O mnie

Godzien jest robotnik swojej zapłaty

Koniec roku szkolnego zmusza do przemyśleń, zwłaszcza gdy jest się rodzicem dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, a jeszcze bardziej gdy jest się nauczycielem. Rok temu byłem już dziennikarzem, pracowałem dla portalu wPolityce.pl i gdyby nie decyzja „góry”, dziś pewnie znalibyście mnie jako dziennikarza. Ale nie, jednak w październiku wróciłem do poprzedniego zawodu i pozostałem nauczycielem. Wtedy już jednak nie było to z założenia „na stałe”. Nie udało się w dziennikarstwie, ale to nie znaczy przecież, że mam być nauczycielem do końca życia. Założenie było jasne: przeżyć jeszcze rok w szkolnictwie, po czym znaleźć sobie miejsce w korpo czy innym opłacalnym miejscu, w którym komunikatywna znajomość języka angielskiego jest wszystkim, czego potrzebują (nie bujam, mam znajomych, którzy tak właśnie zrobili). I tak miało być, dopóki dyrekcja jednej z lokalnych podstawówek nie poprosiła mnie o przejęcie kilku klas po odchodzącej nauczycielce. Zgodziłem się – i to był przełom.

Wszedłem do klas 1-4 i zacząłem uczyć. To był szok – dla dzieci i ich rodziców. Nagle pierwszakom ktoś kazał przynieść zeszyt do angielskiego i zaczął wprowadzać notatki. Skończyło się stawianie szóstek za nie wiem co (naprawdę nie wiem – na semestr wszyscy niemal mieli szóstki w klasach młodszych), a zaczęło się ocenianie za wiedzę i pracę. Najtrudniej było z trzecimi klasami, które szóstki od lewej do prawej miały już przez 2 i pół roku, a trzecia klasa to na angielskim już mnóstwo poważnej, teoretycznej i praktycznej, wiedzy. To właśnie z trzecich klas zaczęły płynąć dociekania, dlaczego oceny tak drastycznie się obniżyły. Ale to było na początku – później okazało się, że większość zdziwionych uczniów po prostu wzięła się do pracy! I część z nich wróciło do swoich piątek czy szóstek z pierwszego semestru.

Ja przyszedłem i zacząłem po prostu wykonywać swoją pracę. Bez żadnych fajerwerków, za to z zaangażowaniem i z indywidualnym podejściem do ucznia (to mi zostało jeszcze z czasów pracy w szkole specjalnej). Natychmiast – ku mojemu zdziwieniu – zacząłem odbierać mnóstwo pozytywnych informacji zwrotnych, zarówno od uczniów, jak i ich rodziców. Na zastępstwie z matmy jedna z uczennic klasy czwartej powiedziała: „Z panem nawet matematyka jest fajna”. Klasy pierwsze to była jedna wielka miłość. Dar, który miałem kiedy miałem 16 lat – przyciąganie dzieciaczków w wieku 6-8 lat – wrócił z siłą maksymalną, choć przez lata myślałem, że całkowicie się rozpłynął. Ile miałem przez ten semestr narzeczonych z pierwszych klas – nie policzę. Lekcje były swobodne, wesołe, ale z ciągłym przypływem nowej wiedzy („Będziemy coś dzisiaj pisać? Proszę…”). Nawet kiedy miałem zastępstwo z klasami, których nie uczyłem na co dzień, pomagałem im zrozumieć np. historię – bo dlaczego nie? I ci uczniowie przychodzili do mnie miesiąc później pytając, czy dziś znów będziemy mieć razem zastępstwo…

Zakończenie roku i dowody wdzięczności, nawet od osób, dla których byłem utrapieniem – to tylko ocena końcowa wystawiana nauczycielowi. Podziękowania od chłopców, którzy dawali mi się we znaki – i z wzajemnością – ale „oni pana tak polubili”. Mnóstwo nadziei, że może będę nadal uczył w klasie czwartej, w klasie piątej. Słowa od jednej z mam: „Nareszcie ktoś zaczął ich uczyć angielskiego w szkole, nie musiałam już szukać czegoś na zewnątrz”. Dla mnie to była moc wzruszeń, ale i wstrząs – przyszedłem wykonać zadanie i robiłem to tak, jak potrafiłem. A pierwszy raz w życiu otrzymałem takie morze wdzięczności. „Zwłaszcza za podejście do dzieci” – powiedziała mama dziewczynki, która sama z pewnością chciała to powiedzieć, ale jest tak cudownie introwertyczna, że to aż rozczulające.

Long story short – zostaję w szkolnictwie. Rozpisałem się na temat własnych uczuć i przeżyć, bo chciałem to z siebie wylać. Ale tak naprawdę pisałem z zupełnie innego powodu. Jestem nauczycielem. Zarabiam 1800 złotych na rękę na etacie. Tak, to jest cudowna, spełniająca praca – teraz to czuję i teraz to wiem. Ale ona jest świetna (nie ujmując niczego nikomu) dla samotnych idealistów, albo dla pań, których mężowie zarabiają w korporacjach lub jako informatycy. Ja mam na utrzymaniu sześcioosobową rodzinę (najmłodsza córka urodziła się nieco ponad dwa tygodnie temu) i nie jest to łatwe, nawet jeśli w rzeczywistości mam dwa etaty, udzielam lekcji popołudniami i wracam do domu każdego dnia o 19-20. Praca nauczyciela jest czymś, co zachwyciło mnie ponownie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Jednak zachwyt i ideały nie wykarmią mojej rodziny.

Dziś zawód nauczyciela ma niewielki prestiż, a zarobki w nim są naprawdę śmieszne. Może się to wydawać marudzeniem – zwłaszcza dla ludzi, którzy uważają, że zawód nauczyciela powinno się wykonywać z pasji, a nie dla pieniędzy. Jednak słusznie napisał święty Paweł w liście do Tymoteusza: „Prezbiterzy, którzy dobrze przewodniczą, niech będą uważani za godnych podwójnej czci, najbardziej ci, którzy trudzą się głoszeniem słowa i nauczaniem. Mówi bowiem Pismo: Nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu oraz: Godzien jest robotnik zapłaty swojej” (1 Tm 5, 17-18). Tak, pisał o prezbiterach, ale to naprawdę nie ma znaczenia, czy chodzi o kapłanów, czy o nauczycieli – każdemu należy się uczciwe i godne wynagrodzenie za jego pracę. Nauczyciel, który kocha swoją pracę i – z wzajemnością – kocha swoich uczniów, musi wrócić do domu z pieniędzmi na jedzenie dla swojej rodziny. Musi mieć za co tę rodzinę wziąć na wakacje, za co ją ubrać. Tego się nie da zrobić za nauczycielską pensję.

Portal Money.pl podał niedawno, w jak głębokim kryzysie jest zawód nauczyciela. Obecnie o podobnej karierze marzy jedynie 2,4 proc. piętnastolatków – to 2 razy mniej, niż 10 lat temu. Sytuacja ta wynika właśnie z niskiego prestiżu zawodu nauczyciela, jak i ze zbyt niskich zarobków. „Obecnie średni wiek nauczyciela to już 42 lata, a mała liczba chętnych do pracy w zawodzie nauczyciela może oznaczać braki kadrowe w przyszłości” – podaje portal. I to niestety smutna prawda. Ponieważ ja, podobnie jak moi znajomi, mógłbym – i chciałem – rzucić zawód nauczyciela i pójść gdziekolwiek tam, gdzie płacą uczciwie za uczciwą pracę. Podobno są miejsca, gdzie w Lidlu czy Biedronce zarobiłbym więcej, niż nauczyciel w szkole. I tam nie znalazłby się raczej ktoś, kto wypomniałby mi, że jestem darmozjadem, który bierze pieniądze za „obijanie się”.

Godzien jest robotnik swojej zapłaty. Zostaję w szkolnictwie dla moich kochanych uczniów i dla ich wdzięcznych rodziców. Będę nadal robił to, co robiłem – uczył. Przytulał dzieci, które potrzebują przytulania, strofował dzieci, które potrzebują strofowania, ocierał łzy tam, gdzie potrzeba je obetrzeć. Wdzięczność jest najlepszą zapłatą i największą motywacją. Ale nie może pozostać jedyną. Dlatego piszę to i wołam, jako główny chlebodawca w rodzinie, o godne pensje dla nauczycieli. Bo inaczej Wasze dzieci uczyć będą ci, którzy nigdzie indziej nie dostali pracy.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/starcie-biznesmen-przedsi%C4%99biorca-3127285/

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Nauczanie to powołanie

Jestem nauczycielem od siedmiu lat. Na początku wspomagałem kilka szkół językowych, nauczając w Warszawie i okolicach. Potem przez 5 lat uczyłem angielskiego – i trochę religii – w szkole specjalnej w Wołominie. Po kilku perturbacjach zrezygnowałem i poszedłem w prywatę – ale i wówczas trafił się kawałek etatu w szkole podstawowej.

Co jakiś czas nieśmiało myślę o zmianie kariery. Nawet przez chwilę próbowałem – znajdując dość niespodziewanie zatrudnienie w portalu wPolityce.pl. Jednak trzy fascynujące miesiące pracy w dziennikarstwie nie wystarczyły, bym na dobre opuścił szkołę. Myślałem już później, że to ostatni rok. Potem może pójdę w politykę? Muszę jednak przyznać, że kiedy już naprawdę myślę o rezygnacji, Pan Bóg podpowiada mi, że to może nie być najlepszy pomysł.

W tym roku pracowałem tylko w prywatnej firmie, dzięki czemu zaczynałem zajęcia od południa i mogłem rano się wyspać, pisać książkę (najbardziej marzę o byciu pisarzem) czy iść na siłownię. Jednak okazało się, że liczne okoliczne szkoły poszukują nauczycieli języka angielskiego na etat. I ostatecznie wyhaczyła mnie dyrekcja jednej ze szkół, w których miałem zajęcia pozalekcyjne. Przyjąłem pracę od stycznia – w klasach 1-3, kilku czwartych i w zerówce. I tak oto ja, który pragnąłem już powoli wycofywać się z nauczania, stałem się ponownie „ulubionym” nauczycielem.

Liczba informacji zwrotnych – głównie pozytywnych – jakie otrzymałem od początku nauczania, wywołuje u mnie poczucie dumy. To, co robię, ma sens. Uwielbiam pierwszoklasistów, którzy przybiegają do mnie, żeby się przytulić, rysują mi serduszka, obrazki i mówią mi, jak bardzo tęsknią za mną, kiedy nie ma angielskiego. Kocham zawsze chętnych do pracy zerówkowiczów, którzy – na początku bardzo rozbrykani – szybko wdrożyli się w regularną pracę. Zawsze cieszę się z pracy z ambitnymi czwartoklasistami, którzy z rozmarzeniem patrzą na mnie, wspominając poprzednią nauczycielkę, która „siedziała z nogami na biurku i czekała, aż się uspokoją”. I tych kilka czwartoklasistek, które – choć ciche i wyraźnie introwertyczne – otworzyły się na pracę w grupie pod wpływem moich zachęt.

Wzruszyła mnie jedna z sytuacji w ostatnim czasie. Dwie dziewczynki z trzeciej klasy, które generalnie nie radzą sobie najlepiej. Poprosiłem, by podeszły do tablicy, by zrobić zadanie. Zachowywały się, jakby przyrosły do krzeseł. Tak się zestresowały, że w końcu im odpuściłem. Byłem przekonany, że następnego dnia z nerwów nie przyjdą do szkoły. A one przyszły, zrobiły bezbłędnie dość trudne zadanie i z niewielkim tylko wahaniem podeszły do tablicy, by powtórzyć to przed klasą. „Uczyłyśmy się cały wieczór” – powiedziała jedna z nich, kiedy wracały na swoje miejsca. A ja pękałem z dumy!

Rodzice dzieci też przychodzą do mnie. Większość z nich dziękuje za moją obecność i pyta, czy zostanę z nimi na dłużej. I zastanawiam się – czy zmieniać jednak karierę, czy zostać i pomóc tym istotom, których dotychczasowa nauczycielka właściwie nic z nimi nie robiła. I to potwierdza, że nauczanie to rzeczywiście jest powołanie. Dobry nauczyciel musi to czuć, musi kochać dzieci i chcieć z nimi pracować. Od stycznia znów przychodzę do pracy z radością i chcę robić to, co robię. Mimo godzin nocnych spędzanych na sprawdzaniu klasówek i projektów.

Jest niestety jeden, ale znaczący problem. Nauczyciel pracujący w szkole, w której uczy się dużo dzieci, nie jest wystarczająco dobrze wynagradzany. Ja pracuję na dwa etaty (jeden publiczny, drugi prywatny), przez co kończę pracę czasem o 19, czasem o 20. Mimo tego mało jest takich miesięcy, w których zarabiam z nadwyżką. Mam na utrzymaniu rodzinę i chciałbym, by moja praca pozwalała nam dobrze spędzać życie. Tymczasem nauczyciel nie zarabia dość dużo, by swobodnie sobie radzić. To był i nadal jest mankament. A przecież nauczyciele są naprawdę potrzebni. Dlatego muszę jeszcze raz przyznać, że nauczanie jest formą powołania, zwłaszcza kiedy zauważy się, że nie przynosi ono wystarczających korzyści finansowych. I wiem, że niektórzy chcieliby, żeby funkcje publiczne pełnić za darmo, w ramach wolontariatu. To miałoby doprowadzić do tego, że nauczaliby sami pasjonaci. To jednak nieprawda. Pasjonaci są w szkołach potrzebni. Ale i oni powinni mieć za co żyć.

Tego życzę sobie i innym nauczycielom z okazji Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/student-profesor-uni-ksi%C4%85%C5%BCki-2052868/

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Dziesięć książek

Bardzo popularny i chętnie przekazywany na Facebooku łańcuszek dotarł i do mnie. Kiedyś mówiło się „nie przesyłam łańcuszków”, dziś nagle wszyscy się nimi dzielą, wyliczają książki, dziękują Bogu za to, co dobrego im uczynił, piszą co zrobili dobrego danego dnia albo oblewają się wiadrem zimnej wody. W porządku, Magdalena Baranowska poprosiła mnie o wypisanie dziesięciu wyjątkowych książek, które zrobiły na mnie szczególne wrażenie, więc podzielę się nimi z Wami na blogu.

Mogłoby się wydawać oczywistym, że pojawią się tu w pierwszej kolejności książki takie jak Pismo Święte, Katechizm Kościoła Katolickiego, czy Kodeks Prawa Kanonicznego. Są to oczywiście książki, które w codzienności wciąż na mnie wywierają wpływ, które sobie szczególnie cenię, które towarzyszą mi w tworzeniu bloga i w pracy katechetycznej. Nie będę jednak tutaj dziś wchodził w oczywistości, które mają znaczenie. Zajmę się raczej książkami, które w bardzo konkretny sposób wpłynęły na moje ideały, moje podejście do życia, a także na moje osobiste podejście do pisania i nadzieje na to, że pewnego dnia pewnie – miejmy taką nadzieję – coś wydam. Kolejność książek w większości „jak popadło”, a na blogu piszę bo wyjaśnienie ma znaczenie.

ono-b,pd,93351. Ono Doroty Terakowskiej. Pisałem o tej książce już w notce, w której dziękowałem mojej Żonie za zaistnienie w moim życiu i za najpiękniejsze chwile z nią spędzone. Sama treść książki pięknie przekazuje istotę aborcji, ale także decyzji podejmowanych w niełatwych warunkach przez zgwałconą dziewczynę, która zastanawia się czy urodzić poczęte w gwałcie dziecko. Powieść ta jednak nie wpłynęła na moje życie przede wszystkim za pomocą treści, lecz poprzez warunki w jakich przyszło mi ją czytać, oraz poprzez dopiski czynione ołówkiem na jej kartach. „Ono” było książką pożyczoną mi przez koleżankę ze studiów. Ona pożyczyła mi ją, bo bardzo chciała mi ją pożyczyć, ja pożyczyłem ją od niej, bo chciałem ją od niej pożyczyć, a tak naprawdę zwyczajnie było to pretekstem do rozmowy. Czytając tę książkę trafiałem na dopiski, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że ta dziewczyna, której w ogóle nie znam, jest właśnie moją przyszłą żoną i kobietą mojego życia. Czytając o jej – zaznaczonym w tekście – „mniej-więcej największym marzeniu” postanowiłem ją pokochać, choć dotychczas zamieniliśmy być może dwa słowa. Zdecydowałem się też zakupić jej kalejdoskop po tym, jak przeczytałem, że „chciałaby mieć kalejdoskop”. Ten kalejdoskop – symbolicznie – towarzyszył nam potem przez długi czas, gdy zdecydowaliśmy się odwrócić nasze życia do góry nogami, wyprowadzając się z Łodzi do Warszawy (ja dość niespodziewanie), zaręczając się, kłócąc z połową znajomych i rodziny, a po roku biorąc ślub. Po dwóch rodząc dziecko. I to wszystko przez „jedną głupią książkę” – jak napisała mi moja wtedy jeszcze nie Żona w jednym z pierwszych SMSów, który gdzieś zapisałem, żeby nie zapomnieć i zapomniałem…

ludzie-bezdomni-C,pd,1238732. Ludzie bezdomni Stefana Żeromskiego. Może to tylko szkolna lektura, ale okazuje się, że i lektury szkolne przeczytane w niewymuszony sposób mogą wpływać pozytywnie na życie człowieka. Podczas czytania tejże powieści zrodził się we mnie, albo tylko skrystalizował, mój ideał człowieka. Judym – lekarz, który dla dobra ogólnopojętej ludzkości, zwłaszcza zaś dla biedoty mieszkającej w czworakach, decyduje się zrezygnować z miłości swojego życia – przez wiele lat był mną, a ja byłem nim. Czytając tę książkę byłem jeszcze w związku z moją licealną narzeczoną i przeraziłem się, gdy okazało się, że Judym na koniec zrywa z Joasią, wiedząc że będzie go ona hamować w jego działaniach i zamiast pomagać potrzebującym, skupi się on na zarabianiu pieniędzy dla utrzymania rodziny. Wówczas sam żyłem ogromną miłością swojego życia i wierzyłem, że wraz ze swoją przyszłą żoną będziemy mogli wspólnie wypełniać nasze ideały, pomagając ludziom znaleźć drogę do Boga. Potem, kiedy okazało się że z danych obietnic można się wycofać, bo kogoś przygniatają ideały innej osoby, stwierdziłem, że Judym miał jednak rację. Dlatego wstąpiłem do seminarium. A że tam mi się nie powiodło, postanowiłem jednak ponownie poszukać szczęścia w miłości. Które ostatecznie znalazłem, ale poświęcenie Judyma do dziś pozostało dla mnie ogromnym ideałem. I przyznać muszę, że rzeczywiście życie w małżeństwie, a także posiadanie dzieci w znaczący sposób ogranicza możliwości „ratowania świata” tak, jak czynił to nasz bohater. Można jednak mieć ideały związane z życiem rodzinnym, a i żonę jednak taką, która ten świat ratować pomoże.

