Author Archives: Maurycy Teo

Godzien jest robotnik swojej zapłaty

Koniec roku szkolnego zmusza do przemyśleń, zwłaszcza gdy jest się rodzicem dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, a jeszcze bardziej gdy jest się nauczycielem. Rok temu byłem już dziennikarzem, pracowałem dla portalu wPolityce.pl i gdyby nie decyzja „góry”, dziś pewnie znalibyście mnie jako dziennikarza. Ale nie, jednak w październiku wróciłem do poprzedniego zawodu i pozostałem nauczycielem. Wtedy już jednak nie było to z założenia „na stałe”. Nie udało się w dziennikarstwie, ale to nie znaczy przecież, że mam być nauczycielem do końca życia. Założenie było jasne: przeżyć jeszcze rok w szkolnictwie, po czym znaleźć sobie miejsce w korpo czy innym opłacalnym miejscu, w którym komunikatywna znajomość języka angielskiego jest wszystkim, czego potrzebują (nie bujam, mam znajomych, którzy tak właśnie zrobili). I tak miało być, dopóki dyrekcja jednej z lokalnych podstawówek nie poprosiła mnie o przejęcie kilku klas po odchodzącej nauczycielce. Zgodziłem się – i to był przełom.

Wszedłem do klas 1-4 i zacząłem uczyć. To był szok – dla dzieci i ich rodziców. Nagle pierwszakom ktoś kazał przynieść zeszyt do angielskiego i zaczął wprowadzać notatki. Skończyło się stawianie szóstek za nie wiem co (naprawdę nie wiem – na semestr wszyscy niemal mieli szóstki w klasach młodszych), a zaczęło się ocenianie za wiedzę i pracę. Najtrudniej było z trzecimi klasami, które szóstki od lewej do prawej miały już przez 2 i pół roku, a trzecia klasa to na angielskim już mnóstwo poważnej, teoretycznej i praktycznej, wiedzy. To właśnie z trzecich klas zaczęły płynąć dociekania, dlaczego oceny tak drastycznie się obniżyły. Ale to było na początku – później okazało się, że większość zdziwionych uczniów po prostu wzięła się do pracy! I część z nich wróciło do swoich piątek czy szóstek z pierwszego semestru.

Ja przyszedłem i zacząłem po prostu wykonywać swoją pracę. Bez żadnych fajerwerków, za to z zaangażowaniem i z indywidualnym podejściem do ucznia (to mi zostało jeszcze z czasów pracy w szkole specjalnej). Natychmiast – ku mojemu zdziwieniu – zacząłem odbierać mnóstwo pozytywnych informacji zwrotnych, zarówno od uczniów, jak i ich rodziców. Na zastępstwie z matmy jedna z uczennic klasy czwartej powiedziała: „Z panem nawet matematyka jest fajna”. Klasy pierwsze to była jedna wielka miłość. Dar, który miałem kiedy miałem 16 lat – przyciąganie dzieciaczków w wieku 6-8 lat – wrócił z siłą maksymalną, choć przez lata myślałem, że całkowicie się rozpłynął. Ile miałem przez ten semestr narzeczonych z pierwszych klas – nie policzę. Lekcje były swobodne, wesołe, ale z ciągłym przypływem nowej wiedzy („Będziemy coś dzisiaj pisać? Proszę…”). Nawet kiedy miałem zastępstwo z klasami, których nie uczyłem na co dzień, pomagałem im zrozumieć np. historię – bo dlaczego nie? I ci uczniowie przychodzili do mnie miesiąc później pytając, czy dziś znów będziemy mieć razem zastępstwo…

Zakończenie roku i dowody wdzięczności, nawet od osób, dla których byłem utrapieniem – to tylko ocena końcowa wystawiana nauczycielowi. Podziękowania od chłopców, którzy dawali mi się we znaki – i z wzajemnością – ale „oni pana tak polubili”. Mnóstwo nadziei, że może będę nadal uczył w klasie czwartej, w klasie piątej. Słowa od jednej z mam: „Nareszcie ktoś zaczął ich uczyć angielskiego w szkole, nie musiałam już szukać czegoś na zewnątrz”. Dla mnie to była moc wzruszeń, ale i wstrząs – przyszedłem wykonać zadanie i robiłem to tak, jak potrafiłem. A pierwszy raz w życiu otrzymałem takie morze wdzięczności. „Zwłaszcza za podejście do dzieci” – powiedziała mama dziewczynki, która sama z pewnością chciała to powiedzieć, ale jest tak cudownie introwertyczna, że to aż rozczulające.

Long story short – zostaję w szkolnictwie. Rozpisałem się na temat własnych uczuć i przeżyć, bo chciałem to z siebie wylać. Ale tak naprawdę pisałem z zupełnie innego powodu. Jestem nauczycielem. Zarabiam 1800 złotych na rękę na etacie. Tak, to jest cudowna, spełniająca praca – teraz to czuję i teraz to wiem. Ale ona jest świetna (nie ujmując niczego nikomu) dla samotnych idealistów, albo dla pań, których mężowie zarabiają w korporacjach lub jako informatycy. Ja mam na utrzymaniu sześcioosobową rodzinę (najmłodsza córka urodziła się nieco ponad dwa tygodnie temu) i nie jest to łatwe, nawet jeśli w rzeczywistości mam dwa etaty, udzielam lekcji popołudniami i wracam do domu każdego dnia o 19-20. Praca nauczyciela jest czymś, co zachwyciło mnie ponownie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Jednak zachwyt i ideały nie wykarmią mojej rodziny.

Dziś zawód nauczyciela ma niewielki prestiż, a zarobki w nim są naprawdę śmieszne. Może się to wydawać marudzeniem – zwłaszcza dla ludzi, którzy uważają, że zawód nauczyciela powinno się wykonywać z pasji, a nie dla pieniędzy. Jednak słusznie napisał święty Paweł w liście do Tymoteusza: „Prezbiterzy, którzy dobrze przewodniczą, niech będą uważani za godnych podwójnej czci, najbardziej ci, którzy trudzą się głoszeniem słowa i nauczaniem. Mówi bowiem Pismo: Nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu oraz: Godzien jest robotnik zapłaty swojej” (1 Tm 5, 17-18). Tak, pisał o prezbiterach, ale to naprawdę nie ma znaczenia, czy chodzi o kapłanów, czy o nauczycieli – każdemu należy się uczciwe i godne wynagrodzenie za jego pracę. Nauczyciel, który kocha swoją pracę i – z wzajemnością – kocha swoich uczniów, musi wrócić do domu z pieniędzmi na jedzenie dla swojej rodziny. Musi mieć za co tę rodzinę wziąć na wakacje, za co ją ubrać. Tego się nie da zrobić za nauczycielską pensję.

Portal Money.pl podał niedawno, w jak głębokim kryzysie jest zawód nauczyciela. Obecnie o podobnej karierze marzy jedynie 2,4 proc. piętnastolatków – to 2 razy mniej, niż 10 lat temu. Sytuacja ta wynika właśnie z niskiego prestiżu zawodu nauczyciela, jak i ze zbyt niskich zarobków. „Obecnie średni wiek nauczyciela to już 42 lata, a mała liczba chętnych do pracy w zawodzie nauczyciela może oznaczać braki kadrowe w przyszłości” – podaje portal. I to niestety smutna prawda. Ponieważ ja, podobnie jak moi znajomi, mógłbym – i chciałem – rzucić zawód nauczyciela i pójść gdziekolwiek tam, gdzie płacą uczciwie za uczciwą pracę. Podobno są miejsca, gdzie w Lidlu czy Biedronce zarobiłbym więcej, niż nauczyciel w szkole. I tam nie znalazłby się raczej ktoś, kto wypomniałby mi, że jestem darmozjadem, który bierze pieniądze za „obijanie się”.

Godzien jest robotnik swojej zapłaty. Zostaję w szkolnictwie dla moich kochanych uczniów i dla ich wdzięcznych rodziców. Będę nadal robił to, co robiłem – uczył. Przytulał dzieci, które potrzebują przytulania, strofował dzieci, które potrzebują strofowania, ocierał łzy tam, gdzie potrzeba je obetrzeć. Wdzięczność jest najlepszą zapłatą i największą motywacją. Ale nie może pozostać jedyną. Dlatego piszę to i wołam, jako główny chlebodawca w rodzinie, o godne pensje dla nauczycieli. Bo inaczej Wasze dzieci uczyć będą ci, którzy nigdzie indziej nie dostali pracy.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/starcie-biznesmen-przedsi%C4%99biorca-3127285/

Reklamy
Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Co nam daje zbawienie, a co go nie daje?

Nasz najstarszy syn 27 maja 2018 roku po raz pierwszy przyjął komunię świętą i mógł w pełni uczestniczyć we mszy świętej. Później kilka razy byliśmy też na mszy w białym tygodniu, i we wtorek ksiądz powiedział kazanie o świętej Małgorzacie Marii Alacoque oraz o tym, jak Bóg obiecał, że przez odprawienie nabożeństwa pierwszych dziewięciu piątków miesiąca z pewnością będziemy zbawieni. Dzieci dostały nawet specjalne karteczki, na których mają zebrać dziewięć podpisów od kapłanów i dzięki temu mieć dowód, że to nabożeństwo mają już „z głowy”.

W związku z powyższym, po raz kolejny w ostatnich miesiącach, zapaliła mi się czerwona lampka. Bowiem jakie my, jako katolicy, mamy prawo do ustalania, co nam da zbawienie w stu procentach, a co nie? Nabożeństwa takie, jak właśnie pierwsze piątki, odmawianie koronki do Bożego Miłosierdzia nad umierającym, czy nowenna pompejańska, stały się fetyszem u wielu wierzących, oraz często przesłaniają prawdziwą istotę wiary. Przebłagalna spowiedź i – przede wszystkim – komunia święta w pierwszy piątek miesiąca, która ma ogromną wartość dla rozwoju wiary, dla wielu stała się pewną ścieżką do zbawienia. Owszem – zamierzam sam zadbać o to, by mój dziewięciolatek również co miesiąc uczestniczył we mszy świętej i przyjmował komunię. Ale sam pęd do tego, wysyłanie maluchów po pierwszej komunii i liczenie wszystkiego skrupulatnie (u mnie wszystkich wnuków pilnowała babcia), żeby potem mieć już „z głowy”, stał się prawdziwą paranoją, do tego mocno wspieraną przez kościelnych hierarchów.

Nie jest zła spowiedź comiesięczna – wręcz przeciwnie, jest bardzo dobra i często potrzebna. Sam staram się praktykować zasadę comiesięcznej spowiedzi. Nie ma nic złego w uczestnictwie we mszy świętej w każdy pierwszy piątek. Nie odwodzę nikogo od sakramentów. Nie odwodzę od modlitwy – sam odmawiam koronkę, a nowennę pompejańską skończyłem bodaj cztery czy pięć razy. Odwodzę tylko od naiwnej, zabobonnej i niezgodnej z katolicyzmem wiary, że jeśli „odbębniłem” jako dziewięciolatek dziewięć pierwszych piątków (a mam to na piśmie), to nic więcej już nie muszę, bo Bóg przecież obiecał zbawienie i teraz już nie ma wyjścia. Próbuję pokazać, że zbawienie naszego umierającego bliskiego nie leży w tym, czy odmawia się nad nim koronkę do Bożego miłosierdzia. A odmawianie nowenny pompejańskiej nie spowoduje, że teraz Bóg już będzie musiał spełnić naszą prośbę, niezależnie od tego, o co prosimy. Nie zaczarujemy Boga pierwszymi piątkami, ani nowenną. Bóg nie jest zdeterminowany przez nas.

Zbawienie daje nam wiara i nieustanne podążanie drogą Chrystusa, bo „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”. Zbawienie jest łaską, ponieważ nikt nie jest do końca godny, by zbawienie osiągnąć. Zatem łaska, bez której nie da się być zbawionym, oraz wiara, by tę łaskę przyjąć. Bóg łaskę każdemu daje darmo – i zawsze tak wiele, by wystarczyło każdemu. Co innego jeśli chodzi o przyjęcie tej łaski – możemy, poprzez wiarę, łaskę przyjąć, albo odrzucić ją jeśli nie chcemy wierzyć Bogu. I to jest wszystko. Każdy czyn, każdy „dobry uczynek”, który wielu uważa za drogę do zbawienia, jest tylko czystą konsekwencją naszej wiary i łaski Bożej (bo „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, a „beze Mnie nic nie możecie uczynić”). Odprawianie nabożeństw pierwszopiątkowych i odmawianie nowenn wynika z wiary, która jest wcześniejsza. Dlatego też mam duże wątpliwości, czy ja – jako dziewięciolatek – miałem wystarczająco dużą wiarę, by rzeczywiście ofiarować tę komunię dziewięć razy na przebłaganie za grzechy nasze. Z pewnością byłem na tyle młody, by ulegać osobom z mojego otoczenia, które uważały, że powinienem szybko to zakończyć, by później nie martwić się o zbawienie.

Nie jestem protestantem i nie sięgam do protestantyzmu. Jestem katolikiem, który jest przekonany, że nasze zbawienie wynika z wiary i łaski, a nie z odprawienia jakichkolwiek rytuałów, mającym nam to zbawienie zapewnić. Wiara w Boga, a nie pierwsze piątki, da nam zbawienie. I, co jeszcze warto zaznaczyć, zarówno nabożeństwo pierwszych piątków, koronka do Bożego miłosierdzia, jak i nowenna pompejańska, zostały przedstawione poszczególnym osobom w objawieniach prywatnych. Pierwsze piątki – świętej Małgorzacie Marii Alacoque. Koronka do Bożego miłosierdzia – świętej s. Faustynie Kowalskiej. Nowenna pompejańska – Fortunatinie Agrelli z Neapolu. A Kościół katolicki nie zobowiązuje do wierzenia w żadne prywatne objawienia, nawet te, które są przezeń zatwierdzone. A to oznacza, że możemy być zbawieni opierając się tylko na Piśmie Świętym i na wierze, oraz – oczywiście – na kroczeniu drogą wskazywaną nam przez Kościół. A wszelkie pobożne rytuały, często zmieniające się w bałwochwalcze fetysze, możemy sobie darować.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: EpiskopatNews on Foter.com / CC BY-NC-SA

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Próbna spowiedź? A co to jest w ogóle?

Ogromnymi krokami zbliżamy się do maja, który jest miesiącem pierwszych komunii. Już dziś mój blog przeszukują głównie ludzie, którzy zastanawiają się nad tym, jak się do komunii przygotować albo jakie prezenty kupić. I ja, jako nauczyciel w klasach trzecich (i ojciec trzecioklasisty) obserwuję sytuację na rynku komunijnym. Niestety, moje odczucia to głównie zdziwienie i zażenowanie.

CZYTAJ TAKŻE: Co powinien chrzestny na komunii?

Pisałem już o próbach pierwszej komunii, które dzieci muszą przeżywać popołudniami przez miesiąc do dwóch przed samą uroczystością. „W życiu czasem trzeba wiedzieć kiedy stać a kiedy siedzieć” – jak śpiewali sławni T-Raperzy znad Wisły i na tym właśnie te próby polegają. Jak wejść do kościoła, kto z kim ma usiąść, kto mówi wierszyk, kto czyta czytanie, kto śpiewa psalm, kto spędza pół godziny dziękując księżom i katechetom za piękne przygotowanie, kto komu i dlaczego daje kwiaty. Jednej rzeczy (a właściwie Osoby) w tym wszystkim nie ma: Jezusa Chrystusa. No nie ma, to jasne, bo pierwsza komunia święta to taki moment, w którym On dopiero pierwszy raz przychodzi, kiedy przyjmuje się Go po raz pierwszy. Pytanie tylko, jakie On ma znaczenie przy tych wszystkich próbach, sprawdzianach, odpowiedziach, wierszykach? Ale dzieci chodzą na próby, przez co nagle mają zajęte popołudnia, w czasie których mieli inne zajęcia (np. dodatkowy angielski) i trzeba je odwoływać. Jestem przekonany, że u większości dzieci Pan Jezus zajmuje jedno z ostatnich miejsc w całym tym przygotowaniu.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Top 10 prezentów na pierwszą komunię.

Nie jest to jednak wszystko. Ostatnio pojawił się w mojej świadomości temat próbnej spowiedzi świętej. Wiadomo, czym jest spowiedź – wyznaniem grzechów, ukorzeniem się przed Bogiem i prośbą o wybaczenie. Ale nie, przecież nie o to chodzi. Dzieci przed pierwszą spowiedzią muszą nauczyć się na pamięć odpowiedniej formułki. I tę formułkę zapamiętać (często w ogóle bez zrozumienia) po to, żeby powiedzieć ją w konfesjonale. I tak dzieci w nerwach uczą się formułki na pamięć, powtarzają ją w głowach i na głos, a – co jeszcze ciekawsze – „próbują” się w spowiadaniu z księdzem w czasie lekcji religii. Nie, to jeszcze nie wszystko. Są parafie, które organizują również próbne spowiedzi w kościele, przy konfesjonale. Wszystko jak trzeba, tylko bez wyznania grzechów. Bo co tu jest najważniejsze? Najważniejsze jest, by dobrze klęknąć, dobrze pozdrowić księdza i powiedzieć, że się więcej grzechów nie pamięta i się za nie żałuje. Ale grzechy? Nie, one nie są najważniejsze. One pojawią się dopiero na właściwej spowiedzi. Z tym, że przecież całkowicie nie o to chodzi ani w pierwszej spowiedzi, ani w pierwszej komunii świętej.

W obu tych sakramentach najważniejszy musi być Jezus Chrystus. W pierwszym – bo jest miłosierny, otwarty na nas i wybacza nam nasze grzechy. Które znamy i których żałujemy, do czego ani odrobinę nie jest nam potrzebna żadna formułka spowiedzi, choćby sam Jan Paweł II ją napisał. W drugim istotą sakramentu jest prawdziwy, żywy Chrystus przychodzący do nas w swoim Ciele i Krwi. Nie wierszyki, czytania (których w ogóle dzieci w trzeciej klasie nie powinny tykać) i kwiaty. W próbie spowiedzi próbuje się wszystko, poza spowiedzią. W próbie komunii próbuje się wszystko, poza komunią.

Ostatnio jedna z grup moich uczniów w trzeciej klasie miała zagwozdkę. Byli u spowiedzi, choć pierwsza komunia jest u nich dopiero za kilka tygodni. I dziewczynki dyskutowały z chłopcami: czy to była próba, czy prawdziwa spowiedź. Chłopcy twierdzili uparcie, że to była próba. Dziewczynki – że to była pierwsza właściwa spowiedź, a drugą mają mieć dzień przed komunią. Dziewczynki za swoim stwierdzeniem podały argument, że przecież dostali dyplom z napisem „Pamiątka pierwszej spowiedzi”, co znaczy, że to była prawdziwa spowiedź. Ale jakie to jest przygotowanie dziecka do pierwszego przyjęcia sakramentów, skoro oni nawet nie są pewni, czy już byli u pierwszej spowiedzi, czy tylko na (kolejnej) próbie…?

Jeszcze jedna anegdota. Dzieci z czwartych klas przygotowują się do rocznicy pierwszej komunii świętej… Tak, również chodzą na próby. Co ciekawsze, jeden z moich uczniów miesiąc w miesiąc chodzi do kościoła w pierwszy piątek, bo katechetka powiedziała, że jak nie odprawią pierwszych piątków, to ich… nie dopuści do rocznicy. Do czego ich nie dopuści? Do rocznicy? Jak oni już od roku (mam nadzieję) chodzą co niedziela do kościoła i przyjmują Ciało Chrystusa. Zatem jakie ma niby znaczenie to, czy ktoś ich dopuści czy nie dopuści do rocznicy? Czym w ogóle jest ta rocznica i dlaczego nie obchodzi się jej co roku? Czemu ma służyć, skoro nie wnosi zupełnie nic nowego do życia dzieci, chyba że powinno się liczyć kolejne próby, kolejne wierszyki i kolejne kwiaty.

CZYTAJ DALEJ: Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków.

Próby komunii i próby spowiedzi to rzeczy w ogóle nie potrzebne. Nie powinny mieć miejsca w czasie przygotowania dzieci do przyjęcia sakramentów. Są niezwykle sztucznym tworem służącym do odwrócenia uwagi dziecka od tego, co tak naprawdę jest ważne. Dziecko nie zapamięta łaski sakramentu, nie zapamięta ulgi po wyznaniu grzechów, nie zapamięta momentu przyjęcia Jezusa do serca. Zapamięta regułki, wierszyki i ustawienie w ławce. A przygotowanie do pierwszej komunii i spowiedzi powinno wyglądać inaczej. Dzieci muszą rozumieć istotę sakramentów i wzbudzić w sobie pragnienie serca, by do tych sakramentów dążyć. Muszą rozumieć, czym jest żal za grzechy i czym jest moment otrzymania Chleba do ust. To może dokonać się w każdym momencie, w czasie każdej przeciętnej mszy świętej. I choć zrozumiała jest potrzeba celebrowania sakramentu, nie może ona przesłonić tej istoty. A to niestety zdarza się nagminnie – i to wcale nie koniecznie z winy rodziców. Najbardziej winni są katecheci, księża i nie wiadomo skąd biorące się potrzeby, by wszystko pięćset razy przećwiczyć.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie ze strony Foter: Isidr☼ Cea on Foter.com / CC BY-NC-ND

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Nauczanie to powołanie

Jestem nauczycielem od siedmiu lat. Na początku wspomagałem kilka szkół językowych, nauczając w Warszawie i okolicach. Potem przez 5 lat uczyłem angielskiego – i trochę religii – w szkole specjalnej w Wołominie. Po kilku perturbacjach zrezygnowałem i poszedłem w prywatę – ale i wówczas trafił się kawałek etatu w szkole podstawowej.

Co jakiś czas nieśmiało myślę o zmianie kariery. Nawet przez chwilę próbowałem – znajdując dość niespodziewanie zatrudnienie w portalu wPolityce.pl. Jednak trzy fascynujące miesiące pracy w dziennikarstwie nie wystarczyły, bym na dobre opuścił szkołę. Myślałem już później, że to ostatni rok. Potem może pójdę w politykę? Muszę jednak przyznać, że kiedy już naprawdę myślę o rezygnacji, Pan Bóg podpowiada mi, że to może nie być najlepszy pomysł.

W tym roku pracowałem tylko w prywatnej firmie, dzięki czemu zaczynałem zajęcia od południa i mogłem rano się wyspać, pisać książkę (najbardziej marzę o byciu pisarzem) czy iść na siłownię. Jednak okazało się, że liczne okoliczne szkoły poszukują nauczycieli języka angielskiego na etat. I ostatecznie wyhaczyła mnie dyrekcja jednej ze szkół, w których miałem zajęcia pozalekcyjne. Przyjąłem pracę od stycznia – w klasach 1-3, kilku czwartych i w zerówce. I tak oto ja, który pragnąłem już powoli wycofywać się z nauczania, stałem się ponownie „ulubionym” nauczycielem.

Liczba informacji zwrotnych – głównie pozytywnych – jakie otrzymałem od początku nauczania, wywołuje u mnie poczucie dumy. To, co robię, ma sens. Uwielbiam pierwszoklasistów, którzy przybiegają do mnie, żeby się przytulić, rysują mi serduszka, obrazki i mówią mi, jak bardzo tęsknią za mną, kiedy nie ma angielskiego. Kocham zawsze chętnych do pracy zerówkowiczów, którzy – na początku bardzo rozbrykani – szybko wdrożyli się w regularną pracę. Zawsze cieszę się z pracy z ambitnymi czwartoklasistami, którzy z rozmarzeniem patrzą na mnie, wspominając poprzednią nauczycielkę, która „siedziała z nogami na biurku i czekała, aż się uspokoją”. I tych kilka czwartoklasistek, które – choć ciche i wyraźnie introwertyczne – otworzyły się na pracę w grupie pod wpływem moich zachęt.

Wzruszyła mnie jedna z sytuacji w ostatnim czasie. Dwie dziewczynki z trzeciej klasy, które generalnie nie radzą sobie najlepiej. Poprosiłem, by podeszły do tablicy, by zrobić zadanie. Zachowywały się, jakby przyrosły do krzeseł. Tak się zestresowały, że w końcu im odpuściłem. Byłem przekonany, że następnego dnia z nerwów nie przyjdą do szkoły. A one przyszły, zrobiły bezbłędnie dość trudne zadanie i z niewielkim tylko wahaniem podeszły do tablicy, by powtórzyć to przed klasą. „Uczyłyśmy się cały wieczór” – powiedziała jedna z nich, kiedy wracały na swoje miejsca. A ja pękałem z dumy!

Rodzice dzieci też przychodzą do mnie. Większość z nich dziękuje za moją obecność i pyta, czy zostanę z nimi na dłużej. I zastanawiam się – czy zmieniać jednak karierę, czy zostać i pomóc tym istotom, których dotychczasowa nauczycielka właściwie nic z nimi nie robiła. I to potwierdza, że nauczanie to rzeczywiście jest powołanie. Dobry nauczyciel musi to czuć, musi kochać dzieci i chcieć z nimi pracować. Od stycznia znów przychodzę do pracy z radością i chcę robić to, co robię. Mimo godzin nocnych spędzanych na sprawdzaniu klasówek i projektów.

Jest niestety jeden, ale znaczący problem. Nauczyciel pracujący w szkole, w której uczy się dużo dzieci, nie jest wystarczająco dobrze wynagradzany. Ja pracuję na dwa etaty (jeden publiczny, drugi prywatny), przez co kończę pracę czasem o 19, czasem o 20. Mimo tego mało jest takich miesięcy, w których zarabiam z nadwyżką. Mam na utrzymaniu rodzinę i chciałbym, by moja praca pozwalała nam dobrze spędzać życie. Tymczasem nauczyciel nie zarabia dość dużo, by swobodnie sobie radzić. To był i nadal jest mankament. A przecież nauczyciele są naprawdę potrzebni. Dlatego muszę jeszcze raz przyznać, że nauczanie jest formą powołania, zwłaszcza kiedy zauważy się, że nie przynosi ono wystarczających korzyści finansowych. I wiem, że niektórzy chcieliby, żeby funkcje publiczne pełnić za darmo, w ramach wolontariatu. To miałoby doprowadzić do tego, że nauczaliby sami pasjonaci. To jednak nieprawda. Pasjonaci są w szkołach potrzebni. Ale i oni powinni mieć za co żyć.

Tego życzę sobie i innym nauczycielom z okazji Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/student-profesor-uni-ksi%C4%85%C5%BCki-2052868/

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków

W XVII wieku (konkretnie w latach 1647-1690) żyła na świecie kobieta, zakonnica, znana jako święta Małgorzata Maria Alacoque. A bardziej niż z nazwiska, znana jest z rozpropagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. To jej właśnie osobiście objawiał się Jezus, przekazując wiedzę o swoim Sercu i namawiając ją do poświęcenia swojego życia mówieniu o Nim innym. Właśnie Małgorzata usłyszała te słowa: „W nadmiarze Mojego miłosierdzia wszystkim, którzy będą przystępować do Komunii św. przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca, udzielę łaski ostatecznej skruchy, tak że nie umrą w Mojej niełasce i bez sakramentów św. i Moje serce w tej ostatniej godzinie będzie dla nich najpewniejszą ucieczką”. I z tych słów wyłoniło się tak popularne dziś nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.

Założenie jest jasne, choć jego wykonanie nieco wypaczone: Jeśli w dziewięć (przyjęte jest, że kolejnych) pierwszych piątków miesiąca przystąpi się do komunii świętej, w chwili śmierci dostąpi się łaski skruchy, a więc nie umrze się w grzechu i poza Bożym miłosierdziem. Wykonanie nabożeństwa jest wypaczone choćby przez to, że w pierwsze piątki większy nacisk kładzie się na sakrament pokuty i pojednania, nie zaś na Eucharystię. Związane jest to z pokutującym dotychczas założeniem (skądinąd słusznym), że komunię można przyjmować w stanie łaski uświęcającej, a więc najbezpieczniej jest znaleźć się w tym stanie tuż przed samym jej przyjęciem. Inne wypaczenie jest jednak dużo poważniejsze. Otóż przez wieki nauczyliśmy się traktować nabożeństwo pierwszych piątków jak jeszcze jeden cudowny (mógłbym równie dobrze napisać „magiczny”) amulet, który uchroni nas przed potępieniem. To znaczy: możemy być grzesznikami, łobuzami, obrazoburcami, ale mamy odklepane dziewięć piątków, więc Bóg nas zbawi mocą samego faktu, bo obiecał – i teraz nie ma już wyjścia.

Przez dwa tysiące lat chrześcijaństwa stworzyliśmy sobie całe tony amuletów, niby boskiego pochodzenia, które mają za zadanie ustrzec nas przed śmiercią w grzechu. Szkaplerze, cudowne medaliki, odmawianie koronki do Miłosierdzia Bożego przy umierającym, czy właśnie nabożeństwo pierwszych piątków. U mnie to ostatnie pilnowane było przez babcię. Każde z jej wnuków musiało po pierwszej komunii udać się przez dziewięć kolejnych miesięcy do kościoła. Babcia skrupulatnie wszystko liczyła, a gdy ktoś np. nie mógł, bo w danym miesiącu był chory, to liczyła od początku. Oczywiście zawsze towarzyszyła każdemu z wnucząt, by na 100% się przekonać, że wszystko jest w porządku. Bo miała przeświadczenie, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków zapewni jej wnukom święte życie i w efekcie zbawienie. Nie mam jej tego za złe – jakże bym śmiał – ale muszę potwierdzić, że nie miałem wówczas, jako dziewięciolatek, pojęcia, dlaczego tak naprawdę chodzę do kościoła w każdy pierwszy piątek. Nie przeszkadzało mi to, byłem wychowywany w Kościele, ale jednocześnie nie było w tym przesadnie wielkiej wiary, a już na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, że związane jest to z objawieniem, a komunię powinienem przyjmować dzięki czyniąc Panu za Jego wielkie miłosierdzie. Ot, po prostu pierwsze piątki należało odbyć, a jak się to już zrobiło, to uff, można było odetchnąć z ulgą.

Widzę współcześnie dwa silne skrajne nurty w Kościele – i trzeci, płynący spokojnie środkiem. Pierwszy z nich to Kościół otwarty, żyjący w świecie i oddychający światem, wyciągający kwestię Bożego miłosierdzia jako czegoś, co może przyprowadzić do Boga każdego – a więc dopuszczający dopuszczanie każdego do sakramentów, bez względu na to, czy żyją w grzechu, czy nie. Kościół otwarty zakazuje oceniać tak ludzi, jak i ich czynów, i woła tylko do przyjmowania wszystkich z miłosierdziem, a jak nie chcesz, toś łobuz. Drugi nurt to ten oparty na wierze niby magii. Przywołuje on setki cudownych medalików, modlitw i nabożeństw, które mają nie tyle zbliżyć ludzi do Chrystusa, co raczej zapewnić im zbawienie. Z drugiej strony odrzuca on mnóstwo rzeczy jako magiczne i rozumie je jako dzieło szatana (jednorożce, gry komputerowe, Harry Potter). Trzeci nurt to ten, który opiera się na wierze i rozumie. Ludzie w nim wierzą w Chrystusa i wierzą Chrystusowi, ale rozważają też wszystko rozumowo. Wiara jest bowiem aktem woli, ale opartym na rozumie. Ja sam zaliczam się do tego trzeciego nurtu – nie odrzucam nabożeństw i wiary w Boże miłosierdzie, ale nie przyjmuję za pewnik zbawienia niczego poza moją własną wiarą w Chrystusa. A do tego wiem, że wiara musi pociągać za sobą czyny, a więc nie możemy jako Kościół uznać za „wiernych” tych, którzy żyją w ciągłym grzechu.

W związku z powyższym nie odrzucam szkaplerza, medalika, ani pierwszych piątków miesiąca. Jestem zwolennikiem każdej z tych rzeczy – o ile są one poprzedzone prawdziwą wiarą w Jezusa Chrystusa. Nic nie daje nabożeństwo pierwszych piątków, jeśli jest ono wymuszone czymkolwiek, choćby poczuciem kogoś ważnego dla nas, że dzięki temu zapewni nam zbawienie.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ dowiedziałem się zadziwiającej rzeczy. Otóż niektóre szkoły i parafie – a dokładnie działający między nimi katecheci – wymagają podobno od dzieci po pierwszej komunii świętej odbycia dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Czwartoklasiści mają karteczki z polami na pieczątki – a księża po spowiedzi przybijają dzieciom te pieczątki na tych kartkach. Pierwszy piątek zaliczony przez przybicie pieczątki. Do tego katecheci traktują odbycie pierwszych piątków jako wymóg przed przystąpieniem do… rocznicy pierwszej komunii. Wydaje mi się to zupełnie absurdalne z kilku powodów. Po pierwsze: w Kościele nie ma obowiązku odprawiania jakiegokolwiek nabożeństwa, poza coniedzielną mszą świętą. Żadne dziecko, w żadnym wieku, przygotowujące się do któregokolwiek sakramentu, nie powinno być zmuszane do uczestnictwa w żadnym „ponadprogramowym” nabożeństwie: w roratach, drodze krzyżowej czy pierwszym piątku. To wiarę kandydata do sakramentu się sprawdza, a liczba pieczątek nie jest w najmniejszym stopniu wyznacznikiem gorliwości wiary. Po drugie: rocznica pierwszej komunii jest jakąś wymyśloną tradycją, która owszem, jest pewnie sentymentalna, ale nie ma żadnego liturgicznego czy sakramentalnego znaczenia. Dzieci między pierwszą komunią a jej rocznicą zdążyły już przyjąć Ciało Chrystusa tak wiele razy, że sama „powtórka” nie jest właściwie żadną dodaną wartością. Po trzecie: uczestnictwo w pierwszych piątkach miesiąca musi wynikać z osobistej wiary – w przeciwnym razie będzie tylko nic nieznaczącym odklepywaniem paciorków. Zmuszenie uczniów do autozbawienia przez katechetów mija się z celem, a straszenie ich niedopuszczeniem do rocznicy pierwszej komunii nie może być bardziej absurdalne.

Piszę to nie jako wróg Kościoła, który próbuje podkopać autorytet katechetów. Piszę to jako katecheta (nieczynny aktualnie, ale wciąż katecheta), który troszczy się o duszę i zbawienie dzieci i młodzieży. Ale zbawienie poprzez prawdziwą wiarę, a nie przez odklepanie praktyk, których sensu nawet nie rozumieją.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/biblia-krzy%C5%BC-wielkanoc-2167783/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Wiara, modlitwa i łaska Boża to nie są żadne magiczne sztuczki

Mój poprzedni artykuł wywołał pewne poruszenie, ponieważ skrytykowałem w nim modlitwę pacierzową, jako odmawianie serii pozbawionych znaczenia regułek i przeciwieństwo modlitwy. Warto w związku z powyższym wytłumaczyć, że nie krytykuję pacierza jako takiego – samego w sobie. Moja krytyka dotyka tylko bezmyślnego odklepywania wyuczonych wierszyków, bo ktoś pomógł nam tak bardzo uwierzyć w konieczność tego procederu, że – nawet pozbawieni wiary – nie moglibyśmy zasnąć bez odmówienia pacierza.

Sama „modlitwa pacierzowa” ma swoje mocne zakorzenienie w Piśmie Świętym i w nauczaniu Chrystusa. „Ojcze nasz” to modlitwa, której swoich uczniów nauczył sam Jezus. Jej wartość jest nieoceniona. „Zdrowaś Mario” to w połowie słowa, którymi archanioł Gabriel powitał Marię z Nazaretu, gdy przybył, aby poinformować ją o tym, że będzie matką Boga. Każda z tych modlitw, podobnie jak „Aniele Boży”, czy „Wierzę w Boga” posiada nieocenioną wartość i – dobrze zrozumiana – przybliża prawdy wiary i wyjaśnia nasze umiejscowienie w świecie. Dlatego nigdy i nikogo nie chcę odwodzić od uczenia dzieci modlitw pacierzowych, od tłumaczenia im ich, wyjaśniania zawartych w nich słów. Argument, że dzieci przygotowujące się do pierwszej komunii, które są w domu nauczone modlitw, mają łatwiej z zaliczaniem ich – jest jak najbardziej zasadny. Kiedyś sam byłem w pewnym sensie przeciwnikiem obowiązku zaliczania wszystkich modlitw przed komunią – stawiałem na osobistą, prawdziwą wiarę danego dziecka bardziej, niż na wyuczenie się regułek. Dziś wiem, że te regułki – tylko kiedy są dobrze wyjaśnione – stanowią podstawy wiary tychże dzieci. Ale – znowu – tylko wtedy, kiedy zaliczanie ich nie opiera się na starym mechanizmie 3xZ (zakuć, zdać, zapomnieć), lecz wprowadza dzieci w prawdy wiary o Chrystusie.

Pacierz jest formą modlitwy, nie gorszą od modlitwy spontanicznej. Choć nie wyobrażam sobie – jako członek Domowego Kościoła – powiedzieć na dzieleniu się zobowiązaniami, że wprawdzie nie robiłem namiotu spotkania (osobista rozmowa z Bogiem na wzór Mojżesza), ale za to odmawiałem codzienne różaniec albo koronkę do miłosierdzia, a w czasie namiotu spotkania odmawiałem pacierz. Różaniec jest dla mnie cenną modlitwą, ale zdaję sobie sprawę, jak trudno jest odmówić go w skupieniu. Kilka razy odprawiałem nowennę pompejańską – ale traktowanie jej jako magicznej formuły, która sprawi, że na 100% spełni się intencja w której się modliłem, jest mieszaniem wiary z czarodziejskim podejściem do niej.

Wiele osób, które argumentują za odmawianiem pacierza, za nowenną pompejańską, za wczesną komunią świętą, wydaje się mieć niesamowicie magiczne podejście do łaski Bożej. Odmawianie pacierza traktuje jako element zaczepienia z Panem Bogiem, nawet gdy wszystkie inne elementy wiary już zniknęły. Tymczasem dla wielu jest to element przyzwyczajenia, który – być może – wywoła w pewnym momencie refleksję nad własną wiarą, ale jako seria odklepywanych po wielokroć modlitw nie sprawi, że będziemy bliżej Boga. Podobnie ma się sprawa z pierwszą komunią, zwłaszcza na wczesnym etapie życia. Nie jestem przeciwnikiem wczesnej komunii. Jest ona dla mnie wspaniałą możliwością, jeśli dziecko przeżywa ogromną tęsknotę za Bogiem, popartą prawdziwą wiarą. Czy taka wiara może dotyczyć dziecka pięcioletniego? Sądzę, że może. Ale niech to będzie właśnie wiara, a nie podejście rodziców do Ciała Chrystusa jako do magicznego amuletu, który ochroni ich dziecko przed wszelkimi nieszczęściami, a już na pewno przed grzechem ciężkim. Nie, tak nie będzie. Również dziecko, które przyjęło komunię na wczesnym etapie, będzie grzeszyć. Ważne, by jego osobista świadomość pozwalała mu na szybki powrót do Boga.

Znajoma przypomniała mi ostatnio znakomity cytat z filmu „Evan Wszechmogący”. Są to słowa postaci Boga z tegoż filmu: „Jeśli ktoś modli się o cierpliwość, czy Bóg mu ją daje, czy raczej daje szansę na bycie cierpliwym? Jeśli ktoś modli się o odwagę, Bóg daje mu odwagę, czy szansę na to, by był odważny? A jeśli ktoś modli się o to, by rodzina się ze sobą zbliżyła, czy Bóg daje ciepłe uczucia, czy szansę by się pokochali?”. Cytat ten znakomicie oddaje to, co próbuję przekazać w niniejszym artykule. Że łaska Boża to nie jest magiczna moc, która w cudowny sposób uzdalnia nas do wielkich czynów. Jest to raczej stawianie nam na drodze wielu sposobności, byśmy mogli tych czynów dokonywać. Bóg daje nam talenty – owszem. Ale to od nas zależy jak i do czego te talenty wykorzystamy. Owszem, jeśli nasza wiara byłaby choćby wielkości ziarna gorczycy, moglibyśmy góry przenosić. Ale to nie oznacza, że otoczymy cudowną opieką nasze dzieci przez to, że poniekąd zmusimy je do wcześniejszej komunii, wyślemy na serię pierwszych piątków miesiąca i wyuczymy je serii modlitw pacierzowych, których im nie wyjaśnimy.

Wiara to podstawa naszego zbawienia. Co do tego mamy pewność. Nasza wiara nie daje w magiczny sposób pewności zbawienia naszym dzieciom. Ich zbawienie zależy od ich osobistej wiary. Dlatego „Ojcze nasz” odmawiane z wiarą i komunia święta przyjmowana z wiarą obdarzają łaskami, których nie jesteśmy w stanie ocenić. Bez wiary jednak to wszystko jest perłami rzucanymi przed wieprze. I żadna magia tego nie zmieni.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

W naszej rodzinie nie odmawiamy pacierza

W parafii, w której mieszkamy, nowy ksiądz wikary przygotowuje dzieci do pierwszej komunii świętej. Przy każdej okazji nakazuje, by wszystkie dzieci składały ręce (czego nie krytykuję, choć właściwie zaleca się utrzymywanie tego gestu głównie wśród ministrantów) i aby każdego dnia, rano i wieczorem, odmawiały pacierz. Osobiście nie jestem zwolennikiem tego przekonywania – zdecydowanie bardziej podoba mi się postawa księdza, który prowadzi msze mające przygotować do pierwszej komunii naszego syna, w innej parafii. On mówi, że wiara jest obecna w rodzinach, które modlą się razem.

Idea pacierza towarzyszyła mi przez ponad pół życia. Klęknąć rano i wieczorem, zrobić znak krzyża, odmówić „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś Mario” i „Aniele Boży” – traktowałem to przez lata jak chrześcijański obowiązek. Wspominam rozmowy z moimi studiującymi znajomymi, którzy wyszli z domu i powoli oddalali się od kościoła. To znaczy – przestali np. chodzić na msze co niedzielę. Ale, mimo wszystko, twierdzili, że jeśli nie przeżegnają się wieczorem i nie odmówią szeregu modlitw, nie mogą zasnąć, bo dręczą ich wyrzuty sumienia. Oznacza to, że dla wielu osób „pacierz” stał się jakimś zautomatyzowanym zwyczajem, a nie prawdziwą modlitwą. U nas w domu natomiast nie odmawiamy pacierza. Nauczyliśmy się za to modlić.

Poranna modlitwa zazwyczaj odbywa się w samochodzie – wraz z najstarszym synem prosimy Boga o dobry dzień. Wieczorem natomiast modlimy się rodzinnie. Każdy z członków rodziny dostaje chwilę na modlitwę spontaniczną – dziękuje Bogu za to, co go spotkało, prosi o łaski, czasami przeprasza. Następnie modlimy się jedną wybraną modlitwą – nie odmawiamy całego pacierza. Od Wielkiego Postu czytamy też z dziećmi jeden rozdział Nowego Testamentu. Stało się to za namową poprzedniego księdza wikarego, który zaproponował, by właśnie w Wielkim Poście czytać z dziećmi jeden rozdział Ewangelii. Pociągnęliśmy to dalej, trwamy w tym do dzisiaj. To jest nasza modlitwa rodzinna. Nie ma obowiązku, by odbywała się dwa razy dziennie – rano i wieczorem. Wystarczy jeden raz, ale prawdziwie, szczerze, bez odklepywania regułek.

To oczywiście nie zastępuje „pacierza”, ponieważ – jak można zrozumieć – ksiądz przekonuje dzieci, by codziennie odmawiały pacierz jakby z pominięciem rodziców. To ma sens, jeśli założymy, że dzieci przygotowują się do pierwszej komunii świętej, bo tak się robi, a rodzice wielokrotnie nie angażują się w duchową stronę tego przedsięwzięcia. Ale to oznacza też, że modlitwa rodzinna nie zastąpi modlitwy osobistej. Zarówno my – rodzice – jak i nasze dzieci, powinniśmy uczyć się modlić jak Mojżesz, twarzą w twarz z Panem Bogiem. I w pewnym momencie pojawi się sytuacja, w której nasze dzieci – obok modlitwy z rodzicami – będą musiały zacząć wdrażać osobiste spotkania z Bogiem. Nie powinniśmy jednak dopuścić do tego, by zrozumiały to jako odklepywany dwa razy dziennie pacierz.

Co ważne, znajomość i wykorzystanie w codzienności podstawowych chrześcijańskich modlitw nie jest złe – przecież „Ojcze Nasz” to modlitwa podyktowana nam przez samego Jezusa, zatem najdoskonalsza ze wszystkich nam znanych modlitw. Branie jej pod uwagę w codziennej modlitwie jest ważne. Byle nie okazało się w pewnym momencie, że słowa „Modlitwy Pańskiej” stały się dla naszych dzieci wyuczoną formułką bez znaczenia.

Moja rada jest więc taka, by nie uczyć i nie namawiać dzieci do odmawiania pacierza. Modlitwy związane z pacierzem są ważne, potrzebne i warte do nauczenia – ale sam pacierz, jako automatyczne odklepywanie formułek, do niczego nie prowadzi. Warto natomiast wdrażać dzieci w modlitwę, szczerze i otwarcie rozmawiając z Bogiem w ich towarzystwie. Tak możemy obudzić w nich – i w sobie – prawdziwą wiarę.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/modl%C4%85c-vintage-ma%C5%82o-dziewczyna-2698568/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Nie warto się spieszyć z pierwszą komunią

Przy okazji poprzedniego wpisu na blogu, dotyczącego przygotowania do pierwszej komunii świętej, pojawiły się komentarze sugerujące, że ze względu na lepsze przeżycie tego wydarzenia w życiu dziecka warto podjąć decyzję o tzw. wcześniejszej pierwszej komunii. To znaczy – zdaniem niektórych – powinno się przygotować dzieci do całkowitego spotkania z Panem Jezusem wcześniej, niż kiedy przyjęło się to robić (obecnie w 3 klasie szkoły podstawowej). Ja jednak, jako katolik, teolog, mąż i ojciec trójki dzieci (w tym jednego, które właśnie szykuje się do spotkania z Panem Jezusem w komunii) szczerze odradzam ten tok myślenia. I postaram się wykazać, dlaczego.

Kiedy próbowałem dowiedzieć się czegoś na temat wczesnej komunii, natrafiłem na kilka ciekawych argumentów. Po pierwsze podobno wielu świętych przystępowało do komunii wcześniej, niż ich rówieśnicy. Joanna Beretta Molla czy Łucja z Fatimy przystąpiły do wcześniejszej komunii. Nie można jednak dowodzić, że ten właśnie fakt sprawił, że później zostały one świętymi. Ich świętość wynikała z całości życia, z życia wiarą w ich rodzinach. To – oczywiście – pociągało za sobą również fakt, że rodzice zdecydowali o ich wcześniejszym przystąpieniu do komunii. I nie mam wątpliwości, że podobne podejście kieruje postępowaniem większości współczesnych rodziców decydujących się na wczesną komunię. Żyją oni wiarą, budują tę wiarę w swoich dzieciach i chcą pozwolić im na budowanie silnych więzi z Chrystusem. Traktują przy tym Ciało i Krew Chrystusa jako lekarstwo – zgodnie z zaleceniem nauki Kościoła – które pozwala gładzić grzechy powszednie i napełnia łaską. Warto jednak uniknąć przy tym podejścia, które traktowałoby komunię niczym amulet, mający chronić nasze dzieci przed złem tego świata (oraz tym, które rodzi się w nich samych). Sakramenty, także prawdziwe Ciało i prawdziwa Krew Chrystusa, są źródłem prawdziwej, żywej łaski, ale nie są substancjami, które w „magiczny” sposób przemienią nasze dzieci w ludzi świętych. O ile zatem logiczne jest, że chrzest święty zmywa grzech pierworodny z każdego, nawet najmłodszego człowieka, o tyle przystąpienie do Eucharystii zakłada już używanie rozumu. I na tym przede wszystkim powinni skupić się rodzice, których dzieci mają przygotowywać się do pierwszej komunii.

Papież Pius X, który 7 sierpnia 1910 roku zatwierdził dekret „Quam singulari Christus amore”, czyli dekret o wczesnym dopuszczeniu dzieci do komunii świętej, bardzo gorliwie walczył o zdjęcie z dzieci obowiązku przekroczenia obowiązującego wówczas wieku 12, a w niektórych miejscach nawet 14 lat przed przystąpieniem do komunii świętej. Zdecydował więc, że komunia święta – no właśnie – powinna być „wczesna” i dotyczyć dzieci, które potrafią już używać rozumu nie w stopniu doskonałym, lecz zaledwie w pewnym. W dekrecie wyraźnie zapisano, że powinny znać podstawowe zasady i umieć odróżnić Ciało Pańskie od zwykłego chleba. Zapisano tam wyraźnie, że „Wiekiem rozeznania tak co do spowiedzi jak i co do Komunii jest wiek, w którym dziecko zaczyna rozumować, czyli mniej więcej rok siódmy, niekiedy nieco później, niekiedy nawet wcześniej. Od tego czasu zaczyna obowiązywać dziecko przykazanie dotyczące spowiedzi i Komunii świętej”. I owszem, Joanna Beretta Molla przystąpiła do komunii jako pięciolatka – a potem codziennie uczestniczyła we mszy świętej ze swoją matką. Ale tego typu sytuacje należy zaliczyć do wyjątków. Jeśli ktoś pragnie, by jego dziecko było jak Joanna Beretta Molla, niech zapyta najpierw samego siebie, czy życie jego rodziny naprawdę jest takie, jak życie rodziny tej świętej kobiety.

Problemem jednak nie jest kwestia wieku. Przecież w Polsce już tych siedem lat uważane jest za wiek wczesny, a siedmiolatek, którego rodzice postanowili przygotować do pierwszej komunii, idzie do komunii „wczesnej”. Jest to spowodowane tym, że polski episkopat ustalił granicę używania rozumu na 9 lat – co sprawia, że do komunii tradycyjnie idą dzieci będące teraz w trzeciej klasie (a więc dziesięcio- i dziewięcioletnie). Mimo tego rodzic, który uznaje, że jego dziecko w wieku siedmiu lat jest już gotowe na przyjęcie Chrystusa, powinien mieć swobodę przygotowania go do pierwszej komunii – która, według dokumentów Kościoła, wcale nie jest już „wczesna”. Problem, moim zdaniem, wynika z czegoś innego, niż ze zbyt młodego wieku. Tym problemem jest widoczna wśród zaangażowanych katolickich rodzin moda na „antysystemowość”.

Pisząc o „antysystemowości” nie mam na myśli kwestii politycznych – choć, jak teraz o tym myślę, muszę przyznać, że wśród wielu moich katolickich znajomych dało się zauważyć fascynację Pawłem Kukizem czy Januszem Korwin-Mikkem w okresie wyborczym 2015. Mam na myśli bunt przeciw normom narzucanym w pewnym sensie przez państwo, ale i przez system kościelny w Polsce. Dotyka to głównie trzech aspektów, które najczęściej w mniejszym czy większym stopniu łączą się ze sobą. Chodzi o bunt przeciw medycynie, systemowi edukacji i normom kościelnym właśnie. A – żeby być precyzyjnym – konkretnie o szczepienia, szkolnictwo sensu stricte oraz właśnie „masowe” przystępowanie do pierwszej komunii. I zauważa się pewne tendencje, że rodzice zafascynowani unikaniem szczepienia swoich dzieci również często postanawiają uczyć je w domu, oraz posyłają do wcześniejszej komunii świętej. Nie jest to związane często ani z ogromną wiarą panującą w rodzinie, ani z wielkim zaufaniem Bogu. Często dotyka to raczej sfery własnego „ja”, a dokładniej – „ja wiem lepiej”. Tzn. ja wiem lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka. I tu, oczywiście, nie mogę zabronić nikomu myśleć w ten sposób. Sam z premedytacją zapisałem dzieci do szkoły innej, niż masowa (ale o tradycyjnym profilu edukacyjnym) i przygotowuję je do komunii inaczej, niż poprzez uczenie się wierszyków i równego stania w kościele. Więc wyraźnie sam mam podejście, że wiem lepiej co jest dobre. Ale nie walczę z „systemem”, by zrobić dobrze moim dzieciom. Nie idę za modą nieszczepienia, nieszkonictwa i wczesnej komunii. I sugeruję jednak zastanowienie się nad tym, by podejmować decyzję logicznie i mądrze, z Bożym rozeznaniem, a nie wchodzić w nowy modny system antysystemowości.

Mój syn pójdzie do pierwszej komunii w wieku 9 lat (poszedł do szkoły jako sześciolatek). Wówczas jego siostra będzie miała skończone 6 lat. Przygotowuje się do pierwszej komunii razem z bratem, uczestnicząc we mszy, chodząc z nami do ołtarza kiedy przyjmujemy Ciało Pana Jezusa. I widzimy jej pewne zainteresowanie tą kwestią. Wiemy jednak, że czasami dużo lepszym rozwiązaniem jest nauka cierpliwości. Jest to nauka dla dziecka, ale i dla nas samych. Dla rodziców, którzy wszystko chcieliby jak najszybciej i najlepiej. A przecież nasze dziecko do wszystkiego samo musi dojrzeć. Samo musi dorosnąć i podjąć decyzję, że chce zjednoczyć się z Bogiem. Musi zrozumieć czym naprawdę jest ten biały Chlebek. Nie wystarczy, że ono chce Go zjeść. I owszem, z całą pewnością są siedmio- czy sześciolatkowie, którzy są gotowi, by przystąpić do Ołtarza Pańskiego. Ale dużo większą wartością jest osiągnięcie dojrzałości, by zrobić to z pełną świadomością. Nie wolno nam oczywiście wracać do czasów, kiedy komunii po raz pierwszy udzielano nastolatkom – zapadającym się już w nałogi ciężkich grzechów. Ale pozwólmy naszym dzieciom dorosnąć do wieku, w którym przyjęcie Chrystusa będzie dla nich nie tylko przeżyciem emocjonalnym, ale przede wszystkim duchowym.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/komunia-gospodarz-chrystusa-jezus-2110404/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Jak przygotować dziecko do pierwszej komunii

Zaczyna się – w maju i czerwcu trzecioklasiści masowo przystąpią do sakramentu komunii świętej po raz pierwszy. Już dziś dziewczynki chwalą się tym, jakie sukienki będą miały, a chłopcy z zakłopotaniem kolejny już rok nie rozumieją, czemu mają nosić alby. No i zaczynają się rozważania nad tym, jakie i gdzie będzie przyjęcie. U tej będzie klaun, u tamtej pani prowadząca zabawy dla dzieci. Oczywiście nie obejdzie się też bez rozmyślania nad tym, jakie kto może dostać prezenty (babcie i mamy już obiecały swoje) i co zrobi z pieniędzmi.

Moje najstarsze dziecko w tym roku szkolnym przystąpi po raz pierwszy do komunii świętej. Nie wiem, czy to kwestia wychowania, czy towarzystwa, w jakim się rozwija – temat prezentów i pieniędzy w ogóle nie wypływa. Nie wiemy jeszcze gdzie będzie organizowane przyjęcie – jakieś będzie na pewno, bo uważamy, że życie sakramentalne należy celebrować – w domu, czy w restauracji. Wiemy natomiast, że w sercu naszego dziecka powinniśmy teraz zaszczepić Jezusa Chrystusa. I najlepiej, żeby nie zaczynało się to „od teraz”. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaczęcie od urodzenia.

Ten tekst kieruję do wszystkich, którzy zachodzą w głowę, co zrobić z dzieckiem, które ma przystąpić do Najświętszego Sakramentu. Ale nie tylko do tych, dla których Pan Bóg jest jednym z domowników, albo choćby stałych gości. Choć oni mają z pewnością łatwiej, kiedy chodzi o prawdziwe przygotowanie dziecka do komunii świętej. Dlaczego? Dlatego, że komunia święta wieloma rzeczami nie jest, a jedną jest na pewno. Najpierw powiem o tym, czym nie jest. Nie jest okazją do robienia imprezy. Nie jest przyczyną do rozdawania prezentów, czyli do materializmu. Nie jest dobrą chwilą na rewię mody. Nie jest też konkursem talentów (czytanie czytań, śpiewanie psalmów, mówienie wierszyków). Jednym, czym komunia jest z całą pewnością, jest Jezus Chrystus.

Eucharystia, Najświętszy Sakrament, to jest Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg, który samego siebie zamknął w kawałku chleba i w kielichu wina. Jest to cała istota Jego Bóstwa, którą przekazał nam, byśmy Go spożywali. By stawał się częścią nas – naszego ciała i duszy. I ten rok jest rokiem, w którym nasze dzieci po raz pierwszy będą mogły doznać tego przebóstwienia, które jest następstwem spożywania Ciała Pana. Dlatego sam jestem szczęśliwy, że nasz syn przygotowuje się do pierwszej komunii nie poprzez rozmyślania nad garniturami i prezentami, lecz poprzez czytanie Pisma Świętego i rodzinne rozmowy o Jezusie.

Na spotkaniu organizacyjnym w związku z pierwszą komunią, w którym wraz z synem uczestniczyliśmy, ksiądz zwrócił uwagę na trzy rzeczy, które sprawią, że jego udział w przygotowaniu dzieci do przyjęcia sakramentu nie będzie w ogóle potrzebny. Pierwsza z nich to coniedzielny rodzinny udział we mszy świętej. Czyli wdrażanie dzieci przez rodziców w coś, co jest najbardziej naturalną praktyką tygodnia – w odwiedzanie Pana w Jego domu i przyjmowanie Jego Ciała przez rodziców. Druga to codzienna modlitwa rodzinna. Moment, w którym cała rodzina – rodzice i dzieci – spotykają się, by klęknąć przed Panem i zwrócić się do Niego jak do przyjaciela. By dzieci wiedziały, że Bóg jest prawdziwy – i jest najważniejszy. Trzecia to udział rodziców w życiu sakramentalnym, zwłaszcza w sakramencie pokuty i pojednania. Czyli częste spowiadanie się. Wtedy, kiedy są z dziećmi i dzieci mogą widzieć, że rodzice przepraszają Boga za to, co złego zrobili. Te trzy punkty sprowadzają się do jednego: do rodzinnego życia chrześcijańskiego. I są odpowiedzią na słowa z przysięgi małżeńskiej, w której małżonkowie przysięgają przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym Bóg ich obdarzy. Jeśli Wasze dziecko przystępuje w tym roku szkolnym do pierwszej komunii, a te trzy praktyki nie są w waszym życiu normą, wprowadźcie je od dziś. Albo poczekajcie z pierwszą komunią dziecka, nie spieszcie się. Niech ona nie będzie okazją do rodzinnej imprezy i rozdawnictwa, lecz niech będzie prawdziwym, duchowym przeżyciem.

Co do prezentów, co warto dziecku kupić z okazji komunii, już kiedyś pisałem. Jeśli jesteście zainteresowani, zapraszam TUTAJ. Najlepiej, jeśli prezenty na komunię będą przedłużeniem samego przyjęcia Chrystusa. Niech o Nim przypominają, a nie odwodzą od Niego. My, w dniu chrztu świętego naszego dziecka, postanowiliśmy, że z okazji pierwszej komunii przygotujemy paczkę, w której zmieścimy pamiątki chrztu syna i damy mu je w prezencie. Nie twierdzę, że to będzie wszystko – ale wiem, że będzie to prezent ukazujący ciągłość sakramentów. I tym lepiej podkreślający istotę wszystkich sakramentów, którą jest Chrystus.

Dzieci muszą też zaliczyć serię modlitw i zasad Kościoła. Kiedyś wydawało mi się to bezsensowne. Dziś, kiedy widzę, jak mój syn uczy się przykazań, kiedy wraz z żoną możemy usiąść i wyjaśnić mu, o co w tym wszystkim chodzi, zauważam głęboki sens. Ponieważ zaliczanie tych modlitw jest związane z poznawaniem Kościoła, w którym dziecko żyje. I my, obok księdza katechety, możemy przekazywać dziecku wiedzę o społeczności i instytucji, która w naszym wspólnym życiu odgrywa kluczową rolę. Podchodzenie do kolejnych modlitw będzie pozbawione sensu, jeśli potraktujemy to jako kolejną głupią rzecz do zaliczenia. Ale zyska sens, kiedy zrozumiemy to jako wtajemniczenie w wartości, które nas rozwijają.

Jestem dumny, że w naszej rodzinie jest cotygodniowa, wspólna msza święta, codzienna modlitwa i spowiedź rodziców – w słabszych momentach raz na kilka miesięcy (w lepszych co miesiąc). Jestem zadowolony, że komunia święta w klasie naszego syna odbędzie się podczas jednej z niedzielnych mszy świętych – bez szczególnej oprawy, która zabija sam moment przyjęcia Jezusa. Ale nie wszystkim będzie to dane, dlatego mam nadzieję, że Pan pomoże Wam przygotować swoje dziecko do tego duchowego przeżycia. Zapomnijcie o laptopach, sukienkach i wódce na komunijnym przyjęciu. Pamiętajcie o Chrystusie.

____________________________________

We wpisie przedstawione zdjęcie pochodzące ze strony, za: https://pixabay.com/pl/eucharystia-cia%C5%82o-chrystusa-ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82-1591663/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Najważniejsza przyczyna tego, dlaczego nie osiągasz sukcesu

Dowiedziałem się ostatnio o czymś, co się nazywa Pinterest. Okej, mam już ponad dwadzieścia lat (dobra, tak naprawdę to ponad trzydzieści) i od kilku lat zdaję sobie sprawę, że nie jestem na czasie. Nie wiem, skąd wziął się fenomen youtuberów, nie mam pojęcia kim jest Margaret (i pewnie dowiem się dopiero, jak moja córka będzie wystarczająco duża, żeby zacząć tego słuchać) i nie miałem pojęcia o istnieniu tzw. Pinterestu. Ale teraz już wiem – a żona pokazała mi, na owej stronie ciekawą infografikę, obrazującą 13 przyczyn, dla których nie osiągnąłeś tak dużego sukcesu, jak powinieneś.

Teks napisał Jim F. Kukral i tłumaczy w nim, że każdy człowiek może osiągnąć sukces, jeżeli pokona 13 najczęściej popełnianych błędów.

Numer jeden to lenistwo. Człowiek, który nie daje z siebie wszystkiego, bo mu się nie chce, nigdy nie osiągnie tego, czego pragnie.

Numer dwa to podejście, że „mi się należy”. Niewielu ludzi na świecie urodziło się w rodzinie, w której mają dziedziczne prawo do sukcesu. Jeśli nie masz tego szczęścia – bierz się do roboty.

Numer trzy to strach. Człowiek boi się zrobić czegoś, bo martwi się, czy jego bliscy, rodzina czy przyjaciele, nie będą się śmiać. Że pomyślą sobie coś złego i będzie się wyglądać na głupca. Żeby osiągnąć sukces, trzeba pokonać strach i zacząć działać.

Numer cztery to negatywny wpływ otoczenia. Chodzi o przebywanie w otoczeniu ludzi, którzy wysysają energię i nie chcą, by ktoś osiągnął sukces. Jeśli tak jest, warto zmienić otoczenie.

Numer pięć to więcej myślenia, niż działania. Autor tekstu pyta: „Ile postawisz na to, że jesteś sparaliżowany przez analizowanie?” i zachęca do myślenia tylko tyle, ile to konieczne – by nie zablokować się na rozważaniach przy jednoczesnym odrzuceniu działań. „Robiący dostają to, czego chcą. Pozostali dostają to, co dostają”.

Numer sześć to brak wyznaczonych celów. Jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz zaplanować jak, a nie siedzieć i czekać na magiczne ziszczenie się swoich marzeń. Oczywiście – dodam od siebie – należy przy tym pamiętać o numerze piątym, by nie tylko myśleć, lecz również działać.

Numer siedem to „oni”. Tajemnicza grupa osób blokujących naszą drogę so sukcesu. Nie ma jednak żadnego „oni”. To my sami jesteśmy odpowiedzialni za swój własny sukces. Choć oczywiście łatwo jest winić innych za jego brak.

Numer osiem to brak czynnika X. Czyli – dzięki programowi telewizyjnemu – w Polsce czegoś również znanego jako X factor. Czyli cudownego „czegoś”, co powoduje, że można stać się kimś więcej. Nie ma jednak żadnego czynnika X, a jak mówi autor tekstu, „nawet frajerzy, idioci i nudziarze mogą odnieść sukces. Twoim problemem jest to, że w to nie wierzysz”.

Numer dziewięć to tracenie czasu. Ludzie, którzy nie mogą osiągnąć sukcesu, poświęcają codziennie mnóstwo czasu, żeby nic nie robić. Oraz skupiają się na rzeczach nieproduktywnych. W ten sposób nie osiąga się sukcesu.

Numer dziesięć to uzależnienie od portali społecznościowych. A więc siedzenie godzinami na Facebooku, Instagramie czy Twitterze i przewijanie w dół, w dół, w dół… W tym czasie można zrobić coś produktywnego. Warto zwrócić na to uwagę!

Numer jedenaście to krótkoterminowe myślenie. Snujemy plany na dzień czy tydzień w przód, ale nie na całe lata. W ten sposób nigdy nie osiągniemy sukcesu, a – według autora – „nigdy nie dowodzimy, zawsze podążamy za”.

Numer dwanaście to brak chęci osiągnięcia sukcesu. Oczywiście można marzyć o sukcesie, ale naprawdę nie chcieć go osiągnąć, bo człowiek się boi, co się wtedy może stać. Dlatego woli tęsknić za sukcesem, niż do niego dążyć.

Numer trzynaście to brak wiary w sukces. Wielu ludzi chce coś osiągnąć, ale tak naprawdę nie wierzą w to, że to w ogóle możliwe. „Społeczeństwo nauczyło cię, że tylko niektórzy wyjątkowi ludzie dostają to, czego chcą. Wszyscy pozostali muszą zostać z tyłu. Jeśli naprawdę chcesz w to wierzyć, droga wolna. Reszta z nas będzie z przodu kolejki, ponieważ my wierzymy” – pisze autor.

A skoro mowa o wierze, to jestem przekonany, że na tej liście brakuje jednego punktu, który zwłaszcza nam, osobom wierzącym, jest nieodzowny. A mianowicie numer czternaście (choć ja wstawiłbym go na początku) to brak modlitwy. A więc brak realnej więzi z Bogiem. Tym, który jest wszechmocny i daje nam to, co jest nam potrzebne, oraz to czego pragniemy – jeśli jest to dla nas dobre.

„Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam” – święty Mateusz zapisuje słowa Jezusa w 7 rozdziale swojej ewangelii. A w 21 dodaje kolejne: „Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to nie tylko z figowym drzewem to uczynicie, ale nawet jeśli powiecie tej górze: „Podnieś się i rzuć się w morze!”, stanie się. I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie”. Należy więc pamiętać, że jeśli pragnie się w życiu zrobić „coś więcej”, to warto wziąć sobie do serca 13 powyższych rad. A na początku zawsze postawić Boga.

____________________________________

We wpisie zastosowano infografikę umieszczoną w serwisie Pinterest, autorstwo themetapicture.com, adres: https://pl.pinterest.com/pin/276408495863245349/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz