Duchowość i moralność

Rajski ptak na Marszałkowskiej

Powrót z rekolekcji zawsze nastraja do tworzenia wpisów. Adam – prowadzący ten turnus – podkreślił, żeby zapisywać sobie swoje przemyślenia. Ja wprawdzie nie zapisywałem nic na bieżąco, ale na koniec postanowiłem podzielić się kilkoma myślami z czytelnikami. Pierwsza myśl – zawarta w tytule – to słowa Adama, które postanowiłem sobie zapamiętać. Nie pamiętam nawet kontekstu, w którym zostały wypowiedziane, ale wiem, co miały oznaczać. Coś niezwykle rzadkiego, niespotykanego, wręcz niemożliwego. Ulotnego. Można tak powiedzieć o wielu rzeczach, wspomnieniach, przeżyciach. Warto jednak postarać się, by Duch Święty był takim rajskim ptakiem na Marszałkowskiej, który nie ucieka, lecz trwa.

Wróciliśmy z Oazy Rodzin III stopnia w Nałęczowie. Oznacza to, że podstawową formację Domowego Kościoła mamy właściwie za sobą. Co nie oznacza, że jestem nagle super uformowany i święty za życia. Im dłużej jestem w Domowym Kościele, tym więcej widzę braków w sobie. Oczywiście nie wynika to z tego, że jestem coraz bardziej oświecony i więcej zauważam. Wynika raczej z faktu, że tych braków naprawdę jest coraz więcej. Coraz rzadziej pamiętam w codzienności o tym, kim dla mnie jest Jezus Chrystus i jak wiele dla mnie zrobił. Że umarł, zabierając do grobu moje grzechy, a potem zmartwychwstał, by pokazać że pokonał dla mnie śmierć. I nie, nie są to tylko puste frazesy – a przecież tak często stają się frazesami. Żeby naprawdę to uchwycić, trzeba złapać rajskiego ptaka na Marszałkowskiej…

Spójrzmy na priorytety osoby wierzącej. Bóg na pierwszym miejscu. Jak łatwo to powiedzieć i jak łatwo staje się to pustym hasłem. Często księża przypominają o miejscach w naszych życiach, do których nie wpuszczamy Boga. Tak, Panie Boże, jesteś dla mnie najważniejszy. Ale tu nie wchodź, tu się nie wtrącaj. Tu sobie poradzę. Ja zwróciłem uwagę, że mam nieco inaczej. Owszem, Panie Boże, zapraszam Cię. Możesz wejść, ale siądź sobie cicho z boku i nie przeszkadzaj. Nie mam dziedzin życia, w których nie chcę widzieć Boga. Ale mam takie, w których wolałbym działać sam. A skoro Bóg jest na pierwszym miejscu, to On to wszystko ogarnia. Nie siądzie sobie z boku, bo On jest we wszystkim, a wszystko jest w Nim. I owszem, dał człowiekowi wolną wolę, więc zgadza się na swoją cichą obecność dopóki Go nie zaprosimy. Ale skoro przenika wszystko, to nie da się go zostawić za drzwiami.

„Przychodzisz Panie mimo drzwi zamkniętych. Jezu zmartwychwstały ze śladami męki”. Nie zwróciłbym uwagi na tę piosenkę, gdyby nie jedna ze współuczestniczek rekolekcji. Ona otworzyła mi oczy na jedno z możliwych działań Boga w moim życiu. Już nie tylko „Oto stoję u drzwi i kołaczę”. Już nie tylko stara opowieść o klamce tylko od środka, gdzie Jezus czeka na zewnątrz aż Mu otworzymy. Nie, Jezus wchodzi do naszego życia choć drzwi wieczernika są zamknięte. I zmienia nas, bo przenika wszystko. Warto Mu uwierzyć i oddać się w opiekę.

Na pierwszym miejscu musi być Bóg, na drugim żona – dopiero później dzieci. Co to oznacza? Od dłuższego czasu miałem takie głupie przeświadczenie, że jeśli żonie jestem w stanie poświęcić dwie godziny w ciągu dnia, to Bogu powinienem poświęcić co najmniej trzy. Ale tych trzech godzin nigdy nie miałem. I dopiero teraz, w czasie tych rekolekcji, przypomniałem sobie bardzo dawne czasy, kiedy byłem klerykiem w seminarium (zainteresowanych odsyłam do pierwszych wpisów na blogu). Kiedy dla Boga miałem naprawdę wiele godzin dziennie, ale to sprawiło, że czułem Go zawsze tuż obok. Śmiałem się, bo szedłem korytarzem, a Jezus kroczył obok mnie, a tam przecież była ściana i przepaść na pierwszym piętrze. I teraz zdałem sobie sprawę, że na rozmowę z Bogiem twarzą w twarz przyda się 15 minut, nawet pół godziny. I to wystarczy, pod warunkiem, że zdam sobie sprawę z tego, że On jest zawsze przy mnie. I że nie poświęcam Mu trzech godzin, lecz cały dzień, cały swój czas, całego siebie.

Owszem, nie jest łatwo przełożyć te przemyślenia na czyny. Czuć Pana cały czas obok i śmiać się do Niego ku zdziwieniu gapiów na ulicy. Dlatego kolejny fragment Pisma Świętego rozpościeram przed sobą jako moje życiowe motto. I staram sobie go przypominać w chwilach zwątpienia.

„Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy,
nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy”

(Księga Psalmów 16,8).

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające rajskiego ptaka, za: https://pixabay.com/pl/bird-of-paradise-safari-oddzia%C5%82%C3%B3w-2433714/

Reklamy
Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Pierwsza komunia: komercja, duchowość czy prawdziwy show?

Właśnie teraz trzecioklasiści intensywnie przygotowują się do przystąpienia do pierwszej komunii świętej. Odczuwam to jako lektor języka angielskiego, kiedy okazuje się, że grupa trzecioklasistów nie będzie mogła przychodzić w maju na zajęcia, ponieważ akurat we wtorki i czwartki mają próby do komunii… W szkole to czas intensywnego zakuwania i zaliczania modlitw. Po szkole – czas przymierzania alb, ćwiczenia wierszyków i czytań mszalnych, a przede wszystkim ustawiania się równo, w szeregach, próbowania się we wchodzeniu i wychodzeniu z kościoła. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz.

W sercach wielu dzieci to czas oczekiwania. Niecierpliwego, nerwowego oczekiwania na to, co ma nastąpić. Pierwszy smartfon, pierwszy tablet, a może nawet pierwszy laptop? Zegarek, rower. Własne pieniądze (czasem nawet całe tysiące), za które będzie można pojechać do Disneylandu albo chociaż kupić najnowszą konsolę do gier. Impreza niemal weselna. Niektórzy będą mieli to szczęście i przejadą się w towarzystwie kolegów czy koleżanek prawdziwą limuzyną!

Tak oto dzieci, zatapiając się w marzeniach o elektronice i pieniądzach, jakoś próbują się przemęczyć przez te wszystkie ciągnące się próby prostego wchodzenia, prostego stania i prostego siadania. Warto się przemęczyć, jeśli na koniec dostanie się tak wielką nagrodę! Dla wielu z nich liczą się prezenty – przecież niektórzy w normalnych warunkach nawet nie chodzą do kościoła. Dla rodziców, a chyba jeszcze częściej dla księży i katechetów, liczy się teatr. Wszystko ma być podniosłe, uroczyste i dopracowane w najmniejszym szczególe. Dziecko, które czyta najlepiej, musi idealnie przeczytać czytanie z lekcjonarza. Dziewczynki muszą pięknie zaśpiewać psalm. Każdy musi powiedzieć jakiś wierszyk, choć nie przypominam sobie, by gdziekolwiek w liturgii było miejsce na wierszyki. A na koniec, przy ogłoszeniach, dzieci muszą jeszcze bardzo spontanicznie podziękować wszystkim księżom i katechetom, którzy przyczynili się do zaistnienia tego wspaniałego święta.

Tak łatwo przy tym wszystkim gubi się istotę dnia pierwszej komunii świętej. Fakt, że jest to pierwszy dzień, w którym trzecioklasiści będą mogli po raz pierwszy w pełni uczestniczyć we mszy świętej. W pełni, to znaczy: wraz z przyjęciem Ciała Chrystusa. I od tej pory już zawsze będą mogli Ciało Chrystusa przyjmować. To jest dzień, w którym młodzi ludzie mogą po raz pierwszy doskonale odczuć, co znaczyły słowa Jezusa: „Oto ja jestem z wami, aż do skończenia świata”. Bo właśnie wtedy mogą oni skupić się na tej Chrystusowej obecności. To niestety musi zginąć w fali składającej się z dwóch pozostałych elementów: komercji i teatru.

Jedna z sieci sklepów sprzedających sprzęt RTV i AGD kilka lat temu reklamowała się plakatami z hasłem „KOMUnijne prezenty?”. Doskonale wiedziała, w czyje gusta może w ten sposób trafić. Z kolei rok temu antenę radiową podbijała inna reklama, w której dzieci śmiały się z rodziców, bo ci kłócili się o to, kto pierwszy wpadł na pomysł, by prezenty na komunię kupić w tym konkretnym sklepie. Głowy dzieci ma zaprzątnąć żądza prezentów – a rodzice, krewni i znajomi królika też mają pamiętać, gdzie trzeba się w związku z tą uroczystością wyposażyć. Ten pęd materialny dałoby się przyhamować, gdyby nie to, że osoby odpowiedzialne za duchowe przygotowanie dzieci do komunii wymagają częściej znajomości pięciu kościelnych przykazań, niż posiadania żywej wiary. Potrzebują, by dzieci wiedziały, jak mają stanąć i jak powiedzieć wierszyk, a nie by rozumiały istotę mającego nastąpić wydarzenia.

A wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej! Owszem, pierwsza komunia święta jest podniosłą uroczystością. Niczym złym nie jest ani przyjęcie pokomunijne, ani nawet odpowiednio dobrane do tej okazji prezenty (nie laptopy jednak, nie konsole i nie telefony). Ale dziecko powinno wiedzieć i rozumieć, że ta uroczystość ma miejsce dlatego, że ono po raz pierwszy przytuli się całym sobą do Jezusa Chrystusa. I dlatego wcale nie powinno być tak istotne, w co dzieci będą ubrane i kto za kim będzie stał. Próby do pierwszej komunii nie muszą przecież wcale odbywać się przez okrągły miesiąc. Dałoby się wręcz zrobić tak, że do liturgii służyliby rodzice dzieci pierwszokomunijnych (którzy lepiej rozumieją to, co czytają z lekcjonarza), a poszczególne osoby przystępowałyby po raz pierwszy do stołu Pańskiego wraz ze swoją rodziną – tak, jak będzie to wyglądało w codzienności – a nie w klasowym ustawieniu „pod linijkę”.

Nie należy także zapominać, że mogą istnieć – i z pewnością istnieją – dzieci, które w trzeciej klasie nie są jeszcze duchowo gotowe, by przyjąć Pana Jezusa. Nie należy się w takich przypadkach wahać przed odroczeniem tychże dzieci na kolejny termin. Komunia święta nie jest obowiązkowa, nie jest bezwzględnie potrzebna do zbawienia. A już na pewno nie musi być przyjmowana w trzeciej klasie, w idealnym dwuszeregu i po kilku tygodniach ćwiczeń.

____________________________________

Artykuł ukazał się na portalu wRodzinie.pl
W artykule wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony http://www.finanse.egospodarka.pl/80554,Pierwsza-Komunia-skromna-oferta-bankow,1,48,1.html

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Demoniczne Pokemony

229houndoomWe wrześniu uczestniczyłem w konferencji „W trosce o dobro dziecka, małżeństwa i rodziny” w szkole Animus w Kobyłce. Udało mi się wówczas odsłuchać wykładu pani mgr Małgorzaty Więczkowskiej na temat zagrożeń duchowych w mediach. Pani prelegentka dotknęła kilku wrażliwych tematów, jak na przykład kłopotów z odbiorem trzeciej części filmu o Minionkach, czy problemu związanego z demoniczną bajką Monster High (choć jej powiązania z Hello Kitty nie do końca rozumiem). Dużo czasu poświęciła jednak również tematyce Pokemonów, wskazując na płynące z tego filmu zagrożenia, ale szukając ich w zupełnie dziwnych miejscach. Stwierdziła, że cały problem z zagrożeniami duchowymi zaczął się dwadzieścia lat temu poprzez pojawienie się Pokemonów, i zamyka się klamrą przez Pokemon GO. Przy okazji zaznaczyła jednak jedynie, że franczyza po 20 latach ma się jak najlepiej, biznes się kręci, a ze 150 stworków na początku doszliśmy do ponad 700. By zademonstrować jak bardzo zgubne jest zjawisko Pokemon, pani Więczkowska wyciągnęła kilka tazosów wydobytych dawno temu z paczek chipsów i przedstawiła, jak ewoluowały one, by ujarzmić umysł dziecka. Otóż najpierw były zwyczajne, potem zmieniały wygląd podczas patrzenia pod innym kątem (tzw. Duo Tazo), a w końcu klikały jak kapselki wydając dźwięk (Metal Tazo)! Tak, rzeczywiście – jest to jakaś metoda na zwrócenie uwagi i rozpropagowanie marki. Ale co jest demonicznego w kawałku klikającego kapselka?

Postanowiłem zatem odnieść się do tematu, ponieważ zdaję sobie sprawę, że o Pokemonach da się powiedzieć sporo złych rzeczy, czego z jakichś powodów pani prelegentka postanowiła nie zrobić – skupiając się na czepianiu się strony marketingowej.

  1. Idea walki.
    To, co może się wydawać niepokojące już na pierwszy rzut oka jest to, że trenerzy Pokemon hodują i wychowują stworki głównie po to, by toczyły one między sobą walki. Owszem, przyjaźnią się z nimi, opiekują się nimi i przemierzają świat w ich towarzystwie, ale najczęściej jednak wystawiają je do walki z innymi trenerami. Można usprawiedliwić to tym, że serial animowany powstał na podstawie gry video, a w tych czymś oczywistym jest potrzeba rywalizacji. Czy jednak uczenie dzieci od najmłodszego bycia agresywnym i wykorzystywania swoich „zwierząt” do pojedynków jest konieczne? Dziś można powiedzieć, że bez tego się nie obejdziemy. Pokemon nie jest najbardziej agresywną bajką dla dzieci – w tym temacie zdecydowanie wyprzedza go Ben 10, a nawet filmy z – do niedawna wolnymi od przemocy – klockami Lego. Zatem niewątpliwie warto zaznaczyć, że nacisk na walkę mógłby prowadzić do duchowych zakłóceń.
  2. Niektóre typy stworków.
    Pokemony dzielą się na 18 typów (z czego niektóre kieszonkowe potworki mają po dwa typy). Część z tych typów posiada moce żywiołów (zarówno tych zachodnich: ogień, ziemia, woda, jak i wschodnich: roślina, metal), inne dotykają magii i manipulacji psychiką. Typ „wróżka” na przykład opiera się na działaniach magicznych. Większość Pokemonów-wróżek jest różowa, wygląda dość dziewczęco i posiada zdolność do czarowania. Typ psychiczny natomiast zadaje ciosy hipnotyczne, wprowadza w trans przeciwnika. Najbardziej podejrzanym typem jest jednak tym „ciemność”, w japońskim oryginale nazywający się raczej „zło”. Większość stworków tego typu posiada ciemne zabarwienie i charakteryzuje się, może nie czystym złem, lecz pewną dozą złośliwości i wyrachowania. Należy przy tym wspomnieć na przykład o Pokemonie Houndoom, wyglądem przypominającego coś w rodzaju piekielnego ogara.
  3. Wpływ filmów na psychikę dzieci.
    Nie chciałbym w tym miejscu wspominać o kłopotach z grą Pokemon GO – to, że ludzie giną wpadając pod samochód, bo próbowali złapać Pokemona, to najczęściej wynik ich własnej głupoty. Podobno były też historie osób, które pod wpływem obejrzanego serialu skakały z okien – ale takie opowieści słyszy się również przy okazji mówienia o Króliku Buggsie (bo on wyskoczył i się nie zabił) czy Batmanie. Bywają jednak niepokojące sytuacje, jak ta, która wystąpiła w Japonii po puszczeniu odcinka z Porygonem. Wówczas szybko powtarzająca się sekwencja kolorów czerwonego i niebieskiego doprowadziła do ataku epilepsji u kilkuset widzów jednocześnie. Nie doprowadziło to wprawdzie do głębszych zmian w psychice ofiar, a twórcy serialu nie puścili tego odcinka w dalszy obieg (choć można go obejrzeć w internecie), ale tego typu sytuacje związane z bajką dla dzieci mogą budzić podejrzenia.

Piszę to wszystko jako fan i do pewnego stopnia znawca Pokemonów. Jako dziecko oglądałem serial, zbierałem tazosy, a teraz na bieżąco śledzę pojawiające się nowości (dziś, po wyjściu gier VII generacji, są już oficjalnie 802 Pokemony) i obserwuję na YouTubie kanał człowieka, który postanowił narysować wszystkie Pokemony (i wszystkie ich formy). Piszę to i nie przestrzegam przed niebezpieczeństwem tylko dlatego, że nie uważam, by warto było szukać diabła wszędzie, gdzie się tylko da. Owszem, stworki walczą między sobą, również z pomocą ciosów magicznych, psychicznych i mrocznych, ale wszystko to sprowadza się do jakiegoś typu konwencji zamkniętej w osobnym świecie, i nie musi wpływać bezpośrednio na nas.

Piszę to jednak także by pokazać, że jeśli ktoś włoży trochę pracy, bez problemu będzie w stanie przestrzec innych przed zagrożeniami duchowymi płynącymi z serialu Pokemon. Sprawa wcale nie jest trudna, a argumenty leżą niemal na wierzchu. Dlatego – jeśli chce się udowodnić komuś problem płynący z filmu dla dzieci – warto poszukać czegoś więcej, niż tylko pykających metalicznie kapselków z podobizną 700 postaci.

____________________________________

We wpisie zastosowano oficjalny wizerunek Pokemona Houndoom. Źródło: http://bulbapedia.bulbagarden.net/wiki/.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Pokaż mi swoje piersi, a powiem ci „o rety!”

karmienie-0To nie jest pierwsza i zapewne nie ostatnia afera związana z odwiecznym problemem noworodków i niemowląt: byciem głodnym w miejscu publicznym. Niektóre z dzieci, które nie ukończyły jeszcze roku, a czasem nawet i starsze, mają dziwną tendencję do płakania kiedy zgłodnieją, zamiast poczekać aż wrócą do domu. Część z tych dzieci ciamka butlę, innym mama daje do jedzenia bardziej naturalny pokarm – produkowane specjalnie na tę okazję mleko. Takie mleko tworzy się w kobiecych piersiach, a połączenie wszystkich aspektów zawartych w wywodzie powyżej sprawia, że kobieta taka, by nakarmić dziecko w miejscu publicznym, jest zmuszona się obnażyć.

Jak każda afera, tak i ta działa na zasadzie starcia dwóch armii. Przedstawiciele jednej z nich to ci, którym nie podobają się sytuacje, w których kobieta, aby nakarmić dziecko płaczące w restauracji, w autobusie czy w kościele, wydobywa pierś z biustonosza i poi malucha przy wszystkich. Przedstawiciele (a właściwie przedstawicielki, głównie przedstawicielki) drugiej armii to kobiety – i niekiedy ich wspierający partnerzy – które twierdzą, że karmienie piersią jest naturalną sprawą, wynikającą z potrzeby zaspokojenia głodu niemowlęcia. Przy czym pamiętać należy, że małe dzieci, będąc głodne, czują strach i ból przypominające umieranie – to mój dopisek. Zatem głód dziecka należy zaspokoić niezwłocznie (to nie ulega większej wątpliwości), a przy tym wypiąć się na tych, którym to przeszkadza.

Bardzo brakuje mi trzeciej armii, tej środkowej, choć mogę się założyć, że jeśli stoi ona rzeczywiście po środku, to dostaje bęcki z obu stron.

Nie mogę znieść głosu mężczyzn, ale także niektórych kobiet, którzy twierdzą, że karmienie piersią jest podobną czynnością fizjologiczną jak oddawanie moczu, a przyjęło się nie robić tego publicznie. Po pierwsze – karmienie głodnego niemowlęcia nie jest równoznaczne z opróżnianiem pęcherza, a po drugie – kiedy nie ma naprawdę nigdzie publicznej toalety, to również w kwestii sikania w nosie mam co się przyjęło (i – nie oszukujmy się – kobiety nie mogą być w tych kwestiach gorzej uprawnione). Nie cierpię, kiedy ktoś mówi o „wkładaniu cycków do jego talerza” w restauracji albo o publicznym obnażaniu się.

Nie mogę jednocześnie znieść kobiet, które w czasie spotkania towarzyskiego lub religijnego, siedząc ze znajomymi przy stole, wyciągają pierś, przystawiają do niej dziecko, które raz po raz się odrywa (odsłaniając brodawkę), a one prowadzą konwersację tak, jakby wszystko było okej. Albo tych, które – aby coś udowodnić lub komuś coś pokazać – wrzucają do internetu swoje zdjęcia z odsłoniętymi piersiami w czasie karmienia, promując akcję „cyce na tablice” czy nową: „piersi w górę”.

Szanowni Panowie i Panie zgorszeni i zgorszone, chroniący swoje talerze i poczucie estetyki! Karmienie piersią od zawsze jest naturalną czynnością zapewniającą dziecku wymagane przez nie pożywienie. Dziecko przez pierwsze sześć miesięcy nie potrzebuje nawet pić dodatkowej wody, bo mleko matki zaspokaja jego zapotrzebowanie na płyny! Tak to już niestety jest, że kiedy niemowlę chce jeść, to powinno to jedzenie dostać w trybie jak najszybszym. Dlatego święte oburzenie na widok karmiącej publicznie kobiety jest kompletnie zbyteczne. Zdecydowanie lepiej jest odwrócić wzrok, jeżeli sytuacja Was krępuje, i pozwolić dziecku normalnie zjeść to, czego potrzebuje.

Panie ostentacyjnie karmiące i Panowie mężowie, dzielnie je w tym wspierający! Sam jestem ojcem trójki dzieci i mężem matki trzykrotnie karmiącej. Nigdy nie odmówiłbym mojemu dziecku, ani jednemu z nich, prawa do zjedzenia porcji mleka własnej matki, przynajmniej do momentu, do którego nie mogłoby zamiast tego dostać słoiczka jabłuszek. Nie znaczy to jednak, że pochwalałbym robienie zdjęć podczas tej czynności i wrzucanie ich na fejsa. Albo ostentacyjne wystawianie „cycków” po to, by pokazać naturalność tego działania i całkowity brak krępacji. Nakarmić dziecko publicznie – owszem! Nawet niekoniecznie walczyć z szalikiem, chustą albo pieluchą, żeby zasłonić wszystko, przy okazji podduszając dziecko. Ale zrobić to tak, żeby ten, komu to przeszkadza, nie musiał zwracać na to specjalnej uwagi, żeby mógł spokojnie odwrócić wzrok. Siąść bokiem, na skraju ławki, zasłonić akt karmienia własnym ciałem odwracając się tyłem czy bokiem do tłumów. I skupić się na karmieniu, a nie na demonstrowaniu karmienia.

W czasie całej dyskusji padły słowa, które mnie zadziwiły. Otóż zdaniem niektórych kobiecy biust nie jest z natury stworzony do erotycznego zadowolenia mężczyzny, lecz do wykarmienia potomstwa – i to przez dużą seksualizację przestrzeni publicznej tkwi w nas przekonanie, że jest odwrotnie. Jednakże to nieprawa. Prawdą jest natomiast to, że funkcja erotyczna piersi wynika z funkcji karmicielskiej, tak jak funkcja erotyczna bioder/pupy/miednicy wynika z funkcji rozrodczej. Jak to prosto wytłumaczyć? Mężczyznom fizycznie podobają się kobiety o dużym biuście i biodrach szerokich w stosunku do talii, ponieważ podświadomie widzą w nich potencjalne matki swoich dzieci. Takie, które będą w stanie łatwiej dzieci urodzić i wydajnie je wykarmić. Kobiece ciało – wyłączając poza nawias wszelkie walory duchowe i psychiczne – pociąga facetów seksualnie, ponieważ seks prowadzi do zapłodnienia, a zapłodnienie do porodu, a poród do laktacji. Tak skonstruowany jest człowiek, stąd też wynika – abstrahując od tematu – całkowita nienaturalność antykoncepcji. To, że kobiecy biust (w tym także sutki) w naturalny sposób wywołuje skojarzenie z seksem nie wynika więc ze zerotyzowania społeczeństwa, lecz z natury ludzkiej, natury mężczyzn i kobiet.

Jest więc oczywiste, że mężczyznom podobają się nagie piersi kobiet. Konkursy miss mokrego podkoszulka czy zdobywanie korali na festiwalu Mardi Gras poprzez podnoszenie koszulek – oba zwyczaje o wątpliwych walorach etycznych – są niewątpliwie skierowane ku wywołaniu erotycznej podniety w wyniku odsłonięcia biustu. Co zatem miałoby sprawić, że mężczyźni, którym w normalnych warunkach podoba się biust kobiety, w przypadku karmienia piersią mieliby potraktować to jako „naturalny element życia matki”? Kiedy widzę obcą kobietę karmiącą piersią, stwierdzam, że to piękne wydarzenie, ale jednocześnie odwracam wzrok, ponieważ czuję skrępowanie – widzę coś, czego nie powinienem widzieć, widzę coś, co w naturalnych warunkach mogłoby mnie pociągać. Kiedy widzę obcą kobietę ostentacyjnie wyjmującą pierś w miejscu publicznym albo na towarzyskim spotkaniu, bez odwrócenia się, bez próby odwrócenia od siebie uwagi ogółu, czuję ogromne skrępowanie i problem z odnalezieniem się. Podobnie czuję się, kiedy oglądam zdjęcia kobiet karmiących wrzucane na portale społecznościowe po to, żeby się pokazać. Żeby pokazać, że to naturalne, fizjologiczne, utrzymujące dziecko przy życiu, ale nie erotyczne.

matkaTak! To jest naturalne, fizjologiczne i utrzymujące dziecko przy życiu. Ale piersi kobiet są także erotyczne i mają się facetom podobać. Dlatego nie ma się co dziwić, że nie wszyscy wspierają akcję „cyce na tablice”. Bo mogą czuć się zwyczajnie niekomfortowo.

PS. Owszem, Matka Boża też karmiła Jezusa, przynajmniej taki przekaz dostarcza nam znany wizerunek Matki Bożej Karmiącej. Nie może to jednak być usprawiedliwieniem tego, by obnosić się wszędzie ze swoim atrakcyjnym biustem.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Karmienie piersią, za: http://allefajne.pl/displayimage-111-2581.html
2. Matka Boska Karmiąca, za: http://dewocjonalia-roza.pl/matka-boza-karmicielka-rodzicielka-p-603.html

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Po co w ogóle brać ślub?

W obliczu ostatnich rewelacji głoszonych przez papieża Franciszka, który wpisuje się w narrację promowaną przez Tygodnik Powszechny, Deon, czy wyzwolonych współczesnych nieokreślonych w wierze, ale na pewno nie przez Kościół katolicki, warto zadać sobie pytanie o sens sakramentalnego małżeństwa w ogóle. Otóż Franciszek stwierdził, że zdecydowana większość małżeństw sakramentalnych jest nieważna (co potem mu ocenzurowano, zmieniając na „jakaś część”), oraz że ludzie żyjący w konkubinatach posiadają łaskę właściwą małżeństwu (czego już nie ocenzurowano). Problemem nie jest tak naprawdę sama cenzura – która wydaje się koniecznością odkąd Franciszek jest na tronie piotrowym, bo to chyba pierwszy papież, który często gada co mu ślina na język przyniesie – lecz to, co się cenzuruje. Ocenzurowano domniemaną liczbę nieważnych małżeństw – a przecież to nie pierwszy raz kiedy papież w tym kontekście mówi o większości – ale już nie porównanie małżeństwa do konkubinatu. A to stwierdzenie papieża było wyjątkowo niekatolickie.

EN_01091425_0130

bezslubu440Jeśli nawet papież mówi, że znane mu konkubinaty wykazują „dużo wierności”, przez co „mają one łaskę właściwą małżeństwu”, to może ostatecznie nie warto się żenić lub za mąż wychodzić? Może powinniśmy, my katolicy, pójść za narracją tych wszystkich, którym wydaje się, że małżeństwo to jest papierek, a oni nie potrzebują papierka żeby się nawzajem kochać? Skoro głowa naszego Kościoła popiera takie rozumowanie… Z tym że „dużo wierności”, miłości czy uczciwości (nie „całkowita wierność” zauważmy, lecz „dużo wierności”) nie jest istotą małżeństwa i nie daje już łaski małżeńskiej, o której mówi Franciszek. Łaski właściwej małżeństwu nie otrzymuje się ze względu na zachowywaną wierność. Oczywiście wierność nie jest rzeczą właściwą wyłącznie katolickiemu małżeństwu. Z pewnością istnieje wiele związków, w których osoby dochowują sobie wierności. Są takie konkubinaty, małżeństwa niesakramentalne i idę o zakład, że również niejeden związek homoseksualny. Czy ta wierność doprowadza do pojawienia się łaski małżeństwa? Nie, bo to nie wierność ani żadna inna rzecz, którą przysięga się na ślubie, jest rozdawcą łaski. Rozdawcą łaski jest Bóg, a łaska małżeńska pochodzi od Niego i wynika tylko i wyłącznie z sakramentu małżeństwa. Miłość, wierność i uczciwość małżeńska, postanowienie pozostawania przy sobie aż do śmierci, a także przyjęcia i wychowania po katolicku potomstwa nie według własnego widzimisię, lecz w zgodzie z wolą Boga, to decyzje wynikające z wstąpienia w związek małżeński. Nie one dają nam łaskę, lecz łaska jest potrzebna do dochowania ich. Łaska nie wynika z wierności, ale wierność wynika z łaski. Co więcej, jeśli małżonkowie nie pozostają sobie w stu procentach wierni, lub w jakiś inny sposób łamią przysięgę małżeńską, nie oznacza to zerwania łaski sakramentalnej. Łaska wynikająca z wstąpienia w związek małżeński jest potrzebna by powrócić na właściwe tory, na tory wierności i uczciwości.

Nie jest zatem tak, że wierność daje łaskę małżeńską. Łaskę daje Bóg, a łaska pomaga zachować wierność. Wierność nie jest niemożliwa bez łaski, ale łaska nie potrzebuje wierności, tylko woli Boga i – w przypadku małżeństwa – dwójki ludzi biorących ślub. Po co więc wstępować w związek małżeński? Właśnie po to, by swoją wspólną miłość i chęć budowania razem życia złożyć na ręce kogoś więcej niż tylko ułomnych ludzi. Zakochany chłopak i dziewczyna są pełni ideałów, ale ich ideały nie są w stanie zapewnić im tego, co da Boża opieka. Właśnie dlatego warto stanąć wobec siebie nawzajem i powiedzieć, że sami możemy wiele, ale wszystko możemy w Bogu. Jeśli kochamy się, chcemy spędzić razem życie, to jak najszybciej powinniśmy pełni nadziei i wiary stanąć przed Bogiem i wobec niego złożyć przysięgę małżeńską. Bo prawdziwa łaska wypływa tylko z Niego i On uzdalnia nas do spełniania przysięgi.

Nie do końca rozumiem sposób działania papieża Franciszka. Pisałem o tym dłuższe wpisy nie jeden raz. Rozumiem natomiast samo sedno sakramentu małżeństwa. I wiem, że mówiąc o łasce małżeństwa w konkubinacie papież nie ma racji. Łaska nie działa bowiem na tych, którzy ją odrzucają. A kto odrzuca Boga w sakramencie, ten odrzuca również łaskę.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcia:
1. Papież Franciszek, za: http://www.se.pl/wiadomosci/swiat/papiez-franciszek-ma-dzis-urodziny-konczy-77-lat_371569.html
2. Konkubinat, za: http://kobieta.wp.pl/konkubina-partnerka-bez-praw-5982707498411137a

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Varia Animalia

Każdy ubój rytualny, każda wigilia i karp w wannie, każdy sylwester i każda wysadzona w powietrze petarda ciągnie nas z powrotem do tematu praw zwierząt. To kolejny temat wywołujący poruszenie i podział na dwa obozy. Temat poruszył i mnie, choć należałoby raczej rzec – mnie tym tematem poruszono. Z dwóch stron. Otóż w okolicy wigilii wytoczył się niby-kontrowersyjny artykuł Tomasza Terlikowskiego o tym, że zwierzęta nie ludzie i praw nie mają, nawet w wigilię. Pierwsza reakcja znajomej: gniew i oburzenie. Jak można być tak nieludzkim, pozbawionym sumienia, by odbierać zwierzętom ich przyrodzone prawa. Postanowiłem zmilczeć, choć mam zdecydowanie inne zdanie – zwyczajnie nie miałem ochoty prowadzić dysput o tym, jak bardzo zwierzęta mają przyrodzone prawa lub ich nie mają. Postanowiłem jednak napisać po tym, jak druga znajoma podesłała ten sam artykuł, opatrując go tezą różniącą się od tamtej o 180°. I poprosiła o odniesienie się.

prawa zwierzątJest zatem hipoteza: zwierzęta mają prawa. Prawo do życia, do braku cierpienia, do godności itp. Mamy jedną osobę opowiadającą się za tą tezą i drugą – przeciwko. Należy zatem najpierw zapytać: jeśli zwierzęta mają prawa, to skąd one się wzięły? Tu wchodzi podział na dwa rodzaje prawa: prawo naturalne i prawo stanowione. Jedno i drugie w jakiś sposób obowiązuje w świecie i oba dotykają w pewnym stopniu zarówno ludzi, jak i zwierząt. Czy – mówiąc szerzej – świata przyrody. Prawo naturalne to przyrodzony porządek natury, wynikający z istoty stworzenia. Oznacza to, że każdy gatunek żyje zgodnie ze stopniem rozwoju i, w razie braku ingerencji rozumowej z zewnątrz, zgodnie ze „stopniem stworzenia”. Tam, gdzie wpuszczamy w te obliczenia Boga, będzie to oznaczało „zgodnie z tym, jak go Pan Bóg stworzył”. Zresztą można się tu ograniczyć i do mitologicznej matki natury. Tak czy inaczej, podążając w zgodzie z tym stopniowaniem, dojdziemy wreszcie do miejsca, w którym stoi człowiek. Człowiek, jako istota rozumna (co jesteśmy w stanie udowodnić) nadal podlega prawu naturalnemu, z tym że ono zakłada w kwestii człowieka działanie czegoś więcej niż instynktu. Tym czymś jest właśnie rozum – a rozum pozwala na myślenie, podejmowanie decyzji i stanowienie prawa. Prawo to podlega prawu naturalnemu, bo tamto jest bardziej pierwotne, ale również wykracza poza nie.

Jeżeli więc zwierzęta mają jakieś prawa wykraczające poza prawo naturalne (a więc poza „koło życia”, czyli „zabij i zjedz”, poza instynkt przetrwania, ukierunkowanie na rozród itp.) to tylko dlatego, że ludzie im je nadali. I tak oto ludzie nadali zwierzętom (niektórym) prawo do mieszkania w ludzkim domu, do spania w pościeli, do otrzymywania pożywienia itp. Ludzie, w zgodzie ze zdrowym sumieniem i Bożym nakazem dbania o stworzenie, nadali także zwierzętom prawo do nieprzeżywania przesadnych cierpień. Z drugiej zaś strony to wszystko jest tak naprawdę tylko jakimś ludzkim założeniem, które nie pokrywa się z naturalnym prawem rządzącym przyrodą. Co ciekawe – rytualny ubój (taki przykład) jest jednym z elementów wynikających pośrednio z prawa naturalnego, ponieważ zgodnie z tym prawem – co potwierdzono przez badania – istoty rozumne w naturalny sposób oddają cześć bóstwom, które uważają za coś większego od siebie. Takim samym elementem prawa naturalnego jest polowanie na zwierzęta dla mięsa czy zabijanie karpia na wigilię.

Dopiero ludzie żyjący w dekadenckich czasach, w których słowo „wojna” oznacza legendarną historię sprzed lat lub zza siedmiu mórz, mający dla siebie już wszelkie prawa (tak zwane „równouprawnienie”) żądają tychże równych praw dla swoich przyjaciół – zwierząt. I oto wychodzą na ulicę lub oburzają się w internecie, bo ubój rytualny, ustawa o polowaniach lub strzelanie petardami w sylwestra łamią prawa zwierząt. Prawa, które oni sami tym zwierzętom nadali. Co więcej – oni je nadali jako jakaś grupa bardzo głośnych krzykaczy. To nie są prawa nadane zwierzętom przez ogół ludzkości. Nie, ci ludzie poczuli, że jedzenie krów i kur jest czymś złym, postanowili nadać im prawa, a tych, którzy ich decyzji zaakceptować nie chcą, próbują zakrzyczeć. I stąd dziwaczne manifestacje, w czasie których dziewczynki stoją z tabliczkami, na których uwidocznione są krowy, fretki i prosiaczki, podpisane „Jestem zwierzęciem. Kimś, nie czymś. Chcę żyć”. Niestety, drogie dziewczynki, to nie jest prawda. Zwierzę to zwierzę, jest „kimś” tylko na tyle, na ile wy zmienicie nazewnictwo i nadacie krowom nieistniejącą osobowość. Fretka „chce żyć” tylko na tyle, na ile nakazuje jej to instynkt samozachowawczy. Nie jest to zgodne z jej wolą – bo fretka żadnej woli nie posiada.

wilkNie ma nic złego w kochaniu i rozpieszczaniu zwierzaków. Nie widzę przeszkód w nazywaniu ich członkami swoich rodzin (zdecydowanie przysposobionymi, ale jednak). Przeszkadza mi używanie w stosunku do zwierzaków słów przynależnych do ludzi: „prawa zwierząt”, „wola”, „adopcja”. Właśnie dlatego, że zwierzęta to nie ludzie, nie mają praw poza tymi nadanymi im przez ludzi, nie podejmują decyzji i nie są adoptowane, lecz przygarniane. I nie jestem zwolennikiem znęcania się nad zwierzętami. Sam dziś, wracając z kościoła, trafiłem na potrąconego na jezdni kota. Potrącił go samochód jadący przede mną. Potem odjechał. Ja wysiadłem – kot jeszcze żył – i przeniosłem go na trawnik obok. Potem przez godzinę szukałem dyżuru weterynaryjnego, który mógł podjąć się próby ocenienia i ewentualnego ocalenia kociaka. Przeżyłem to mocno – podobnie jak śmierć mojej świnki morskiej, psa (jego dotyczy najczęściej komentowana notka na blogu) i królika. Zwierzęta towarzyszą nam i ludzie z sumieniem się do nich przywiązują. Nie podoba mi się topienie szczeniąt w workach ani zostawianie psa przed wakacjami w lesie. Ale będę głośno protestował przeciw zakazowi występów cyrków ze zwierzętami w Warszawie, bo niby łamią one prawa zwierząt. Zwierzęta mają tyle praw, ile im nadamy. A przy całej tej nagonce dość blado wypada argument zwolenników praw zwierząt, że sterylizacja zapobiega kłopotom zwierząt w schroniskach. Przecież rozmnażanie się to jest prawo zwierząt wynikające bezpośrednio z prawa naturalnego. Obrońcy ich praw nie powinni namawiać do odbierania im tego prawa celem nadania im „prawa wyższego”.

I oczywiście uroczy jest ten obrazek z wilkiem (dzikiem?) ścigającym myśliwego, ponieważ podobno policzył i jest nas za dużo. Z tym że – niestety – tego wilka ze strzelbą narysował człowiek. I świetnie. Jego prawo.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcia:
1. Akcja współorganizowana przez stowarzyszenie Empatia, fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta, zdjęcie za: http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,117915,17178738,Terlikowski__Zwierzeta_nie_maja_praw__A_ich_ochrona.html
2. Jest was za dużo, za: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1011994762179503&set=a.1011994622179517.1073741829.100001069657075

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Adwentowe wzruszenia

gwiazdeczkoKiedy ma się dzieci, wiele rzeczy przeżywa się po raz drugi. Po raz drugi przeżywam fascynację kreskówkami z dzieciństwa, zainteresowanie dziecięcymi książkami czy pierwsze trudy matematyczne albo kaligraficzne. Po raz drugi przeżywam też wzruszenia związane z dzieciństwem czy wczesną młodością. W tym Adwencie jest to związane z przygotowaniem mojego syna do świąt Bożego Narodzenia. W katolickiej szkole, do której uczęszcza, poznają najróżniejsze informacje dotyczące narodzin Syna Bożego, ale słuchają również czasem dziecięcej muzyki dotykającej tej tematyki. Stąd też powrót do pięknego utworu „Świeć, gwiazdeczko, świeć” Arki Noego. Piękny utwór, wspaniały teledysk – którego, zdaje się, nie znałem za czasów, kiedy sam słuchałem Arki. Dzieci idące do Betlejem ratują po drodze zwierzęta, które znalazły się w potrzasku. Na koniec spotykają je przy żłóbku Jezusa.

Stąd już niedaleka droga do mojej chyba najbardziej ulubionej piosenki Arki Noego: „Na drugi brzeg”. Pisałem już kiedyś notkę opartą o ten utwór. Osiem lat temu. Nie jest tak, że towarzyszył mi on przez cały ten czas. Wrócił teraz, razem z „Gwiazdeczką”, w czasie Adwentu. Teraz, kiedy jestem o osiem lat starszy, mam żonę i trójkę dzieci. A wzruszenie dawnym wzruszeniem pozostaje. I przypomina się, że Adwent nie jest tylko oczekiwaniem na narodziny Pana Jezusa w żłóbku. Że nie jest to tylko oczekiwanie na narodziny Jezusa w nas, w naszym życiu. Ale jest to też – a może przede wszystkim – oczekiwanie na ostateczne, końcowe przyjście Jezusa w chwale. Na ten moment, w którym każdy z nas umiera i wyrusza na spotkanie Pana Jezusa w wieczności. Bo wciąż jestem pewien, że każdy ma swój osobisty koniec świata. Każdy „przeżywa” koniec świata w momencie śmierci. I dlatego „Na drugi brzeg” staje się jeszcze bardziej adwentową piosenką, niż „Świeć, gwiazdeczko…”.

Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Niespokojne czeka wierci się
Kiedy w końcu Ty przytulisz je.
Tak jest mało czasu mało dni
Serce bije tylko kilka chwil.
Nie wiem czy Cię poznam ale wiem
Że na pewno ty rozpoznasz mnie.

Adwent jest, był i będzie czasem radosnego oczekiwania. Nie jest to tzw. „czas zakazany”, w którym nie można urządzać zabaw, nie można tańczyć i się radować. Niektórzy katecheci starej daty nadal utrzymują, że tak jest, bo tak jest w polskiej tradycji, ale to nie znaczy, że Kościół tak naucza. Adwent jest czasem radosnego oczekiwania, ale nie tylko na narodziny Chrystusa, ale także na własną śmierć. Na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz. Twórcy Arki Noego znakomicie ujęli ten paradoks w słowa w piosence „Na drugi brzeg”. Jest to piosenka w której czuć obawę przed śmiercią – tak naturalną dla każdego człowieka. Ale czuć też ogromną radość i nadzieję na zbawienie. Bóg w chwili śmierci zaprasza nas do siebie i wiemy, że rozpozna nas kiedy już umrzemy.

Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.
Zabierzesz mnie na drugi brzeg
Za Tobą będę do Nieba biegł.

Warto podejść do tych ostatnich chwil Adwentu z tą ogromną nadzieją i miłością do Boga, którą mają śpiewające w Arce Noego dzieci. Dziś już przecież dorośli ludzie. Ciekawe, czy oni sami potrafią przeżyć tę tajemnicę tak, jak wtedy.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie:
1. Kadr z teledysku „Świeć, gwiazdeczko, świeć”, źródło: http://www.dailymotion.com/video/xvyqd6_swiec-gwiazdeczko-swiec-arka-noego-piosenka-dla-dzieci_music

We wpisie zastosowano następujące filmy:
1. Arka Noego, „Świeć, gwiazdeczko, świeć”
2. Arka Noego, „Na drugi brzeg”

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Potrzeba dzietności

Kolejna akcja społeczna wywołała burzę. Tym razem nie chodzi o ubieranie papieża w garnitur, ani o przypominanie co jest grzechem, a co nim nie jest, ale o zachętę do rodzenia dzieci. Fundacja Mamy i Taty przygotowała kampanię, w której przedstawiona jest kobieta nie posiadająca dzieci. „Zdążyłam zrobić karierę” – mówi ona – „Zdążyłam być w Paryżu. Zdążyłam kupić dom, ale… nie zdążyłam zostać mamą”. Kogo uosabia – może w sposób przesadzony – ta kobieta? Ma ona reprezentować współczesną (wciąż jeszcze) młodą, wykształconą z wielkiego miasta, która w pogoni za rozwojem, za karierą i własną satysfakcją wyłącza w ogóle myślenie o dzieciach. Nie jest pokazane, czy ma męża, czy nie, czy ma choćby chłopaka – ale pokazane jest, że nie ma dziecka, i że tego żałuje.

zdążyłam

Chybiony target?

Oburzenie wielu osób spowodowane jest, jak twierdzą, chybionym wyborem celu przez pomysłodawców kampanii. Fundacja Mamy i Taty – mówią – popełniła błąd zakładając, że powodem nieposiadania dzieci przez współczesne kobiety jest ich pogoń za karierą. Nie, ich zdaniem jest inaczej. Powodem braku dzieci jest brak odpowiednich warunków do życia. Jest polityka państwa, która nie sprzyja posiadaniu dzieci. Jest brak perspektyw finansowych dla kobiet, które rodzą przerywając pracę, czy zawieszając działalność firmy. Krytyków ogarnia zwątpienie, gdy widzą bogatą kobietę, która wszystko już ma, tylko nie zdążyła urodzić. Przecież – podobno – większość kobiet nie rodziła, bo nie ma niczego.

Zgoda, na pewno jest sporo osób, które mają problem z przeżyciem i nie są w stanie sobie pozwolić na posiadanie kolejnych osób na utrzymaniu. Jednak zwrócić należy uwagę na to, że targetem kampanii nie były wszystkie kobiety, które dotychczas nie rodziły. Była to konkretna grupa kobiet – nie tych najbiedniejszych, leczy tych, które uniknęły biedy poprzez zanurzenie się w karierze, w zarabianiu pieniędzy, w szukaniu „szczęścia” i – to już prędzej – przyjemności. Nie ma takich kobiet? O, z pewnością są. Sam znam takich dziesiątki. Kampania uderza w znaczącą część współczesnych kobiet. Takich, które kończą liceum i idą na studia. Tu poznają swojego przyszłego męża, ale biorą z nim ślub dopiero po magisterce. Potem może by i mogły mieć dziecko, ale jeszcze muszą znaleźć pracę i rozwinąć skrzydła, żeby potem mieć za co przeżyć. To nie jest „chybiony target”. To jest klasyczny, naturalny sposób spędzania życia przez ogrom kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie. Nie żyjemy może w Japonii, gdzie ludzie śpią w korporacjach, jedzą w korporacjach i umierają w korporacjach. Ale target jest jak najbardziej trafiony.

Skąd więc oburzenie?

Na pytanie „Skąd oburzenie?” należy prawdopodobnie odpowiedzieć: z poczucia bycia targetem. Albo z poczucia utożsamiania się z targetem. Oburzenie połączone z ironicznymi, pełnymi jadu komentarzami, obserwuję głównie u tych kobiet, które skończyły już studia, znalazły już pracę, mają często nawet już męża, ale nie mają jeszcze dzieci, bo „na dzieci przyjdzie czas”. To te właśnie osoby najmocniej uderzają w kampanię wspierającą wczesne macierzyństwo. Same o sobie oczywiście powiedzą, że targetem kampanii nie są. Że zwyczajnie jeszcze są tak krótko w małżeństwie, że zwyczajnie mają dopiero dwadzieścia kilka, albo trzydzieści kilka lat i jeszcze dzieci mieć nie muszą. To nie do nich ta kampania, ale jest zła i powinna się odczepić.

Widzę to oburzenie w osobach, które, być może, nie korzystają z antykoncepcji hormonalnej (a kampania miała pierwotnie odnosić się też do problemu z tym właśnie rodzajem antykoncepcji), ani w ogóle z żadnej metody antykoncepcji (choć zapytani ani nie potwierdzają, ani nie zaprzeczają), ale żyją w sposób antykoncepcyjny. To jest – żyją tak i współżyją tak, aby dziecka nie mieć. I tu znów wchodzimy na grunt naturalnego planowania rodziny. Zgodnie nawet z nauczaniem Kościoła poczęcie dziecka można z obiektywnych przyczyn odłożyć w czasie. Wówczas można współżyć tylko w czasie niepłodnym i w ciążę nie zajść. Potrzeba jednak odróżnić odkładanie potomstwa z obiektywnych przyczyn od odrzucania go, odcinania się od niego. NPR nie jest po to, żeby nie mieć dzieci, lecz po to, by mieć je w odpowiednim czasie. A tym odpowiednim czasem często jest czas wyznaczony przez Boga i nie możemy stawiać Mu barier.

Nie wolno zachęcać?

Oburzeni często wspominają o agresji z jaką prowadzona jest kampania. Tymczasem to najczęściej oni są agresywni w swoim oburzeniu. A kampania Fundacji Mamy i Taty w spokojny, delikatny sposób przedstawia myślenie całego ogromu kobiet, które nie mogą urodzić, bo są już za stare, albo dlatego, że zatruły swój organizm antykoncepcją. Kobieta ze spotu zdaje się mówić „Ja to zrobiłam, ale nie idź moją drogą”. Ona właśnie jest naszą dobrą ciotką, albo starszą siostrą, która dziecka już nigdy nie urodzi (albo zrobi to za pomocą in vitro). Może być też kobietą, która ma jedno dziecko i żałuje, że nie urodziła więcej. Osobiście znam takie kobiety. Jedną starszą, która już nie urodzi, drugą młodszą, która jeszcze nie może, bo ma mieszkanie na kredyt. Tutaj ta starsza mówi tej młodszej: nie popełniaj mojego błędu. Też miałam mieszkanie na kredyt, ale teraz mam tylko jedno dziecko (albo nie mam go wcale). Jasne, że ta młodsza może się oburzać. Ale może też wziąć sobie do serca żal starszej koleżanki i pomyśleć, czy nie warto podjąć tego wysiłku związanego z macierzyństwem.

Każdy ma prawo podpowiadać i zachęcać do działania w zgodzie z tym, jak on sam uważa. Jeśli chce zachęcić ludzi bardziej, może zorganizować w tym celu kampanię społeczną. Na nikogo w niej nie krzyczy, nikogo nie wytyka palcem, nikogo nie wyciąga do tablicy. Pozostawia kilka zdań do rozważenia we własnym sumieniu. Ci, których sumienie coś wyrzuci, a będą starali się to przykryć, zareagują gniewem i ironią. Ci, którzy w swoim sumieniu ujrzą poważny wyrzut i przyjmą go jako część siebie, pewnie postanowią przyspieszyć decyzję o dzieciach. I sądzę, że nie trzeba aż tak mocno podminowywać akcji, która ma tylko pokazać, że warto mieć dzieci teraz. Bo „potem” może się rzeczywiście okazać za późno.

____________________________________

We wpisie zastosowano następującą ilustrację:

Zdjęcie w tle, profil Fundacji Mamy i Taty: https://www.facebook.com/FundacjaMamyiTaty?fref=ts

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Grzech to grzech

Głośno o tej akcji organizowanej przez część środowisk kościelnych ostatnio i czas chyba bym i ja się na jej temat wypowiedział. Najgłośniej jest tam, gdzie zwykle, czyli w Kościele „mainstreamowym”. Ten warunek – bycia tzw. Kościołem otwartym – ostatnio znakomicie spełnia Deon (podobno mający coś więcej wspólnego z o. Jackiem Prusakiem, o którym od dawna nie mam najlepszego zdania). Deon wyprzedził nawet Tygodnik Powszechny, ale o tym raczej innym razem. Piszę tylko żeby zaznaczyć, że środowisko „deonowe” słychać najgłośniej i najgłośniej słychać głosy oburzenia – bo przecież Ewangelia jest pozytywna, a akcja bilboardowa jest negatywna.

plakat„Konkubinat jest grzechem. Nie cudzołóż” – możemy przeczytać na plakatach rozwieszonych w całej Polsce, a na zdjęciu widnieją dwie dłonie splecione wężem. O słowa głównie hałas się podnosi, ponieważ zdaniem wielu mówienie ludziom wprost, że coś jest grzechem nie przyciągnie ich do Kościoła i nie zmieni myślenia na pozytywne. Jeśli już, to prędzej odstraszy tych, którzy się wahają. Ci, którzy się sprzeciwiają, są raczej zwolennikami podkreślania wartości małżeństwa, sakramentalnego związku dwojga ludzi, starają się więc odrzucać negatywną retorykę. Tu – muszę to mocno podkreślić – są jednak w wielkim błędzie. Małżeństwo bowiem, owszem, jest eksplozją dobra i cudem, radością Ewangelii. A cudzołóstwo jest grzechem. Jest złe. I jest negatywne. Zatem – jeśli zaczniemy robić akcję popierania małżeństwa, zrobimy tak, by była ona pełnią pozytywnej energii. A jeśli mówimy o cudzołóstwie, nie oszukujmy, że można pozytywnie.

Do czego dążę? Do stwierdzenia, że zawołanie „Nie cudzołóż” nie oznacza zawsze tego samego, co „Weź ślub”. Może też oznaczać „Wyprowadź się” lub „Opuść swoją kochankę/swojego kochanka”. Zatem nagana wystawiona grzechowi nie zawsze jest pochwałą wielkiego dobra. Zawsze jest pochwałą najwyższego dobra, a tym dobrem jest Jezus Chrystus.

O grzechu pozytywny przekaz?

Ludzie domagają się pozytywnego przekazu, mówiąc że negatywny odstraszy tych, do których ma przemówić. Zapytajmy więc do kogo ma przemówić. Czy wielki plakat krzyczący do nas „grzech!” jest skierowany do każdego świeckiego przechodnia, albo do ateisty, albo do dziennikarza TVNu, albo do ks. Sowy i o. Prusaka? Nie, plakat na którym wypisano słowo „grzech” jest skierowany do tych ludzi, którzy rozumieją słowo „grzech”. Do tych, dla których grzech ma jakieś znaczenie, którzy wychowani w katolickiej wierze nadal twierdzą, że są katolikami. To ci ludzie, którzy żyją sobie po swojemu, którzy mają swoje własne mniejsze i większe grzeszki, ale nadal twierdzą, że są katolikami, że są w Kościele. Porównanie ich do faryzeuszów i uczonych w Piśmie z czasów Jezusa jest podstawne o tyle, o ile możemy i o tamtych powiedzieć, że uważali się za wiernych, gdy wewnątrz mieli swój brud. Poczytajmy o tym, jak bardzo Jezus głaskał tych, którzy „chodzili do kościoła”, ale „żyli w konkubinacie”: „Biada wam, nauczyciele Pisma i faryzeusze, obłudnicy! Bo jesteście jak groby pobielane, które na zewnątrz pięknie wyglądają, a wewnątrz są pełne trupich kości i wszelkiej zgnilizny” (Mt 23,27); „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości” (Mt 23,25). A jeszcze jak pogłaskał po głowach sklepikarzy, którzy sprzedawali na terenie Świątyni w Jerozolimie: „Zabierzcie to stąd i z domu mego Ojca nie róbcie targowiska!” (J 2,16). Nie, tak naprawdę nie było głaskania. Były ostre, głośne słowa, był krzyk i nawet ganianie z biczem. Dlaczego?

Dlatego, że o grzechu nie można mówić pozytywnie, nie można owijać go w złotka i sreberka. Grzech to grzech i Jezus sam mówił o tym, głośno i wyraźnie. Kiedy zatem mówimy do ludzi, którzy mają poczucie grzechu, którym choć minimalnie zależy na byciu z Bogiem i którym zależy na własnym sumieniu, musimy im powiedzieć „Tu leży grzech!” Oni bowiem, żyjąc w dzisiejszym świecie, myślą że grzechu tu nie ma, bo przecież „wszyscy tak robią”. Owszem, należą do Kościoła i chodzą co niedzielę na mszę, ale wydaje im się, że mieszkanie ze sobą bez ślubu nie jest grzechem. Że antykoncepcja nie jest grzechem. Że współżycie pozamałżeńskie nie jest grzechem i że masturbacja też nie jest. Dlaczego? Bo dzisiejszy świat odebrał od nich tę świadomość. Odsunął myślenie, że możemy zgrzeszyć. Grzech to brzydkie, złe słowo i po co o nim mówić? Po co nim straszyć? Jak grzech to i piekło – zatem „nie grzesz, bo pójdziesz do piekła!” I ludzie odstraszani odchodzą, znikają. Zobaczcie – Jezus mówił o grzechu, karcił za grzech i choć przygarniał grzeszników, grzech potępiał! Pierwsi chrześcijanie dawali jedną szansę na poprawę – ktoś, kto zgrzeszył ponownie nie miał możliwości powrotu. Jeden raz! Ale dzisiejszy świat mówi „nie ma grzechu – ten kto mówi o grzechu, próbuje cię nastraszyć”. A członkowie Kościoła idą tą drogą. Patrzą na mainstream i przyłączają się do niego, bo przecież – tak myślą – żeby przyciągnąć ludzi do Kościoła, musimy mówić do nich językiem mainstreamu. I tak oto odrzucają mówienie o grzeszności jako kategorię ewangelizacji.

A jednak „Nie cudzołóż” to jest Boże przykazanie. I nie, Jezus nie powiedział „Nie mówmy »nie cudzołóż«, tylko raczej »kochaj i żeń się«”. Nie – powiedział: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła” (Mt 5,27-30). Jezus nie tylko zakazywał cudzołóstwa. Nie tylko zakazywał pożądliwego patrzenia na kobietę (na każdą kobietę!). Mówił też o tym wszystkim w kategoriach grzechu. A na końcu – olaboga! – straszył piekłem!

Małżeństwo nie takie różowe

Pewnego dnia między Jezusem a Jego uczniami wynikła dyskusja o nierozerwalności małżeństwa. Przebiegła ona w ten sposób: „»Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę – chyba w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo«. Rzekli Mu uczniowie: »Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić«. Lecz On im odpowiedział: »Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane«” (Mt 19,8-11). Co zatem mówi Ewangelia o małżeństwie? Że to słodka, wspaniała droga do świętości? Owszem, w innych miejscach trafimy na pochwałę tej drogi i tu też ją widzimy, ale w oczy rzuca się raczej stwierdzenie uczniów na słowa Jezusa o nierozerwalności małżeństwa: Skoro tak jest, to nie ma co się żenić! Jakże to, brać ślub z jedną niewiastą na całe życie? Toż to absurd! Ale Jezus nie mówi „Co wy gadacie, jaki absurd? Najprostsza rzecz na świecie!” – Jezus mówi „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane”. Zatem i Jezus nie twierdzi, że małżeństwo to droga usłana różami. On przyznaje, że trudno w ogóle pojąć naukę o jego nierozerwalności. I dzisiejsza młodzież też to widzi. I oni również próbują uciekać od małżeństwa, bo nie pojmują jego sensu. I jaka droga jest dobra, by ich przekonać? Czy mamy im kadzić, pachnić, fiołki na drodze do małżeństwa sadzić? A może warto przyznać, że małżeństwo jest trudną drogą, ale cudzołóstwo jest drogą złą? Tak przecież robił Jezus…

Komu pomoże kampania

konkubinatAkcja plakatowa z pewnością nie pomoże tym, którzy stoją teraz na granicy Kościoła i zastanawiają się, czy odejść, czy zostać. Z pewnością nie pomoże też tym wszystkim, którzy głośno krzyczą że kampania jest be, ale są poza Kościołem. Nie ma za bardzo także w czym pomóc tym osobom, które są w Kościele, wprawdzie po jego „deonowej” stronie, ale wierzą w moc małżeństwa i wykluczają cudzołóstwo. A komu może pomóc? Kampania może pomóc tym, do których jest skierowana: młodym ludziom uważającym się za członków Kościoła, ale uwiedzionym przez mainstream. Ta akcja może pomóc tym, którzy zachłysnęli się współczesnym światem i tym, co świat błędnie nazywa wolnością, ale wciąż pragną być blisko Boga i w oddaleniu od grzechu. Ta akcja pomoże tym, którzy mają zatarte poczucie grzechu, tym którzy nie widzą go tam, gdzie jest, więc myślą, że mogą – że powinni, a czasem, że powinno się im pozwolić – przystępować do Komunii, bo przecież „nie taki diabeł straszny jak go malują” na plakatach oczywiście. Wielu ludzi, którzy chcą żyć w Kościele, a którym krzyknie się „grzeszysz!”, może odwrócić się od grzechu i stwierdzić, że z człowiekiem, z którym nie zamierzam brać ślubu, dobrego życia nie zbuduję. I prawda jest taka, że do mnie na przykład to hasło przemawia. Ja sam jestem zwolennikiem mocnego uderzenia. I stwierdzenia: albo jesteś w Kościele i żyjesz zgodnie z zasadami, ustalonymi przez samego Boga dla twojego dobra (nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij), albo nie jesteś w tym Kościele wcale.

A co jeśli się obrazi, zabierze manatki i sobie pójdzie? Bo on/ona nie chce być w takim Kościele, który mówi „nie”, zamiast sadzić kwiatków i głaskać po głowie? No to niech sobie idzie. Możemy się modlić, by jeszcze wrócił/a. Ale jeśli będzie chciał/a wrócić, to na naszych warunkach. Na warunkach Kościoła. Tego, w którym cudzołóstwo nadal pozostaje cudzołóstwem. W którym grzech to grzech.

Post Scriptum

Oczywistym jest, że część z Was okrzyknie mnie teraz faryzeuszem. Że zacznie doszukiwać się belki w moim oku, albo zarzuci mnie cytatami w stylu „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Tak, tradycyjna mainstreamowa gadka w stosunku do tych, którzy są gotowi głośno krzyknąć, że grzech jest tu, dokładnie tu, i że grzech znaczy zło. Przykro mi, ale Jezus sam tak krzyczał. Naprawdę.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Plakat „Konkubinat to grzech”, za: http://poznan.naszemiasto.pl/artykul/konkubinat-to-grzech-kontrowersyjny-plakat-takze-w-poznaniu,3304139,artgal,t,id,tm.html
2. Konkubinat, za: http://kobieta.interia.pl/forum/konkubinat-to-dla-mnie-nie-zwiazek-tematy,dId,2282698

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Co wolno wojewodzie?

Pozostańmy dziś w tematyce prawa, ale zajrzyjmy do niego od innej strony. Ostatnio zastanawialiśmy się nad tym, czy prawo naturalne jest ważniejsze od prawa stanowionego i czy na przykład lekarz może odstąpić od wykonania czynu nakazanego prawem, ale niezgodnego z prawem naturalnym. Dziś chciałbym zadać i odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób prawo obowiązuje istniejącą władzę. Popularne bowiem jest wśród rządzących nami polityków stwierdzenie, że katolikiem (czy szerzej – osobą wierzącą) można być sobie prywatnie, ale jeśli rządzi się państwem (miastem, gminą, itp.), swoje wierzenia należy zostawić w domu. Próbuję sobie wytłumaczyć jakoś to zjawisko i od niedawna pojmuję, że może tu wchodzić w grę takie myślenie, jak na przykład w kwestii hobby. Załóżmy, że prezes firmy zbiera klocki lego. Jednak kiedy przychodzi do biura, nie kieruje się swoją pasją, ma zdecydowanie inne rzeczy na głowie i nie może podejmować decyzji związanych z firmą na podstawie swoich zainteresowań. Albo kobieta, która do biura dojeżdża na rolkach, przed wejściem do pracy zdejmie legginsy i założy spódnicę. Takie życie – to co w domu, to w domu. To co w pracy, to w pracy. Niestety, to myślenie jest błędne gdy chodzi o wiarę.

Dobro i złoReligia której bowiem człowiek jest wyznawcą to nie tylko swego rodzaju osobiste zainteresowanie. W ramach religii występuje także wiara w jakiś wyższy byt, jak również wyznawane wartości. To dotyczy każdej religii, nie tylko chrześcijaństwa, a wyznawane wartości są tu słowem kluczowym. Wartości bowiem, które się wyznaje, przekładają się na życie. Nigdy nie było inaczej – jeśli ktoś prywatnie nie kopie kotów, to nie robi tego także publicznie tylko dlatego, że swoje przekonania zostawił w domu. Przekonań nie zostawia się w domu i każdy trzeźwo myślący człowiek dojdzie do tego wniosku. Człowiek, który prywatnie pomaga sierotom, będzie pomagał im także publicznie, chyba że jest zakłamanym dwulicowcem. Arab, który nie je wieprzowiny w swoim domu nie tknie jej także na oficjalnym przyjęciu. I tak dalej, przykłady można by mnożyć. Co więc zmienia się w przypadku spojrzenia na katolików? Coś sprawiło, że od lat stanowią oni polityczny i medialny wyjątek od reguły. Jeśli jesteś katolikiem, swoją wiarę i przekonania masz – jak wspomniano – zostawić w domu i nie kierować się nimi na zewnątrz. Tymczasem katolicyzm rzeczywiście jest w jakiś sposób wyjątkowy – nie dlatego, że nie niesie z sobą przekonań przekładających się na życie, lecz właśnie wręcz przeciwnie. Katolicyzm to wiara w to, że Bóg zbawił świat przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna, a przekonania które kierują życiem katolika opierają się nie na dziwnych prawach opatentowanych przez głowy myślicieli, lecz na prawie naturalnym, na naturalnym dążeniu do dobra. Podstawowe zasady umieszczone w kodeksie postępowania katolika dotyczą nieczynienia krzywdy, lecz wprowadzania dobra. „Nie zabijaj” pomaga nam nie decydować o mniejszym czy większym złu w przypadku potrzeby zamordowania kogoś, lecz wyraźnie stawia sprawę: nie wolno zabijać ani chorych, ani umierających, ani starych, ani nienarodzonych, ani innowierców. Przykazanie „nie cudzołóż” dotyka oczywistej zasady o pozostawaniu na wyłączność dla swojego męża czy żony, bez zdrad, skoków na boki i wielożeństwa, które muszą wprowadzać rozłam. W samym katolicyzmie nie ma zasad odnośnie zakazów jedzenia czy picia czegoś, albo podcierania się tą a nie inną ręką. Jedyne prawa kierujące życiem katolika dotyczą zbliżania się do Boga – w sposób wybitnie nieinwazyjny – oraz przestrzegania podstawowych ludzkich praw, wynikających z ludzkiej natury.

Zatem katolik jest w prosty sposób zmotywowany do przestrzegania naturalnego porządku rzeczy i tym się ma kierować. Jednak są ludzie, którzy Boga omijają szerokim łukiem, ale żyją dobrze. Słyszałem kiedyś, że choć odrzucają oni trzy pierwsze przykazania, żyją według siedmiu pozostałych. Mogę żałować, że nie chcą oni zbliżać się do Boga, ale muszę docenić ich postępowanie w zgodzie z prawem naturalnym. I rzeczywiście istnieją ateiści czy agnostycy będący kategorycznie przeciw aborcji (to może się niektórym wydawać paradoksem, ale w żadnym razie nim nie jest), a także tacy, którym do głowy nie przyjdzie zdradzenie żony. Mówi się, że mocna wiara w Boga i zbawienie motywuje do przestrzegania praw moralnych i to jest prawda, ale dla niektórych nie jest to warunek konieczny. I odwrotnie – choć odejście od Pana często sprowadza się do rezygnacji z dobra w życiu, to nie musi się tak zdarzyć i nie zawsze się zdarza. Ciekawostką jest jednak inne zjawisko, które obserwujemy w dzisiejszym świecie i które próbuje zdominować opinię publiczną – jest to wspomniany wcześniej nacisk na porzucenie praw moralnych dla „dobra” ludzkiego. Samo z siebie to zjawisko jest już paradoksalne, przecież prawo moralne działa właśnie dla dobra ludzkiego. Nie ma większego ludzkiego dobra niż to zawarte w moralnym prawie naturalnym. Polecenie „nie zabijaj” nie jest dążeniem do mniejszego dobra, niż polecenie „możesz zabijać, jeśli twoja ofiara jest chora lub niepełnosprawna”. Ale media i politycy trąbią dookoła, że prawo moralne należy zostawić w domu, że swoją wiarę i przekonania należy zostawić w domu i w życie publiczne iść z takimi przekonaniami, jakie głoszą media właśnie. Że należy przestrzegać prawa stanowionego nawet gdy jest niezgodne z prawem naturalnym.

Hanna Gronkiewicz-WaltzCo zatem wolno wojewodzie? Co wolno premierowi, prezydentowi kraju czy miasta? O tych rzeczach mogliśmy się przekonać nie raz. Pani Ewa Kopacz, deklarująca się jako wierzący katolik, w sprawie „Agaty” zaś osobiście wskazująca szpital, w którym czternastolatka mogła usunąć swoje całkowicie zdrowe dziecko, które naprawdę nie powstało w wyniku gwałtu (ale w wyniku „czynu zabronionego” – współżycia z dzieckiem poniżej 15 lat), sama uzasadniając swoją decyzję powiedziała, że przekonania katolika nie mogą wchodzić do polityki, że muszą pozostać w domu. Po nastąpieniu aborcji ludzie zastanawiali się nad tym, czy Ewa Kopacz nałożyła na siebie kościelną ekskomunikę, czy nie, o czym już pisałem. Prezydent Komorowski opowiadał się oficjalnie za in vitro, jednocześnie będąc przekonanym, że może sobie spokojnie przystępować do komunii, a żaden z biskupów nie powiedział mu, że jest odwrotnie – nadal sami biegali do niego z Panem Jezusem (więcej u mnie tutaj). Dziś wreszcie sytuacja się powtarza. Nieodwołana w warszawskim referendum prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zdejmuje ze stanowiska dyrektora szpitala Świętej Rodziny profesora Bogdana Chazana. Robi to, ponieważ ten odmówił aborcji kobiecie z niepełnosprawnym dzieckiem i nie udzielił jej informacji o tym, gdzie mogłaby tej aborcji dokonać. Sama Gronkiewicz-Waltz jednocześnie od wielu lat podkreśla swój katolicyzm, swoją przynależność do Odnowy w Duchu Świętym, swoje przywiązanie do Jana Pawła II. Jej wypowiedzi w tym temacie mogą być przez niektórych uważane wręcz za fanatyczne. A jednak tak, jak brakiem kompetencji i logicznego myślenia, pani prezydent cechuje się również brakiem tego przywiązania, brakiem przywiązania do – podobno wyznawanych – zasad moralnych. Z jej toku rozumowania wynika, że ma swoje bardzo poważne przekonania, ale jako prezydent Warszawy ma obowiązek przestrzegać obowiązującego prawa. Wielokrotnie udowodniono już, że prawo to obowiązuje tylko medialnie, nie było bowiem podstaw prawnych do usunięcia doktora Chazana ze stanowiska dyrektora, ale prawo medialne okazało się ważniejsze zarówno od prawa moralnego, jak i stanowionego. Podobnie przecież było w przypadku czternastoletniej Agaty, której ciążę zakończono ze względu na medialną nagonkę i była to pierwsza aborcja, której przyczyną był „czyn zabroniony” nie będący gwałtem.

Ale nie to wolno wojewodzie. Wojewoda czy prezydent katolik ma w pierwszej kolejności obowiązek przestrzegania prawa naturalnego. Prezydent Warszawy czy minister zdrowia podający się za katolików mają w pierwszej kolejności bronić prawa do życia – każdego życia – a nie walczyć o możliwość zabicia, a w przypadku niedokonania owego – zwalniać prawego moralnie lekarza. Dlatego dziś oczekuje się mocnego, głośnego wezwania biskupów w stronę pani Hanny Gronkiewicz-Waltz, która udowadnia, że katoliczką za bardzo jednak nie jest. Nie żyje tym, w co wierzy. I my wszyscy musimy pamiętać, że jeśli jesteśmy katolikami, jeśli znamy prawo moralne, musimy przestrzegać go zawsze, w każdym momencie życia. Wejście w politykę, w życie medialne, studia medyczne i żadną inną dziedzinę nie upoważnia nikogo do łamania prawa moralnego. A my oczekujemy na takich polityków-katolików, którzy za priorytet postawią sobie przestrzeganie prawa moralnego w państwie, w którym żyjemy.

Nie wolno wojewodzie, ani tobie, smrodzie!
____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Dobro i zło – grafika za: http://roznice.com/swiat-nauki/roznice-miedzy-etyka-a-moralnoscia/
2. Hanna Gronkiewicz-Waltz, za: http://www.se.pl/wydarzenia/warszawa/warszawiacy-chca-odwoac-prezydent-hanne-gronkiewicz-waltz_320360.html

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 Komentarze