Author Archives: Maurycy Teo

Epidemia odchodzących księży

ksiądzCoś dziwnego się ostatnio dzieje w polskim Kościele. Odejścia księży z różnych powodów zawsze się zdarzały, ale ostatnio mamy chyba do czynienia raczej z czymś w rodzaju epidemii – jak zaznaczyłem w tytule. Nie odszedł jeden kapłan, lecz trzech, a przynajmniej trzech takich, o których było głośno. Po pierwsze ksiądz Michał Misiak, bardzo znany kapłan diecezji łódzkiej, pomysłodawca chrześcijańskich dyskotek i rekolekcji w domach publicznych. Okazuje się, że sam zaciągnął ekskomunikę, przyjmując protestancki chrzest w Jordanie. Potem ksiądz Michał Macherzyński z parafii w Wilkowyjach ogłosił nagle, że kończy etap życia, jakim było kapłaństwo i zaczyna nowy u boku Justyny. Wreszcie ksiądz Łukasz Kachnowicz, podobnie zaangażowany ksiądz, znany z wystąpień w internecie (m.in. ze znajomości z intrygującą i kontrowersyjną Hipsterkatoliczką), decyduje się na wzięcie rocznego urlopu, w czasie którego nie będzie odprawiał mszy świętych, lecz pójdzie do normalnej pracy i zamieszka w bloku. Gdyż, jak sam napisał: „To jest niesamowicie trudne żyć ciągle w rozdwojeniu”.

Ci kapłani różnią się wiekiem (Kachnowicz i Misiak mają ponad 30 lat, Macherzyński zaś ponad 50), jednak charakteryzuje ich ta sama, widoczna dokładnie cecha – umiejętne manipulowanie opinią publiczną, a jeszcze bardziej swoim własnym sumieniem. Dwaj młodsi potrafią pokazać, że Bóg powołuje ich gdzie indziej, niż do stanu kapłańskiego, a oni słuchają głosu Boga. Starszy chwali drogę, którą dotychczas szedł, ale stwierdza przy okazji, że właśnie zaczyna się nowy, równie dobry etap. Wszyscy oni zaś robią dokładnie to samo – zapominają o tym, że decyzja o zostaniu kapłanem, o przyjęciu święceń, jest jedyna i nieodwołalna. Że sakrament wiąże człowieka na całe życie.

Ksiądz Michał Misiak potrafi w niezwykle wzniosły, teologiczny sposób wytłumaczyć swoim widzom, że ekskomunika którą sam na siebie zaciągnął jest darem od Boga, który wybrał mu inną drogę, a którą to drogą nie mógł iść będąc kapłanem. Ponieważ on sam, odkąd tylko został wyświęcony, natychmiast poczuł pragnienie bycia mężem. Wcześniej, przez lata, pragnął być księdzem – ale, jak próbuje udowodnić, było to wyłącznie jego pragnienie. Natomiast już po święceniach zapragnął nagle być mężem – i to już miało być to wyłączne powołanie od Boga. Skąd to wie? Stąd, że rozmawia z Bogiem i Bóg mu to mówi. A ponieważ w Kościele nie da się być księdzem i się ożenić, ekskomunika ma być łaską Bożą, bo otwiera mu furtkę. Szkoda tylko, że ekskomunika, a więc wyłączenie ze wspólnoty Kościoła i oddzielenie od sakramentalnego życia, jest tak naprawdę zamknięciem furtki do zbawienia. Ale to nic, bo ksiądz Misiak ma osobisty kontakt z Bogiem i dla niego jest to dar.

Ksiądz Łukasz Kachnowicz również informuje w mediach społecznościowych, że jego decyzja o rocznym urlopie (która brzmi jakby jednak była decyzją o całkowitej rezygnacji z kapłaństwa) jest decyzją, do której dojrzewał od dawna. Zatem ma to być decyzja dojrzała. Z czego wynika, że – znowu – decyzja o przyjęciu święceń nie była dojrzała.

Ksiądz Michał Macherzyński również – po ogłoszeniu swojej decyzji – wychynął z nią do mediów społecznościowych. Widać, że dziś to najprostszy sposób by od razu dotrzeć do wszystkich. Napisał, jak wiele znaczy dla niego jego kapłaństwo: „Dziś rano odprawiłem ostatnią Mszę św. Pożegnałem się z kapłaństwem. To były piękne lata mojego życia głównie dzięki Wam! Rozpoczynam nowy etap życia przy boku Justyny”. Zatem znów – dojrzała decyzja. I jeszcze podziękowania za wsparcie od parafian.

Na czym polega problem odchodzących kapłanów? Chyba można powiedzieć, że niestety na specyfice współczesnych czasów. Na tym, że ludzie coraz rzadziej rozumieją pojęcie obiektywnej prawdy i nieodwracalnej decyzji. Tego, że istnieje obiektywna prawda, która sprawia, że niektóre decyzje są nieodwracalne. Tak jest w przypadku każdej pojedynczej decyzji sakramentalnej. A tymczasem według statystyk nawet co trzecie małżeństwo się rozpada. Ludzie coraz częściej stwierdzają sobie, że podejmując decyzję o ślubie byli niedojrzali, teraz dopiero są dojrzali i podejmują dojrzałe decyzje. A więc rozwód ma być dojrzały, bo w momencie ślubu było się niedojrzałym. Albo przywołuje się Boga – Bóg chce, bym się rozwiódł i brał ślub z kimś innym. Tymczasem to nie Bóg, lecz usprawiedliwienie swoich jeszcze bardziej niedojrzałych czynów.

Podobnie rzecz się ma z kapłaństwem. Coraz więcej księży nie rozumie, że sakrament święceń przyjęty świadomie i w wolności jest stałym piętnem, którego nie da się odwołać. I naprawdę nie ma sensu przeprowadzać dochodzenia, czy sakrament w danym momencie był ważny, bo przecież ja sam byłem nie dość dojrzały. Ponieważ każdy, przyjmując lub udzielając (jak w małżeństwie) sakramentu odpowiada na serię pytań, na które musi odpowiedzieć świadomie. A do święceń przygotowuje się dodatkowo 5 lat. To naprawdę wystarczająco dużo, by przemyśleć swoją decyzję.

O specyfice naszych czasów świadczy też sposób reakcji na głośne odejścia księży. Oczywiście, pojawiają się liczne słowa krytyki, żalu, smutku. Ale najgłośniej wybrzmiewają brawa i gratulacje, oraz życzenia dobrej drogi. Ludzie cieszą się „szczęściem” danego kapłana, jakby jego odejście z wcześniej świadomie obranej drogi była naprawdę czymś dobrym. Gratulują osoby, które się u danego księdza spowiadały, które się z nim przyjaźniły lub które były przez wiele lat jego parafianami. Dawniej takiego księdza pewnie spotkałby społeczny ostracyzm (co nie jest dobrym rozwiązaniem, bynajmniej), albo wzmożona modlitwa. Dziś mamy radość i gratulacje.

Bo ludzie z pokolenia „millenials” albo – jak mówią inni – z pokolenia „IKEA” mają zupełnie inne spojrzenie na świat. Nie widzą nic obiektywnego, widzą tylko uczucia, emocje i w nich swoje subiektywne zdanie. Katolicyzm to pielgrzymka, zabawa i gra na gitarze. Ale nie waż się mówić o nierozerwalności małżeństwa czy zakazie aborcji. Przecież nie o to chodzi współczesnym odbiorcom. Jest to ogromny problem wcale nie psychiczny, lecz społeczny. Dlatego ludzie potrafią tak łatwo przyjąć czyjś rozwód czy rzucenie kapłaństwa. Bo tego się nauczyli od siebie nawzajem.

Lepiej niż ja całe zamieszanie (w tym przypadku wokół ks. Kachnowicza) skomentował na Twitterze ks. Adam Jaszcz, rzecznik prasowy archidiecezji lubelskiej:

Kapłaństwo nie jest umową o pracę. Zgadza się na nie dorosły człowiek, który przyjmuje blaski i cienie tej posługi, trwając w wierności Chrystusowi. Często odchodzący ksiądz używa argumentów, że wyzwoliła go ta decyzja, że długo do niej dojrzewał, jak bardzo jest teraz szczęśliwy. Jest to próba racjonalizacji dramatu, który rozegrał się i rozgrywa w życiu księdza rezygnującego z kapłaństwa. Radykalne zmiany budzą euforię, ale przejściową. Często mają też drugie dno. (…)

Wiele osób gratulowało ks. Kachnowiczowi podjętej decyzji. To tak, jakby pogratulować mężowi, że nie dochowuje wierności swojej żonie. Wierność jest czymś fundamentalnym nie tylko w małżeństwie, ale także w kapłaństwie. Bijącym brawo odchodzącemu kapłanowi proponuję ponowną refleksję nad relacjami łączącymi Jezusa i Jego uczniów. Może ks. Łukasz tak jak św. Piotr po błędzie podejmie na nowo trud wierności, kochając Jezusa w Jego kapłaństwie. Tego mu z całego serca życzę.

Ale żeby to zrozumieć, trzeba sobie przypomnieć, że dawniej zepsuty sprzęt się naprawiało, a nie wyrzucało na śmietnik i kupowało nowy. Podobnie ma się rzecz z małżeństwem i kapłaństwem. Jeśli coś się psuje, trzeba pracować, by to naprawić, a nie zaczynać wszystko od nowa.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu Pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/ojciec-ksi%C4%85dz-kap%C5%82an-szyi-white-873830/

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Banda niewykształconych dzieciorobów ze wsi, czyli demokracja, głupcze!

signpost-wooden-direction-post-road-europe (1)Jesteśmy świeżo po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Po pierwsze zadziwiła wszystkich frekwencja. Do tej pory niewielu Polaków wydawało się zainteresowanych kwestią eurowyborów, tym razem jednak zmobilizowali się. Można by powiedzieć – żeby obalić PiS. Ale nie, kolejnym zaskoczeniem było to, że właśnie PiS te wybory wygrał, i to nie – jak chciała to widzieć Gazeta Wyborcza – o włos, lecz o niemal 7 procent głosów. I to wywołało ogrom nerwów i oburzenia. Bo jak tak można głosować? I pojawiły się nawet komentarze, że to wszystko oznacza, że demokracji w Polsce już nie ma…

Podobnie sytuacja wygląda odkąd Prawo i Sprawiedliwość zaczęło wygrywać wybory w 2015 roku. Do tej pory było to nie do pomyślenia, a nagonka polityczna na tych, którzy mieli być wiecznymi przegranymi, wydawała się główną siłą napędową Polski. Ale jednak PiS nagle wygrało wybory, podwójnie, i o dziwo nie udało się obalić rządu w ciągu dwóch lat, jak było za ich poprzedniej kadencji. Mainstream miał nadzieję, że chociaż w wyborach do Europarlamentu sobie poradzi, ale mimo usilnych starań nie udało się mu to. Co zatem trzeba było zrobić? Otóż należało pokazać, że wynik wyborów to efekt głosów wrzucanych do urny przez nieuków, nierobów i beneficjentów świadczenia socjalnego 500+.

W swoim ironicznym wpisie wrzuconym ze zgryzoty Dorota Zawadzka (znana jako SuperNiania) napisała: „Wieś zdecydowała, i niskie wykształcenie. No cóż. Jesienią może być jeszcze gorzej. Niestety”. Oczywiście, nawet jej wierne fanki były tym komentarzem oburzone, ale to nie zmienia faktu, że dla idoli mainstreamu nie tylko wyborcy PiSu są ludźmi ze wsi z niskim wykształceniem, ale również że bycie osobą ze wsi czy z niższym wykształceniem jest czymś z zasady złym. Warto przypomnieć tu wypominanie, że nie ma się gdzie położyć na plaży nad polskim morzem, bo Janusze i Grażyny dostały 500+ i się rozwalają z parawanami. Albo załamywanie rąk nad niemieckimi truskawkami czy szparagami, których nie ma kto zbierać, bo Polacy dostali pomoc od państwa i nie chce im się jeździć na zarobek do zachodnich sąsiadów.

Kolejnym przykładem reakcji na wyniki wyborów był wpis Krystyny Jandy, w którym przytaczała prześmiewczy rysunek. Polityk z banknotem wisi nad starszą panią, która wyraźnie modli się lub błaga o pieniądze. I tenże polityk mówi do niej: „Daj głos”. A więc znów mamy (w założeniu głupią) starą kobietę ze wsi. Bo wieś i głupota zdecydowała. Mądrzy, wykształceni i mieszkańcy miast – oraz ci, którzy nie mają dzieci – zagłosowali dobrze, na Koalicję Europejską. Niestety, było ich mniej, ponieważ wieśniacy siłą rozpędu pobiegli do urn by zagłosować.

Media sprzyjające opozycji histeryzują, że to już koniec demokracji. Że Polacy wybrali dyktaturę dla cukierków, którymi władza ich obdarza (czyli dla pomocy socjalnej). Że nie będzie już normalnej Polski, dopóki PiS nie przestanie wygrywać i nie ustąpi (wreszcie) miejsca Platformie Obywatelskiej. Bo przecież nie na tym powinna – ich zdaniem – polegać demokracja, że wygrywa ktoś, kogo uważają za dyktatora. Znów zaczynają się proroctwa o drugiej Grecji i załamującej się gospodarce – szkoda, że mamy największy wzrost gospodarczy od dawna.

Tymczasem demokracja ma się świetnie. Głos ludzi, ze wsi czy z miast, liczy się tak samo i każdy ma prawo zdecydować, na kogo swój głos odda. Nieważnie, czy to kobieta, czy mężczyzna, czy wykształcona, czy też nie, albo czy pobiera świadczenie 500+. Każdy ma takie samo prawo do głosu. I to, że we wszystkich wyborach od 2007 do 2015 roku wygrywała Platforma, to wszystko było wyłącznie objawem demokracji. I to, że w 2015 tendencje wśród ludzi się zmieniły, to też jest demokracja. I na pewno w działaniu demokracji nie pomoże wyzywanie i obrażanie tych, którzy głosowali inaczej, niż naszym zdaniem należałoby głosować. Na tym polega demokracja, że każdy głos liczy się jednakowo. A osoby, którym zależy na zwycięstwie innej opcji politycznej, powinny ugryźć się w język przy rozmowach z przeciwnikami czy przy komentowaniu w sieci decyzji głosujących. Bo obrażanie tych, którzy głosują na PiS, przynosi skutek odwrotny. Oni jeszcze bardziej się mobilizują. Wystarczy spojrzeć na wyniki, jakie na Węgrzech osiągnęła partia Viktora Orbana. Wygrała ona z przewagą ponad 50%, mimo ciągłej medialnej nagonki na samego Orbana, co dobrze widać także w Polsce, gdzie media mainstreamowe Orbana nienawidzą prawie tak, jak Jarosława Kaczyńskiego.

Zwróćmy zatem uwagę na naszą kulturę osobistą w codzienności. Nauczmy się przegrywać. Nie ma potrzeby wyzywania osób głosujących na PiS tylko dlatego, że PiS wygrał. Podobnie zresztą byłoby, gdyby było odwrotnie. Demokracja ma się bardzo dobrze nawet wtedy, kiedy wygrywa nie ten, którego oczekiwaliście.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu foter: https://foter.com/photo2/signpost-wooden-direction-post-road-europe/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

To (nie jest?) strajk polityczny

Jestem łamistrajkiem i szują. Tak przynajmniej nazywają mnie i mnie podobnych niektórzy dyskutanci w internecie. Ponieważ – mimo popierania postulatów protestujących – nie przyłączyłem się do strajku. Nie założyłem czarnych ciuchów, nie ustawiłem się w szpalerze i nie zbojkotowałem egzaminów. Choć – jak już wiecie – jestem zdania, że nauczyciel zarabia zdecydowanie za mało i powinien być lepiej wynagradzany. Osoba pracująca na posadzie opłacanej z budżetu państwa powinna zarabiać tyle, by bez problemu utrzymać rodzinę z jednej pensji i nie musieć dorabiać dodatkowo.

Nie poparłem protestu z kilku powodów. Po pierwsze – powiedziałem moim uczniom, że nie pracuję w szkole dla pieniędzy, lecz dla nich, i ich nie zostawię. Ten argument został na jednej z grup facebookowych wyśmiany najbardziej, chyba równomiernie z tym, kiedy powiedziałem, że jestem teologiem i katechetą, a angielskiego uczę dzięki certyfikatowi. Ale taka jest prawda. Gdybym nastawiał się na wielkie zarobki, a nie na dobro dzieci, dzięki którym w ogóle zostałem w szkole, to poszedłbym pracować gdzie indziej. Po drugie zaś – nie protestuję, ponieważ niestety nieprawdą jest, że nie jest to protest polityczny.

