Ku chwale innych

Kalejdoskop

Chłopak nie był przekonany o słuszności swojej decyzji. Korzystając jednak z okazji, że na weekend był w domu – bo nie należał do szczęśliwych studentów posiadających własny sprzęt elektroniczny – zalogował się na Allegro i wpisał w wyszukiwarkę słowo „kalejdoskop”. Wyskoczyło kilka propozycji, zainteresował się jedną z nich. Kalejdoskop wodny, typowe rękodzieło. Odetchnął trzy razy głęboko, następnie kliknął w odpowiedni przycisk i magiczna dziecięca zabawka była już jego.

KalejdoskopTak naprawdę nie do końca jego. Nie tak dawno pożyczył od koleżanki ze studiów książkę, taką, którą czytała zamiast uważać na wykładach, a w tej książce przeczytał również kilka zrobionych ołówkiem na marginesie dopisków. Jeden z nich, „Chciałabym mieć kalejdoskop”, wpłynął na decyzyjność chłopaka. Wtedy chłopak postanowił kupić kalejdoskop i dać go dziewczynie.

Nie z nią jednak był umówiony na następne popołudnie. Tu pojawiał się dylemat, który dręczył go od pewnego czasu. Kiedyś bowiem chłopak chciał poznać wierzącą kobietę i z nią założyć rodzinę. Marzył o tym już jako dwunastolatek, przez co zraził do siebie swoją ówczesną sympatię. Marzył w liceum, ale jego dziewczyna nie była gotowa na ślub po maturze. Potem postanowił oddać się Bogu na służbę, ale ksiądz przełożony nie odniósł wrażenia, jakoby ten się do tego nadawał. Marzenia o ślubie wróciły więc, ale i kolejna ukochana nie podzielała jego pociągu do szybkiej żeniaczki. Później jednak coś pękło.

Chłopak miał dość nieudanych związków i dziewczyn, które boją się poważnych decyzji. Postanowił więc spędzić dalsze życie na zabawie. Przyjemności codzienności, bezczelny podryw, a także rozwój kariery politycznej, poczynając od zdobycia władzy w samorządzie studenckim i podjęcia współpracy z parlamentem studentów. Takie były zacne plany, a że były niezwykle przyjemne, to tym lepiej. Ona – ta od kalejdoskopu – była drzazgą wbijającą się niemiło w sielski krajobraz. Wyglądało, że była wierząca, mądra, i że dążyła do stworzenia rodziny opartej na Bogu. I on – chłopak – mógłby jej to zapewnić, jeszcze pół roku wcześniej. Zabiłby się za to – wtedy, nie teraz. Teraz chciał czerpać przyjemność i nie przejmować się duchowym rozwojem, nie mówiąc już o rozwoju rodzinnym.

Dlatego umówił się z dziewczyną, którą poznał na juwenaliach dzień wcześniej. Umówił się z nią i poszedł do niej, doskonale wiedząc co będą robić. Chciał się bawić, a nie łączyć w związki na całe życie. A dziewczyna, z którą się umówił, nadawała się do zabawy. Nie myślał wtedy, że zachowuje się wstrętnie wykorzystując kobietę. Chciał się bawić, to wszystko.

Siedzieli razem na kanapie i po krótkiej wymianie zdań przeszli do przyjemności. Zaczął od złożenia pocałunku na jej ustach. Ale szybko przeszedł niżej, na szyję, kierował się w dół…

Telefon!

Nie jej. Zatem jego. Leży na stoliku i dzwoni. Pierwsza myśl: odrzucić połączenie. Przecież tak właśnie trzeba zrobić, odrzucić. Naiwniacy na filmach włączają się w dysputy z kumplami, tracąc możliwość zdobycia dziewczyny. Z tyłu głowy pojawiła się jednak druga myśl: „Odbierz”. Coś w rodzaju próby ratowania go – przed czym? Nie miał pewności. Spojrzał na wyświetlacz. Kolega z liceum. Nie mieli kontaktu od… od ilu? Od kilku lat. Czego chciał?

Odrzucił. Uśmiechnął się do dziewczyny i wrócił do przyjemniejszych zajęć.

Miesiąc później wciąż się z nią spotykał. Druga dziewczyna, ta dla której zamówił kalejdoskop, wciąż przewijała się obok niego na uczelnianym korytarzu i wciąż budziła niepokój, jakby krzyczała w jakiś tajemniczy, niesłyszalny sposób: „Jestem twoją jedyną nadzieją na lepsze życie”. Ale było już za późno. Niewierząca, skrzywdzona przez niego dziewczyna z juwenaliów ze łzami w oczach pokazała mu test ciążowy. Teraz chłopak musiał wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności. Musiał ożenić się i wychować dziecko kobiety, z którą nie mógł być szczęśliwy. Co do której nawet nie miał pewności, czy będzie w stanie ją pokochać. Gdyby dało się cofnąć czas…

Włączył radio. Wsłuchał się w słowa piosenki Budki Suflera:

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

Wyjął z szuflady zabawkę, której nigdy nie ofiarował dziewczynie, która miała go dostać. Przybliżył otwór do oka i przekręcił sprzęt w rękach.

Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?

Telefon!

Nie jej. Zatem jego. Leży na stoliku i dzwoni. Zdziwił się. Rozejrzał. Tak, właśnie przerwał sobie całowanie dziewczyny po szyi. Ogarnęło go jeszcze większe zdziwienie. Chwycił telefon do ręki. Na wyświetlaczu: kolega z liceum. Odrzucić? Nie. Odebrał.

„Cześć. Podobno uczysz się japońskiego!” – głos kolegi surrealistyczny, jak zresztą wszystko wokół. Jak to się stało? – „Chciałem pokazać dzieciakom z którymi pracuję jak się liczy do dziesięciu po japońsku”.

„Ichi. Ni. San. Shi. Go…” – Chłopak wymieniał. Wymieniał i uspokajał się. Tak ma być.

Więcej się z dziewczyną z juwenaliów nie spotkał. Kalejdoskop dał tej, która miała go dostać. Postanowił rzucić szczeniackie rozrywki i studenckie życie. Postanowił porzucić polityczne aspiracje. Teraz mógł pokochać prawdziwie i z wiarą.

Wyjechali razem do Szkocji.

Na kilka miesięcy – takie było założenie. Na dwa dokładnie, na czas wakacji. Żeby trochę zarobić i wrócić na nowe już studia jako kasiaści ludzie. Tam zaręczyli się. Niestety pracę trudno było znaleźć. Trafiła się jedna, nawet ciekawa. Ale na pół roku co najmniej. Chłopak początkowo wiedział, że nie może jej przyjąć. Przecież jest tu z kimś ważnym i z tym kimś ważnym musi później wrócić do Polski, na studia. Chyba, że ten ktoś zostałby z nim w Szkocji. Mogliby zacząć studia od kolejnego roku, a przedtem nieco się wzbogacić.

Zdecydował, że zostanie. Ale ona nie miała takiego zamiaru. Nie była problemem nawet jej wola, ani chęć – czy pozorna konieczność – skończenia studiów. Problemem było to, że była jeszcze dość młoda, w dużym stopniu zależna od rodziców i pewna, że jeśli postanowiłaby zostać na dłużej, jej ojciec osobiście wsiadłby w samochód i przyjechał, żeby zabrać ja do domu. Spakowała się więc i pojechała. On został w Szkocji, obiecał, że wróci. Wkrótce wróci.

Pół roku nie wystarczyło, żeby się dorobić, został więc na dłużej. Pisał czasem do dziewczyny, teraz już narzeczonej, szukał kontaktu. Coraz rzadziej jednak. Aż pewnego dnia dostał pocztą kopertę. W środku zaproszenie. Jego narzeczona brała ślub z innym facetem. W zaproszeniu tekst piosenki:

Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Chłopak rozejrzał się wokół. Kalejdoskop stał na półce. Ukochana nie wzięła go ze sobą, widocznie zapomniała. Pewnie miała zapomnieć. Wziął zabawkę do ręki, przybliżył otwór do oka i przekręcił.

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

DłonieNiestety pracę trudno było znaleźć. Trafiła się jedna, nawet ciekawa. Ale na pół roku co najmniej. Chłopak nie wahał się. Przyjechali zarabiać tu pieniądze, ale zdobył coś więcej – nadzieję na dobrą przyszłość. Wiedział już, że jeśli zostanie w Szkocji, nie wróci do narzeczonej, nie weźmie z nią ślubu, poświęci się tylko zbijaniu fortuny. Podziękował więc pracodawcy. Wrócił z narzeczoną do domu bez grosza, ale pozostali już razem.

Wzięli ślub rok później. Mieli razem trójkę dzieci. Później mieli ich więcej.

Kalejdoskop tak naprawdę nie miał magicznych mocy.

Chłopak podjął po prostu dwie dobre, choć trudne i mało przyjemne decyzje. Gdyby kalejdoskop działał jak trzeba, zmieniliby więcej rzeczy. Wzięliby ślub wcześniej. Po co czekać rok? Bardziej by się usamodzielnili. Sami zorganizowaliby sobie obiad poślubny. Wiele rzeczy mogłoby wyglądać inaczej. Ale nie wygląda. Jest dobrze tak, jak jest – bo dobre decyzje doprowadziły chłopaka do spełnienia jego największego marzenia. Do założenia wierzącej, dojrzałej rodziny i bardzo mądrą i piękną kobietą. Chłopak nigdy nie żałował, że odebrał telefon. I nigdy nie żałował, że nie został w Szkocji na pół roku. Cieszy się, bo kocha i jest kochany. Dzięki temu też może być szczęśliwy.

Wóz tnie powietrze, jak nóż weselny tort
W najbliższym mieście każę obudzić dzwon
Za marzenia słono płaci się
Lecz życie tak niepowtarzalne jest

Wyciągasz palce wtedy, gdy zmieniam bieg
Gdzieś zniknął pancerz, który krępował mnie
Wolność ma tak śmiesznie słony smak
Mnie też żal tamtych, zakręconych lat

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop

To jest notka numer 300. Zgodnie z tradycją wpisów setkowych jest notką comming-outową. Od chwili, gdy chłopak i dziewczyna zostali parą, mija w tym miesiącu osiem lat. Mam nadzieję, że przed nimi jeszcze o wiele więcej. Że będzie o czym pisać.

Za horyzontem niepewność czeka nas
Gnamy jak pocisk prosto w objęcia dnia
odsuwasz dach i w rękę łapiesz wiatr
Powiedz mi prawdę, ile lat mnie kochasz!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Kalejdoskop, za: http://awilewski.pl/?p=1011

2. Splecione dłonie, za: https://itiswrittenforyou.wordpress.com/2012/12/03/never-again/beautiful-lovers-couple-hold-hands-girl-boy-cute-adorable/

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Gdyby Jan Paweł nie umarł, nie byłoby Jana Pawła II

Jan Paweł I był papieżem, który zasiadał na tronie papieskim przez bardzo krótki okres czasu. Wybrany w czasie konklawe 26 sierpnia 1978 roku, uroczyście objął stanowisko 3 września tegoż roku, a zmarł 28 września. Jego pontyfikat trwał więc nieco ponad miesiąc, a nagła śmierć do dziś wzbudza wiele kontrowersji. Albino Luciani po wyborze na papieża przyjął jednak imię Jan Paweł (na cześć swoich dwóch poprzedników – Jana XXIII i Pawła VI), a nie Jan Paweł I, tak jak i dziś będący biskupem Rzymu Franciszek nie nosi przy swym imieniu dodatku „Pierwszy”. Do imienia „Jan Paweł” dodano rzymską liczbę oznaczającą „jeden” już po jego śmierci. A zrobiono to dlatego właśnie, że jego bezpośredni następca przyjął również imię Jan Paweł, tym razem by upamiętnić swego nagle zmarłego poprzednika. Wówczas to Karol Wojtyła otrzymał numer „drugi”, a Albino Luciani – już pośmiertnie – „pierwszy”.

POPE JOHN PAUL II POPE JOHN PAUL IWydaje się logicznym stwierdzenie, że gdyby nie przedwczesna, nagła śmierć Jana Pawła I, jego następca prawdopodobnie przyjąłby zupełnie inne imię. Nie tylko zresztą to, ale również papieżem zostałby prawdopodobnie ktoś zupełnie inny. Gdyby nie niewyjaśniona do końca śmierć Albino Lucianiego, Karol Wojtyła raczej nigdy nie trafiłby na tron piotrowy, nie mielibyśmy papieża Polaka, „naszego” papieża. I, może dało się to zauważyć już, cały ten mój wywód wpisuje się idealnie we wcześniejszą tematykę dziecka śmierci. Tylko tym razem chodzi o imię.

Mamy z moją Żoną taką umowę, ku sprawiedliwości, że wybieramy imiona naszym dzieciom na zmianę. Na początku, ustaliliśmy, jeśli urodziłby się chłopak, ja nadałbym mu imię. Jeśli zaś dziewczynka – imię wybrałaby Żona. I kontynuując – imię drugiemu chłopcu wybierać miała Żona, a drugiej dziewczynce ja. Są przy tym pewne obostrzenia, jak na przykład takie, że dziecko nie może nosić imienia, którego nie nosił żaden święty patron. Albo nie może nosić imienia, które podoba się tylko jednemu z nas, a drugie go nie akceptuje. W efekcie kilka imion odpadło, ale co do większości jesteśmy w stanie się dogadać. A skoro naszym pierwszym dzieckiem jest chłopiec, to nosi imię zgodne z moim pomyślunkiem. A druga jest dziewczynka i to Żona nadała jej imiona. A potem było trzecie dziecko.

Nasz Trzeci zmarł. Zmarł na tyle wcześnie, że nie dało się określić jego płci w stu procentach, ale i na tyle późno, że lekarz zdążył wcześniej określić jego płeć z pewnym prawdopodobieństwem, graniczącym z niepewnością. Było możliwe, ale nie pewne, że Trzeci był chłopakiem. A skoro był chłopakiem, to nosił imię takie, jakie chciałaby moja Żona. Komplikacje jednak pojawiły się już w momencie nadawania tego imienia dziecku, które nawet nie mogło zostać ochrzczone. Zastanawialiśmy się, czy może nie pochować go pod imieniem innym, niż planowane. Myśleliśmy o nienadawaniu mu imienia, bo „Bóg zna jego prawdziwe imię”, ale nie dało się tego zrobić – urzędnik musiał wpisać jakieś imię, żeby zarejestrować śmierć maluszka. Zdecydowaliśmy, że najbardziej sprawiedliwe wobec niego było nadanie mu takiego imienia, jakie było zamierzone od początku. I tak oto nasz Trzeci, przedwcześnie zmarły dzieciaczek otrzymał imię Piotr Łukasz i pod tym imieniem został pochowany.

A potem pojawiło się kolejne dzieciątko, któremu też trzeba było nadać imię. Kolejna burza mózgów między nami podsunęła nam kilka pomysłów. Pierwszym było to, że jeśli będzie to chłopiec, to imię nadam mu ja, bo Trzeci nosił imię od mojej Żony. Drugą myślą było nadanie innego imienia, również wybranego przez moją Małżonkę. Ale wciąż nie skreślaliśmy imienia Piotr Łukasz z listy możliwości. Nie byliśmy jednak pewni, czy to jest dobry pomysł. Czy to jest sprawiedliwe wobec Trzeciego, który odszedł od nas przedwcześnie, ale dostał od nas imię i pod tym imieniem został pochowany. I wtedy właśnie przyszło mi do głowy to porównanie. Gdyby Jan Paweł nie umarł, nie byłoby Jana Pawła II…

116Karol Wojtyła przyjął imię Jana Pawła po swoim przedwcześnie zmarłym poprzedniku. Nosił je z dumą, choć nie porównywano go nigdy do Albino Lucianiego, a on nie próbował być taki, jak tamten. Przejął imię po nim, by uczcić jego życie i śmierć. I dzięki tej sytuacji my postanowiliśmy nadać naszemu czwartemu dziecku, jeśli będzie chłopcem, imię Piotr Łukasz, takie samo, jakie nosił jego zmarły przedwcześnie brat.

Piotr Łukasz, bez dodatku „drugi”, urodził się 25 sierpnia 2014 roku. Jest chłopcem, tak jak prawdopodobnie był nim jego „poprzednik”, ten którego imię nosi. I jeśli pewnego dnia pójdziemy na cmentarz, by zapalić znicz na grobie naszego zmarłego maluszka, a Piotruś zapyta dlaczego tam jest jego nazwisko, opowiemy mu dokładnie tę samą historię. Wierzymy, że zrozumie, tak jak w tej chwili rozumie to jego pięcioletni brat.

Dziękuję wszystkim za troskę i modlitewne wsparcie, zarówno gdy zmarł nasz Trzeci, jak i gdy oczekiwaliśmy na Czwartego. Chwała Panu!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:

1. Jan Paweł I wita kardynała Karola Wojtyłę, za: http://wojdalscy.republika.pl/galeria/jp2/slides/z2634086G.html

2. Piotr Łukasz, autor zdjęcia: Maurycy Teo

Categories: Ku chwale innych, Uncategorized | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Dziecko śmierci

Mój bliski opowiedział mi pewnego razu swoją historię. Jego rodzice chcieli mieć tylko jedno dziecko. Kiedy więc urodził się ich syn, postanowili zaniechać dalszych starań o potomka. Tym synem nie był mój bliski. Można więc przypuszczać, że on nigdy by nie zaistniał, nigdy by się nie urodził, gdyż – zgodnie z planem – rodzice mieli już to jedyne dziecko. Syn jednak zmarł. Po odbyciu żałoby rodzice zdecydowali się zatem, że – skoro chcą mieć jedno dziecko – postarają się o kolejne. Wtedy urodził się mój znajomy. To właśnie on, wiele lat później, opowiedział mi o zjawisku, które nazwał „dzieckiem śmierci”. On sam tak siebie nazwał. Gdyby nie umarł jego brat, którego nie miał nawet szansy poznać, jego nigdy by nie było.

Potem zacząłem zastanawiać się nad zjawiskiem dziecka śmierci. Doszedłem do wniosku, że każdy człowiek na ziemi jest z pewnością dzieckiem śmierci, bo każdy człowiek istnieje dzięki temu, że ktoś przed nim, w odpowiednich okolicznościach, umarł. Niekoniecznie musiała to być tak prostolinijna historia, jak u mojego znajomego. Nie musiało być tak, że zmarło czyjeś starsze rodzeństwo, które miało być jedynym dzieckiem. Ale jeśli cofniemy się myślami w czasie wystarczająco daleko, napotkamy z pewnością na śmierć, która doprowadziła do naszego życia. Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł się urodzić.

dzieckoZnam historię życia człowieka niezwykle bliską mojemu sercu. Żyła sobie piękna, młoda kobieta, która pokochała młodego mężczyznę. Byli ze sobą szczęśliwi i planowali wspólne życie. Planowali ślub i rodzinę, planowali dzieci. Niestety okazało się, że narzeczony dziewczyny jest ciężko chory, że umiera. To będzie historia z happy endem, nawet mimo tego, że ten mężczyzna w końcu umrze. Może się to wydawać ironiczne, ale naprawdę wielu ludziom później przyniesie szczęście. Mężczyzna chorował i umarł. Został pożegnany, a po pewnym czasie kobieta pokochała innego mężczyznę. Z tym mężczyzną wzięła ślub i w ich małżeństwie pojawiło się dziecko. Tym dzieckiem był ów człowiek, o którym wspomniałem na początku. Urodził się w szczęśliwej rodzinie, a data jego urodzin była kolejną rocznicą pogrzebu pierwszego narzeczonego jego matki…

W środę byliśmy na mszy w Zagościńcu. Zagościniec jest małą miejscowością, która znajduje się blisko miejsca mojej pracy i w której mamy nadzieję pewnego dnia zamieszkać. Nasze zamieszkiwanie w Zagościńcu zaczęło się nietypowo – od śmierci naszego Trzeciego Maluszka. Szukając miejsca na pochówek wybraliśmy sobie właśnie Zagościniec z myślą, że gdy kiedyś tam zamieszkamy, nasz grób będzie w pobliżu. Byliśmy na mszy, którą wcześniej zamówiliśmy w intencji zbawienia naszego Maleństwa. Termin ten pokrywał się zaś mniej-więcej z datą przewidywanego rozwiązania, które planowane było na koniec lutego. Gdybyśmy zatem nie stracili dzieciątka, to nasze Trzecie byłoby już z nami, na wierzchu, lub właśnie by się rodziło. Dziwnie się o tym pisze w 5 miesięcy od jego śmierci, kiedy tak naprawdę w ogóle nie czuje się już, że można by musieć opiekować się noworodkiem.

JezusdzieciJesteśmy w trzecim miesiącu ciąży. Nasze Czwarte w tej chwili jest zdrowe, rozkokoszone i bezpieczne. Kiedy pytają mnie o to, jak się miewa, odpowiadam w stylu typowym dla mnie, że jeszcze żyje. Ale żyje i podobno miewa się dobrze. Gdyby nasze Trzecie Maleństwo nie umarło, dziś rodziłoby się, a Czwartego nie mielibyśmy nawet w planach. No, może bardzo odległych. Kiedy jednak okazało się, że straciliśmy jednego z dzieciaczków, postaraliśmy się z Bożą pomocą o kolejnego, gdy tylko lekarze zajmujący się nami wskazali, że już jest dobry moment, by się starać. Nasze Czwarte Dzieciątko, to które teraz się rozwija w swoim życiu płodowym, nigdy by nie zaistniało, gdyby nie umarło jego starsze rodzeństwo. Ono istnieje tylko dlatego, że jego brat lub siostra opuścił nas przedwcześnie. Każde kolejne z naszych dzieci będzie już inne niż byłoby każde kolejne z naszych dzieci, gdyby Trzecie nie umarło. Ale to jedno, Czwarte, zawsze będzie inne w wyjątkowy, bardzo bezpośredni sposób. Ono jest bardzo bezpośrednio dzieckiem śmierci.

Proszę Was serdecznie o modlitwę w intencji naszego Czwartego Maluszka, aby bezpiecznie przeszedł przez ciążę i zdrowo wyszedł na zewnątrz w odpowiednim momencie. Oraz w intencji Trzeciego, aby miał możliwość cieszyć się wiecznym szczęściem w Niebie, skoro Pan postanowił powołać go tak wcześnie.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Figura Dziecka Utraconego, pobrana ze strony http://wiara.wm.pl/126599,Dzien-Dziecka-Utraconego.html
2. Wizerunek Jezusa i Dzieci, pobrany ze strony http://anulka77.wordpress.com/2012/08/03/dzieci-i-pan-jezus/

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Pożegnanie dziecka nienarodzonego

Minęły już dwa miesiące odkąd dowiedzieliśmy się o tym, że nasze trzecie Maleństwo nie żyje. Sądzę, że póki sprawa jest jeszcze dość świeża, ale już nie tak bolesna, warto napisać kilka słów o sytuacji ojca w radzeniu sobie z tak przykrym zdarzeniem.

Jestem mężczyzną, ojcem, a co za tym idzie – nie ulega to wątpliwości – dziecko w łonie matki jest dla mnie większą abstrakcją, niż to poza jej łonem, jak i większą abstrakcją niż dla matki tego dziecka. To kobieta nosi w swoim łonie maleństwo, czuje je, jak wpływa na jej organizm, na jej codzienność, wreszcie czuje jego ruchy. Ale nie jest prawdą, że świadomy i kochający mężczyzna nie ufa swemu ojcostwu do momentu porodu. I ja od samego początku kochałem każde z moich dzieci, i ja troszczyłem się i rozmawiałem z tymi, których nie widziałem. Podobnie było z Trzecim, które towarzyszyło nam od momentu poczęcia – nie tylko mojej Żonie, ale nam, razem, a także naszym pozostałym dzieciom. I Synek modlił się za Maleństwo przy codziennej modlitwie, i całował brzuch mamy na dobranoc. Podobnie troszczył się kiedy w brzuchu była Córka i dlatego nie było dla niego niespodzianką, kiedy wreszcie się urodziła. Ja o naszym Trzecim wspomniałem tu, na blogu, kiedy jechaliśmy z Żoną do Paryża. To było nasze jedyne dziecko, które nam w tej podróży towarzyszyło.

Kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że zmarło. Trzeba było wszystkim powiedzieć; wszystkim tym, którzy już wiedzieli o jego istnieniu. Trzeba było załatwić sprawy medyczne. Trzeba było zagospodarować dzieci na ten czas (tu dziękuję szczególnie mojej dalszej rodzinie, w tym mojemu Bratu i jego Żonie). Trzeba było oczywiście również zająć się sprawami pogrzebu. To zadanie spłynęło więc na mnie.

żałobaRodzice dziecka poronionego mają prawo do normalnego pogrzebu. Aby go jednak dokonać, należy załatwić rejestrację narodzin i zgonu w urzędzie. W tym przypadku sytuacja jest bardzo skomplikowana, ponieważ urząd nie zadowala się nazwą „płód” w swoich zapiskach. Potrzebuje mieć płeć i imiona dziecka. Jeśli płci nie da się określić, urząd w Warszawie (nie wiem jak jest w innych miejscach) życzy sobie określenia płci na drodze badań genetycznych. Na szczęście szpital idzie rodzicom na rękę i nie każe płacić za drogie badania, lecz pozostawia ciało dziecka u siebie przez czas, jaki byłby potrzebny na przeprowadzenie badań, a następnie wpisuje płeć domniemaną przez rodziców. Jest to ciekawy sposób walki z biurokracją (o którym wiedzą nawet pracownicy urzędu), który niestety znacząco opóźnia sprawy pogrzebowe. Kiedy płeć jest już zadeklarowana, w urzędzie trzeba zapisać imiona dziecka. Byłem tam, załatwiałem sprawy i imienia nadawać nie chciałem. Stwierdziłem bowiem, że Maleństwo jest nieochrzczone, a w tradycji chrześcijańskiej imię nadaje się w momencie chrztu. Wiedzieliśmy wprawdzie jak chcieliśmy, żeby Maluszek miał na imię, ale oficjalnie nie używaliśmy tego imienia i stwierdziłem, że jego imię zna Bóg. W urzędzie nie miałem jednak wyjścia, musiałem imię nadać, albo zdecydować, by zostało nadane losowo przez urząd. Zapisałem więc imiona, które nasze Trzecie dzieciątko miałoby, gdyby się urodziło i gdyby było tej płci, którą zadeklarowaliśmy. Zorientowaliśmy się jednak ostatnio, że mimo imion w dokumentach my nadal mówimy o naszym dzieciątku Maleństwo lub Maluszek. Mimo że w kwestii nadawania imion mieliśmy odmienne zdania.

Pozostaje jeszcze kwestia pogrzebu. Na początku byliśmy pewni, że chcemy pochować naszego Maluszka sami. Kiedy jednak dowiedziałem się jak mają się sprawy w stolicy, zwątpiłem. Wykup jednego miejsca na cmentarzu to około 3000 złotych. Oczywiście, nie chciałbym być skąpcem jeśli chodzi o sprawy moich dzieci, ale na taki wydatek nie byłem przygotowany. Pojawił się pomysł pogrzebu we wspólnej mogile na terenie dziadków, ale nie widzieliśmy siebie jeżdżących tam po to, by odwiedzić grób naszego Maluszka. Jest jeszcze opcja zostawienia ciała w szpitalu, gdzie zostanie pochowane wraz z innymi utraconymi dziećmi we wspólnej mogile. Rozważaliśmy także tę opcję, choć było nam trudno pogodzić się z takim bezosobowym traktowaniem naszego dziecka. Ale potem pomyśleliśmy, że w sumie zamierzamy się wkrótce przeprowadzić na wieś. Rozpoczynanie zaś życia na wsi poprzez stawianie tam grobu nie jest zaś może zbyt konwencjonalne, ale dobre jak każde inne. Widzę w tym interwencję Bożą, ponieważ pojawiły się wokół nas osoby, które poświęciły swój czas i wysiłek, by pomóc nam rozwiązać nasz problem. Mój znajomy z pracy, zamieszkujący właśnie w tamtej parafii na wsi, postanowił porozmawiać z księdzem na nasz temat. Okazało się, że proboszcz na wsi może udostępnić miejsce na cmentarzu zupełnie za darmo – oczywiście zwróciwszy uwagę na nasz trudny stan. Grabarz pracował po kosztach, zakład pogrzebowy też wziął mniejszą stawkę i tak udało nam się zamknąć w naprawdę niewielkiej sumie. Dziękuję w tym miejscu wszystkim osobom, które zaangażowały się w pomoc nam. Należy również oddać chwałę Bogu, który, jestem o tym przekonany, w zdecydowany sposób tu interweniował.

A do pogrzebu przysługuje rodzicom zmarłych dzieci zasiłek pogrzebowy; ja jeszcze go nie odebrałem, ale myślę, że warto o nim przypomnieć wszystkim rodzicom borykającym się ze śmiercią dziecka. Oznacza to, że jeśli pomyśli się odpowiednio, zwróci do odpowiednich ludzi i do Bożej opatrzności, nie trzeba się martwić kosztami pochówku swojego zmarłego dziecka. Nie w tym rzecz, by pieniądze były jakimś ogromnym problemem. Ale dużo łatwiej – każdemu, jak sądzę – jest przeżywać śmierć kogoś bliskiego, a zwłaszcza własnego dziecka, gdy nie trzeba przy okazji martwić się finansami.

Pogrzeb odbył się z opóźnieniem, spowodowanym właśnie kwestiami urzędowymi. Pojechaliśmy na wieś wraz z naszymi dziećmi, które przeżyły śmierć braciszka albo siostrzyczki na swój sposób. Mogliśmy zakończyć nasze sprawy, przeżyć naszą żałobę. Dziś mam nadzieję, że Pan Bóg lituje się nad dziećmi nienarodzonymi, które nie miały chrztu. Że nie karze dzieci za grzech pierworodny, na którego zaistnienie i trwanie w nich nie miały wpływu. I mam nadzieję, że wkrótce spotkamy się w niebie z naszym Maluszkiem. I wtedy poznamy jak naprawdę ma na imię.

Przy okazji pomyślałem sobie, że wszyscy w jakiś sposób możemy nazywać się dziećmi śmierci. Ja istnieję, bo ktoś przede mną umarł, torując tym samym drogę do mojego zaistnienia. Każdy z nas ma za sobą przynajmniej jedną taką śmierć, a prawdopodobnie znacznie więcej. Teraz czas nam myśleć o następnym dzieciaczku. I zdajemy sobie sprawę, że żadne z naszych kolejnych dzieci nie byłoby tym, kim będzie, gdyby jedno z ich rodzeństwa wcześniej nie umarło.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy

Greatest Hits

W serialu „Lost” jeden z odcinków nosił tytuł „Greatest Hits”. Charlie, żegnając się w nim ze światem, tworzył prywatną listę najważniejszych, najpiękniejszych momentów swojego życia. Na pierwszym miejscu znalazł się moment, w którym poznał Claire, blond-włosą piękność, miłość jego życia.

Dziś mija sześć lat odkąd oficjalnie jesteśmy razem. Dla mnie to szczególna rocznica – jak każda trzecia rocznica naszego związku. Wprawdzie to jest dopiero druga trzecia rocznica, ale cieszę się, że jesteśmy już ze sobą te 2×3 lata. Sześć lat temu powiedziałem Ci przecież, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie. Ty wtedy odpowiedziałaś: „Powiesz mi to za 3 lata”, a ja: „Wtedy też Ci to powiem”. Powiedziałem, a od tamtego czasu kolejne 3 lata minęły. I z tej okazji postanowiłem zrobić moją własną listę Greatest Hits, podsumowującą sześć lat naszego „razem”, pokazującą to, w jaki sposób wpłynęłaś na mnie, na moje życie. Jak je zmieniłaś.

Lista jest prywatna i z pewnością nie zawiera wszystkiego, co mogłaby zawierać. Jest to 10 pozycji, które przyszły mi do głowy i które poszeregowałem rosnąco do najważniejszej. Nie zdziwię się, jeśli Twoja lista będzie inna. Dziś jednak zobacz, jak Cię odbieram i dlaczego tak bardzo Cię kocham, że chcę spędzić z Tobą życie.

10. Ono

Ostatnio czytałem wywiad z Szymonem Majewskim, w którym była mowa o akcji, w której bierze udział, mianowicie że książka to najlepszy sposób na podryw. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że przecież u nas też wszystko zaczęło się od książki. „Ono” pojawiło się w moim życiu przed początkiem naszego związku i również dlatego otwiera moją listę. Kiedyś, w maju jeszcze, czy może nawet w kwietniu, siedziałaś na wykładzie i czytałaś. Ja siadłem blisko, w odległości około jednej koleżanki i zapytałem, co czytasz. Oczywiście nie byłem w rzeczywistości zainteresowany tym, co czytałaś. Bardzo zależało mi po prostu, żeby z Tobą porozmawiać. Ty pokazałaś mi okładkę – to właśnie było „Ono” Doroty Terakowskiej. Lubiłem Terakowską, bo kiedyś prowadziła w „Przekroju” Muzeum Rzeczy Nieistniejących i wówczas nawet miałem z nią krótki kontakt e-mailowy. Powiedziałem więc, że będziesz mi musiała tę książkę pożyczyć. Odpowiedziałaś, że oczywiście mi pożyczysz. I w końcu tak to się zakończyło, że książka znalazła się u mnie. Później okazało się, że specjalnie czytałaś ją tak ostentacyjnie, żeby mnie nią zainteresować. I sobą także.

Sama książka była bardzo ciekawa. O zgwałconej nastolatce, która zachodzi w ciążę i przeżywa dylemat, czy dziecko urodzić. Taka „nasza” w treści. Jednak nie tyle sama książka wpłynęła na moje późniejsze postanowienia, co liczne dopiski ołówkiem. Twój prywatny sposób przeżywania tego, co czytałaś. Twój prywatny sposób kontaktowania się ze mną. Właściwie obie te rzeczy, jednocześnie. To sprawiło, że gdy na 54 stronie przeczytałem pierwszy dopisek (nie licząc wcześniejszego zaznaczenia dotyczącego bycia swoją mamą), że „Hm, chciałabym mieć kalejdoskop”, postanowiłem natychmiast kupić Ci pierwszy prezent ode mnie. I zamówiłem kalejdoskop na Allegro od jednego wytwórcy. Dalej mogłem się o Tobie dowiedzieć jeszcze więcej. Na przykład, że „The past will catch you up as you run faster”. Mnóstwo pozaznaczanych cytatów, które przysuwały mnie bliżej do Twoich myśli, Twoich interpretacji, tego kim jesteś i jaka jesteś. I wreszcie bardzo długi zaznaczony fragment ze stron 299-300: „Aby go było tylko tyle, żebyś czuło się wolne i aż tyle, żebyś chciało być ze mną. Tylko tyle, żebyśmy oboje wiedzieli, że poza nami jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy godnych uwagi, i aż tyle, żebyśmy pojęli, że te inne rzeczy będą piękniejsze, gdy będziemy je razem poznawać. I żebyśmy się zawsze nawzajem słyszeli i mówili do siebie, patrząc sobie w oczy, a wchodząc do domu, żebyśmy głośno tupali, wtedy nasze nogi będą sobie mówić: ‚Tak, to ja, oto jestem'”. Z dopiskiem od Ciebie: „Takie mniej więcej jest moje największe marzenie”. Właśnie wtedy wzruszyłem się najbardziej, pamiętam jak dziś. Właśnie wtedy postanowiłem spełnić z Tobą Twoje mniej więcej największe marzenie. Właśnie wtedy, nie rozmawiając z Tobą prawie wcale, znając Cię tyle, co nic, postanowiłem Cię pokochać. Właśnie wtedy Cię pokochałem i wtedy wszystko nabrało sensu. Tylko jeszcze na koniec, na stronie 459, przeraziłem się, bo zaznaczyłaś tekst „lubimy nietoperze” i dopisałaś przy nim „mhm :)”. Przypomniała mi się moja pierwsza narzeczona, jej fascynacja nietoperzami. To Twoje „mhm” było dla mnie jak cięcie nożem, ponieważ ona wolała Snape’a i innych przerośniętych nietoperzy ode mnie. Ale mimo Twojego „mhm” postanowiłem zaryzykować. Pozostać przy dziewczynie, z którą jeszcze nawet nie rozmawiałem. Zacząć wszystko od początku i wyjść z bagienka. 26 czerwca znałem Cię troszkę lepiej, byliśmy na kilku randkach i powiedziałem chłopakowi, który chciał Cię zabrać na spacer, że „ona jest zajęta”. Potem powiedziałem, że Cię kocham. Ale kochałem Cię już wcześniej. Dzięki „Ono” i temu, że zdążyłaś mi nim tak wiele opowiedzieć.

Ostatecznie na szczęście okazało się, że nie jesteś Snaperką. Tylko po prostu lubisz nietoperze.

„Za horyzontem wielka korona gór
Na karoserii różowieje kurz
Odsuwasz dach, w rękę łapiesz wiatr
Powiedz prawdę, ile lat mnie kochasz?
Droga ucieka, noga już ciężka jest
Opór decha i z oczu znika sen
Będzie nam najbliższych czasem brak
Spalone mosty to najlepszy w życiu start

Ratujmy co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop”

9. Studia teologiczne

Ty nie studiowałaś teologii, choć przecież też o tym myślałaś. Ja zacząłem je zaraz po maturze, na długo przed naszym spotkaniem. Chciałem zostać księdzem, więc wstąpiłem do Seminarium w Radomiu, a tam zafascynowałem się studiami teologicznymi. Niestety, założyłem bloga, który nie spodobał się przełożonym (konkretnie jednemu przełożonemu) i zostałem pozbawiony uczestnictwa w formacji teologicznej i ukochanych studiach. Potem przez dwa lata błąkałem się między Rzgowem a Łodzią, studiowałem polonistykę zaocznie, potem stosunki międzynarodowe (które miały być japonistyką), ale żadne z powyższych nie zainteresowały mnie tak, jak teologia. Na stosunkach międzynarodowych spotkałem jednak Ciebie i postanowiłem spróbować. „Ono” pomogło mi Cię pokochać, jednak dopiero potem, po pierwszym (zakończonym niepowodzeniem) zaproszeniu Cię na randkę, trafiłem na Twój blog. A tam – facet w niebieskich koszulach i ten sam facet z tałką. „Twój” facet z tałką. Byłem wstrząśnięty, bo ja już się Tobą fascynowałem, ale nie miałem pojęcia, że Ty fascynujesz się mną. Byłem przerażony, bo wtedy już wiedziałem, że wyjeżdżasz z Łodzi, jedziesz szukać swoich wymarzonych studiów w Warszawie. Z przerażeniem zagadałem z koleżanką i powiedziałem, że już za późno. Że wszystko straciłem – a to była moja jedyna szansa. Koleżanka odpowiedziała: „Dlaczego wszystko straciłeś? Jedź z nią do tej Warszawy!”. To było jak grom z jasnego nieba. Zrozumiałem, że odpowiedź była tam, gotowa i czekała na odkrycie: zupełnie zwyczajnie zostawić Łódź i pojechać za Tobą. Następnego dnia dzwoniłem na UKSW. To był jedyny i niepowtarzalny moment, by wrócić na teologię. By skończyć studia, których tak bardzo pragnąłem. Dziekanat powiedział, że przyjmą mnie na 2 rok. Poinformowałem Cię o tym w komentarzach – że jadę z Tobą i że już wiem, że mnie przyjmą. Zbiłem Cię z tropu. Przecież właściwie się nie znaliśmy. Ale ja wiedziałem, że dla mnie to jest jedyna szansa, by złapać dwie sroki za (jeden) ogon. Żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. „You can have your cake and eat it”. Być z najbardziej idealną kobietą na świecie i skończyć wymarzone studia.

Skończyłem je. Dzięki Tobie. Cała przygoda z teologią to przygoda z Warszawą. Najpierw Bródno, potem Chomiczówka. Szybkie, dynamiczne zmiany w naszym życiu. I wiem, że to jeszcze nie koniec. Przede mną doktorat, muszę tylko wyczuć odpowiedni moment, żeby nań wskoczyć. Ale wiem, że to wszystko Twoja zasługa. Ty dałaś mi odwagę, żeby rzucić wszystko, zacząć od nowa, żeby postawić ponownie życie na ostrzu noża. Nawet jeśli życzliwi ludzie komentowali to tak: „Co roku powtarza się ta sama historia. Dziewczyna cię rzuca (tzn. trudno powiedzieć kto kogo rzuca), ty masz doła i zmieniasz studia. Może zmienił byś coś naprawdę?”. Zmieniłem naprawdę. Jestem teologiem (wybitnym) i mam (wybitną) Żonę. I dobrze mi z tym.

8. Filmy, które razem obejrzeliśmy

Jedną z rzeczy, które nas łączą, jest zamiłowanie do podobnych filmów i seriali. Wiele naszych randek to wypady do kina. Wprawdzie pierwsza nasza randka swój przebieg znalazła w parku na Stokach, a nie w sali kinowej, jednak już wkrótce poszliśmy razem na Piratów z Karaibów 3. A może to był Shrek 3? Nie pamiętam kolejności, ale pamiętam jak długo nie mogłem odważyć się, żeby schwytać Cię za dłoń. Przeczytałem bowiem kiedyś u Ciebie na blogu, że lubisz chodzić do kina z koleżankami, ponieważ nie obłapiają po rękach w czasie seansu i można się skupić. Zrozumiałem przez to, że nie lubisz, więc się wzbraniałem – a Ty czekałaś, kiedy się wreszcie zdecyduję. Po drugiej randce kinowej chyba pierwszy raz się pocałowaliśmy. Kiedy już odprowadziłem Cię do domu. Ale szczerze mówiąc – nie pamiętam.

Od tamtej pory zdążyliśmy już obejrzeć Piratów z Karaibów 4, Shreka 4 i szereg innych filmów. Wszystkie filmy Pixara, jeszcze zanim urodził się nasz syn, kolejny fascynat Buzza i Chudego. Kreskówki Dreamworks, już nie tak nałogowo i nie wszystkie, ale nadal sporo. Epoka Lodowcowa. Ogólnie kreskówki. Ale przecież nie tylko. Kiedyś mieliśmy fazę na komedie romantyczne. Głupie, polskie komedie klasy B, ale i zagraniczne. Po obejrzeniu „Rozważnych i romantycznych. Klub miłośników Jane Austen” tak się zafascynowałem pomysłem, że sam chciałem zakładać kółko literackie imienia Doroty Terakowskiej. „PS. Kocham Cię” zaintrygowała nas nie tylko jako umiejętne rozegranie wątku romantyczno-komediowego przy uprzedniej śmierci jednego z małżonków. W postaciach dostrzegliśmy też analogię do nas samych.

Filmami fantasy chyba ja Cię zainteresowałem. Dzięki mnie obejrzałaś „Gwiezdne Wojny”. Razem widzieliśmy „Władcę Pierścieni” i krytykowaliśmy „Hobbita”. „Gwiezdny Pył” nas oczarował, wracamy do niego z radością. Do tego dochodzą filmy przygodowe o poszukiwaczach skarbów. Klasyczny „Indiana Jones”, ale również „Skarb Narodów” i „Bibliotekarz”, bardziej nowoczesne odpowiedniki. Wreszcie seriale, kupowane nałogowo na DVD, również w wersji zagranicznej, jeśli w Polsce nie wyszły. „Lost: Zagubieni”, będący inspiracją tego wpisu. Później „Prison Break”, sprowadzani zza granicy „Sliders” poleceni przez Ciebie, na koniec „Fringe”. Czekam jeszcze na „Doctor Who?”, może i Tobie się spodoba.

Oglądane przez nas filmy są nie tylko elementem naszych wspólnych zainteresowań, ale także inspiracją dla przemyśleń i dyskusji, w których czasem się nie zgadzamy. Tak było ze „Szkołą uwodzenia”. Jednak najczęściej zdanie mamy podobne. Czasem pozytywne, jak w kwestii „Wpadki”. Czasem negatywne, jak przy „Robin Hoodzie”. Czasem zaś tak zachwycamy się wspólnie jakimś filmem, że staje się nie tylko pomysłem na tytuł notki, lecz czymś, co ujmuje określony problem w sposób doskonały. „To właśnie miłość”

7. Pierwszy wyjazd do Szkocji

Kiedy poznaliśmy się i zaczęliśmy być ze sobą, ja akurat wybierałem się na zarobek do Wielkiej Brytanii. Miałem tam przepracować wakacje i wrócić ubogacony. Po kilku poważnych burzach nasz związek się mocniej utwierdził i rzutem na taśmę postanowiłaś jechać ze mną, oczywiście wyłącznie po to, by zwiedzić Szkocję, o czym zawsze marzyłaś. Pojechaliśmy we troje, jeszcze z Dagunią, naszą koleżanką z uczelni, którą wcześniej oboje opuściliśmy (uczelnię, nie Dagunię; do tego Dagunia nie opuściła uczelni). To był dla nas prawdziwy chrzest bojowy i sprawdzian trwałości naszego związku. Zamieszkaliśmy razem po raz pierwszy, jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy i wtedy też zaczęła się polemika na temat mieszkania razem przed ślubem i czy to się może łączyć z trzymaniem rączek przy sobie. Nie zarobiliśmy ani grosza – w jedynej pracy, w której mnie chciano, poszukiwano kogoś przynajmniej na pół roku. Ale nie przechlapane pieniądze, nie nasze zresztą, były w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejsze było wprowadzenie codziennych rytuałów, wspólnego spędzania czasu. I to, że wtedy właśnie powiedziałaś mi, że mnie kochasz. A wiedziałem, jak poważne są to dla Ciebie słowa. I wiedziałem, że jeśli mówisz mi to, to mówisz to na serio. Kilka dni później byliśmy już zaręczeni.

Leżeliśmy sobie w kuchni na materacu i o czymś rozmawialiśmy. Ty w pewnym momencie powiedziałaś: „Ja się z tobą ożenię. To znaczy nie, ja wyjdę za ciebie, jeśli tylko mnie zechcesz”. Zdziwiony podjąłem temat, pytając czy masz świadomość, co przed chwilą powiedziałaś. Następnie, na wszelki wypadek, dopytałem jeszcze, czy za mnie wyjdziesz. Zgodziłaś się, oczywiście. Tak też dotrzymałem mojej wewnętrznej obietnicy, powodowanej dwukrotnym błędem, że nigdy więcej nie oświadczę się po trzech miesiącach związku. Oświadczyłem się po jednym.

Pierścionek mieliśmy kupić za pierwszą wypłatę, której nie dostaliśmy. Zamówiliśmy go już i postanowiliśmy, że ze Szkocji bez niego nie wyjedziemy. Więc wzięłaś pieniądze z bankomatu i wróciłaś z pierścionkiem. Ja go wykupiłem, a potem jeszcze odegrałem scenę na środku ulicy, z klękaniem i wręczaniem pierścionka. Jedna pani pomyślała, że to na serio i cofnęła się, żeby nam pogratulować. W sumie to było na serio. Tylko po raz drugi.

Ze Szkocji pozostało nam zamiłowanie do Nando’sa, w którym nie dostaliśmy właśnie pracy, za to dostaliśmy sosy peri-peri i jedliśmy je później, a jeszcze później kupiłem je w Warszawie, w Kuchniach Świata i jemy je do dzisiaj. A wtedy nawet nie mieliśmy za co spróbować, jak w tym Nando’sie karmią. Rozmiłowaliśmy się też w Subway’u, którego i w Polsce jadamy. Ja zamarzyłem o Doctorze Who po obserwowaniu wystawy w połączonym z biblioteką publiczną muzeum. W bibliotece korzystaliśmy za darmo z internetu. Wyjeżdżaliśmy zmienieni, poważniejsi. I smutni, że już nie mamy za co przedłużyć pobytu. I że musimy uciekać ze Szkocji.

6. Wspólne pragnienia

To jeden z tematów, który obejmuje ogólnie całokształt naszego istnienia. Naszego związku, od początku, aż do teraz. Zawiera się w tym Twoje mniej więcej największe marzenie zaznaczone w „Ono” i wszystko, co wokół niego. Wchodzą w to wszystkie oczekiwania dotyczące życia i przyszłości – te prozaiczne i te bardziej wzniosłe. Oboje na przykład pragniemy spokojnego, cichego życia w domku na wsi. Z ogrodem, do którego można wyjść zawsze i można dzieci wypuścić, z psem. O basenie marzę sobie sam, ale raczej nic i tak z niego nie będzie. Pragniemy jednak też żyć w przyjaźni z Bogiem. Być ortodoksyjnymi katolikami, trzymającymi się Kościoła, choć nasze wychowanie katolickie było pełne luk. Właśnie dlatego zeszliśmy się – bo oboje szukaliśmy sposobu, by umieścić Boga na pierwszym miejscu. Pragnęliśmy, by wszystko znalazło się tam, gdzie trzeba i udało się, bo zaczęliśmy być ze sobą z założeniem, że oddamy nasz związek Bogu. Oczywiście nie było łatwo. I nadal nie jest. Ale staramy się, by to pragnienie się wypełniało.

Od początku, nieco przewrotnie, pragnęliśmy mieć katolicką rodzinę pełną dzieci. I od początku zakładaliśmy, że to będzie nasza wspólna rodzina. Kiedy na drugiej randce zapoznawałem Cię z Albinem weszliśmy w temat gotowania. Okazało się, że żadne z nas tego nie potrafi. Zapytałem wtedy: „To kto będzie u nas gotował?”. I zdziwiło nas to dopiero jakiś czas później. Już wtedy, choć jeszcze nie do końca dogadując to, pragnęliśmy wziąć ślub. Pierwsza wyprawa do Szkocji tę sprawę wyciągnęła z ukrycia.

Pragnęliśmy katolickiej rodziny i pragnęliśmy jej szybko. Dlatego oboje chcieliśmy mieć dziecko zaraz po ślubie. To też nam się udało. Nasz Synek urodził się w niecałe 9 miesięcy po zawarciu przez nas sakramentu małżeństwa, co może się wręcz wydawać podejrzane osobom, które nie znają się na NPRze. A potem nasze pragnienia doprowadziły do pojawienia się Córki. Bóg jeden wie zaś kto będzie następny…

Wspólne pragnienia pchają nasz związek do przodu. Pragnienie wyjazdu we dwoje do Paryża, pragnienie wybudowania domu, kupienia samochodu. Pragnienie powiększenia rodziny i wychowania dzieci na dobrych katolików. Ale najważniejsze, że mamy jeden wspólny cel. Tym celem jest zbawienie, a małżeństwo nasze jest drogą do zbawienia. Pragniemy zatem być zbawieni. Razem, jak na katolickich małżonków przystało.

5. Domowy Kościół

We wcześniejszej młodości przechodziłem przez różne wspólnoty katolickie. Nie licząc wspólnoty seminaryjnej i ministranckiej zetknąłem się na rekolekcjach z Rodzinami Nazaretańskimi, należałem do wspólnoty św. Franciszka, tuż przed poznaniem Cię w Łodzi zaś do Neokatechumenatu. Nigdy nie byłem w Oazie (czyli w Ruchu Światło-Życie), ale męczył mnie zarówno Neokatechumenat, jak i Rodziny Nazaretańskie. U Franciszka było mi najlepiej – miał taki oazowy klimat. I jakoś zawsze wiedziałem, że mój klimat jest w Ruchu. Ty zaś skończyłaś całą formację młodzieżową i w pewnym momencie stwierdziłaś, że jak już będziesz miała męża, to wstąpisz do Domowego Kościoła. Miałaś też krucjatę, którą ja od dawna pragnąłem podpisać.

Kiedy zaczęliśmy być ze sobą, opowiedziałaś mi to wszystko i zafascynowałaś mnie. Znalazłaś niewypełnioną deklarację członkowską KWC i niedługo przed ślubem nareszcie ją podpisałem. Jednak kiedy wzięliśmy ślub, nie spieszyliśmy się ze znalezieniem wspólnoty. To ona znalazła nas. Małżeństwo moich znajomych z teologii pragnęło również należeć do Domowego Kościoła i szukali chętnych do wspólnego założenia wspólnoty. Natychmiast na to przystaliśmy.

Mówią, że człowiek może być zbawiony nie należąc do żadnej wspólnoty, ale to prawie niemożliwe. Oczywiście jest to duża przesada i żart, ale ma w sobie to coś. Comiesięczne spotkania bowiem sprawiają, że człowiek bardziej się mobilizuje do pracy na co dzień. Zobowiązania Domowego Kościoła pomagają w utrzymaniu dobrej relacji z Bogiem, ze współmałżonkiem, ale i z dziećmi, i z innymi ludźmi. A coroczne rekolekcje budują i dają moc na kolejny rok pracy nad sobą i współpracy z Panem. Gdyby nie Ty i to, że możemy należeć do Domowego Kościoła razem, nie wiem, gdzie byśmy teraz byli. Z pewnością nie tak blisko siebie i nie tak blisko Boga.

4. Jedność myśli

Na początku naszego związku i naszego małżeństwa zarzucano mi, że Cię zmanipulowałem, ponieważ dotychczas myślałaś tak, jak chciałaś, a teraz myślisz tak, jak ja uważam. To oczywiście nieprawda i sama dobrze o tym wiesz. Walczyliśmy z tym poglądem, choć najważniejsze było, że oboje znaliśmy prawdę. Tak naprawdę to my zwyczajnie myślimy tak samo. Nie, nie jest to wcale jakiś tajemniczy sposób porozumiewania się bez słów. Nie rozumiemy się intuicyjnie. Ale od początku w wielu znaczących i mniej znaczących sprawach zgadzamy się ze sobą niemal doskonale. Myślimy w ten sam sposób o problemach etycznych, jak aborcja, eutanazja, homoseksualizm. Zgadzamy się doskonale w kwestii antykoncepcji – jeszcze zanim się zeszliśmy, oboje przeszliśmy gruntowne studium tematu, a potem było tylko lepiej. Rozumiemy się świetnie w temacie wychowania dzieci, stosujemy podobne metody, choć nie zawsze prawidłowo. Ale trzymamy w tym temacie wspólny front, co każdemu wychodzi na zdrowie. Jeśli chodzi o bicie dzieci – owszem – również oboje z założenia tego nie robimy. Wcale tego wcześniej nie omawialiśmy!

Zgadzamy się i rozumiemy w tematach politycznych. Czytamy tę samą prasę, oglądamy te same programy, oburzamy się tymi samymi medialnymi doniesieniami. To niby proza. Każde małżeństwo powinno mieć taką jedność myśli. Ale sądzę, że właśnie dlatego jesteśmy stosunkowo udanym małżeństwem. Ponieważ w tak wielu tematach się rozumiemy i zgadzamy, że liczni nasi dyskutanci zarzucali mi manipulowanie Tobą. I ostrzegali, by nie zniszczyć dzieci w ten sam sposób…

3. Narodziny dzieci

Dwa różne momenty, dwie różne chwile, każda zupełnie inna, a jednak podobne. Oba te momenty wrzuciłem do jednego punktu, bo żadne z moich dzieci i żaden z ich porodów nie są dla mnie ważniejsze. Te momenty naszego wspólnego życia znajdują się na trzecim miejscu także dlatego, że uczestniczyliśmy w nich oboje. Jestem zwolennikiem i wielkim orędownikiem porodów rodzinnych nie dlatego, że taka teraz jest moda. Moda przychodzi i odchodzi. Teraz na przykład jest znowu moda, żeby rodzić z mamą albo przyjaciółką. Ja jednak jestem zdania, że w porodzie powinien uczestniczyć mąż równo z żoną, ponieważ poród jest jednym z najtrudniejszych momentów w życiu kobiety. A mężczyzna obiecuje przecież kobiecie w dniu ślubu, że będzie się o nią troszczył w zdrowiu i w chorobie, i że nie opuści jej aż do śmierci. Miejsce mężczyzny nie jest tylko przy pięknej, wymakijażowanej kobiecie. Jego miejsce jest przede wszystkim przy kobiecie cierpiącej. Wtedy ona potrzebuje jego wsparcia. I dlatego byłem już z Tobą dwa razy i zamierzam być więcej.

Syn rodził się w 2009 roku, w Szpitalu Świętej Zofii. Była noc, poród w pojedynczej sali był jeszcze płatny (drogo płatny, musiałem odłożyć niezłą sumkę), a my korzystaliśmy z udogodnień świetnego szpitala i razem czekaliśmy na Syneczka. Moment, gdy wreszcie wystawił główkę i pojawił się po tej stronie brzucha był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Bardzo się cieszę, że byłem tam wtedy z Tobą. Że byliśmy tam razem. Nigdy bym z tego nie zrezygnował.

Córka urodziła się w 2012 roku, w tym samym szpitalu. Był dzień, a sala nie była już płatna. Do tego była nowa, większa i posiadała jeszcze więcej dogodności i sprzętu. Trudno w to uwierzyć – pierwsza sala 3 lata wcześniej już wydawała się niemal idealna. Tym razem urodziliśmy szybciej, bardziej świadomie, bardziej spokojnie i – chyba – jeszcze mniej boleśnie. Córcia urodziła się do wanny, w wodzie. I tym razem wzruszyłem się. Bycie przy tym, jak rodzą się własne dzieci, to coś, czego ojciec powinien doświadczyć.

Rodzinny poród nie wywołał we mnie wstrętu ani obrzydzenia. Nie patrzę przez to na Ciebie jak na matkę, ale nie żonę. Wręcz przeciwnie – teraz, dzięki naszemu wspólnemu przejściu przez przybycie naszych maluszków na tę stronę brzucha, podobasz mi się jeszcze bardziej. Dla mnie zawsze byłaś najpiękniejsza, ale teraz piękniejesz jako dzielna, silna matka i troskliwa żona. Albo na odwrót. Gorąco pragnę powtórzyć to jeszcze. Wcale nie jeden raz.

2. Drugi wyjazd do Szkocji

Kiedy powiedziałem Ci po raz pierwszy, że Cię kocham, odpowiedziałaś, że powiem Ci to za trzy lata. Odparłem, że „Wtedy też Ci to powiem”. Jak obiecałem, tak też zrobiłem. Fundując Ci jednocześnie podróż-niespodziankę sentymentalną. Wróciliśmy tam, gdzie spędziliśmy najwspanialsze zarobkowe wakacje, w czasie których nic nie zarobiliśmy. Oczywiście Ty do samego końca nie wiedziałaś, dokąd jedziemy.

Ten wyjazd śmiało mogę nazwać przygodą naszego życia. Zostawiliśmy rocznego Synka z dziadkami, a sami wsiedliśmy w pociąg do Berlina. Tylko ja miałem plan podróży. I zaczęło się przeskakiwanie z pociągu do pociągu. W Berlinie przesiedliśmy się do szybkich kolei i już do samego Glasgow mknęliśmy 300 km/h. Po drodze, zamiast w Paryżu, nocowaliśmy w Saarbrücken – koleje francuskie miały strajk. Natychmiast pokochałem to miasto. Następnego dnia rano musieliśmy jednak dostać się do Paryża, żeby kupić kuzynowi upragniony krawat. Zakupu dokonaliśmy i pomknęliśmy do Londynu pod Kanałem La Manche. A potem do Glasgow, a z Glasgow do Paisley.

Dawne wspomnienia odżyły. Tym razem, ze zdecydowanie słabszą kondycją fizyczną, wszędzie jeździliśmy autobusami – poprzednio te dystanse pokonywaliśmy pieszo. Mieszkaliśmy we wspaniałym hotelu i jedliśmy w pysznej restauracji hotelowej. Odwiedziliśmy też naszą kamienicę przy 19 Neilston Road, w której poprzednim razem wynajmowaliśmy mieszkanie. Zjedliśmy wreszcie w Nando’sie, tym samym, w którym poprzednio miałem pracować. I, nareszcie, po trzech latach, powiedziałem Ci, że Cię kocham i chcę spędzić z Tobą życie.

Od tamtej chwili minęły kolejne 3 lata. W tym roku nigdzie nie wyjechaliśmy, jesteśmy w Warszawie, a ja piszę tę notkę. Być może wyjedziemy gdzieś później. Teraz zastanawiamy się, jak to możliwe, że do tamtych trzech lat, które wydawały się punktem niezwykle odległym, doszły kolejne trzy. Ale właśnie ze względu na te trzy tak bardzo zależy mi na dzisiejszej rocznicy. Bo dziś znów Ci to powiem…

„Your lipstick stains on the front lobe of my left side brains
I knew I wouldn’t forget you, and so I went and let you blow my mind
Your sweet moon beam, the smell of you in every single dream I dream
I knew when we collided, you’re the one I have decided who’s one of my kind

Hey soul sister,
ain’t that Mr. Mister on the radio,
stereo,
the way you move ain’t fair,
you know!
Hey soul sister,
I don’t want to miss
a single thing you do…
tonight”

1. Ślub

Nasz ślub nie był wcale najbardziej emocjonalnym momentem naszego wspólnego życia. Choć oczywiście był bardzo emocjonalny – sam płakałem jak bóbr. Nie był też zdecydowanie najbardziej interesującym momentem. Z całą pewnością pociągnął za sobą mnóstwo nieprzyjemności, w tym odnowienie i przetasowanie układów rodzinnych, dyskusje na temat alkoholu (albo wódka, albo my), ale też mnóstwo radości, jak wesołe tańce z rodzicami, z rodzeństwem. Ten moment nie był ani dość emocjonalny, ani dość interesujący, by trafić na pierwsze miejsce.

Ten moment był jednak najważniejszy. Krótka chwila i przysięga złożona przed ołtarzem odmieniła wszystko na zawsze. Wcześniej byliśmy tylko narzeczeństwem, byliśmy nim zdecydowanie za długo, teraz staliśmy się małżeństwem. To nie było tylko proste, nic nie znaczące „tak”, to było sakramentalne „tak”, to był początek nowego życia. Ksiądz Adam zapytał mnie w czasie kazania, czy kiedyś widziałem cud. Kiwałem głową, niby na tak, ale jednak na nie. On odparł, że cud właśnie tu się dokonał. Że to, że udzieliliśmy sobie nawzajem sakramentu małżeństwa sprawiło, że dokonał się cud, bo Bóg połączył nas w jedno.

To był początek naszej dobrej, wspólnej drogi. Niedługo minie pięć lat. Na naszym koncie ukończone studia, dwoje urodzonych i ochrzczonych dzieci, wiele pięknych i wiele trudnych chwil, rozmów. Pragnę, by było ich więcej. Codziennie więcej. Byśmy mogli obchodzić 10, 25 i 50 rocznicę małżeństwa. Byśmy mogli obchodzić 9, 15 i 30, a wreszcie 60 rocznicę związku. Bo, nawet kiedy jestem Ci obcy, nawet kiedy doprowadzam do kłótni, to pamiętaj, że bardzo Cię kocham. I zawsze będę Cię kochał.

To jest moje Top Ten. To są moje Greatest Hits. Nie znalazło się tu wiele rzeczy. Władysławowo, Pobierowo, koncert Coldplay. Dixit, Carcassonne… I oczywiście Majówka u Cytrynnów. Pewnie mógłbym długo wymieniać. Twoje największe przeboje naszego związku mogą być zupełnie inne. Mam jednak nadzieję, że lata przed nami sprawią, że lista ta będzie się zmieniać, przestawiać. Że jej numerki będą się przemieszczać.

A najważniejsze w tym wszystkim, że już zawsze będziemy się kochać. Tak, jak kochamy się teraz. Tak, jak przysięgaliśmy sobie na ślubie.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Herbata z Cytrynną

„Kaszëbsczé jezora, kaszëbsczi las, Kaszëbë, Kaszëbë wòłają was” – śpiewała siedem lat temu pewna śliczna dziewczyna, która naówczas była uczennicą gimnazjum, podczas występu ze szkolnym teatrem na kaszubskim święcie wciągania tabaki. Tam też obecny był premier Tusk, który wówczas jeszcze premierem nie był i mógł sobie pozwolić na bycie tam. Siedem lat to mnóstwo czasu – Tusk jest premierem, a dziewczyna dwudziestokilkulatką (a przez swoją determinację mam z nią kontakt, choć byłem tylko cichym fanem) – a ja nigdy nie przypuszczałem, że wrócę w te tereny, które wspominam cudownie, i to niespodziewanie, z przypadku jakby.

Staram się utrzymać blog w tematyce teologicznej, ale moi stali czytelnicy wiedzą, że nie zawsze mi to wychodzi tak, jakbym chciał. Zresztą czasem chcę właśnie odwrotnie, zdarza mi się bowiem przeżywać coś, co sprawia, że nabieram ochoty na odskocznię. Ten wpis dedykuję zaś blogerce Cytrynnie, jej mężowi Piotrowi i ich latorośli – Stasiowi. Znajomość z Państwem wydawać by się mogła dziwna, gdybyśmy żyli jeszcze 10 lat temu. Dziś nadal zadziwia nas głęboko, choć już nie tak bardzo. Bo jednak niezbyt często wciąż się zdarza poznać kogoś przez internet, nawiązać kontakt poprzez komentarze na blogu, a potem spotkać się ni stąd ni zowąd, będąc zafascynowanymi sobą nawzajem. My zapraszamy, oni przyjeżdżają, a przecież znamy się tylko przez internet. Ale to nie wszytko.

Padło bowiem w pewnym momencie pytanie co by tu zrobić na majówkę. Inicjatywa wyszła on bliskich osób wiele mogących, które chciały, by dzieci pojechały nad morze powdychać jodu i chciały również ten wyjazd sfinansować. Ja jednak pomyślałem inaczej. Jeśli ktokolwiek miałby finansować wyjazd nad morze, to byłbym to ja. A przecież nad morzem mamy znajomych – więc może do nich? Idea padła i została przyjęta z radością. I tak oto na długi weekand (week and two more days) pojechaliśmy do Cytrynnów na wieś, prawie że nad morze, ale jednak nie do końca, bowiem morze znajduje się dalej od Warszawy, niż wieś. Pojechaliśmy do ludzi bliskich sobie sposobem bycia, myślenia, podejściem do spraw priorytetowych, a jednak wciąż odległych i nieznanych. I tych kilka dni pozwoliło zweryfikować i potwierdzić, że nawet wśród przypadkowo poznanych w internecie ludzi można mieć prawdziwie bratnie dusze, prawdziwych przyjaciół.

Nie mam menadżera blogowego, jako jedyny bodaj z naszej trójki, pewnie dlatego, że jestem jedynym tu blogującym mężczyzną, a to my, mężczyźni, jesteśmy menadżerami naszych żon. Dlatego nie będę raportował dokładnie całości wypadu. Było pięknie. Były Kaszuby, których się nie spodziewałem – Wdzydze Kiszewskie i Kościerzyna. Znane mi miejsca, piękne miejsca, do których wróciłem nieświadomie. Był domek, niewielki, ale bardzo przytulny, pokoik dla naszych dzieciaczków i salon z kuchnią do jedzenia (i tycia) oraz grania w planszówki. Była sesja Warhammera, prowadzona przeze mnie także z przypadku, po 10 latach odkąd ostatnim razem byłem mistrzem gry. Był odpoczynek od internetu, od komputera. Była cisza i spokój. I bliskość wspaniałych ludzi, którzy pozwolili nam spędzić czas w sposób zdecydowanie bardziej piękny, niż spędzilibyśmy go sami, gdzieś w nadmorskim kurorcie.

Kaszuby wspominam bardzo miło. Teraz będę wspominał je jeszcze milej i jeszcze bardziej będę tęsknił. Siedzę, piszę, zjadam stworzone przez Cytrynnę tiramisu, którego wczoraj było za dużo, a dzisiaj brakuje… Was też nam brakuje! Piotr, potrafiący bez skrępowania wyrazić swoje uczucia, powiedział mi wczoraj przez telefon „Tęsknimy, bardzo tęsknimy”. My też tęsknimy. I mamy nadzieję na szybką powtórkę z rozrywki.

I żeby królik pobiegał jeszcze po dworze, bo teraz siedzi w klatce jakiś osowiały…

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Nagrody i wyróżnienia

Szanowny i wielce lubiany bloger Caddicus Caddi nagrodził mnie na swoim blogu w konkursie „Blog roku 2012”. Z tego też powodu ja również publikuję notkę w tym temacie. Nie jest to typowy wpis jeśli chodzi o moją stronę, ale cóż się poradzi, słowo się rzekło, kobyła u płota… Przy okazji wyróżnię blogi, które osobiście cenię ponadwymiarowo. Zastanawiam się, czy wolno nagradzać blog, który nagrodził mnie. Czy nie ocenilibyśmy tego jako protekcji? Jednak niestety blog Caddiego jest dla mnie tak szczególny, że muszę i Jemu zwiększyć liczbę gwiazdek.

Blog of the Year 2012

Pierwsze jednak co zrobię, to zamieszczę listę reguł konkursu, napisaną w j. angielskim, zdobytą z oficjalnej strony tego zabawnego konkursu:

The ‘rules’ for this award are simple:
1 Select the blog(s) you think deserve the ‘Blog of the Year 2012’ Award
2 Write a blog post and tell us about the blog(s) you have chosen – there’s no minimum or maximum number of blogs required – and ‘present’ them with their award.
3 Please include a link back to this page ‘Blog of the Year 2012’ Award – http://thethoughtpalette.co.uk/our-awards/blog-of-the-year-2012-award/ and include these ‘rules’ in your post (please don’t alter the rules or the badges!)
4 Let the blog(s) you have chosen know that you have given them this award and share the ‘rules’ with them
5 You can now also join our Facebook page – click the link here ‘Blog of the Year 2012’ Award Facebook page https://www.facebook.com/groups/BlogoftheYear/ and then you can share your blog with an even wider audience
6 As a winner of the award – please add a link back to the blog that presented you with the award – and then proudly display the award on your blog and sidebar … and start collecting stars…

Teraz zaś, po dokonaniu formalności, przejdę do nominowania wybranych przeze mnie blogów:

Lolinka za pisanie o trudnych sprawach w łatwy i przyjemny sposób
Caddicus za literackie inspiracje i wędrówki na granicy rzeczywistości
Cytrynna za doskonałe połączenie bloga craftingowego i parentingowego ;)
Magdalenka za bezkompromisowość w pisaniu o wierze i teologii
Joanna za młodzieńcze i świeże zacięcie teologiczne
Honorata za pomieszanie z poplątaniem i tworzenie pięknych rzeczy
Agnieszka za polecanie ciekawych książek i inspiracje stosikowe
Cada Manana za piękne, choć dawno nieaktualizowane, opisy bliskich-dalekich podróży

W efekcie nominowałem blog, który nie był nawet aktualizowany w 2012 roku… Trudno, w 2011 go nie nominowałem ;). Wszystkim zwycięzcom serdecznie gratuluję, nagrody do odebrania na stronie projektu lub jego profilu fejsbukowym ;).

Wpis z 12 12 12 zaliczony.

EDIT: 15 grudnia dodałem nominację dla kolejnych blogów – Honoraty i Agnieszki.

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Ćwierćwiecze

Wydaje mi się to niesamowite i wręcz nieprawdopodobne, że od ostatniego wpisu o tej tematyce minęło już pięć lat. Pięć długich lat odkąd jesteśmy razem, pięć lat odkąd po raz pierwszy wspólnie świętowaliśmy Twoje urodziny. Znów mogę napisać: jak wiele się zmieniło od tej pory. A jak jednocześnie wszystko jest tak, jak było.

Wówczas, pięć lat temu, byłaś moją narzeczoną, o czym niewiele osób jednak wiedziało. Baliśmy się powiedzieć o tym w naszych rodzinnych domach, w których naówczas jeszcze, osobno, mieszkaliśmy. To był ostatni miesiąc, kiedy czuliśmy się jeszcze jak małe dzieci przyczepione z konieczności do swoich korzeni i skrywające wielką tajemnicę przed tymi korzeniami. Ja wówczas wypracowałem mój pierwszy własnoręcznie robiony wygląd bloga i zamieściłem go po północy, żeby ci zrobić niespodziankę. Dziś można zobaczyć jego fragment, ten z naszymi dłońmi i pierścionkiem (zwanym 164) jeśli dobrze się trafi na nagłówek tego bloga. Wtedy też napisałem tamtą notkę. A z samego rana wsiadłem do pociągu, w Kielcach przesiadłem się do PKSu i pojechałem do Ciebie, żeby Ci zrobić niespodziankę. Leżałaś chora w łóżku, ja wpadłem z różą. Poznałem Twoich znajomych, którzy też postanowili zrobić Ci niespodziankę. To również był ostatni raz.

Byłem oficjalnie Twoim chłopakiem, w rzeczywistości już narzeczonym. A potem wszystko zmieniło się jak w kalejdoskopie. Pod koniec września zamieszkaliśmy razem. Dziś nie będę się zastanawiał, czy był to raczej dobry, czy zły wybór, by zamieszkać razem przed ślubem. Postanowiliśmy zachować czystość przed ślubem i z małymi potknięciami cel osiągnęliśmy. A ślub był już rok później, 13 września. Nie musieliśmy długo czekać. Rok później urodziliśmy Synka. Kolejny rok później pojechaliśmy na wakacyjną wyprawę życia i wtedy powiedziałem Ci to, co miałem Ci powiedzieć za trzy lata (Że kocham Cię i chcę spędzić z Tobą życie). I od tamtego czasu minęły już ponad dwa lata… Dwa lata po tym urodziliśmy Córeczkę. Po pięciu latach jesteśmy małżeństwem z czteroletnim stażem, ukończonymi studiami i dwójką dzieci. Ludzie się dziwią, że tak szybko. Rzeczywiście, nigdy wcześniej żadne pięć lat nie minęło tak błyskawicznie.

A jednocześnie tak niewiele się zmieniło. Choć dziś pewnie dziękowałbym Ci za wiele innych rzeczy, niż wówczas. Mogę Ci dziękować za obiady, które mi gotujesz, za to, że dla mnie dbasz o dom, za dzieci, które wraz ze mną, z miłością wychowujesz. Za Twoją mądrość i inteligencję, za mądre argumenty w sporach moralnych czy wychowawczych. Za to, że mam w Tobie prawdziwą partnerkę, choć nie lubię tego słowa, bo zazwyczaj kojarzy się z „nie-żoną”. Za to, że jesteś po prostu. Ale jednocześnie wtedy też byłaś tak samo mądra, tak samo inteligentna i tak samo ze mną. Choć oboje wydorośleliśmy, nadal jesteśmy tak samo postrzeleni i zwariowani na swoim punkcie i na punkcie Pana Boga. Ale dziękuję Ci też za to, że pomogłaś mi się zmienić. Że dzięki Tobie opanowałem mój histeryczny charakter. Że dla Ciebie podjąłem odpowiedzialność za utrzymanie Ciebie i naszych dzieci. Za to również, że ukończyłem wymarzoną teologię na wymarzonej uczelni i że wspierasz mnie w innych moich planach i marzeniach.

Kochanie. Nigdy z nikim nie byłem tak długo i nigdy z nikim nie było mi tak dobrze. Choć wtedy miałaś dwadzieścia lat, a teraz masz dwadzieścia pięć, nadal tak samo Cię kocham i nadal tak samo jestem Ci wdzięczny. Oraz Panu Bogu, który pozwolił mi poznać kobietę, od której czuć Jego samego. Która tak bardzo poświęciła się Jemu samemu, że bezgranicznie potrafi poświęcić się małżeństwu i rodzinie. I pomaga mi osiągać to samo.

„Ludzie mówią, że nie kocha się za coś. Niektórzy mówią, że kocha się mimo wszystko. Ja nie kocham Ciebie ani za coś, ani mimo wszystko. Kocham Cię, po prostu. I piszę to tutaj, na tym blogu. Choćby niektórym się to miało nie spodobać.

Ale jeśli miałbym Cię kochać za coś, rzeczywiście, jeśli nie starałbym się, by to była miłość bezinteresowna, to właśnie za to wszystko bym Cię kochał.”

Wszystkiego najlepszego!

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Księża na Księżyc

To znane hasło, propagowane niedawno i miejscami jeszcze modne wśród radykalnych antyklerykałów może znaleźć swój punkt odniesienia szczególnie u jednego, powszechnie znanego kapłana. Wszak, jak dobrze pamiętamy, niejaki Mistrz Twardowski swego czasu zamieszkiwał na Księżycu. Jeśli więc wysyłać tam księży, to może przede wszystkim księdza Jana Twardowskiego? Wybitny poeta i ceniony kapłan z pewnością świetnie by się tam odnalazł. Jego przesłanie byłoby być może jeszcze bardziej dobitne.

Księdza Twardowskiego wszyscy znają przede wszystkim jako poetę. Ci, którzy go mniej-więcej cenią, potrafią zacytować jeden fragment z jego wierszy: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Niektórzy jeszcze wiedzą, że „Zostaną po nich buty i telefon głuchy”. Niewielu jednak zna jego historię, dzieje kapłaństwa i twórczości – postanowiłem więc ją nieco przybliżyć.

Jan Twardowski, Syn Jana i Anieli z Konderskich urodził się w Warszawie 1 czerwca 1915 roku. Pierwszym miejscem jego zamieszkania była kamienica przy ulicy Koszykowej 20, po wyjeździe ojca ze względu na wojnę zmienił z matką miejsce zamieszkania. Większość dzieciństwa spędził w kamienicy przy ulicy Elektoralnej 49. Ojciec Jana powrócił do Warszawy pod koniec I Wojny Światowej. Do gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczego Jan Twardowski wstąpił za namową ojca, który wymarzył sobie dla niego karierę inżyniera. Dlatego w przyszłości ojciec nie był przychylnie nastawiony do wyboru drogi życiowej syna. Jan junior wstąpił zaś na Uniwersytet Warszawski, gdzie chciał ukończyć studia polonistyczne. Studia przerwała mu II Wojna Światowa. Przez lata wojny przebywał z rodziną w Warszawie. U boku szwagra, Mieczysława Truszkowskiego rozpoczął współpracę z podziemiem; pomagał mieszkańcom getta. W 1944 brał udział w powstaniu warszawskim, został ranny i trafił do szpitala polowego. Po upadku powstania uciekł z transportu do Niemiec i przez kielecczyznę wracał do Warszawy. W Radomiu spotkał się z rodziną i podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium. W 1945 roku Jan Twardowski wstąpił do Warszawskiego Metropolitalnego Seminarium Duchownego. W tym samym roku starał się o zaliczenie w poczet studentów Wydziału Teologii Katolickiej Uniwersytetu Warszawskiego, celem ukończenia przerwanych przez wojnę studiów. Studia ukończył w 1948 roku, otrzymując dyplom magistra filozofii w zakresie filologii polskiej. 4 lipca 1948 przyjął święcenia kapłańskie.

Początkowo nie radził sobie jednak w roli kapłana, mdlał z nerwów nawet w trakcie sprawowania mszy świętej. Dlatego wyznaczono mu rolę prefekta i katechety w szkole specjalnej w Pruszkowie. W tej roli spełnił się bardzo dobrze, rozwinął swoją miłość do dzieci i metody wychowawcze. W szkole pracował 3 lata, potem wyruszył jeszcze do kilku parafii, ostatecznie odnajdując swoje miejsce w kościele pw. Józefa Oblubieńca Niepokalanej Bogurodzicy Maryi przy klasztorze Zakonu Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Warszawie, gdzie pierwotnie pełnił rolę rektora, pod koniec życia zaś rezydował tam. Dzięki spokojnej posadzie mógł ukoić swoje nerwy i poświęcić się modlitwie oraz pracy twórczej.

Wydał za swego życia wiele tomów poezji, pisał także felietony, anegdoty, opowieści dla dzieci. Za swą twórczość zdobył liczne nagrody. Nie będę ich tu przytaczał, podam tylko źródła, w których można wyszukać większą ilość informacji. Ksiądz Jan Twardowski zmarł 18 stycznia 2006 roku w Centralnym Szpitalu Klinicznym przy ul. Banacha w Warszawie. Jego pragnieniem było, aby pochować go na Powązkach. Decyzją księdza Prymasa Józefa Glempa został on jednak pochowany w krypcie pod powstającą Świątynią Opatrzności Bożej, co wywołało spore kontrowersje.

Na sam koniec chciałbym się skupić nieco na pracy księdza Twardowskiego w pruszkowskiej szkole. Choć przebywał tam tylko trzy lata, miało to na niego bardzo duży wpływ. Wpływ miało również na szkołę, która nosi dziś jego imię. Po zakończeniu pracy tam napisał wiersz, który wzbudza duże kontrowersje, dla mnie wydaje się jednak niezwykle piękny:

Uczniowie moi, uczenniczki drogie,
ze szkół dla umysłowo niedorozwiniętych,
com wam uczył lat kilka, stracił nerwy swoje,
i wam niechaj poświęcę kilka wspomnień świetych.

Jurku, z buzią otwartą, dorosły głuptasie-
gdzie się teraz podziewasz, w jakim obcym tłumie –
czy ci znów dokuczają na pauzie i w klasie –
i kto twe smutne oczy nareszcie zrozumie.

Janko Kosiarska z rączkami sztywnymi,
z noskiem co się tak uparł, że został króciutki –
za oknem wiatr czerwcowy z pannami ładnymi –
a tobie kto daruje choć uśmiech malutki.

Pamiętasz tamta lekcję, gdym o niebie mówi,
te łzy co w okularach na religii stają –
właśnie o robotnikach myślałem z winnicy,
co wołali na dworze – nikt nas nie chce nająć.

Janku bez nogi prawej, z duszą pod rzęsami –
grubasku i jąkało – osowiały, niemy –
Zosiu coś wcześnie zmarła, aby nóżki krzywe
szybko okryć żałobnym cieniem chryzantemy.

Wojtku wiecznie płaczący i ty coś po sznurze
drapał się, by mi ukraść parasol, łobuzie –
Pawełku z wodą w głowie i ty niewdzięczniku
coś mi żaby położył na szkolnym dzienniku.

Czekam na was, najdrożsi, z każdą pierwszą gwiazdką –
ze srebrem betlejemskim co w pudełkach świeci –
z barankiem wielkanocnym. – Bez was świeczki gasną –
i nie ma żyć dla kogo.
Ten od głupich dzieci.

Tak się składa, że sam obecnie pracuję w szkole specjalnej – nie w Pruszkowie jednak, lecz w Wołominie. I tak się składa, że biorę czynny udział w nadaniu imienia tejże szkole – a będzie nosiła również imię księdza Jana Twardowskiego. Dlatego właśnie piszę tę notkę – aby sobie i Wam przybliżyć postać, która będzie patronować szkole, opiekować się teraz moimi uczniami. Jeśli zaś ktoś z Was jest zainteresowany wzięciem udziału w tym wielkim wydarzeniu i dołożeniem swojej cegiełki do całego dzieła (a szkoła wciąż poszukuje sponsorów, którym leży na sercu postać księdza Twardowskiego), to bardzo proszę o kontakt ze mną pod adresem maurycy_to@o2.pl .

W notce wykorzystałem następujące źródła:
Magdalena Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks, Biografia Jana Twardowskiego, Kraków 2011;
Jan Twardowski, Zaufałem drodze, Wiersze zebrane 1932-2006.

Źródło zdjęcia: http://www.poema.art.pl/site/sub_387_x_jan_twardowski.html

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Magdalenka

Ta notka powstaje w przypływie wzruszeń i szoku przeżytych wczoraj podczas lektury blogu mojej bliskiej znajomej. Część z Was z pewnością zna Panią Elę Wiater lepiej, niż ja. Część nie zna jej wcale. Bardziej dla tych drugich, niż dla tych pierwszych napiszę coś, choć sam wiem niewiele.

Kiedy chrześcijanina zapytać w co wierzy, mówi Credo. Żyd opowie całą historię działania Boga w jego życiu i w życiu jego narodu. Ponieważ Pani Ela pozostaje dla mnie zagadką i nie wiem o niej zbyt wiele, nie utworzyłem też żadnego Credo na jej temat, mogę tylko po żydowsku napisać, jaki wpływ miała na moje życie. Wszystko zaczęło się dokładnie w momencie, kiedy zamknąłem poprzedni blog i założyłem ten, nowy. Coś (któryś z tagów mojej notki?) poprowadziło mnie na blog Pani teolog, u której postanowiłem zostawić komentarz. Ona odpowiedziała komentarzem u mnie (pierwszy komentarz na tym blogu był właśnie od niej) i tak się zaczęła nasza znajomość. Szybko dowiedziałem się, że w tym czasie Pani Ela była redaktor naczelną pisma eSPe. Po niedługim czasie poprosiła mnie o napisanie artykułu do tegoż pisma, co z radością uczyniłem. Dzięki jej pomocy opublikowałem więc swój pierwszy, niezwykle grafomański artykuł, wówczas jeszcze pod pseudonimem Maurycy Teo. Artykuł dotyczył podejścia filozofów do kwestii duszy i po tym, jak zacząłem w późniejszym terminie uczęszczać na wykład w tym temacie, zorientowałem się, jak bardzo tendencyjnie poprowadziłem ów zapisek. Mimo tego udało mi się opublikować dzięki uprzejmości Pani Eli ten artykuł, następnie zaś znalazła się dla mnie i praca zarobkowa w samym wydawnictwie. Oczywiście znów Ela zakręciła się wokół mnie, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny. Napisałem kilka tekstów do książki, która ostatecznie (przynajmniej na razie) nie wyszła drukiem, ale zaraz potem znalazła się druga. Mój udział w jej pisaniu był podobny, tym razem jednak udało się ją ukończyć i wyszła drukiem (możecie o niej przeczytać w mojej notce „Samochwała„. Tam również znajdziecie link na stronę wydawnictwa, gdzie książkę możecie kupić). Kiedy książka wychodziła drukiem Pani Wiater już nie była naczelną czasopisma eSPe, dziś wygląda na to, że znów wróciła do tegoż wydawnictwa.

Kontakt między mną a Panią Elą nieco osłabł ostatnimi czasy. Nie przeszkadzało mi to jednak w szukaniu u niej wsparcia, m.in. w czasie burzliwej dyskusji, w jakiej brałem udział na Facebooku, a która dotyczyła aborcji. Ela jak zwykle potrafiła mi mądrze i spokojnie odpowiedzieć, kojąc moje nerwy i pozwalając na zaprzestanie bezsensownych dyskusji.

Kiedy Pani Wiater robiła doktorat, mocno trzymałem za nią złożone dłonie (ktoś mi kiedyś napisał, że kciuki bywają nieskuteczne). Udało się, doktorat wyszedł drukiem. Obiecałem, że kupię – jeszcze nie kupiłem. Teraz trzymam dłonie jeszcze mocniej złożone. Piszę tę notkę, bo dowiedziałem się, trochę poniewczasie, że Pani Ela była w jednym z pociągów, które zderzyły się pod Szczekocinami. Przeżyła, co napisała po długim pobycie w szpitalu u siebie na blogu. Bóg jeszcze nie chciał jej zabrać, to nie był jeszcze jej moment. Co mnie, jak i innych jej licznych znajomych, bardzo cieszy. Choć nie wątpię, że ma już przygotowane miejsce w Domu Pana.

Piszę, bo chcę prosić Was, byście również pomodlili się za Panią Elę Wiater, aby szybko wracała do zdrowia. I zapraszam również na jej BLOG, na którym prócz wstrząsającej relacji z wypadku można przeczytać mnóstwo mądrzejszych i bardziej rzeczowych niż u mnie notatek dotyczących Boga i wiary.

Elu! Wracaj szybko do zdrowia! Niech Bóg pozwoli Ci jeszcze długo żyć, byśmy mogli się jeszcze wiele od Ciebie nauczyć!

Categories: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 2 Komentarze