nad-niemnem-twarda,pd,108753. Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej. Kolejna lektura szkolna, do tego czytana w wakacje przed maturą w celu nadrobienia czytelniczych zaległości, która wbiła mi się w pamięć i zmieniła myślenie. I choć wielu narzeka na długie opisy przyrody ciągnące się stronami i przez całą książkę, mnie zajęły raczej charaktery postaci. Co nie znaczy oczywiście, że nie zwróciłem uwagi na opisy. One tam były, ale moim zdaniem nie przeszkadzały. Ba, wręcz zachwycały, we mnie osobiście wywołując raczej zauroczenie niż niechęć. Tak jak jednak wspomniałem, najistotniejsze są dla mnie postaci, a w przypadku „Nad Niemnem” jedna szczególnie mnie urzekła. Tą postacią była pani Andrzejowa Korczyńska, żona mężczyzny zmarłego w czasie powstania. Była to kobieta pogrążona w nieustającej żałobie, choć nie płakała bez przerwy i nie uprzykrzała tym samym życia innym. Ona zwyczajnie kochała swojego męża nie tylko do grobowej deski, ale i poza nią. Nawet kiedy miała okazję związać się z kimś innym, ostatecznie odrzuciła ją, by dochować wierności mężowi. Prawdą jest, że miała kłopot z synem. Że nie udało jej się go dobrze wychować. Ale tu nie pod kątem wychowania oceniam postać, lecz właśnie pod kątem miłości do współmałżonka. I tę książkę czytałem będąc jeszcze w pierwszym poważnym związku, zatem ona ustawiła mi jakiś ideał małżeństwa nie tyle do śmierci, ile poza nią.

adieu-przypadki-ksiedza-grosera-c,pd,2636814. Przypadki księdza Grosera Jana Grzegorczyka, a więc trzy tomy: „Adieu”, „Trufle” i „Cudze Pole” („Jezusa z Judenfeldu” do tej pory nie przeczytałem). Grosera poznałem jako początkujący kleryk, a może chwilę wcześniej, ale już z pewnością po moim pierwszym poważnym związku i w trakcie planowania bycia księdzem. Postacią Grosera Grzegorczyk trafił w sedno, jeśli chodzi o typ księdza, którym chciałem być. Tym samym zaczytywałem się w „Adieu”, a potem w „Truflach”, lekko – ale tylko lekko – zawodząc się „Cudzym Polem”. Podobało mi się, jak Groser wychodził do ludzi, jak dostawał od nich lanie, jak nadstawiał oba policzki ale też jak potrafił ostro i dobitnie postawić różne sprawy. Zakochałem się w scenie, w której – podczas zastępstwa na lekcji religii – jeden uczeń dla popisu zakłada sobie prezerwatywy na uszy. „Pięknie” – komentuje żarcik Groser – „Ale mama nie nauczyła cię, gdzie się to zakłada?” Pod wpływem lektury Grosera znalazłem nawet mail do Jana Grzegorczyka, autora, i przez jakiś czas ze sobą korespondowaliśmy. To też swego rodzaju przygoda mojego życia.

opowiesci-z-narnii-7owy,pd,153355. Opowieści z Narnii C.S.Lewisa. Najpierw obejrzałem pierwszy film w kinie, a potem pobiegłem do Empiku i za jedną z pierwszych skromnych Magdonaldowych pensji kupiłem cały siedmiopak. Przeczytałem szybko, choć niektóre części wydały mi się mniej ciekawe, niż pozostałe (na samym końcu stawiam czwartą – „Srebrne krzesło”). Jak już wspomniałem, książki, które wymieniam, miały nie tylko wpływ bezpośrednio na mnie i moje życie, ale i na moją, wciąż kiełkującą, twórczość. Otóż pierwszą swoją powieść zacząłem pisać jako piętnastolatek. Stworzyłem świat, postacie itp. Wydawało mi się, że jestem oryginalny. Ale potem, gdy miałem 20 lat i kupiłem sobie „Opowieści…”, odczułem szok i niedowierzanie. Okazało się bowiem, że moja niedokończona powieść była w ogromnej mierze oparta na arcydziele C.S.Lewisa. Zastanawiałem się dlaczego, jednocześnie przypominając sobie starą prawdę ludową, która głosi, że „Jeśli wydaje ci się, że wymyśliłeś coś nowego, to znaczy, że nie pamiętasz, gdzie o tym przeczytałeś”. W moim przypadku chodziło jednak raczej o obejrzenie, a nie o przeczytanie. Jako dziecko z pewnością oglądałem filmy o Narnii powstałe o wiele wcześniej, niż najnowsze hity kinowe. Pamiętam nawet kilka scen. I to one ukształtowały moją wyobraźnię tak, że mogłem stworzyć swój własny świat. Co jednak urzekło mnie w „Opowieściach…” już po lekturze? Coś, co także planowałem zawrzeć w swojej książce – obecność Jedynego po tej i po tamtej stronie. Na naszej Ziemi i po drugiej stronie szafy. I to właśnie to sprawiło, że utworzyłem swoją teorię odnośnie światów alternatywnych: „Jeśli istnieje jakikolwiek inny niż nasz świat, nawet jeśli tylko w twojej wyobraźni, to i tak stworzył go ten sam Bóg”.

opowiesci-o-johnnym-maxwellu,pd,1763746. Opowieści o Johnnym Maxwellu Terry’ego Pratchetta – a zwłaszcza ostatnia część, czyli „Johnny i bomba”. Może zadziwiać fakt, że nie stawiam tu nic ze Świata Dysku Pratchetta, choć czytałem część pozycji i bardzo mi się podobały. A jednak bardziej zaintrygowała mnie ta młodzieżówka. Zachwyciło mnie w niej to, że każda kolejna część okazywała się ciekawsza i lepiej napisana. A najlepsza była trzecia, ponieważ traktowała o podróżach w czasie. Sam, jako fan i początkujący autor fantasy, z dużą radością przyjmuję wszystkie wątki o podróżach czasowych, zwłaszcza tych, które „mają wpływ” na rzeczywistość w innym czasie. Przy tym dotychczas byłem zwolennikiem teorii, że „co się stało, to się nie odstanie”. Jeśli zatem nawet moglibyśmy się cofnąć w czasie i wpłynąć na coś w przeszłości, to nasze aktualne życie już jest uzależnione od tego, co się wtedy wydarzyło. Można mieć wpływ, ale nic nie można zmienić. To drażniło mnie w jednej z ulubionych komedii – „Powrocie do przyszłości”. Drażniło mnie do czasu, gdy nie przeczytałem Johnny’ego. Tam paradoks zmian został wytłumaczony w nowy dla mnie, innowacyjny sposób: jako tworzenie nowych wszechświatów w zależności od tego, jakie decyzje podejmiemy. Pratchett tłumaczył to zjawisko jako dwie nogawki u spodni. Czas jest wspólny do momentu, w którym nie podejmiemy tej czy innej decyzji. Tu rozszczepia się na dwie strony, tak jak nogawki w spodniach. Johnny i przyjaciele mieli to szczęście, że dane im było przemieszczać się między tymi dwiema nogawkami, a wreszcie odkryli jak stworzyć kolejną, najlepszą ze wszystkich… I ta właśnie książka otworzyła moje oczy na możliwość innego spojrzenia na podróże w czasie.

harry-potter-i-wiezien-azkabanu-f,pd,3496747. Harry Potter J.K.Rowling. Książka dla dzieci, może dla młodzieży – zgoda. Może i dla niektórych ma to coś wspólnego z siłami zła, diabłem itp. Bo magia, czary, bo charakter postaci niedookreślony, bo główny bohater nie jest krystalicznie czysty. Nawet tworzy się anty-potterowe książki (Anhar i Alhar), a o Harry’ego Pottera pyta się na tzw. spowiedziach furtkowych. Dla mnie jednak to książka nie tylko o magii, ale też o prawdziwej przyjaźni i o matczynej miłości. Ale jeśli miałbym powiedzieć, że dlatego umieszczam ją na liście „top ten”, mijałbym się z prawdą. W Harrym ponownie uwiodły mnie charaktery postaci. Cudownie zarysowani, niejednoznaczni bohaterowie, żaden z nich nie jest krystaliczny, żaden nie jest bezproblemowy. Ale najbardziej zakochałem się w wyważeniu charakterów niektórych Hogwardzkich nauczycieli, zwłaszcza tej dwójki, u której zawsze panuje posłuch na lekcji: Severusa Snape’a i Minerwy McGonagall. Oboje mają swoje sposoby na bycie nauczycielami, którzy potrafią wiedzę przekazać, jednocześnie mając czas lekcji dla siebie, ponieważ niewielu uczniom przychodzi do głowy, by im przeszkadzać. Łatwiej jest być z pewnością Snapem, który wykorzystuje swój czarny charakter do straszenia i szantażowania uczniów, choć w gruncie rzeczy wcale nie jest taki zły. Dużo trudniej jest osiągnąć poziom pani McGonagall, która swą powagą i nieprzejednaną miną zdobywa zainteresowanie uczniów, ale jednocześnie jest dobroduszna i bardzo troskliwa. J.K.Rowling potrafiła bezbłędnie przedstawić złożony charakter obu tych postaci. Ostatnio kolega zaproponował mi jednak, że może powinienem spróbować być Hagridem. Muszę rozważyć tę propozycję.

metro-2033,pd,2117888. Metro 2033 Dmitrija Gluchowskiego. I tym razem nie chodzi tylko o podstawową powieść, początek całej serii, ale właśnie o serię – o uniwersum. Owszem, „podstawka” jest całkiem niezła, dobrze się ją czyta, a pozostałych książek (oprócz „Pitera”) dotychczas nie przeczytałem. Na wyobraźnię działa mi jednak wizja autorów z całego świata (już nie tylko Rosjanie, ale i Brytyjczycy, Włosi, Ukraińcy, a ostatnio Polacy) piszących powieści mieszczące się w ramach spójnego, wyimaginowanego świata. Gluchowski przyjął rolę koordynatora całości, jako inicjator, a świat i tak żyje własnym życiem, prowadzony przez pisarzy. Zafascynował mnie rozmach z jakim to wszystko się dzieje. Sam bowiem tworzę świat fantasy, który ma rozkwitać podlewany nie tylko przeze mnie, ale i przez czytelników, którzy stają się współautorami. Pragnę, by powieści oparte na wymyślonym przeze mnie świecie rozchodziły się w świat, pisane nie tylko przeze mnie. Metro 2033 i całe jego uniwersum pomaga mi wierzyć, że spełnienie tego marzenia jest możliwe.

wilk-k,pd,3634029. Wilk Katarzyny Bereniki Miszczuk. Najlepsza książka, której nigdy nie przeczytałem. Choć tak naprawdę nie wiem, czy najlepsza. Wygląda to na coś w rodzaju „Zmierzchu”, choć pisane przez Polkę dzieje się w Ameryce, bohaterka ma amerykańskie nazwisko, a cała rzecz opowiada – chyba – o wilkołakach. No toczka w toczkę „Zmierzch”. Szkoda, że książka o Belli Swan została wydana w 2007 roku, a „Wilk” w 2006. Choć „Zmierzch” w oryginale można było przeczytać już w 2005. Ale podobno Katarzyna Berenika Miszczuk napisała swoją powieść jak miała 15 lat, trzy lata wcześniej, niż została wydana. I tak możemy się kłócić, co było pierwsze: jajko czy kura. Ale nie będziemy, bo musimy zrozumieć, dlaczego wybrałem akurat książkę, której nie znam. Ponieważ pewnego dnia rozmawiałem z koleżanką z pracy o moich pisarskich ambicjach. I ona opowiedziała mi o swojej koleżance z liceum, która w wieku 15 lat napisała powieść, a potem z pomocą nauczycielki języka polskiego ją wydała. Tą koleżanką była oczywiście Katarzyna Berenika Miszczuk. I odkąd usłyszałem o jej sukcesie, nagle zaistniała w moim życiu. Kiedy wszedłem do księgarnio-kiosku, na stojaku zobaczyłem książkę p. Miszczuk. Kolejną ujrzałem, wcale nie schowaną, w Matrasie. Aż wreszcie pewnego dnia, wchodząc do Empiku, wpadłem na nową pozycję Bereniki wystawioną przy głównym wejściu! Polubiłem zatem profil facebookowy autorki i zacząłem śledzić jej perypetie. A to związane jest moim marzeniem wydania książki, a może i całego wszechświata, Katarzyna Berenika Miszczuk jest zaś dla mnie żywym dowodem na to, że to wcale nie musi być takie trudne.

schold10. Schold Mateusza Gajka. To może się wydać dziwne, ale to ja jestem Mateusz Gajek. Schold zaś to moja książka. Oczywiście, ta sama, którą zacząłem pisać mając 15 lat. Potem zacząłem od nowa. Za rok skończę 30 lat i minie 15 lat odkąd piszę książkę. Tak, zgadza się. Jest to książka, która nie istnieje. Ale to jeszcze nie znaczy, że nie zaistnieje. Co więcej – to nie znaczy, że nie może ona należeć do dziesięciu najważniejszych dla mnie książek. To jest książka, która jest moją powstającą wciąż nadzieją na to, że mam szansę pewnego dnia ją skończyć, a potem być może również wydać, jak Berenika swojego Wilka. To historia o chłopcu, który wraz z przyjaciółmi i rodzeństwem przechodzi do innego świata, jak dzieci w Opowieściach z Narnii. Tam również przenosi się w czasie, jak Johnny Maxwell. I przeżywa liczne przygody, z pewnością ocierające się o Harry’ego Pottera. Czy o niewymienionego tu, a tak ważnego Władcę Pierścieni. To moja powieść, którą – mam nadzieję – kiedyś dane Wam będzie przeczytać. A póki co zapraszam na mój portal „Jasmine – Niekończąca się Historia Fantasy”, na którym powstaje fantastyczne uniwersum, jak w Metrze 2033. „Schold” zaś ma być częścią tego uniwersum. Mam nadzieję, że wszystko skończy się tak, jak mam nadzieję, że się skończy.

Dziękuję jeszcze raz za nominację. Do wymienienia (i być może opisania) 10 książek, które wpłynęły na Wasze życie zapraszam wszelkich blogerów, czytelników (w komentarzach można wymieniać), a zwłaszcza Cytrynnę i Lolinkę. Wiem, że Lolinka była już nominowana, ale póki co się odwołała. Nie pamiętam, czy Cytrynna wymieniała. Jeśli nie, to chętnie przeczytam.

____________________________________

Ilustracje 1-9 przedstawiające okładki poszczególnych opisanych książek zostały pobrane ze strony księgarni internetowej http://www.gandalf.com.pl

Ilustracja numer 10, autorstwa Michała Śmiałka jest rysunkiem stworzonym dla potrzeb książki „Schold” jeszcze w czasach licealnych. Istnieje prawdopodobieństwo, że ta właśnie ilustracja będzie zdobić okładkę powieści, kiedy ją skończę i spróbuję wydać.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków

Pozdrawiam także Anglików, Francuzów, Polaków z Anglii i Francji, a także wszystkich innych ludzi, którzy z jakiegoś powodu trafili na mój blog. Pozdrawiam Was, wszyscy czytelnicy, zarówno ci, którzy czytacie regularnie to, co ja napiszę, jak i ci, którzy z jakichś powodów okazjonalnie do mnie trafiacie, albo trafiliście raz, albo raz traficie. Piszę te słowa, żebyście wiedzieli, że każdy czytelnik jest mi drogi bez względu na to, czy zgadza się ze mną we wszystkim, czy we wszystkim jest przeciwny, czy raczej się zgadza, czy raczej jest przeciwny. Czy może zagląda z ciekawości, nie mając wyrobionych poglądów, albo lubi mnie czytać, albo mnie lubi, albo nie lubi. A może czytuje kogoś, kto mnie czytuje i znalazł tam linka i przyszedł z ciekawości? Wiele osób z wielu powodów może tu przychodzić i chcę, żebyście wiedzieli, że bardzo Was szanuję i cieszę się, że tu jesteście.

Historia mojego pisania zaczęła się w 2005 roku, kiedy byłem w seminarium. To były wakacje po pierwszym roku, ja – młody chłopak pełen ideałów – pragnąłem moją wiedzę i energię przekazać innym. Czytali mnie głównie nastolatkowie, w tym mój brat i jego przyjaciele, ale także wiele osób mniej mi znanych. Owszem – wtedy nie wiedziałem, że czyta mnie także plejada księży z mojego seminarium, z księdzem rektorem na czele. Piszę to, choć pisałem pewnie już nieraz. Nie próbuję się chwalić, chcę tylko zaznaczyć, że jeśli nadal są tu księża, w tym także z mojego seminarium, to serdecznie ich pozdrawiam. Piszę też dlatego, że chcę Wam pokazać, jak mój blog zmieniał się z czasem przez wzgląd na to, kto go czytał i co z tym robił.

Tak więc mój pierwszy blog zacząłem w lipcu 2005 roku, a zamknąłem we wrześniu roku tego samego. Tak naprawdę dotychczas prowadziłem 5 blogów, przy czym w tej chwili wszystkie zgromadziłem na piątym, aby każdy czytelnik miał ułatwiony wgląd do archiwów – choć wszystkie blogi znajdują się nadal pod starymi adresami i są dostępne do wglądu dzięki linkom na tej stronie. Z zamknięciem każdego bloga i otwarciem nowego wiąże się jakaś „afera blogowa” wywołana przez czytelników bloga, czyli przez niektórych z Was, tych, których pozdrawiam. Pierwszy blog zamknąłem po tym, jak czytający mnie księża, a przede wszystkim ksiądz rektor usunęli mnie z seminarium. Przestałem być „stukniętym klerykiem” i istnienie Pamiętnika stukniętego kleryka przestało mieć rację bytu. Szybko potem, już w październiku, postanowiłem jednak wrócić, pełen buntu, ale bez gruntu pod nogami, z nowym blogiem „W obronie Życia i Świętości”. Ten miałem naprawdę długo, około dwa i pół roku (wtedy to było długo, zmiany losów życia nieustanne; trzy lata pisania aktualnego bloga minęły nie wiem kiedy…). W tym czasie miałem związki, rozwiązki, wreszcie poznałem moją Żonę i pisałem o naszych ówczesnych losach. Tematy były mało teologiczne, bo i ja naówczas byłem mało teologiczny. Afera wywiązała się równo z notką numer 100, czyli ostatnią pisaną na drugim blogu. Tam ujawniłem kilka trudnych faktów na swój temat, co nie spodobało się komuś spośród czytelników. Nie wiem komu, ale wiem, że ten ktoś miał kontakt z bliskimi mi osobami, które wtedy przemówiły mi do rozsądku. W efekcie zamknąłem drugi blog i otworzyłem trzeci. Nazwałem go „Zawsze chciałem zostać apostołem” i tworzyłem naprawdę krótko i nieregularnie. Zamknąłem go nie z powodu afery, lecz dlatego, że Mylog w pewnym momencie prowadził remont i był zamknięty przez cały grudzień, a ja miałem założenie – przynajmniej jeden wpis w miesiącu. Przez to musiałem odejść na inny serwer, w tym wypadku na WordPress. Co nie znaczy, że na sacrumprofanum nie było żadnej afery. Nie, tu chyba zdarzyła się największa spośród wszystkich afer blogowych za czasów mojego pisania. Przygotowania do naszego ślubu nie szły tak, jak byśmy sobie to wyobrażali. Zapraszano osoby, które ledwo znaliśmy. Postanowiłem się więc wyżalić na blogu i czytelnicy dotychczas milczący postanowili skomentować. Przeszliśmy przez plejadę słoni, ktosiów i kierowców gimbusa, a także jednych członków rodziny podających się za innych członków rodziny. Wtedy nawet na chwilę zablokowałem bloga, ale postanowiłem się nie uginać i stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami. Jakoś się uporaliśmy, a czytelnicy ponownie donieśli bliskim mi osobom dopiero po ślubie, dzięki czemu mieliśmy miłą uroczystość, a po ślubie ułożyliśmy sobie bardzo poprawne stosunki z bliskimi. Historia jest długa i skomplikowana, a także nie na blog. Tak czy inaczej afera, pod którą się nie ugiąłem, nie zamknęła bloga, ale liczy się jak każda inna.

Czwarty blog był już na WordPressie, ale ponieważ nie uciekałem z powodu afery (wygląda na to, że nowy blog rozpocząłem od gaszenia afery związanej z blogiem mojej Żony), kontynuowałem linię apostołowania. Tu też bardziej powróciłem na tematy teologiczne – studiowałem ponownie teologię odkąd przyjechałem do Warszawy i nareszcie czułem się na tyle dobrze, by się w tym temacie wypowiadać. Niestety, problemy z czytelnikami zaczęły się nawarstwiać. Oprócz dawnych anonimowych trolli (członków rodziny?) pojawiali się też nowi, a do linii trollingu dołączyli prawie wszyscy moi nieanonimowi czytelnicy-komentatorzy, wliczając w to panią teolog, która była podobnej myśli, dopóki nie podjęła decyzji niezgodnych z tą myślą i myśl zmieniła. Po napisaniu zaledwie kilkunastu notek, po upływie zaledwie 3 miesięcy postanowiłem poddać się tej potężnej aferze blogowej i powziąłem straszny plan zemsty. Kiedy nawet w spokojnej, delikatnej i wręcz nudnej notce o „Tatusiu” zaczęły się pojawiać wredne komentarze czytelników, wyjechałem na „Wakacje” i zniknąłem, ku zdumieniu spragnionych żeru trolli.

Plan był prosty: założyć nowy blog, naprawdę anonimowo, zaprosić do niego nowych czytelników i zacząć z czystym kontem. Pożyć tak trzy lata, pisząc, a potem wyjść na światło dzienne, przywitać wszystkich czytelników i pisać dalej tak, jak pisałem. Plan – o dziwo – ziścił się znakomicie. Trzy lata minęły nie wiem kiedy, choć nigdy żadnego bloga nie pisałem tak długo. Przez większość czasu było spokojnie, nawet jeśli nie każdy czytelnik zgadzał się z tym, co piszę. Wyszedłem z ukrycia i nadal było tak samo. Po jakimś czasie – owszem – starzy czytelnicy zaczynali dawać o sobie znać, ale z delikatną siłą rażenia. Trolle – owszem – nadal się pojawiały, ale z częstotliwością niewielką. Dyskusje – zgadza się – miały miejsce, ale już z mniejszym zaangażowaniem i z mniejszymi emocjami. I tak trwa do dziś, a choć w międzyczasie odłamek mojej dalekiej rodziny, prawdopodobnie jeden z tych, które brały udział w aferze przedślubnej, rzeczywiście się odłamał, ponieważ niepochlebnie napisałem na temat zdarzenia, które mogło mieć miejsce w życiu tego odłamka, nie wpłynęło to znacząco na moje życie. Dużo się zmieniło. Ja dojrzałem, a i życzliwi czytelnicy chyba zrozumieli, że donoszenie moim bliskim mija się z celem. A może nadal donoszą – tylko bliscy zrozumieli, że mam swoje życie i swoją twórczość?

Dlaczego to wszystko piszę? Ponieważ przez lata mojego życia i blogowania zrozumiałem, że jeśli jestem blogerem i jestem nim publicznie, to może mnie czytać każdy. Każdy ma do tego prawo i każdego ja serdecznie pozdrawiam. Co więcej – nie zwykłem kasować czy odsiewać komentarzy, nawet tych wulgarnych, nawet tych atakujących mnie czy innych, chyba że na wyraźną prośbę autora – więc każdy ma prawo skomentować, wypowiedzieć się tak, jak tylko pragnie i uważa za słuszne. Może być rzeczowy, a może być wulgarny. Może się zgodzić albo nie zgodzić. Ma prawo mieć albo nie mieć argumentów. Zrozumiałem, że otwierając się na czytelników otwieram się na różne osoby. Choćby nawet czytał to daleki kuzyn mojej babci (hipotetycznie i przykładowo). I zrozumiałem, że nie muszę się już bać burzliwych dyskusji, emocji i nerwów, ani tego, że ktoś to przeczyta i powie komuś innemu, kto może mieć taki albo inny wpływ na moje życie. Zrozumiałem i nauczyłem się, że mogę mieć to w poważaniu, bo to jest moje – dorosłe i odpowiedzialne – życie. Moja rodzina, osobna, oddzielna komórka społeczna, ukonstytuowana na mocy prawa i sakramentu małżeństwa – i nie mam żadnego obowiązku w jakikolwiek sposób przejmować się opinią komentatorów, trolli, donosicieli i prawdziwie życzliwych mi osób. A także moich bliskich, którzy mogą to czytać, albo którym ktoś może donieść. Piszę co uważam i jak uważam – bo jestem dorosłą osobą.

Piszę to wszystko, ponieważ chcę, żebyście wiedzieli, że mam już za sobą etap nerwówek, zamartwiania się i zamykania blogów, jednego po drugim. Przeszedłem trzyletnie odtrucie i ponad rok po tym odtruciu czuję się świetnie. Jesteście ze mną – bardzo to cenię. Komentujecie – Wasze komentarze karmią mego bloga! Nie zgadzacie się ze mną? Ja nie muszę się zgadzać z Wami. Nie przekonujecie mnie, bo jestem zatwardziały i niepokorny? Może, a może ja mam na ten temat własne zdanie. Moje argumenty do Was nie docierają? Wasze do mnie niestety często również. Kłócę się na blogu i nie daję się przekonać? Najczęściej zwyczajnie mam inne zdanie i nie tak łatwo jest mi je zmienić, bo mocno w nie wierzę. Jestem autorem bloga, piszę i myślę tak, jak uważam. Nie macie obowiązku się zgadzać, ja z Wami też nie. Muszę tylko zaznaczyć, że w moim życiu wiele poglądów przeszło ewolucję – a jednak moje pisanie od 2005 roku aż do dziś jest niemal identyczne. Miło mi jednak, gdy pomagacie mi odkrzywiać jakiś mój fałszywy pogląd.

Cenię bardzo każdego czytelnika i każdy komentarz. Gdy czuję się atakowany – walczę. Gdy widzę, że nie mam racji – ustępuję. Gdy mówi się do mnie spokojnie i rzeczowo – zastanawiam się. Ale już nie rzucam słuchawkami. Wyrosłem z tego. Mam nadzieję, że osoby, które to interesuje, zrozumiały o co mi chodzi.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Polaków, Brytyjczyków, Niemców, Amerykanów, Szwedów, Białorusinów, Francuzów, Włochów, Litwinów, Holendrów, mieszkańców Hong Kongu, Słowaków i Irlandczyków. Żeby wymienić tylko tych z Was, których wejścia statystyki przytaczają mi jako najczęstsze w ciągu ostatniego miesiąca.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Dupek w pozytywnym tego słowa znaczeniu

Dawno nie pisałem notki, a jeszcze dłużej nie pisałem notki w kategorii „O mnie”. Blog, który przez długie lata był blogiem prywatno-teologicznym, teraz wreszcie stał się czysto tematyczny. Mimo tego raz na jakiś czas coś sprowokuje mnie do prywatnych wynurzeń. Tym razem była to moja Małżonka, która zamieściła komentarz na blogu Cytrynny oraz sama Cytrynna, która ten komentarz zedytowała. Komentarz sam głosił, że koleżanki z pracy uważają mnie za „dupka w pozytywnym znaczeniu” jednak ze względów cenzuralnych słowo „dupka” przeinaczono na „tyłka”. Dowcip spalono, ale nie wiedziano o co chodzi, więc uznałem, że warto historię szerzej opisać, troszkę poddając się tak lubianemu przeze mnie kiedyś emocjonalnemu ekshibicjonizmowi.

Historia zaczęła się na późniejszych studiach, czyli już w Łodzi, już po usunięciu z Seminarium. Choć oczywiście towarzyszyła mi od zawsze, jako nienazwana. Nazwała ją znajoma, dziwna ogólnie istota, na owe czasy uczennica liceum. Poznałem ją na dyskotece, bo czasami jako były seminarzysta – buntownik wybierałem się w takie miejsca grzechu i rozpusty. Znajoma była zahukaną, smutną dziewczyną, która usiłowała znaleźć swoje miejsce. Wymieniliśmy się numerami telefonów i zaczęliśmy się spotykać. Nie wyszło z tego nigdy nic, co można by nazwać związkiem. Zwyczajnie przyjacielskie wypady na pizzę, czasem jakieś przytulenie, ale raczej pocieszające, a nie romantyczne. Znajoma zwierzyła mi się z wielu trudnych rzeczy i nie wiedziałem, czy jej wierzyć, choć na część z nich miała dokumentację medyczną. I oto pewnego dnia powiedziała mi, że nigdy wcześniej nikomu o tym wszystkim nie mówiła. Mnie jednak potrafiła zaufać i się zwierzyć. „Wiesz dlaczego?” zapytała. Nie wiedziałem. „Bo jesteś dupkiem”. Nie była to dla mnie pomyślna informacja. „Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu” dodała, na wszelki wypadek.

Kontakt z tą znajomą urwał się chyba na dobre. Ale hasło „dupek w pozytywnym znaczeniu” przylgnęło do mnie w jakiś sposób na dłużej. Z uśmiechem używa go moja Małżonka, czasem też Albin – mój najlepszy przyjaciel. Przy okazji muszę przypomnieć, że matka owej znajomej pewnego dnia nazwała mnie „chuj, a nie facet”, co miało podobne znaczenie, z tym że mniej pozytywne. Ale jaka właściwie jest definicja dupka w pozytywnym znaczeniu? Sam się nad tym długo zastanawiałem. Dziś już jednak rozumiem i choć nie brzmi to zbyt pięknie, dobrze określa moje podejście do życia. Czy do kobiet.

Kiedy wyrzucili mnie z Seminarium, wiele dziewczyn, które dotychczas traktowały mnie jak kolegę i trzymały kciuki za moje powołanie, nagle zaczęło na mnie patrzeć jak na potencjalnego męża. Nazwałem to zjawisko napisem na czole. Napis, złotymi literami, głosił: „Byłem klerykiem. Nic Ci nie grozi”. W gruncie rzeczy nie chodziło jednak o bycie klerykiem, tylko o mój charakter w ogóle. To JAKIM byłem klerykiem. Otóż ja się z dziewczynami przyjaźniłem. Owszem, podobały mi się, ale bardziej jeszcze je lubiłem. Traktowałem je podmiotowo do tego stopnia, że czasem je to wkurzało. Niektórym dziewczynom, które starały się do mnie zbliżyć, przeszkadzało wręcz, że nie rzucam się na nie jak na kawałek mięsa, ale ja nie wiedziałem czemu miałbym to robić. One myślały, że mi się nie podobają, a więc pewnie są brzydkie. Ja widziałem w nich piękno cielesne, ale i wewnętrzne. Nie przekraczałem granic i trzymałem rączki przy sobie (dlatego mogłem sobie, moim zdaniem, pozwolić na mieszkanie z dziewczyną przed ślubem). Przytulałem dziewczyny, gdy tego chciały – bliższe i dalsze. I nigdy nie było to przytulanie erotyczne. W Seminarium wzbudzałem kontrowersje, bo kolegowałem się ze studentkami, które z nami studiowały teologię (część tych przyjaźni przetrwało do dzisiaj). Nie rozumiałem czemu to kogokolwiek oburza, przecież żadnej nie próbowałem poderwać. Podobnie było po Seminarium – dziewczyny chciały być ze mną bynajmniej nie dlatego, że byłem przystojny i mężny, lecz dlatego, że mogłem przytulić, pocieszyć i, potencjalnie, dobrze wychować dzieci. Nawet moja Żona zwróciła na mnie uwagę, gdy obserwowała moje umazane atramentem z pióra dłonie i stwierdziła, że te dłonie będą nosić jej dzieci. Noszą…

Oczywiście, to wszystko pozytywne. To, że wzbudzam zaufanie. To, że się zaprzyjaźniam, że czasem wysłucham, że przytulę i pocieszę. To jest faktycznie pozytywne. Znaczenie. Słowa „dupek”. Ja mogę wysłać koleżankom w szkole Walentynkę. Koleżanki się wzruszą, pocieszą, podziękują, odwdzięczą. Żadnej z nich nie przyjdzie do głowy, że próbuję je poderwać. Nawet, gdybym robił to właśnie w tym celu. Koleżankom na studiach prawiłem komplementy takie, że się czerwieniły. Przyjaźniliśmy się, ale żadnej z nich nie przyszło do głowy, że próbuję je poderwać. Więcej – podziwiały mnie jako męża i ojca. Czasem mówiły, że zazdroszczą mojej żonie tego, że ma takiego męża. Ale nigdy nie wydawały się odbierać mojego istnienia i zachowania jako próby podrywu. Ot, bardzo sympatyczny, przyjacielski facet. Czasem zabawny rubasznik – moje grube dowcipy są częścią mnie. Mogłem zrobić wiele rzeczy, mogłem powiedzieć wiele słów. I NIC! Ani krztyny podejrzliwości, ani krztyny oburzenia. Tylko szeroki uśmiech na twarzy.

O co chodzi? Nie jestem w stanie tego wyjaśnić. Gdzie jest ten element mojego charakteru, który sprawia, że to, co u innych byłoby odebrane jako próba podrywu, u mnie jest interpretowane jako miły komplement? Nie mam pojęcia. Jednak definicja, którą podała moja znajoma, oddaje to doskonale do tego stopnia, że moja Żona posługuje się nią w komentarzach. Moja Żona nie boi się, że poderwę koleżankę ze studiów czy z pracy, choćbym prawił im komplementy i wysyłał Walentynki. I ma rację. Tylko że sam nie rozumiem dlaczego.

Oto i cały dowcip. Teraz mam to z głowy.

Przepraszam Cytrynnę, że musiała przebrnąć przez cały ten stek wulgarnych wyrażeń ;).

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Maurycy Teo wychodzi z ukrycia

Dokładnie trzy lata temu, pod wpływem atmosfery, która się nabudowała w środowisku, zamknąłem bloga. Zamieściłem krótki wpis pożegnalny i wycofałem się oficjalnie z blogosfery.

Niemalże trzy lata temu założyłem kolejnego bloga. Tym razem zdecydowałem się na bardziej drastyczne kroki, postanowiłem mianowicie zacząć pisać od początku, anonimowo, szukając dla siebie nowych czytelników, dopuszczając zaś naprawdę nielicznych spośród czytelników poprzednich.

Liczba zamykanych przeze mnie blogów wynosi 4. Z zamknięciem każdego wiąże się jedna blogowa afera, choć blog numer 3 zamknąłem w jakiś czas po aferze, z nieco innych powodów. 3 blogi „następne” otwierałem wprawdzie w nowych miejscach, ale zapraszałem do lektury wciąż te same osoby, co kondycji dyskusji pod notkami już dawno przestało wychodzić na dobre. Tym razem rozogniona dysputa wywołała we mnie tak duży napływ bolesnych uczuć, że zmieniłem założenia. Postanowiłem zamknąć bloga nie tylko teoretycznie, udostępniając go wszystkim pod innym adresem, ale wycofać się z tej strefy naprawdę, rozbijając namiot w innej okolicy. Oczywiście większość moich dawnych czytelników nie wiedziała, że zakładam anonimowo nowego bloga. Część z nich domagała się wyjaśnień, których rzecz jasna nie miałem obowiązku udzielać. Mogę to zrobić teraz, odpowiadając moim komentatorom spod „poprzedniej” notki. Przyczyny mojej decyzji są jasne: ponieważ, mimo teologicznego zabarwienia mojego bloga, głównym zainteresowaniem większości czytelników stało się roztrząsanie mojego życia prywatnego, mojej przeszłości i uczuć, a dodatkowo wyśmiewanie i krytykowanie wszystkiego, co napisałem, choćbym napisał coś najbardziej niezwiązanego z własnym osobistym życiem, postanowiłem wycofać się i zamknąć tę samonapędzającą się spiralę kłótni, gniewu i drwin. To zwyczajnie było nie na moje nerwy – i nie na nerwy mojej żony, wówczas w ciąży. Z jednego z komentarzy zamieszczonych pod notką „Wakacje” wynika również, że powinienem powiedzieć, dlaczego usunąłem wszystkie wpisy, wraz z komentarzami. Po pierwsze, rzecz jasna, nic nie powinienem. Ale ton tego stwierdzenia dobitnie świadczy o ogólnej atmosferze panującej wówczas w komentarzach. Pod drugie zaś: nic nie usuwałem. Jedyne, co zrobiłem, to przerzucenie wpisów i komentarzy w tryb prywatności. Co możecie zauważyć teraz, kiedy już wszystko jest dostępne.

Plan był taki: zamknąć bloga, zostawić wpis pożegnalny i już więcej się nie odzywać (co nie do końca się udało, choćby na blogu mojej żony, albo na Facebooku). Założyć nowego bloga, znaleźć nowych czytelników i, niewiele wspominając o sobie, skupić się na teologiczności moich wpisów. Spędzić tak, regularnie tworząc, trzy lata. Następnie, z nadzieją, że zarówno ja, jak i większość moich czytelników dorośniemy w tym czasie, ujawnić się z nowym adresem, z tym co napisałem. Dziś właśnie mijają te trzy lata i nie chcę się dłużej ukrywać. Nie chcę izolować nikogo od tego, co piszę. Nie chcę jednak również powrotu do tej atmosfery, która panowała na starym blogu.

Wiele wydarzyło się w ciągu tych trzech lat. Przede wszystkim skończyłem teologię, zdałem pracę magisterską i teraz już nie jestem tylko studentem, jestem teologiem. Urodziło mi się dziecko, syn, na blogu znany jako G.M., który wówczas jeszcze sobie dojrzewał w brzuszku. Dziś dojrzewa tam moja córcia, która lada moment może pojawić się po tej stronie. Znalazłem pracę – pracuję w szkole specjalnej jako nauczyciel języka angielskiego i katecheta. Rozpocząłem też studia na informatyce i skończyłem pierwszy rok. Oczywiście są to studia na uczelni prywatnej, a nie na UKSW, więc nie mają takiego znaczenia. Ale w mojej pracy nauczyciela mogą się przydać. Co jeszcze zdarzyło się – można wyczytać z wpisów blogowych powstających przez ostatnie trzy lata.

Wpisów powstało 70. Na poprzednich blogach, łącznie z tym który właśnie czytacie (zamieszczonym zarówno na starym, jak i na nowym blogu), zamieszczono ich 130. Łącznie wszystkich wpisów jest 200. Wszystkie, których nie publikowałem na WordPressie, przez ten czas nieobecności przeniosłem z MyLoga (poprzedni serwis w którym pisałem), łącznie z komentarzami. Niestety, w międzyczasie MyLog zmienił system, przez co część komentarzy zmieniło się w anonimy, część zaś zwyczajnie się rozpłynęło, dlatego dostępne jest tylko tyle, ile udało mi się uratować. Na poprzednim blogu można przeczytać 130 wpisów. Wszystkie 200 dostępne jest na blogu nowym, który zamierzam wciąż kontynuować. Jeśli na starym pojawią się jakieś nowe komentarze, zamierzam je również sukcesywnie przemieszczać na nowy blog.

Połączyłem również, jak widać, notkę kamingałtową z okrągłą publikacją (200 wpsiów). Podobnie zrobiłem przecież przy notce numer 100, tylko z czym innym trochę się wynurzałem.

Sądzę, że wśród tych 200 wpisów każdy może znaleźć coś dla siebie. Moi dawni czytelnicy mogą przeczytać wpisy, na które mieli nadzieję jeszcze za czasów poprzedniego bloga (np. ten o kapłaństwie kobiet). Mogą też zobaczyć, jak moje życie zmieniało się, jak zmieniał się styl mojego pisania przez ten czas. Część z Was z dużym prawdopodobieństwem może również wśród „przykładów” notkowych odnaleźć siebie. Jeśli kogoś tym uraziłem, przepraszam. Zwyczajnie przykłady z życia prywatnego czasem dobrze służą pisaniu na jakiś temat. A nikogo z imienia i nazwiska nie wymieniłem.

Moi nowi czytelnicy mogą zaś zapoznać się z moją historią aż do roku 2005, kiedy byłem klerykiem w seminarium. Dowiedzą się, jeśli zechcą, jak poznałem moją żonę, jakie wywołało to komentarze, ale także jak wyglądało moje życie i perypetie wcześniej. Mogą też wreszcie znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego Riposta na siedem testów nosiła numer 3 – a więc przeczytać dwie poprzednie riposty.

Choć, czytając całość bloga, można prawdopodobnie wykoncypować to, jak się nazywam, dla moich czytelników pragnę nadal pozostać Maurycym Teo. Przyzwyczaiłem się do tego, a tego bloga nie chcę czynić oficjalnym (podpisanym imieniem i nazwiskiem) także z przyczyn osobistych. Polubiłem bycie Maurycym i chętnie pozostanę dla Was przy tym imieniu.

Odnośnie moich wcześniejszych wpisów: nie ze wszystkich dziś jestem dumny. Są rzeczy, których bym dziś nie napisał. Wyciąganie prywaty, obgadywanie ludzi, dziś wydaje mi się to niepotrzebne. Wiem jednak, że świadczy raczej o konkretnym etapie mojego życia i sposobie blogowania poprzednich lat (piszemy dla znajomych i o znajomych), nie zaś do końca o mojej głupocie. Mam nadzieję, że zrozumiecie to, jeśli przyjdzie Wam czytać to, co tam wymodziłem.

Mimo moich niewątpliwych umiejętności prorockich nie wiem, co stanie się teraz z moim blogiem. Mam kilka opcji, które rozpatruje równolegle i wcale nie chcę gdybać. Mam nadzieję, że dawni czytelnicy wsuną się bezboleśnie w moją twórczość, nowi zaś nie przejmą się kosmetycznymi zmianami i pozostaną aktywni. Co jednak będzie – pokaże czas. Żadnej z przypuszczalnych opcji nie będę opisywał, bo naprawdę nie wiem, która jest bardziej prawdopodobna.

Zapraszam wszystkich na mojego starego, wciąż zamkniętego (ten wpis pojawia się jako ostatni) bloga: www.artdico.wordpress.com
Zapraszam wszystkich na mojego nowego i aktywnego bloga: www.maurycyteo.wordpress.com

A na koniec chciałbym zamieścić mój ulubiony kamingałtowy dowcip. Może jest nieco nieprzyzwoity, ale liczę na Waszą wyrozumiałość.

W pociągu jedzie Don Juan i strasznie się nudzi. Wraz z nim w tym samym przedziale jedzie młoda zakonnica. Don Juan zagaduje więc:
– Może tak byśmy się trochę pokochali?
Zakonnica odpowiada:
– Nie, to jest zupełnie niemożliwe.
– No daj spokój, tylko jeden raz.
– To niemożliwe, ja jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
Don Juan poczuł ukłucie zawodu, ale na szczęście korytarzem akurat przechodził konduktor i usłyszał całą rozmowę.
– Panie Don Juan, proszę na słówko.
Don Juan wyszedł na korytarz, gdzie konduktor wyjaśnił mu:
– Widzę, że podoba się panu ta młoda dama. Wysiądzie pan za nią na stacji i w tym samym mieście pójdzie pan na cmentarz o północy. Ona zazwyczaj przychodzi tam, składać kwiaty na grobie swojego narzeczonego. Podejdzie pan do niej, powie, że jest Bogiem i sprawa załatwiona.
Jak Don Juan usłyszał, tak też zrobił. Wysiadł na tej stacji, na której wysiadała zakonnica, o północy przybrał się w ciemną narzutkę, żeby nie być rozpoznanym i poszedł na cmentarz. Patrzy: jest! Modli się przy jednym z grobów. Podchodzi do niej:
– Cześć. Może byśmy się tak trochę pokochali?
– O nie, nie mogę. Jestem całkowicie oddana Panu Bogu.
– Ale przecież to ja, Pan Bóg.
Sytuacja potoczyła się sama. Don Juan zrobił co miał zrobić, a na koniec odskoczył od zakonnicy i ściągnął ukrywającą go narzutkę.
„Siach!”
– Haha! To ja! Don Juan!
„Siach!”
– Haha! To ja! Konduktor!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 5 Komentarzy

Świat w obłokach

9 wieczorem. Powinienem się choć trochę przygotować do lekcji, ale po dniu pełnym wzruszeń muszę coś napisać.

Pierwsze wzruszenie naszło mnie w Księgarni na Miodowej, kiedy przeglądałem książeczki pamiątkowe z okazji narodzin dziecka. Przeczytałem w jednej z nich następującą sentencję (tu przytaczam ją z innego źródła, więc brzmi nie do końca tak, jak wówczas):

Plama z pokarmu dla niemowląt na Twojej sukience, resztki ciasta w Twoich włosach… oto medale przyznawane wszystkim kochanym Mamom. Noś swój z dumą! (Christine Harris)

Kiedy to przeczytałem, zacząłem płakać tak, że sam się zdziwiłem – dlaczego płaczę? Ale zrozumiałem szybko, że wzruszył mnie fakt posiadania cudownej żony, dla której dzieci są największym skarbem, jaki jej się w życiu przydarzył. Żony i matki moich dzieci, która jest kurą domową i jest z tego dumna. Z pewnością wzruszenie spotęgował fakt, że od miesiąca siedzę sam w domu, Inka z dziećmi u dziadków, a remont mieszkania ciągnie się niemiłosiernie i raczej przekroczy miesiąc opóźnienia (tj. skończy się gdzieś w październiku). Do tego czasu żona odwiedza mnie raz na dwa tygodnie, czasem ja jeżdżę do niej. I tęsknię. Za nią, za synem, za drugim maleństwem bezpiecznie rozwijającym się w brzuszku…

Drugie wzruszenie przeżyłem chwilę później, gdy w Zapiecku jadłem pierogi. Nagle z głośników dobiegła piosenka, której, jak Boga kocham, nigdy nie słyszałem. Ale była piękna i wpadłem w zachwyt. Co za radość, że mamy internet i YouTube, dzięki czemu wystarczy wpisać dwa zapamiętane słowa tekstu i ma się tę najcudowniejszą piosenkę na świecie. Teraz jej słucham i szukam tej wersji, która przystaje. Ta chyba jest najbardziej pasująca, bo tamta miała z pewnością rozwinięty chórek żeński:

Piękny dzień, pełen wzruszeń i tęsknoty. I ta praca w szkole specjalnej. Angielski i religia. Ta religia to chyba z przypadku, ale czuję się z nią cudownie. Robię w życiu to, o czym marzyłem. A życie jeszcze przede mną. I ja zrobię doktorat, nie ma bata. Bóg nas kocha.

Tak, Bóg nas kocha.

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Ładowanie akumulatorów

Zakończył się bardzo owocny dla nas rok, nazwijmy to, akademicki. Przede wszystkim ukończyłem moje umiłowane studia i zostałem magistrem teologii (czyli pełnoprawnym teologiem). Smutno, że to już koniec, cieszę się jednak, że na magistrze lista dostępnych stopni naukowych się nie kończy. Przypuszczalnie jednak dalszy rozwój mojej kariery naukowej nie nastąpi w przyszłym semestrze, ponieważ znalazłem także pracę, w pełni zgodną z moim powołaniem. Od września będę uczył. Wprawdzie angielskiego, a nie religii, ale za to w szkole specjalnej. Daje mi to więc duże możliwości sprawdzenia się w trudnych sytuacjach, a przy okazji pozwala skupić się na pomaganiu ludziom, którzy są w nieco innej, pewnie trudniejszej sytuacji niż ja. Oczywiście mam nadzieję, że w latach następnych będę miał możliwość pogodzenia pracy w szkole z kontynuacją studiów. A może spróbuję coś wymyślić już teraz?

Z drugiej strony jest też wspólnota Domowego Kościoła, do której z małżonką należymy. W związku z nią pojawił się pewien problem, mianowicie – zgodnie z zasadami – przed wakacjami przeprowadzono demokratyczne wybory, w czasie których wyłoniono nową parę animatorską. Zgadzam się tu z moją żoną, że wybrano niestety małżeństwo najmniej odpowiedzialne i najmniej nadające się do tej roli, najbardziej zapóźnione i o najsłabszej wierze. My akurat sami nigdy byśmy na to małżeństwo nie zagłosowali. Jeszcze większy problem polega na tym, że wybrano nas… Szczerze mówię, postawiłbym na kogokolwiek innego, ale nie na siebie. Przed tymi wyborami pojawiły się w naszych głowach nawet myśli, że może powinniśmy odejść ze wspólnoty. Ale Opatrzność widać nad nami czuwa, nie możemy sobie teraz tak po prostu odejść. I jeszcze musimy się wziąć w garść, sprężyć i stać się niezmiernie odpowiedzialni. Pan Bóg ma z pewnością poczucie humoru i to jest raczej jakiś czarny humor. Ale ja nadal Go kocham ;).

No i właśnie – nie lubię słów „ładowanie akumulatorów” – tak zwykli gadać ludzie związani z Oazą, zwłaszcza ci młodsi i bardziej postrzeleni. Twierdzi się, że rekolekcje wakacyjne to jest taki moment, kiedy się tymi Bożymi emocjami nadziuchasz do pełna i potem ma ci starczyć na cały kolejny rok. Nie lubię tych słów, ponieważ uważam, że energię powinno się czerpać nie z dwóch tygodni intensywnej emocjonalnej jazdy, lecz z codziennej modlitwy, rozmowy z bliskimi, coniedzielnych mszy świętych. Tak jak, żeby nabrać zdrowej, wysportowanej sylwetki, nie należy przechodzić na wyniszczającą dietę, ale zmienić całkowicie swoją codzienność. Jednak okazuje się, że czasami oczyszczająca głodówka albo tydzień na diecie Dukana może przynieść znaczne efekty, które pozwolą coś zmienić na szybko, nie wykluczając przedłużenia efektu przez codzienne ćwiczenia i zdrowe żywienie. Tak samo jest z rekolekcjami. Można naładować baterie i nie koniecznie rozładować je natychmiast, ale dalej, w codzienności, po trochu je doładowywać. A z pewnością przyda się wejść w nowy rok szkolny czy wspólnotowy z pełnymi akumulatorami, zwłaszcza gdy zdamy sobie sprawę, jak trudny to może być rok.

Jedziemy na rekolekcje do Bystrej. Obiecuję swoją za Was modlitwę, a i Wy módlcie się za nas. I oczywiście do przeczytania po zakończeniu!

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Changing everyday

Za połową miesiąca, nawet nie zauważyłem, że styczeń tak szybko upłynął. Ciężki krzyż mają ze mną moi czytelnicy. I oczywiście planowałem napisać jakąś ciekawą notkę w kwestii rozwodów, i o chrzcie jeszcze raz. I zebrało mi się na osobiste wynurzenia, znowu.

Wraz z moim półtorarocznym człowiekiem spakowaliśmy się we czwartek i wyruszyliśmy w odwiedziny do moich rodziców, a więc do mojego domu rodzinnego. Żonę zostawiłem w domu, tym właściwym, żeby chwilkę odpoczęła. I czuję się trochę jak kawaler. Nie, nie do końca – po pierwsze ze względu na przypadłość (najwspanialszą na świecie – cieszę się, że jesteśmy tu razem), a po drugie ze względu na miejsce w którym się znalazłem. Czuję się więc nie jak kawaler, a raczej jak nastolatek. I to nie jest kwestia tego, w jaki sposób jestem traktowany. Zupełnie inaczej, niż za czasów gdy z tego pokoju wychodziłem, żeby dojść do liceum. Jestem synem, ale jednak już żonatym i dzieciatym synem. To raczej moje własne odczucia na to wpływają. Bo to miejsce nieodłącznie kojarzy mi się z moją nastoletniością.

Przeprowadzka w czasach liceum. Moja pierwsza miłość „przeprowadzała się” tu razem ze mną. Kiedy mieszkanie się budowało, razem przychodziliśmy na budowę i różnie się działo… Dziś to wydaje się takie zabawne. I takie odległe. Potem miałem przygodę z Seminarium, również przyjeżdżałem na święta – a w wakacje założyłem pierwszy blog. Potem dzięki pomocy najbliższych znalazłem się w Łodzi, a rok później spotkałem kogoś, kogo nie spodziewałem się spotkać. Kogoś, kogo nie chciałem spotkać.

Życie zmienia się każdego dnia. Zapragnąłem napisać tę notkę, bo kiedy jechałem z G.M. i radio Vox przestało odbierać, wrzuciłem pierwszą płytę na którą natrafiła moja dłoń – to były Cranberries. I w moje uszy uderzyła piosenka „Dreams”. Taka, mówiąca o zmianach. Zmiany są nieuniknione. Ale są piękne. Bóg wie dobrze, co trzeba zmienić, a co pozostawić po staremu.

Spotkałem moją przyszłą Żonę. Ci, którzy lepiej mnie znają, wiedzą, że wcale nie chciałem jej wtedy spotkać. Byłem po kolejnym niefortunnym związku i jedyne czego pragnąłem, to zatopić się w głębi dekadencji, grzechu i rozpusty. Chodziłem na dyskoteki – i dlatego dziś nie wierzę, że chłopak który chodzi na dyskoteki szuka tam żony. Ja nie szukałem. Szukałem jedynie przelotnych, emocjonalnych „więzi” czy może raczej wyłącznie „spotkań”. I już wówczas z pewnością nie chciałem się żenić. A jednak Bóg miał dla mnie niespodziankę.

Nieco ponad rok później byliśmy małżeństwem – dokładnie dwa lata po początkach naszego randkowania zostaliśmy rodzicami (wszystko we właściwym czasie, czyli po Bożemu). Ja już nie chodzę na dyskoteki, kończę za to teologię, o czym marzyłem odkąd podziękowano mi w Seminarium. Dwa lata się błąkałem, a jednak wróciłem. I może… choć to nic pewnego… zostanę jeszcze na uczelni i – tak jak Pani Ela – zrobię doktorat? Byłoby pięknie.

Moje życie jest serią spełnionych marzeń. Zupełnie niechcący… Dziękuję Ci za to, Panie Boże.

Mój dom już nie jest tutaj. Tu wspominam jedynie piękne czasy mojej nastoletniości, które dawno, dzięki Bogu, minęły. I tęsknię do mojej jedynej prawdziwej, wybranej nie do końca chcący miłości… Jutro już będziemy razem, Kochanie…

A moja pierwsza miłość? Heh, szczerze mówiąc zawsze miałem nadzieję, że ta historia jest już raz na zawsze zamknięta. Aż tu nagle, pewnego dnia spotykam ją na uczelni. I się okazuje, że w mieście, w którym skończyła studia, nie było pracy. Więc zatrudniła się na moim uniwersytecie… Pan Bóg ma jednak coś w rodzaju poczucia humoru. Z tym że nie wiem, czy ktoś poza Nim się śmieje :).

„Oh, my life is changing everyday,
In every possible way.
And oh, my dreams, it’s never quite as it seems,
Never quite as it seems.

I know I’ve felt like this before, but now I’m feeling it even more,
Because it came from you.
And then I open up and see the person falling here is me,
A different way to be.

I want more impossible to ignore,
Impossible to ignore.
And they’ll come true, impossible not to do,
Impossible not to do.

And now I tell you openly, you have my heart so don’t hurt me.
You’re what I couldn’t find.
A totally amazing mind, so understanding and so kind;
You’re everything to me.

Oh, my life,
Is changing every day,
In every possible way.

And oh, my dreams,
It’s never quite as it seems,
‚Cause you’re a dream to me,
Dream to me.”

Dreams – The Cranberries

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Dancing in September

Tytuł wrześniowy, chociaż już dawno grudzień. Ale w tej samej piosence zespołu Earth, Wind & Fire i grudzień się pojawia:

Now December found the love that we shared in September.
Only blue talk and love,
Remember – the true love we share today.

Zresztą 21 września (data pojawiająca się na początku utworu) jest dla mnie w pewnym sensie osobista. No i uwielbiam film, z którego tę piosenkę znam. Kto zgadnie jaki to film? Dodam dla podpowiedzi, że jest niezbyt stary, bardzo magiczny i z pewnością familijny. Może ponownie jako nagrodę wyślę zwycięzcy Prince Polo? :)

Ale skąd pomysł na taką notkę? Ta piosenka, zwyczajnie gdy ją słyszę, za każdym razem napawa mnie optymizmem. A niecały tydzień temu jechałem wcześnie rano na egzamin ex universa (taki teologiczny egzamin z całego toku studiów, a dokładnie z czterech najważniejszych działów: fundamentalnej, moralnej, dogmatycznej i Pisma Świętego) i oczywiście zdawałem sobie sprawę, że umiem zdecydowanie zbyt mało i mogę mieć pewne trudności ze zdaniem. I oczywiście gdy tak sobie rozmyślałem pesymistycznie (niektórzy powiedzieliby, że realistycznie), radio Vox – które nota bene gorąco polecam – zagrało mój ukochany September. Zacząłem więc drzeć gębę, choć tekstu na pamięć nie znam, przy okazji kiwając się na wszystkie strony i wzbudzając ogólne zainteresowanie ludzi na ulicy. I zrozumiałem, że tępy nie jestem i egzamin zdam. Ostatecznie zdałem – nie jakoś przesadnie dobrze, ale zawsze do przodu. Tak oto największa zmora studentów teologii znalazła się za mną. Przede mną jeszcze, przede wszystkim, magisterka…

A ja, zamiast zagłębić się w Przewodniku apologetycznym Josha McDowella, to notkę dla Was piszę. Cóż, trudno. Najwyżej przed egzaminem puszczę sobie September i z Bożą pomocą zdam na pewno :).

Categories: O mnie | Tagi: , , , , | 2 Komentarze