Fakt, że do strajku nauczycieli przyłączyły się osoby wyznający różne poglądy. Zwolennicy ZNP czy Platformy Obywatelskiej, ale także wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, prawicowcy. Wydawałoby się, że połączyła ich wspólna sprawa, którą są lepsze zarobki. Zgoda, ale zwróćmy uwagę, kto tak naprawdę stoi na czele tego protestu. Tym człowiekiem jest Sławomir Broniarz, szef Związku Nauczycielstwa Polskiego. Człowiek, który – jak wielu przed nim – utrzymuje, że „nie jest to protest polityczny”. To samo utrzymywali rodzice osób niepełnosprawnych, które szybko po swoim proteście wbiły się na scenę polityczną, a jeden z samych niepełnosprawnych został radnym z ramienia PO. Sławomir Broniarz współpracuje z Grzegorzem Schetyną, dogaduje się z Rafałem Trzaskowskim – prezydentem Warszawy – a nawet był ostatnio na konwencji wyborczej PO. Nie jest prawdą, że strajk jest apolityczny. Jest prowadzony, nadzorowany i wspierany przez Platformę Obywatelską i jest zakrojony na destabilizację państwa i obalenie rządu. Wiecie, że protest trwa teraz, kiedy zaczęły się regularne podwyżki dla nauczycieli. Nie są one wielkie – zgoda. Podniesienie pensji o 200 złotych nie jest bardzo odczuwalne. Gdyby podniesiono ją o 1000, z pewnością dałoby się to lepiej odczuć. Ale podwyżki są i są regularne. A co działo się w drugiej kadencji rządów Platformy Obywatelskiej, kiedy pensje zostały zamrożone na kilka lat? Nauczyciele chcieli protestować, jednak to właśnie Sławomir Broniarz wystąpił z oświadczeniem, że sytuacja rzeczywiście jest trudna, ale nie ma powodu do strajku. I rozeszło się po kościach.

Sytuacja jest naprawdę słaba. Ja postanowiłem nie strajkować. Przez dwa pierwsze dni byłem na świetlicy i pomagałem w opiece nad trójką dzieci w szkolnej świetlicy. Tyle zostało przyprowadzonych do szkoły w dniach strajku. We środę, czwartek i piątek uczestniczyłem w egzaminie gimnazjalnym. A teraz wędruję z delegacją do innej szkoły, by wspomóc ją przy egzaminach ósmoklasisty. Część moich koleżanek z pracy koczuje przy drzwiach ubrana na czarno. W gablocie w pokoju nauczycielskim wywieszony napis: „Ktoś inny zmienia świat za ciebie, nadstawia głowę, podnosi krzyk. A ty z daleka, bo tak lepiej i w razie czego nie tracisz nic”. Nie ma szpalerów ani buczenia w czasie egzaminów – bardzo dobrze. Wiem, że są szkoły, w których bez tego się nie obyło. Nauczyciele stanęli przeciw swoim uczniom, wychowankom, żeby ugrać dla siebie podwyżkę. Są szkoły, w których nauczyciele (podobno dostali polecenie z góry) śpiewają piosenki uderzające w rząd, w Prawo i Sprawiedliwość czy w TVP (ale w ogóle nie jest to protest polityczny). Chwalą TVN, dziękują przedstawicielom Platformy Obywatelskiej. Przebierają się za krowy i świnie, by pokazać, że PiS ma pieniądze na zwierzęta hodowlane, a nie ma na nauczycieli (choć tak naprawdę w przypadku krów i świń chodzi o załatwione po latach dotacje unijne, a nie pieniądze z podatków). Sytuacja robi się groteskowa i widać, że część osób chętnie zrezygnowałaby z tego strajku, ale pan Broniarz nie pozwala.

Strajk trwa nieco ponad tydzień. Dzięki „łamistrajkom” takim jak ja udało się zorganizować egzaminy w szkołach – choć widać bardzo wyraźnie, że strajk miał doprowadzić do bojkotu egzaminów, tak by jak najmocniej uderzyć w rząd. Przed nami jeszcze klasyfikacja końcowa klas maturalnych i ich egzamin dojrzałości. Czy strajk będzie trwał nadal? Faktem jest, że część nauczycieli strajkujących powoli odchodzi od tego, wydają się otrząsać z uczuć tłumu podążającego za przewodnikiem. Podobno całe szkoły już rezygnują. Czy odzyskają szacunek uczniów, których naraziły na stres w ich roku egzaminacyjnym? Mam nadzieję, że tak. Czy protest przyniesie zamierzony skutek? Nie sądzę. Oprócz doprowadzenia do zmniejszenia szacunku do nauczycieli (który i tak był mały!) w oczach społeczeństwa może nie przynieść żadnej zmiany.

W efekcie strajku i nienawiści do osób przeciwnych strajkowi wypisałem się z grupy facebookowej „nauczyciele angielskiego”. Była to grupa, na której dzieliłem się pomysłami i z której czerpałem inspirację. Aż do ostatniego czasu, kiedy przestała ona żyć czymkolwiek innym, jak tylko strajkiem. W końcu zostałem tam wyśmiany (katecheta uczy angielskiego) i zwyzywany, i ostatecznie wyszedłem. Z nauczania wychodzić nie zamierzam. Jestem tu dla tych, którzy mnie potrzebują i pozwolili mi to bardzo mocno odczuć. Chętnie zarabiałbym więcej. Ale nie zostawię uczniów – jeszcze raz to powtarzam. I nie pójdę za politycznym zewem Sławomira Broniarza jak te baranki prowadzone na rzeź.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/wiedzy-ksi%C4%85%C5%BCka-biblioteki-okulary-1052010/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Powrót do postu Daniela

Być może niektórzy czytelnicy pamiętają mój pierwszy wpis dotyczący tzw. postu Daniela. Niektórzy z pewnością trafiają na niego kiedy googlują internet w poszukiwaniu odpowiedzi. To było pięć lat temu, w marcu 2014. Dawno i – wydawać by się mogło – nieprawda. Bo post przeszedłem krótko, potem wróciłem do niezdrowych nawyków żywieniowych i zarówno waga ciała, jak i kłopoty zdrowotne z nią związane, powróciły do poprzedniego stanu. Klasyczny efekt jojo. Poza tym jestem typowym facetem bekonowym, który lubi zjeść wszystko co tłuste, umami i z sosem. Mimo tego ten Wielki Post zaczął się wyjątkowo.

Ponowną fascynację postem Daniela (dziś fachowo nazywa się to „dieta warzywno-owocowa dr Ewy Dąbrowskiej” i – co ciekawe – opatrzone jest znakiem zastrzeżonym) przeżyła moja żona, która wprawdzie sama nie może się w nim zagłębić, bo karmi piersią dziecko czwarte, ale postanowiła przekonać mnie do ponowienia próby, tym razem z naciskiem na przejście wszystkich etapów po kolei i bez naginania zasad. Do dziś bowiem pamiętam, jak wtedy, pięć lat temu, wyglądało moje „wychodzenie” z postu. Skończyłem wyznaczone sobie bodajże dwa tygodnie, kupiłem batonika i kawę, i dostałem takiego kopa że śmiałem się i tańczyłem przez prawie cały dzień. Tymczasem nie na tym polega wychodzenie. W sumie nie na tym polega wychodzenie z jakiejkolwiek diety, ale na poście Daniela, kiedy dostarcza się organizmowi minimum kalorii, a poza tym tylko witaminy i minerały, widać to szczególnie.

Żona przeżyła fascynację i odkryła, że po tych latach kwestie dotyczące postu nieco się zmieniły. Ewa Dąbrowska nadal jest główną osobą dającą wytyczne, ale przedsięwzięcie przejęła jej synowa. Powstały nowe książki, nie oparte już na audycjach z Radia Maryja, lecz profesjonalne poradniki dietetyczne. Kupiliśmy je tuż po środzie popielcowej, ale mój post Daniela zaczął się równo z początkiem Wielkiego Postu. Tym razem postanowiliśmy pójść na całość. Zatem moja dieta oparta na warzywach (niestrączkowych i nie ziemniakach) oraz wybranych owocach (jabłka, grejpfruty, kiwi do smaku i cytryna) zaczęła się w środę popielcową i ma trwać sześć tygodni. Teraz jestem za połową – i jest dobrze. Fascynuje mnie fenomen, że dr Ewa Dąbrowska podkreśliła, że właściwa dieta nie powinna trwać dłużej, niż 6 tygodni. To niemal idealnie tyle, ile trwa Wielki Post. Sześć tygodni mojego postu zakończy się kilka dni przed Wielkanocą. A w Wielkanoc będę mógł nawet zjeść jajko! Z majonezem! Ponieważ jest to jedna z możliwości, które człowiek otrzymuje kiedy zacznie proces wychodzenia z postu Daniela.

Kiedyś nie przypuszczałem, że mogę przetrwać bez jedzenia mięsa nie Wielki Piątek i Popielec, ale także cały Wielki Post. Tymczasem nie jem nie tylko mięsa, ale także chleba, produktów zbożowych i mlecznych, cukrów i ciastek, roślin strączkowych, ziemniaków i większości owoców (które zawierają dużo cukru). I czuję się dobrze – wręcz bardziej wypoczęty i z lepszą kondycją, niż przed postem. Czy mam jakieś problemy? Największy to oczywiście fakt, że nie mam przyjemności z jedzenia. Jak już napisałem jestem fanem umami – mięsa i tłuszczu. Warzywa zjadam bo muszę. Na szczęście nie jestem już dzieckiem, które nie zje brokuła bo jest ble, kropka. Jem warzywa i część potraw, które przygotowuje mi żona jest całkiem smaczna. Mimo tego mam nadal chęć na wieśmaka z frytkami. Albo kawałek ciasta. Mimo tego wyjątkowo nie ulegam pokusom. Postanowiłem i z Bożą pomocą trzymam się postanowienia. Odmawiam konsekwentnie uczniom, którzy co chwila częstują mnie cukierkami albo czipsami. Trochę są zdziwieni, bo zawsze byłem fajnym panem, z którym można było pogadać przy prażynkach – a teraz można tylko pogadać. Ale konsekwentnie tłumaczę, że poszczę i nie robię wyjątków.

Pewnie część z Was zastanawia się nadal o co chodzi z tymi jajkami w majonezie. Jak to możliwe, że tuż po wyjściu ze ścisłego postu można wsuwać majonez i nie mieć efektu jojo? Po pierwsze nie można oczywiście jeść majonezu przez cały czas (tak jak ja, kiedy miałem zaznaczyć „coś, co mógłbym jeść przez cały dzień” wpisałem „majonez kielecki”), lecz w ograniczonych dawkach. Po drugie zaś proces wychodzenia zaczyna się właśnie od dodania do diety jajek i tłuszczu. Dość dużych ilości tłuszczu, ponieważ należy w pierwszej kolejności uzupełnić zasoby energetyczne, które spaliło się w trakcie postu. Co więcej – cukry (w tym pieczywo) wprowadza się bardzo delikatnie dopiero przy końcówce wychodzenia. Dieta warzywno-owocowa ma za zadanie przyzwyczaić nas bowiem do tego, że po poście właściwym sposobem energetyzowania organizmu jest dostarczanie mu tłuszczu. Jak bowiem wiemy dwa składniki odżywcze dostarczają energii organizmowi. Są to tłuszcze i cukry. Cukry są potrzebne głównie przy potrzebie nagłego zastrzyku energii, który nie potrwa długo (patrz – moja przygoda z kawą i batonem). Tłuszcze zaś spalają się długo i są bardziej wydajne, dostarczając energii równomiernie, choć bez nagłych eksplozji energetycznych. Cały post polega tak naprawdę na spalaniu tego tłuszczu (i innych, bardziej groźnych dla zdrowia elementów), które przed postem się w nas odłożyły. Później te tłuszcze należy dostarczać, ale pamiętając o kontrolowaniu się. Nazywa się to dietą ketogeniczną – kiedy to organizmowi dostarcza się duże ilości tłuszczu, a małe węglowodanów i utrzymuje się organizm w żywieniu tłuszczami właśnie. Ostatecznie oczywiście należy przejść na zdrowe żywienie – po procesie wychodzenia bilansuje się dietę (szczególnie polecam tutaj portal vitalia.pl, który pomaga nie tylko schudnąć, ale też utrzymać się przy zdrowym trybie życia).

Czy to znaczy, że już nigdy nie zjem hamburgera w Maku? Nie sądzę. To znaczy, że jeśli będę wystarczająco zdeterminowany, nauczę się to kontrolować. Z Bożą pomocą nauczę się jeść racjonalnie i wypad do McDonalda po drodze na wakacje albo smażona ryba w Broku raz w miesiącu nie spowodują u mnie efektu jojo. Będzie dobrze dopóki będę umiał się kontrolować. Ale jeśli przetrwam bez większych problemów (psychicznych) niemal cały Wielki Post na warzywach, a potem także proces wychodzenia, to wierzę, że uda mi się utrzymać proces zdrowego żywienia w przyszłości. A może nawet wyrobię sobie kondycję fizyczną i stanę się wreszcie szczupłym, wysportowanym i przystojnym mężczyzną? Proszę Was o wsparcie modlitewne. Dziękuję.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Warzywa, pobrane ze strony https://pixabay.com/pl/photos/warzyw-warzywo-kosz-%C5%BCniwa-ogr%C3%B3d-752153/
2. Nowe pozycje książkowe dotyczące diety warzywno-owocowej, pobrane ze strony https://bonito.pl/k-1786441-pakiet-dieta-warzywno-owocowa-dr-ewy-dabrowskiej?gclid=Cj0KCQjwyoHlBRCNARIsAFjKJ6DvhpS2-NksODzg1G0hMOUnE5Nj9mJyn4hX6In4jiW0_lvt7C_n4qIaAi9ZEALw_wcB

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Pamiętajmy o modlitwie małżeńskiej

Być może część z Was – tak jak ja czy moja żona – wychowywało się w rodzinach, w których rodzice nie modlili się. Czasem mama odmawiała z dziećmi pacierz, czasem – rzadziej – robił to ojciec, czasem jedno z nich, albo każde z nich, modliło się samo, ale czy w Waszych rodzinach istniała modlitwa małżeńska?

Małżonkowie w dniu ślubu przysięgali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. W tym dniu zaprosili też Boga do własnego małżeństwa – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Oczywiście z góry można założyć, że ogromna większość nowozaślubionych ten fakt ma w głębokim poważaniu. A jednak małżeństwo to związek dwójki osób zawierany wobec Boga i Kościoła, bez względu na to, czy ktoś do tego przykłada wagę, czy nie. Osoby, które zdają sobie z tego sprawę i dla których to ma znaczenie, powinny pamiętać o codziennej modlitwie, o rozmowie z Bogiem i dziękowaniu Mu za swoje małżeństwo. Ale w tym przypadku osobista modlitwa indywidualna nie wystarczy. Jako małżeństwo ludzie stają się jednością. Ich łączność z Bogiem też w dużej mierze staje się wspólna. Dlatego również modlitwa powinna być wspólna. Nie wyłącznie wspólna – ale również wspólna, poza modlitwą osobistą. Czymś naturalnym dla katolickiego małżeństwa powinno być stawanie przed Bogiem we dwoje i wspólne powierzanie Mu swojego życia, swojej rodziny i wszelkich swoich kłopotów.

Jeśli ktoś jest w Domowym Kościele wie doskonale, że wspólna modlitwa małżeńska jest jednym ze zobowiązań. Ani w Domowym Kościele, ani poza nim nie należy jednak traktować takich zobowiązań jako przykrego obowiązku. Zobowiązania to wskazówki, które pokazują nam, jak należy postępować, żeby dobrze żyć. Oczywiście – w DK spełnianie zobowiązań jest obowiązkiem, ale nie może ono wynikać wyłącznie z poczucia obowiązku. Jest to zasada wynikająca z miłości i bezpośrednio ze złożonej przysięgi małżeńskiej. Modlitwa małżonków zbliża ich do siebie, czasem pomaga załagodzić konflikty i zjednoczyć ich na nowo.

Co jednak zrobić, jeśli tej modlitwy nie ma, ponieważ trudno jest uzyskać jedność małżeńską? Jeśli jedno z małżonków odczuwa potrzebę modlitwy, ale drugie jej odmawia? Na pewno dobrą drogą nie jest uskarżanie się wobec znajomych, że „chciałbym/chciałabym modlić się razem, ale mój współmałżonek odmawia”. To może doprowadzić tylko do jeszcze większego zamknięcia się małżonka. O wiele lepszym rozwiązaniem jest konsekwentne podchodzenie z miłością, szacunkiem i uprzejmością do żony czy męża i codzienne proszenie o wspólną modlitwę. Robienie tego każdego dnia o tej samej porze, przebijanie się przez gniew czy obojętność, a czasem siadanie obok, przytulanie się i cicha modlitwa obok współmałżonka. Oczywiście nie daję gwarancji, że ten sposób przyniesie oczekiwany rezultat. Ale przynajmniej doprowadzi do oswojenia się z mężem czy z żoną, którzy od dawna mogą wydawać się obcy. I warto bez nacisku pokazywać, że na tej jedności szczególnie nam zależy. Takie zachowanie przyniesie owoce.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: https://foter.com/photo2/senior-couple-embracing-on-bridge/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Dlaczego nie poprę protestu nauczycieli

Nauczyciel to w Polsce zawód mało (za mało) poważany. Nie cieszy się zbyt wielką renomą, a im więcej mija pokoleń, tym bardziej wydaje się, że ludzie mają roszczeniowe spojrzenie na nauczycieli. Rodzice chcieliby, żeby ich dzieci były traktowane z największym szacunkiem (choć często sami nie szanują, jak również nie uczą szacunku tych dzieci), a jeśli zechce się wystawić komuś ocenę niedostateczną, trzeba uargumentować, że zrobiono naprawdę wszystko, by do tego nie doszło (nie, nie wystarczy, że uczeń nic nie umie). Do tego pieniądze, które zarabiają nauczyciele są naprawdę niewielkie i z jednej nauczycielskiej pensji nie utrzyma się rodziny – co najwyżej samego siebie, i to nie na wysokim poziomie. Fakt istnienia ferii i wakacji sprawia, że nauczycieli traktuje się jak pasożytów, nierobów i roszczeniowców. To wszystko to nie jest moja opinia – to powszechna opinia, którą można usłyszeć wśród nauczycieli. I oczywiście, że nie wszyscy tak uważają. Znam mnóstwo uczniów i ich rodziców, którzy traktują nauczycieli z ogromnym szacunkiem. Ale jednak mnie, jako nauczyciela, tzw. protest nauczycieli nie dziwi.

Mimo wszelkich niedogodności nie zamierzam jednak przyłączać się do żadnego protestu nauczycieli i nie planuję iść na jakiekolwiek lewe zwolnienie lekarskie. Co więcej – nawet gdyby w placówce, w której pracuję, ogłoszono protest L4, byłbym z pewnością jedną z osób, które mimo wszystko przyszłyby do pracy. Dlaczego? Ponieważ ilekolwiek nie zarabialibyśmy, oraz jakkolwiek nie bylibyśmy traktowani, wciąż pozostajemy nauczycielami – osobami odpowiedzialnymi za edukację i wychowanie, ale też za radość, spokój, zdrowie psychiczne i mądrość naszych uczniów. Dzieci, które uczymy, są naszą odpowiedzialnością. Skrajnym brakiem szacunku do nich jest protestowanie w sposób, jakim jest chodzenie na fałszywe zwolnienia lekarskie. Nie chcę się dziś zagłębiać w politykę i rozwodzić się nad tym, że gdy u władzy była PO, to Związek Nauczycielstwa Polskiego nie wchodził w żadne protesty. Bo to nie ma znaczenia. Nasze zarobki są śmieszne i komfort pracy też jest śmieszny. Znaczenie ma to, za kogo wzięliśmy odpowiedzialność.

Przez protest nauczycieli w pewnej szkole odwołano próbną maturę. Stracili na tym uczniowie. W niektórych szkołach przełożono – albo w ogóle odwołano – studniówki. Kto na tym ucierpiał? Oczywiście uczniowie. Przed świętami przygotowywano jasełka, wigilie klasowe – które nie odbyły się, ponieważ nauczyciele „zachorowali”. Ucierpieli na tym, a jakże, uczniowie! Teraz ZNP straszy, że jeśli nie dostaną podwyżek, których żądają, to „zachorują” w trakcie matur, co sprawi, że matury nie będą mogły się odbyć. Próbują tym zastraszyć rząd. Ale cierpią tylko uczniowie i ich rodzice! Proszę zwrócić przy tym również uwagę na przedszkola, które musiały prosić rodziców o zapewnienie swoim dzieciom opieki, ponieważ większość ich pracowników poszła nagle na L4. Oczywiście, że ucierpiały na tym dzieci oraz ich opiekunowie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która powoduje u mnie dyskomfort w kwestii protestów. To, że nauczyciel jest wychowawcą, a wychowawca uczy mądrości i uczciwości. Tymczasem jeśli w danej placówce większość nauczycieli nagle idzie na zwolnienie lekarskie, oczywistym jest, że te zwolnienia lekarskie są nieprawdziwe. Nauczyciel idąc do lekarza oszukuje. Lekarz, wystawiając zwolnienie, również oszukuje. Uczniowie, którzy muszą zostać w domu, widzą to oszustwo, doskonale się orientują że te wszystkie zwolnienia nie są związane z prawdziwą chorobą. Tym samym uczą się, że jeśli chcą coś załatwić lub na kimś wymóc, powinni oszukiwać. Że jest to coś dobrego, skoro ich nauczyciele tak robią. Wszyscy znamy historie o dzieciach, które – jeśli nie chciały iść do szkoły – udawały chorobę, rozgrzewały termometr itp. Wiedzieliśmy, że jest to niedobre. Teraz nagle okazuje się, że jest to jak najbardziej dobrze, jeśli tylko chcemy wymóc na rządzie danie nam podwyżki.

Nie jestem zadowolony z pieniędzy, jakie zarabiam jako nauczyciel. Z tego, że żeby żyć na poziomie lepszym niż „od pierwszego do pierwszego” z czwórką dzieci muszę pracować na dwa etaty i w efekcie dla tych dzieci nie mieć już w ogóle czasu. I chcę, by nauczyciele byli bardziej poważaną oraz lepiej zarabiającą grupą zawodową. Ale nie zgadzam się na robienie tego kosztem dzieci – naszych wychowanków! Musimy dawać im dobry przykład i uczyć ich dobrych zachowań – w tym również poświęcenia kosztem samego siebie. Dlatego, jeśli miałbym być jedynym nauczycielem „zdrowym” w całej szkole, to będę nim. I nie wezmę udziału w proteście.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/szko%C5%82y-nauczyciel-edukacja-asia-1782427/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

W nowym roku postaw na relacje

Koniec roku zawsze skłania do refleksji i układania postanowień. Ile razy słyszeliśmy już to wyświechtane hasło? Co więcej – z pewnością wielu z nas słyszało też, że hasło jest wyświechtane. To taki chwyt retoryczny, żeby wmanewrować się w tekst o końcu roku starego i początku nowego. Ale – nie oszukujmy się – czy korzystamy z chwytów retorycznych, czy nie, zazwyczaj decydujemy się w ostatnich dniach roku na przemyślenie tego, co było dobre i tego, co mogłoby być lepsze.

Nowy rok staje się dla nas punktem zwrotnym, choć może być nim każdy inny dzień w roku. Dla niektórych są to urodziny, dla innych początek urlopu, dla kolejnych po prostu dzień, w którym decydują się na wprowadzenie zmian. Czy łatwiej jest to zrobić na początku roku? Jest to z pewnością łatwe źródło zarobku dla klubów fitness czy siłowni, klubów tańca i tym podobnych, które na początku roku zaliczają znaczący wzrost zarobków spowodowany postanowieniami noworocznymi. Najlepiej mają te, w których trzeba założyć karnet płatny co miesiąc – większość postanowień odrzucana jest po pół roku, ale już jedna czwarta po pierwszym tygodniu! Jeśli podpiszesz umowę z siłownią na rok, ta zarobi na tobie na czysto przynajmniej przez kilka miesięcy.

Czy nie warto zatem decydować się na noworoczne postanowienia? Z pewnością nie warto rzucać się na głęboką wodę i wchodzić w coś, z czym nie miało się żadnego związku przez lata. Jeśli przez ostatnie trzy lata nic nie przeczytałeś, nie podejmuj wyzwania „przeczytam 52 książki w 2019 roku”. Jeśli od 10 lat nie możesz schudnąć, nie zakładaj, że od tej pory „10 razy w tygodniu fitness, sport”. Ale warto zająć się swoim życiem na nowo, tylko zaczynając od korzeni, a nie od tego, co widać na wierzchu. Warto zacząć od relacji.

Przede wszystkim trzeba poukładać relacje w odpowiedniej kolejności. Warto przypomnieć sobie, że osoby, które są najważniejsze w naszym życiu, zasługują na największą ilość miejsca (nie zawsze przełoży się to na czas) w tym życiu. Trzeba siebie zapytać: kto jest dla nas najważniejszy? My, chrześcijanie, nie powinniśmy mieć co do tego wątpliwości: najważniejszy jest Bóg. Tak, kolejne wyświechtane hasło. Wyświechtane dopóty, dopóki nie zaczniemy tego realizować w naszej codzienności. Dlatego w pierwszej kolejności w nowym roku warto postawić na swoją relację z Panem Bogiem. Codzienna modlitwa, poświęcenie przynajmniej 15 minut na osobiste spotkanie z Panem – to nasza chrześcijańska konieczność. Nie różaniec odmawiany w autobusie, nie seria aktów strzelistych, lecz wygospodarowanie kwadransa na rozmowę z Panem i wysłuchanie tego, co chce nam powiedzieć. Po to, by ostatecznie wdrożyć się w stałą świadomość Jego ciągłej obecności w naszym życiu – ale bez pomijania tego rytuału codziennego spotkania.

Druga po Bogu jest nasza rodzina. Współmałżonek, a po nim dzieci. Dlatego należy zastanowić się nad tym, czy nie warto na przykład poświęcić większych zarobków na korzyść spotkania z bliskimi. Sam jestem przykładem osoby pracującej na dwa etaty, która wraca do domu po 20. Z dziećmi jestem wtedy, gdy odwożę i przywożę je do szkoły oraz przy wieczornej modlitwie. Co z tego, że finansowo nie żyjemy w biedzie, jeśli to tak naprawdę wyniszcza relacje w naszej rodzinie? Nie mam czasu pójść z żoną na randkę, nie mogę bawić się z dziećmi. Jak wiele osób jest w podobnej sytuacji? Doskonałym pomysłem na nowy rok jest zostawienie tego, przejście na jeden etat i wykorzystanie „nadmiaru” czasu na bycie ze swoimi bliskimi.

W trzeciej kolejności nie zapomnijmy o sobie! Owszem, w skład tego „nie zapominania” wejdzie dbanie o kondycję, zdrowe żywienie itp., co zawiera się często w postanowieniach noworocznych. Ale nie pomijajmy też możliwości relaksu, rozwijania swoich zainteresowań, a nawet czasu spędzanego sam na sam ze sobą. Tak, bez żony/męża, dzieci i myśli o pracy (bo przecież w samochodzie do pracy jesteśmy „sam na sam ze sobą”, ale nawet o tym nie myślimy). Może warto zastanowić się nad rozpoczęciem nowych studiów albo nad weekendowym wypadem do SPA? To przełoży się też na relacje rodzinne – pod warunkiem, że one będą nadal na wyższym miejscu niż skupienie nad samym sobą.

Na koniec pozostają relacje z wszystkimi innymi. Nie chodzi tylko o uprzejmość i wyuczone „dobre wychowanie”. Chodzi o realne relacje z innymi osobami, które mają znaczenie w naszym życiu. Mnie jest łatwiej o tym mówić niż innym, bo jestem nauczycielem i wychowawcą. Mam klasę i jestem za nią odpowiedzialny. Ale przez to, że mam dwa etaty, nie mogę się dostatecznie skupić na wszystkim, co mam do zrobienia – a przede wszystkim na wszystkich osobach, które na mnie polegają. W innych, nienauczycielskich zawodach, także ma się kontakt z ludźmi. Pielęgniarki, policjanci, bibliotekarze – wszyscy pracują z innymi. Ludźmi wokół nas są też nasi rodzice i dalsza rodzina. Warto zastanowić się, czy poświęcamy im wystarczająco dużo energii. A może, z jakiegoś powodu, babcia naszych dzieci nadal jest dla nas ważniejsza niż te właśnie dzieci lub nasz współmałżonek? I wypadałoby się – ponownie – zastanowić nad ustawieniem relacji w odpowiedniej kolejności.

Chciałbym schudnąć i przeczytać w tym roku więcej książek. I nie wykluczam, że mogę to zrobić. Jednak przede wszystkim w nowym roku chcę poukładać swoje relacje i zrezygnować z nadmiaru obowiązków zawodowych. Polecam skupienie się na podobnych postanowieniach noworocznych. Jest szansa, że dzięki temu zaoszczędzimy na karnecie na siłownię, na którą będziemy chodzić tylko przez pierwszy miesiąc.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Jak rozumieć przypowieść o talentach

Przypowieść o talentach zawsze zajmowała jedno z pierwszych miejsc wśród moich ulubionych i najważniejszych dla mnie fragmentów Pisma Świętego. Dla wielu chrześcijan niezrozumiałe pozostaje to, dlaczego gospodarz ukarał człowieka, który zachował swój talent i oddał go w całości, zamiast go pomnożyć. Ja jednak patrzę na to szerzej i widzę, dlaczego gospodarzowi podoba się – wyłącznie – rozmnażanie talentów, a nie zagrzebywanie ich w ziemi.

Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał.

W czasach Chrystusa talent oznaczał bardzo dużą sumę pieniędzy. Powyższy wstęp do przypowieści rozumiemy więc dosłownie jako rozdysponowanie swojego majątku na czas wyjazdu gospodarza. Jednak nie przypadkiem słowo „talent” w dzisiejszych czasach rozumiane jest jako zdolność czy umiejętność, najczęściej wrodzona. Oczywiście połączenie to związane jest właśnie z przypowieścią, której – jak żadnej innej przypowieści – nie należy rozumieć wyłącznie dosłownie. Jezus, mówiąc o talentach, nie miał na myśli dużych sum pieniężnych, lecz wszystko to, co otrzymaliśmy od Boga, czy – węziej – co Jego uczniowie otrzymali od Niego. Zatem rozumienie talentów jako umiejętności jest dobre – ale wciąż za wąskie. Może ono bowiem dotyczyć wszystkiego, w tym misji wyznaczonych nam przez Chrystusa: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” czy „Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem”. Oczywiście rozumienie słowa talent jako umiejętność jest też uzasadnione bezpośrednim pojawieniem się w przypowieści słowa „zdolności” obok słowa „talent” („Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności”). Zatem szersze rozumienie nie wyklucza węższego.

Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana.

Tu pojawia się informacja, co słudzy zrobili ze swoimi talentami – i co możemy zrobić ze swoimi my. Możemy je rozmnażać, a więc rozwijać, działać w celu zmaksymalizowania ich wartości. Możemy też „zakopać je”, czyli ukryć gdzieś głęboko, udawać że nie istnieją, lub tak długo zwlekać z rozwijaniem ich, że wreszcie będzie za późno. Zakopywanie talentu, by wydobyć go nienaruszonym, wcale nie jest dobrym pomysłem.

Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!”

Przed tym fragmentem pada najważniejsze pytanie: czyje są te talenty, które otrzymali słudzy? Czyje są te talenty, które otrzymaliśmy my? Czy są one nasze – czy są one tych sług? Teoretycznie – tak. Gospodarz dał swoje talenty sługom i to oni nimi dysponowali. Trzeba jednak zauważyć, że tak naprawdę wszystkie talenty = i te otrzymane, i te rozmnożone – dwaj słudzy przynieśli panu, gdy ten wrócił z podróży. Zatem nie jest prawdą, że to, co otrzymujemy od Boga jest nasze. To nadal należy do Boga. Każdy powierzony nam przez Niego skarb jest jednocześnie nasz i jednocześnie Jego. My posiadamy talenty, rozwijamy je według własnych zdolności, ale kiedy przyjdzie czas, pokażemy Bogu, co z nimi zrobiliśmy. I – jeśli rozwiniemy je dobrze – Bóg będzie z tego zadowolony tak, jak z tych dwóch sługów zadowolony był ich gospodarz.

Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. 25 Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!” Odrzekł mu pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność”.

Tu pojawia się trzeci sługa, ten, który nie rozmnożył majątku, lecz go zakopał. Zagrał bardzo asekuracyjnie, co nie wyszło mu na dobre. Wiele osób denerwuje się postawą gospodarza – sądzą, że powinien się zlitować nad sługą, który przecież zajął się jego własnością i niczego nie stracił. Prawda jest jednak taka, że nie o to gospodarzowi chodziło. Nie o to chodzi Bogu, byśmy zagrzebywali nasze zdolności w sobie i pilnowali tylko, żeby nic nie uronić. Po to są te talenty, by je rozwijać – a na końcu pokazać gospodarzowi, a w naszym przypadku Bogu.

„Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”.

I teraz – na koniec – dowiadujemy się, że gospodarz jednak te talenty, które słudzy rozmnożyli, oraz talent tej osoby, która go nie rozmnożyła, przekazuje ponownie sługom. Jest to swoisty rodzaj nagrody za lojalną pracę i wysiłek włożony w rozwój talentów. Co to oznacza dla nasz? To, że jeśli otrzymaliśmy zdolności, powinniśmy je rozwijać na chwałę Pana, a na końcu w zamian zostaniemy nagrodzeni. Jeśli jednak zaszyjemy nasze zdolności w sobie, koniec który nas czeka nie będzie pozytywny.

Czyli należy rozwijać otrzymane talenty. Ale – najważniejsze – należy je rozwijać na chwałę Boga. Nie może to być rozwój w byle jakim kierunku. Jeśli Bóg pozwolił nam pisać, śpiewać, grać na instrumentach – powinniśmy rozwijać te umiejętności po to, by nieść innym Królestwo Boże. Nie dla własnej przyjemności, nie dla spełnienia własnych ambicji, ani nie dla zysku. Tylko i wyłącznie dla Bożej chwały. Bo słudzy, pomnażając majątek gospodarza, pomnażali go dla niego. Nie wiedzieli wtedy, że wszystko otrzymają z powrotem. Jeśli śpiewasz – śpiewaj Panu jak Dawid. Jeśli grasz – graj ku Jego czci. Jeśli piszesz – pisz tak, by przekazać Go innym w swoim pisaniu. I niech to nie będzie postanowienie tylko na okres adwentu, ale na całe życie.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: https://foter.com/photo2/portrait-of-young-woman-with-guitar/

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Opiekun na całe życie

Chrzest święty jest uważany przez wielu za najważniejszy sakrament, ponieważ to on włącza nas do życia Bożego i otwiera drogę do zbawienia. Chrzcząc własne dzieci wybieramy dla nich dwa rodzaje duchowych opiekunów. W pierwszej kolejności jest to wybór rodziców chrzestnych – tych, którzy będą odpowiedzialni za prowadzenie swoich chrześniaków w wierze i pomoc w budowaniu jej, również wtedy, kiedy rodzice nie podołają temu zadaniu. Trzeba pamiętać jednak, że chrzestni są tylko ludźmi, śmiertelnikami, i nawet wybór najświętszego ze swoich znajomych może w przyszłości okazać się utrudnieniem dla budowania wiary. Człowiek bowiem może wybrać w swoim życiu dowolną drogę i osoba, która wydawała się nam idealnym katolikiem w pewnym momencie może skręcić w zupełnie inną stronę. Na szczęście chrzcząc wybieramy jeszcze innych opiekunów – są nimi święci patronowie.

Należy przyznać, że często nie myśli się o tym tak, jak o doborze chrzestnych. Ale prawdą jest, że istnieje obcowanie świętych, a więc osoby, które przeżyły swoje życie w świętości, w przyjaźni z Bogiem, a teraz są już zbawione, przebywają także wśród nas i troszczą się o nas. Są naszymi orędownikami u Boga. A nadając dziecku konkretne imię wybieramy mu też konkretnego patrona. Oczywiście – nie zawsze. Czasem podoba się nam imię, które nie należało nigdy do żadnego świętego. Wtedy też możemy znaleźć patrona dla swojego dziecka, choć nie będzie ono nosiło jego imienia. My jednak od pierwszego momentu, kiedy postanowiliśmy być ze sobą, zdecydowaliśmy się na nadawanie naszym dzieciom imion, które pociągają za sobą obecność świętych orędowników w ich życiu. I za każdym razem są to dwa imiona, żeby można było się zwracać o pomoc od razu do dwójki świętych.

Nasz najstarszy syn, Gabriel Michał, nosi imiona nawet nie świętych Pańskich, lecz potężnych Bożych archaniołów. Kiedyś, kiedy byłem młodszy, chciałem mieć trzech synów noszących imiona trzech archaniołów. Ostatecznie po dyskusji z żoną zdecydowaliśmy się na nadanie jednemu synowi dwóch z tych imion. Gabriel znany jest jako posłaniec, który przekazywał dobrą nowinę Maryi, ostrzegał Józefa przed Herodem czy spotykał się z Zachariaszem. Michał to książę Bożych zastępów, ten który w ostatecznej walce zgniata szatana. Oczywiście u Boga nie jest tak, że aniołowie są więksi od Jego świętych. Dlatego to nie powoduje, że nasz najstarszy syn ma w jakiś sposób lepszych patronów niż jego rodzeństwo.

Nasza pierwsza córka nosi imiona Natalia Agnieszka. Zdarzyło mi się słyszeć, że jako jedyna z naszych dzieci nie nosi imienia bezpośrednio kojarzącego się w sposób święty. Rzeczywiście – jej patronki nie są wspominane w Piśmie Świętym, ponieważ żyły już później, niż Jezus i Jego bezpośredni uczniowie. Nie znaczy to jednak, że nie są one dobrane w sposób jak najbardziej przemyślany. Święta Natalia z Kordoby, wspominana 27 lipca, nie jest tak znana jak jej imienniczka, święta Natalia z Nikomedii. Żyła ze swoim mężem Aureliuszem w Hiszpanii IX wieku, kiedy to tamten teren opanowany był przez muzułmanów. Oboje byli chrześcijanami, ale w obawie przed Arabami udawali muzułmanów. W pewnym momencie jednak Aureliusz przeżył przemianę, gdy ujrzał swojego współwyznawcę biczowanego za to, że ten przyznał się do swojej wiary. Od tamtej pory Natalia i Aureliusz zaczęli głośno wyznawać swoją wiarę, wyrzekając się islamu, za co zostali ostatecznie skazani na śmierć. Święta Agnieszka Rzymianka jest bardziej znana od Natalii. Zginęła jako ok. czternastoletnia dziewczyna w Rzymie, po tym, jak odmówiła wyjścia za polecanego jej mężczyznę, gdyż – jak miała mówić – była zaręczona „z innym, który jest o wiele bogatszy” – czyli oddała swoje życie Chrystusowi. Została za to zamordowana i stała się wzorem dla młodych kobiet oddających się Bogu.

Drugi syn ma na imię Piotr Łukasz. Oba te imiona i obaj patroni opisani są w Piśmie Świętym. Święty Piotr to najważniejszy z uczniów Chrystusa, ten, który się Go zaparł, ale i wyznał miłość. Który wziął na siebie przywództwo Kościoła i przyjął klucze Królestwa Niebieskiego. I który ostatecznie został – jak przekazuje tradycja – pierwszym papieżem, czyli biskupem Rzymu. Święty Łukasz to z kolei jeden z ewangelistów. Choć nie należał do grona dwunastu apostołów, był jednym z najwierniejszych uczniów świętego Pawła, a oprócz ewangelii spisał też jej kontynuację – Dzieje Apostolskie.

Wreszcie nasza najmłodsza – jak do tej pory – latorośl, Maria Magdalena. Wspominam z uśmiechem moment, kiedy urodził się nasz pierwszy syn i powiedziałem znajomej ze studiów teologicznych, że będzie miał na imię Gabriel Michał. Ta roześmiała się i zażartowała, że jak będę miał córkę, to pewnie nazwę ją Maria Magdalena. Mnie też to rozbawiło – bo taki właśnie miałem plan. Łatwo jest zinterpretować źródło tych imion. Święta Maria Magdalena (uproszczona wersja właściwego imienia i miejsca pochodzenia: „Maria z Magdalii”) była jedną z najbliższych współpracownic Jezusa Chrystusa podczas Jego ziemskiego pielgrzymowania. Utożsamia się ją często z postacią jawnogrzesznicy, która – uratowana przed kamienowaniem – ruszyła za Chrystusem, więcej nie grzesząc. Ona też miała obmyć Jego nogi wonnym olejkiem. Jako pierwsza miała ujrzeć Chrystusa żywego po zmartwychwstaniu. Choć nie było kobiet wśród dwunastu apostołów – Maria Magdalena byłaby pierwsza, gdyby było to możliwe.

Ale byłby ze mnie wyrodny ojciec, gdybym wszystkie swoje dzieci obdarzył orędownictwem dwójki świętych patronów, a najmłodszą córkę tylko jedną – choćby nie wiem jak wspaniałą. Dlatego Postanowiłem odszukać jeszcze kogoś, kto mógłby wstawiać się u Boga za naszą córką. I tak, obok świętej Marii Magdaleny, Marysia dostała za patronkę świętą Magdalenę z Nagasaki. Wybór tej świętej był dla mnie wielką radością, ponieważ sam kiedyś przeżywałem fascynację Japonią i pragnąłem jechać tam jako misjonarz. Magdalena była Japonką urodzoną w Nagasaki, wywodzącą się z rodziny chrześcijańskiej. Po przybyciu augustiańskich misjonarzy do Japonii sama wdziała ich habit i służyła przy kilku ojcach misjonarzach. Wszyscy oni zginęli w Nagasaki śmiercią męczeńską. Ona sama, po tym jak opowiedziała się przed lokalnymi władzami jako chrześcijanka, była torturowana i ostatecznie zginęła na narzędziu tsurushi. Zmarła w 1634 roku.

Wspomniałem o kluczu doboru imion w naszej rodzinie. Zawsze pamiętamy, by przed pojawieniem się dziecka „po tej stronie brzucha” odpowiednio przemyśleć wybór świętych, którzy będą czuwać nad jego życiem. Wiem, że to bardzo ważne, by można było się zwrócić do konkretnej osoby, którą rodzice wybrali na patrona – lub którą sami sobie wybraliśmy przy bierzmowaniu. A teraz, w Noc Wszystkich Świętych, warto tym bardziej przypomnieć sobie o swoich świętych patronach, spojrzeć na nich jako na wzór wiary i podziękować Bogu, że postawił ich na naszej drodze.

____________________________________

We wpisie wykorzystano obraz świętej Magdaleny z Nagasaki pochodzące ze Wikipedii, za:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Magdalena_z_Nagasaki
http://www.vatican.va/roman_curia/congregations/cevang/pont_soc/pospa/documents/rc_pospa_doc_20020415_pms-directory-asia_it.html

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Konflikt interesów po brytyjsku

Jak bardzo można zagubić się, kiedy chce się żyć, ale tworzy się i propaguje w swoim środowisku cywilizację śmieci? Przekonali się o tym w ostatnim czasie Brytyjczycy. Ci, którzy chwalą się z dumą tym, że aborcja jest w ich kraju legalna do 24 tygodnia ciąży, właściwie bez podawania jakiejkolwiek przyczyny. A ostatnio, pod koniec sierpnia, wprowadzili nawet rozporządzenie, że kobieta chcąca dokonać wczesnej aborcji może zrobić to (zażywając tabletkę wczesnoporonną) w domu, w ogóle nie wybierając się do kliniki – ale w razie potrzeby może poprosić, by personel medyczny towarzyszył jej i w domu. W tym samym czasie ci sami Brytyjczycy przyjmują w swoich miastach i wioskach setki i tysiące muzułmańskich przybyszów, często błędnie nazywanych uchodźcami. Podczas gdy w Polsce osób tak bardzo obcych nam kulturowo jest wciąż niewiele, w Wielkiej Brytanii część mniejszych społeczności jest już przejęta przez rodziny muzułmańskie, a w Londynie przybyszów (nie Polaków) jest tak wielu, że wybrano sobie muzułmanina na burmistrza. Zatem Wielka Brytania – kraj o tak bogatej kulturze i historii – a teraz także Irlandia (do niedawna kraj ultrakatolicki) nie tylko chwali się dostępnością aborcji, ale i akceptacją dla przybyszów z krajów odległych kulturowo.

A jednak sama Gazeta Wyborcza podniosła ostatnio alarm. Otóż, jak piszą w swoim artykule o aborcji w Wielkiej Brytanii: „W tradycyjnych społecznościach imigrantów wiele kobiet przerywa ciążę, jeśli badania prenatalne wykażą, że ma się urodzić dziewczynka”. Otóż „tradycyjne społeczności imigrantów”, czyli napływowa ludność z bliskiego wschodu i Afryki, wykorzystują wczesne testy z krwi, mające stwierdzić czy dziecko nie jest chore na jakąś chorobę genetyczną. Jednak „kobiety z rodzin imigrantów, szczególnie pochodzących z Pakistanu, Afganistanu i Bangladeszu” – jak podkreśla Gazeta Wyborcza – wykorzystują dostępność tych testów do sprawdzenia, jakiej dziecko jest płci. I decydują się na aborcję, kiedy okazuje się, że to dziewczynka. Właśnie dlatego, że w tychże tradycyjnych społecznościach imigrantów tradycją jest to, że kobieta jest nieopłacalna, niewartościowa i przynosi rodzinie wstyd. Kiedy ma się syna, można go drogo sprzedać do ożenku. Kiedy ma się córkę, oznacza to duże dopłaty. A ponieważ teraz imigranci mieszkają w Wielkiej Brytanii, gdzie testy prenatalne i aborcja są ogólnie dostępne, mogą wykorzystać to do posiadania synów, a nieposiadania córek.

Sytuacja w Wielkiej Brytanii staje się więc niezwykle gęsta, nawet eksperci biją na alarm. Bo przecież jednocześnie Brytyjczycy starają się być społeczeństwem profeministycznym, co oznacza pozwolenie na aborcję praktycznie bez powodu; jednocześnie próbują być otwarci na inność i na przybyszów z zewnątrz, w tym także w całości na ich kulturę; ale jednocześnie zorientowali się, że przez połączenie tych dwóch tolerancji stanęli w pozycji patowej. Bo jak bronić feminizmu, jeśli w wyniku aborcji giną głównie kobiety – i to właśnie dlatego, że są kobietami? W sprawie protestuje minister ds. kobiet i równości w brytyjskim gabinecie cieni Naz Shah (sama będąca Brytyjką pochodzenia arabskiego, która część swojego życia spędziła w Pakistanie). Twierdzi ona, że rząd brytyjski musi natychmiast wprowadzić ograniczenia w prawodawstwie, by nie była legalna aborcja ze względu na płeć dziecka. Podkreślić jednak należy, że jeśli aborcja może być dokonana równie dobrze przez wzgląd na problem psychiczny związany z posiadaniem dziecka, to dlaczego miałaby być nielegalna ze względu na problem psychiczny związany z posiadaniem dziecka płci żeńskiej?

Wielka Brytania jest w kropce. Ale do tej kropki sama się doprowadziła przez swoją edukację seksualną, dostępność aborcji i otwartość na imigrantów (w tym także na Polaków, ale to nie oni stanowią w tym przypadku największy problem). Ma prawdziwy konflikt interesów: pozwolić na aborcję i na kultywowanie własnych tradycji przez imigrantów, a przez to żyć w świadomości wybijania osób płci żeńskiej, czy zakazać aborcji (w pewnych warunkach), a tym samym ograniczyć możliwość kultywowania tradycji, ale przynajmniej żyć z czystym sumieniem, myśląc że aborcja w tym samym stopniu dotyczy mężczyzn i kobiet?

Należy tylko mieć nadzieję, że w Polsce nigdy nie będziemy musieli stanąć przed podobnym dylematem. Że zarówno aborcja, jak i napływ imigrantów z krajów obcych nam kulturowo będą jak najmocniej ograniczane. A za Wielką Brytanię – kraj piękny i godny podziwu – należy się po prostu modlić.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/budka-telefoniczna-czerwony-londyn-768610/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz