Pozostałe

Bitwa czterech armii, nie licząc nietoperzy

Kiedy dowiedziałem się, że do kin wchodzą niemal jednocześnie „Hobbit – Bitwa pięciu armii” i „Noc w muzeum: Tajemnica grobowca”, byłem przekonany, że – po obejrzeniu dwóch pierwszych części obu tych filmów – chcę zdecydowanie iść na „Noc w muzeum”. Niestety, w jedynym dniu w którym mogłem zabrać żonę do kina, a właściwie w jedynym dniu i o jedynej godzinie, wszystkie seanse Nocy w muzeum były już za nami. Pozostała więc „Bitwa…” Poszliśmy, zobaczyliśmy i film zniesmaczył mnie i zdruzgotał tak niezmiernie, że nie mogłem powstrzymać się przed napisaniem krótkiej blogowej recenzji na jego temat. Przykro mi, Elu Wiater, że po raz kolejny nie zgadzam się kompletnie z tym, co napisałaś Ty. Oczywiście uwaga – będą spojlery i będzie ich dużo.

Film był przesadzony. To było do przewidzenia. Już po pierwszym filmie można było się tego spodziewać. Ba, można się było tego spodziewać już po tym, jak Peter Jackson ogłosił, że podzieli książkę na trzy części, by nakręcić na jej podstawie trzy filmy. Jednak, niestety, film był przesadzony – moim zdaniem – wielokrotnie bardziej niż poprzednie cząstki. Tolkien ma szczęście, że tego nie widział. Jakby miał w grobie telewizor, to by się przekręcił. Z drugiej strony podobno pretenduje do roli świętego, więc z dużym prawdopodobieństwem jest dziś w niebie. Jeśli tak, to zapewne widząc produkcję Jacksona krzyczy, jak krzyczał pewien kibic z filmu „Pierwsza Liga” (przynajmniej w tym tłumaczeniu, w jakim ja go znam): „Przynieście brezent, zasłaniamy boisko!”

LegolasPierwsza sprawa: dla przypomnienia, bitwa była pięciu armii, ponieważ w książce brało w niej udział pięć armii. Byli to, owszem, ludzie, elfy i krasnoludy (czy też elfowie i krasnoludowie, albo elfi i krasnoludzi) przeciwko armii goblinów i wargów. Zgoda, możemy ominąć argument pod tytułem „goblinów, a nie orków!” dlatego choćby, że Tolkien sam informował podobno, iż gobliny z Hobbita i orkowie z Władcy Pierścieni to właściwie to samo. Możemy, ale nie musimy, z kilku powodów. Po pierwsze czytając najpierw Hobbita, a potem Władcę pierścieni czytamy najpierw o goblinach, a potem o orkach i automatycznie wyobrażamy sobie ich inaczej, widzimy ich jako oddzielne rasy (i w tę stronę poszli też np. twórcy gier RPG, takich jak Warhammer); i ja sam wyobrażałem sobie gobliny i orki zupełnie inaczej, jeszcze na długo nim obejrzałem filmy lub choćby grałem w Warhammera. Jeśli zatem Tolkien planował stworzyć jedną rasę i w zależności od książki nazwać ją na dwa sposoby, to sam niechcący wprowadził czytelników w błąd. Po drugie zaś dlatego, że sam Jackson także odróżnił goblinów od orków. I gobliny też pojawiły się w „Bitwie pięciu armii”… jako niewiele znaczący epizod.

Zatem: możemy ominąć argument, że w oryginalnej bitwie pięciu armii brały udział gobliny, a nie orkowie. Już naprawdę nie pamiętam, czy Bolga, przywódcę goblinów, zabił Beorn, czy może raczej Kili, Fili czy ktokolwiek inny, kto nie był smukłą elfką. Pamiętam natomiast, że w książce była jeszcze armia wargów – piąta armia. Wargowie to takie duże wilki. Które oczywiście pojawiają się w filmie. Jako pojazdy orków. Bynajmniej nie jako armia. Zatem – cóż to jest za tajemnicza piąta armia, która występować miałaby w filmie? Może gigantyczne nietoperze, służące doskonale za transport powietrzny Legolasowi (który w Hobbicie nie występował i raczej nie miał zamiaru, ale to wiemy już od drugiego filmu)? A może piątą armią miałaby być druga armia orków, docierająca z jakiegoś innego miejsca? Hmmm… Może piąta armia to owa garstka goblinów rzucona nie wiadomo po co (nie pokazano nawet jak krasnoludy ją pokonują)? A może to orły były piątą armią? Owszem, w książce szala zwycięstwa przechyla się na stronę „tych dobrych” po interwencji orłów i Beorna w postaci niedźwiedzia (który jednak nie przyfrunął na orle). Ale orły nie były liczone jako piąta armia, bo nie były jedną z sił przeciwnych w konflikcie. Któż zatem stanowił ową tajemniczą piątą armię? Widzowie nie czytający uprzednio książki pewnie nadal zachodzą w głowę.

Druga sprawa: wszelkie magiczo-komiczne wstawki, których być nie powinno. Bo zwyczajnie psują odbiór. Legolas latający na wielkim nietoperzu już był wspomniany. Dalej: Legolas skaczący po kamieniach walącego się mostu jak mistrz platformówek z Pegasusa (tu muszę oddać sprawiedliwość mojej koleżance Eli) – nie sposób było nie parsknąć śmiechem, ja do tego krzyczałem „No gdzie jest jakiś nietoperz?!” Deska surfingowa z Władcy Pierścieni się nie umywa. Kolejny – to Bard z Dali. Szczególnie komiczna scena. Wielki troll atakuje dzieci Barda (a może to trolle były piątą armią?). Ma szerokie ramiona, małą głowę, tępy wyraz twarzy i za plecami coś skrywa – z pewnością była to maczuga. No toczka w toczkę troll z Harry’ego Pottera! I kiedy już czekasz aż syn Barda wyciągnie różdżkę i krzyknie „Wingardium Leviosa”, nagle Bard wskakuje na wielki wóz konny i zjeżdża na nim w dół wielkiego zbocza! Przypominają się dowcipy z Jackass, z tą różnicą, że im się nie udawało. Ale nie z Bardem te numery. Krzyczy więc tylko do dzieci, by się schowały (te bezpiecznie chowają się między kołami rozpędzonego wozu), a on sam śmiało taranuje wroga. Brawa! Jeszcze jakieś przykłady? Hmmm… Bard naprędce konstruujący kuszę, której częścią staje się jego syn, by zabić smoka? Krasnoludy ujeżdżające świnie, kozy i co tam jeszcze się nadarzy? No i niezastąpiony Radagast (w książce tylko gdzieś napomknięty), wciąż pędzący swoimi zaprzężonymi w króliki saniami, albo ujeżdżający orły…

GaladrielaTrzecia sprawa to kwestia wątku z Sauronem. Ten wątek właściwie nie miał prawa się pojawić. W Hobbicie nie było jeszcze mowy o Sauronie (jeśli już, to o jakiejś złej mocy, która właśnie się budzi). Nie było mowy o pierścieniach, poza jedynym. I wówczas on nie był jeszcze jedyny. Tymczasem mamy upiory pierścienia – a więc dziewięciu ludzi od dziewięciu pierścieni. Mamy Saurona, który – jak się okazuje – sam stanowi źrenicę tego wielkiego oka! Mamy też Galadrielę, która Gandalfa przed Sauronem ratuje (czy mi się zdaje, czy ma ona jakieś nieczyste stosunki z Gandalfem?) – skąd się wziąwszy była? A Galadriela ma na palcu pierścień. Jeden z pierścieni elfów. A skoro ma pierścień (ring), to nagle staje się dziewczynką z „Ringa”. Mówi dziwne rzeczy dziwnym głosem, jakby wstąpił w nią demon. Mocą demona odgania demona – a wszelkie skojarzenia z Ewangelią wydają się tutaj wciskane na siłę, albo wyssane z palca. No bardzo mi przykro…

I, pomijając setki innych spraw, jak romans między elfką (skąd się wziąwszy) i krasnoludem – bo nie ma się kompletnie nad czym rozwodzić („Dlaczego to tak boli?” „Bo miłość była prawdziwa”. Buhuhuhu!), sprawa czwarta. Thorin, Kili i Fili, oraz czwarty krasnolud o jakimś imieniu (tak, zgadza się, Tolkien też nie przyłożył się do tego, żeby dało się ich rozróżniać) odjeżdżają z głównej bitwy, by zabić dowódcę orków. Tam walczą, walczą, walczą, pomaga im Legolas i Tauriela, Legolas właśnie tam lata i skacze, potem Kili, Fili i Thorin umierają. Owszem! Umierają! Ale nie tam! Gdzie? Po co? Na co? Czemu mieliby się w ogóle oddalać od głównej bitwy? No ale oddalają się. W książce ukazana jest śmierć Thorina. Rannego z bitwy wyciąga Beorn. Owszem, z bitwy. A nie z pojedynku z Azogiem (który już wtedy nie żył, jeśli być zgodnym z Tolkienem). Śmierć Kilego i Filego jest w Hobbicie zaś tylko wspomniana. Oczywiście, nie można było sobie tak ot uśmiercić dwóch bohaterów (choć z drugiej strony co byłoby złego w tym, że któryś z krasnoludów po bitwie powiedziałby „Kili i Fili nie żyją”) – ale po co robić z tego tyle dramaturgii?

No i po piąte! Na koniec sam Legolas dostaje od swego ojca rozkaz! Ma odnaleźć człowieka, którego ojciec był potężny. Ten człowiek zwany jest Obieżyświatem. A Legolas jego prawdziwe imię będzie musiał poznać sam. Świetnie! Chyba za pięćdziesiąt lat! Jak Obieżyświat się urodzi, bo póki co nie ma go jeszcze nawet w planach! Tak, Obieżyświat – Aragorn – choćby nie wiem jak był potężny – wciąż pozostaje tylko człowiekiem! W czasie Bitwy pięciu armii jeszcze nie istnieje! Prawdopodobnie nie istnieje jeszcze nawet jego ojciec! Trudne zadanie dostał Legolas. Taką zagwozdkę. Musi znaleźć kogoś, kto urodzi się za pięćdziesiąt lat. No to se jeszcze poszuka, hehehe. Po drodze pewnie straci gdzieś Taurielę. Bo przecież nie ma jej w filmach o Władcy Pierścieni…

TaurielaPodsumowując: Film był przepełniony taką masą kiczu i takim ogromem nadinterpretacji, a także nieścisłości, że nijak nie mogłem cieszyć się jego odbiorem. Do tego pojawiały się bezsensowne wątki, które można było w ogóle pominąć (jak ten o słudze Barda, który przebiera się za kobietę by uniknąć bitwy). Nie widziałem w tym ani krztyny radości, ani krztyny zabawy, niestety również nie mogłem w tym znaleźć odrobiny Ewangelii (w książce, dla sprawiedliwości, też nie było jej za dużo, właściwie dopiero Władca pierścieni jest nią nasączony). I nie sądzę, by wątek syna pomagającego ojcu był ewangeliczny. Jest to po prostu wątek syna pomagającego ojcu. Nie ten pierwszy i nie ostatni. Było dużo Ewangelii, a dokładniej Evangeliny. Lily. Dużo za dużo.

Ja podsumowywałem większość scen tradycyjnym facepalmem, albo powiedzonkiem: „Srali muchy będzie wiosna”. Doskonale jednak podsumował to za mnie jeden z bohaterów, ujeżdżający świnię kuzyn Thorina, kiedy spod ziemi ni stąd ni zowąd wynurzają się piaskowe robaki (a Gandalf zna ich nazwę!). Woła on wtedy „Oh, come on!”, ale na polski przetłumaczono to jako „Przesada!” I tak, to było najlepsze podsumowanie tego filmu.

______________

Sprostowanie:

Choć intuicyjne wydaje się oburzenie (moje i wielu widzów mnie podobnych) na wspomniane przeze mnie życzenie ojca Legolasa, by ten odnalazł Obieżyświata, okazuje się jednak, że w tym przypadku nie mam racji. Aragorn należał bowiem do rodu Dúnedainów, miał w sobie też krew elfów i majarów (majarem był np. Gandalf), co czyniło go długowiecznym. W chwili utworzenia drużyny pierścienia miał już około 80 lat, zatem w momencie Bitwy pięciu armii miał ponad 20. Poszukiwanie go mogło być uzasadnione. A odmowa zagrania go w Hobbicie przez Viggo Mortensena nie do końca tak mocno uzasadniona, jak chciałby tego sam zainteresowany.

To przykre, ale na dobrą sprawę występowanie Legolasa w Hobbicie też było możliwe. Moim zdaniem epizodyczne pojawienie się go, jako syna królewskiego, byłoby miłym akcentem. Niepotrzebnie uczyniono z niego postać pierwszoplanową. Ale na dobrą sprawę chronologicznie jego obecności nie da się wykluczyć.

Dziękuję tu kochanej Eli za udzielenie mi wyjaśnień. I przepraszam za niemerytoryczne błędy.

____________________________________

Wszystkie ilustracje zastosowane we wpisie są memami pobranymi z facebookowego profilu https://www.facebook.com/fantasyscifi?fref=ts

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Dzień, w którym odpoczywał

Czasem blog żyje jakby życiem naturalnym, tętni krew w jego słownych żyłach, bije jego treściowe serce. A czasami spoczywa sobie, czekając na lepsze czasy, zapadając w sen zimowy. Jest tyle do napisania, tyle deklaracji, tak ważnych tematów, obiecanych sobie i innym. Jak choćby ten nieszczęsny synod. Ale nie ma czasu i natchnienia, żeby wskrzeszać blog. Notkę o synodzie obiecałem i obietnicy dotrzymam. Ale jeszcze nie dzisiaj. Dziś pobudzę blog do życia „gotowcem”, czymś, co już napisałem dawno temu. Swoistą autopromocją.

2Jestem teologiem. Jestem też fanem fantasy. I, łącząc ze sobą te dwa fakty, wyznaję teorię o której wspomniałem już w poprzednim wpisie: Każdy świat który istnieje lub mógłby potencjalnie istnieć, choćby tylko w ludzkiej wyobraźni, został stworzony przez tego samego Boga. Zatem: nie może istnieć świat, w którym realnie nie istnieje Bóg – Ten Bóg. Rozumowanie jest może pokrętne, ale wydaje mi się logiczne. Oto bowiem Bóg jest. Może nie być niczego, żadnego świata, ale jest Bóg – zawsze. Jeśli zatem powstaje jakiś świat, nie może on powstać bez Boga, albo mimo Boga. Dlatego Tolkien nie mógł stworzyć Śródziemia bez Iluvatara. Dlatego Lewis nie mógł dać nam Narnii bez Aslana. A tych dwóch panów uważa się za klasyków fantasy, którzy popchnęli ten wózek niedający się zatrzymać. I dlatego też ja, tworząc swój świat Jasmine, nie potrafię wyobrazić sobie odrzucenia Boga w tym świecie.

Jasmine – Niekończąca się Historia Fantasy to projekt, który polega na współtworzeniu jednej historii przez pomysłodawcę (to ja) i czytelników historii. W efekcie z pierwszego krótkiego opowiadania rozwija się bogaty, niezależny świat, który ma początek, ale nie będzie mieć końca. Odcinki czy niezależne opowiadania powstają w ramach zabawy połączonej często z konkursami, w których można wygrać atrakcyjne nagrody. I dziś właśnie jeden z takich konkursów trwa, a ja – publikując na blogu odcinek przedstawiający głównych bohaterów i ich stosunek do Jedynego – pragnę namówić Was do przyłączenia się do tego konkursu. Zapraszam do napisania opowiadań konkursowych i do dzielenia się tym pomysłem z innymi swoimi znajomymi! Teraz już zapraszam do lektury.

Jasmine
Odcinek szesnasty
Dzień, w którym odpoczywał

lobifinalcolorWprawdzie od Polany dzieliło ich najwyżej pół dnia marszu, Jasmine szła jednak w zaparte i twierdziła, że dziś się nie ruszy. Odkąd Levis po wypadkach poprzedniego dnia odebrał jej medalion Feil, wróciła jej zupełnie przytomność umysłu, ale przez to pies musiał znów używać Gavsona jako komunikatora.
– Powiedz jej, do diaska, że straciliśmy już masę cennego czasu i jak dojdziemy na Polanę to sobie znajdzie jakąś świątynię.
– Levis twierdzi… – Gavson rozpoczął przekazywanie psich myśli, ale Jasmine nie pozwoliła mu dokończyć.
– Wiem co twierdzi Levis, choć go nie słyszę. Możesz mu powiedzieć… Właściwie sama mogę mu powiedzieć, że dziś jest dziewiąty dzień tygodnia, a ponieważ nasza – na „nasza” położyła mocny akcent, spoglądając na Gavsona – religia nakazuje by dziewiątego dnia odprawić kult, musimy odprawić kult. Prawda Gavson?
– W sumie to tak… To znaczy – tak, oczywiście, Gwiazdo Poranka!
Levis nie do końca wiedział czemu chłopak przytaknął koleżance. Czy rzeczywiście był takim samym ortodoksem jak i ona, czy przestraszył się gromów rażących w niego z jej strony, czy może po prostu jego zbolałe stopy jęczały o wytchnienie. Tak czy inaczej przytaknął, a i Stuknięty wykazywał żywe zainteresowanie wydarzeniem, którego miał zostać świadkiem, więc Levis musiał ulec. Zdenerwowany wskoczył do rzeki, by pływając trochę ochłonąć.
Tymczasem Jasmine i Gavson usypali z ziemi niewielki, spłaszczony u góry kopiec i z pomocą dzięcioloida zaczęli kłaść na nim suche drewno. Levis wypłynął na drugi brzeg i z odległości przyglądał się całemu przedstawieniu.
Choć trudne, pełne niebezpieczeństw i bogate w doświadczenia życie nie sprawiło, że przestał wierzyć w Początek, zdążył nabrać dużego sceptycyzmu w stosunku do wszelkich przejawów kultu. A jednak kilka lat wcześniej zatrzymał się w Herbertown, oazie spokoju, ponieważ panowała tam czysta, niezmącona niczym wiara w Jedynego. Na całym świecie nie istniało drugie takie miejsce. Levis nie musiał wierzyć w bogów. Wiedział, że istnieją. Wielu z nich spotkał osobiście, kilku traktował prawie jak przyjaciół. No, co najmniej jak dobrych znajomych. To byli nie tylko ludzcy bogowie. Spotykał i bogów krasnoludzkich, i gnomich, a nawet kenderską Wielką Złodziejkę czy elfickiego transwestytę.
– Hmhhh… – Zamknął oczy i roześmiał się pod nosem, przypominając sobie to spotkanie. Tak, bogowie istnieli naprawdę. Mieli wielkie moce i całkowitą nieśmiertelność. Istnieli w niebiańskim wymiarze i tylko czasami schodzili na ziemię by siać postrach lub rozdawać dobro. Levis oglądał na własne oczy jak palili miasta, wskrzeszali rzesze nieumarłych bądź uwodzili piękne ziemskie dziewczęta. Raz nawet widział jak pewien młody (to jest taki, który posiada młodo-wyglądającą postać) bóg tworzy nową rasę. Zinnowie, nazwani od jego imienia – Zinnus, byli smukli, weseli, niscy i posiadali motyle skrzydła. I, oczywiście, Zinnus stał się głównym bogiem ich panteonu.
Levis znał bogów osobiście, a to sprawiało, że przejawy kultu bardzo go bawiły. Jak można czcić kogoś takiego – i tu padały tysiące epitetów dotyczących jego znajomków, jak choćby alkoholizm, nieopanowany pociąg do kobiet czy skłonność do bójek. Wielu bogów korzystało sobie na tym kulcie. Pożerali tony ofiar mięsnych czy płynnych lub zaspokajali swe chuci płodząc dziesiątki ziemskich bękartów – półbogów. A ludzie, elfy, krasnoludy i inne stworzenia stojące od nich niżej w procesie ewolucji jeszcze się z tego cieszyły.
Był też inny powód dla którego Levis śmiał się z kultu bogów. Wyniknął z bezpośrednich z nimi rozmów. To, skąd się wzięli. Jednych powoływali poprzedni bogowie. Dawali im testy, które musieli zdać by wejść do panteonu. Inni po prostu rodzili się z bosko-boskich lub bosko-nieboskich związków. Kolejnych bogowie tworzyli osobiście. A pierwszy z nich? Levis słyszał różne odpowiedzi, ale wszystkie sprowadzały się do jednego – również został stworzony. Może przybył z innej planety? Albo wywołała go jeszcze potężniejsza siła? Istniały legendy o starożytnych rasach z innych wymiarów. Tak czy inaczej nie trwał od zawsze. Kiedyś się pojawił. Skąd? Nie było jasnej odpowiedzi. Ale nawet jeśli to było coś jeszcze bardziej inteligentnego, też prawdopodobnie skądś się wzięło. Levis nie wierzył w nieskończone następstwo przyczyn i skutków. Tymczasem gdy coś znał, znajdywał również tego przyczynę. Gdy próbował dojrzeć skąd wzięło się wszystko, ale wszystko zupełnie, trafiał na blokadę. Tak, wiedział, że wszystko nie mogło DZIAĆ SIĘ od zawsze. Coś musiało BYĆ na początku. Nazwał to Początkiem. Jego życie nie polegało bynajmniej na próbie odnalezienia owego Początku. Czasem tylko myślał nad tym problemem. Nie czcił go jak inni czczą bogów, ale czuł się komfortowo w towarzystwie osób, które, tak jak on, w Początek wierzyły, nazywając go Jedynym. Stąd wziął się pomysł by osiąść i odpocząć w Herbertown. Przynajmniej na chwilę.
Skąd wziął się kult Jedynego, tego Levis nie wiedział. Zdarzało mu się rozmawiać z osobami, które go wyznają, ale nie otrzymał żadnej konkretnej odpowiedzi. Istniała legenda, że gdzieś na wyspie otoczonej kipiącą rzeką i ścianą wiatru mieszka rasa zwana giurami, która została obdarzona objawieniem i osobiście zna sługów Jedynego, zwanych aniołami. Levis był kiedyś w tamtym miejscu, nie wierzył jednak, że za rzeczywiście znajdującą się tam nieprzebytą kipielą może być jakiś ląd. Podobno legendę przekazał jako pierwszy Mubur – jeden z trzynastu bogów, którzy jako jedyni przeprawiali się na drugą stronę (lub raczej do wnętrza) Nieprzebytej Kipieli. Levis nigdy jednak nie spotkał akurat tego boga.
A jednak i na stałym lądzie żyły istoty wierzące w Jedynego. Najbardziej znaną osobą trwającą w tym kulcie był Artdico Gnorofex – bliski znajomy Levisa. To właśnie on wskazał psu Herbertown jako oazę spokoju i wyjątkowe, jeśli chodzi o kult, miejsce. Czy wiedział o przepowiedni wiszącej nad Jasmine, Garvsonem i nad nim jako telepatą? To możliwe – zważywszy, że to właśnie na spotkanie z Artdico wyruszył w podróż do Dervergu. Ten sam cel przyświecał Stukniętemu. Levis wolał się nad tym nie zastanawiać.
Zerknął na drugi brzeg. Dzieci podskakiwały i dawały mu znaki rękami. Stos z gałązek był już ułożony, a na nim spoczywały cztery dorodne rybki ułowione przez Stukniętego. Levis westchnął. Kult Jedynego nakazywał by dziewiątego dnia tygodnia nie pracować, nie podróżować, nie uczyć się, a jedynie odpoczywać i składać Bogu ofiary. Tego bowiem dnia, mówią stare pisma, Jedyny miał odpocząć po ciężkiej pracy tworzenia świata, gwiazd, bogów i innych istot. To śmieszne – myślał Levis – przecież Początek był Początkiem. Wszystko zrodziło się z niego, więc raczej się nie męczył. A już z pewnością nie po ośmiu dniach roboty. Ale przymknął na to oko. Artdico zaczeka na nich jeszcze dzień dłużej. Musiał to zresztą przewidzieć.
Levis zerknął na stos drewna, a ten zapłonął żywym ogniem. Dzieci pomachały rękami, a potem uklękły przed smażącą się ofiarą. Obok nich, co wyglądało komicznie, uczynił to samo Stuknięty. Levis wskoczył do wody. Jedyny był dobry i kochał żywe stworzenia ponad miarę. Dzielił się więc ofiarami ze swymi dziećmi. A to oznaczało, że za chwilę zacznie się wyżerka. Ten element kultu bardzo się Levisowi podobał.

***

Beloc chodził po swoim pokoiku w kółko, cicho klnąc pod nosem. Już ją miał! Leżała w tym dole, czekała na niego. Dwie minuty! Dwie minuty dłużej i porwałby ją na zawsze. To mogłoby uratować wszystko. Naprawić całą sytuację! Medalion musiał ich połączyć. Takie jego przeznaczenie – łączy kontrolowanego i kontrolującego nierozerwalnym węzłem. Małżeństwo? Coś więcej niż to. O tym naiwniaczka Feil nie powiedziała Jasmine. Może miała nadzieję, że Beloc będzie na wszystko spokojnie patrzył i nie upomni się o swoje? Albo wierzyła, że Jasmine nie zechce zapanować nad mocą medalionu? Hmmm… A może malutka działa po jego stronie? Jednak teraz ten parszywy telepata wszystko zepsuł! Zabrał dziewczynie medalion. Ma go ten młodziak. W kieszeni. Ale Beloc stracił kontrolę nad właścicielką. Miał prawo w tej sytuacji omówić sprawę medalionu ze swoim duszkiem. Dając moc medalionowi Feil włożył w to trochę z siebie. Tak jakby Feil była matką, a Beloc ojcem. Beloc musiał wiedzieć czemu właśnie Jasmine. I czy ma tu coś do rzeczy ten pies. Wymówił w myślach imię duszka trzy razy. Za chwilę powinna tu być…

By Artdico

Ten odcinek przypomina mi czasy, kiedy poszczególne opowiadania były naprawdę krótkie. Ten jest nawet treściwy, ale jeśli spojrzymy na historię 10 odcinków wcześniej, spotkamy się z jeszcze krótszymi opowiadankami. Nie ma w tym nic dziwnego. Właśnie na tym polega rozwój historii: na pojawianiu się wątków i bohaterów, którzy sprawiają, że nie da się już pisać króciutkich historyjek. Ja teraz tworzę odcinek 22. A Was zapraszam do lektury poprzednich i napisania dwóch odcinków pobocznych, związanych z przeszłością i przyszłością bohaterów historii. Aby wejść na Jasmine, należy kliknąć TUTAJ (uwaga: jakiś błąd w html sprawia, że strona źle otwiera się w Chrome. Najlepiej użyć Firefoxa lub Internet Explorera). Życzę satysfakcji! Do usłyszenia!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Logo strony Jasmine – Niekończąca się Historia fantasy, autorstwa Anny Lisieckiej
2. Jasmine i Levis, rysunek autorstwa Aleksandry Józefowicz (Lobi), barwiony przez Bartosza Piętkę.
Obie ilustracje znajdują się w galerii na stronie http://www.jasmine.artdico.com

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

O czasie

abouttimeZgodnie ze wszystkimi informacjami podawanymi w gazetach i telewizji, dziś, a więc 20 września 2013 roku odbyć się ma premiera filmu „About Time”, na polski przetłumaczonego jako „Czas na miłość”. Intrygującą rzeczą związaną z tym faktem jest to, że w minioną sobotę, świętując z Żoną piątą rocznicę naszego ślubu, byliśmy w kinie na tym właśnie filmie. Przyszło mi zatem do głowy, że skoro to jest film o czasie, a konkretnie o podróżach w czasie, to efekt konfliktu czasoprzestrzennego widza, który zobaczył film przed premierą, mógł być zamierzony. Tak czy inaczej film widziałem i ze względu na to, że większość z Was może zobaczyć go dopiero po premierze, zamierzam Was do tego zachęcić.

Krótki zarys fabuły, bez wchodzenia w szczegóły: Ciekawy rudzielec, w swoje 21 urodziny uzyskuje od ojca informację, że mężczyźni w ich rodzinie mają zdolność przenoszenia się w czasie. Początkowo rozumie to jako żart, ale szybko orientuje się, że może naprawdę cofnąć się do dowolnie wybranego momentu swojego życia i jeszcze raz przeżyć dowolnie wybraną chwilę, oczywiście wszystko zmieniając. Pewnego dnia poznaje niespodziewanie wspaniałą kobietę, ale ponieważ w tym samym dniu odbywa się premiera przedstawienia reżyserowanego przez człowieka, u którego wynajmuje pokój, musi przenieść się w czasie, by premiera mogła się udać. Przez to nie spotyka miłości swojego życia i musi znaleźć sposobność, by jednak ją spotkać. Sposobność znajduje i wiąże się z dziewczyną węzłem wielkiej miłości, ale jednocześnie pragnie zmieniać i naprawiać życie innych osób, swoich bliskich. Zakłada rodzinę, ma dzieci, szuka najlepszej drogi w życiu, mając do dyspozycji właściwie nieskończenie dużo czasu i szans na zmianę.

Prosta opowiastka o miłości z wyraźnie zarysowanym elementem podróży w czasie ma jednak drugie dno. Dla mnie to był film nie tylko o miłości romantycznej, ale przede wszystkim o ojcostwie. Po pierwsze o miłości ojca do dorosłego już syna – to jedno pokolenie. Po drugie zaś o miłości tegoż dorosłego syna do swoich małych dzieci – pokolenie drugie. Film w genialny sposób pokazuje, jak młody chłopak z mlekiem pod wąsem dorośleje, jak dorasta do ojcostwa. Jak przejmuje się losem swoich pociech, choć sam jeszcze jest trochę dużym dzieckiem. Jak miłość dwójki ludzi, młodych małżonków, może przenieść się, może promieniować na ich dzieci. Film był też – w dużej mierze – o otwartości na życie. Ponieważ podróże w czasie zmieniają bieg życia, chłopak musi decydować o niespodziewanych pożegnaniach z bliskimi z przeszłości, kiedy bowiem wraca, jego ukochana córka okazać się może nieznanym synem… Każde nowe urodzone dziecko to kolejny etap życia, poza który nie można się cofnąć. Mimo tego bohater poświęca to, co było, by dbać o rozwój rodziny. Do tego miłość małżeńska zarówno w przypadku rodziców bohatera, jak i jego własnym, ukazana jest w sposób tak zwyczajny i normalny, że właśnie niezwykle romantyczny i zachęcający. Ten film to doskonały sposób na początek odbudowywania relacji małżeńskich.

Twórcą filmu jest Richard Curtis, znany z takich filmów jak „Notting Hill” czy „To właśnie miłość” („Love Actually”). „Notting Hill” określam jako ciekawy, choć niepowalający. „Love Actually” należy jednak do plejady moich ulubionych filmów i wiedza o tym, że „About Time” jest kolejną romantyczną komedią tego twórcy zachęciła mnie do obejrzenia jej. W „To właśnie miłość” mieliśmy do czynienia z kilkoma przeplatającymi się historiami miłosnymi, tu mamy właściwie jedną, ale przeplatającą się samą ze sobą w czasie. Gra aktorska w obu przypadkach zachwyca – wydaje mi się wręcz, że w „About Time” postaci są wykreowane, zarysowane w sposób doskonalszy. Zachwyca, to co w każdym filmie Curtisa, świeży oddech tradycyjnej brytyjskiej kultury, tak innej od amerykańskiego snu. Rewelacyjny Bill Nighy, znany jako ekscentryczny podstarzały muzyk z „Love Actually”, tu jako stateczny ojciec sprawdza się doskonale. Pewnie właśnie dlatego, że nie jest stateczny, skacze w czasie nie wiadomo od jak dawna, wszystkie książki przeczytał wielokrotnie, dowcipkuje rubasznie, a gdy informuje syna o darze, którego ten może doświadczać, żałuje, że nie może cofać się poza obszar swojego życia, żeby „bzyknąć” Helenę Trojańską… Wszystko to czyni „Czas na miłość” filmem rewelacyjnym, moim zdaniem niemal genialnym.

Są oczywiście pewne mankamenty, które świadczą tylko o tym, że twórcy nie są ortodoksyjnymi katolikami. Seks na pierwszej randce (która dla głównego bohatera jest tak naprawdę trzecią, pierwszą tylko dla jego dziewczyny) zawsze mnie mierzi. Dziecko przed ślubem – typowy, ale smutny element. Te sprawy nie przeszkadzają jednak w ogólnym odbiorze filmu, choć przy odbiorze innych filmów bardzo mi przeszkadzały (choćby z „Niani w Nowym Jorku” zapamiętałem tylko ten nieszczęsny seks na pierwszej randce). Tak naprawdę są tylko małymi, szarymi plamkami na tęczowym arcydziele. Dlatego polecam wszystkim małżonkom i rodzicom mniejszych lub większych dzieci, by pozostawili te dzieci z kimś kompetentnym i koniecznie wybrali się na randkę na „Czas na miłość”. Osobom, które nie mają jeszcze współmałżonków także serdecznie polecam!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Stosik

Pod wrażeniem pewnego blogu recenzującego książki postanowiłem, wzorując się na zaczerpniętym stamtąd pomyśle, utworzyć swój książkowy stosik. Stosik powstał pod wpływem tegorocznych, już opisywanych rekolekcji. W jego skład wchodzi sześć książek.

Akt Małżeński znanego i lubianego (przez niektórych) kapucyna o. Ksawerego Knotza jako jedna z dwóch książek została przez nas zakupiona podczas rekolekcji, w trakcie Dnia Wspólnoty. Tym razem jest to książka o seksie i współżyciu małżeńskim widzianym z naukowego, teologicznego i biblijnego punktu widzenia. Ksawery Knotz to bodaj najpopularniejszy katolicki autor interesujący się tematyką ludzkiej seksualności – a jego bycie zakonnikiem i celibatariuszem dodaje całej sytuacji rumieńców. Zdarzyło mi się już czytać inne, późniejsze książki autora, pisane językiem łatwym, dające wiele dobrych rad i muszę przyznać, że – mimo, iż zakonnik – świetnie zna się na podejściu do małżonków i ich zbliżeń. Ta pozycja, wydana w 2001 roku nie jest tak bezpośrednia, jak inne dzieła Knotza, ale dzięki temu możemy dowiedzieć się więcej o wspominanym zagadnieniu właśnie od strony naukowej. Książka szczególnie polecana w środowisku osób interesujących się współczesnym i historycznym podejściem Kościoła do ludzkiej seksualności i zmianami w tym podejściu.

Listy starego diabła do młodego C.S. Lewisa to pozycja która od dawna powinna była znajdować się w naszej bibliotece. Z żalem muszę przyznać, że z tego zacnego autora dotychczas czytałem jedynie „Opowieści z Narnii”. Tymczasem Lewis zajmował się nie tylko teologią dla najmłodszych (Narnia jest, jak wiemy, przesiąknięta Bogiem), lecz w sposób łatwy i ciekawy pisał też dla starszych. „Listy…” są pozycją w przewrotny sposób ukazującą naszą, ludzką słabość i sposoby, w jakie Zły jest w stanie nas złamać, jak my się mu poddajemy. Mimo siedemdziesięciu mijających lat od pierwszego wydania książka zadziwia swoją aktualnością – choć znamy swoje słabości, nic się w nas nie zmienia. Ale dzięki tej książce może będziemy w stanie trochę lepiej zrozumieć naszą ludzką naturę i zwracać się ze swoimi słabościami do Najwyższego.

Być przydatnym zawodowo nauczycielem szkoły specjalnej napisana przez Jarosława Michalskiego leżała w koszyku z tanią książką, gdy po rekolekcjach poszliśmy na zakupy na Miodową, by uzupełnić naszą biblioteczkę po minionych już rekolekcjach, na których to seria pozycji została nam polecona. „Być przydatnym…” nie znajdowała się na tej liście, jednak cena po obniżce (3,50) i fakt, że jestem nauczycielem szkoły specjalnej i pragnę być przydatnym zawodowo sprawił, że postanowiłem książkę kupić. Nie wiem jeszcze do końca, co kryje w sobie, ale sądzę, że wkrótce się przekonam.

Parami do nieba Zbigniewa Nosowskiego jest książką, której poszukiwałem ja. Jej tytuł padł w czasie rekolekcji między wierszami, ale bardzo mnie zaciekawił. Książka jest kolejnym naukowym podejściem do kwestii dawnego i aktualnego spojrzenia na małżeństwo w Kościele – w tym przypadku konkretnie na świętość małżeńską. Autor zaznacza to, co większość ludzi od dawna widzi – że w Kościele wśród świętych najwięcej jest kapłanów i osób konsekrowanych. Małżonków ze świecą szukać, zwłaszcza takich, gdzie oboje są wyniesieni na ołtarze. A jeśli w ogóle, to zazwyczaj z innych niż godne wypełnianie obowiązków małżeńskich przyczyn, np. z powodu podjęcia decyzji o wstąpieniu do klasztorów. Nosowski zauważa, że Kościół przez wieki umniejszał rolę sakramentu małżeństwa, a współżycie w nim rzeczywiście uznawał za najwyżej konieczne do prokreacji – zakazując jakby cieszenia się z niego i czerpania przyjemności. Dziś sytuacja się zmieniła, a książka wspominana jest doskonałym źródłem wiedzy na temat postępujących zmian. W dziale poświęconym współżyciu małżeńskiemu autor poleca wspomnianą wcześniej książkę o. Ksawerego Knotza, co dodatkowo potwierdza wartość owej.

Rodzice w akcji Moniki i Marcina Gajdów to z kolei pozycja poszukiwana przez moją żonę. Podtytuł „Jak przekazywać dzieciom wartości” oddaje całą istotę książki. Dwoje znanych małżonków opisuje w niej swoje pomysły, wielokrotnie sprawdzone, jak poprzez codzienne wychowanie i bycie z dziećmi można doprowadzić je do stanu, w którym będą samodzielnymi, radzącymi sobie w życiu i odpowiedzialnymi, wierzącymi ludźmi. Naszym, rodziców, zadaniem nie jest rozpieścić nasze potomstwo i przywiązać je do siebie, lecz w odpowiedni sposób stopniowo popuszczać linę na której dzieci się trzymają, aż wreszcie w odpowiednim momencie odciąć ją i puścić latorośl na wolność. Przy tym pozornie proste, codzienne czynności, takie jak samodzielne zasypianie, jedzenie i odrabianie prac domowych, mają wspomóc dziecko w rozwoju duchowym i doprowadzić w ostateczności do zbawienia. My sami w konsekwencji zetknięcia się z tą książką przeprawiliśmy naszego trzylatka przez strumień samodzielnego zasypiania i – ku naszemu zdziwieniu – przeszedł przez to bezboleśnie. Gajdowie podkreślają też, że aby wychować dorosłych, odpowiedzialnych ludzi, musimy postawić granicę naszemu małżeństwu – w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Ta granica to obszar, do którego dzieci nie mają wstępu, a w ten obszar wchodzą np. wspólne (bez potomstwa) wakacje. Olśniewająca wydała mi się myśl, że „W Kościele istnieje sakrament małżeństwa, a nie rodziny. I o tę rzeczywistość sakramentalną mamy obowiązek dbać!”

Rytuał domowy to nareszcie coś, czego z żoną bardzo pragnęliśmy oboje, co podczas rekolekcji bardzo rozpaliło nasze wyobraźnie i nadzieje na lepszą przyszłość. Oprócz „Rytuału domowego” istnieje jeszcze „Rytuał rodzinny”, ten nam się jednak bardziej spodobał graficznie. Nie wykluczamy zakupu drugiego. Podtytuł dzieła to „Rok rodziny katolickiej”, samo zaś dzieło, zaprojektowane na kształt ksiąg liturgicznych, jest instrukcją takiego właśnie liturgicznego czy paraliturgicznego przeżycia roku, a nawet wielu lat, w gronie rodziny. Znajdziemy tu prawie wszystko: propozycje modlitw rodzinnych, przeżywania Triduum Paschalnego, Bożego Narodzenia czy innych świąt, pomysły na przygotowanie dzieci do przyjęcia sakramentów, wspaniały rachunek sumienia itp. Podział na części związane z codzienną modlitwą, sakramentami i sakramentaliami oraz obchodami roku liturgicznego jest wyraźny i bardzo dobrze pomyślany. „Rytuał domowy” może być doskonałym źródłem sposobów i pomysłów na wprowadzenie dzieci w codzienność z Panem Bogiem. Moim zdaniem to konieczna pozycja na honorowym miejscu, na półce każdej katolickiej rodziny. Tuż obok Pisma Świętego.

Tak prezentuje się stosik. O niektórych z jego pozycji jeszcze na pewno napiszę. Niektóre tylko wspomniałem, może jeszcze kiedyś do nich wrócę. Gorąco polecam zaś uzupełnianie Waszych chrześcijańskich bibliotek także o podobne, niekoniecznie te książki. Ważne jest oczywiście również, żeby się na półkach nie kurzyły, lecz żeby były w codziennym użytku.

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Carcassonne

Wprawdzie jest to niewątpliwie blog teologiczny, ale i teolog ma prawo do niezobowiązujących, ale rozwijających rozrywek. Dlatego dziś chciałem polecić Wam, mało teologicznie, genialną grę zaliczaną do gier planszowych. Ta gra nazywa się Carcassonne, w 2001 roku zdobyła zaszczytny tytuł Gry Roku, w Polsce znana jest jednak od niezbyt dawna. W rzeczywistości nie jest również typową planszówką, zamiast typowej planszy posiada raczej planszę opartą o system „zrób to sam” – czyli zbuduj sobie swoją własną planszę. Pionki również nie poruszają się po owej planszy (nie licząc dostępnego wraz z jednym z dodatków smoka), lecz raczej stoją w miejscu, obejmując w posiadanie tereny. Opiszę jednak pokrótce na czym polega rozgrywka.

Przykładowa rozgrywka w Carcassonne na 5 graczy, z dodatkami "Karczmy i Katedry", "Kupcy i Budowniczowie", "Księżniczka i smok", "Wieża" oraz małymi dodatkami "Rzeka" i "Kult, oblężenie, kreatywność".


Gracze wybierają jeden z pięciu (z jednym z dodatków sześciu) kolorów pionków, ustawiają na stole kilka stosików kwadratowych żetonów i rozpoczyna się gra. Na stół trafia żeton startowy, następnie gracze po kolei dociągają ze stosików żeton i dołączają go do pierwszego na zasadzie puzzli. Żetony bowiem posiadają trzy rodzaje terenów: łąki, drogi i miasta. Poszczególne żetony zaś mogą stykać się wyłącznie powierzchnią jednakowego terenu z żetonem wcześniej położonym. Kolejnym krokiem jest zajmowanie terenów przez pionki graczy. Gracze zajmują miasta, drogi, łąki lub znajdujące się na niektórych żetonach klasztory, a zamykając je otrzymują za nie punkty. Mogą również oczywiście przejmować sobie nawzajem budowane tereny, zdobywać na nich dominujące wpływy itp. Tak gra toczy się aż do zużycia wszystkich żetonów ze stosu – wówczas podlicza się punkty za wszystkie tereny nieukończone. I tak toczy się cała gra.

Pionki pozostające w puli żółtego gracza, wraz z dużym pionkiem ("Karczmy i katedry"), świnką i zdobycznym towarem ("Kupcy i budowniczowie").


Pierwotna gra rozpoczyna się od 72 żetonów i trwa około 30 minut. Jednak po wielkim sukcesie Carcassonne jej twórcy postanowili wydać dodatek do niej, potem zaś drugi i trzeci dodatek. W efekcie w dniu dzisiejszym dostępnych jest 8 dużych dodatków, kilka mniejszych, malutkie dodatki dostępne wyłącznie z niektórymi numerami niemieckich pism o grach i ze 3 wersje gry podstawowej, które rzecz jasna można ze sobą łączyć. I tak w dodatkach pojawiają się karczmy i katedry, zwiększające wartość ukończonych dróg i miast, smok zjadający pionki graczy, wieża pozwalająca na branie wroga do niewoli, burmistrzowie zwiększający wpływy w dużych miastach, rzeki ciągnące się przez krainę Carcassonne i mnóstwo, mnóstwo innych. Każdy kolejny dodatek kusi, ale bez wątpienia jest grzechu wart. Gra bowiem, choć po zakupie czterech dodatków trwa już 2-3 godziny, jest niezwykle pasjonująca i pozwala na bardzo ciekawe spędzenie wolnego wieczoru.

Smok wędruje po polach, poluje na żeńskie klasztory... :)


Polecam grę zarówno dużym rodzinom, grupom przyjaciół (może grać w nią do 6 graczy), jak i pragnącym spędzić miły wieczór małżeństwom. Rozgrywka na dwie osoby jest równie fascynująca, jak ta na większą ilość graczy, a czasem można w mniejszym gronie zbudować o wiele ładniejsze kompozycje z żetonów. Jeśli gra się z dziećmi, odradzane są dodatki „Księżniczka i smok” oraz „Wieża”, pozbawiają one bowiem wpływów na planszy w dość nieprzyjemny sposób, doprowadzając podobno do niepotrzebnych nerwów. Moje dzieci są jeszcze za małe, żeby grać (choć G.M. uwielbia rozkładać Carcassonne jak puzzelki i szeregować ludzików, świnki, architektów wg kolorów i gatunków), ja zaś bardzo sobie cenię wędrującego po planszy, polującego na wszystkich smoka. Nawet, gdy czasem jestem zmuszony do zjedzenia samego siebie.

Polecam Carcassonne zarówno na długie zimowe wieczory, jak i na miłe wczasy w lecie.

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 7 Komentarzy

Zgodne z wolą Pana

To nie będzie długa notka, chciałem tylko złożyć życzenia. Każdemu, kto na stałe czyta mego bloga oraz wszelkim przypadkowym odwiedzającym. Chyba jasne jest, że nie przeczytacie tu prostych życzeń zdrowia, szczęścia i pomyślności, choć każda z tych rzeczy z pewnością godna jest bycia życzoną. Mogę życzyć pieniędzy, sobie też ich życzę, ale z oczywistą rezerwą – bo gdybyśmy je już dostali, to czy zrobilibyśmy z nimi coś dobrego? Zbudowałbym dom, kupił samochód i… mam jeszcze wiele pomysłów których chyba wcale nie powinienem realizować…

Dziś życzę wszystkim, aby Święta Bożego Narodzenia zawsze były dla nich „Merry Christmas”, a nie „Happy Holidays”. Żeby prezenty, choinka i wigilijne obżarstwo nie były istotą świąt, lecz wyłącznie świętowaniem czegoś większego. Większego, czyli narodzenia Pana Jezusa, Jedynego Prawdziwego Boga i Zbawiciela. I nie w żłóbku betlejemskim, ani nawet nie w naszym domu – lecz w każdym z nas. I aby to narodzenie trwało już na zawsze, a nie do następnego grzechu w dniu jutrzejszym, z którego wyspowiadamy się dopiero przed Wielkanocą (albo i nie).

Przede wszystkim życzę jednak spełnienia wszelkich najskrytszych i najjawniejszych marzeń, tych, które są zgodne z wolą Pana.

Wesołych Świąt!

Wesołych Świąt!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 2 Komentarze

Indeks notek

Poniżej znajduje się indeks notek. A w zasadzie 3 indeksy. Pierwszy to indeks wszystkich notek w kolejności pojawiania się ich – z krótkim opisem każdej. Drugi to indeks tematyczny, a trzeci – alfabetyczny. Odnośnik do indeksu notek będzie się znajdował w każdej notce, nad linkami. Indeks będzie regularnie uzupełniany, z pojawieniem się nowej notki. Proszę o zamieszczenie choć małego komentarza pod tą notką, bym wiedział co sądzicie o moim pomyśle.

Proponuję również, byśmy może spróbowali, korzystając z indeksu, rozwinąć dyskusję w interesujących nas tematach. Obiecuję regularne zaglądanie do wszystkich notek (choć przy tej ilości to może być trudne :).

Spis notek w kolejności pojawiania się

Blog pierwszy: Z pamiętnika stukniętego kleryka…

1. Rozpoczyna się show! – Notka otwierająca bloga, podająca kilka ogólników na mój temat, mówiąca, co blog będzie w sobie zawierał.
2. Karol – człowiek który został papieżem – Krótki opis moich wrażeń po obejrzeniu filmu o papieżu.
3. Ale dlaczego seminarium? – Historia mojego powołania do kapłaństwa do czasu gdy jeszcze byłem klerykiem.

4. Memento mori – Pierwsza z notek o śmierci i o zmartwychwstaniu.
5. Wszystko rozgrywa się w Twoim sumieniu – Trochę o życiu w Seminarium, trochę bardziej apel o wsłuchiwanie się w głos Boga w sobie samym. Moja ulubiona notka.
6. Krzywe spojrzenie na Kościół – O ludziach, którzy widzą w Kościele same negatywy, i o tym, dlaczego takie spojrzenie nie jest dobre.
7. Czystość gwarantem człowieczeństwa – Notka argumentująca to, że panowanie nad instynktami związanymi z seksualnością pozwala nam prawdziwie być ludźmi.

8. Z nich zaś największa jest Miłość – Pierwsza notka ukazująca to, jaka moim zdaniem jest naprawdę miłość i czym różni się od zakochania.
9. Przepisy liturgiczne – O przepisach na których opiera się celebracja Eucharystii.
10. Pismo Święte a Święta Tradycja – O dwóch filarach, na których opiera się nasza religia.
11. Wybory – O wyborach politycznych, czym powinniśmy się kierować podejmując te wybory.

12. Duchowa adopcja dziecka poczętego – O braniu na siebie odpowiedzialności za życie dzieci zagrożonych śmiercią przed urodzeniem.
13. He’s got the whole world in His hand – Na temat filmu “Lot skazańców”, modlitwy, która na wszystko pomoże, i trochę przeciwko karze śmierci.
14. Słów kilkoro o antykoncepcji – Kontrowersyjna notka o tym, dlaczego antykoncepcja nie jest dobra.

15. Wesołe jest życie kleryka – Historia o tym, jak w towarzystwie dwóch dziewczyn ochraniałem św. Tereskę i jadłem lody.
16. Kleryk też człowiek – Na temat tego, że każdy człowiek ma swoje słabości, przyzwyczajenia, i że każdy ma takie samo prawo do popełniania błędów.
17. Wake me up when September ends – Pożegnalna notka pisana przed moim powrotem do Seminarium po wakacjach.
18. Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka – Notka zamykająca pierwszego bloga po tym, jak wydalono mnie z Seminarium.

Blog drugi: W Obronie Życia i Świętości

19. Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni – Pierwsza notka na nowym blogu, otwierająca nowy rozdział mojego życia.
20. Powołanie do życia w świętości – Powód, dla którego nazwałem bloga właśnie w ten sposób.
21. Super impreza at Saint Franciszek’s – Opowieść o zabawie, która odbyła się pewnego dnia u Franciszkanów w Skarżysku.

22. Przypowieść o talentach – Własna interpretacja mojej ulubionej przypowieści.
23. Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! – Notka o myślach erotycznych.
24. Nie znoszę strusiów i niedzielnych katolików – Moje uprzedzenia do dwóch typów ludzkich zachowań.
25. Radość odchodzenia – Druga notka o śmierci.

26. Bóg jest… – Notka o mojej Paczce, grupie ludzi, których poznałem na polonistyce, w tym również o Albinie.
27. Cierpienie ma sens – O braniu krzyża i o tym, dlaczego cierpienie ludzkie przynosi wymierne korzyści.
28. Zboczona opowiastka o dwóch rodzajach ciastka – Na temat American Pie i innych amerykańskich komedii o seksie.
29. Jeden jest cel mego życia – Wytłumaczenie, iż każdy człowiek ma obowiązek dążyć do zbawienia, bo jest ono jedynym naszym celem.

30. Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj – Świąteczna notka o walce świętości z komercją.
31. Nowe dziecię już na Świecie – Notka pisana w 9 miesięcy po duchowej adopcji.
32. Awans – Pierwsza notka na temat mojego upadku po opuszczeniu murów Seminarium.
33. Qrczaków związek z Franciszkiem, świętym zwanym – Początek przygody moich przyjaciół z Bogiem i wiarą.

34. Jestem Judym; Tomasz Judym – O mojej ukochanej postaci literackiej oraz o tym, dlaczego zwykłem się z nią identyfikować.
35. It’s all ’bout the money! – O pojedynku moich ideałów z pokusami dzisiejszego świata.
36. Myron – Istota sakramentu Bierzmowania.
37. Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna – Potrójna notka, o poznaniu przeze mnie mojej drugiej narzeczonej, o słownym pojedynku z pewną nowoczesną niewiastą nt. czystości przedmałżeńskiej, oraz wielkanocna notka o spowiedzi.

38. Miłość, jaką jest, moimi oczami – Podsumowanie całej mojej wiedzy i moich przypuszczeń na temat wzajemnej miłości dwóch osób przeciwnej płci.
39. O literaturze fantasy – Na temat, przede wszystkim, klasyki fantasy, oraz o powiązaniu powyższej z wiarą w Jedynego.
40. Ojciec Augustyn w objęciach Kodu, czyli wszystko marność i pierdzenie w stołki… – Moja recenzja książki Dana Browna i filmu nakręconego na podstawie „Kodu Leonarda daVinci”.

41. Here I go again on my own… – Autobiograficzna notka podsumowująca najcięższy, jak mi się wówczas zdawało, rok mojego życia.
42. W pierwszą rocznicę – Jubileuszowa notka, pisana w rok po założeniu bloga.
43. Uczmy się żyć modlitwą – Wbrew pozorom to również jest notka autobiograficzna, mówiąca o stanie mojego ducha po pielgrzymce, wyrzutach sumienia i największym w mym życiu ataku histerii.
44. Poświęcać to, co dobre, na rzecz tego, co lepsze – Uzasadnienie dlaczego nie piję alkoholu.

45. Bóg na pierwszym miejscu – O tym że jeśli postawi się Boga na pierwszym miejscu, wszystko się ułoży, oraz o tym dlaczego nie należy Boga nazywać abstraktem.
46. Historia o pewnym Aniele – O Tikuli Amarie, zwanej również Animaedimidium, notka wychwalająca.
47. Ja czy nie ja? – Kolejna notka mówiąca o moim wielkim upadku po opuszczeniu Seminarium, o mojej zmianie na gorsze.
48. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony – Na temat mojego pojedynku słownego z człowiekiem będącym prześmiewcą Kościoła i Boga.

49. Zabiłem Boga – Opowieść o tym, jak każdy z nas przyczynił się, i nadal przyczynia, do śmierci Jezusa na krzyżu.
50. Mamy czas…? – Mój ulubiony temat, o czasie, który nie istnieje, to znaczy, którego w zasadzie nie mamy.
51. Marysia – Bożonarodzeniowo o aborcji.
52. Siedemdziesiąt siedem – O przepraszaniu, przebaczaniu, bardzo osobiście.

53. Gavson kontra Artdico Gnorofex – Ja, jako doctor Jekyl i mr. Hyde, czyli kolejna notka o moim upadku, oraz o postanowieniu poprawy planowanej z półrocznym wyprzedzeniem.
54. Lustro – O tym, jak wielki wpływ mamy na samych siebie i na swoje zachowanie.
55. Bóg potrzebuje wariatów – O Bożym Wariactwie, czyli o katolikach, którzy nie są niedzielni.
56. Bojkot Bożego Narodzenia – Wielkanocna notka o spowiedzi, czy też o omijaniu konfesjonału.

57. And that’s the way the cookie crumbles – Na temat życia i śmierci mojego przyjaciela z Seminarium, Kuby Płusy.
58. Walczyć igłą – O walce miłością, krótko i na podstawie cytatu z listu Kuby.
59. Statystyka – Prezentacja o aborcji zrobiona przez Olę, Magdę i Martę; notka wyznaczająca początek nowego życia tego bloga.
60. Perełka pośrodku niczego – Ciechanowiec, najcudowniejsze, moim zdaniem, miejsce na świecie. Miejsce, w których dzieją się cuda.

61. You can have Your cake and eat it – O podejmowaniu wariackich wyborów, wywracających życie do góry nogami. Autobiograficznie.
62. Przeklęty na miłość – Notka o zmianie, która dokonała się we mnie po pół roku od postanowienia, oraz o wdzięczności istocie, która właśnie wtedy zaczęła znaczyć naprawdę wiele w moim życiu.
63. Olśnienie – Z całą pewnością najwspanialsze wydarzenie mojego życia, moment, w którym ponownie uwierzyłem w to, że jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu, wszystko będzie na właściwym miejscu.
64. Nota raz w miesiącu – Notka pisana w drugą rocznicę założenia bloga.

65. O spalonych mostach, o tym jak to wyglądało naprawdę, a także trochę o tym, że ten blog tak nagle przestał być blogiem tematycznym – Moje wytłumaczenie się z czynów ubiegłych dwóch lat, a w głównej mierze, ostatniego półrocza, bardzo osobiste.
66. List do Albina – Notka inaugurująca nasz wakacyjny pobyt w Szkocji, pisana w formie listu do mojego przyjaciela.
67. Moje ideały – Próba wytłumaczenia, dlaczego jestem taki, a nie inny, i dlaczego wszyscy się mnie boją.
68. Piękno i odpowiedzialność – O miłości dwóch osób, ich seksualności i braniu odpowiedzialności za siebie nawzajem.

69. O małżeństwie będzie to piosenka – Prawda na temat sakramentu małżeństwa i zachęta do brania ślubu.
70. Wczasy za czternaście tysiaków – Podsumowanie naszej wyprawy do Szkocji.
71. Dziś są cztery lata – O Adasiu i Adze, moim bracie i jego dziewczynie, oraz o ich związku.
72. Sześć snów – Na temat Anity i Kuby, który objawia się jej w snach.

73. Kolej na nas – Notka osobista, dotycząca kilku osób i ich problemów z odpowiedzialnością i dojrzałością.
74. Letnia miłość, tak, to letnia miłość! – Urodzinowa notka dla Oli.
75. Ci co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba… – O patrzeniu z nadzieją na Boga z wiarą, że jeśli Mu się zaufa, wszystko musi się ułożyć.
76. Zastępcza notka o czasie – Znów na mój ulubiony temat, trochę bardziej osobiście.

77. Dziewictwo, czyli Maria Magdalena – Na temat dziewictwa odzyskanego.
78. Pierwsza zasada rządząca światem – Prowokacja na temat mojej romantyczności.
79. Riposta pierwsza – na Bożą wyrozumiałość – Odpowiedź na twierdzenie niektórych, że Bogu nie przeszkadza to, że jesteśmy niedzielnymi katolikami i że jest nam w stanie to wybaczyć.
80. Riposta druga – na niejedzenie świnek – Odpowiedź na zarzut, że nie wolno nam jeść mięsa zwierząt nieczystych, czego zakazał Bóg.

81. Indeks notek – Ta notka.
82. Wake me up when September ends, vol. 2 – Notka mówiąca o zmianie mojego życia i wyrażająca nadzieję, że tym razem wszystko się ułoży.
83. Big City Life – Króciutki opis co się ze mną działo po dwóch tygodniach życia w wielkim mieście.
84. Tomasz Liga i Samoobrona, czyli nie taki Tusk wysoki, jak go filmują – Refleksje na temat stronniczości mediów, na kilka dni przed wyborami.

85. Wychowywanie, utrzymywanie, granie w banie na tapczanie – Komentarz o wychowywaniu i zatrzymywaniu przy sobie męża, do konferencji ks. Mieczysława Malińskiego.
86. Wizja, czyli sto sześćdziesiąt cztery – Notka o moich i Oli planach dotyczących ślubu.
87. Na drugi brzeg – Notka o śmierci na Wszystkich Świętych.
88. Brata Jasia głos w dyskusji – Dalszy ciąg rozważań na temat czystości i seksualności.

89. Love actually – Jeszcze raz na temat miłości i wolności.
90. Ciężkie czasy – Na temat dorastania do małżeństwa.
91. Że niby święty Mikołaj nie istnieje – O tym, jak i dlaczego wierzę w świętego Mikołaja.
92. El Manifico Albano del Dreed – Z okazji 21 rocznicy urodzin mojego przyjaciela Albina.

93. Duc in altum – O pływaniu, jeżdżeniu na rowerze i innych umiejętnościach związanych z miłością.
94. Świąteczna notka nie wiem o czym, w tym także teoria kwadratu – Abyśmy nie zapominali, że powinniśmy kochać, i że Bóg jest na pierwszym miejscu.
95. In vitro a dusza ludzka – O Bożej mocy dawania życia.
96. Kurs na Irlandię – Przemyślenia na temat relatywizmu i wyjazdu do Irlandii.

97. Wstęp do Wielkiego Postu – Moje wyznanie grzechów i zwrot w stronę Boga.
98. Tytuł niech będzie milczeniem – Przemyślenia po tym, jak Karol i Wiola ogłosili, że są w ciąży.
99. Fatalne skutki edukacji seksualnej – Na temat antykoncepcji i aborcji w obliczu nowych pomysłów Brytyjczyków.
100. Sto i internetowy kaming ałt – Setna notka która wygląda tak, że się z lekka wywnętrzam.

Tematyczny spis notek

O mnie

1. Rozpoczyna się show!
2. Ale dlaczego seminarium?
3. Wesołe jest życie kleryka

4. Kleryk też człowiek
5. Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka
6. Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni
7. Awans
8. Jestem Judym; Tomasz Judym
9. Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna

10. Here I go again on my own…
11. Uczmy się żyć modlitwą
12. Ja czy nie ja?
13. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony
14. Gavson kontra Artdico Gnorofex
15. Bóg potrzebuje wariatów

16. Perełka pośrodku niczego
17. You can have Your cake and eat it
18. Przeklęty na miłość
19. O spalonych mostach, o tym jak to wyglądało naprawdę, a także trochę o tym, że ten blog tak nagle przestał być blogiem tematycznym
20. List do Albina
21. Moje ideały

22. Wczasy za czternaście tysiaków
23. Pierwsza zasada rządząca światem
24. Wake me up when September ends, vol. 2
25. Big City Life
26. Wizja, czyli sto sześćdziesiąt cztery
27. Wstęp do Wielkiego Postu

28. Sto i internetowy kaming ałt

Ku chwale innych

1. Bóg jest…
2. Qrczaków związek z Franciszkiem, świętym zwanym
3. Historia o pewnym Aniele
4. And that’s the way the cookie crumbles

5. Dziś są cztery lata
6. Sześć snów
7. Letnia miłość, tak, to letnia miłość!
8. El Manifico Albano del Dreed

Bóg i miłość

1. Memento mori

2. Z nich zaś największa jest Miłość
3. He’s got the whole world in His hand
4. Radość odchodzenia
5. Myron
6. Miłość, jaką jest, moimi oczami
7. Bóg na pierwszym miejscu

8. Riposta pierwsza – na Bożą wyrozumiałość
9. Na drugi brzeg
10. Love actually
11. Duc in altum
12. Świąteczna notka nie wiem o czym, w tym także teoria kwadratu
13. In vitro a dusza ludzka

Duchowość i moralność

1. Wszystko rozgrywa się w Twoim sumieniu
2. Czystość gwarantem człowieczeństwa
3. Duchowa adopcja dziecka poczętego
4. Słów kilkoro o antykoncepcji
5. Powołanie do życia w świętości

6. Przypowieść o talentach
7. Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż!
8. Cierpienie ma sens
9. Zboczona opowiastka o dwóch rodzajach ciastka
10. Jeden jest cel mego życia
11. Nowe dziecię już na Świecie

12. It’s all ’bout the money!
13. Poświęcać to, co dobre, na rzecz tego, co lepsze
14. Zabiłem Boga
15. Mamy czas…?
16. Marysia
17. Siedemdziesiąt siedem

18. Lustro
19. Bojkot Bożego Narodzenia
20. Walczyć igłą
21. Statystyka
22. Olśnienie
23. Piękno i odpowiedzialność

24. O małżeństwie będzie to piosenka
25. Kolej na nas
26. Ci co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba…
27. Zastępcza notka o czasie
28. Dziewictwo, czyli Maria Magdalena
29. Riposta druga – na niejedzenie świnek

30. Wychowywanie, utrzymywanie, granie w banie na tapczanie
31. Brata Jasia głos w dyskusji
32. Ciężkie czasy
33. Kurs na Irlandię
34. Tytuł niech będzie milczeniem
35. Fatalne skutki edukacji seksualnej

Świat i Kościół

1. Karol – człowiek który został papieżem
2. Krzywe spojrzenie na Kościół
3. Przepisy liturgiczne
4. Pismo Święte a Święta Tradycja
5. Wybory

6. Super impreza at Saint Franciszek’s
7. Nie znoszę strusiów i niedzielnych katolików
8. Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj
9. O literaturze fantasy
10. Ojciec Augustyn w objęciach Kodu, czyli wszystko marność i pierdzenie w stołki…
11. Tomasz Liga i Samoobrona, czyli nie taki Tusk wysoki, jak go filmują

12. Że niby święty Mikołaj nie istnieje

Pozostałe

1. Wake me up when September ends
2. W pierwszą rocznicę
3. Nota raz w miesiącu
4. Indeks notek

Alfabetyczny spis notek

A

1. Ale dlaczego seminarium?
2. And that’s the way the cookie crumbles
3. Awans

B

1. Big City Life
2. Bojkot Bożego Narodzenia
3. Bóg jest…
4. Bóg na pierwszym miejscu
6. Bóg potrzebuje wariatów

7. Brata Jasia głos w dyskusji

C

1. Ci co patrzą pod nogi, nigdy nie ujrzą nieba…
2. Cierpienie ma sens
3. Ciężkie czasy
4. Czystość gwarantem człowieczeństwa

D

1. Duc in altum
2. Duchowa adopcja dziecka poczętego
3. Dziewictwo, czyli Maria Magdalena
4. Dziś są cztery lata

E

1. El Manifico Albano del Dreed

F

Fatalne skutki edukacji seksualnej

G

1. Gavson kontra Artdico Gnorofex

H

1. Here I go again on my own…
2. He’s got the whole world in His hand
3. Historia o pewnym Aniele

I

1. Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka
2. In vitro a dusza ludzka
3. Indeks notek
4. It’s all ’bout the money!

J

1. Ja czy nie ja?

2. Jeden jest cel mego życia
3. Jestem Judym; Tomasz Judym
4. Jezus Chrystus kontra Święty Mikołaj

K

1. Karol – człowiek który został papieżem
2. Kleryk też człowiek

3. Kolej na nas
4. Krzywe spojrzenie na Kościół
5. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony
6. Kurs na Irlandię

L

1. List do Albina

2. Letnia miłość, tak, to letnia miłość!
3. Love actually
4. Lustro

M

1. Mamy czas…?
2. Marysia

3. Memento mori
4. Miłość, jaką jest, moimi oczami
5. Moje ideały
6. Myron

N

1. Na drugi brzeg

2. Nie znoszę strusiów i niedzielnych katolików
3. Nota raz w miesiącu
4. Nowe dziecię już na Świecie
5. Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni

O

1. O literaturze fantasy

2. O małżeństwie będzie to piosenka
3. O spalonych mostach, o tym jak to wyglądało naprawdę, a także trochę o tym, że ten blog tak nagle przestał być blogiem tematycznym
4. Olśnienie
5. Ojciec Augustyn w objęciach Kodu, czyli wszystko marność i pierdzenie w stołki…

P

1. Perełka pośrodku niczego

2. Pierwsza zasada rządząca światem
3. Piękno i odpowiedzialność
4. Pismo Święte a Święta Tradycja
5. Poświęcać to, co dobre, na rzecz tego, co lepsze
6. Powołanie do życia w świętości
7. Przeklęty na miłość

8. Przepisy liturgiczne
9. Przypowieść o talentach

Q

1. Qrczaków związek z Franciszkiem, świętym zwanym

R

1. Radość odchodzenia
2. Radość Pojutrze, wuj a nie facet i spowiedź przedświąteczna
3. Riposta druga – na niejedzenie świnek
4. Riposta pierwsza – na Bożą wyrozumiałość
5. Rozpoczyna się show!

S

1. Siedemdziesiąt siedem
2. Słów kilkoro o antykoncepcji
3. Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż!
4. Statystyka
5. Sto i internetowy kaming ałt
6. Super impreza at Saint Franciszek’s

7. Sześć snów

Ś

1. Świąteczna notka nie wiem o czym, w tym także teoria kwadratu

T

1. Tytuł niech będzie milczeniem

U

1. Uczmy się żyć modlitwą

W

1. W pierwszą rocznicę
2. Wake me up when September ends

3. Wake me up when September ends, vol. 2
4. Walczyć igłą
5. Wczasy za czternaście tysiaków
6. Wesołe jest życie kleryka
7. Wizja, czyli sto sześćdziesiąt cztery
8. Wstęp do Wielkiego Postu

9. Wszystko rozgrywa się w Twoim sumieniu
10. Wybory
11. Wychowywanie, utrzymywanie, granie w banie na tapczanie

Y

1. You can have Your cake and eat it

Z

1. Z nich zaś największa jest Miłość
2. Zabiłem Boga
3. Zastępcza notka o czasie
4. Zboczona opowiastka o dwóch rodzajach ciastka

Ż

1. Że niby święty Mikołaj nie istnieje

Categories: Pozostałe | 2 Komentarze

Nota raz w miesiącu

„Co najmniej raz w miesiącu”, powinno się napisać, bo bywało i częściej. Na początku. Przez pierwsze 3 miesiące. No i jakoś teraz, ostatnio, znowu. Początki silne i interesujące, wielka lawina i diametralna zmiana życia (połączona ze zmianą bloga z ograniczonego ramami na nieograniczony). Potem brak czasu i brak neta. Do końca przyświecała mi idea – nie wolno ci dopuścić do wybicia miesiąca, w którym nic nie napiszesz. Więc po jednej nocie przez wiele, wiele miesięcy. I teraz, na dniach, znów się zaraziłem. Nowy entuzjazm. I jakby tak blog się znów ożywił.

Mamy dwa lata. Któż mógłby przypuszczać, że to minie tak szybko? A jak dużo się wydarzyło przez ten czas… Dwa lata.

Gdy pisałem rocznicową notkę przed rokiem, dokonałem podsumowania statystycznego, rezygnując z dziękowania Wam wszystkim imiennie. Dziś zrobię na odwrót. Może po części dlatego, że chciałbym zrobić w swym sercu podsumowanie, kto najwięcej w moim życiu pozmieniał, kto najwięcej wniósł do tego życia. A po części dlatego, że mi się nie chce liczyć :).

Ostrzegam. Będzie długo. Jak ktoś nie chce czytać całości, może poszukać siebie. Jak się nie znajdzie, może przejść do pięciu ostatnich akapitów.

Makota. No i Piętuś. A może Piętuś i Makota. Nie wiem, które najpierw, a które potem. Zaraziliście mnie blogowaniem. To Wasze blogi skłaniały mnie do polemiki, a potem do założenia własnego bloga. Kiedyś pisaliście częściej, klikało się codziennie by sprawdzić, czy nic nowego się nie pojawiło. Dziś musicie informować o nowej notce jeśli chcecie, żeby ktoś w ogóle przeczytał. No i Makota jeszcze założyła hasło. Piętusiu, dziękuję Ci za wsparcie moralne i duchowe, za to, że mogę nazywać odwiecznego przyjaciela swego brata moim przyjacielem. Makoto, Tobie dziękuję za to, że choć mamy mnóstwo argumentów przeciw sobie, nadal się do siebie odzywamy i czasami nawet jesteś miła. Ja też czasami jestem miły :). Pamiętaj, nie cierpię Cię, ale nie wiem co bym bez Ciebie zrobił.

Adaś i Aga. Kolejność uzasadniona. Pierwszy to mój brat. Druga to jego dziewczyna. Od 4 lat. Od 14 roku życia. Jesteście jak stare dobre małżeństwo. Adamie, dziękuję Ci za stanie się moim przyjacielem i podzielenie się swoimi przyjaciółmi z własnym bratem. Agusiu, Tobie dziękuję za to, że tak często stoisz po mojej (to nie znaczy – właściwej) stronie, przez co narażasz się niektórym ważnym dla nas obojga osobom. Wam obojgu dziękuję za to, że pozwalacie mi wierzyć w to, że można prawdziwie kochać i można związać się szczęśliwie już w tak młodym wieku. Dajecie mi nadzieję, że może mnie też się kiedyś uda.

Kabaczek. Dziękuję Ci za to, że wskrzesiłaś we mnie nadzieję na to, że może kiedyś moje życie będzie mogło wyglądać inaczej. Lepiej. Że wyjdę z doła. Wprawdzie nie cieszyłem się tą Twoją nadzieją nazbyt długo, ale za to również Ci dziękuję. Dziękuję Ci też za trafne, a czasem mniej trafne, uwagi pod moim kątem, udzielane częstokroć w towarzystwie Makoty, boć obie myślicie tak samo i to samo. Uwagi, które stawiały mnie na baczność i motywowały do działania (niekoniecznie z czystymi intencjami). I dziękuję za to, że mogłem nazywać Cię Przyjaciółką, przez duże P.

Monroł. W minionym roku, przepraszam, w minionych dwóch latach wniosłaś w moje życie ogromny dorobek. Dzięki Tobie moja nadzieja nie uległa ponownemu załamaniu i dzięki Tobie spędziłem kilka pięknych miesięcy. Chociaż szybko przestało być słodko zarówno dla mnie, jak i dla Ciebie, to mogłem się dzięki Tobie przekonać, że miłość nie jest uzależnieniem. Dziękuję Ci też za ten ostatni upadek, któremu przecież nie byłaś winna, ale był związany z Twoją osobą. I dziękuję Ci, że nadal gdzieś tam jesteś. Że nadal jesteśmy w jednej paczce, więc nie ma obawy, by kontakt się urwał.

Zarębianka, Dziku. No i Boro. Dzięki, że dopełniacie nasze Qrczaki. Aga, dzięki za wizytę u rektora w mojej sprawie. Dominika, dzięki za odwiedzanie mnie u mnie i siedzenie godzinami, i przekomarzanki. I za Helliozę Wildson. Marcin, dzięki za gitarę. I za 12 Apostołów. Bez Ciebie by ich nie było.

Miśku, Gosia, Kasia. Cioteczni. Dzięki za bycie ciotecznymi. Za te wszystkie śmieszne perypetie, przez które przechodziliśmy. Za wspólne wakacje, za zrozumienie. Miśku, dziękuję że można zawsze z Tobą pogadać i że nigdy się nie obrażasz. Gosiu, dzięki za wybaczenie mi listu, zwłaszcza. Kasiu. Kasiu, dziękuję, że jako jedyna w rodzinie mnie nie przerosłaś. Jeszcze…

Albin. No, Stary, Tobie to dziękuję po stokroć. Nasze spotkanie sprawiło, że po tych niemal (pierwsze trzy miesiące to okres bez Ciebie) dwóch latach mogę powiedzieć, iż nigdy nie miałem przyjaciela takiego, jak Ty. Dziękuję Ci za płomienne wsparcie i za Twoje optymistyczne, podnoszące na duchu rozmowy i SMSy. Dziękuję Ci za miłość, jaką może obdarzyć tylko jeden mężczyzna drugiego mężczyznę, i to bez podtekstów seksualnych. Dziękuję Ci za to, że byłeś, jesteś do końca. Za Twoje dwa ostatnie komentarze, których się nie spodziewałem, a które tak wiele dały. Nam wszystkim. I dziękuję, że nie tylko pozwoliłeś mi Cię zostawić tam, w tej szarej Łodzi, nie tylko dałeś mi błogosławieństwo. Mnie i Jej. Ale także obiecałeś, że będziesz mnie odwiedzał. Nas odwiedzał.

Olga. Nie znam Cię za bardzo. Ale dziękuję Ci, że jesteś z Albinem. Że udowadniasz mu, iż jest jeszcze szansa na szczęście w jego życiu. Bo ja i Albin jesteśmy do siebie tak podobni, że mogę się domyślać co on czuje i myśli, i wie, odkąd Ciebie spotkał. Dziękuję Ci, że jesteś dla niego.

Ania, Jacek, Paulina, Piotr. Nie wiem, czy to czytacie. Jesteście częścią Paczki. Paczki, która jakoś nie może się spotkać. Trudno. Nie wiem, kiedy widzieliśmy się wszyscy razem, w szóstkę. I kiedy się zobaczymy. Ale myślę, że mam nadzieję, że się domyślam… Aniu, dziękuję Ci za to, że udowadniasz, iż można kochać tak bardzo, by jednak brać ten ślub. W wieku 21 lat i po roku znajomości. Jacku, dziękuję za to, że nazwałeś mnie swoim przyjacielem. I za to, że stamtąd, z wysokości stanowiska redaktora naczelnego, schodzisz na dół do nas, maluczkich, by napić się z nami piwa. Paulinko, dziękuję Ci za dom i pracę, i za to, że się o mnie troszczyłaś jak starsza siostra, choć jesteś młodsza o rok. Piotrze, dziękuję Ci za chińskie żarcie i za książkę fantasy. Za uśmiech wiecznie goszczący na Twojej twarzy. Wam wszystkim dziękuję za Paczkę. Bez której w zeszłym roku pewnie nie dałbym rady.

Arek. Arku, dziękuję Ci, że jesteś z Anią. I że ją kochasz. I że bierzecie ślub. Zresztą powiedzcie wszyscy, czy to nie piękne oświadczyć się tak szybko i to w takim miejscu? To był Giewont czy Kasprowy? I dziękuję za to, że byłeś tam wtedy, w Lawendowych. Ja naprawdę żartowałem, że Cię nikt nie zapraszał…

Dziewczyny blogowiczki. Przede wszystkim Tikula vel. Animaedimidium, ale także Anka Amerykanka, Ludzie są Aniołami, a także wiele, wiele innych. Dziękuję za budujące komentarze, za zainteresowanie moimi sprawami, za radość z moich radości i smutek z moich smutków. Tobie, Tikulo, przede wszystkim dziękuję za to, że mnie przeklęłaś. I że się o mnie martwiłaś. I że zażegnałaś swoje żegnaj. Dziękuję.

Zgredzik. No, Chłopie, Tobie się należą ogromne podziękowania. Za pisanie wspaniałych, mądrych słów, z którymi nie zawsze się zgadzam. Ale wnosisz w to miejsce taki świeży powiew mądrości i polemiki. Częstokroć są to najciekawsze komentarze, właśnie te napisane przez Ciebie. I dziękuję za to, że się nie poddajesz. Choć wiesz, że się i tak nie ugnę. Że i tak nie zmienię zdania. A Ty ciągle drążysz i dajesz odpór. I jesteś.

Eniu. Ernest, dziękuję Ci za to, że jako jedyna osoba sprzed bloga i sprzed Seminarium, a nie należąca do rodziny, jesteś tu nadal. Pomagasz, wspierasz, czasem komentujesz. Czasem się denerwujesz. Czasem dzwonisz w najbardziej dramatycznym momencie, bo musisz się nauczyć do dziesięciu liczyć, i ratujesz mi życie. Kolega z klasy. I dziękuję za komputer. Nie udało mi się go odpalić, ale to nie szkodzi :).

Ania Siatkareczka. Wiem, że to czytasz, dlatego dziękuję Ci za pojawienie się w moim życiu, i to jeszcze w jaki ciekawy sposób… Dziękuję za znalezienie czasu i ochoty na uczestniczenie ze mną w Neokatechumenacie, przynajmniej przez jakiś czas. Za to, że trzymałaś przez ten czas naszą grupę silną dłonią. I za to, że przyszłaś na koniec, na tą ostatnią Eucharystię, i że zostałaś do końca.

Wrogowie. Nie wiem czy moi, wiem że mnie na tym blogu. Podejrzewam, że głównie Wojciechu. Ale i inni. Dziękuję Wam, za to, że nie pozwalacie na to, by ten blog pozostawał różowo – pomarańczowy. Że komentujecie, walicie z ostrej rury, ładujecie, przeklinacie, rzucacie mięsem, obrażacie. Dziękuję Wam za to, bo bez Was ten blog nie byłby taki, jak jest. I nie zamierzam blokować Wam IP ani kasować komentarzy. Taki już Wasz urok, taki już urok tego bloga. Dzięki Wam jest jaki jest.

Ludu Duloc! To jest, chciałem powiedzieć, Ludu WSSM! Niewielu z Was to czyta. Ale wiem, że jest Iza (która już czmychnęła, ale też się liczy). Dzięki za to, że czytasz, choć się nie zgadzasz. Wiem, że jest Marta. Dzięki za podchody i zaproszenie na tamten wykład, wtedy. Magda. Magda też pewnie jest. Dziękuję Ci za te same podchody, co Marcie. I za fantasy. I za Mirriel (choć Mirriel zawdzięczam w rzeczywistości Tikuli. Ale mniejsza o to).

Chłopaki. Kamil, Kuba, Słoju, Juras. Także Ted i Kiler. I dziewczyny. Martyna i Iza. I Ania. To było piękne, choć emocjonujące, wspólne pół roku. Mieszkanie w salonie, z Wami wszystkimi, wódka o 2 w nocy, Różaniec w kącie łóżka. Dziękuję, że szanowaliście mnie takim, jakim jestem, i że szanowaliście moje przekonania. Dzięki, że czytaliście. Czy nadal czytacie?

No to teraz Wy, moje współlokatorki. Szaweł, Pasek i Krzysio. A przy okazji również parę innych osób. Jarek. Wojtek. Bobek i Tomek. Pałcia i Kasia. Czarek. Szawle, dziękuję Ci za bycie szefową. Za trzymanie tego całego burdelu silną dłonią. Za to, że nawet pomimo tych psów mnie lubiłaś i że mogłem się przed Tobą otworzyć. Pasku, dziękuję Ci za to, że pozwalałaś się czasem porozpieszczać, kupić sobie jogurt, pozmywać po sobie naczynia. I za to, że byłaś taką wariatką. Krzysiu, Tobie za to dziękuję za spokój, za to, że wariatką nie byłaś i za te pamiętne słowa „jaki on jest słodki”. Jarku, dziękuję za Twoją obecność w naszym domu, także podczas rekrutacji, Wojtku – za rozmowy teologiczno-filozoficzne oraz za partyjkę w Magica, Bobuś – za oddanie mi pokoju i za logiczną ocenę sytuacji, Tomku – za „nie kłam więcej”, Pałciu – za Twój uśmiech taki uroczy, Kasiu – za gadki-szmatki i dyskotekę, Czarku – w zasadzie nie wiem za co. Chyba za to, że mnie ochrzaniłeś jak wywaliłem butelki. Tak. Definitywnie za to.

Bartolomeo und Jaunty. Za Ciechanowiec. Dzięki za to, że kompletnie mnie nie rozumiecie i że się ze mnie nabijacie, a jednak nie da się tego nijak negatywnie odebrać. No, i dziękuję Ci, Bartku, za kasę na bilet powrotny. Choć całkiem na serio wolałbym posiedzieć z Wami trochę dłużej…

Maggie B. Madziu, dziękuję za przyjaźń, którą darzysz mnie od wieków. Za wyskoczenie z pomysłem wyjazdu do Warszawy, na krzywy ryj, na 102, na o matko i na ojezu. Za to, że wiesz jakie są moje marzenia i że pomagasz mi je spełniać, zwłaszcza wtedy, gdy ja nie widzę dla siebie nadziei. Dziękuję Ci za rozmowy na gg nocami. Rozmowy, które tak wiele wnoszą… I za to, że po tym wszystkim, co się działo w naszym życiu, nadal jesteś na wyciągnięcie ręki.

No i nowa ekipa. Goodwitch. Dziękuję Ci za to, że jesteś dla mnie taka miła, że tak przyjemnie się z Tobą rozmawia. Za to, że choć Ty znałaś mnie tylko z opowiadań (które z pół roku trwały), a ja Ciebie w zasadzie wcale, od początku wywiązała się między nami taka nić porozumienia. I za to, że jak wszystko pójdzie dobrze, będziemy studiować w Warszawie razem. Bo to w zasadzie Twój pomysł był z tym wszystkim…

Michalina. Niespodziewanie spotkana siostra w wierze, dla wszystkich, którzy siostry w wierze potrzebują. Pełna miłości i dobroci. Dziękuję Ci za komentarze, które wspierają mnie pod kątem teologii, ale pod innymi względami częstkoroć ganią mnie i krytykują. Dziękuję za ostre słowa, które niejednego oburzają. I dziękuję za tego psychologa. Prawie mnie namówiłaś :).

Dianka. I Ty nie wiem, czy nadal to czytasz. Kiedyś chyba czytałaś. Dziękuję Ci za to, że nie lubisz maślanych pajacyków. Nie wszyscy muszą ich lubić i to wcale nie jest wada. Oczywiście nie jest również wadą bycie maślanym pajacykiem, choć Ty pewnie tak uważasz. Nieważne. Ważne, że pojawiłaś się tak samo nagle jak cała reszta nowej ekipy. I za to Ci dziękuję. Ach, i za wspieranie Lolinki. Musi być wspaniale mieć taką przyjaciółkę, jak Ty.

Oluś. Ola CeHa. Michał. Może chociaż jedno, może chociaż dwoje z Was to czyta. Nie śmiem więc Wam również nie podziękować. Ta nowa ekipa jest taka niesamowita. Dziękuję Wam, że do niej należycie i że potrafiliście się, na różne sposoby i w różnym stopniu, jakoś w moje liche życie zaangażować.

No i wreszcie. Ola. Lolinka. Virginsuicide @ wordpress… Za tak wiele powinienem Ci podziękować, ale w zasadzie nie muszę robić tego publicznie. Najbardziej dziękuję Ci za to, że nie jesteś ze mną dlatego, że tak trzeba i nie dlatego, że musisz mi pomóc, no i nawzajem, ale dlatego, że choć bez tego jest dobrze, to może z tym będzie jeszcze lepiej. Albo chociaż równie dobrze. No i dziękuję Ci za to, że uzależniasz blogiem. To przez Ciebie mój blog przestał być miesięcznikiem i znów wraca na stare tory. A że przestaje być blogiem tematycznym? Cóż. W zasadzie to chyba nigdy tak do końca nie był…

Panie Boże! Inni pojawiali się i znikali, byli i zmieniali się, przychodzili i odchodzili, a Ty jesteś od początku. Dziękuję Ci za miłość, którą darzysz mnie od zawsze, choć ja nie zawsze Cię nią darzę. Dziękuję za to, że mnie powołałeś, a potem odwołałeś. Za to, że miałem doła i za to, że poznałem tylu cudownych ludzi. Za to, że doznałem przewrotu, potem jeszcze jednego, że pozwoliłeś mi wejść do bagna, choć wiedziałeś, że to nie będzie dla mnie zdrowe. Ale wiedziałeś, że jak do niego nie wejdę, nie będę w stanie docenić tego, co znajduje się poza nim. Wreszcie dziękuję Ci za Olśnienie i za to, że uczysz mnie kochać na nowo. Jeszcze raz. I za to, że pozwalasz wierzyć, że nigdzie nie będzie szczęścia, jak tylko przy Tobie. Dziękuję Ci, Panie…

Na koniec, choć to mniej ważne, niż to ostatnie, chciałbym podziękować Lordowi Niconowi. Za wszystko w zasadzie. I za to, że mnie wspierał. I za to, że był w Łodzi, choć się nie spodziewałem. Ale najbardziej to dziękuję Ci za serwer. Serwer na którym mam swoje strony. Zwłaszcza za serwer na którym mam forum. Forum Blogowe, które niniejszym uroczyście otwieram, z okazji drugiej rocznicy urodzin bloga. Póki co jest puste. Ale dzięki Wam wszystkim będzie się zapełniało. Zapraszam do logowania się i do wypowiadania! Link na dole, pod każdą notką. Dzięki, Piotrze!

I wszystkim, którzy czytają, a których nie wymieniłem. Wszystkim serdecznie dziękuję za to, że jesteście. Na wierzchu, albo ukryci. Dziękuję za Waszą obecność.

Acha, na koniec jeszcze się pochwalę. Od dziś znów jestem studentem teologii na UKSW! Tak bardzo się cieszę. Czekam jeszcze na polonistykę. I na Lolinkę.

A teraz zróbcie mi prezent i pokażcie ile Was jest. Dziś każdy zostawia komentarz! Do boju!

Categories: Pozostałe | 14 Komentarzy

W pierwszą rocznicę

Oto, Moi Drodzy, mija dokładnie rok odkąd założyłem bloga. Rok temu napisałem pierwszą, najkrótszą chyba jak dotychczas notkę „Rozpoczyna się show!” Może się niektórym wydać dziwne to, co piszę, jeśli bowiem zajrzycie do początków, okaże się, że pierwsza notka powstała 11 października i nosi tytuł „Nowe życie człowieka z Różańcem w kieszeni”. Ale co bardziej zorientowani pamiętają, że ten blog jest właściwie drugim blogiem, a tak na prawdę kontynuacją, przedłużeniem bloga pierwszego. I chyba ważniejszego. Lepszego…? Przy okazji zapraszam na pierwszego bloga: www.artdico.mylog.pl.

W związku z obchodami rocznicy wypada zrobić krótkie podsumowanie.
– Łącznie odwiedziły mnie 5834 osoby (w tym 2719 na pierwszym, a 3115 na drugim blogu).
– Zostałem skomentowany 556 razy (przy czym 214 kommentów pojawiło się na blogu Artdico, a 342 na Gnorofexie), nie licząc komentarzy o których usunięcie zostałem poproszony przez autorów.
– Najczęściej komentowana notka to „Ił kapustę ser cebulę, czyli koniec pamiętnika stukniętego kleryka” (41 komentarzy), najrzadziej zaś – „Memento mori” (tylko 1 komentarz).
– Łączna ilość wpisów do księgi gości (licząc spam) to 38 (18 na nowym, 20 na starym).

– Napisałem (łącznie z tą) 43 notki, 18 na pierwszym, 25 na drugim blogu. To daje średnio 3 i 7 dwunastych (czyli nieco ponad 3,5) notki na miesiąc. Średnio przypadło niecałe 13 komentarzy na notkę, nieco więcej na drugim niż na pierwszym blogu.

Ta krótka roczna statystyka przywodzi na myśl ciekawy wniosek – choć ten blog trzyma się lepiej niż poprzedni, to statystycznie pokonał go tylko o ułamki (najwyżej w liczbie komentarzy – o ponad połowę). Ale jeśli spojrzymy dokładnie – Artdico działał zaledwie trzy miesiące, zaś Gnorofex już 9 miesięcy – okaże się, że przez pierwsze trzy miesiące pisałem średnio po 6 notek na miesiąc, przez kolejne 9 – niecałe 3 (zauważmy, że kilka poprzednich miesięcy zwiększało dorobek o jedną). Dlaczego? Ci, którzy znają moją historię wiedzą skąd taka różnica. Tym, którzy nie zdążyli jej poznać, opowiem…

To jest, podsumuję ten najokropniejszy i najsmutniejszy rok mego życia, po łebkach bo po łebkach, ale chociaż tyle… Wróciłem na wakacje do domu, z Domu, czyli Seminarium. Wcześniej, na początku wakacji, byłem jeszcze na rekolekcjach, potem zacząłem kontaktować się z przyjaciółmi brata, znanymi jako Qrczaki. Ponieważ oni posiadali już od dłuższego czasu własne blogi, z którymi często zdarzało mi się polemizować jeszcze gdy przebywałem w Radomiu, zdecydowałem się założyć własny. Makota pomogła mi by wszystko jako – tako wyglądało, poinstruowała mnie jak tworzyć notki i ruszyłem z rozmachem. Pragnąłem wiedzę i doświadczenie zdobyte w czasie najpiękniejszego roku mojego życia przekazać jak najpełniej dalej tym, którzy tego potrzebowali. Jako młody postanowiłem mówić do młodych ich (naszym) stylem. Tak, ludzie zaczynali mnie czytać i widziałem, że wykonuję kupę dobrej roboty. Dlatego tworzyłem notkę czasem co 3 – 4 dni… I dlatego przeraziłem się, gdy się okazało, że pod koniec września nie ma mnie na liście alumnów drugiego roku.

To były właśnie trzy miesiące przez które królował Artdico – stuknięty kleryk. Ostatnia notka tamtego bloga ukazuje dokładnie dlaczego blog zostaje zamknięty. Ilość komentarzy pod nią świadczy tylko o ogromie zainteresowania blogiem przez najróżniejsze osoby. A po tym co się wydarzyło, poznałem dopiero kto jest moim prawdziwym przyjacielem. Akcja „Ratujmy Artdico” trwała niezbyt długo, była za to silna i burzliwa. Nic nie dała. A ja tym czasem pojechałem do Łodzi, dostałem się na zaoczną polonistykę i poznałem Paczkę. Założyłem nowego bloga, tym razem Piętuś skombinował mi wygląd, i zacząłem pisać. A potem Paulina załatwiła mi pracę w McDonaldzie. Przyszła zima. I pękłem. Mówi o tym najlepiej styczniowa notka „Awans”. Wtedy już wiedziałem, że to będzie najgorszy rok mojego życia. W sumie nie mogłem mieć wątpliwości – pierwsza połowa tego roku była już za mną. Qrczaki mogli mi pomagać na odległość (choć odwiedzili mnie dwukrotnie, przez co jeszcze miałem problemy z gospodarzem). A ja każdego dnia budziłem się i powtarzałem sobie, że nie, dziś nie idę do pracy! Szedłem… Studia to był jeden zjazd na dwa tygodnie. Zresztą Paczka szybko zaczęła stawać się coraz mniej realna. Paulina i Jacek odeszli, potem zrezygnował Albin. Ja też już w połowie roku wiedziałem, że nie zamierzam przez najbliższe 5 lat studiować zaocznie i lepić hamburgerów. No i zaczęły się jeszcze kłopoty z dziewczynami (kurczę, a jeszcze rok wcześniej, ba, pół roku wcześniej „wiedziałem”, że te problemy już dawno za mną!). Ale pod koniec marca wszystko zaczęło się zmieniać. Stało się lepsze. Moja Pani zagrzała sobie miejsce w moim sercu. I niespodziewanie świat zaczął nabierać barw. Żal do wszystkich zelżał. Z większą radością zacząłem chodzić do pracy. Znów odzyskałem szczęście. Następne 3 miesiące to była jedna sekunda. Nie zdążyłem nawet wielu notek napisać ;). No i zdałem (niespodziewanie) egzaminy. I rzuciłem pracę. I raz na zawsze zamknąłem za sobą najpodlejszy rok mojego życia. Rok pisania bloga. Bloga, który sprawił, że rok był taki, jaki był…

Dziękuję. Dziękuję Bogu za to, że pomógł mi być z Wami przez ten rok. Że był ze mną przez rok pełen doświadczeń i upokorzeń. Rok wielkiego upadku. I dziękuję Mu za to, że w końcu pomógł mi się podnieść. Bóg jest wielki! Przecież to ze względu na Niego założyłem bloga. I choć blog zniszczył moje życie, Bóg wciąż potrafi go wykorzystać. Dziękuję Ci Panie!

Dziękuję też tym, którzy byli ze mną przez ten rok, lub chociaż przez pewną jego część. Nie będę wszystkim dziękował z imienia, ale muszę przede wszystkim podziękować Qrczakom. Oni pomogli mi na początku z blogiem, oni też okazali się prawdziwymi przyjaciółmi w momentach kryzysowych. Dziękuję, Qrczaki!

Pozostałym, komentującym czy nie komentującym, też dziękuję. Wiecie, że choć nie zapisuję tu Waszych imion, myślę o każdym/każdej z Was z wdzięcznością. Dziękuję.

I to chyba koniec. Koniec tej notki. Niech Bóg błogosławi wszystkim nam. I życzę Wam oraz sobie, byśmy na codzień pamiętali o tym, że to co się dzieje, dzieje się dlatego, że Bóg tego pragnie. Gdyby mnie nie usunęli za bloga, nie byłbym w takiej sytuacji w jakiej jestem. A moja sytuacja wydaje się dziś niezmiernie piękna! A czego mi możecie życzyć? „Sto lat, sto lat…!” ;)

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 9 Komentarzy

Wake me up when September ends

Już od dawna kołatała się w mojej głowie myśl, że tytuł tej notki muszę zaczerpnąć właśnie z utworu zespołu, który ostatnimi czasy bardzo mi się podoba. Bynajmniej nie dlatego, że treść notki ma odpowiadać treści piosenki Green Daya, ale dlatego, że ma zawierać się właśnie w tych kilku słowach, lekko tylko rozwiniętych (no dobra, zobaczymy co z tego wyjdzie… ;).

Słowa te, tłumacząc na polski, oznaczają „obudź mnie gdy skończy się wrzesień”. Dla Green Daya z całą pewnością miały inne znaczenie niż dla mnie, ale nie przeszkadzało mi to w użyciu ich. Co dla mnie znaczy pobudka pod koniec września? Wracam do domu. Do tego drugiego domu, w Radomiu. Do seminarium. Jutro. Właściwie dziś jest mój ostatni dzień wakacji, ostatni dzień laby od nauki, od regulaminu, od obowiązkowej modlitwy. I cieszę się z tego. Od dłuższego czasu nie mogę się już doczekać by wrócić. By wreszcie usiąść w ciszy przy biurku, włączyć ukochane Radio Plus, zaparzyć sobie kawę i wziąć do ręki pióro – zacząć pisać. Albo Pismo Święte i zacząć czytać… Nie przejmować się brzęczeniem telewizora, bo go nie mam. Mryganiem komputera (i nieziemskim pociągiem do niego), bo miną wieki nim go sobie kupię. Wreszcie na nowo się odnaleźć. Znów kłaść się o 22 i wstawać o 6 rano. Znów jeść tuczące żarcie smażone czy gotowane na masową skalę i tym razem starać się nie przytyć. Znów czuć że Bóg jest. Zawsze i wszędzie. I znów modlić się, by do następnych wakacji utrzymać to uczucie. Wracam. I dziękuję Bogu, że mam po co.

Pierwsze z wielu postanowień jakie podejmuję to skończenie z nałogiem internetowym. Internet w seminarium ma to do siebie, że dostępny jest jedynie w kafejce, tzw. internetowni. Klerycy nie mogą posiadać internetu podłączonego pod prywatny komputer. W zeszłym roku stopniowo zmniejszałem użytkowanie przeze mnie internetu, aż wreszcie udało mi się niezwykle je zredukować. Jednak gdy tylko przyszły wakacje – natychmiast znów zacząłem spędzać godziny przed komputerem. Wiem jednak, że w drugim domu będzie o wiele łatwiej. Dlatego właśnie jednym z postanowień „noworocznych” jest ograniczenie netu do godziny tygodniowo. To pozwala przypuszczać, że i notki tu przestaną pojawiać się co 2-3 dni, tak jak bywało to do dzisiaj. Postaram się zasadzać coś ciekawego raz na tydzień, najrzadziej co dwa tygodnie. Nie częściej jednak. Musicie liczyć się także z brakiem odpowiedzi w komentarzach… I brakiem komentarzy na Waszych blogach… Wiem, że nadużywanie internetu źle wpływa na moją formację, a mam nadzieję, że cała ta sytuacja nie odbije się na Was negatywnie ;).

Przed wyjazdem chciałbym zareklamować kilka stronek. Właściwie są to te same stronki, które możecie znaleźć na dole, w linkowni. Zacznijmy pokolei:
Jasmine – jest to moja druga strona, na której tworzymy wspólnie niekończącą się historię fantasy. Jeśli ktoś lubi pisać, zapraszam do zabawy!
Blog Fudiego, czyli blog nie taki jak ten – to pamiętnik znajomego satanisty ;). Jeśli kogoś nie przeraża ciemna strona mocy – niech zajrzy…
Qrczak Sznapi i Qrczak Drakulak – dwa blogi kochanych Qrczaków nie będące wśród tych mylogowych.

Forum młodzieżowe – to akurat moje ulubione młodzieżowe forum, na którym często biorę udział w dyskusjach.

No i wreszcie ulubione:

Makota, Bartek i Qrczak Expugnis to rada rządząca Stowarzyszenia Niepodległych Qrczaków, a zarazem moi najbliżsi przyjaciele, których kocham jak rodzeństwo (jeden z nich to faktycznie mój brat). Dzięki, Qrczaki, za wszystko i za wczorajszego grilla też!

Karol to jeszcze jeden z naszych zwariowanych Qrczaków.
Animaedimidium, Serafinka oraz Ania to grupka kochanych dziewcząt wspierających mnie mocno swoją wiarą i nadzieją, czasem tylko wykłócających się o szczegóły ;).
Qrczak Magda, prowadząca Boski blog i nie waham się pisać go dużą literą. Można zaliczyć i do Qrczaków i do kochanych dziewcząt.
I wreszcie Nasze Powieści to blog o tematyce podobnej do Jasmine. Bardzo ulubiony.

Jeśli chcecie dostać się pod któryś z tych adresów, kliknijcie na jego nazwę, albo złapcie go w linkach!

Tak więc znikam. Znikam i dziękuję Wam wszystkim. Dziękuję tym którzy mnie czytają stale, tym którzy czytają na wyrywki, tym którzy komentują i tym, którzy nie komentują nigdy. Dziękuję głównie Makocie, która zrobiła mi szablon, Bartkowi i Expugnisowi za to że mnie gorąco wspierają. Kabaczkowi Filetowi Anecie za radość jaką mnie obdarzyła w ciągu ostatnich dni. Dziękuję Zwariowanym trzem duszyczkom – Ani Amerykance, Animaedimidium i Serafince (z których jednej jest tylko połowę) za pomoc i wsparcie. Dziękuję Magdzie „Metalowcy” za to, że powróciła do swojego Boskiego bloga. Ani mojej sąsiadce dziękuję za to, że spędziliśmy mnóstwo czasu na rozmowach o powołaniu i że kilka razy też mnie skomentowała. Sznapiemu dziękuję, że jest taka kochana i tak się cieszy na każdą kolejną notkę. Podziękowania ślę w stronę Qrczaka Recydywisty Dominiczki, której nie ma narazie wśród Qrczaczków, ale wkróte będzie… Kochamy Cię Dominiko i prosimy, pamiętaj o Qrczakach. Dziękuję Ci za długie rozmowy na skomplikowane tematy… Karolowi i Drakulakowi też dziękuję. Devis i pozostałym powieściowiczom dziękuję za miłą współpracę przy pisaniu historii i za kilka kommentów u mnie. Dziękuję Mietkowi Pijakowi który dziś komentuje jako Kamil, bo się nawrócił (sic!) i przynajmniej słabiej wali poniżej pasa. Fudi – Tobie dziękuję za szacunek do mojej prawdy która zawsze będzie prawdziwsza niż Twoja prawda, choć też ją szanuję ;). Dziękuję Coexist za to, że mi wybaczył i przyjął wybaczenie odemnie. Dziękuję też Maggie B. za podpowiedzi i porady. Bartkowi i Łukaszowi, moim największym wrogom, a zarazem najlepszym przyjaciołom dziękuję za to, że czytają to wszystko i milczą, choć czasem naprawdę chcieliby wypalić z grubej rury. Również podziękowania kieruję w stronę księdza Jarka, za to, że „ta strona jest znana” ;). I wszystkim innym, którzy są tu, czuwają, zostawiają pojedyncze komentarze i tym, którzy nie zostawiają. Dziękuję Wam, za to, że dzięki Wam ten blog działa i będzie działał. Tylko trochę rzadziej…

Ale ale! Ja nie znikam na zawsze! Dla niektórych z Was mogę wogóle nie zniknąć! Nie wspomniałem bowiem o jeszcze jednym moim, bardzo ukochanym hobby, czy, że się tak wyrażę – charyzmacie. A jest to pisanie listów! No właśnie. W komentarzach nie będę odpowiadał. Ale jeśli dostanę list odpowiem na niego z całą pewnością i radością ogromną. Więc jeśli potrzebujecie pomocy, wsparcia czy umocnienia wiary, albo zwykłej, prostej, niezobowiązującej korespondencji, piszcie:

(…)
ul. Młyńska 23/25
26-600 Radom
POLAND

(ostatnie dla ludzików zza granicy)

To wszystko. Wyjeżdżam. Wracam do domu. Będę się odzywał, a jeśli napiszecie – odezwę się na pewno. Pora wstać, bo wrzesień się kończy! Kocham Was i obiecuję swoją modlitwę. Jak tylko spowrotem wejdę w jej rytm. Niech Was Bóg błogosławi i strzeże!

Categories: Pozostałe | Tagi: , , , , | 15 Komentarzy