manipulowanie opinią publiczną, a jeszcze bardziej swoim własnym sumieniem. Dwaj młodsi potrafią pokazać, że Bóg powołuje ich gdzie indziej, niż do stanu kapłańskiego, a oni słuchają głosu Boga. Starszy chwali drogę, którą dotychczas szedł, ale stwierdza przy okazji, że właśnie zaczyna się nowy, równie dobry etap. Wszyscy oni zaś robią dokładnie to samo – zapominają o tym, że decyzja o zostaniu kapłanem, o przyjęciu święceń, jest jedyna i nieodwołalna. Że sakrament wiąże człowieka na całe życie.

Ksiądz Michał Misiak potrafi w niezwykle wzniosły, teologiczny sposób wytłumaczyć swoim widzom, że ekskomunika którą sam na siebie zaciągnął jest darem od Boga, który wybrał mu inną drogę, a którą to drogą nie mógł iść będąc kapłanem. Ponieważ on sam, odkąd tylko został wyświęcony, natychmiast poczuł pragnienie bycia mężem. Wcześniej, przez lata, pragnął być księdzem – ale, jak próbuje udowodnić, było to wyłącznie jego pragnienie. Natomiast już po święceniach zapragnął nagle być mężem – i to już miało być to wyłączne powołanie od Boga. Skąd to wie? Stąd, że rozmawia z Bogiem i Bóg mu to mówi. A ponieważ w Kościele nie da się być księdzem i się ożenić, ekskomunika ma być łaską Bożą, bo otwiera mu furtkę. Szkoda tylko, że ekskomunika, a więc wyłączenie ze wspólnoty Kościoła i oddzielenie od sakramentalnego życia, jest tak naprawdę zamknięciem furtki do zbawienia. Ale to nic, bo ksiądz Misiak ma osobisty kontakt z Bogiem i dla niego jest to dar.

Ksiądz Łukasz Kachnowicz również informuje w mediach społecznościowych, że jego decyzja o rocznym urlopie (która brzmi jakby jednak była decyzją o całkowitej rezygnacji z kapłaństwa) jest decyzją, do której dojrzewał od dawna. Zatem ma to być decyzja dojrzała. Z czego wynika, że – znowu – decyzja o przyjęciu święceń nie była dojrzała.

Ksiądz Michał Macherzyński również – po ogłoszeniu swojej decyzji – wychynął z nią do mediów społecznościowych. Widać, że dziś to najprostszy sposób by od razu dotrzeć do wszystkich. Napisał, jak wiele znaczy dla niego jego kapłaństwo: „Dziś rano odprawiłem ostatnią Mszę św. Pożegnałem się z kapłaństwem. To były piękne lata mojego życia głównie dzięki Wam! Rozpoczynam nowy etap życia przy boku Justyny”. Zatem znów – dojrzała decyzja. I jeszcze podziękowania za wsparcie od parafian.

Na czym polega problem odchodzących kapłanów? Chyba można powiedzieć, że niestety na specyfice współczesnych czasów. Na tym, że ludzie coraz rzadziej rozumieją pojęcie obiektywnej prawdy i nieodwracalnej decyzji. Tego, że istnieje obiektywna prawda, która sprawia, że niektóre decyzje są nieodwracalne. Tak jest w przypadku każdej pojedynczej decyzji sakramentalnej. A tymczasem według statystyk nawet co trzecie małżeństwo się rozpada. Ludzie coraz częściej stwierdzają sobie, że podejmując decyzję o ślubie byli niedojrzali, teraz dopiero są dojrzali i podejmują dojrzałe decyzje. A więc rozwód ma być dojrzały, bo w momencie ślubu było się niedojrzałym. Albo przywołuje się Boga – Bóg chce, bym się rozwiódł i brał ślub z kimś innym. Tymczasem to nie Bóg, lecz usprawiedliwienie swoich jeszcze bardziej niedojrzałych czynów.

Podobnie rzecz się ma z kapłaństwem. Coraz więcej księży nie rozumie, że sakrament święceń przyjęty świadomie i w wolności jest stałym piętnem, którego nie da się odwołać. I naprawdę nie ma sensu przeprowadzać dochodzenia, czy sakrament w danym momencie był ważny, bo przecież ja sam byłem nie dość dojrzały. Ponieważ każdy, przyjmując lub udzielając (jak w małżeństwie) sakramentu odpowiada na serię pytań, na które musi odpowiedzieć świadomie. A do święceń przygotowuje się dodatkowo 5 lat. To naprawdę wystarczająco dużo, by przemyśleć swoją decyzję.

O specyfice naszych czasów świadczy też sposób reakcji na głośne odejścia księży. Oczywiście, pojawiają się liczne słowa krytyki, żalu, smutku. Ale najgłośniej wybrzmiewają brawa i gratulacje, oraz życzenia dobrej drogi. Ludzie cieszą się „szczęściem” danego kapłana, jakby jego odejście z wcześniej świadomie obranej drogi była naprawdę czymś dobrym. Gratulują osoby, które się u danego księdza spowiadały, które się z nim przyjaźniły lub które były przez wiele lat jego parafianami. Dawniej takiego księdza pewnie spotkałby społeczny ostracyzm (co nie jest dobrym rozwiązaniem, bynajmniej), albo wzmożona modlitwa. Dziś mamy radość i gratulacje.

Bo ludzie z pokolenia „millenials” albo – jak mówią inni – z pokolenia „IKEA” mają zupełnie inne spojrzenie na świat. Nie widzą nic obiektywnego, widzą tylko uczucia, emocje i w nich swoje subiektywne zdanie. Katolicyzm to pielgrzymka, zabawa i gra na gitarze. Ale nie waż się mówić o nierozerwalności małżeństwa czy zakazie aborcji. Przecież nie o to chodzi współczesnym odbiorcom. Jest to ogromny problem wcale nie psychiczny, lecz społeczny. Dlatego ludzie potrafią tak łatwo przyjąć czyjś rozwód czy rzucenie kapłaństwa. Bo tego się nauczyli od siebie nawzajem.

Lepiej niż ja całe zamieszanie (w tym przypadku wokół ks. Kachnowicza) skomentował na Twitterze ks. Adam Jaszcz, rzecznik prasowy archidiecezji lubelskiej:

Kapłaństwo nie jest umową o pracę. Zgadza się na nie dorosły człowiek, który przyjmuje blaski i cienie tej posługi, trwając w wierności Chrystusowi. Często odchodzący ksiądz używa argumentów, że wyzwoliła go ta decyzja, że długo do niej dojrzewał, jak bardzo jest teraz szczęśliwy. Jest to próba racjonalizacji dramatu, który rozegrał się i rozgrywa w życiu księdza rezygnującego z kapłaństwa. Radykalne zmiany budzą euforię, ale przejściową. Często mają też drugie dno. (…)

Wiele osób gratulowało ks. Kachnowiczowi podjętej decyzji. To tak, jakby pogratulować mężowi, że nie dochowuje wierności swojej żonie. Wierność jest czymś fundamentalnym nie tylko w małżeństwie, ale także w kapłaństwie. Bijącym brawo odchodzącemu kapłanowi proponuję ponowną refleksję nad relacjami łączącymi Jezusa i Jego uczniów. Może ks. Łukasz tak jak św. Piotr po błędzie podejmie na nowo trud wierności, kochając Jezusa w Jego kapłaństwie. Tego mu z całego serca życzę.

Ale żeby to zrozumieć, trzeba sobie przypomnieć, że dawniej zepsuty sprzęt się naprawiało, a nie wyrzucało na śmietnik i kupowało nowy. Podobnie ma się rzecz z małżeństwem i kapłaństwem. Jeśli coś się psuje, trzeba pracować, by to naprawić, a nie zaczynać wszystko od nowa.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu Pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/ojciec-ksi%C4%85dz-kap%C5%82an-szyi-white-873830/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Banda niewykształconych dzieciorobów ze wsi, czyli demokracja, głupcze!

signpost-wooden-direction-post-road-europe (1)Jesteśmy świeżo po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Po pierwsze zadziwiła wszystkich frekwencja. Do tej pory niewielu Polaków wydawało się zainteresowanych kwestią eurowyborów, tym razem jednak zmobilizowali się. Można by powiedzieć – żeby obalić PiS. Ale nie, kolejnym zaskoczeniem było to, że właśnie PiS te wybory wygrał, i to nie – jak chciała to widzieć Gazeta Wyborcza – o włos, lecz o niemal 7 procent głosów. I to wywołało ogrom nerwów i oburzenia. Bo jak tak można głosować? I pojawiły się nawet komentarze, że to wszystko oznacza, że demokracji w Polsce już nie ma…

Podobnie sytuacja wygląda odkąd Prawo i Sprawiedliwość zaczęło wygrywać wybory w 2015 roku. Do tej pory było to nie do pomyślenia, a nagonka polityczna na tych, którzy mieli być wiecznymi przegranymi, wydawała się główną siłą napędową Polski. Ale jednak PiS nagle wygrało wybory, podwójnie, i o dziwo nie udało się obalić rządu w ciągu dwóch lat, jak było za ich poprzedniej kadencji. Mainstream miał nadzieję, że chociaż w wyborach do Europarlamentu sobie poradzi, ale mimo usilnych starań nie udało się mu to. Co zatem trzeba było zrobić? Otóż należało pokazać, że wynik wyborów to efekt głosów wrzucanych do urny przez nieuków, nierobów i beneficjentów świadczenia socjalnego 500+.

W swoim ironicznym wpisie wrzuconym ze zgryzoty Dorota Zawadzka (znana jako SuperNiania) napisała: „Wieś zdecydowała, i niskie wykształcenie. No cóż. Jesienią może być jeszcze gorzej. Niestety”. Oczywiście, nawet jej wierne fanki były tym komentarzem oburzone, ale to nie zmienia faktu, że dla idoli mainstreamu nie tylko wyborcy PiSu są ludźmi ze wsi z niskim wykształceniem, ale również że bycie osobą ze wsi czy z niższym wykształceniem jest czymś z zasady złym. Warto przypomnieć tu wypominanie, że nie ma się gdzie położyć na plaży nad polskim morzem, bo Janusze i Grażyny dostały 500+ i się rozwalają z parawanami. Albo załamywanie rąk nad niemieckimi truskawkami czy szparagami, których nie ma kto zbierać, bo Polacy dostali pomoc od państwa i nie chce im się jeździć na zarobek do zachodnich sąsiadów.

Kolejnym przykładem reakcji na wyniki wyborów był wpis Krystyny Jandy, w którym przytaczała prześmiewczy rysunek. Polityk z banknotem wisi nad starszą panią, która wyraźnie modli się lub błaga o pieniądze. I tenże polityk mówi do niej: „Daj głos”. A więc znów mamy (w założeniu głupią) starą kobietę ze wsi. Bo wieś i głupota zdecydowała. Mądrzy, wykształceni i mieszkańcy miast – oraz ci, którzy nie mają dzieci – zagłosowali dobrze, na Koalicję Europejską. Niestety, było ich mniej, ponieważ wieśniacy siłą rozpędu pobiegli do urn by zagłosować.

Media sprzyjające opozycji histeryzują, że to już koniec demokracji. Że Polacy wybrali dyktaturę dla cukierków, którymi władza ich obdarza (czyli dla pomocy socjalnej). Że nie będzie już normalnej Polski, dopóki PiS nie przestanie wygrywać i nie ustąpi (wreszcie) miejsca Platformie Obywatelskiej. Bo przecież nie na tym powinna – ich zdaniem – polegać demokracja, że wygrywa ktoś, kogo uważają za dyktatora. Znów zaczynają się proroctwa o drugiej Grecji i załamującej się gospodarce – szkoda, że mamy największy wzrost gospodarczy od dawna.

Tymczasem demokracja ma się świetnie. Głos ludzi, ze wsi czy z miast, liczy się tak samo i każdy ma prawo zdecydować, na kogo swój głos odda. Nieważnie, czy to kobieta, czy mężczyzna, czy wykształcona, czy też nie, albo czy pobiera świadczenie 500+. Każdy ma takie samo prawo do głosu. I to, że we wszystkich wyborach od 2007 do 2015 roku wygrywała Platforma, to wszystko było wyłącznie objawem demokracji. I to, że w 2015 tendencje wśród ludzi się zmieniły, to też jest demokracja. I na pewno w działaniu demokracji nie pomoże wyzywanie i obrażanie tych, którzy głosowali inaczej, niż naszym zdaniem należałoby głosować. Na tym polega demokracja, że każdy głos liczy się jednakowo. A osoby, którym zależy na zwycięstwie innej opcji politycznej, powinny ugryźć się w język przy rozmowach z przeciwnikami czy przy komentowaniu w sieci decyzji głosujących. Bo obrażanie tych, którzy głosują na PiS, przynosi skutek odwrotny. Oni jeszcze bardziej się mobilizują. Wystarczy spojrzeć na wyniki, jakie na Węgrzech osiągnęła partia Viktora Orbana. Wygrała ona z przewagą ponad 50%, mimo ciągłej medialnej nagonki na samego Orbana, co dobrze widać także w Polsce, gdzie media mainstreamowe Orbana nienawidzą prawie tak, jak Jarosława Kaczyńskiego.

Zwróćmy zatem uwagę na naszą kulturę osobistą w codzienności. Nauczmy się przegrywać. Nie ma potrzeby wyzywania osób głosujących na PiS tylko dlatego, że PiS wygrał. Podobnie zresztą byłoby, gdyby było odwrotnie. Demokracja ma się bardzo dobrze nawet wtedy, kiedy wygrywa nie ten, którego oczekiwaliście.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu foter: https://foter.com/photo2/signpost-wooden-direction-post-road-europe/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

To (nie jest?) strajk polityczny

Jestem łamistrajkiem i szują. Tak przynajmniej nazywają mnie i mnie podobnych niektórzy dyskutanci w internecie. Ponieważ – mimo popierania postulatów protestujących – nie przyłączyłem się do strajku. Nie założyłem czarnych ciuchów, nie ustawiłem się w szpalerze i nie zbojkotowałem egzaminów. Choć – jak już wiecie – jestem zdania, że nauczyciel zarabia zdecydowanie za mało i powinien być lepiej wynagradzany. Osoba pracująca na posadzie opłacanej z budżetu państwa powinna zarabiać tyle, by bez problemu utrzymać rodzinę z jednej pensji i nie musieć dorabiać dodatkowo.

Nie poparłem protestu z kilku powodów. Po pierwsze – powiedziałem moim uczniom, że nie pracuję w szkole dla pieniędzy, lecz dla nich, i ich nie zostawię. Ten argument został na jednej z grup facebookowych wyśmiany najbardziej, chyba równomiernie z tym, kiedy powiedziałem, że jestem teologiem i katechetą, a angielskiego uczę dzięki certyfikatowi. Ale taka jest prawda. Gdybym nastawiał się na wielkie zarobki, a nie na dobro dzieci, dzięki którym w ogóle zostałem w szkole, to poszedłbym pracować gdzie indziej. Po drugie zaś – nie protestuję, ponieważ niestety nieprawdą jest, że nie jest to protest polityczny.

Fakt, że do strajku nauczycieli przyłączyły się osoby wyznający różne poglądy. Zwolennicy ZNP czy Platformy Obywatelskiej, ale także wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, prawicowcy. Wydawałoby się, że połączyła ich wspólna sprawa, którą są lepsze zarobki. Zgoda, ale zwróćmy uwagę, kto tak naprawdę stoi na czele tego protestu. Tym człowiekiem jest Sławomir Broniarz, szef Związku Nauczycielstwa Polskiego. Człowiek, który – jak wielu przed nim – utrzymuje, że „nie jest to protest polityczny”. To samo utrzymywali rodzice osób niepełnosprawnych, które szybko po swoim proteście wbiły się na scenę polityczną, a jeden z samych niepełnosprawnych został radnym z ramienia PO. Sławomir Broniarz współpracuje z Grzegorzem Schetyną, dogaduje się z Rafałem Trzaskowskim – prezydentem Warszawy – a nawet był ostatnio na konwencji wyborczej PO. Nie jest prawdą, że strajk jest apolityczny. Jest prowadzony, nadzorowany i wspierany przez Platformę Obywatelską i jest zakrojony na destabilizację państwa i obalenie rządu. Wiecie, że protest trwa teraz, kiedy zaczęły się regularne podwyżki dla nauczycieli. Nie są one wielkie – zgoda. Podniesienie pensji o 200 złotych nie jest bardzo odczuwalne. Gdyby podniesiono ją o 1000, z pewnością dałoby się to lepiej odczuć. Ale podwyżki są i są regularne. A co działo się w drugiej kadencji rządów Platformy Obywatelskiej, kiedy pensje zostały zamrożone na kilka lat? Nauczyciele chcieli protestować, jednak to właśnie Sławomir Broniarz wystąpił z oświadczeniem, że sytuacja rzeczywiście jest trudna, ale nie ma powodu do strajku. I rozeszło się po kościach.

Sytuacja jest naprawdę słaba. Ja postanowiłem nie strajkować. Przez dwa pierwsze dni byłem na świetlicy i pomagałem w opiece nad trójką dzieci w szkolnej świetlicy. Tyle zostało przyprowadzonych do szkoły w dniach strajku. We środę, czwartek i piątek uczestniczyłem w egzaminie gimnazjalnym. A teraz wędruję z delegacją do innej szkoły, by wspomóc ją przy egzaminach ósmoklasisty. Część moich koleżanek z pracy koczuje przy drzwiach ubrana na czarno. W gablocie w pokoju nauczycielskim wywieszony napis: „Ktoś inny zmienia świat za ciebie, nadstawia głowę, podnosi krzyk. A ty z daleka, bo tak lepiej i w razie czego nie tracisz nic”. Nie ma szpalerów ani buczenia w czasie egzaminów – bardzo dobrze. Wiem, że są szkoły, w których bez tego się nie obyło. Nauczyciele stanęli przeciw swoim uczniom, wychowankom, żeby ugrać dla siebie podwyżkę. Są szkoły, w których nauczyciele (podobno dostali polecenie z góry) śpiewają piosenki uderzające w rząd, w Prawo i Sprawiedliwość czy w TVP (ale w ogóle nie jest to protest polityczny). Chwalą TVN, dziękują przedstawicielom Platformy Obywatelskiej. Przebierają się za krowy i świnie, by pokazać, że PiS ma pieniądze na zwierzęta hodowlane, a nie ma na nauczycieli (choć tak naprawdę w przypadku krów i świń chodzi o załatwione po latach dotacje unijne, a nie pieniądze z podatków). Sytuacja robi się groteskowa i widać, że część osób chętnie zrezygnowałaby z tego strajku, ale pan Broniarz nie pozwala.

Strajk trwa nieco ponad tydzień. Dzięki „łamistrajkom” takim jak ja udało się zorganizować egzaminy w szkołach – choć widać bardzo wyraźnie, że strajk miał doprowadzić do bojkotu egzaminów, tak by jak najmocniej uderzyć w rząd. Przed nami jeszcze klasyfikacja końcowa klas maturalnych i ich egzamin dojrzałości. Czy strajk będzie trwał nadal? Faktem jest, że część nauczycieli strajkujących powoli odchodzi od tego, wydają się otrząsać z uczuć tłumu podążającego za przewodnikiem. Podobno całe szkoły już rezygnują. Czy odzyskają szacunek uczniów, których naraziły na stres w ich roku egzaminacyjnym? Mam nadzieję, że tak. Czy protest przyniesie zamierzony skutek? Nie sądzę. Oprócz doprowadzenia do zmniejszenia szacunku do nauczycieli (który i tak był mały!) w oczach społeczeństwa może nie przynieść żadnej zmiany.

W efekcie strajku i nienawiści do osób przeciwnych strajkowi wypisałem się z grupy facebookowej „nauczyciele angielskiego”. Była to grupa, na której dzieliłem się pomysłami i z której czerpałem inspirację. Aż do ostatniego czasu, kiedy przestała ona żyć czymkolwiek innym, jak tylko strajkiem. W końcu zostałem tam wyśmiany (katecheta uczy angielskiego) i zwyzywany, i ostatecznie wyszedłem. Z nauczania wychodzić nie zamierzam. Jestem tu dla tych, którzy mnie potrzebują i pozwolili mi to bardzo mocno odczuć. Chętnie zarabiałbym więcej. Ale nie zostawię uczniów – jeszcze raz to powtarzam. I nie pójdę za politycznym zewem Sławomira Broniarza jak te baranki prowadzone na rzeź.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/wiedzy-ksi%C4%85%C5%BCka-biblioteki-okulary-1052010/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Powrót do postu Daniela

Być może niektórzy czytelnicy pamiętają mój pierwszy wpis dotyczący tzw. postu Daniela. Niektórzy z pewnością trafiają na niego kiedy googlują internet w poszukiwaniu odpowiedzi. To było pięć lat temu, w marcu 2014. Dawno i – wydawać by się mogło – nieprawda. Bo post przeszedłem krótko, potem wróciłem do niezdrowych nawyków żywieniowych i zarówno waga ciała, jak i kłopoty zdrowotne z nią związane, powróciły do poprzedniego stanu. Klasyczny efekt jojo. Poza tym jestem typowym facetem bekonowym, który lubi zjeść wszystko co tłuste, umami i z sosem. Mimo tego ten Wielki Post zaczął się wyjątkowo.

Ponowną fascynację postem Daniela (dziś fachowo nazywa się to „dieta warzywno-owocowa dr Ewy Dąbrowskiej” i – co ciekawe – opatrzone jest znakiem zastrzeżonym) przeżyła moja żona, która wprawdzie sama nie może się w nim zagłębić, bo karmi piersią dziecko czwarte, ale postanowiła przekonać mnie do ponowienia próby, tym razem z naciskiem na przejście wszystkich etapów po kolei i bez naginania zasad. Do dziś bowiem pamiętam, jak wtedy, pięć lat temu, wyglądało moje „wychodzenie” z postu. Skończyłem wyznaczone sobie bodajże dwa tygodnie, kupiłem batonika i kawę, i dostałem takiego kopa że śmiałem się i tańczyłem przez prawie cały dzień. Tymczasem nie na tym polega wychodzenie. W sumie nie na tym polega wychodzenie z jakiejkolwiek diety, ale na poście Daniela, kiedy dostarcza się organizmowi minimum kalorii, a poza tym tylko witaminy i minerały, widać to szczególnie.

Żona przeżyła fascynację i odkryła, że po tych latach kwestie dotyczące postu nieco się zmieniły. Ewa Dąbrowska nadal jest główną osobą dającą wytyczne, ale przedsięwzięcie przejęła jej synowa. Powstały nowe książki, nie oparte już na audycjach z Radia Maryja, lecz profesjonalne poradniki dietetyczne. Kupiliśmy je tuż po środzie popielcowej, ale mój post Daniela zaczął się równo z początkiem Wielkiego Postu. Tym razem postanowiliśmy pójść na całość. Zatem moja dieta oparta na warzywach (niestrączkowych i nie ziemniakach) oraz wybranych owocach (jabłka, grejpfruty, kiwi do smaku i cytryna) zaczęła się w środę popielcową i ma trwać sześć tygodni. Teraz jestem za połową – i jest dobrze. Fascynuje mnie fenomen, że dr Ewa Dąbrowska podkreśliła, że właściwa dieta nie powinna trwać dłużej, niż 6 tygodni. To niemal idealnie tyle, ile trwa Wielki Post. Sześć tygodni mojego postu zakończy się kilka dni przed Wielkanocą. A w Wielkanoc będę mógł nawet zjeść jajko! Z majonezem! Ponieważ jest to jedna z możliwości, które człowiek otrzymuje kiedy zacznie proces wychodzenia z postu Daniela.

Kiedyś nie przypuszczałem, że mogę przetrwać bez jedzenia mięsa nie Wielki Piątek i Popielec, ale także cały Wielki Post. Tymczasem nie jem nie tylko mięsa, ale także chleba, produktów zbożowych i mlecznych, cukrów i ciastek, roślin strączkowych, ziemniaków i większości owoców (które zawierają dużo cukru). I czuję się dobrze – wręcz bardziej wypoczęty i z lepszą kondycją, niż przed postem. Czy mam jakieś problemy? Największy to oczywiście fakt, że nie mam przyjemności z jedzenia. Jak już napisałem jestem fanem umami – mięsa i tłuszczu. Warzywa zjadam bo muszę. Na szczęście nie jestem już dzieckiem, które nie zje brokuła bo jest ble, kropka. Jem warzywa i część potraw, które przygotowuje mi żona jest całkiem smaczna. Mimo tego mam nadal chęć na wieśmaka z frytkami. Albo kawałek ciasta. Mimo tego wyjątkowo nie ulegam pokusom. Postanowiłem i z Bożą pomocą trzymam się postanowienia. Odmawiam konsekwentnie uczniom, którzy co chwila częstują mnie cukierkami albo czipsami. Trochę są zdziwieni, bo zawsze byłem fajnym panem, z którym można było pogadać przy prażynkach – a teraz można tylko pogadać. Ale konsekwentnie tłumaczę, że poszczę i nie robię wyjątków.

Pewnie część z Was zastanawia się nadal o co chodzi z tymi jajkami w majonezie. Jak to możliwe, że tuż po wyjściu ze ścisłego postu można wsuwać majonez i nie mieć efektu jojo? Po pierwsze nie można oczywiście jeść majonezu przez cały czas (tak jak ja, kiedy miałem zaznaczyć „coś, co mógłbym jeść przez cały dzień” wpisałem „majonez kielecki”), lecz w ograniczonych dawkach. Po drugie zaś proces wychodzenia zaczyna się właśnie od dodania do diety jajek i tłuszczu. Dość dużych ilości tłuszczu, ponieważ należy w pierwszej kolejności uzupełnić zasoby energetyczne, które spaliło się w trakcie postu. Co więcej – cukry (w tym pieczywo) wprowadza się bardzo delikatnie dopiero przy końcówce wychodzenia. Dieta warzywno-owocowa ma za zadanie przyzwyczaić nas bowiem do tego, że po poście właściwym sposobem energetyzowania organizmu jest dostarczanie mu tłuszczu. Jak bowiem wiemy dwa składniki odżywcze dostarczają energii organizmowi. Są to tłuszcze i cukry. Cukry są potrzebne głównie przy potrzebie nagłego zastrzyku energii, który nie potrwa długo (patrz – moja przygoda z kawą i batonem). Tłuszcze zaś spalają się długo i są bardziej wydajne, dostarczając energii równomiernie, choć bez nagłych eksplozji energetycznych. Cały post polega tak naprawdę na spalaniu tego tłuszczu (i innych, bardziej groźnych dla zdrowia elementów), które przed postem się w nas odłożyły. Później te tłuszcze należy dostarczać, ale pamiętając o kontrolowaniu się. Nazywa się to dietą ketogeniczną – kiedy to organizmowi dostarcza się duże ilości tłuszczu, a małe węglowodanów i utrzymuje się organizm w żywieniu tłuszczami właśnie. Ostatecznie oczywiście należy przejść na zdrowe żywienie – po procesie wychodzenia bilansuje się dietę (szczególnie polecam tutaj portal vitalia.pl, który pomaga nie tylko schudnąć, ale też utrzymać się przy zdrowym trybie życia).

Czy to znaczy, że już nigdy nie zjem hamburgera w Maku? Nie sądzę. To znaczy, że jeśli będę wystarczająco zdeterminowany, nauczę się to kontrolować. Z Bożą pomocą nauczę się jeść racjonalnie i wypad do McDonalda po drodze na wakacje albo smażona ryba w Broku raz w miesiącu nie spowodują u mnie efektu jojo. Będzie dobrze dopóki będę umiał się kontrolować. Ale jeśli przetrwam bez większych problemów (psychicznych) niemal cały Wielki Post na warzywach, a potem także proces wychodzenia, to wierzę, że uda mi się utrzymać proces zdrowego żywienia w przyszłości. A może nawet wyrobię sobie kondycję fizyczną i stanę się wreszcie szczupłym, wysportowanym i przystojnym mężczyzną? Proszę Was o wsparcie modlitewne. Dziękuję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Warzywa, pobrane ze strony https://pixabay.com/pl/photos/warzyw-warzywo-kosz-%C5%BCniwa-ogr%C3%B3d-752153/
2. Nowe pozycje książkowe dotyczące diety warzywno-owocowej, pobrane ze strony https://bonito.pl/k-1786441-pakiet-dieta-warzywno-owocowa-dr-ewy-dabrowskiej?gclid=Cj0KCQjwyoHlBRCNARIsAFjKJ6DvhpS2-NksODzg1G0hMOUnE5Nj9mJyn4hX6In4jiW0_lvt7C_n4qIaAi9ZEALw_wcB

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Pamiętajmy o modlitwie małżeńskiej

Być może część z Was – tak jak ja czy moja żona – wychowywało się w rodzinach, w których rodzice nie modlili się. Czasem mama odmawiała z dziećmi pacierz, czasem – rzadziej – robił to ojciec, czasem jedno z nich, albo każde z nich, modliło się samo, ale czy w Waszych rodzinach istniała modlitwa małżeńska?

Małżonkowie w dniu ślubu przysięgali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. W tym dniu zaprosili też Boga do własnego małżeństwa – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Oczywiście z góry można założyć, że ogromna większość nowozaślubionych ten fakt ma w głębokim poważaniu. A jednak małżeństwo to związek dwójki osób zawierany wobec Boga i Kościoła, bez względu na to, czy ktoś do tego przykłada wagę, czy nie. Osoby, które zdają sobie z tego sprawę i dla których to ma znaczenie, powinny pamiętać o codziennej modlitwie, o rozmowie z Bogiem i dziękowaniu Mu za swoje małżeństwo. Ale w tym przypadku osobista modlitwa indywidualna nie wystarczy. Jako małżeństwo ludzie stają się jednością. Ich łączność z Bogiem też w dużej mierze staje się wspólna. Dlatego również modlitwa powinna być wspólna. Nie wyłącznie wspólna – ale również wspólna, poza modlitwą osobistą. Czymś naturalnym dla katolickiego małżeństwa powinno być stawanie przed Bogiem we dwoje i wspólne powierzanie Mu swojego życia, swojej rodziny i wszelkich swoich kłopotów.

Jeśli ktoś jest w Domowym Kościele wie doskonale, że wspólna modlitwa małżeńska jest jednym ze zobowiązań. Ani w Domowym Kościele, ani poza nim nie należy jednak traktować takich zobowiązań jako przykrego obowiązku. Zobowiązania to wskazówki, które pokazują nam, jak należy postępować, żeby dobrze żyć. Oczywiście – w DK spełnianie zobowiązań jest obowiązkiem, ale nie może ono wynikać wyłącznie z poczucia obowiązku. Jest to zasada wynikająca z miłości i bezpośrednio ze złożonej przysięgi małżeńskiej. Modlitwa małżonków zbliża ich do siebie, czasem pomaga załagodzić konflikty i zjednoczyć ich na nowo.

Co jednak zrobić, jeśli tej modlitwy nie ma, ponieważ trudno jest uzyskać jedność małżeńską? Jeśli jedno z małżonków odczuwa potrzebę modlitwy, ale drugie jej odmawia? Na pewno dobrą drogą nie jest uskarżanie się wobec znajomych, że „chciałbym/chciałabym modlić się razem, ale mój współmałżonek odmawia”. To może doprowadzić tylko do jeszcze większego zamknięcia się małżonka. O wiele lepszym rozwiązaniem jest konsekwentne podchodzenie z miłością, szacunkiem i uprzejmością do żony czy męża i codzienne proszenie o wspólną modlitwę. Robienie tego każdego dnia o tej samej porze, przebijanie się przez gniew czy obojętność, a czasem siadanie obok, przytulanie się i cicha modlitwa obok współmałżonka. Oczywiście nie daję gwarancji, że ten sposób przyniesie oczekiwany rezultat. Ale przynajmniej doprowadzi do oswojenia się z mężem czy z żoną, którzy od dawna mogą wydawać się obcy. I warto bez nacisku pokazywać, że na tej jedności szczególnie nam zależy. Takie zachowanie przyniesie owoce.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: https://foter.com/photo2/senior-couple-embracing-on-bridge/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Dlaczego nie poprę protestu nauczycieli

Nauczyciel to w Polsce zawód mało (za mało) poważany. Nie cieszy się zbyt wielką renomą, a im więcej mija pokoleń, tym bardziej wydaje się, że ludzie mają roszczeniowe spojrzenie na nauczycieli. Rodzice chcieliby, żeby ich dzieci były traktowane z największym szacunkiem (choć często sami nie szanują, jak również nie uczą szacunku tych dzieci), a jeśli zechce się wystawić komuś ocenę niedostateczną, trzeba uargumentować, że zrobiono naprawdę wszystko, by do tego nie doszło (nie, nie wystarczy, że uczeń nic nie umie). Do tego pieniądze, które zarabiają nauczyciele są naprawdę niewielkie i z jednej nauczycielskiej pensji nie utrzyma się rodziny – co najwyżej samego siebie, i to nie na wysokim poziomie. Fakt istnienia ferii i wakacji sprawia, że nauczycieli traktuje się jak pasożytów, nierobów i roszczeniowców. To wszystko to nie jest moja opinia – to powszechna opinia, którą można usłyszeć wśród nauczycieli. I oczywiście, że nie wszyscy tak uważają. Znam mnóstwo uczniów i ich rodziców, którzy traktują nauczycieli z ogromnym szacunkiem. Ale jednak mnie, jako nauczyciela, tzw. protest nauczycieli nie dziwi.

Mimo wszelkich niedogodności nie zamierzam jednak przyłączać się do żadnego protestu nauczycieli i nie planuję iść na jakiekolwiek lewe zwolnienie lekarskie. Co więcej – nawet gdyby w placówce, w której pracuję, ogłoszono protest L4, byłbym z pewnością jedną z osób, które mimo wszystko przyszłyby do pracy. Dlaczego? Ponieważ ilekolwiek nie zarabialibyśmy, oraz jakkolwiek nie bylibyśmy traktowani, wciąż pozostajemy nauczycielami – osobami odpowiedzialnymi za edukację i wychowanie, ale też za radość, spokój, zdrowie psychiczne i mądrość naszych uczniów. Dzieci, które uczymy, są naszą odpowiedzialnością. Skrajnym brakiem szacunku do nich jest protestowanie w sposób, jakim jest chodzenie na fałszywe zwolnienia lekarskie. Nie chcę się dziś zagłębiać w politykę i rozwodzić się nad tym, że gdy u władzy była PO, to Związek Nauczycielstwa Polskiego nie wchodził w żadne protesty. Bo to nie ma znaczenia. Nasze zarobki są śmieszne i komfort pracy też jest śmieszny. Znaczenie ma to, za kogo wzięliśmy odpowiedzialność.

Przez protest nauczycieli w pewnej szkole odwołano próbną maturę. Stracili na tym uczniowie. W niektórych szkołach przełożono – albo w ogóle odwołano – studniówki. Kto na tym ucierpiał? Oczywiście uczniowie. Przed świętami przygotowywano jasełka, wigilie klasowe – które nie odbyły się, ponieważ nauczyciele „zachorowali”. Ucierpieli na tym, a jakże, uczniowie! Teraz ZNP straszy, że jeśli nie dostaną podwyżek, których żądają, to „zachorują” w trakcie matur, co sprawi, że matury nie będą mogły się odbyć. Próbują tym zastraszyć rząd. Ale cierpią tylko uczniowie i ich rodzice! Proszę zwrócić przy tym również uwagę na przedszkola, które musiały prosić rodziców o zapewnienie swoim dzieciom opieki, ponieważ większość ich pracowników poszła nagle na L4. Oczywiście, że ucierpiały na tym dzieci oraz ich opiekunowie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która powoduje u mnie dyskomfort w kwestii protestów. To, że nauczyciel jest wychowawcą, a wychowawca uczy mądrości i uczciwości. Tymczasem jeśli w danej placówce większość nauczycieli nagle idzie na zwolnienie lekarskie, oczywistym jest, że te zwolnienia lekarskie są nieprawdziwe. Nauczyciel idąc do lekarza oszukuje. Lekarz, wystawiając zwolnienie, również oszukuje. Uczniowie, którzy muszą zostać w domu, widzą to oszustwo, doskonale się orientują że te wszystkie zwolnienia nie są związane z prawdziwą chorobą. Tym samym uczą się, że jeśli chcą coś załatwić lub na kimś wymóc, powinni oszukiwać. Że jest to coś dobrego, skoro ich nauczyciele tak robią. Wszyscy znamy historie o dzieciach, które – jeśli nie chciały iść do szkoły – udawały chorobę, rozgrzewały termometr itp. Wiedzieliśmy, że jest to niedobre. Teraz nagle okazuje się, że jest to jak najbardziej dobrze, jeśli tylko chcemy wymóc na rządzie danie nam podwyżki.

Nie jestem zadowolony z pieniędzy, jakie zarabiam jako nauczyciel. Z tego, że żeby żyć na poziomie lepszym niż „od pierwszego do pierwszego” z czwórką dzieci muszę pracować na dwa etaty i w efekcie dla tych dzieci nie mieć już w ogóle czasu. I chcę, by nauczyciele byli bardziej poważaną oraz lepiej zarabiającą grupą zawodową. Ale nie zgadzam się na robienie tego kosztem dzieci – naszych wychowanków! Musimy dawać im dobry przykład i uczyć ich dobrych zachowań – w tym również poświęcenia kosztem samego siebie. Dlatego, jeśli miałbym być jedynym nauczycielem „zdrowym” w całej szkole, to będę nim. I nie wezmę udziału w proteście.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/szko%C5%82y-nauczyciel-edukacja-asia-1782427/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

W nowym roku postaw na relacje

Koniec roku zawsze skłania do refleksji i układania postanowień. Ile razy słyszeliśmy już to wyświechtane hasło? Co więcej – z pewnością wielu z nas słyszało też, że hasło jest wyświechtane. To taki chwyt retoryczny, żeby wmanewrować się w tekst o końcu roku starego i początku nowego. Ale – nie oszukujmy się – czy korzystamy z chwytów retorycznych, czy nie, zazwyczaj decydujemy się w ostatnich dniach roku na przemyślenie tego, co było dobre i tego, co mogłoby być lepsze.

Nowy rok staje się dla nas punktem zwrotnym, choć może być nim każdy inny dzień w roku. Dla niektórych są to urodziny, dla innych początek urlopu, dla kolejnych po prostu dzień, w którym decydują się na wprowadzenie zmian. Czy łatwiej jest to zrobić na początku roku? Jest to z pewnością łatwe źródło zarobku dla klubów fitness czy siłowni, klubów tańca i tym podobnych, które na początku roku zaliczają znaczący wzrost zarobków spowodowany postanowieniami noworocznymi. Najlepiej mają te, w których trzeba założyć karnet płatny co miesiąc – większość postanowień odrzucana jest po pół roku, ale już jedna czwarta po pierwszym tygodniu! Jeśli podpiszesz umowę z siłownią na rok, ta zarobi na tobie na czysto przynajmniej przez kilka miesięcy.

Czy nie warto zatem decydować się na noworoczne postanowienia? Z pewnością nie warto rzucać się na głęboką wodę i wchodzić w coś, z czym nie miało się żadnego związku przez lata. Jeśli przez ostatnie trzy lata nic nie przeczytałeś, nie podejmuj wyzwania „przeczytam 52 książki w 2019 roku”. Jeśli od 10 lat nie możesz schudnąć, nie zakładaj, że od tej pory „10 razy w tygodniu fitness, sport”. Ale warto zająć się swoim życiem na nowo, tylko zaczynając od korzeni, a nie od tego, co widać na wierzchu. Warto zacząć od relacji.

Przede wszystkim trzeba poukładać relacje w odpowiedniej kolejności. Warto przypomnieć sobie, że osoby, które są najważniejsze w naszym życiu, zasługują na największą ilość miejsca (nie zawsze przełoży się to na czas) w tym życiu. Trzeba siebie zapytać: kto jest dla nas najważniejszy? My, chrześcijanie, nie powinniśmy mieć co do tego wątpliwości: najważniejszy jest Bóg. Tak, kolejne wyświechtane hasło. Wyświechtane dopóty, dopóki nie zaczniemy tego realizować w naszej codzienności. Dlatego w pierwszej kolejności w nowym roku warto postawić na swoją relację z Panem Bogiem. Codzienna modlitwa, poświęcenie przynajmniej 15 minut na osobiste spotkanie z Panem – to nasza chrześcijańska konieczność. Nie różaniec odmawiany w autobusie, nie seria aktów strzelistych, lecz wygospodarowanie kwadransa na rozmowę z Panem i wysłuchanie tego, co chce nam powiedzieć. Po to, by ostatecznie wdrożyć się w stałą świadomość Jego ciągłej obecności w naszym życiu – ale bez pomijania tego rytuału codziennego spotkania.

Druga po Bogu jest nasza rodzina. Współmałżonek, a po nim dzieci. Dlatego należy zastanowić się nad tym, czy nie warto na przykład poświęcić większych zarobków na korzyść spotkania z bliskimi. Sam jestem przykładem osoby pracującej na dwa etaty, która wraca do domu po 20. Z dziećmi jestem wtedy, gdy odwożę i przywożę je do szkoły oraz przy wieczornej modlitwie. Co z tego, że finansowo nie żyjemy w biedzie, jeśli to tak naprawdę wyniszcza relacje w naszej rodzinie? Nie mam czasu pójść z żoną na randkę, nie mogę bawić się z dziećmi. Jak wiele osób jest w podobnej sytuacji? Doskonałym pomysłem na nowy rok jest zostawienie tego, przejście na jeden etat i wykorzystanie „nadmiaru” czasu na bycie ze swoimi bliskimi.

W trzeciej kolejności nie zapomnijmy o sobie! Owszem, w skład tego „nie zapominania” wejdzie dbanie o kondycję, zdrowe żywienie itp., co zawiera się często w postanowieniach noworocznych. Ale nie pomijajmy też możliwości relaksu, rozwijania swoich zainteresowań, a nawet czasu spędzanego sam na sam ze sobą. Tak, bez żony/męża, dzieci i myśli o pracy (bo przecież w samochodzie do pracy jesteśmy „sam na sam ze sobą”, ale nawet o tym nie myślimy). Może warto zastanowić się nad rozpoczęciem nowych studiów albo nad weekendowym wypadem do SPA? To przełoży się też na relacje rodzinne – pod warunkiem, że one będą nadal na wyższym miejscu niż skupienie nad samym sobą.

Na koniec pozostają relacje z wszystkimi innymi. Nie chodzi tylko o uprzejmość i wyuczone „dobre wychowanie”. Chodzi o realne relacje z innymi osobami, które mają znaczenie w naszym życiu. Mnie jest łatwiej o tym mówić niż innym, bo jestem nauczycielem i wychowawcą. Mam klasę i jestem za nią odpowiedzialny. Ale przez to, że mam dwa etaty, nie mogę się dostatecznie skupić na wszystkim, co mam do zrobienia – a przede wszystkim na wszystkich osobach, które na mnie polegają. W innych, nienauczycielskich zawodach, także ma się kontakt z ludźmi. Pielęgniarki, policjanci, bibliotekarze – wszyscy pracują z innymi. Ludźmi wokół nas są też nasi rodzice i dalsza rodzina. Warto zastanowić się, czy poświęcamy im wystarczająco dużo energii. A może, z jakiegoś powodu, babcia naszych dzieci nadal jest dla nas ważniejsza niż te właśnie dzieci lub nasz współmałżonek? I wypadałoby się – ponownie – zastanowić nad ustawieniem relacji w odpowiedniej kolejności.

Chciałbym schudnąć i przeczytać w tym roku więcej książek. I nie wykluczam, że mogę to zrobić. Jednak przede wszystkim w nowym roku chcę poukładać swoje relacje i zrezygnować z nadmiaru obowiązków zawodowych. Polecam skupienie się na podobnych postanowieniach noworocznych. Jest szansa, że dzięki temu zaoszczędzimy na karnecie na siłownię, na którą będziemy chodzić tylko przez pierwszy miesiąc.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz