Duchowość i moralność

Jak przygotować dziecko do pierwszej komunii

Zaczyna się – w maju i czerwcu trzecioklasiści masowo przystąpią do sakramentu komunii świętej po raz pierwszy. Już dziś dziewczynki chwalą się tym, jakie sukienki będą miały, a chłopcy z zakłopotaniem kolejny już rok nie rozumieją, czemu mają nosić alby. No i zaczynają się rozważania nad tym, jakie i gdzie będzie przyjęcie. U tej będzie klaun, u tamtej pani prowadząca zabawy dla dzieci. Oczywiście nie obejdzie się też bez rozmyślania nad tym, jakie kto może dostać prezenty (babcie i mamy już obiecały swoje) i co zrobi z pieniędzmi.

Moje najstarsze dziecko w tym roku szkolnym przystąpi po raz pierwszy do komunii świętej. Nie wiem, czy to kwestia wychowania, czy towarzystwa, w jakim się rozwija – temat prezentów i pieniędzy w ogóle nie wypływa. Nie wiemy jeszcze gdzie będzie organizowane przyjęcie – jakieś będzie na pewno, bo uważamy, że życie sakramentalne należy celebrować – w domu, czy w restauracji. Wiemy natomiast, że w sercu naszego dziecka powinniśmy teraz zaszczepić Jezusa Chrystusa. I najlepiej, żeby nie zaczynało się to „od teraz”. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaczęcie od urodzenia.

Ten tekst kieruję do wszystkich, którzy zachodzą w głowę, co zrobić z dzieckiem, które ma przystąpić do Najświętszego Sakramentu. Ale nie tylko do tych, dla których Pan Bóg jest jednym z domowników, albo choćby stałych gości. Choć oni mają z pewnością łatwiej, kiedy chodzi o prawdziwe przygotowanie dziecka do komunii świętej. Dlaczego? Dlatego, że komunia święta wieloma rzeczami nie jest, a jedną jest na pewno. Najpierw powiem o tym, czym nie jest. Nie jest okazją do robienia imprezy. Nie jest przyczyną do rozdawania prezentów, czyli do materializmu. Nie jest dobrą chwilą na rewię mody. Nie jest też konkursem talentów (czytanie czytań, śpiewanie psalmów, mówienie wierszyków). Jednym, czym komunia jest z całą pewnością, jest Jezus Chrystus.

Eucharystia, Najświętszy Sakrament, to jest Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg, który samego siebie zamknął w kawałku chleba i w kielichu wina. Jest to cała istota Jego Bóstwa, którą przekazał nam, byśmy Go spożywali. By stawał się częścią nas – naszego ciała i duszy. I ten rok jest rokiem, w którym nasze dzieci po raz pierwszy będą mogły doznać tego przebóstwienia, które jest następstwem spożywania Ciała Pana. Dlatego sam jestem szczęśliwy, że nasz syn przygotowuje się do pierwszej komunii nie poprzez rozmyślania nad garniturami i prezentami, lecz poprzez czytanie Pisma Świętego i rodzinne rozmowy o Jezusie.

Na spotkaniu organizacyjnym w związku z pierwszą komunią, w którym wraz z synem uczestniczyliśmy, ksiądz zwrócił uwagę na trzy rzeczy, które sprawią, że jego udział w przygotowaniu dzieci do przyjęcia sakramentu nie będzie w ogóle potrzebny. Pierwsza z nich to coniedzielny rodzinny udział we mszy świętej. Czyli wdrażanie dzieci przez rodziców w coś, co jest najbardziej naturalną praktyką tygodnia – w odwiedzanie Pana w Jego domu i przyjmowanie Jego Ciała przez rodziców. Druga to codzienna modlitwa rodzinna. Moment, w którym cała rodzina – rodzice i dzieci – spotykają się, by klęknąć przed Panem i zwrócić się do Niego jak do przyjaciela. By dzieci wiedziały, że Bóg jest prawdziwy – i jest najważniejszy. Trzecia to udział rodziców w życiu sakramentalnym, zwłaszcza w sakramencie pokuty i pojednania. Czyli częste spowiadanie się. Wtedy, kiedy są z dziećmi i dzieci mogą widzieć, że rodzice przepraszają Boga za to, co złego zrobili. Te trzy punkty sprowadzają się do jednego: do rodzinnego życia chrześcijańskiego. I są odpowiedzią na słowa z przysięgi małżeńskiej, w której małżonkowie przysięgają przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym Bóg ich obdarzy. Jeśli Wasze dziecko przystępuje w tym roku szkolnym do pierwszej komunii, a te trzy praktyki nie są w waszym życiu normą, wprowadźcie je od dziś. Albo poczekajcie z pierwszą komunią dziecka, nie spieszcie się. Niech ona nie będzie okazją do rodzinnej imprezy i rozdawnictwa, lecz niech będzie prawdziwym, duchowym przeżyciem.

Co do prezentów, co warto dziecku kupić z okazji komunii, już kiedyś pisałem. Jeśli jesteście zainteresowani, zapraszam TUTAJ. Najlepiej, jeśli prezenty na komunię będą przedłużeniem samego przyjęcia Chrystusa. Niech o Nim przypominają, a nie odwodzą od Niego. My, w dniu chrztu świętego naszego dziecka, postanowiliśmy, że z okazji pierwszej komunii przygotujemy paczkę, w której zmieścimy pamiątki chrztu syna i damy mu je w prezencie. Nie twierdzę, że to będzie wszystko – ale wiem, że będzie to prezent ukazujący ciągłość sakramentów. I tym lepiej podkreślający istotę wszystkich sakramentów, którą jest Chrystus.

Dzieci muszą też zaliczyć serię modlitw i zasad Kościoła. Kiedyś wydawało mi się to bezsensowne. Dziś, kiedy widzę, jak mój syn uczy się przykazań, kiedy wraz z żoną możemy usiąść i wyjaśnić mu, o co w tym wszystkim chodzi, zauważam głęboki sens. Ponieważ zaliczanie tych modlitw jest związane z poznawaniem Kościoła, w którym dziecko żyje. I my, obok księdza katechety, możemy przekazywać dziecku wiedzę o społeczności i instytucji, która w naszym wspólnym życiu odgrywa kluczową rolę. Podchodzenie do kolejnych modlitw będzie pozbawione sensu, jeśli potraktujemy to jako kolejną głupią rzecz do zaliczenia. Ale zyska sens, kiedy zrozumiemy to jako wtajemniczenie w wartości, które nas rozwijają.

Jestem dumny, że w naszej rodzinie jest cotygodniowa, wspólna msza święta, codzienna modlitwa i spowiedź rodziców – w słabszych momentach raz na kilka miesięcy (w lepszych co miesiąc). Jestem zadowolony, że komunia święta w klasie naszego syna odbędzie się podczas jednej z niedzielnych mszy świętych – bez szczególnej oprawy, która zabija sam moment przyjęcia Jezusa. Ale nie wszystkim będzie to dane, dlatego mam nadzieję, że Pan pomoże Wam przygotować swoje dziecko do tego duchowego przeżycia. Zapomnijcie o laptopach, sukienkach i wódce na komunijnym przyjęciu. Pamiętajcie o Chrystusie.

____________________________________

We wpisie przedstawione zdjęcie pochodzące ze strony, za: https://pixabay.com/pl/eucharystia-cia%C5%82o-chrystusa-ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82-1591663/

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Najważniejsza przyczyna tego, dlaczego nie osiągasz sukcesu

Dowiedziałem się ostatnio o czymś, co się nazywa Pinterest. Okej, mam już ponad dwadzieścia lat (dobra, tak naprawdę to ponad trzydzieści) i od kilku lat zdaję sobie sprawę, że nie jestem na czasie. Nie wiem, skąd wziął się fenomen youtuberów, nie mam pojęcia kim jest Margaret (i pewnie dowiem się dopiero, jak moja córka będzie wystarczająco duża, żeby zacząć tego słuchać) i nie miałem pojęcia o istnieniu tzw. Pinterestu. Ale teraz już wiem – a żona pokazała mi, na owej stronie ciekawą infografikę, obrazującą 13 przyczyn, dla których nie osiągnąłeś tak dużego sukcesu, jak powinieneś.

Teks napisał Jim F. Kukral i tłumaczy w nim, że każdy człowiek może osiągnąć sukces, jeżeli pokona 13 najczęściej popełnianych błędów.

Numer jeden to lenistwo. Człowiek, który nie daje z siebie wszystkiego, bo mu się nie chce, nigdy nie osiągnie tego, czego pragnie.

Numer dwa to podejście, że „mi się należy”. Niewielu ludzi na świecie urodziło się w rodzinie, w której mają dziedziczne prawo do sukcesu. Jeśli nie masz tego szczęścia – bierz się do roboty.

Numer trzy to strach. Człowiek boi się zrobić czegoś, bo martwi się, czy jego bliscy, rodzina czy przyjaciele, nie będą się śmiać. Że pomyślą sobie coś złego i będzie się wyglądać na głupca. Żeby osiągnąć sukces, trzeba pokonać strach i zacząć działać.

Numer cztery to negatywny wpływ otoczenia. Chodzi o przebywanie w otoczeniu ludzi, którzy wysysają energię i nie chcą, by ktoś osiągnął sukces. Jeśli tak jest, warto zmienić otoczenie.

Numer pięć to więcej myślenia, niż działania. Autor tekstu pyta: „Ile postawisz na to, że jesteś sparaliżowany przez analizowanie?” i zachęca do myślenia tylko tyle, ile to konieczne – by nie zablokować się na rozważaniach przy jednoczesnym odrzuceniu działań. „Robiący dostają to, czego chcą. Pozostali dostają to, co dostają”.

Numer sześć to brak wyznaczonych celów. Jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz zaplanować jak, a nie siedzieć i czekać na magiczne ziszczenie się swoich marzeń. Oczywiście – dodam od siebie – należy przy tym pamiętać o numerze piątym, by nie tylko myśleć, lecz również działać.

Numer siedem to „oni”. Tajemnicza grupa osób blokujących naszą drogę so sukcesu. Nie ma jednak żadnego „oni”. To my sami jesteśmy odpowiedzialni za swój własny sukces. Choć oczywiście łatwo jest winić innych za jego brak.

Numer osiem to brak czynnika X. Czyli – dzięki programowi telewizyjnemu – w Polsce czegoś również znanego jako X factor. Czyli cudownego „czegoś”, co powoduje, że można stać się kimś więcej. Nie ma jednak żadnego czynnika X, a jak mówi autor tekstu, „nawet frajerzy, idioci i nudziarze mogą odnieść sukces. Twoim problemem jest to, że w to nie wierzysz”.

Numer dziewięć to tracenie czasu. Ludzie, którzy nie mogą osiągnąć sukcesu, poświęcają codziennie mnóstwo czasu, żeby nic nie robić. Oraz skupiają się na rzeczach nieproduktywnych. W ten sposób nie osiąga się sukcesu.

Numer dziesięć to uzależnienie od portali społecznościowych. A więc siedzenie godzinami na Facebooku, Instagramie czy Twitterze i przewijanie w dół, w dół, w dół… W tym czasie można zrobić coś produktywnego. Warto zwrócić na to uwagę!

Numer jedenaście to krótkoterminowe myślenie. Snujemy plany na dzień czy tydzień w przód, ale nie na całe lata. W ten sposób nigdy nie osiągniemy sukcesu, a – według autora – „nigdy nie dowodzimy, zawsze podążamy za”.

Numer dwanaście to brak chęci osiągnięcia sukcesu. Oczywiście można marzyć o sukcesie, ale naprawdę nie chcieć go osiągnąć, bo człowiek się boi, co się wtedy może stać. Dlatego woli tęsknić za sukcesem, niż do niego dążyć.

Numer trzynaście to brak wiary w sukces. Wielu ludzi chce coś osiągnąć, ale tak naprawdę nie wierzą w to, że to w ogóle możliwe. „Społeczeństwo nauczyło cię, że tylko niektórzy wyjątkowi ludzie dostają to, czego chcą. Wszyscy pozostali muszą zostać z tyłu. Jeśli naprawdę chcesz w to wierzyć, droga wolna. Reszta z nas będzie z przodu kolejki, ponieważ my wierzymy” – pisze autor.

A skoro mowa o wierze, to jestem przekonany, że na tej liście brakuje jednego punktu, który zwłaszcza nam, osobom wierzącym, jest nieodzowny. A mianowicie numer czternaście (choć ja wstawiłbym go na początku) to brak modlitwy. A więc brak realnej więzi z Bogiem. Tym, który jest wszechmocny i daje nam to, co jest nam potrzebne, oraz to czego pragniemy – jeśli jest to dla nas dobre.

„Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam” – święty Mateusz zapisuje słowa Jezusa w 7 rozdziale swojej ewangelii. A w 21 dodaje kolejne: „Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to nie tylko z figowym drzewem to uczynicie, ale nawet jeśli powiecie tej górze: „Podnieś się i rzuć się w morze!”, stanie się. I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie”. Należy więc pamiętać, że jeśli pragnie się w życiu zrobić „coś więcej”, to warto wziąć sobie do serca 13 powyższych rad. A na początku zawsze postawić Boga.

____________________________________

We wpisie zastosowano infografikę umieszczoną w serwisie Pinterest, autorstwo themetapicture.com, adres: https://pl.pinterest.com/pin/276408495863245349/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Rajski ptak na Marszałkowskiej

Powrót z rekolekcji zawsze nastraja do tworzenia wpisów. Adam – prowadzący ten turnus – podkreślił, żeby zapisywać sobie swoje przemyślenia. Ja wprawdzie nie zapisywałem nic na bieżąco, ale na koniec postanowiłem podzielić się kilkoma myślami z czytelnikami. Pierwsza myśl – zawarta w tytule – to słowa Adama, które postanowiłem sobie zapamiętać. Nie pamiętam nawet kontekstu, w którym zostały wypowiedziane, ale wiem, co miały oznaczać. Coś niezwykle rzadkiego, niespotykanego, wręcz niemożliwego. Ulotnego. Można tak powiedzieć o wielu rzeczach, wspomnieniach, przeżyciach. Warto jednak postarać się, by Duch Święty był takim rajskim ptakiem na Marszałkowskiej, który nie ucieka, lecz trwa.

Wróciliśmy z Oazy Rodzin III stopnia w Nałęczowie. Oznacza to, że podstawową formację Domowego Kościoła mamy właściwie za sobą. Co nie oznacza, że jestem nagle super uformowany i święty za życia. Im dłużej jestem w Domowym Kościele, tym więcej widzę braków w sobie. Oczywiście nie wynika to z tego, że jestem coraz bardziej oświecony i więcej zauważam. Wynika raczej z faktu, że tych braków naprawdę jest coraz więcej. Coraz rzadziej pamiętam w codzienności o tym, kim dla mnie jest Jezus Chrystus i jak wiele dla mnie zrobił. Że umarł, zabierając do grobu moje grzechy, a potem zmartwychwstał, by pokazać że pokonał dla mnie śmierć. I nie, nie są to tylko puste frazesy – a przecież tak często stają się frazesami. Żeby naprawdę to uchwycić, trzeba złapać rajskiego ptaka na Marszałkowskiej…

Spójrzmy na priorytety osoby wierzącej. Bóg na pierwszym miejscu. Jak łatwo to powiedzieć i jak łatwo staje się to pustym hasłem. Często księża przypominają o miejscach w naszych życiach, do których nie wpuszczamy Boga. Tak, Panie Boże, jesteś dla mnie najważniejszy. Ale tu nie wchodź, tu się nie wtrącaj. Tu sobie poradzę. Ja zwróciłem uwagę, że mam nieco inaczej. Owszem, Panie Boże, zapraszam Cię. Możesz wejść, ale siądź sobie cicho z boku i nie przeszkadzaj. Nie mam dziedzin życia, w których nie chcę widzieć Boga. Ale mam takie, w których wolałbym działać sam. A skoro Bóg jest na pierwszym miejscu, to On to wszystko ogarnia. Nie siądzie sobie z boku, bo On jest we wszystkim, a wszystko jest w Nim. I owszem, dał człowiekowi wolną wolę, więc zgadza się na swoją cichą obecność dopóki Go nie zaprosimy. Ale skoro przenika wszystko, to nie da się go zostawić za drzwiami.

„Przychodzisz Panie mimo drzwi zamkniętych. Jezu zmartwychwstały ze śladami męki”. Nie zwróciłbym uwagi na tę piosenkę, gdyby nie jedna ze współuczestniczek rekolekcji. Ona otworzyła mi oczy na jedno z możliwych działań Boga w moim życiu. Już nie tylko „Oto stoję u drzwi i kołaczę”. Już nie tylko stara opowieść o klamce tylko od środka, gdzie Jezus czeka na zewnątrz aż Mu otworzymy. Nie, Jezus wchodzi do naszego życia choć drzwi wieczernika są zamknięte. I zmienia nas, bo przenika wszystko. Warto Mu uwierzyć i oddać się w opiekę.

Na pierwszym miejscu musi być Bóg, na drugim żona – dopiero później dzieci. Co to oznacza? Od dłuższego czasu miałem takie głupie przeświadczenie, że jeśli żonie jestem w stanie poświęcić dwie godziny w ciągu dnia, to Bogu powinienem poświęcić co najmniej trzy. Ale tych trzech godzin nigdy nie miałem. I dopiero teraz, w czasie tych rekolekcji, przypomniałem sobie bardzo dawne czasy, kiedy byłem klerykiem w seminarium (zainteresowanych odsyłam do pierwszych wpisów na blogu). Kiedy dla Boga miałem naprawdę wiele godzin dziennie, ale to sprawiło, że czułem Go zawsze tuż obok. Śmiałem się, bo szedłem korytarzem, a Jezus kroczył obok mnie, a tam przecież była ściana i przepaść na pierwszym piętrze. I teraz zdałem sobie sprawę, że na rozmowę z Bogiem twarzą w twarz przyda się 15 minut, nawet pół godziny. I to wystarczy, pod warunkiem, że zdam sobie sprawę z tego, że On jest zawsze przy mnie. I że nie poświęcam Mu trzech godzin, lecz cały dzień, cały swój czas, całego siebie.

Owszem, nie jest łatwo przełożyć te przemyślenia na czyny. Czuć Pana cały czas obok i śmiać się do Niego ku zdziwieniu gapiów na ulicy. Dlatego kolejny fragment Pisma Świętego rozpościeram przed sobą jako moje życiowe motto. I staram sobie go przypominać w chwilach zwątpienia.

„Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy,
nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy”

(Księga Psalmów 16,8).

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające rajskiego ptaka, za: https://pixabay.com/pl/bird-of-paradise-safari-oddzia%C5%82%C3%B3w-2433714/

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Pierwsza komunia: komercja, duchowość czy prawdziwy show?

Właśnie teraz trzecioklasiści intensywnie przygotowują się do przystąpienia do pierwszej komunii świętej. Odczuwam to jako lektor języka angielskiego, kiedy okazuje się, że grupa trzecioklasistów nie będzie mogła przychodzić w maju na zajęcia, ponieważ akurat we wtorki i czwartki mają próby do komunii… W szkole to czas intensywnego zakuwania i zaliczania modlitw. Po szkole – czas przymierzania alb, ćwiczenia wierszyków i czytań mszalnych, a przede wszystkim ustawiania się równo, w szeregach, próbowania się we wchodzeniu i wychodzeniu z kościoła. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz.

W sercach wielu dzieci to czas oczekiwania. Niecierpliwego, nerwowego oczekiwania na to, co ma nastąpić. Pierwszy smartfon, pierwszy tablet, a może nawet pierwszy laptop? Zegarek, rower. Własne pieniądze (czasem nawet całe tysiące), za które będzie można pojechać do Disneylandu albo chociaż kupić najnowszą konsolę do gier. Impreza niemal weselna. Niektórzy będą mieli to szczęście i przejadą się w towarzystwie kolegów czy koleżanek prawdziwą limuzyną!

Tak oto dzieci, zatapiając się w marzeniach o elektronice i pieniądzach, jakoś próbują się przemęczyć przez te wszystkie ciągnące się próby prostego wchodzenia, prostego stania i prostego siadania. Warto się przemęczyć, jeśli na koniec dostanie się tak wielką nagrodę! Dla wielu z nich liczą się prezenty – przecież niektórzy w normalnych warunkach nawet nie chodzą do kościoła. Dla rodziców, a chyba jeszcze częściej dla księży i katechetów, liczy się teatr. Wszystko ma być podniosłe, uroczyste i dopracowane w najmniejszym szczególe. Dziecko, które czyta najlepiej, musi idealnie przeczytać czytanie z lekcjonarza. Dziewczynki muszą pięknie zaśpiewać psalm. Każdy musi powiedzieć jakiś wierszyk, choć nie przypominam sobie, by gdziekolwiek w liturgii było miejsce na wierszyki. A na koniec, przy ogłoszeniach, dzieci muszą jeszcze bardzo spontanicznie podziękować wszystkim księżom i katechetom, którzy przyczynili się do zaistnienia tego wspaniałego święta.

Tak łatwo przy tym wszystkim gubi się istotę dnia pierwszej komunii świętej. Fakt, że jest to pierwszy dzień, w którym trzecioklasiści będą mogli po raz pierwszy w pełni uczestniczyć we mszy świętej. W pełni, to znaczy: wraz z przyjęciem Ciała Chrystusa. I od tej pory już zawsze będą mogli Ciało Chrystusa przyjmować. To jest dzień, w którym młodzi ludzie mogą po raz pierwszy doskonale odczuć, co znaczyły słowa Jezusa: „Oto ja jestem z wami, aż do skończenia świata”. Bo właśnie wtedy mogą oni skupić się na tej Chrystusowej obecności. To niestety musi zginąć w fali składającej się z dwóch pozostałych elementów: komercji i teatru.

Jedna z sieci sklepów sprzedających sprzęt RTV i AGD kilka lat temu reklamowała się plakatami z hasłem „KOMUnijne prezenty?”. Doskonale wiedziała, w czyje gusta może w ten sposób trafić. Z kolei rok temu antenę radiową podbijała inna reklama, w której dzieci śmiały się z rodziców, bo ci kłócili się o to, kto pierwszy wpadł na pomysł, by prezenty na komunię kupić w tym konkretnym sklepie. Głowy dzieci ma zaprzątnąć żądza prezentów – a rodzice, krewni i znajomi królika też mają pamiętać, gdzie trzeba się w związku z tą uroczystością wyposażyć. Ten pęd materialny dałoby się przyhamować, gdyby nie to, że osoby odpowiedzialne za duchowe przygotowanie dzieci do komunii wymagają częściej znajomości pięciu kościelnych przykazań, niż posiadania żywej wiary. Potrzebują, by dzieci wiedziały, jak mają stanąć i jak powiedzieć wierszyk, a nie by rozumiały istotę mającego nastąpić wydarzenia.

A wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej! Owszem, pierwsza komunia święta jest podniosłą uroczystością. Niczym złym nie jest ani przyjęcie pokomunijne, ani nawet odpowiednio dobrane do tej okazji prezenty (nie laptopy jednak, nie konsole i nie telefony). Ale dziecko powinno wiedzieć i rozumieć, że ta uroczystość ma miejsce dlatego, że ono po raz pierwszy przytuli się całym sobą do Jezusa Chrystusa. I dlatego wcale nie powinno być tak istotne, w co dzieci będą ubrane i kto za kim będzie stał. Próby do pierwszej komunii nie muszą przecież wcale odbywać się przez okrągły miesiąc. Dałoby się wręcz zrobić tak, że do liturgii służyliby rodzice dzieci pierwszokomunijnych (którzy lepiej rozumieją to, co czytają z lekcjonarza), a poszczególne osoby przystępowałyby po raz pierwszy do stołu Pańskiego wraz ze swoją rodziną – tak, jak będzie to wyglądało w codzienności – a nie w klasowym ustawieniu „pod linijkę”.

Nie należy także zapominać, że mogą istnieć – i z pewnością istnieją – dzieci, które w trzeciej klasie nie są jeszcze duchowo gotowe, by przyjąć Pana Jezusa. Nie należy się w takich przypadkach wahać przed odroczeniem tychże dzieci na kolejny termin. Komunia święta nie jest obowiązkowa, nie jest bezwzględnie potrzebna do zbawienia. A już na pewno nie musi być przyjmowana w trzeciej klasie, w idealnym dwuszeregu i po kilku tygodniach ćwiczeń.

____________________________________

Artykuł ukazał się na portalu wRodzinie.pl
W artykule wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony http://www.finanse.egospodarka.pl/80554,Pierwsza-Komunia-skromna-oferta-bankow,1,48,1.html

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Demoniczne Pokemony

229houndoomWe wrześniu uczestniczyłem w konferencji „W trosce o dobro dziecka, małżeństwa i rodziny” w szkole Animus w Kobyłce. Udało mi się wówczas odsłuchać wykładu pani mgr Małgorzaty Więczkowskiej na temat zagrożeń duchowych w mediach. Pani prelegentka dotknęła kilku wrażliwych tematów, jak na przykład kłopotów z odbiorem trzeciej części filmu o Minionkach, czy problemu związanego z demoniczną bajką Monster High (choć jej powiązania z Hello Kitty nie do końca rozumiem). Dużo czasu poświęciła jednak również tematyce Pokemonów, wskazując na płynące z tego filmu zagrożenia, ale szukając ich w zupełnie dziwnych miejscach. Stwierdziła, że cały problem z zagrożeniami duchowymi zaczął się dwadzieścia lat temu poprzez pojawienie się Pokemonów, i zamyka się klamrą przez Pokemon GO. Przy okazji zaznaczyła jednak jedynie, że franczyza po 20 latach ma się jak najlepiej, biznes się kręci, a ze 150 stworków na początku doszliśmy do ponad 700. By zademonstrować jak bardzo zgubne jest zjawisko Pokemon, pani Więczkowska wyciągnęła kilka tazosów wydobytych dawno temu z paczek chipsów i przedstawiła, jak ewoluowały one, by ujarzmić umysł dziecka. Otóż najpierw były zwyczajne, potem zmieniały wygląd podczas patrzenia pod innym kątem (tzw. Duo Tazo), a w końcu klikały jak kapselki wydając dźwięk (Metal Tazo)! Tak, rzeczywiście – jest to jakaś metoda na zwrócenie uwagi i rozpropagowanie marki. Ale co jest demonicznego w kawałku klikającego kapselka?

Postanowiłem zatem odnieść się do tematu, ponieważ zdaję sobie sprawę, że o Pokemonach da się powiedzieć sporo złych rzeczy, czego z jakichś powodów pani prelegentka postanowiła nie zrobić – skupiając się na czepianiu się strony marketingowej.

  1. Idea walki.
    To, co może się wydawać niepokojące już na pierwszy rzut oka jest to, że trenerzy Pokemon hodują i wychowują stworki głównie po to, by toczyły one między sobą walki. Owszem, przyjaźnią się z nimi, opiekują się nimi i przemierzają świat w ich towarzystwie, ale najczęściej jednak wystawiają je do walki z innymi trenerami. Można usprawiedliwić to tym, że serial animowany powstał na podstawie gry video, a w tych czymś oczywistym jest potrzeba rywalizacji. Czy jednak uczenie dzieci od najmłodszego bycia agresywnym i wykorzystywania swoich „zwierząt” do pojedynków jest konieczne? Dziś można powiedzieć, że bez tego się nie obejdziemy. Pokemon nie jest najbardziej agresywną bajką dla dzieci – w tym temacie zdecydowanie wyprzedza go Ben 10, a nawet filmy z – do niedawna wolnymi od przemocy – klockami Lego. Zatem niewątpliwie warto zaznaczyć, że nacisk na walkę mógłby prowadzić do duchowych zakłóceń.
  2. Niektóre typy stworków.
    Pokemony dzielą się na 18 typów (z czego niektóre kieszonkowe potworki mają po dwa typy). Część z tych typów posiada moce żywiołów (zarówno tych zachodnich: ogień, ziemia, woda, jak i wschodnich: roślina, metal), inne dotykają magii i manipulacji psychiką. Typ „wróżka” na przykład opiera się na działaniach magicznych. Większość Pokemonów-wróżek jest różowa, wygląda dość dziewczęco i posiada zdolność do czarowania. Typ psychiczny natomiast zadaje ciosy hipnotyczne, wprowadza w trans przeciwnika. Najbardziej podejrzanym typem jest jednak tym „ciemność”, w japońskim oryginale nazywający się raczej „zło”. Większość stworków tego typu posiada ciemne zabarwienie i charakteryzuje się, może nie czystym złem, lecz pewną dozą złośliwości i wyrachowania. Należy przy tym wspomnieć na przykład o Pokemonie Houndoom, wyglądem przypominającego coś w rodzaju piekielnego ogara.
  3. Wpływ filmów na psychikę dzieci.
    Nie chciałbym w tym miejscu wspominać o kłopotach z grą Pokemon GO – to, że ludzie giną wpadając pod samochód, bo próbowali złapać Pokemona, to najczęściej wynik ich własnej głupoty. Podobno były też historie osób, które pod wpływem obejrzanego serialu skakały z okien – ale takie opowieści słyszy się również przy okazji mówienia o Króliku Buggsie (bo on wyskoczył i się nie zabił) czy Batmanie. Bywają jednak niepokojące sytuacje, jak ta, która wystąpiła w Japonii po puszczeniu odcinka z Porygonem. Wówczas szybko powtarzająca się sekwencja kolorów czerwonego i niebieskiego doprowadziła do ataku epilepsji u kilkuset widzów jednocześnie. Nie doprowadziło to wprawdzie do głębszych zmian w psychice ofiar, a twórcy serialu nie puścili tego odcinka w dalszy obieg (choć można go obejrzeć w internecie), ale tego typu sytuacje związane z bajką dla dzieci mogą budzić podejrzenia.

Piszę to wszystko jako fan i do pewnego stopnia znawca Pokemonów. Jako dziecko oglądałem serial, zbierałem tazosy, a teraz na bieżąco śledzę pojawiające się nowości (dziś, po wyjściu gier VII generacji, są już oficjalnie 802 Pokemony) i obserwuję na YouTubie kanał człowieka, który postanowił narysować wszystkie Pokemony (i wszystkie ich formy). Piszę to i nie przestrzegam przed niebezpieczeństwem tylko dlatego, że nie uważam, by warto było szukać diabła wszędzie, gdzie się tylko da. Owszem, stworki walczą między sobą, również z pomocą ciosów magicznych, psychicznych i mrocznych, ale wszystko to sprowadza się do jakiegoś typu konwencji zamkniętej w osobnym świecie, i nie musi wpływać bezpośrednio na nas.

Piszę to jednak także by pokazać, że jeśli ktoś włoży trochę pracy, bez problemu będzie w stanie przestrzec innych przed zagrożeniami duchowymi płynącymi z serialu Pokemon. Sprawa wcale nie jest trudna, a argumenty leżą niemal na wierzchu. Dlatego – jeśli chce się udowodnić komuś problem płynący z filmu dla dzieci – warto poszukać czegoś więcej, niż tylko pykających metalicznie kapselków z podobizną 700 postaci.

____________________________________

We wpisie zastosowano oficjalny wizerunek Pokemona Houndoom. Źródło: http://bulbapedia.bulbagarden.net/wiki/.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Pokaż mi swoje piersi, a powiem ci „o rety!”

karmienie-0To nie jest pierwsza i zapewne nie ostatnia afera związana z odwiecznym problemem noworodków i niemowląt: byciem głodnym w miejscu publicznym. Niektóre z dzieci, które nie ukończyły jeszcze roku, a czasem nawet i starsze, mają dziwną tendencję do płakania kiedy zgłodnieją, zamiast poczekać aż wrócą do domu. Część z tych dzieci ciamka butlę, innym mama daje do jedzenia bardziej naturalny pokarm – produkowane specjalnie na tę okazję mleko. Takie mleko tworzy się w kobiecych piersiach, a połączenie wszystkich aspektów zawartych w wywodzie powyżej sprawia, że kobieta taka, by nakarmić dziecko w miejscu publicznym, jest zmuszona się obnażyć.

Jak każda afera, tak i ta działa na zasadzie starcia dwóch armii. Przedstawiciele jednej z nich to ci, którym nie podobają się sytuacje, w których kobieta, aby nakarmić dziecko płaczące w restauracji, w autobusie czy w kościele, wydobywa pierś z biustonosza i poi malucha przy wszystkich. Przedstawiciele (a właściwie przedstawicielki, głównie przedstawicielki) drugiej armii to kobiety – i niekiedy ich wspierający partnerzy – które twierdzą, że karmienie piersią jest naturalną sprawą, wynikającą z potrzeby zaspokojenia głodu niemowlęcia. Przy czym pamiętać należy, że małe dzieci, będąc głodne, czują strach i ból przypominające umieranie – to mój dopisek. Zatem głód dziecka należy zaspokoić niezwłocznie (to nie ulega większej wątpliwości), a przy tym wypiąć się na tych, którym to przeszkadza.

Bardzo brakuje mi trzeciej armii, tej środkowej, choć mogę się założyć, że jeśli stoi ona rzeczywiście po środku, to dostaje bęcki z obu stron.

Nie mogę znieść głosu mężczyzn, ale także niektórych kobiet, którzy twierdzą, że karmienie piersią jest podobną czynnością fizjologiczną jak oddawanie moczu, a przyjęło się nie robić tego publicznie. Po pierwsze – karmienie głodnego niemowlęcia nie jest równoznaczne z opróżnianiem pęcherza, a po drugie – kiedy nie ma naprawdę nigdzie publicznej toalety, to również w kwestii sikania w nosie mam co się przyjęło (i – nie oszukujmy się – kobiety nie mogą być w tych kwestiach gorzej uprawnione). Nie cierpię, kiedy ktoś mówi o „wkładaniu cycków do jego talerza” w restauracji albo o publicznym obnażaniu się.

Nie mogę jednocześnie znieść kobiet, które w czasie spotkania towarzyskiego lub religijnego, siedząc ze znajomymi przy stole, wyciągają pierś, przystawiają do niej dziecko, które raz po raz się odrywa (odsłaniając brodawkę), a one prowadzą konwersację tak, jakby wszystko było okej. Albo tych, które – aby coś udowodnić lub komuś coś pokazać – wrzucają do internetu swoje zdjęcia z odsłoniętymi piersiami w czasie karmienia, promując akcję „cyce na tablice” czy nową: „piersi w górę”.

Szanowni Panowie i Panie zgorszeni i zgorszone, chroniący swoje talerze i poczucie estetyki! Karmienie piersią od zawsze jest naturalną czynnością zapewniającą dziecku wymagane przez nie pożywienie. Dziecko przez pierwsze sześć miesięcy nie potrzebuje nawet pić dodatkowej wody, bo mleko matki zaspokaja jego zapotrzebowanie na płyny! Tak to już niestety jest, że kiedy niemowlę chce jeść, to powinno to jedzenie dostać w trybie jak najszybszym. Dlatego święte oburzenie na widok karmiącej publicznie kobiety jest kompletnie zbyteczne. Zdecydowanie lepiej jest odwrócić wzrok, jeżeli sytuacja Was krępuje, i pozwolić dziecku normalnie zjeść to, czego potrzebuje.

Panie ostentacyjnie karmiące i Panowie mężowie, dzielnie je w tym wspierający! Sam jestem ojcem trójki dzieci i mężem matki trzykrotnie karmiącej. Nigdy nie odmówiłbym mojemu dziecku, ani jednemu z nich, prawa do zjedzenia porcji mleka własnej matki, przynajmniej do momentu, do którego nie mogłoby zamiast tego dostać słoiczka jabłuszek. Nie znaczy to jednak, że pochwalałbym robienie zdjęć podczas tej czynności i wrzucanie ich na fejsa. Albo ostentacyjne wystawianie „cycków” po to, by pokazać naturalność tego działania i całkowity brak krępacji. Nakarmić dziecko publicznie – owszem! Nawet niekoniecznie walczyć z szalikiem, chustą albo pieluchą, żeby zasłonić wszystko, przy okazji podduszając dziecko. Ale zrobić to tak, żeby ten, komu to przeszkadza, nie musiał zwracać na to specjalnej uwagi, żeby mógł spokojnie odwrócić wzrok. Siąść bokiem, na skraju ławki, zasłonić akt karmienia własnym ciałem odwracając się tyłem czy bokiem do tłumów. I skupić się na karmieniu, a nie na demonstrowaniu karmienia.

W czasie całej dyskusji padły słowa, które mnie zadziwiły. Otóż zdaniem niektórych kobiecy biust nie jest z natury stworzony do erotycznego zadowolenia mężczyzny, lecz do wykarmienia potomstwa – i to przez dużą seksualizację przestrzeni publicznej tkwi w nas przekonanie, że jest odwrotnie. Jednakże to nieprawa. Prawdą jest natomiast to, że funkcja erotyczna piersi wynika z funkcji karmicielskiej, tak jak funkcja erotyczna bioder/pupy/miednicy wynika z funkcji rozrodczej. Jak to prosto wytłumaczyć? Mężczyznom fizycznie podobają się kobiety o dużym biuście i biodrach szerokich w stosunku do talii, ponieważ podświadomie widzą w nich potencjalne matki swoich dzieci. Takie, które będą w stanie łatwiej dzieci urodzić i wydajnie je wykarmić. Kobiece ciało – wyłączając poza nawias wszelkie walory duchowe i psychiczne – pociąga facetów seksualnie, ponieważ seks prowadzi do zapłodnienia, a zapłodnienie do porodu, a poród do laktacji. Tak skonstruowany jest człowiek, stąd też wynika – abstrahując od tematu – całkowita nienaturalność antykoncepcji. To, że kobiecy biust (w tym także sutki) w naturalny sposób wywołuje skojarzenie z seksem nie wynika więc ze zerotyzowania społeczeństwa, lecz z natury ludzkiej, natury mężczyzn i kobiet.

Jest więc oczywiste, że mężczyznom podobają się nagie piersi kobiet. Konkursy miss mokrego podkoszulka czy zdobywanie korali na festiwalu Mardi Gras poprzez podnoszenie koszulek – oba zwyczaje o wątpliwych walorach etycznych – są niewątpliwie skierowane ku wywołaniu erotycznej podniety w wyniku odsłonięcia biustu. Co zatem miałoby sprawić, że mężczyźni, którym w normalnych warunkach podoba się biust kobiety, w przypadku karmienia piersią mieliby potraktować to jako „naturalny element życia matki”? Kiedy widzę obcą kobietę karmiącą piersią, stwierdzam, że to piękne wydarzenie, ale jednocześnie odwracam wzrok, ponieważ czuję skrępowanie – widzę coś, czego nie powinienem widzieć, widzę coś, co w naturalnych warunkach mogłoby mnie pociągać. Kiedy widzę obcą kobietę ostentacyjnie wyjmującą pierś w miejscu publicznym albo na towarzyskim spotkaniu, bez odwrócenia się, bez próby odwrócenia od siebie uwagi ogółu, czuję ogromne skrępowanie i problem z odnalezieniem się. Podobnie czuję się, kiedy oglądam zdjęcia kobiet karmiących wrzucane na portale społecznościowe po to, żeby się pokazać. Żeby pokazać, że to naturalne, fizjologiczne, utrzymujące dziecko przy życiu, ale nie erotyczne.

matkaTak! To jest naturalne, fizjologiczne i utrzymujące dziecko przy życiu. Ale piersi kobiet są także erotyczne i mają się facetom podobać. Dlatego nie ma się co dziwić, że nie wszyscy wspierają akcję „cyce na tablice”. Bo mogą czuć się zwyczajnie niekomfortowo.

PS. Owszem, Matka Boża też karmiła Jezusa, przynajmniej taki przekaz dostarcza nam znany wizerunek Matki Bożej Karmiącej. Nie może to jednak być usprawiedliwieniem tego, by obnosić się wszędzie ze swoim atrakcyjnym biustem.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Karmienie piersią, za: http://allefajne.pl/displayimage-111-2581.html
2. Matka Boska Karmiąca, za: http://dewocjonalia-roza.pl/matka-boza-karmicielka-rodzicielka-p-603.html

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Po co w ogóle brać ślub?

W obliczu ostatnich rewelacji głoszonych przez papieża Franciszka, który wpisuje się w narrację promowaną przez Tygodnik Powszechny, Deon, czy wyzwolonych współczesnych nieokreślonych w wierze, ale na pewno nie przez Kościół katolicki, warto zadać sobie pytanie o sens sakramentalnego małżeństwa w ogóle. Otóż Franciszek stwierdził, że zdecydowana większość małżeństw sakramentalnych jest nieważna (co potem mu ocenzurowano, zmieniając na „jakaś część”), oraz że ludzie żyjący w konkubinatach posiadają łaskę właściwą małżeństwu (czego już nie ocenzurowano). Problemem nie jest tak naprawdę sama cenzura – która wydaje się koniecznością odkąd Franciszek jest na tronie piotrowym, bo to chyba pierwszy papież, który często gada co mu ślina na język przyniesie – lecz to, co się cenzuruje. Ocenzurowano domniemaną liczbę nieważnych małżeństw – a przecież to nie pierwszy raz kiedy papież w tym kontekście mówi o większości – ale już nie porównanie małżeństwa do konkubinatu. A to stwierdzenie papieża było wyjątkowo niekatolickie.

EN_01091425_0130

bezslubu440Jeśli nawet papież mówi, że znane mu konkubinaty wykazują „dużo wierności”, przez co „mają one łaskę właściwą małżeństwu”, to może ostatecznie nie warto się żenić lub za mąż wychodzić? Może powinniśmy, my katolicy, pójść za narracją tych wszystkich, którym wydaje się, że małżeństwo to jest papierek, a oni nie potrzebują papierka żeby się nawzajem kochać? Skoro głowa naszego Kościoła popiera takie rozumowanie… Z tym że „dużo wierności”, miłości czy uczciwości (nie „całkowita wierność” zauważmy, lecz „dużo wierności”) nie jest istotą małżeństwa i nie daje już łaski małżeńskiej, o której mówi Franciszek. Łaski właściwej małżeństwu nie otrzymuje się ze względu na zachowywaną wierność. Oczywiście wierność nie jest rzeczą właściwą wyłącznie katolickiemu małżeństwu. Z pewnością istnieje wiele związków, w których osoby dochowują sobie wierności. Są takie konkubinaty, małżeństwa niesakramentalne i idę o zakład, że również niejeden związek homoseksualny. Czy ta wierność doprowadza do pojawienia się łaski małżeństwa? Nie, bo to nie wierność ani żadna inna rzecz, którą przysięga się na ślubie, jest rozdawcą łaski. Rozdawcą łaski jest Bóg, a łaska małżeńska pochodzi od Niego i wynika tylko i wyłącznie z sakramentu małżeństwa. Miłość, wierność i uczciwość małżeńska, postanowienie pozostawania przy sobie aż do śmierci, a także przyjęcia i wychowania po katolicku potomstwa nie według własnego widzimisię, lecz w zgodzie z wolą Boga, to decyzje wynikające z wstąpienia w związek małżeński. Nie one dają nam łaskę, lecz łaska jest potrzebna do dochowania ich. Łaska nie wynika z wierności, ale wierność wynika z łaski. Co więcej, jeśli małżonkowie nie pozostają sobie w stu procentach wierni, lub w jakiś inny sposób łamią przysięgę małżeńską, nie oznacza to zerwania łaski sakramentalnej. Łaska wynikająca z wstąpienia w związek małżeński jest potrzebna by powrócić na właściwe tory, na tory wierności i uczciwości.

Nie jest zatem tak, że wierność daje łaskę małżeńską. Łaskę daje Bóg, a łaska pomaga zachować wierność. Wierność nie jest niemożliwa bez łaski, ale łaska nie potrzebuje wierności, tylko woli Boga i – w przypadku małżeństwa – dwójki ludzi biorących ślub. Po co więc wstępować w związek małżeński? Właśnie po to, by swoją wspólną miłość i chęć budowania razem życia złożyć na ręce kogoś więcej niż tylko ułomnych ludzi. Zakochany chłopak i dziewczyna są pełni ideałów, ale ich ideały nie są w stanie zapewnić im tego, co da Boża opieka. Właśnie dlatego warto stanąć wobec siebie nawzajem i powiedzieć, że sami możemy wiele, ale wszystko możemy w Bogu. Jeśli kochamy się, chcemy spędzić razem życie, to jak najszybciej powinniśmy pełni nadziei i wiary stanąć przed Bogiem i wobec niego złożyć przysięgę małżeńską. Bo prawdziwa łaska wypływa tylko z Niego i On uzdalnia nas do spełniania przysięgi.

Nie do końca rozumiem sposób działania papieża Franciszka. Pisałem o tym dłuższe wpisy nie jeden raz. Rozumiem natomiast samo sedno sakramentu małżeństwa. I wiem, że mówiąc o łasce małżeństwa w konkubinacie papież nie ma racji. Łaska nie działa bowiem na tych, którzy ją odrzucają. A kto odrzuca Boga w sakramencie, ten odrzuca również łaskę.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcia:
1. Papież Franciszek, za: http://www.se.pl/wiadomosci/swiat/papiez-franciszek-ma-dzis-urodziny-konczy-77-lat_371569.html
2. Konkubinat, za: http://kobieta.wp.pl/konkubina-partnerka-bez-praw-5982707498411137a

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Varia Animalia

Każdy ubój rytualny, każda wigilia i karp w wannie, każdy sylwester i każda wysadzona w powietrze petarda ciągnie nas z powrotem do tematu praw zwierząt. To kolejny temat wywołujący poruszenie i podział na dwa obozy. Temat poruszył i mnie, choć należałoby raczej rzec – mnie tym tematem poruszono. Z dwóch stron. Otóż w okolicy wigilii wytoczył się niby-kontrowersyjny artykuł Tomasza Terlikowskiego o tym, że zwierzęta nie ludzie i praw nie mają, nawet w wigilię. Pierwsza reakcja znajomej: gniew i oburzenie. Jak można być tak nieludzkim, pozbawionym sumienia, by odbierać zwierzętom ich przyrodzone prawa. Postanowiłem zmilczeć, choć mam zdecydowanie inne zdanie – zwyczajnie nie miałem ochoty prowadzić dysput o tym, jak bardzo zwierzęta mają przyrodzone prawa lub ich nie mają. Postanowiłem jednak napisać po tym, jak druga znajoma podesłała ten sam artykuł, opatrując go tezą różniącą się od tamtej o 180°. I poprosiła o odniesienie się.

prawa zwierzątJest zatem hipoteza: zwierzęta mają prawa. Prawo do życia, do braku cierpienia, do godności itp. Mamy jedną osobę opowiadającą się za tą tezą i drugą – przeciwko. Należy zatem najpierw zapytać: jeśli zwierzęta mają prawa, to skąd one się wzięły? Tu wchodzi podział na dwa rodzaje prawa: prawo naturalne i prawo stanowione. Jedno i drugie w jakiś sposób obowiązuje w świecie i oba dotykają w pewnym stopniu zarówno ludzi, jak i zwierząt. Czy – mówiąc szerzej – świata przyrody. Prawo naturalne to przyrodzony porządek natury, wynikający z istoty stworzenia. Oznacza to, że każdy gatunek żyje zgodnie ze stopniem rozwoju i, w razie braku ingerencji rozumowej z zewnątrz, zgodnie ze „stopniem stworzenia”. Tam, gdzie wpuszczamy w te obliczenia Boga, będzie to oznaczało „zgodnie z tym, jak go Pan Bóg stworzył”. Zresztą można się tu ograniczyć i do mitologicznej matki natury. Tak czy inaczej, podążając w zgodzie z tym stopniowaniem, dojdziemy wreszcie do miejsca, w którym stoi człowiek. Człowiek, jako istota rozumna (co jesteśmy w stanie udowodnić) nadal podlega prawu naturalnemu, z tym że ono zakłada w kwestii człowieka działanie czegoś więcej niż instynktu. Tym czymś jest właśnie rozum – a rozum pozwala na myślenie, podejmowanie decyzji i stanowienie prawa. Prawo to podlega prawu naturalnemu, bo tamto jest bardziej pierwotne, ale również wykracza poza nie.

Jeżeli więc zwierzęta mają jakieś prawa wykraczające poza prawo naturalne (a więc poza „koło życia”, czyli „zabij i zjedz”, poza instynkt przetrwania, ukierunkowanie na rozród itp.) to tylko dlatego, że ludzie im je nadali. I tak oto ludzie nadali zwierzętom (niektórym) prawo do mieszkania w ludzkim domu, do spania w pościeli, do otrzymywania pożywienia itp. Ludzie, w zgodzie ze zdrowym sumieniem i Bożym nakazem dbania o stworzenie, nadali także zwierzętom prawo do nieprzeżywania przesadnych cierpień. Z drugiej zaś strony to wszystko jest tak naprawdę tylko jakimś ludzkim założeniem, które nie pokrywa się z naturalnym prawem rządzącym przyrodą. Co ciekawe – rytualny ubój (taki przykład) jest jednym z elementów wynikających pośrednio z prawa naturalnego, ponieważ zgodnie z tym prawem – co potwierdzono przez badania – istoty rozumne w naturalny sposób oddają cześć bóstwom, które uważają za coś większego od siebie. Takim samym elementem prawa naturalnego jest polowanie na zwierzęta dla mięsa czy zabijanie karpia na wigilię.

Dopiero ludzie żyjący w dekadenckich czasach, w których słowo „wojna” oznacza legendarną historię sprzed lat lub zza siedmiu mórz, mający dla siebie już wszelkie prawa (tak zwane „równouprawnienie”) żądają tychże równych praw dla swoich przyjaciół – zwierząt. I oto wychodzą na ulicę lub oburzają się w internecie, bo ubój rytualny, ustawa o polowaniach lub strzelanie petardami w sylwestra łamią prawa zwierząt. Prawa, które oni sami tym zwierzętom nadali. Co więcej – oni je nadali jako jakaś grupa bardzo głośnych krzykaczy. To nie są prawa nadane zwierzętom przez ogół ludzkości. Nie, ci ludzie poczuli, że jedzenie krów i kur jest czymś złym, postanowili nadać im prawa, a tych, którzy ich decyzji zaakceptować nie chcą, próbują zakrzyczeć. I stąd dziwaczne manifestacje, w czasie których dziewczynki stoją z tabliczkami, na których uwidocznione są krowy, fretki i prosiaczki, podpisane „Jestem zwierzęciem. Kimś, nie czymś. Chcę żyć”. Niestety, drogie dziewczynki, to nie jest prawda. Zwierzę to zwierzę, jest „kimś” tylko na tyle, na ile wy zmienicie nazewnictwo i nadacie krowom nieistniejącą osobowość. Fretka „chce żyć” tylko na tyle, na ile nakazuje jej to instynkt samozachowawczy. Nie jest to zgodne z jej wolą – bo fretka żadnej woli nie posiada.

wilkNie ma nic złego w kochaniu i rozpieszczaniu zwierzaków. Nie widzę przeszkód w nazywaniu ich członkami swoich rodzin (zdecydowanie przysposobionymi, ale jednak). Przeszkadza mi używanie w stosunku do zwierzaków słów przynależnych do ludzi: „prawa zwierząt”, „wola”, „adopcja”. Właśnie dlatego, że zwierzęta to nie ludzie, nie mają praw poza tymi nadanymi im przez ludzi, nie podejmują decyzji i nie są adoptowane, lecz przygarniane. I nie jestem zwolennikiem znęcania się nad zwierzętami. Sam dziś, wracając z kościoła, trafiłem na potrąconego na jezdni kota. Potrącił go samochód jadący przede mną. Potem odjechał. Ja wysiadłem – kot jeszcze żył – i przeniosłem go na trawnik obok. Potem przez godzinę szukałem dyżuru weterynaryjnego, który mógł podjąć się próby ocenienia i ewentualnego ocalenia kociaka. Przeżyłem to mocno – podobnie jak śmierć mojej świnki morskiej, psa (jego dotyczy najczęściej komentowana notka na blogu) i królika. Zwierzęta towarzyszą nam i ludzie z sumieniem się do nich przywiązują. Nie podoba mi się topienie szczeniąt w workach ani zostawianie psa przed wakacjami w lesie. Ale będę głośno protestował przeciw zakazowi występów cyrków ze zwierzętami w Warszawie, bo niby łamią one prawa zwierząt. Zwierzęta mają tyle praw, ile im nadamy. A przy całej tej nagonce dość blado wypada argument zwolenników praw zwierząt, że sterylizacja zapobiega kłopotom zwierząt w schroniskach. Przecież rozmnażanie się to jest prawo zwierząt wynikające bezpośrednio z prawa naturalnego. Obrońcy ich praw nie powinni namawiać do odbierania im tego prawa celem nadania im „prawa wyższego”.

I oczywiście uroczy jest ten obrazek z wilkiem (dzikiem?) ścigającym myśliwego, ponieważ podobno policzył i jest nas za dużo. Z tym że – niestety – tego wilka ze strzelbą narysował człowiek. I świetnie. Jego prawo.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcia:
1. Akcja współorganizowana przez stowarzyszenie Empatia, fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta, zdjęcie za: http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,117915,17178738,Terlikowski__Zwierzeta_nie_maja_praw__A_ich_ochrona.html
2. Jest was za dużo, za: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1011994762179503&set=a.1011994622179517.1073741829.100001069657075

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Adwentowe wzruszenia

gwiazdeczkoKiedy ma się dzieci, wiele rzeczy przeżywa się po raz drugi. Po raz drugi przeżywam fascynację kreskówkami z dzieciństwa, zainteresowanie dziecięcymi książkami czy pierwsze trudy matematyczne albo kaligraficzne. Po raz drugi przeżywam też wzruszenia związane z dzieciństwem czy wczesną młodością. W tym Adwencie jest to związane z przygotowaniem mojego syna do świąt Bożego Narodzenia. W katolickiej szkole, do której uczęszcza, poznają najróżniejsze informacje dotyczące narodzin Syna Bożego, ale słuchają również czasem dziecięcej muzyki dotykającej tej tematyki. Stąd też powrót do pięknego utworu „Świeć, gwiazdeczko, świeć” Arki Noego. Piękny utwór, wspaniały teledysk – którego, zdaje się, nie znałem za czasów, kiedy sam słuchałem Arki. Dzieci idące do Betlejem ratują po drodze zwierzęta, które znalazły się w potrzasku. Na koniec spotykają je przy żłóbku Jezusa.

Stąd już niedaleka droga do mojej chyba najbardziej ulubionej piosenki Arki Noego: „Na drugi brzeg”. Pisałem już kiedyś notkę opartą o ten utwór. Osiem lat temu. Nie jest tak, że towarzyszył mi on przez cały ten czas. Wrócił teraz, razem z „Gwiazdeczką”, w czasie Adwentu. Teraz, kiedy jestem o osiem lat starszy, mam żonę i trójkę dzieci. A wzruszenie dawnym wzruszeniem pozostaje. I przypomina się, że Adwent nie jest tylko oczekiwaniem na narodziny Pana Jezusa w żłóbku. Że nie jest to tylko oczekiwanie na narodziny Jezusa w nas, w naszym życiu. Ale jest to też – a może przede wszystkim – oczekiwanie na ostateczne, końcowe przyjście Jezusa w chwale. Na ten moment, w którym każdy z nas umiera i wyrusza na spotkanie Pana Jezusa w wieczności. Bo wciąż jestem pewien, że każdy ma swój osobisty koniec świata. Każdy „przeżywa” koniec świata w momencie śmierci. I dlatego „Na drugi brzeg” staje się jeszcze bardziej adwentową piosenką, niż „Świeć, gwiazdeczko…”.

Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Niespokojne czeka wierci się
Kiedy w końcu Ty przytulisz je.
Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem
Że na pewno ty rozpoznasz mnie.

Adwent jest, był i będzie czasem radosnego oczekiwania. Nie jest to tzw. „czas zakazany”, w którym nie można urządzać zabaw, nie można tańczyć i się radować. Niektórzy katecheci starej daty nadal utrzymują, że tak jest, bo tak jest w polskiej tradycji, ale to nie znaczy, że Kościół tak naucza. Adwent jest czasem radosnego oczekiwania, ale nie tylko na narodziny Chrystusa, ale także na własną śmierć. Na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz. Twórcy Arki Noego znakomicie ujęli ten paradoks w słowa w piosence „Na drugi brzeg”. Jest to piosenka w której czuć obawę przed śmiercią – tak naturalną dla każdego człowieka. Ale czuć też ogromną radość i nadzieję na zbawienie. Bóg w chwili śmierci zaprasza nas do siebie i wiemy, że rozpozna nas kiedy już umrzemy.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.

Warto podejść do tych ostatnich chwil Adwentu z tą ogromną nadzieją i miłością do Boga, którą mają śpiewające w Arce Noego dzieci. Dziś już przecież dorośli ludzie. Ciekawe, czy oni sami potrafią przeżyć tę tajemnicę tak, jak wtedy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie:
1. Kadr z teledysku „Świeć, gwiazdeczko, świeć”, źródło: http://www.dailymotion.com/video/xvyqd6_swiec-gwiazdeczko-swiec-arka-noego-piosenka-dla-dzieci_music

We wpisie zastosowano następujące filmy:
1. Arka Noego, „Świeć, gwiazdeczko, świeć”
2. Arka Noego, „Na drugi brzeg”

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Potrzeba dzietności

Kolejna akcja społeczna wywołała burzę. Tym razem nie chodzi o ubieranie papieża w garnitur, ani o przypominanie co jest grzechem, a co nim nie jest, ale o zachętę do rodzenia dzieci. Fundacja Mamy i Taty przygotowała kampanię, w której przedstawiona jest kobieta nie posiadająca dzieci. „Zdążyłam zrobić karierę” – mówi ona – „Zdążyłam być w Paryżu. Zdążyłam kupić dom, ale… nie zdążyłam zostać mamą”. Kogo uosabia – może w sposób przesadzony – ta kobieta? Ma ona reprezentować współczesną (wciąż jeszcze) młodą, wykształconą z wielkiego miasta, która w pogoni za rozwojem, za karierą i własną satysfakcją wyłącza w ogóle myślenie o dzieciach. Nie jest pokazane, czy ma męża, czy nie, czy ma choćby chłopaka – ale pokazane jest, że nie ma dziecka, i że tego żałuje.

zdążyłam

Chybiony target?

Oburzenie wielu osób spowodowane jest, jak twierdzą, chybionym wyborem celu przez pomysłodawców kampanii. Fundacja Mamy i Taty – mówią – popełniła błąd zakładając, że powodem nieposiadania dzieci przez współczesne kobiety jest ich pogoń za karierą. Nie, ich zdaniem jest inaczej. Powodem braku dzieci jest brak odpowiednich warunków do życia. Jest polityka państwa, która nie sprzyja posiadaniu dzieci. Jest brak perspektyw finansowych dla kobiet, które rodzą przerywając pracę, czy zawieszając działalność firmy. Krytyków ogarnia zwątpienie, gdy widzą bogatą kobietę, która wszystko już ma, tylko nie zdążyła urodzić. Przecież – podobno – większość kobiet nie rodziła, bo nie ma niczego.

Zgoda, na pewno jest sporo osób, które mają problem z przeżyciem i nie są w stanie sobie pozwolić na posiadanie kolejnych osób na utrzymaniu. Jednak zwrócić należy uwagę na to, że targetem kampanii nie były wszystkie kobiety, które dotychczas nie rodziły. Była to konkretna grupa kobiet – nie tych najbiedniejszych, leczy tych, które uniknęły biedy poprzez zanurzenie się w karierze, w zarabianiu pieniędzy, w szukaniu „szczęścia” i – to już prędzej – przyjemności. Nie ma takich kobiet? O, z pewnością są. Sam znam takich dziesiątki. Kampania uderza w znaczącą część współczesnych kobiet. Takich, które kończą liceum i idą na studia. Tu poznają swojego przyszłego męża, ale biorą z nim ślub dopiero po magisterce. Potem może by i mogły mieć dziecko, ale jeszcze muszą znaleźć pracę i rozwinąć skrzydła, żeby potem mieć za co przeżyć. To nie jest „chybiony target”. To jest klasyczny, naturalny sposób spędzania życia przez ogrom kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie. Nie żyjemy może w Japonii, gdzie ludzie śpią w korporacjach, jedzą w korporacjach i umierają w korporacjach. Ale target jest jak najbardziej trafiony.

Skąd więc oburzenie?

Na pytanie „Skąd oburzenie?” należy prawdopodobnie odpowiedzieć: z poczucia bycia targetem. Albo z poczucia utożsamiania się z targetem. Oburzenie połączone z ironicznymi, pełnymi jadu komentarzami, obserwuję głównie u tych kobiet, które skończyły już studia, znalazły już pracę, mają często nawet już męża, ale nie mają jeszcze dzieci, bo „na dzieci przyjdzie czas”. To te właśnie osoby najmocniej uderzają w kampanię wspierającą wczesne macierzyństwo. Same o sobie oczywiście powiedzą, że targetem kampanii nie są. Że zwyczajnie jeszcze są tak krótko w małżeństwie, że zwyczajnie mają dopiero dwadzieścia kilka, albo trzydzieści kilka lat i jeszcze dzieci mieć nie muszą. To nie do nich ta kampania, ale jest zła i powinna się odczepić.

Widzę to oburzenie w osobach, które, być może, nie korzystają z antykoncepcji hormonalnej (a kampania miała pierwotnie odnosić się też do problemu z tym właśnie rodzajem antykoncepcji), ani w ogóle z żadnej metody antykoncepcji (choć zapytani ani nie potwierdzają, ani nie zaprzeczają), ale żyją w sposób antykoncepcyjny. To jest – żyją tak i współżyją tak, aby dziecka nie mieć. I tu znów wchodzimy na grunt naturalnego planowania rodziny. Zgodnie nawet z nauczaniem Kościoła poczęcie dziecka można z obiektywnych przyczyn odłożyć w czasie. Wówczas można współżyć tylko w czasie niepłodnym i w ciążę nie zajść. Potrzeba jednak odróżnić odkładanie potomstwa z obiektywnych przyczyn od odrzucania go, odcinania się od niego. NPR nie jest po to, żeby nie mieć dzieci, lecz po to, by mieć je w odpowiednim czasie. A tym odpowiednim czasem często jest czas wyznaczony przez Boga i nie możemy stawiać Mu barier.

Nie wolno zachęcać?

Oburzeni często wspominają o agresji z jaką prowadzona jest kampania. Tymczasem to najczęściej oni są agresywni w swoim oburzeniu. A kampania Fundacji Mamy i Taty w spokojny, delikatny sposób przedstawia myślenie całego ogromu kobiet, które nie mogą urodzić, bo są już za stare, albo dlatego, że zatruły swój organizm antykoncepcją. Kobieta ze spotu zdaje się mówić „Ja to zrobiłam, ale nie idź moją drogą”. Ona właśnie jest naszą dobrą ciotką, albo starszą siostrą, która dziecka już nigdy nie urodzi (albo zrobi to za pomocą in vitro). Może być też kobietą, która ma jedno dziecko i żałuje, że nie urodziła więcej. Osobiście znam takie kobiety. Jedną starszą, która już nie urodzi, drugą młodszą, która jeszcze nie może, bo ma mieszkanie na kredyt. Tutaj ta starsza mówi tej młodszej: nie popełniaj mojego błędu. Też miałam mieszkanie na kredyt, ale teraz mam tylko jedno dziecko (albo nie mam go wcale). Jasne, że ta młodsza może się oburzać. Ale może też wziąć sobie do serca żal starszej koleżanki i pomyśleć, czy nie warto podjąć tego wysiłku związanego z macierzyństwem.

Każdy ma prawo podpowiadać i zachęcać do działania w zgodzie z tym, jak on sam uważa. Jeśli chce zachęcić ludzi bardziej, może zorganizować w tym celu kampanię społeczną. Na nikogo w niej nie krzyczy, nikogo nie wytyka palcem, nikogo nie wyciąga do tablicy. Pozostawia kilka zdań do rozważenia we własnym sumieniu. Ci, których sumienie coś wyrzuci, a będą starali się to przykryć, zareagują gniewem i ironią. Ci, którzy w swoim sumieniu ujrzą poważny wyrzut i przyjmą go jako część siebie, pewnie postanowią przyspieszyć decyzję o dzieciach. I sądzę, że nie trzeba aż tak mocno podminowywać akcji, która ma tylko pokazać, że warto mieć dzieci teraz. Bo „potem” może się rzeczywiście okazać za późno.

____________________________________

We wpisie zastosowano następującą ilustrację:

Zdjęcie w tle, profil Fundacji Mamy i Taty: https://www.facebook.com/FundacjaMamyiTaty?fref=ts

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze