Świat i Kościół

Przed ciszą wyborczą

Kiedyś ten blog był o wiele bardziej polityczny, niż teraz. Dużo bardziej zajmowałem się tą dziedziną życia, choć zawsze starałem się, by był to blog teologiczny. Dziś jednak nadal interesuję się polityką, mogę wręcz powiedzieć, że jestem w nią mocno wkręcony. Ale rzadziej wypowiadam się publicznie na jej temat. Dziś jednak, niedługo przed ciszą wyborczą, zabiorę na jej temat głos po raz kolejny. Przede wszystkim powiem: idźcie do wyborów! Inaczej inni wybiorą za Was!

Trochę Was może zdziwiłem tym zawołaniem. Tak naprawdę grafika, którą wrzucam razem z tym wpisem, zauważona niedawno na profilu Super Niani, jest z mojej strony swego rodzaju ironią. Dlaczego? Ponieważ komunikat na obrazku brzmi „Jeśli połowa wyborców zostanie w domu, to tych trzech wybierze władzę dla wszystkich dziesięciu”. Prawdopodobne założenie zaś osoby tworzącej i zamieszczającej tę ilustrację jest takie, że gdyby wszyscy poszli do wyborów, to tych trzech czerwonych zniknęłoby w tłumie 7 czarnych. Ale tak by nie było. W rzeczywistości – co też wpisałem w komentarzu na profilu wyżej wymienionej pani – statystyka jest nieubłagana. Gdyby do wyborów poszło dziesięciu, to sześciu z nich byłoby czerwonych. Oczywiście nie wolno wykluczać, że w podobnej sytuacji byłoby pół na pół, albo szala przechyliłaby się w inną stronę, ale to ma znaczenie przy 10 wyborcach. Przy połowie mieszkańców Polski ma to już tak naprawdę dużo mniejsze znaczenie.

Mimo wszystko namawiam do wzięcia udziału w wyborach i wybraniu zgodnie z własnym sumieniem. Nie chcę dziś agitować politycznie i przekonywać do głosowania na konkretne ugrupowanie, nie chcę podkreślać, że głosowanie na konkretną partię świadczy o mądrości, a na inną o głupocie. Każdy z nas ma wybór i własne poglądy, różne rzeczy powodują o tym, na kogo chcemy oddać swój głos. Mimo tego jednak nie gniewajcie się, jeśli napiszę o tym na kogo i dlaczego ja zamierzam głosować.

Odkąd tylko pamiętam, a na pewno odkąd mam prawo głosu, oddaję go na Prawo i Sprawiedliwość. W poprzednich wyborach parlamentarnych oddałem swój głos na przedstawiciela Prawicy Rzeczypospolitej – partii Marka Jurka. Zrobiłem to dlatego, że współpracowali oni z Prawem i Sprawiedliwością i startowali ze wspólnej listy. Niestety, jedyny przedstawiciel tej partii, zaraz po wejściu do sejmu, zrezygnował z dalszej współpracy i stał się posłem niezależnym, narażając PiS na utratę sejmowej większości. Dlatego nie byłem do końca zadowolony z mojego głosu, mimo że cenię moralne poglądy Marka Jurka wyżej niż przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości. W niedzielę, 13 października, oddam mój głos na listę Prawa i Sprawiedliwości.

Jakie są powody mojej decyzji (której nie zmieniłem od lat?). Po pierwsze moje nastawienie do patriotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość pomogło Polakom uwierzyć ponownie w to, że warto jest być Polakiem. Że nasza historia i bohaterowie (choćby Żołnierze Wyklęci) warci są uczczenia i wspominania. Że Polska nie musi kryć się w cieniu wielkich mocarstw, lecz może stanowić siłę samą w sobie.

Po drugie: Prawo i Sprawiedliwość spełnia swoje obietnice wyborcze. Obiecali 500+ i dali je wszystkim, najpierw na drugie i kolejne dzieci, potem również na pierwsze dziecko. Obniżyli wiek emerytalny, który ich poprzednicy podwyższyli. Podwyższyli wiek obowiązku szkolnego, likwidując nakaz uczęszczania sześciolatków do pierwszej klasy. Tak jak obiecali wcześniej, zlikwidowali gimnazja i przywrócili ośmioletnią szkołę podstawową. Mimo wielkiego oporu stawianego przez środowiska nauczycielskie (ZNP) i opozycję parlamentarną (do dziś denerwuje mnie jak np. dyrektor placówki szkolnej w wywiadzie dla radia używa słowa „deforma szkolnictwa” kiedy próbuje wytłumaczyć, jak radzi sobie z przepełnieniem szkoły; jego wypowiedź przestaje być obiektywna i staje się automatycznie politycznie motywowana). Na przyszłą kadencję Prawo i Sprawiedliwość obiecuje mniej, niż konkurujące z nim o zwycięstwo partie. Ale to dlatego, że większość już zrobiło, a jedyne co może robić dalej, to kontynuować dobre zmiany. Skądinąd wiemy zaś, że nie bierze udziału w plebiscycie obietnic, ale obiecuje to, co jest realne. A udowodniło to w ostatniej kadencji, gdy spełniło swoje obietnice mimo notorycznego „Nie da się” płynącego z ust opozycji.

Po trzecie: Władza jednej silnej partii (lub współpraca z naturalnymi koalicjantami, jak w tym przypadku) okazuje się być często dobrym wyznacznikiem stabilizacji kraju. Władza nie musi się dogadywać z innymi, którzy będą stawiać warunki (jak za pierwszej kadencji PiS choćby Roman Giertych – który, doskonale wiadomo, po której stronie sceny politycznej się znajduje), lecz może wprowadzać reformy mogące pomóc ludziom. Potwierdza to także przypadek Victora Orbána, który rządzi na Węgrzech od kilku kadencji, a w wyborach do Europarlamentu zdobył ponad 50%. Jego pozycja jest stabilna, a ludzie głosują na niego, bo widzą jak wiele zmienia na dobre, mimo sprzeciwu opozycji czy choćby Unii Europejskiej. I wiem, że tak samo może być u nas, w Polsce, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości.

Oczywiście PiS nie spełnia wszystkich moich oczekiwań. Chciałbym całkowitego zakazu aborcji – choć wiem, że kompromis jest motywowany politycznie, właśnie chęcią stabilizacji władzy. Żaden jednak motyw polityczny nie może usprawiedliwiać zabijania nienarodzonych. Dlatego mam nadzieję, że odpowiednie działania zostaną podjęte w kolejnej kadencji. PiS nie podnosi też pensji nauczycieli tak, żebym bez problemu, pracując na jeden etat, mógł utrzymać rodzinę i mieć dla niej wystarczająco dużo czasu. Ale bądźmy szczerzy – ze względu na spójność ich poglądów i programu, oddałbym (i oddawałem) głos na PiS nawet wówczas, gdy o żadnym 500+ nie było jeszcze mowy. Nie można zgadzać się we wszystkim także z partią, na którą się głosuje. Mimo wszystko moje poglądy są zbieżne z poglądami wyrażanymi przez rdzeń Prawa i Sprawiedliwości w dużej większości.

Namawiam jeszcze raz: idźcie na wybory. Zagłosujcie na kogo uważacie, a jeśli mój wpis pomoże Wam podjąć tę ostateczną decyzję w ostatniej chwili, to cieszę się jeszcze bardziej. I do zobaczenia w poniedziałek, 14 października, w – być może – zupełnie nowej politycznej rzeczywistości.

____________________________________

Wpis został rozpoczęty 30 września 2019 roku, dlatego ukazuje się z tamtą datą. Zostaje upubliczniony w piątek, 11 października 2019 roku, na niecałą godzinę przed ciszą wyborczą.

We wpisie zastosowano ilustrację z profilu Autora Remka Dąbrowskiego: https://www.facebook.com/remekdabrowski

Reklamy
Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Epidemia odchodzących księży

ksiądzCoś dziwnego się ostatnio dzieje w polskim Kościele. Odejścia księży z różnych powodów zawsze się zdarzały, ale ostatnio mamy chyba do czynienia raczej z czymś w rodzaju epidemii – jak zaznaczyłem w tytule. Nie odszedł jeden kapłan, lecz trzech, a przynajmniej trzech takich, o których było głośno. Po pierwsze ksiądz Michał Misiak, bardzo znany kapłan diecezji łódzkiej, pomysłodawca chrześcijańskich dyskotek i rekolekcji w domach publicznych. Okazuje się, że sam zaciągnął ekskomunikę, przyjmując protestancki chrzest w Jordanie. Potem ksiądz Michał Macherzyński z parafii w Wilkowyjach ogłosił nagle, że kończy etap życia, jakim było kapłaństwo i zaczyna nowy u boku Justyny. Wreszcie ksiądz Łukasz Kachnowicz, podobnie zaangażowany ksiądz, znany z wystąpień w internecie (m.in. ze znajomości z intrygującą i kontrowersyjną Hipsterkatoliczką), decyduje się na wzięcie rocznego urlopu, w czasie którego nie będzie odprawiał mszy świętych, lecz pójdzie do normalnej pracy i zamieszka w bloku. Gdyż, jak sam napisał: „To jest niesamowicie trudne żyć ciągle w rozdwojeniu”.

Ci kapłani różnią się wiekiem (Kachnowicz i Misiak mają ponad 30 lat, Macherzyński zaś ponad 50), jednak charakteryzuje ich ta sama, widoczna dokładnie cecha – umiejętne manipulowanie opinią publiczną, a jeszcze bardziej swoim własnym sumieniem. Dwaj młodsi potrafią pokazać, że Bóg powołuje ich gdzie indziej, niż do stanu kapłańskiego, a oni słuchają głosu Boga. Starszy chwali drogę, którą dotychczas szedł, ale stwierdza przy okazji, że właśnie zaczyna się nowy, równie dobry etap. Wszyscy oni zaś robią dokładnie to samo – zapominają o tym, że decyzja o zostaniu kapłanem, o przyjęciu święceń, jest jedyna i nieodwołalna. Że sakrament wiąże człowieka na całe życie.

Ksiądz Michał Misiak potrafi w niezwykle wzniosły, teologiczny sposób wytłumaczyć swoim widzom, że ekskomunika którą sam na siebie zaciągnął jest darem od Boga, który wybrał mu inną drogę, a którą to drogą nie mógł iść będąc kapłanem. Ponieważ on sam, odkąd tylko został wyświęcony, natychmiast poczuł pragnienie bycia mężem. Wcześniej, przez lata, pragnął być księdzem – ale, jak próbuje udowodnić, było to wyłącznie jego pragnienie. Natomiast już po święceniach zapragnął nagle być mężem – i to już miało być to wyłączne powołanie od Boga. Skąd to wie? Stąd, że rozmawia z Bogiem i Bóg mu to mówi. A ponieważ w Kościele nie da się być księdzem i się ożenić, ekskomunika ma być łaską Bożą, bo otwiera mu furtkę. Szkoda tylko, że ekskomunika, a więc wyłączenie ze wspólnoty Kościoła i oddzielenie od sakramentalnego życia, jest tak naprawdę zamknięciem furtki do zbawienia. Ale to nic, bo ksiądz Misiak ma osobisty kontakt z Bogiem i dla niego jest to dar.

Ksiądz Łukasz Kachnowicz również informuje w mediach społecznościowych, że jego decyzja o rocznym urlopie (która brzmi jakby jednak była decyzją o całkowitej rezygnacji z kapłaństwa) jest decyzją, do której dojrzewał od dawna. Zatem ma to być decyzja dojrzała. Z czego wynika, że – znowu – decyzja o przyjęciu święceń nie była dojrzała.

Ksiądz Michał Macherzyński również – po ogłoszeniu swojej decyzji – wychynął z nią do mediów społecznościowych. Widać, że dziś to najprostszy sposób by od razu dotrzeć do wszystkich. Napisał, jak wiele znaczy dla niego jego kapłaństwo: „Dziś rano odprawiłem ostatnią Mszę św. Pożegnałem się z kapłaństwem. To były piękne lata mojego życia głównie dzięki Wam! Rozpoczynam nowy etap życia przy boku Justyny”. Zatem znów – dojrzała decyzja. I jeszcze podziękowania za wsparcie od parafian.

Na czym polega problem odchodzących kapłanów? Chyba można powiedzieć, że niestety na specyfice współczesnych czasów. Na tym, że ludzie coraz rzadziej rozumieją pojęcie obiektywnej prawdy i nieodwracalnej decyzji. Tego, że istnieje obiektywna prawda, która sprawia, że niektóre decyzje są nieodwracalne. Tak jest w przypadku każdej pojedynczej decyzji sakramentalnej. A tymczasem według statystyk nawet co trzecie małżeństwo się rozpada. Ludzie coraz częściej stwierdzają sobie, że podejmując decyzję o ślubie byli niedojrzali, teraz dopiero są dojrzali i podejmują dojrzałe decyzje. A więc rozwód ma być dojrzały, bo w momencie ślubu było się niedojrzałym. Albo przywołuje się Boga – Bóg chce, bym się rozwiódł i brał ślub z kimś innym. Tymczasem to nie Bóg, lecz usprawiedliwienie swoich jeszcze bardziej niedojrzałych czynów.

Podobnie rzecz się ma z kapłaństwem. Coraz więcej księży nie rozumie, że sakrament święceń przyjęty świadomie i w wolności jest stałym piętnem, którego nie da się odwołać. I naprawdę nie ma sensu przeprowadzać dochodzenia, czy sakrament w danym momencie był ważny, bo przecież ja sam byłem nie dość dojrzały. Ponieważ każdy, przyjmując lub udzielając (jak w małżeństwie) sakramentu odpowiada na serię pytań, na które musi odpowiedzieć świadomie. A do święceń przygotowuje się dodatkowo 5 lat. To naprawdę wystarczająco dużo, by przemyśleć swoją decyzję.

O specyfice naszych czasów świadczy też sposób reakcji na głośne odejścia księży. Oczywiście, pojawiają się liczne słowa krytyki, żalu, smutku. Ale najgłośniej wybrzmiewają brawa i gratulacje, oraz życzenia dobrej drogi. Ludzie cieszą się „szczęściem” danego kapłana, jakby jego odejście z wcześniej świadomie obranej drogi była naprawdę czymś dobrym. Gratulują osoby, które się u danego księdza spowiadały, które się z nim przyjaźniły lub które były przez wiele lat jego parafianami. Dawniej takiego księdza pewnie spotkałby społeczny ostracyzm (co nie jest dobrym rozwiązaniem, bynajmniej), albo wzmożona modlitwa. Dziś mamy radość i gratulacje.

Bo ludzie z pokolenia „millenials” albo – jak mówią inni – z pokolenia „IKEA” mają zupełnie inne spojrzenie na świat. Nie widzą nic obiektywnego, widzą tylko uczucia, emocje i w nich swoje subiektywne zdanie. Katolicyzm to pielgrzymka, zabawa i gra na gitarze. Ale nie waż się mówić o nierozerwalności małżeństwa czy zakazie aborcji. Przecież nie o to chodzi współczesnym odbiorcom. Jest to ogromny problem wcale nie psychiczny, lecz społeczny. Dlatego ludzie potrafią tak łatwo przyjąć czyjś rozwód czy rzucenie kapłaństwa. Bo tego się nauczyli od siebie nawzajem.

Lepiej niż ja całe zamieszanie (w tym przypadku wokół ks. Kachnowicza) skomentował na Twitterze ks. Adam Jaszcz, rzecznik prasowy archidiecezji lubelskiej:

Kapłaństwo nie jest umową o pracę. Zgadza się na nie dorosły człowiek, który przyjmuje blaski i cienie tej posługi, trwając w wierności Chrystusowi. Często odchodzący ksiądz używa argumentów, że wyzwoliła go ta decyzja, że długo do niej dojrzewał, jak bardzo jest teraz szczęśliwy. Jest to próba racjonalizacji dramatu, który rozegrał się i rozgrywa w życiu księdza rezygnującego z kapłaństwa. Radykalne zmiany budzą euforię, ale przejściową. Często mają też drugie dno. (…)

Wiele osób gratulowało ks. Kachnowiczowi podjętej decyzji. To tak, jakby pogratulować mężowi, że nie dochowuje wierności swojej żonie. Wierność jest czymś fundamentalnym nie tylko w małżeństwie, ale także w kapłaństwie. Bijącym brawo odchodzącemu kapłanowi proponuję ponowną refleksję nad relacjami łączącymi Jezusa i Jego uczniów. Może ks. Łukasz tak jak św. Piotr po błędzie podejmie na nowo trud wierności, kochając Jezusa w Jego kapłaństwie. Tego mu z całego serca życzę.

Ale żeby to zrozumieć, trzeba sobie przypomnieć, że dawniej zepsuty sprzęt się naprawiało, a nie wyrzucało na śmietnik i kupowało nowy. Podobnie ma się rzecz z małżeństwem i kapłaństwem. Jeśli coś się psuje, trzeba pracować, by to naprawić, a nie zaczynać wszystko od nowa.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu Pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/ojciec-ksi%C4%85dz-kap%C5%82an-szyi-white-873830/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

To (nie jest?) strajk polityczny

Jestem łamistrajkiem i szują. Tak przynajmniej nazywają mnie i mnie podobnych niektórzy dyskutanci w internecie. Ponieważ – mimo popierania postulatów protestujących – nie przyłączyłem się do strajku. Nie założyłem czarnych ciuchów, nie ustawiłem się w szpalerze i nie zbojkotowałem egzaminów. Choć – jak już wiecie – jestem zdania, że nauczyciel zarabia zdecydowanie za mało i powinien być lepiej wynagradzany. Osoba pracująca na posadzie opłacanej z budżetu państwa powinna zarabiać tyle, by bez problemu utrzymać rodzinę z jednej pensji i nie musieć dorabiać dodatkowo.

Nie poparłem protestu z kilku powodów. Po pierwsze – powiedziałem moim uczniom, że nie pracuję w szkole dla pieniędzy, lecz dla nich, i ich nie zostawię. Ten argument został na jednej z grup facebookowych wyśmiany najbardziej, chyba równomiernie z tym, kiedy powiedziałem, że jestem teologiem i katechetą, a angielskiego uczę dzięki certyfikatowi. Ale taka jest prawda. Gdybym nastawiał się na wielkie zarobki, a nie na dobro dzieci, dzięki którym w ogóle zostałem w szkole, to poszedłbym pracować gdzie indziej. Po drugie zaś – nie protestuję, ponieważ niestety nieprawdą jest, że nie jest to protest polityczny.

Fakt, że do strajku nauczycieli przyłączyły się osoby wyznający różne poglądy. Zwolennicy ZNP czy Platformy Obywatelskiej, ale także wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, prawicowcy. Wydawałoby się, że połączyła ich wspólna sprawa, którą są lepsze zarobki. Zgoda, ale zwróćmy uwagę, kto tak naprawdę stoi na czele tego protestu. Tym człowiekiem jest Sławomir Broniarz, szef Związku Nauczycielstwa Polskiego. Człowiek, który – jak wielu przed nim – utrzymuje, że „nie jest to protest polityczny”. To samo utrzymywali rodzice osób niepełnosprawnych, które szybko po swoim proteście wbiły się na scenę polityczną, a jeden z samych niepełnosprawnych został radnym z ramienia PO. Sławomir Broniarz współpracuje z Grzegorzem Schetyną, dogaduje się z Rafałem Trzaskowskim – prezydentem Warszawy – a nawet był ostatnio na konwencji wyborczej PO. Nie jest prawdą, że strajk jest apolityczny. Jest prowadzony, nadzorowany i wspierany przez Platformę Obywatelską i jest zakrojony na destabilizację państwa i obalenie rządu. Wiecie, że protest trwa teraz, kiedy zaczęły się regularne podwyżki dla nauczycieli. Nie są one wielkie – zgoda. Podniesienie pensji o 200 złotych nie jest bardzo odczuwalne. Gdyby podniesiono ją o 1000, z pewnością dałoby się to lepiej odczuć. Ale podwyżki są i są regularne. A co działo się w drugiej kadencji rządów Platformy Obywatelskiej, kiedy pensje zostały zamrożone na kilka lat? Nauczyciele chcieli protestować, jednak to właśnie Sławomir Broniarz wystąpił z oświadczeniem, że sytuacja rzeczywiście jest trudna, ale nie ma powodu do strajku. I rozeszło się po kościach.

Sytuacja jest naprawdę słaba. Ja postanowiłem nie strajkować. Przez dwa pierwsze dni byłem na świetlicy i pomagałem w opiece nad trójką dzieci w szkolnej świetlicy. Tyle zostało przyprowadzonych do szkoły w dniach strajku. We środę, czwartek i piątek uczestniczyłem w egzaminie gimnazjalnym. A teraz wędruję z delegacją do innej szkoły, by wspomóc ją przy egzaminach ósmoklasisty. Część moich koleżanek z pracy koczuje przy drzwiach ubrana na czarno. W gablocie w pokoju nauczycielskim wywieszony napis: „Ktoś inny zmienia świat za ciebie, nadstawia głowę, podnosi krzyk. A ty z daleka, bo tak lepiej i w razie czego nie tracisz nic”. Nie ma szpalerów ani buczenia w czasie egzaminów – bardzo dobrze. Wiem, że są szkoły, w których bez tego się nie obyło. Nauczyciele stanęli przeciw swoim uczniom, wychowankom, żeby ugrać dla siebie podwyżkę. Są szkoły, w których nauczyciele (podobno dostali polecenie z góry) śpiewają piosenki uderzające w rząd, w Prawo i Sprawiedliwość czy w TVP (ale w ogóle nie jest to protest polityczny). Chwalą TVN, dziękują przedstawicielom Platformy Obywatelskiej. Przebierają się za krowy i świnie, by pokazać, że PiS ma pieniądze na zwierzęta hodowlane, a nie ma na nauczycieli (choć tak naprawdę w przypadku krów i świń chodzi o załatwione po latach dotacje unijne, a nie pieniądze z podatków). Sytuacja robi się groteskowa i widać, że część osób chętnie zrezygnowałaby z tego strajku, ale pan Broniarz nie pozwala.

Strajk trwa nieco ponad tydzień. Dzięki „łamistrajkom” takim jak ja udało się zorganizować egzaminy w szkołach – choć widać bardzo wyraźnie, że strajk miał doprowadzić do bojkotu egzaminów, tak by jak najmocniej uderzyć w rząd. Przed nami jeszcze klasyfikacja końcowa klas maturalnych i ich egzamin dojrzałości. Czy strajk będzie trwał nadal? Faktem jest, że część nauczycieli strajkujących powoli odchodzi od tego, wydają się otrząsać z uczuć tłumu podążającego za przewodnikiem. Podobno całe szkoły już rezygnują. Czy odzyskają szacunek uczniów, których naraziły na stres w ich roku egzaminacyjnym? Mam nadzieję, że tak. Czy protest przyniesie zamierzony skutek? Nie sądzę. Oprócz doprowadzenia do zmniejszenia szacunku do nauczycieli (który i tak był mały!) w oczach społeczeństwa może nie przynieść żadnej zmiany.

W efekcie strajku i nienawiści do osób przeciwnych strajkowi wypisałem się z grupy facebookowej „nauczyciele angielskiego”. Była to grupa, na której dzieliłem się pomysłami i z której czerpałem inspirację. Aż do ostatniego czasu, kiedy przestała ona żyć czymkolwiek innym, jak tylko strajkiem. W końcu zostałem tam wyśmiany (katecheta uczy angielskiego) i zwyzywany, i ostatecznie wyszedłem. Z nauczania wychodzić nie zamierzam. Jestem tu dla tych, którzy mnie potrzebują i pozwolili mi to bardzo mocno odczuć. Chętnie zarabiałbym więcej. Ale nie zostawię uczniów – jeszcze raz to powtarzam. I nie pójdę za politycznym zewem Sławomira Broniarza jak te baranki prowadzone na rzeź.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące zdjęcie z portalu pixabay: https://pixabay.com/pl/photos/wiedzy-ksi%C4%85%C5%BCka-biblioteki-okulary-1052010/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Dlaczego nie poprę protestu nauczycieli

Nauczyciel to w Polsce zawód mało (za mało) poważany. Nie cieszy się zbyt wielką renomą, a im więcej mija pokoleń, tym bardziej wydaje się, że ludzie mają roszczeniowe spojrzenie na nauczycieli. Rodzice chcieliby, żeby ich dzieci były traktowane z największym szacunkiem (choć często sami nie szanują, jak również nie uczą szacunku tych dzieci), a jeśli zechce się wystawić komuś ocenę niedostateczną, trzeba uargumentować, że zrobiono naprawdę wszystko, by do tego nie doszło (nie, nie wystarczy, że uczeń nic nie umie). Do tego pieniądze, które zarabiają nauczyciele są naprawdę niewielkie i z jednej nauczycielskiej pensji nie utrzyma się rodziny – co najwyżej samego siebie, i to nie na wysokim poziomie. Fakt istnienia ferii i wakacji sprawia, że nauczycieli traktuje się jak pasożytów, nierobów i roszczeniowców. To wszystko to nie jest moja opinia – to powszechna opinia, którą można usłyszeć wśród nauczycieli. I oczywiście, że nie wszyscy tak uważają. Znam mnóstwo uczniów i ich rodziców, którzy traktują nauczycieli z ogromnym szacunkiem. Ale jednak mnie, jako nauczyciela, tzw. protest nauczycieli nie dziwi.

Mimo wszelkich niedogodności nie zamierzam jednak przyłączać się do żadnego protestu nauczycieli i nie planuję iść na jakiekolwiek lewe zwolnienie lekarskie. Co więcej – nawet gdyby w placówce, w której pracuję, ogłoszono protest L4, byłbym z pewnością jedną z osób, które mimo wszystko przyszłyby do pracy. Dlaczego? Ponieważ ilekolwiek nie zarabialibyśmy, oraz jakkolwiek nie bylibyśmy traktowani, wciąż pozostajemy nauczycielami – osobami odpowiedzialnymi za edukację i wychowanie, ale też za radość, spokój, zdrowie psychiczne i mądrość naszych uczniów. Dzieci, które uczymy, są naszą odpowiedzialnością. Skrajnym brakiem szacunku do nich jest protestowanie w sposób, jakim jest chodzenie na fałszywe zwolnienia lekarskie. Nie chcę się dziś zagłębiać w politykę i rozwodzić się nad tym, że gdy u władzy była PO, to Związek Nauczycielstwa Polskiego nie wchodził w żadne protesty. Bo to nie ma znaczenia. Nasze zarobki są śmieszne i komfort pracy też jest śmieszny. Znaczenie ma to, za kogo wzięliśmy odpowiedzialność.

Przez protest nauczycieli w pewnej szkole odwołano próbną maturę. Stracili na tym uczniowie. W niektórych szkołach przełożono – albo w ogóle odwołano – studniówki. Kto na tym ucierpiał? Oczywiście uczniowie. Przed świętami przygotowywano jasełka, wigilie klasowe – które nie odbyły się, ponieważ nauczyciele „zachorowali”. Ucierpieli na tym, a jakże, uczniowie! Teraz ZNP straszy, że jeśli nie dostaną podwyżek, których żądają, to „zachorują” w trakcie matur, co sprawi, że matury nie będą mogły się odbyć. Próbują tym zastraszyć rząd. Ale cierpią tylko uczniowie i ich rodzice! Proszę zwrócić przy tym również uwagę na przedszkola, które musiały prosić rodziców o zapewnienie swoim dzieciom opieki, ponieważ większość ich pracowników poszła nagle na L4. Oczywiście, że ucierpiały na tym dzieci oraz ich opiekunowie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która powoduje u mnie dyskomfort w kwestii protestów. To, że nauczyciel jest wychowawcą, a wychowawca uczy mądrości i uczciwości. Tymczasem jeśli w danej placówce większość nauczycieli nagle idzie na zwolnienie lekarskie, oczywistym jest, że te zwolnienia lekarskie są nieprawdziwe. Nauczyciel idąc do lekarza oszukuje. Lekarz, wystawiając zwolnienie, również oszukuje. Uczniowie, którzy muszą zostać w domu, widzą to oszustwo, doskonale się orientują że te wszystkie zwolnienia nie są związane z prawdziwą chorobą. Tym samym uczą się, że jeśli chcą coś załatwić lub na kimś wymóc, powinni oszukiwać. Że jest to coś dobrego, skoro ich nauczyciele tak robią. Wszyscy znamy historie o dzieciach, które – jeśli nie chciały iść do szkoły – udawały chorobę, rozgrzewały termometr itp. Wiedzieliśmy, że jest to niedobre. Teraz nagle okazuje się, że jest to jak najbardziej dobrze, jeśli tylko chcemy wymóc na rządzie danie nam podwyżki.

Nie jestem zadowolony z pieniędzy, jakie zarabiam jako nauczyciel. Z tego, że żeby żyć na poziomie lepszym niż „od pierwszego do pierwszego” z czwórką dzieci muszę pracować na dwa etaty i w efekcie dla tych dzieci nie mieć już w ogóle czasu. I chcę, by nauczyciele byli bardziej poważaną oraz lepiej zarabiającą grupą zawodową. Ale nie zgadzam się na robienie tego kosztem dzieci – naszych wychowanków! Musimy dawać im dobry przykład i uczyć ich dobrych zachowań – w tym również poświęcenia kosztem samego siebie. Dlatego, jeśli miałbym być jedynym nauczycielem „zdrowym” w całej szkole, to będę nim. I nie wezmę udziału w proteście.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/szko%C5%82y-nauczyciel-edukacja-asia-1782427/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

W nowym roku postaw na relacje

Koniec roku zawsze skłania do refleksji i układania postanowień. Ile razy słyszeliśmy już to wyświechtane hasło? Co więcej – z pewnością wielu z nas słyszało też, że hasło jest wyświechtane. To taki chwyt retoryczny, żeby wmanewrować się w tekst o końcu roku starego i początku nowego. Ale – nie oszukujmy się – czy korzystamy z chwytów retorycznych, czy nie, zazwyczaj decydujemy się w ostatnich dniach roku na przemyślenie tego, co było dobre i tego, co mogłoby być lepsze.

Nowy rok staje się dla nas punktem zwrotnym, choć może być nim każdy inny dzień w roku. Dla niektórych są to urodziny, dla innych początek urlopu, dla kolejnych po prostu dzień, w którym decydują się na wprowadzenie zmian. Czy łatwiej jest to zrobić na początku roku? Jest to z pewnością łatwe źródło zarobku dla klubów fitness czy siłowni, klubów tańca i tym podobnych, które na początku roku zaliczają znaczący wzrost zarobków spowodowany postanowieniami noworocznymi. Najlepiej mają te, w których trzeba założyć karnet płatny co miesiąc – większość postanowień odrzucana jest po pół roku, ale już jedna czwarta po pierwszym tygodniu! Jeśli podpiszesz umowę z siłownią na rok, ta zarobi na tobie na czysto przynajmniej przez kilka miesięcy.

Czy nie warto zatem decydować się na noworoczne postanowienia? Z pewnością nie warto rzucać się na głęboką wodę i wchodzić w coś, z czym nie miało się żadnego związku przez lata. Jeśli przez ostatnie trzy lata nic nie przeczytałeś, nie podejmuj wyzwania „przeczytam 52 książki w 2019 roku”. Jeśli od 10 lat nie możesz schudnąć, nie zakładaj, że od tej pory „10 razy w tygodniu fitness, sport”. Ale warto zająć się swoim życiem na nowo, tylko zaczynając od korzeni, a nie od tego, co widać na wierzchu. Warto zacząć od relacji.

Przede wszystkim trzeba poukładać relacje w odpowiedniej kolejności. Warto przypomnieć sobie, że osoby, które są najważniejsze w naszym życiu, zasługują na największą ilość miejsca (nie zawsze przełoży się to na czas) w tym życiu. Trzeba siebie zapytać: kto jest dla nas najważniejszy? My, chrześcijanie, nie powinniśmy mieć co do tego wątpliwości: najważniejszy jest Bóg. Tak, kolejne wyświechtane hasło. Wyświechtane dopóty, dopóki nie zaczniemy tego realizować w naszej codzienności. Dlatego w pierwszej kolejności w nowym roku warto postawić na swoją relację z Panem Bogiem. Codzienna modlitwa, poświęcenie przynajmniej 15 minut na osobiste spotkanie z Panem – to nasza chrześcijańska konieczność. Nie różaniec odmawiany w autobusie, nie seria aktów strzelistych, lecz wygospodarowanie kwadransa na rozmowę z Panem i wysłuchanie tego, co chce nam powiedzieć. Po to, by ostatecznie wdrożyć się w stałą świadomość Jego ciągłej obecności w naszym życiu – ale bez pomijania tego rytuału codziennego spotkania.

Druga po Bogu jest nasza rodzina. Współmałżonek, a po nim dzieci. Dlatego należy zastanowić się nad tym, czy nie warto na przykład poświęcić większych zarobków na korzyść spotkania z bliskimi. Sam jestem przykładem osoby pracującej na dwa etaty, która wraca do domu po 20. Z dziećmi jestem wtedy, gdy odwożę i przywożę je do szkoły oraz przy wieczornej modlitwie. Co z tego, że finansowo nie żyjemy w biedzie, jeśli to tak naprawdę wyniszcza relacje w naszej rodzinie? Nie mam czasu pójść z żoną na randkę, nie mogę bawić się z dziećmi. Jak wiele osób jest w podobnej sytuacji? Doskonałym pomysłem na nowy rok jest zostawienie tego, przejście na jeden etat i wykorzystanie „nadmiaru” czasu na bycie ze swoimi bliskimi.

W trzeciej kolejności nie zapomnijmy o sobie! Owszem, w skład tego „nie zapominania” wejdzie dbanie o kondycję, zdrowe żywienie itp., co zawiera się często w postanowieniach noworocznych. Ale nie pomijajmy też możliwości relaksu, rozwijania swoich zainteresowań, a nawet czasu spędzanego sam na sam ze sobą. Tak, bez żony/męża, dzieci i myśli o pracy (bo przecież w samochodzie do pracy jesteśmy „sam na sam ze sobą”, ale nawet o tym nie myślimy). Może warto zastanowić się nad rozpoczęciem nowych studiów albo nad weekendowym wypadem do SPA? To przełoży się też na relacje rodzinne – pod warunkiem, że one będą nadal na wyższym miejscu niż skupienie nad samym sobą.

Na koniec pozostają relacje z wszystkimi innymi. Nie chodzi tylko o uprzejmość i wyuczone „dobre wychowanie”. Chodzi o realne relacje z innymi osobami, które mają znaczenie w naszym życiu. Mnie jest łatwiej o tym mówić niż innym, bo jestem nauczycielem i wychowawcą. Mam klasę i jestem za nią odpowiedzialny. Ale przez to, że mam dwa etaty, nie mogę się dostatecznie skupić na wszystkim, co mam do zrobienia – a przede wszystkim na wszystkich osobach, które na mnie polegają. W innych, nienauczycielskich zawodach, także ma się kontakt z ludźmi. Pielęgniarki, policjanci, bibliotekarze – wszyscy pracują z innymi. Ludźmi wokół nas są też nasi rodzice i dalsza rodzina. Warto zastanowić się, czy poświęcamy im wystarczająco dużo energii. A może, z jakiegoś powodu, babcia naszych dzieci nadal jest dla nas ważniejsza niż te właśnie dzieci lub nasz współmałżonek? I wypadałoby się – ponownie – zastanowić nad ustawieniem relacji w odpowiedniej kolejności.

Chciałbym schudnąć i przeczytać w tym roku więcej książek. I nie wykluczam, że mogę to zrobić. Jednak przede wszystkim w nowym roku chcę poukładać swoje relacje i zrezygnować z nadmiaru obowiązków zawodowych. Polecam skupienie się na podobnych postanowieniach noworocznych. Jest szansa, że dzięki temu zaoszczędzimy na karnecie na siłownię, na którą będziemy chodzić tylko przez pierwszy miesiąc.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Konflikt interesów po brytyjsku

Jak bardzo można zagubić się, kiedy chce się żyć, ale tworzy się i propaguje w swoim środowisku cywilizację śmieci? Przekonali się o tym w ostatnim czasie Brytyjczycy. Ci, którzy chwalą się z dumą tym, że aborcja jest w ich kraju legalna do 24 tygodnia ciąży, właściwie bez podawania jakiejkolwiek przyczyny. A ostatnio, pod koniec sierpnia, wprowadzili nawet rozporządzenie, że kobieta chcąca dokonać wczesnej aborcji może zrobić to (zażywając tabletkę wczesnoporonną) w domu, w ogóle nie wybierając się do kliniki – ale w razie potrzeby może poprosić, by personel medyczny towarzyszył jej i w domu. W tym samym czasie ci sami Brytyjczycy przyjmują w swoich miastach i wioskach setki i tysiące muzułmańskich przybyszów, często błędnie nazywanych uchodźcami. Podczas gdy w Polsce osób tak bardzo obcych nam kulturowo jest wciąż niewiele, w Wielkiej Brytanii część mniejszych społeczności jest już przejęta przez rodziny muzułmańskie, a w Londynie przybyszów (nie Polaków) jest tak wielu, że wybrano sobie muzułmanina na burmistrza. Zatem Wielka Brytania – kraj o tak bogatej kulturze i historii – a teraz także Irlandia (do niedawna kraj ultrakatolicki) nie tylko chwali się dostępnością aborcji, ale i akceptacją dla przybyszów z krajów odległych kulturowo.

A jednak sama Gazeta Wyborcza podniosła ostatnio alarm. Otóż, jak piszą w swoim artykule o aborcji w Wielkiej Brytanii: „W tradycyjnych społecznościach imigrantów wiele kobiet przerywa ciążę, jeśli badania prenatalne wykażą, że ma się urodzić dziewczynka”. Otóż „tradycyjne społeczności imigrantów”, czyli napływowa ludność z bliskiego wschodu i Afryki, wykorzystują wczesne testy z krwi, mające stwierdzić czy dziecko nie jest chore na jakąś chorobę genetyczną. Jednak „kobiety z rodzin imigrantów, szczególnie pochodzących z Pakistanu, Afganistanu i Bangladeszu” – jak podkreśla Gazeta Wyborcza – wykorzystują dostępność tych testów do sprawdzenia, jakiej dziecko jest płci. I decydują się na aborcję, kiedy okazuje się, że to dziewczynka. Właśnie dlatego, że w tychże tradycyjnych społecznościach imigrantów tradycją jest to, że kobieta jest nieopłacalna, niewartościowa i przynosi rodzinie wstyd. Kiedy ma się syna, można go drogo sprzedać do ożenku. Kiedy ma się córkę, oznacza to duże dopłaty. A ponieważ teraz imigranci mieszkają w Wielkiej Brytanii, gdzie testy prenatalne i aborcja są ogólnie dostępne, mogą wykorzystać to do posiadania synów, a nieposiadania córek.

Sytuacja w Wielkiej Brytanii staje się więc niezwykle gęsta, nawet eksperci biją na alarm. Bo przecież jednocześnie Brytyjczycy starają się być społeczeństwem profeministycznym, co oznacza pozwolenie na aborcję praktycznie bez powodu; jednocześnie próbują być otwarci na inność i na przybyszów z zewnątrz, w tym także w całości na ich kulturę; ale jednocześnie zorientowali się, że przez połączenie tych dwóch tolerancji stanęli w pozycji patowej. Bo jak bronić feminizmu, jeśli w wyniku aborcji giną głównie kobiety – i to właśnie dlatego, że są kobietami? W sprawie protestuje minister ds. kobiet i równości w brytyjskim gabinecie cieni Naz Shah (sama będąca Brytyjką pochodzenia arabskiego, która część swojego życia spędziła w Pakistanie). Twierdzi ona, że rząd brytyjski musi natychmiast wprowadzić ograniczenia w prawodawstwie, by nie była legalna aborcja ze względu na płeć dziecka. Podkreślić jednak należy, że jeśli aborcja może być dokonana równie dobrze przez wzgląd na problem psychiczny związany z posiadaniem dziecka, to dlaczego miałaby być nielegalna ze względu na problem psychiczny związany z posiadaniem dziecka płci żeńskiej?

Wielka Brytania jest w kropce. Ale do tej kropki sama się doprowadziła przez swoją edukację seksualną, dostępność aborcji i otwartość na imigrantów (w tym także na Polaków, ale to nie oni stanowią w tym przypadku największy problem). Ma prawdziwy konflikt interesów: pozwolić na aborcję i na kultywowanie własnych tradycji przez imigrantów, a przez to żyć w świadomości wybijania osób płci żeńskiej, czy zakazać aborcji (w pewnych warunkach), a tym samym ograniczyć możliwość kultywowania tradycji, ale przynajmniej żyć z czystym sumieniem, myśląc że aborcja w tym samym stopniu dotyczy mężczyzn i kobiet?

Należy tylko mieć nadzieję, że w Polsce nigdy nie będziemy musieli stanąć przed podobnym dylematem. Że zarówno aborcja, jak i napływ imigrantów z krajów obcych nam kulturowo będą jak najmocniej ograniczane. A za Wielką Brytanię – kraj piękny i godny podziwu – należy się po prostu modlić.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay: https://pixabay.com/pl/budka-telefoniczna-czerwony-londyn-768610/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Stać nas na bezkompromisowość

Sierpień to w polskim Kościele od wielu lat tzw. miesiąc trzeźwości. Biskupi rok w rok apelują o to, by w obliczu narodowego uzależnienia od alkoholu w tym jednym miesiącu przejść na ascetyczny tryb życia i wyrzec się picia napojów alkoholowych. Staram się wierzyć w Boga z całych moich sił, ale – w pewnych szczególnych aspektach – wiara w ludzi słabo mi wychodzi. To znaczy nie wątpię w ich dobrą wolę, szlachetne zamiary i jeśli mam komuś zaufać – ufam w większości przypadków. Ale apele tego typu kwituję uśmiechem, ponieważ sierpień to miesiąc wczasów, wakacji i urlopów – i niejednokrotnie w najbliższym otoczeniu spotkałem się z ludźmi, dla których list przeczytany w kościele był niewiele znaczącym świstkiem, bo w lodówce już wcześniej chłodziło się piwo przygotowane na wieczorną grę w karty.

Tym bardziej zadziwił mnie tegoroczny apel biskupów, którzy zawołali nie o miesiąc, lecz o 100 dni pozostawania w trzeźwości – aby uczcić stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Ja, osoba niepijąca alkoholu od 16 lat, uśmiechnąłem się do pomysłu nakłonienia mniej lub bardziej katolickich katolików do odrzucenia alkoholu na ponad trzy miesiące. Pomyślałem jednak jednocześnie: a może ktoś się na to zdecyduje? Ktoś poczuje potrzebę wyrzeczenia się czegoś, co jest dla niego ważne, nawet na dłużej niż miesiąc. W głębi moich wątpliwości zawsze mieści się odrobina wiary. Dziś jednak trafiłem na Twitterze na wpis Rafała A. Ziemkiewicza, w którym zadeklarował się podjęcia wyzwania – pod dwoma zasadniczymi warunkami.

Dołączę się do tej akcji jeśli pod tym tłitem to samo zadeklaruje jeszcze 99 osób. Drobna wariacja – zaczynam 1.08 żeby po drodze zrobić 2 krótkie przerwy bo wypadają mi i imieniny, i urodziny. W każdym razie deklaruję pełną stówę. Jeśli staniecie na wysokości zadania.

Zatem pierwszy warunek postawiony przez Ziemkiewicza jest taki, że nie będzie pił tylko wtedy, kiedy kolejnych 99 osób jemu osobiście zadeklaruje to samo. Drugi warunek jest jednak o wiele ciekawszy. Nie będzie pił przez 100 dni, ale z przerwą na urodziny i imieniny.

Proszę mi powiedzieć w takim razie: jaki jest sens podobnego wyrzeczenia? Niepicie przez 100 dni ma być swego rodzaju świadectwem, ma pokazać ludziom wokół nas, że da się bez alkoholu. Da się bawić bez alkoholu, wypoczywać i świętować bez niego. Przez sto dni da się przyzwyczaić nawet do tego, że alkohol nie jest nam potrzebny do życia i możemy go odrzucić jeśli nie na zawsze, to na pewno na dłużej. Ale robienie sobie w ciągu tych stu dni dwóch przerw na urodziny i imieniny nie tylko nagina całą sprawę, ale tak naprawdę burzy ją przy fundamencie. Bo cóż to jest tak naprawdę za wyrzeczenie, gdy nie pije się we wszystkie dni, kiedy i tak można byłoby nie pić, ale kolegów których zaprasza się na swoje święto trzeba poczęstować – nie ma wyjścia. Proszę mi powiedzieć, jakie to jest świadectwo, kiedy nie piję tylko wtedy, kiedy nikt mnie nie widzi, ale jak jest okazja, to „ze mną się nie napijesz”?

Przedstawiłem swoje wątpliwości na profilu pana Ziemkiewicza i dostałem za to od pewnej pani, która – jak ja – jest w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, ale wspiera redaktora w jego staraniach. „Jeżeli da Pan radę w inny sposób, to proszę tak zadeklarować i się podjąć, a nie po faryzejsku pouczać kogoś, kto chce się podjąć pewnego wyrzeczenia na swoją miarę, że nie jest od razu bardziej wyćwiczony w ascezie… To właśnie Pana słowa są małodusznym krytykanctwem” – napisała do mnie. To nie pierwszy raz zresztą, gdy – krytykując czyjąś postawę – jestem porównywany do faryzeusza. Ale przecież Jezus, krytykując faryzeuszy, nie miał na myśli ludzi, którzy wskazują innym drogę i ganią ich za ich błędy. On krytykował tych, którzy, pouczając innych w drobnych rzeczach, sami wykazywali negatywne zachowania. Nie zabraniał jednak nauczać i ukazywać drogę – wręcz nakazywał to. Nie mówił „Niech każdy zmienia się według własnej miary” i nie chwalił nikogo za czyny połowicznie dobre, za akcje udane w 90%. Wybaczał błędy, odpuszczał grzechy, ale jednocześnie ukazywał, że trzeba być w całości zadeklarowanym, a nie z przerwą na imieniny i urodziny.

Co Jezus powiedział do jawnogrzesznicy, gdy uratował ją z ręki faryzeuszy? „I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8,11). Jak powinniśmy Jego zdaniem postępować i jak mówić? „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). W jaki sposób miał się zachowywać jeden z Kościołów, do których kierowane są listy w Apokalipsie? „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3,15-16). A święty Paweł pisał w swoich listach: „Gdyby komuś przydarzył się jakiś upadek, wy, którzy pozostajecie pod działaniem Ducha, w duchu łagodności sprowadźcie takiego na właściwą drogę” (Ga 6,1). Kiedy zaś bogaty młodzieniec chciał stać się świętym i zapytał Jezusa o radę, ten odpowiedział mu: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!” (Mk 10,21). Każdy z tych fragmentów zachęca do zrobienia jednej z dwóch rzeczy: do całkowitego oddania się Chrystusowi, bezkompromisowego rzucenia wszystkiego na jedną szalę, oraz do pomagania bliźnim w robieniu tego samego. Nigdzie zaś Chrystus i Jego ludzie nie przekonywali, by zachęcać do robienia tego po kawałku, na raty, w 90 procentach. Można być albo zimnym, albo gorącym.

Chcesz oddać 100 dni Panu Bogu, odrzucając alkohol (lub inną rzecz, której trudno Ci się pozbyć) na ten czas? Zrób to. Ale „obyś był zimny albo gorący”. Chcesz – zrób to na 100 dni, wliczając w to urodziny, imieniny, przyjemności plażowania i wesele siostry. Albo nie rób tego wcale. Potrzebujesz, jak Rafał Ziemkiewicz, dwóch krótkich przerw? W ogóle w to nie wchodź. Bóg stworzył nas bowiem tak, że stać nas na bezkompromisowość. Na nieugiętość. I w ten sposób tylko damy świadectwo o Nim – i o sobie samych. Poprzez oddanie wszystkiego, bez krótkich przerw. A osoby, które są w krucjacie, podobnie jak ja, niech zamiast krytykować upominających, pomogą chętnym zrobić ten ostatni, najtrudniejszy krok, zamiast chwalić za podjęcie się wyzwania, ale nie całkiem.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Foter: Photo by Karrierebibel.de on Trend hype / CC BY-ND

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Nie ma obowiązku odprawienia pierwszych piątków

W XVII wieku (konkretnie w latach 1647-1690) żyła na świecie kobieta, zakonnica, znana jako święta Małgorzata Maria Alacoque. A bardziej niż z nazwiska, znana jest z rozpropagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. To jej właśnie osobiście objawiał się Jezus, przekazując wiedzę o swoim Sercu i namawiając ją do poświęcenia swojego życia mówieniu o Nim innym. Właśnie Małgorzata usłyszała te słowa: „W nadmiarze Mojego miłosierdzia wszystkim, którzy będą przystępować do Komunii św. przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca, udzielę łaski ostatecznej skruchy, tak że nie umrą w Mojej niełasce i bez sakramentów św. i Moje serce w tej ostatniej godzinie będzie dla nich najpewniejszą ucieczką”. I z tych słów wyłoniło się tak popularne dziś nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.

Założenie jest jasne, choć jego wykonanie nieco wypaczone: Jeśli w dziewięć (przyjęte jest, że kolejnych) pierwszych piątków miesiąca przystąpi się do komunii świętej, w chwili śmierci dostąpi się łaski skruchy, a więc nie umrze się w grzechu i poza Bożym miłosierdziem. Wykonanie nabożeństwa jest wypaczone choćby przez to, że w pierwsze piątki większy nacisk kładzie się na sakrament pokuty i pojednania, nie zaś na Eucharystię. Związane jest to z pokutującym dotychczas założeniem (skądinąd słusznym), że komunię można przyjmować w stanie łaski uświęcającej, a więc najbezpieczniej jest znaleźć się w tym stanie tuż przed samym jej przyjęciem. Inne wypaczenie jest jednak dużo poważniejsze. Otóż przez wieki nauczyliśmy się traktować nabożeństwo pierwszych piątków jak jeszcze jeden cudowny (mógłbym równie dobrze napisać „magiczny”) amulet, który uchroni nas przed potępieniem. To znaczy: możemy być grzesznikami, łobuzami, obrazoburcami, ale mamy odklepane dziewięć piątków, więc Bóg nas zbawi mocą samego faktu, bo obiecał – i teraz nie ma już wyjścia.

Przez dwa tysiące lat chrześcijaństwa stworzyliśmy sobie całe tony amuletów, niby boskiego pochodzenia, które mają za zadanie ustrzec nas przed śmiercią w grzechu. Szkaplerze, cudowne medaliki, odmawianie koronki do Miłosierdzia Bożego przy umierającym, czy właśnie nabożeństwo pierwszych piątków. U mnie to ostatnie pilnowane było przez babcię. Każde z jej wnuków musiało po pierwszej komunii udać się przez dziewięć kolejnych miesięcy do kościoła. Babcia skrupulatnie wszystko liczyła, a gdy ktoś np. nie mógł, bo w danym miesiącu był chory, to liczyła od początku. Oczywiście zawsze towarzyszyła każdemu z wnucząt, by na 100% się przekonać, że wszystko jest w porządku. Bo miała przeświadczenie, że odprawienie dziewięciu pierwszych piątków zapewni jej wnukom święte życie i w efekcie zbawienie. Nie mam jej tego za złe – jakże bym śmiał – ale muszę potwierdzić, że nie miałem wówczas, jako dziewięciolatek, pojęcia, dlaczego tak naprawdę chodzę do kościoła w każdy pierwszy piątek. Nie przeszkadzało mi to, byłem wychowywany w Kościele, ale jednocześnie nie było w tym przesadnie wielkiej wiary, a już na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, że związane jest to z objawieniem, a komunię powinienem przyjmować dzięki czyniąc Panu za Jego wielkie miłosierdzie. Ot, po prostu pierwsze piątki należało odbyć, a jak się to już zrobiło, to uff, można było odetchnąć z ulgą.

Widzę współcześnie dwa silne skrajne nurty w Kościele – i trzeci, płynący spokojnie środkiem. Pierwszy z nich to Kościół otwarty, żyjący w świecie i oddychający światem, wyciągający kwestię Bożego miłosierdzia jako czegoś, co może przyprowadzić do Boga każdego – a więc dopuszczający dopuszczanie każdego do sakramentów, bez względu na to, czy żyją w grzechu, czy nie. Kościół otwarty zakazuje oceniać tak ludzi, jak i ich czynów, i woła tylko do przyjmowania wszystkich z miłosierdziem, a jak nie chcesz, toś łobuz. Drugi nurt to ten oparty na wierze niby magii. Przywołuje on setki cudownych medalików, modlitw i nabożeństw, które mają nie tyle zbliżyć ludzi do Chrystusa, co raczej zapewnić im zbawienie. Z drugiej strony odrzuca on mnóstwo rzeczy jako magiczne i rozumie je jako dzieło szatana (jednorożce, gry komputerowe, Harry Potter). Trzeci nurt to ten, który opiera się na wierze i rozumie. Ludzie w nim wierzą w Chrystusa i wierzą Chrystusowi, ale rozważają też wszystko rozumowo. Wiara jest bowiem aktem woli, ale opartym na rozumie. Ja sam zaliczam się do tego trzeciego nurtu – nie odrzucam nabożeństw i wiary w Boże miłosierdzie, ale nie przyjmuję za pewnik zbawienia niczego poza moją własną wiarą w Chrystusa. A do tego wiem, że wiara musi pociągać za sobą czyny, a więc nie możemy jako Kościół uznać za „wiernych” tych, którzy żyją w ciągłym grzechu.

W związku z powyższym nie odrzucam szkaplerza, medalika, ani pierwszych piątków miesiąca. Jestem zwolennikiem każdej z tych rzeczy – o ile są one poprzedzone prawdziwą wiarą w Jezusa Chrystusa. Nic nie daje nabożeństwo pierwszych piątków, jeśli jest ono wymuszone czymkolwiek, choćby poczuciem kogoś ważnego dla nas, że dzięki temu zapewni nam zbawienie.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ dowiedziałem się zadziwiającej rzeczy. Otóż niektóre szkoły i parafie – a dokładnie działający między nimi katecheci – wymagają podobno od dzieci po pierwszej komunii świętej odbycia dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Czwartoklasiści mają karteczki z polami na pieczątki – a księża po spowiedzi przybijają dzieciom te pieczątki na tych kartkach. Pierwszy piątek zaliczony przez przybicie pieczątki. Do tego katecheci traktują odbycie pierwszych piątków jako wymóg przed przystąpieniem do… rocznicy pierwszej komunii. Wydaje mi się to zupełnie absurdalne z kilku powodów. Po pierwsze: w Kościele nie ma obowiązku odprawiania jakiegokolwiek nabożeństwa, poza coniedzielną mszą świętą. Żadne dziecko, w żadnym wieku, przygotowujące się do któregokolwiek sakramentu, nie powinno być zmuszane do uczestnictwa w żadnym „ponadprogramowym” nabożeństwie: w roratach, drodze krzyżowej czy pierwszym piątku. To wiarę kandydata do sakramentu się sprawdza, a liczba pieczątek nie jest w najmniejszym stopniu wyznacznikiem gorliwości wiary. Po drugie: rocznica pierwszej komunii jest jakąś wymyśloną tradycją, która owszem, jest pewnie sentymentalna, ale nie ma żadnego liturgicznego czy sakramentalnego znaczenia. Dzieci między pierwszą komunią a jej rocznicą zdążyły już przyjąć Ciało Chrystusa tak wiele razy, że sama „powtórka” nie jest właściwie żadną dodaną wartością. Po trzecie: uczestnictwo w pierwszych piątkach miesiąca musi wynikać z osobistej wiary – w przeciwnym razie będzie tylko nic nieznaczącym odklepywaniem paciorków. Zmuszenie uczniów do autozbawienia przez katechetów mija się z celem, a straszenie ich niedopuszczeniem do rocznicy pierwszej komunii nie może być bardziej absurdalne.

Piszę to nie jako wróg Kościoła, który próbuje podkopać autorytet katechetów. Piszę to jako katecheta (nieczynny aktualnie, ale wciąż katecheta), który troszczy się o duszę i zbawienie dzieci i młodzieży. Ale zbawienie poprzez prawdziwą wiarę, a nie przez odklepanie praktyk, których sensu nawet nie rozumieją.

____________________________________

We wpisie wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony Pixabay, za: https://pixabay.com/pl/biblia-krzy%C5%BC-wielkanoc-2167783/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

Źle się dzieje z tą Europą

Od miesiąca jestem na stażu w redakcji portalu wPolityce.pl. Zajmujemy się wprawdzie głównie sprawami stricte politycznymi (komisja Amber Gold, weryfikacyjna, reforma sądownictwa, prezydenckie weto), ale między tymi tematami przewijają się też sprawy społeczne. I odkąd – będąc w pracy – przeskakuję po portalach (również zagranicznych) poszukując tematów, zauważam o wiele więcej problemów, które – jak choroba – toczą naszą wielowiekową Europę.

Jako przykład podam sprawę Charliego Garda. Chłopca urodzonego z poważną chorobą, którego rodzice postanowili włożyć wszelkie siły w ratowanie jego życia i zdrowia. Znaleźli lekarza w USA, który był gotów podjąć się eksperymentalnego leczenia. Rodzice nie mieli pieniędzy, ale dobra akcja w internecie sprawiła, że szybko zdobyli ile potrzebowali na wyjazd i kurację. Niestety, brytyjski sąd, a potem Europejski Trybunał Praw Człowieka, stwierdziły, że podróż do Stanów Zjednoczonych byłaby zbyt niebezpieczna dla jego zdrowia i życia, w związku z czym powinien zostać odłączony od aparatury podtrzymującej życie. Zatem należało uśmiercić dziecko, ponieważ próba ratowania go mogła grozić mu śmiercią… Ponowoczesna logika. Lekarze w szpitalu nie chcieli nawet dać Charliemu możliwości zakończenia swego życia w domu. Dopiero nagłośnienie sprawy i reakcja papieża Franciszka oraz prezydenta USA Donalda Trumpa sprawiły, że chłopcu i jego rodzicom dano jeszcze jedną szansę. Właśnie dziś zapadła ostateczna decyzja o odłączeniu chłopca od aparatury podtrzymującej życie. Podobno w ramach zakończenia uporczywej terapii… I prawdopodobnie jest to związane z czasem, jaki – zamiast leczyć dziecko – rodzice poświęcili na włóczenie się po sądach.

Ale to nie jedyny przykład ponowoczesnego zapatrywania Europy. W ciągu tego miesiąca zalegalizowano tzw. „homoseksualne małżeństwa” w Niemczech. Całe szczęście, że nasza budząca kontrowersje konstytucja nadal stwierdza, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety. Niemcy nie uznają już tej, płynącej z natury człowieka, zasady. Ale i u nas zrobiło się głośno o kolejnym „ślubie humanistycznym” między Julią i Dominiką – o czym pisał m.in. Dziennik Łódzki. Dziewczyny związały się przysięgą nie mającą przełożenia na jakiekolwiek polskie prawo, ale to nie przeszkadza im w rozgłaszaniu na cały świat swojej miłości.

We Francji natomiast mają problem z surogatkami. Otóż rodzenie dzieci przez kobiety „na zamówienie” jest w tym kraju nielegalne. To nie znaczy jednak, że Francuzi nie omijali tego przepisu poprzez rodzenie sobie dzieci w krajach, w których ten proceder jest dozwolony. Mieli jednak problem, ponieważ dotychczas francuskie prawo – przez wzgląd na zakaz surogactwa – uznawało surogatkę za matkę dziecka i nie akceptowało innych zapisów rejestrowanych w kraju urodzenia. Dziś nadal nie uznają np. partnera ojca za prawowitego rodzica, jednak zgodzili się na adoptowanie tegoż dziecka przez owego partnera. Francuzi cieszą się, bo nareszcie dziecko będzie mogło mieć dwóch tatusiów, choć jest urodzone przez surogatkę w innym kraju.

Upadek obyczajów w Europie i postępujące elementy tego samego w Polsce mają miejsce już nie na ciepłym, bezpiecznym, pozbawionym problemów kontynencie. Na którym – w obliczu „końca historii” – dochodzi do działań dekadenckich i perwersyjnych zachowań. Dziś jest to już kontynent przeżywający walkę o zachowanie własnej tożsamości w obliczu najazdu Arabów i Afrykańczyków. Ten napór obcych kultur sprawia, że Włosi chcą wypuścić wszystkich na północ – a ich północni sąsiedzi chcą zamknąć granice. Francuzi, którzy tracą Calais przez muzułmanów usiłujących wsiadać na jadące do Wielkiej Brytanii ciężarówki, zamierzają przenieść odprawę paszportową na drugi brzeg Kanału La Manche, by pozbyć się kłopotu – ale Brytyjczycy są zadowoleni z tego, że ta odprawa odbywa się jednak na kontynencie.

Do tego dochodzi coraz bardziej agresywna Rosja. Która wyraźnie czerpie pełnymi garściami z tego, że w Europie panuje zaślepiona dekadencja. Już ma Krym i wschód Ukrainy, już ponownie zabrała sobie część Gruzji. Ale Europejczycy nie obudzili się i nie wiadomo, czy się obudzą. Czy nie będziemy mieli jednak do czynienia z powtórką z rozrywki. Z czasów, gdy wielkie Cesarstwo Rzymskie było tak ogromne i silne, że nic nie mogło mu zaszkodzić. Więc ludzie żyjący w nim oddali się zabawie i spożywaniu. Przez co – napadnięci przez tzw. barbarzyńców, dali się zmieść z powierzchni ziemi. To samo dzieje się w ponowoczesnej Europie.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie przedstawiające humanistyczny ślub Julii i Dominiki, za: http://www.dzienniklodzki.pl/strona-kobiet/zwiazki/a/julia-i-dominika-wziely-slub-od-tej-chwili-jestesmy-zona-i-zona-zdjecia,12228495/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | Dodaj komentarz

W czym jest lepsza pierwsza komunia od bierzmowania?

Jeden raz byłem świadkiem przy bierzmowaniu. Doskonale pamiętam ten dzień i moment, w którym – tuż przed samą ceremonią – przypominałem mojemu „podopiecznemu”, że od tej pory będzie już w pełni dojrzałym chrześcijaninem i musi pamiętać, że taki człowiek oddaje życie za wiarę i Chrystusa. Potem była msza święta oraz sam akt udzielenia sakramentu przez biskupa i nadania nowego imienia, które wybiera dla siebie sam bierzmowany. Po zakończeniu uroczystości wyszliśmy z kościoła i wraz z moim już dojrzałym chrześcijańsko znajomym oraz jego mamą (zdziwiło mnie, że nikogo więcej nie było) powędrowaliśmy w stronę ich domu. Doszliśmy na miejsce, tam pozdrowiono mnie serdecznie, otworzono drzwi i powędrowano ku mieszkaniu. Zostałem sam, przed klatką schodową, i stałem tak przez chwilę, oniemiały, zanim zdecydowałem się odwrócić i jak w letargu pomaszerować do własnego domu. Jeśli sądzicie, że spodziewałem się zaproszenia na obiad, albo chociaż na herbatę, to tak – macie rację.

Ta historia spowodowała, że zadałem sobie pytanie – i ono powraca zawsze, kiedy w parafiach udziela się młodzieży bierzmowania – co jest gorszego w bierzmowaniu w stosunku do pierwszej komunii? Obie uroczystości odbywają się raz w życiu (wprawdzie komunię można później przyjmować częściej, ale nie po raz pierwszy), obie w podobnym okresie roku. Dlaczego pierwsza komunia święta stała się taką tradycją, że jej organizacja zakrawa niemal o małe wesele? Dlaczego – nomen omen – wesele, następujące po sakramencie małżeństwa, jest zazwyczaj tak bardzo wystawne? Dlaczego również i chrzciny (czyli świętowanie sakramentu chrztu) bywają równie uroczyste? Jeśli dlatego, że taka jest właśnie tradycja – że celebruje się przyjęcie poszczególnych sakramentów – to dlaczego zupełnie inaczej jest z bierzmowaniem?

Bierzmowanie to w tradycji katolickiej ostatni z sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego – właśnie po chrzcie i Eucharystii. Chrzest włącza człowieka we wspólnotę Kościoła i obmywa go z grzechu. Eucharystia jednoczy z Chrystusem poprzez przyjęcie Jego Ciała. Bierzmowanie wreszcie wprowadza w dojrzałość chrześcijańską i obdarza darami Ducha Świętego (jak uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy). Każdy z tych ustanowionych przez Chrystusa sakramentów jest kolejnym krokiem na drodze do dojrzałej wiary i bycia świadkiem Jezusa. Jeśli w życiu wspinamy się na jakiś szczyt i pokonujemy poszczególne odcinki drogi, to cieszymy się wprawdzie z pojedynczych etapów, ale najbardziej świętujemy osiągnięcie szczytu. Jeżeli więc wtajemniczenie w chrześcijaństwo obejmuje trzy etapy, to logiczne wydaje się, że ten trzeci, ostatni, powinien być świętowany w sposób najbardziej uroczysty. To przecież ostatni już element w drodze do świętości – żaden kolejny sakrament nie zmienia już nic w kwestii bliskości z Bogiem. Przynajmniej nie w sensie otwierania kolejnych tajemnic, kolejnych drzwi wiary. Kapłaństwo czy często bardzo huczne małżeństwo to tylko wybór sposobu bycia z Bogiem w codzienności – a istnieją i sposoby niesakramentalne, jak życie samotne lub zakonne. To właśnie bierzmowanie jest tym, co zakańcza naszą drogę, daje nam dary Ducha i pomaga głosić dalej ewangelię. Zastanawiam się więc, dlaczego z okazji bierzmowania nie zwykło się robić przyjęć i zapraszać rodziny – co najwyżej chrzestnych, dziadków i świadka zaprasza się na kawę i ciasto.

Nie potrafię znaleźć logicznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego bierzmowanie traktuje się po macoszemu. W ten sposób traktuje je przecież również część młodzieży, nazywając „oficjalnym pożegnaniem z Kościołem w obecności biskupa”. Niektórzy traktują je dosłownie jako zakończenie drogi chrześcijańskiej – tylko zamiast wskazywać tę drogę innym, postanawiają zamknąć furtkę, ale najpierw przez nią wyjść. Być może jedno wynika z drugiego – brak uroczystego podejścia do bierzmowania sprawia, że młodzież traktuje je jak niewiele znaczący rytuał. Z kolei to, że młodzież tak je widzi sprawia, że nikomu się nie chce bierzmowania świętować. Ot, trzeba pójść, bo potem ze ślubem może być kłopot. Ale przecież można inaczej! Ba, powinno się! Sakrament bierzmowania nie jest ani odrobinę mniej ważny, niż pozostałe sakramenty, a z wielu powodów może być uważany za ważniejszy. W wielu kulturach etap wejścia w dojrzałość świętuje się w wyjątkowy sposób. Kultura chrześcijańska jest wyjątkową kulturą, a to sprawia, że powinna szczególnie się na tym skupić.

Zorganizowanie nieco bardziej uroczystego obiadu – tak, jak robiło się to z okazji chrztu i komunii – jest jak najbardziej wskazane. Obdarowanie bierzmowanego prezentem, mającym związek z tym świętem (Pismo Święte, brewiarz itp) lub czymś, co pozwoli mu myśleć o sobie jako o dojrzałym człowieku (np. jakaś droższa pomoc naukowa, jak teleskop czy mikroskop) sprawi, że sam młodzieniec lub młoda kobieta przeżyją ten dzień w sposób wyjątkowy i nie zapomną o nim długo. Podkreślenie ważności tego dnia – zaproszenie gości, zorganizowanie przyjęcia, zwolnienie się z pracy (najczęściej nie bierzmuje się w sobotę czy w niedzielę) może doprowadzić do tego, że dorastające dziecko rzeczywiście poczuje, że dzieje się coś cudownego, że te dary Ducha Świętego to nie jest żadna ściema.

Dlatego też zachęcam do traktowania wszystkich sakramentów na tym samym poziomie. Nie proponuję wprawdzie robić imprezy z okazji pierwszej spowiedzi świętej (zwłaszcza że najczęściej idzie w parze z komunią), ale jednak sądzę, że warto położyć większy nacisk na sakrament bierzmowania, aby Kościół naprawdę stawał się pełny dojrzałych chrześcijan.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie wykonane w czasie udzielania sakramentu bierzmowania, Photo credit: Ania i Artur Nowaccy via Foter.com / CC BY-SA

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz