Posts Tagged With: Aborcja

Czarny marsz i kompromis

Odkąd tylko PiS wygrał wybory i mógł dostąpić samodzielnej władzy, bardzo dużo się mówiło o nadchodzących projektach społecznych mających proponować całkowity zakaz aborcji. Co więcej, część posłów PiS mających twarde poglądy moralne (jak np. Piotr Uściński, który wcześniej wprowadził całkowity zakaz aborcji w szpitalu w Wołominie) była przekonana, że jak tylko projekt wpłynie, natychmiast zostanie przegłosowany. Wśród katolików na portalach społecznościowych krążyły hasztagi w stylu #mojepokoleniepokonaaborcję i wielu liczyło, że skoro już rządzą „nasi”, to teraz zrobią po naszemu.

Propozycja ustawy zakazującej aborcji została oczywiście odrzucona. Nastąpiło to z pobudek politycznych, co wcale nie dziwi – przynajmniej mnie – ponieważ babranie się prawicowej partii, która ledwo wygrała wybory, w tak kontrowersyjnych tematach może skutkować zmianami, które doprowadzą do zwrócenia władzy tym „nie naszym”. Oczywiście wielu, zwłaszcza katolickich, publicystów oburzyło się, wskazując, że PiS zawiódł oczekiwania wyborców, że jest za śmiercią itp. Inni słusznie przypominali, że PiS wygrał wybory, ponieważ dawał nadzieję na rozliczenie układu III RP na czele z Platformą Obywatelską, oraz obiecywał takie nagrody, jak choćby 500+. Nie zaś dlatego, że obiecywał zniesienie aborcji. Ten temat nie był poruszany w kampanii wyborczej, PiS nic podobnego nie obiecywał, a oczekiwania z tym związane wynikały z przekonania części wyborców o „swojości” PiSu bardziej niż z jakichkolwiek deklaracji.

Choć sejm bardzo szybko uciął wszelkie spekulacje na temat wprowadzenia ustawy antyaborcyjnej, protesty dotyczące tej kwestii trwają do dzisiaj. Setki kobiet biorą udział w czarnych protestach, krzycząc że należy wyzwolić ich macice. Z kolei inni, którzy zdecydowani są opowiedzieć się za całkowitym zakazem aborcji, stają okoniem wobec propozycji karania kobiet za dokonanie aborcji. To dotyczy także biskupów, którzy twierdzą, jakoby miejscem odpowiednim do pokonania problemu dokonanej aborcji jest konfesjonał, a nie więzienie. PiS, ze względów politycznych, usiłuje uciąć kontrowersyjny temat i pozostać przy słabym kompromisie aborcyjnym – przynajmniej na razie. Ale konflikt, sztucznie podtrzymywany, toczy się mimo tego.

nataliamadziaNapisałem, że biskupi są przeciw aborcji, ale i przeciw karaniu kobiet. Tę opinię podziela wielu znanych mi katolickich publicystów. Traktują aborcję jako zabójstwo człowieka, ale i jako wielki dramat matki, która przeżywa potem syndrom postaborcyjny i nie powinna jeszcze do tego siedzieć w więzieniu. Z czego wynika ta dziwna dysharmonia? Moim zdaniem z tego, że w naszej świadomości utkwiło poczucie, że aborcja to jest – faktycznie – zabójstwo, ale nie takie zwyczajne zabójstwo. Nikt nie ma wątpliwości co do tego, że kobietę, która zabija swoje półroczne (patrz: Mama Madzi), a nawet kilkudniowe dziecko, należy ukarać za zamordowanie człowieka. Jednocześnie tę samą kobietę, która dokonałaby – nawet nielegalnej – aborcji należałoby wysłać do spowiedzi albo do psychologa, ale z pewnością nie do więzienia.

Temat aborcji, kompromisu, konfliktu aborcyjnego i czarnych protestów towarzyszy naszej codzienności od tak dawna, że daliśmy sobie wmówić, że aborcja nie jest jak każde zabójstwo. Owszem, mordujemy w ten sposób człowieka – powie wielu – ale to wielki osobisty dramat. Nie jest wielkim osobistym dramatem zabicie teściowej, męża albo pięcioletniego dziecka. To morderstwo – oczywiście nie zawsze opatrzone tym samym poziomem winy (bo do każdego morderstwa można zostać przymuszonym lub sprowokowanym). Ale aborcja jest osobistym dramatem i nie powinna podlegać karze. Pozwoliliśmy się dać przekonać zwolennikom „wyboru” i uczestnikom czarnych marszów, że zabicie własnego dziecka przed porodem jest obarczone niższą winą niż zabicie go po porodzie.

Ustawa społeczna zakazująca aborcji zakładała karanie kobiet z możliwością ew. odstąpienia od wymierzenia kary. O ten konkretny zapis wszystko się rozbiło, przynajmniej z perspektywy biskupów i części publicystów. Ale przecież jeśli czymś naturalnym jest zakazanie zabijania nienarodzonych w przypadku choroby, gwałtu i zagrożenia zdrowia matki, to dlaczego nie jest czymś naturalnym karanie za złamanie tego zakazu? Logika zakłada co innego. Zabójstwo podlega karze. Aborcja jest zabójstwem. Zatem aborcja podlega karze.

Dopóki nie dopuścimy do naszej katolickiej świadomości, że aborcja nie jest jakimś innym rodzajem zabójstwa, za który nie powinno się karać, dopóty kobiety takie jak Natalia Przybysz będą chwalić się w mediach bezkarnym zabijaniem własnych dzieci. Bo gdyby zabiła którekolwiek z pozostałych swoich dzieci, czekałaby na długą odsiadkę. Ale że zabiła to, które jeszcze się nie urodziło, nawet nie przychodzi nam do głowy, że miejsce w więzieniu byłoby dla niej czymś najzupełniej naturalnym.

Jednak czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. A przynajmniej żal nieco mniej.

____________________________________

We wpisie zastosowano zdjęcie zestawiające przypadek mamy Madzi i Natalii Przybysz. Źródło: wykop.pl.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Co wolno wojewodzie?

Pozostańmy dziś w tematyce prawa, ale zajrzyjmy do niego od innej strony. Ostatnio zastanawialiśmy się nad tym, czy prawo naturalne jest ważniejsze od prawa stanowionego i czy na przykład lekarz może odstąpić od wykonania czynu nakazanego prawem, ale niezgodnego z prawem naturalnym. Dziś chciałbym zadać i odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób prawo obowiązuje istniejącą władzę. Popularne bowiem jest wśród rządzących nami polityków stwierdzenie, że katolikiem (czy szerzej – osobą wierzącą) można być sobie prywatnie, ale jeśli rządzi się państwem (miastem, gminą, itp.), swoje wierzenia należy zostawić w domu. Próbuję sobie wytłumaczyć jakoś to zjawisko i od niedawna pojmuję, że może tu wchodzić w grę takie myślenie, jak na przykład w kwestii hobby. Załóżmy, że prezes firmy zbiera klocki lego. Jednak kiedy przychodzi do biura, nie kieruje się swoją pasją, ma zdecydowanie inne rzeczy na głowie i nie może podejmować decyzji związanych z firmą na podstawie swoich zainteresowań. Albo kobieta, która do biura dojeżdża na rolkach, przed wejściem do pracy zdejmie legginsy i założy spódnicę. Takie życie – to co w domu, to w domu. To co w pracy, to w pracy. Niestety, to myślenie jest błędne gdy chodzi o wiarę.

Dobro i złoReligia której bowiem człowiek jest wyznawcą to nie tylko swego rodzaju osobiste zainteresowanie. W ramach religii występuje także wiara w jakiś wyższy byt, jak również wyznawane wartości. To dotyczy każdej religii, nie tylko chrześcijaństwa, a wyznawane wartości są tu słowem kluczowym. Wartości bowiem, które się wyznaje, przekładają się na życie. Nigdy nie było inaczej – jeśli ktoś prywatnie nie kopie kotów, to nie robi tego także publicznie tylko dlatego, że swoje przekonania zostawił w domu. Przekonań nie zostawia się w domu i każdy trzeźwo myślący człowiek dojdzie do tego wniosku. Człowiek, który prywatnie pomaga sierotom, będzie pomagał im także publicznie, chyba że jest zakłamanym dwulicowcem. Arab, który nie je wieprzowiny w swoim domu nie tknie jej także na oficjalnym przyjęciu. I tak dalej, przykłady można by mnożyć. Co więc zmienia się w przypadku spojrzenia na katolików? Coś sprawiło, że od lat stanowią oni polityczny i medialny wyjątek od reguły. Jeśli jesteś katolikiem, swoją wiarę i przekonania masz – jak wspomniano – zostawić w domu i nie kierować się nimi na zewnątrz. Tymczasem katolicyzm rzeczywiście jest w jakiś sposób wyjątkowy – nie dlatego, że nie niesie z sobą przekonań przekładających się na życie, lecz właśnie wręcz przeciwnie. Katolicyzm to wiara w to, że Bóg zbawił świat przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna, a przekonania które kierują życiem katolika opierają się nie na dziwnych prawach opatentowanych przez głowy myślicieli, lecz na prawie naturalnym, na naturalnym dążeniu do dobra. Podstawowe zasady umieszczone w kodeksie postępowania katolika dotyczą nieczynienia krzywdy, lecz wprowadzania dobra. „Nie zabijaj” pomaga nam nie decydować o mniejszym czy większym złu w przypadku potrzeby zamordowania kogoś, lecz wyraźnie stawia sprawę: nie wolno zabijać ani chorych, ani umierających, ani starych, ani nienarodzonych, ani innowierców. Przykazanie „nie cudzołóż” dotyka oczywistej zasady o pozostawaniu na wyłączność dla swojego męża czy żony, bez zdrad, skoków na boki i wielożeństwa, które muszą wprowadzać rozłam. W samym katolicyzmie nie ma zasad odnośnie zakazów jedzenia czy picia czegoś, albo podcierania się tą a nie inną ręką. Jedyne prawa kierujące życiem katolika dotyczą zbliżania się do Boga – w sposób wybitnie nieinwazyjny – oraz przestrzegania podstawowych ludzkich praw, wynikających z ludzkiej natury.

Zatem katolik jest w prosty sposób zmotywowany do przestrzegania naturalnego porządku rzeczy i tym się ma kierować. Jednak są ludzie, którzy Boga omijają szerokim łukiem, ale żyją dobrze. Słyszałem kiedyś, że choć odrzucają oni trzy pierwsze przykazania, żyją według siedmiu pozostałych. Mogę żałować, że nie chcą oni zbliżać się do Boga, ale muszę docenić ich postępowanie w zgodzie z prawem naturalnym. I rzeczywiście istnieją ateiści czy agnostycy będący kategorycznie przeciw aborcji (to może się niektórym wydawać paradoksem, ale w żadnym razie nim nie jest), a także tacy, którym do głowy nie przyjdzie zdradzenie żony. Mówi się, że mocna wiara w Boga i zbawienie motywuje do przestrzegania praw moralnych i to jest prawda, ale dla niektórych nie jest to warunek konieczny. I odwrotnie – choć odejście od Pana często sprowadza się do rezygnacji z dobra w życiu, to nie musi się tak zdarzyć i nie zawsze się zdarza. Ciekawostką jest jednak inne zjawisko, które obserwujemy w dzisiejszym świecie i które próbuje zdominować opinię publiczną – jest to wspomniany wcześniej nacisk na porzucenie praw moralnych dla „dobra” ludzkiego. Samo z siebie to zjawisko jest już paradoksalne, przecież prawo moralne działa właśnie dla dobra ludzkiego. Nie ma większego ludzkiego dobra niż to zawarte w moralnym prawie naturalnym. Polecenie „nie zabijaj” nie jest dążeniem do mniejszego dobra, niż polecenie „możesz zabijać, jeśli twoja ofiara jest chora lub niepełnosprawna”. Ale media i politycy trąbią dookoła, że prawo moralne należy zostawić w domu, że swoją wiarę i przekonania należy zostawić w domu i w życie publiczne iść z takimi przekonaniami, jakie głoszą media właśnie. Że należy przestrzegać prawa stanowionego nawet gdy jest niezgodne z prawem naturalnym.

Hanna Gronkiewicz-WaltzCo zatem wolno wojewodzie? Co wolno premierowi, prezydentowi kraju czy miasta? O tych rzeczach mogliśmy się przekonać nie raz. Pani Ewa Kopacz, deklarująca się jako wierzący katolik, w sprawie „Agaty” zaś osobiście wskazująca szpital, w którym czternastolatka mogła usunąć swoje całkowicie zdrowe dziecko, które naprawdę nie powstało w wyniku gwałtu (ale w wyniku „czynu zabronionego” – współżycia z dzieckiem poniżej 15 lat), sama uzasadniając swoją decyzję powiedziała, że przekonania katolika nie mogą wchodzić do polityki, że muszą pozostać w domu. Po nastąpieniu aborcji ludzie zastanawiali się nad tym, czy Ewa Kopacz nałożyła na siebie kościelną ekskomunikę, czy nie, o czym już pisałem. Prezydent Komorowski opowiadał się oficjalnie za in vitro, jednocześnie będąc przekonanym, że może sobie spokojnie przystępować do komunii, a żaden z biskupów nie powiedział mu, że jest odwrotnie – nadal sami biegali do niego z Panem Jezusem (więcej u mnie tutaj). Dziś wreszcie sytuacja się powtarza. Nieodwołana w warszawskim referendum prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zdejmuje ze stanowiska dyrektora szpitala Świętej Rodziny profesora Bogdana Chazana. Robi to, ponieważ ten odmówił aborcji kobiecie z niepełnosprawnym dzieckiem i nie udzielił jej informacji o tym, gdzie mogłaby tej aborcji dokonać. Sama Gronkiewicz-Waltz jednocześnie od wielu lat podkreśla swój katolicyzm, swoją przynależność do Odnowy w Duchu Świętym, swoje przywiązanie do Jana Pawła II. Jej wypowiedzi w tym temacie mogą być przez niektórych uważane wręcz za fanatyczne. A jednak tak, jak brakiem kompetencji i logicznego myślenia, pani prezydent cechuje się również brakiem tego przywiązania, brakiem przywiązania do – podobno wyznawanych – zasad moralnych. Z jej toku rozumowania wynika, że ma swoje bardzo poważne przekonania, ale jako prezydent Warszawy ma obowiązek przestrzegać obowiązującego prawa. Wielokrotnie udowodniono już, że prawo to obowiązuje tylko medialnie, nie było bowiem podstaw prawnych do usunięcia doktora Chazana ze stanowiska dyrektora, ale prawo medialne okazało się ważniejsze zarówno od prawa moralnego, jak i stanowionego. Podobnie przecież było w przypadku czternastoletniej Agaty, której ciążę zakończono ze względu na medialną nagonkę i była to pierwsza aborcja, której przyczyną był „czyn zabroniony” nie będący gwałtem.

Ale nie to wolno wojewodzie. Wojewoda czy prezydent katolik ma w pierwszej kolejności obowiązek przestrzegania prawa naturalnego. Prezydent Warszawy czy minister zdrowia podający się za katolików mają w pierwszej kolejności bronić prawa do życia – każdego życia – a nie walczyć o możliwość zabicia, a w przypadku niedokonania owego – zwalniać prawego moralnie lekarza. Dlatego dziś oczekuje się mocnego, głośnego wezwania biskupów w stronę pani Hanny Gronkiewicz-Waltz, która udowadnia, że katoliczką za bardzo jednak nie jest. Nie żyje tym, w co wierzy. I my wszyscy musimy pamiętać, że jeśli jesteśmy katolikami, jeśli znamy prawo moralne, musimy przestrzegać go zawsze, w każdym momencie życia. Wejście w politykę, w życie medialne, studia medyczne i żadną inną dziedzinę nie upoważnia nikogo do łamania prawa moralnego. A my oczekujemy na takich polityków-katolików, którzy za priorytet postawią sobie przestrzeganie prawa moralnego w państwie, w którym żyjemy.

Nie wolno wojewodzie, ani tobie, smrodzie!
____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Dobro i zło – grafika za: http://roznice.com/swiat-nauki/roznice-miedzy-etyka-a-moralnoscia/
2. Hanna Gronkiewicz-Waltz, za: http://www.se.pl/wydarzenia/warszawa/warszawiacy-chca-odwoac-prezydent-hanne-gronkiewicz-waltz_320360.html

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Tu wasz szeryf, przestrzegajcie prawa!

Zanim „Wprost” wywołał aferę podsłuchową i stał się wielkim obrońcą wolności słowa, postanowił powiesić kilka słów na wybitnym, znanym i poważanym lekarzu Bogdanie Chazanie. Było to związane z podpisaniem przez wielu lekarzy tzw. deklaracji wiary, w której opowiadali się oni za ochroną życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Profesor Chazan także tę deklarację podpisał, a poszedł na pierwszy ogień mainstreamowych mediów ponieważ jego nazwisko jest szczególnie znane. Jeśli chcesz zniszczyć jakąś ideę – zaatakuj kogoś, kto stoi na jej szczycie, jeśli spadnie, tym większa będzie klęska całości. Tak też do dr Chazana wybrała się kobieta, której nienarodzone dziecko miało poważną wadę i niewielkie szanse na przeżycie po urodzeniu. Doktor nie zdecydował się na dokonanie aborcji, odmówił też udzielenia informacji o innym miejscu, gdzie można by przeprowadzić zabieg przerwania ciąży. W związku zwłaszcza z tą drugą kwestią media i internet zagrzmiały – po raz kolejny – o konieczności respektowania i przestrzegania przepisów prawa przez lekarzy, polityków, przedsiębiorców itp. I dlatego dziś o przestrzeganiu prawa właśnie.

prawoTaka tendencja właśnie daje się zauważyć, zwłaszcza wśród liberałów, tj. ludzi, którzy podobno optują za wolnością. Oni to właśnie kategorycznie żądają od lekarzy przestrzegania przepisów prawa jeśli chodzi o aborcję. Polskie prawo dopuszcza dokonanie aborcji w trzech przypadkach: gwałtu, trwałego uszkodzenia płodu i narażenia go na chorobę lub śmierć, oraz zagrożenia życia lub zdrowia matki. Jeśli zaś któryś z lekarzy ginekologów nie podejmuje się dokonania tego procederu, odzywają się głosy, że takie jest prawo i należy go przestrzegać. Jeśli powołamy się na klauzulę sumienia, padają hasła, że liczy się prawo, a nie jakieś klauzule sumienia. Dość zaznaczyć, że dla niektórych ludzi zwroty „deklaracja wiary” i „klauzula sumienia” łączą się w jedno. Można podać im argument: klauzula sumienia jest zapisana w prawie (art. 39 Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty z 5 grudnia 1996). Usłyszymy jednak, że lekarz odmawiający dokonania świadczenia medycznego ma prawny obowiązek wskazać inne miejsce, gdzie zabieg zostanie wykonany. Kto tego nie robi, działa poza prawem, a prawa trzeba przestrzegać.

Z pewnymi wyjątkami, takimi jak rzeczona klauzula sumienia.

Do czego dążę? Prawo krajowe może być różne. Każdy kraj nakłada jakieś przepisy, które z jakiegoś powodu wydają mu się w porządku. W naszym prawie kary cielesne są zabronione, a w niektórych stanach USA nie są. W Stanach jest kara śmierci, u nas z niej zrezygnowano. W Polsce można jeździć po autostradzie z prędkością 140 kilometrów na godzinę, choć jest to jak na standardy światowe wysoki limit (większość krajów ma max. 130). Z drugiej strony na autostradzie w Niemczech pojedziesz ile fabryka dała (sugerowane ograniczenie to 130, ale nie jest ono obowiązkowe). Jak więc widać każdy kraj ma swoje prawa i w każdym są one inne. Można powiedzieć – przestrzegaj prawa, jakie obowiązuje w twoim kraju. Jednak w każdym kraju i prawa aborcyjne są różne. Są kraje, gdzie jest całkowity zakaz i takie, gdzie można usuwać ciążę w każdym wieku i bez względu na przyczynę. Nie wygląda przy tym na to, by Polki czy Arabki przestrzegały tylko tego prawa, które obowiązuje w ich kraju. Jeśli chcą dokonać aborcji „na żądanie” mogą pojechać np. do Szwecji. Jeśli mają trudności ekonomiczne, mogą też spokojnie pozbyć się płodu w Wielkiej Brytanii. Nie ma grzmienia: przestrzegaj prawa obowiązującego w twoim kraju! Dlaczego?

WoodyPrzede wszystkim dlatego, że głównym argumentem liberałów nie jest wcale idea przestrzegania prawa. Prawo tu jest wyłącznie słowem-wytrychem mającym wymusić na lekarzach to, czego chcą ludzie (niektórzy). Ci sami liberałowie walczący o dostęp do legalnej aborcji są za tym często, by bez problemu mieć dostęp do narkotyków, by jeździć z instynktowną prędkością po drogach, by ściągać muzykę, gry, filmy z internetu. Zatem prawo jest dobre wtedy, gdy działa na naszą korzyść (czy – mówiąc inaczej – dla naszej przyjemności, bo my tak chcemy). Jeśli zaś prawo nie działa tak, jak my byśmy chcieli, to są trzy wyjścia: łamać prawo; naciskać na zmianę prawa; jechać gdzieś, gdzie prawo działa tak, jak byśmy chcieli. Prawo zatem dotyczące aborcji jest bardzo dobre dla lekarzy – tzw. kompromis aborcyjny jest czymś, co sprawia, że lekarz powinien uczciwie usuwać ciąże pacjentek. Jest jednak zły dla liberałów i nie jest prawdą, że należy mieć do prawa szacunek. Prawo należy zmieniać, by aborcja była dostępna na życzenie – nigdy w drugą stronę. Tak samo jest w kwestii związków partnerskich czy tzw. homoseksualnych małżeństw. Tu nie mamy prawa powiedzieć: szanujmy nasze prawo, które pozwala zawierać małżeństwa między osobami płci przeciwnych. Nie, musimy powiedzieć: prawo trzeba zmienić. Tak, by działało na naszą korzyść.

Jak to jednak jest z tym prawem? Prawo istniało od wieków. Rzymianie stworzyli przepisy prawne i sposób ich ujmowania jaki znamy do dziś. Ale inne kultury też miały swoje prawo. Żydzi, od których chrześcijaństwo bierze początki, mieli Prawo, które było prawem religijnym i składało się z wielu przepisów dotyczących czystości rytualnej czy wyciągania konsekwencji z czynów innych ludzi. Ale europejska kultura oparta jest na filarze prawa rzymskiego, nie żydowskiego. Jest też oparta na filarze greckiej filozofii. Oraz wiary chrześcijańskiej. Ale chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, jak to więc jest z tym Prawem?

kazanie-na-gorzeOtóż Prawo wypełniło się w Chrystusie. On zniósł dla nas wszelkie przepisy prawne nie mające nic wspólnego z prawem Bożym. Przepisy rytualne zostały przezeń odtrącone: „Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to go czyni nieczystym” (Mt 15,11). Przepisy o kamienowaniu czy karze śmierci zostały odtrącone: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień” (J 8,7). Jezus odtrącił Prawo i dlatego chrześcijaństwo nie jest religią prawa. Chrześcijaństwo jest religią miłości, wiary i nadziei. Ale to nie znaczy, że prawo przestało istnieć z chwilą przyjścia Chrystusa. Jezus sam wyniósł niektóre prawa na wyżyny – jak choćby to o cudzołóstwie, gdzie nie należy nawet pożądliwie spoglądać na kobietę. Powiedział też, żeby oddać Bogu co boskie i Cezarowi co cesarskie. I w tych dwóch sprawach sięgamy sedna prawa samego w sobie. Istnieją bowiem dwa rodzaje prawa: prawo naturalne i prawo stanowione. Chrystus odtrąca bezsensowne przepisy prawa stanowionego. Prawo naturalne jednak wyjaśnia i podnosi do najwyższej rangi. Nakazuje jednocześnie przestrzegania prawa stanowionego tam, gdzie ma ono sens. Zatem tam, gdzie nie stoi ono w wyraźnej opozycji do prawa naturalnego.

Prawo naturalne to nie jest jakiś wymysł Kościoła – jak chcieliby niektórzy. To tak naprawdę wrodzone poczucie sprawiedliwości, które mają w sobie wszyscy ludzie. Prawo mówiące nam, że każdy człowiek ma prawo do życia. Prawo mówiące nam, że wchodząc w związek z innym człowiekiem winien mu jesteś uczciwość. Prawo mówiące, że nie da się utrzymać ludzkości przy życiu, jeśli będziemy się łączyć w pary jednopłciowe. I tak dalej, i tak dalej. Oczywiście człowiek tym różni się od zwierzęcia, że jest w stanie to prawo zagłuszyć (albo oddać w dyspozycję Kościołowi). I tak zamiast „człowiek” mówi „płód”. Stawia wartość życia matki wyżej niż wartość życia dziecka. Zezwala na klauzulę sumienia w kwestii zabijania, pod warunkiem, że wskaże się zabójcę w zastępstwie. Lub stawia prawo stanowione wyżej, niż prawo naturalne.

Tu jest poważny błąd. W prawie stanowionym są bowiem prawa neutralne względem prawa naturalnego (np. kwestia prędkości na autostradzie), te z nim zgodne i takie, które są niezgodne. Jak choćby kwestia aborcji. W naturze ludzkiej oczywiste jest poddanie życia dziecka wtedy, kiedy życie matki jest zagrożone i jest pewność, że w razie braku reakcji oboje umrą. Wówczas mamy prawo podejmować działania, które pośrednio mogą doprowadzić do śmierci płodu (choć nie możemy bezpośrednio go zabijać). Dziecko bowiem zagraża zarówno życiu własnemu, jak i matki – dla ratowania obojga możemy poświęcić, niespecjalnie, to słabsze. W innych przypadkach zabijanie nienarodzonego jest niezgodne z naturą. Kwestie zdrowotne bowiem nie są nigdy ważniejsze od naturalnego prawa do życia. Podobnie ma się sprawa z gwałtem: poczęty człowiek nie jest winien gwałtu dokonanego na matce i nie może zostać zamordowany dla – pozornego często – komfortu psychicznego tejże matki. Każde zaś prawo stanowione, które nie jest zgodne z prawem natury, musi podlegać odrzuceniu przez ludzi sumienia. Nie ze względu na wiarę, lecz na prawdę. Bo nie tylko chrześcijanie sądzą, że należy żyć zgodnie z prawem naturalnym. A prawa stanowionego przestrzegać zawsze wtedy kiedy nie stoi w sprzeczności z prawem naturalnym.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Symbole prawa – sędziowski młotek i waga Temidy, źródło: http://www.angliaodszkodowanie.pl/poradnik-pracownika/prawa-i-obowiazki-pracownika-w-anglii.html
2. „Uwaga! Tu wasz szeryf! Przestrzegajcie prawa!” – fragment z filmu „Toy Story”, za http://www.youtube.com/watch?v=xfHyQ4m3BxU
3. Kazanie na górze – malowidło z kościoła w Dąbrówce Wisłockiej, Parafia Matki Bożej Nieustającej Pomocy i św. Kazimierza, za: http://dabrowkawislocka.pl/wnetrze-kosciola/

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 komentarze

Jakie to jest piękne w porównaniu

Kilka tygodni temu światem i światem mediów wstrząsnęła informacja o psychopatycznym mordercy, który zaatakował i zabił 26 osób w Connecticut, USA, w tym w większości dzieci w wieku 5-10 lat. Sprawa wydaje się być okropna, przerażające zdarzenie, okrutna śmierć niewinnych, kochanych dzieci, których kochali rodzice, które miały przed sobą całe życie. Sam, jako ojciec dwójki, nie mam pojęcia jak ciężko przeżyłbym podobne zdarzenie.

Obama Connecticut

Przy okazji pojawiającej się informacji przedstawiono również tzw. demotywator, czyli obrazek mający za pomocą jednego zjawiska zwrócić uwagę na coś ważnego, ciekawego a czasem śmiesznego (i zdemotywować nas do nauki na przykład). Demotywator przytaczał słowa Baracka Obamy wypowiedziane w Connecticut: „Większość ofiar to dzieci. Małe, śliczne istoty, które nie skończyły dziesięciu lat. Miały przed sobą wszystko co najpiękniejsze: urodziny, wesela, narodziny własnych dzieci”. Autor obrazka zauważa następnie, że „W wyniku aborcji rocznie w USA zabija się ok. 1 milion 200 tysięcy »Małych, ślicznych istot, które nie skończyły dziesięciu lat. Które miały przed sobą wszystko co najpiękniejsze: urodziny, wesela, narodziny własnych dzieci.«” Dodaje na końcu „Aborcji powiedzmy stanowcze nie”. I ja osobiście, zaintrygowany kontrowersyjnością, ale i prawdziwością podobnego porównania zamieściłem demotywator na własnym profilu Facebook, wkręcając się przy okazji w niezbyt przyjemną dyskusję.

Duża liczba osób przeciwnych takim porównaniom argumentuje, że nie powinno się takich rzeczy robić z szacunku choćby dla rodzin dzieci, które zginęły w wyniku ataku. Inni twierdzą, że płaszczyzna nie jest jednakowa, że porównujemy dwie odmienne sprawy. Oczywiście zwolennicy aborcji w ogóle nie widzą związku, ponieważ dla nich aborcja jest decydowaniem o własnym życiu i ciele, a strzelanina morderstwem. Ja jednak widzę związek i to oczywisty, zwłaszcza że nie tyle uderzamy tu w czyjkolwiek żal po utracie dziecka (który rozumiem doskonale), lecz w słowa Baracka Obamy, który okazuje się być po raz kolejny dwulicowym oszustem. Z jednej strony bowiem wzrusza się nad ciałami dzieci, które zginęły z ręki szaleńca, z drugiej zaś wspiera aktywnie aborcję, nawet w późnym etapie ciąży. Nie widzi przy tym, albo nie chce widzieć, że śmierć dziecka jest identyczna w tym i w tamtym przypadku, że rzeczywiście w obu przypadkach mamy do czynienia ze ślicznymi, małymi istotami, które nie skończyły 10 lat. Różnicę widzę w tym, że dzieci z Connecticut zdążyły coś przeżyć, coś zobaczyć, coś narysować i powiedzieć. Ludzie się do nich przyzwyczaili, polubili je, pokochali. Pałali do nich różnymi radosnymi uczuciami. Dzieci przed narodzeniem właściwie jeszcze nie są nawet widoczne, chyba że mówimy o wypukłym brzuchu ich matek albo niewyraźnym obrazie USG. Nie zdążyły zbyt wiele zrobić i niewiele osób się do nich przyzwyczaiło. Niewiele osób darzyło je uczuciami w ogóle. Dla kogo jednak w tym przypadku zmienia się perspektywa? Wyłącznie dla ludzi, którzy tymi uczuciami dzieci objęli. Rodzice cierpią bardziej (zwłaszcza, że w Connecticut ich dzieci zginęły nie z ich woli, a w aborcji ważna jest najczęściej osobista decyzja matki), nauczyciele i sąsiedzi również (w przypadku aborcji nie mieli dotąd z dziećmi do czynienia), cierpi także bardziej prezydent Obama. Czy zmienia się jednak perspektywa dzieci, które zostają zabite? Nie! Zarówno w ataku zamachowca, jak i w procesie aborcji umierają dzieci, które były małymi, ślicznymi istotkami, które miałyby przed sobą urodziny, własny ślub (albo i nie), własne dzieci (albo i nie), gdyby nie zostały zabite. Zarówno w Connecticut jak i w całej Ameryce, w całym świecie giną dzieci, które za każdym razem są tak samo wartościowe jako osoby. Dostaliśmy jednak poprawnie polityczny społeczny zakaz komentowania i porównywania, przez wzgląd na uczucia rodzin ofiar.

W związku z powyższym chyba powinniśmy przestać również komentować aborcję samą w sobie, przez wzgląd na syndrom postaborcyjny.

Co ja bym zrobił, gdyby podobna sytuacja zdarzyła się w moim przypadku? Mam nadzieję, że Bóg pozwoli mi uniknąć podobnego przeżycia, mówię czysto teoretycznie. Gdyby prezydent Komorowski, wprowadzający prawo dotyczące in vitro i optujący za „kompromisem aborcyjnym”, albo pani Ewa Kopacz – marszałek sejmu, która niegdyś pomogła „Agacie” zabić swoje dziecko, przyjechali do szkoły i zaczęli wyrażać swoje ubolewanie nad tą tragedią, osobiście nakazałbym dwulicowcom zamknąć otwory gębowe. Podobnie jak robią rodziny niektórych ofiar wypadku pod Smoleńskiem z 2010 roku, które nie chcą mydlenia oczu i fałszywych łez, tylko odkrycia prawdy. Gdyby zaś ktoś porównywał sytuację śmierci w wyniku strzelaniny do czegoś, czego nie popieram, np. promując przy tym homoseksualizm, zaoponowałbym. Jeśli jednak celem działających byłoby ukazanie tego, w jaki sposób prezydent czy rząd nas oszukują, prawdopodobnie bym przyklasnął.

Jedno niestety jest pewne: Społecznie plaga aborcji, a więc masowych zabójstw dzieci przed ich narodzinami (ale także wywoływania porodów w późnej ciąży i pozostawianie żywych dzieci aż umrą śmiercią głodową) wydaje się być błahostką w porównaniu ze strzelaniną w której giną dzieci nieco starsze. W wyniku tego zarysowuje nam się ciekawy obraz. Prawdopodobnie pani Katarzyna W., która zabiła swoją półroczną córeczkę Magdę i jest aktualnie publicznie i społecznie zlinczowana, a grozi jej ogromny wyrok (co oczywiście popieram) byłaby bożyszczem feministek i wielkim argumentem za legalizacją aborcji na życzenie, gdyby dokonała tego samego jakieś 9 miesięcy wcześniej…

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 14 komentarzy

Tuskoterror a prawda obiektywna

Kilka dni temu projekt Solidarnej Polski dotyczący ograniczenia możliwości dokonywania aborcji ze względu na uszkodzenia płodu przeszedł w sejmie do dalszego etapu. Stało się to za sprawą 40 posłów Platformy Obywatelskiej i 19 Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy zagłosowali przeciw wnioskowi o odrzucenie tejże ustawy z dalszych prac. Rękę do sprawy przyłożyło kolejnych 28 posłów PO, którzy nie zagłosowali w ogóle, zmniejszając ilość osób głosujących za odrzuceniem. Wśród tych ostatnich był również poseł Jarosław Gowin, minister sprawiedliwości i to właśnie posłowie z jego skrzydła wypowiedzieli się przeciw dotychczasowej liberalizacji.

W efekcie tego głosowania, w połączeniu ze spadkiem poparcia dla partii, premier Donald Tusk postanowił ogłosić w sejmie głosowanie za wotum zaufania rządu. Przy tym powiedział wiele słów mających świadczyć o jego autorytecie i charyzmacie przywódcy. Zaznaczył, że Platforma nie będzie brała udziału w wojnie aborcyjnej, że kompromis w kwestii aborcji jest dla nas bardzo ważny i ruszanie go doprowadzi do rzeczonej wojny. „W sposób jednoznaczny powiedziałem, że uważam to za błąd pod każdym względem” – wypowiedział się premier po tym, jak pod wpływem niepomyślnego dla niego głosowania spotkał się ze swoim klubem parlamentarnym. Podobno bardzo dobitnie skarcił konserwatywne skrzydło PO, na czele z Jarosławem Gowinem, któremu miało się najbardziej dostać (donosił sam mrygający ekran w pociągu komunikacji podziemnej, który jest napędzany przez Agorę). Oczekiwał przy tym – powiedział to oficjalnie – jak najszybszego naprawienia tego ewidentnego błędu, jakim było głosowanie nie po jego myśli.

Nie wiem czym Tusk zastraszył swoich posłów (wyrzuceniem z partii? Odrzuceniem kandydatury przy kolejnych wyborach? Mafią wołomińską?), grunt że już rano w dniu wystawiania pakietu zaufania rządowi któraś z posłanek głosujących przeciw aborcji dzieci upośledzonych wypowiadała się w Dzień Dobry TVN przekonując widzów, że popełniła straszny błąd, tak jakby niechcący wcisnęła nie ten guzik, co trzeba. Pani Pieńkowska i druga pani, z Federacji na rzecz kobiet, czule ją głaskały po główce, pocieszając, że wszystko będzie dobrze, czując się przy okazji zwycięsko – wszystko jednak będzie po ich myśli. Wotum zaufania dla Tuskorządu przeszło, choć sam pan premier powiedział, że „ci, którzy mają inne zdanie w tej kwestii, mogą je zademonstrować jutro” – podczas udzielania wotum zaufania. Wszyscy posłowie PO zagłosowali jednak za zaufaniem rządowi. Bali się o posady (Tusk skonstruowałby nowy rząd już bez Gowina), miejsca w partii, a może tylko grali, żeby dalej głosować przeciw aborcji? Nie wiem. Wiem że póki co wygląda na to, że Tusk gnoi przeciwników mordowania niewinnych chorych dzieci (to się nazywa eugenika) i wychodzi na tym zwycięsko.

Kwestia głosowania za lub przeciw aborcji dotyka jednak wolności sumienia. Która to wolność sumienia jest, jak mi się wydaje, również medialnym tworem wyprodukowanym na potrzeby chronienia moralności przed zepsutym światem. Wolność sumienia mówi: nie dokonam aborcji, bo sumienie mi na to nie pozwala. Druga zaś mówi: mnie pozwala, więc dokonam. A prawda jest taka, że nie wolno nam dokonywać aborcji w ogóle, bo aborcja jest złem – zabijaniem ludzi w tym stadium rozwoju, w którym nie mogą jeszcze nawet się bronić. Wolność sumienia nie ma nic wspólnego z prawdą (odniosę się przy tym do jednego z moich wcześniejszych wpisów o sumieniu), ponieważ subiektywnie dziś pojmowane sumienie pozwalałoby nam robić największe świństwa (w tym także negowanie prawa do wolności sumienia drugiej osoby, jeśli jej sumienie podpowiada jej coś, co nie jest poprawne politycznie). Aborcja jest zabójstwem, dlatego jest zła i posłowie głosujący przeciw niej de facto nie głosowali zgodnie z niezrozumianym dziś sumieniem, lecz zgodnie z prawdą. A prawda ta brzmi: człowiek zaczyna się w momencie poczęcia i bez względu na stan swojego zdrowia ma prawo przeżyć tyle, ile będzie mu dane. Tusk zaś, broniąc fikcyjnego kompromisu aborcyjnego (coś w rodzaju „W Polsce wolno mordować, ale tylko w niewielu przypadkach, nie jest tak najgorzej”) broni kłamstwa twierdzącego, że jak kobieta chce lub nie chce, to ma prawo. Że jak dziecko ma być chore, to lepiej żeby w ogóle nie żyło – a nam wolno o tym decydować, bo jesteśmy mądrzy i bardzo dużo chcemy.

No dobrze, dobrze, ale może jednak rzeczywiście eugenika jest wskazana? Może lepiej zabić dziecko pozbawione mózgu zanim się urodzi i samo umrze? Pojawiły się też argumenty, że jeśli dziecko ma się urodzić w rodzinie patologicznej, to może lepiej żeby w ogóle się nie urodziło, bo ma niewielką szansę na szczęście w życiu. Do tego oczywiście dochodzi wiele osób z zespołem Downa, które również nie zaznają szczęścia (a dzieci z zespołem Downa można legalnie abortować, bo są to płody uszkodzone). Ja powiem tylko tyle: drugi rok pracuję w szkole specjalnej. Mam tu zarówno dzieci z rodzin patologicznych (przeważają w klasach z lekką niepełnosprawnością intelektualną) i z zespołem Downa (głównie klasy z głębszą niepełnosprawnością). Widzę ogrom szczęścia zarówno w jednych, jak i w drugich. Jednych i drugich traktuję z równym szacunkiem, który nie wypływa z tolerancji do niepełnosprawnych, lecz z autentycznej sympatii do nich. Z jednymi i drugimi witam się, przybijam piątki, śmieję się i żartuję. I widzę, że mimo rozlicznych problemów (ci pierwsi) czy nieuleczalnej choroby (ci drudzy) potrafią oni szczęśliwie przeżywać czas, a przynajmniej jego fragmenty. Inaczej trzeba ich uczyć, inaczej wychowywać, ale zyskuje się przy tym mnóstwo radości.

I tu nie jest kwestia czyjejś granicy. Bo dla jednej matki granicą może być całkowite ograniczenie aborcji, dla drugiej posiadanie dwójki dzieci, a dla trzeciej rodzenie wyłącznie zdrowego potomstwa. Ale należy pamiętać, że to granicę dziecka tu przekraczamy i należałoby zapytać je o zdanie, czy pragnie zostać zabite, czy nie. Skoro jednak nie potrafi się póki co wypowiedzieć na swój temat, należy pozwolić mu pożyć przynajmniej tak długo, aż będzie w stanie ukazać nam swoją granicę. Tylko mordowanie dziecka z zespołem Downa, które przekroczyło 9 miesięcy życia jest nielegalne…

Mam nadzieję, że posłowie stojący po stronie prawdy nie dadzą się zgasić, nie pozwolą zamknąć sobie ust. Że następnym razem zagłosują tak samo. Szczerze w to wierzę, że Tuskowi zaszczuć się nie dadzą. Mocno się za to modlę.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 32 komentarze

Ja nie żyję w XVII wieku

Zdarza nam się słyszeć takie słowa wielokrotnie. Padają najróżniejsze stulecia. Może chodzić o wiek XV, XVI czy XIX. Częściej zaś pojawia się wzmianka o życiu w Średniowieczu. Czasami o epoce kamienia łupanego. Najważniejsze, że „Ja nie żyję w …”, tylko w XXI wieku.

Co to w praktyce oznacza? Oznacza to tyle, że mamy powszechny dostęp do internetu, jedzenie w hipermarketach i – najczęściej – toaletę w mieszkaniu. Co chcieliby, żeby to oznaczało? Bezwzględną wolność, rozumianą jako swobodę i liberalizm.

„Ja nie żyję w XVII wieku” oznacza, że mnie już nie dotyczą starożytne zasady, prawa moralne, nie obowiązują mnie złożone przysięgi, uczciwość, sprawiedliwość. Nie dotyczy mnie to wszystko, bo XXI wiek, w którym żyję, to wiek liberalizmu, pełnej swobody, robienia tego, co mi się podoba. Prawa moralne i zasady są dla lamusów z minionych epok. Prawda nie istnieje, istnieją tylko różne poglądy na różne sprawy. Dla katolika płód może być dzieckiem jeśli chce, dla kobiety robiącej karierę może być zwykłą naroślą do usunięcia. Względność. Ponieważ nie żyję w XVII wieku mogę się rozwieść, rozejść ze swoim mężem mimo złożonej przeze mnie przysięgi – obowiązywała ona tylko średniowiecznych mnichów, ale nie postępowych ludzi, takich jak ja. W poprzednich wiekach homoseksualizm uważany był za chorobę, ale przecież geje wywalczyli swoje prawa i teraz trzeba ich szanować, bo naprawdę głośno krzyczą, więc pewnie mają rację. W poprzednich stuleciach ich prześladowano, ale teraz ludzie zmądrzeli, wiedzą, że Bóg kazał się kochać – a geje przecież chcą tylko kochać.

Dziś państwo chciałoby, żeby młodzi rodzili jak najwięcej dzieci. Na szczęście młodzi są mądrzy – żyją w XXI wieku – i poprzestają na dwójce. A jak nie poprzestają, to znaczy, że nie są mądrzy. Wszak nie żyjemy w epoce średniowiecza, żeby nie wiem ile dzieci rodzić. I tak w koło Macieju. Ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona… Nie masz prawa nic mi mówić, nie masz prawa zwracać mi uwagi, nie masz nawet prawa planować trzeciego dziecka. Wszak żyję w XXI wieku. I możesz mi naskoczyć.

Niestety, nie jest tak prosto. Rzeczywiście, żyjemy w XXI wieku, w czasach określanych jako ponowoczesność, ale oprócz ludzkiego wyzwolonego myślenia i galopującej technologizacji nic się nie zmieniło. Prawda pozostaje prawdą. Prawo moralne pozostaje prawem moralnym. Jeśli zapytamy kogoś, czy istnieją kosmici, on może odpowiedzieć tylko „Jeśli istnieją, to istnieją, a jeśli nie istnieją, to nie istnieją”. Ponieważ nikt tego nie wie, nikt nie ma prawa powiedzieć „istnieją” albo „nie istnieją” tak, jakby to była prawda niezaprzeczalna. Jeśli jednak zapytamy, czy słonie istnieją, odpowiedź będzie oczywista: tak, istnieją. To nie może zależeć od czyjejkolwiek opinii. To jest prawda niezaprzeczalna, nawet jeśli jesteś niewidomy i nigdy słonia nie widziałeś. Czy płód jest człowiekiem, czy nie? Najprościej odpowiedzieć: nie wiemy. Jeśli nie jest, to odskrobujemy narośl. Jeśli jednak jest, zabijamy człowieka. Czy wolno nam podjąć ryzyko, jeśli odpowiadamy w najgorszym razie „nie wiem”? Nie wchodzę tu w naukowe dywagacje o początkach człowieka. Jeśli nie mam dowodów, nie wiem. Jeśli nie wiem, nie mam prawa skrobać, tak jak nie mam prawa wyburzyć budynku, w którym nie wiem, czy ktoś nie pozostał.

Inaczej ma się sprawa z rozwodami i opuszczaniem współmałżonka. Przysięga małżeńska brzmi bowiem „Ślubuję ci (…) że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Możemy mieć zaćmę. Możemy zapomnieć (skleroza, amnezja itp.), ale przysięgę złożyliśmy i ona nas obowiązuje. To, że żyjemy w XXI wieku nie jest, nie było i nie będzie dla nas usprawiedliwieniem. Możemy sobie żyć w XXXI wieku, na Syberii albo na Marsie, ale przysięga, którą składamy, obowiązuje nas do śmierci, a nie do początku nowego Millenium. Podobnie się ma sprawa z katolickim wychowaniem potomstwa poprzysięganym na ślubie. Każdy, kto brał i udzielał ślubu w Kościele przysięgał również, że wychowa po katolicku potomstwo. Jeśli ochrzcił to potomstwo, które parafię ujrzy następnie przy okazji pierwszej Komunii, to stał się hipokrytą składając przysięgę przed ołtarzem i przed ołtarzem chrzcząc dziecko. Nie okaże się większym hipokrytą wypełniając swój przysiężony obowiązek i zabierając dziecko na niedzielną mszę świętą. To, że żyjemy w XXI wieku nie uprawnia nas do krzywoprzysięstwa, kłamania, omijania prawdy i wymazywania z pamięci tego, o czym wobec Boga i Kościoła mówiliśmy. Jeśli jesteśmy tacy mądrzy, że XXI wiek upoważnił nas do swobody we wszystkim, na co przyjdzie nam ochota, to może wypnijmy się najpierw na te wszystkie obrządki, nie składajmy sakramentalnych przysiąg i nie ograniczajmy katolickiego wychowania do ochrzczenia. Żyjesz w XXI wieku? To było nie brać ślubu!

Prawda i moralność nie zmieniają się w zależności od okresu historycznego, ani od naszego widzimisię. Dziecko, które w wieku XVII było dzieckiem, teraz już pewnie nie żyje, ale to nie znaczy, że podobne dziecko z XXI wieku dzieckiem być przestało. Ślub zawarty w Średniowieczu był tyle samo warty, co ten zawarty w ubiegłą sobotę. Różnica nie tkwi w prawdzie ani w ważności przysięgi, lecz w dojrzałości współczesnych ludzi. Ludzi, którym wygodnie jest kłamać, oszukiwać, wykręcać się od odpowiedzialności. Jak małe dzieci oszukują dorosłych, żeby dostać cukierka. Robię to, co jest dla mnie wygodne i przyjemne, nawet jeśli w ten sposób okłamuję wszystkich. A tylko niech ktoś spróbuje mi powiedzieć, że kogoś okłamałem, to osobiście dostanie ode mnie w dziób!

Żony! Wracajcie do swoich sakramentalnych mężów! Mężowie! Wracajcie do żon, którym przysięgaliście na wszystkie świętości! Wychowajcie potomstwo, którym Bóg Was obdarzy(ł) w pełnej, prawdziwej rodzinie, po katolicku – jak obiecaliście, a w wielu przypadkach jestem świadkiem! Nie zwalajcie wszystkiego na XXI wiek! Jedna kreseczka wiosny nie czyni, nie ma znaczenia położenie wskazówek. Najwyższa pora dojrzeć! Dojrzeć – to znaczy wydorośleć i podjąć odpowiedzialność za to, co się mówi i robi.

To samo tyczy się kwestii rodziny. Jeśli chodzi o pokrewieństwo nie ma znaczenia, czy kogoś się za rodzinę uważa, czy nie. Krewnym się jest, albo się nie jest. Wybiera się tylko żonę albo męża. Raz na całe życie, nierozłącznie, aż do śmierci. Pozdrawiam!

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Kto nie lubi Owsiaka ma wstać, ma wstać, ma wstać

Niestety, jeśli wstaniesz, to prawdopodobnie dla zasady dostaniesz w papę. Jerzy Owsiak należy do kultowych, nietykalnych postaci w Polsce, zaraz obok Lecha Wałęsy. Napiszesz o nim coś niepozytywnego, choćby było to poważnie uargumentowanie, i lecą na ciebie gromy. Wystarczy spojrzeć na dyskusję, która przetoczyła się przez media i blogosferę (oraz FaceBook) w związku z ostatnim finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Może patrzę mało obiektywnie, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś wyraził powątpiewanie odnośnie zasadności istnienia WOŚP, był odpierany za pomocą chamskich, wulgarnych odzywek i ośmieszania, zamiast logicznych argumentów.

Owsiak

Osobiście wrzuciłem na mój profil FB demotywator, pod którym rozpętała się burzliwa dyskusja. Na democie napisano: „Tak się stara o życie dzieci, a aborcja to dla niego coś normalnego”. Nie jestem do końca przekonany, jakimi źródłami posługiwał się przy tym autor demotywatora, ale wiemy przykładowo, że w czasie Woodstoku Owsiak krytykował wystawę antyaborcyjną jako niemal kryminogenną, gorszą od połączenia dopalaczy z wódką. Tak czy inaczej pod moim wpisem rozpętała się dyskusja, w której – o dziwo – wzięli udział sami katolicy, z których większość jest magistrowanymi teologami. Większość wpisów zaś była bardzo nieprzychylna hasłu ukazanemu na obrazku. I pojawiały się naprawdę najróżniejsze argumenty. Jeden z teologów stwierdził na przykład, w odniesieniu do komentarza o wypaczonych poglądach moralnych pana Owsiaka, że „wg Ciebie one sa wypaczone moralnie – w odniesieniu do moralności katolickiej tak? czyli od systemu wartości moralnych danej osoby zależy ocena pogladów moralnych innej osoby. zostaje miejsce na szacunek dla tych co wierzą inaczej? czuja i myślą?” To mnie nieco zszokowało – coś takiego jak prawda przestało istnieć. A przecież prawda jest jedna i liczy się prawda, a nie poglądy poszczególnych osób. Aborcja jest złem nie dlatego, że ktoś ma takie poglądy, ale dlatego że jest złem właśnie, zabójstwem drugiego człowieka.

Inny teolog argumentował za pomocą tradycyjnej gry na uczuciach. Nie uważa Owsiaka za kogoś, kogo trzeba lubić, ale kiedy był chory, jechał do szpitala karetką zakupioną przez WOŚP, więc zdaje sobie sprawę, że jaki by Jerzy nie był, robi mnóstwo dobrych rzeczy. Podobny argument spotkałem na jednym z portali internetowych, gdzie krytykowali rzeczowy głos redaktora Faktu Łukasza Warzechy słowami: „Czy naprawdę jest tak, że zmieniamy zdanie na ten temat dopiero wtedy, kiedy ktoś z naszych bliskich jest leczony za pomocą sprzętu kupionego przez Fundację? Zawsze wydawało nam się, że nikomu nie trzeba tego tłumaczyć…” Gra na uczuciach: Orkiestra ci uratowała życie, to znaczy, że jest cudowna. Otóż mój syn, urodzony z poważną chorobą wrodzoną, dostawał do krwi antybiotyk z pomocą pompy zakupionej przez WOŚP. Być może to uratowało mu zdrowie. Bardziej prawdopodobne – gdyby pompa nie miała serduszka, pompowałaby antybiotyk tak samo. Zdrowie mój syn zawdzięcza wprawnemu zespołowi medycznemu i wstawiennictwu Bożemu, a nie Jurkowi Owsiakowi.

Uderzały mnie również komentarze wskazujące, że również katolicy, a nie tylko innowiercy (jak Owsiak) są różni: tacy, co są za aborcją, homoseksualiści i zdradzający żony. Po pierwsze wrzucanie wszystkiego do jednego worka jest błędem. Zdrada jest grzechem, z którego można wyjść i się obmyć, może być jednorazowa. Homoseksualizm może być niezależnym uczuciem, na które katolik wcale nie musi odpowiadać szukając sobie chłopaka. Jedynie pogląd za aborcją jest czymś stałym, co wyklucza w dużym stopniu katolika z uczestnictwa w Kościele. Katolik nie może być za aborcją, in vitro, czy choćby antykoncepcją. Jest to postawa życiowa niezgodna z duchem chrześcijańskim – i z Prawdą w ogólnym znaczeniu. Przy okazji podobnych argumentów pojawił się kolejny cios nie będący merytorycznym argumentem: „Przydałby się też jakiś konkret, w jaki to sposób Owsiak popiera aborcję. Bo ja na przykład nie popieram, ale w przypadku gwałtu albo zagrożenia życia matki uważam, że powinna mieć ona prawo zdecydować (i na pewno już nikt nie powinien kobiety wsadzać do więzienia, jeśli zdecyduje się w jednym z tych przypadków dokonać aborcji). Zapewne niejeden moher określi takie stanowisko jako popieranie aborcji…” Uważam, że każda aborcja jest zabójstwem. Uważam, że nikt nie ma moralnego prawa decydować o zabijaniu innych osób. Uważam, że takie stanowisko jest popieraniem aborcji. Ergo – jestem moher. Czyli zaszufladkowano mnie. I ośmieszono.

Odnośnie zaś tematu, który skrzętnie omijam. Czy Owsiak jest zwolennikiem aborcji – nie wiem. Nie słyszałem jego głosu, jakoby opowiadał się przeciwko, z pewnością jednak krytykował wystawę i nie wyciągnął żadnych konsekwencji za zniszczenie jej. No i słyszałem, że twierdził jakoby aborcja była wyborem kobiety. Spoko. Ja, jako katolik, nie muszę popierać i wrzucać do puszki pieniędzy dla kogoś, z kim moralnie się nie zgadzam. Dlatego też unikam kupowania Milki (zdjęli kilka lat temu z konkursu wygrywające hasła w stylu „Bóg Cię kocha”, jako urażające uczucia religijne). Kiedyś szanowałem Owsiaka za to, co robi, ale zdążyłem też przejrzeć parę dokumentów i zrozumieć, że po pierwsze: koszt Finału WOŚP może wielokrotnie przekraczać zyski uzyskane z niego (a więc bardziej warto byłoby przeznaczyć publiczne pieniądze wydawane przez samorządy na organizację koncertów na zbiórkę i zakup sprzętu). Po drugie: jest różnica między Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, a Finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Finał jest raz do roku i całość zebranych w jego trakcie pieniędzy wędruje na zakup sprzętu. WOŚP działa zaś przez cały rok, a wydatki z niej idą na najróżniejsze rzeczy, często wcale nie na to, czego wpłacający by chcieli. Wypisek z oficjalnej strony WOŚP: „Dodatkowo zdobyte w ciągu roku pieniądze, o których pisaliśmy wyżej, Fundacja przeznacza na: (…) organizowanie koncertów będących podziękowaniem dla młodych Polaków za zaangażowanie w coroczne Finały.” Co z tego wynika? Że owszem, prawdopodobnie pieniądze wpłacane w ciągu roku, np. poprzez 1% podatku, na WOŚP są wydawane m.in. na Woodstok. Który to Woodstok wątpliwe we mnie uczucia wywołuje.

Podsumowując: Jerzy Owsiak nie jest postacią przeze mnie lubianą. Boli mnie, że nie jest katolikiem (jego wybór) i ma własną moralność (jego wybór), a Finał organizuje w okolicy Bożego Narodzenia. I to zawsze w niedzielę. Choć w sobotę przecież więcej osób przyszłoby do niego na koncert. Jednak w niedzielę ludzie wchodzą i wychodzą do kościoła, a wolontariusze WOŚP, która z katolicyzmem nie ma zbyt wiele wspólnego, żerują pod kościołami. Wybór niedzieli na finał jest więc logiczny. Ja nie lubię Owsiaka i jego Orkiestry. Nie lubię obrońców Owsiaka, którzy często szczekają lub grają na uczuciach, zamiast logicznie argumentować (Skiba: jest tak fajnie, ludzie się jednoczą, mogą się zabawić i zrobić coś dobrego. Świetny argument). Nie lubię całej tej otoczki, całego szumu, który musi kosztować, nawet jeśli samorządy wszystko same opłacą, a więc cała zebrana kasa pójdzie na sprzęt. Bo opłacą to z naszych podatków.

A pieniądze możemy wpłacić na Caritas. Podobno zbierają dorocznie ok. 300mln złotych więcej niż Orkiestra. Tylko nie szumią tak, ja tamci, nie są tak medialni. I wydają zdecydowanie większy procent swoich zysków na potrzebujących, niż robi to WOŚP. Choć niekoniecznie musi to być sprzęt medyczny.

„Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.” Mt 6, 2-4.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 43 komentarze

Bioetyka dla wszystkich

Bioetyka dla wszystkich

Jakiś czas temu trafiła pod moją strzechę książka o tymże tytule i właśnie teraz postanowiłem ją Wam polecić. Wiele jest bowiem na rynku książek o tematyce bioetycznej, ale niewiele spełnia oczekiwania czytelnika. Ta pozycja różni się jednak od innych dostępnych tego pokroju pozycji. Sam tytuł, Bioetyka dla wszystkich zawiera w sobie całą prawdę o pozycji. Oprócz tego, że jest to książka opisująca szeroko pojęty temat bioetyki, to dodatkowo może ona być zrozumiana i odczytana przez każdą zainteresowaną osobę.

Książka napisana przez Michele Aramini we Włoszech trafiła na rynek polski dzięki wydawnictwu eSPe w bieżącym roku. Ponieważ sam, jako teolog, jestem również szczególnie zainteresowany tematyką bioetyki, postanowiłem natychmiast się z nią zapoznać. I muszę przyznać, że rzeczywiście nie zawiodła ona moich oczekiwań. Co więcej – nawet mnie zaskoczyła. Po pierwsze podzielona jest na dwie części. Pierwsza zajmuje się bioetyką ogólną, a więc tematem osoby, nauki w społeczeństwie i relacji między etyką a prawem. Druga część – i ta zainteresowała mnie zdecydowanie bardziej – związana jest z bioetyką szczegółową, omawia więc w sposób wyczerpujący wszelkie zagadnienia związane z tą dziedziną naukową (m.in. klonowanie, aborcję, in vitro, eutanazję). Po drugie – każde zagadnienie omówione jest zupełnie osobno, hasła działają w zasadzie niezależnie od siebie – trochę na zasadzie encyklopedii – dzięki czemu można przejść natychmiast do interesującego nas hasła, nie przedzierając się przez całą książkę. Po trzecie zaś porusza tematy, które mnie wcześniej interesowały, ale nie mogłem znaleźć na nie odpowiedzi. Chodzi mi przede wszystkim o wykorzystywanie komórek macierzystych, co jest zdecydowanie nowym problemem wymagającym rozwiązania. Co również ciekawe – tematowi mieć/nie mieć dzieci poświęcone są aż trzy rozdziały. Pierwszy mówi o aborcji, drugi o in vitro, trzeci zaś, „Znaczenie ludzkiego powoływania do życia” wychodzi jakby naprzeciw poprzednim dwóm, ukazując logiczną, chrześcijańską alternatywę. Podobnie jest również w przypadku eutanazji, w odpowiedzi na którą powstaje rozdział o opiece paliatywnej.

Książka jest naprawdę niezwykle ciekawa. Żona korzysta z niej nieco przy pisaniu pracy magisterskiej. I ja z pewnością niejednokrotnie z niej skorzystam, chociażby omawiając któryś z tematów bioetycznych na blogu. Wam również serdecznie polecam! Książkę można kupić TUTAJ.

Categories: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 3 komentarze

Pozbawieni podstawowych praw

Przeczytałem ostatnio felieton w Wysokich Obcasach, napisany przez Kingę Dunin, i chciałbym skupić się dziś na omówieniu i skomentowaniu kilku kwestii w nim zawartych. Zacznę od tego, co w tytule notki, czyli od nieszczęsnej Karty Praw Podstawowych. A może najpierw od samego Traktatu Lizbońskiego. Jak pamiętamy, pierwsza wersja dokumentu, zwąca się bodaj Konstytucją Europejską, została swego czasu odrzucona przez Francuzów i Holendrów, jeśli dobrze pamiętam, w referendum. Ten stan rzeczy bardzo zdziwił tych, którzy starali się dokument przeforsować, został on więc wycofany i oddany do przeróbki. Trafił na nasze stoły jako Traktat Lizboński, z dołączoną doń Kartą Praw Podstawowych.

Traktat Lizboński nie został już jednak poddany pod referendum ani we Francji, ani w Holandii. Widocznie uznano zdanie ludu za wysoce ryzykowny czynnik zagrażający ewentualności wejścia Traktatu w życie. Referendum, jak pamiętamy, zostało za to przeprowadzone w Irlandii, gdzie traktat został również odrzucony. Nie do końca rozumiem co spowodowało, że nie postanowiono go w związku z powyższym przeforsować w inny sposób. Grunt, że wykorzystując kryzys panujący na świecie (nie insynuuję, że kryzys został wywołany umyślnie) dano Irlandczykom drugą szansę, nieco ponad rok później. Tym razem Irlandczycy, zmieniwszy zdanie, w większości zagłosowali za. Bardzo ciekawe, czy gdyby ponownie zagłosowali przeciw, to powtórzono by referendum za rok? A skoro zagłosowali za – to czy to wyklucza powtórkę z rozrywki?

To są, oczywiście, pytania retoryczne. Traktat musiał przejść, więc powtarzali referendum. Jeśliby nie przeszedł, pewnie powtórzyliby jeszcze raz, za jakiś czas. W pozostałych krajach referendów nie planowano, czekano więc cierpliwie na decyzje państw. Nasz prezydent Lech Kaczyński, jak i prezydent Czech, ostatecznie traktat podpisali. Gdyby Kaczyński się nie wywiązał, poczekano by. Przecież niedługo u nas wybory prezydenckie. Choć, niestety, nie wszystko poszło tak, jak powinno pójść.

„Wśród dość powszechnej radości zapomniano, że wciąż nie jesteśmy gotowi na przyjęcie Karty Praw Podstawowych. (…) Chcemy integrować się energetycznie, godzimy się na wspólną politykę międzynarodową, ale prawa człowieka? Co to, to nie.” – Martwi się Kinga Dunin w felietonie. No rzeczywiście. Prezydent odmówił podpisania Karty Praw Podstawowych. Czyli, jak sama nazwa dokumentu wskazuje – odmawia nam, Polakom, przysługujących nam, podstawowych praw! Elementarnych, fundamentalnych praw, które należą się każdemu człowiekowi! Wszyscy, z panią Dunin na czele, zdajemy sobie sprawę, że bez tej karty praw nadal będziemy musieli pracować po 18 godzin na dobę w kamieniołomach, otrzymując tylko jeden posiłek dziennie, nie mogąc decydować o losach naszego kraju, ba, nawet naszego życia – do tego mając jedną łazienkę na piętro w bloku! Wszystkie nasze prawa, podstawowe prawa, zostały odrzucone, bo prezydent nie był gotów by dać nam odrobinę wolności!

Cóż za ironiczna, wredna i myląca nazwa dokumentu, przez który musielibyśmy zliberalizować prawo dotyczące in-vitro, aborcji, związków homoseksualnych. Czyli – jednym słowem, udzielić ludziom ich podstawowych praw…

Dalej pani Kinga wywnętrza się na temat tego, jak wyglądałby kraj, gdyby to był jej kraj, a nie kraj pana prezydenta. „W moim kraju byłoby miejsce i na małżeństwa sakramentalne, i na związki partnerskie, w ich – jest miejsce na tylko jeden typ związków. W moim kobiety, które chcą usunąć ciążę, usunęłyby ją, a te, którym moralność tego zabrania, nie robiłyby tego. Mój kraj nie miałby nic przeciwko Karcie Praw, oni uważają, że to nadmiar wolności, który skazi polską specyfikę”. Hola hola, pani Kingo! Od kiedy w naszym („ich”) kraju jest miejsce jedynie na związki sakramentalne? Owszem, nie ma legalizacji związków partnerskich, które z natury są nietrwałe, bo nie opierają się na niczym konkretnym, ale jak duży jest odsetek legalnych w świetle prawa małżeństw, które nie przyjęły sakramentu, nie złożyły sobie przed Bogiem przysięgi? To, że w „ich” kraju nie ma miejsca (miejmy nadzieję, że nie na razie) na partnerskie związki przedstawicieli zarówno różnych, jak i tych samych płci (oraz adopcji przez tych drugich dzieci – o co też ubiega się pani w końcowym akapicie swego felietonu, namawiając do czytania kilkuletnim dzieciom książeczek o pingwinkach – gejach), nie znaczy, że jest jedynie miejsce na pary złączone sakramentalnym węzłem małżeńskim (w niektórych momentach chciałoby się rzec „szkoda”).

Ale najbardziej przeraża mnie pani argument o usuwaniu ciąży i moralności. „Te, którym moralność tego zabrania, nie robiłyby tego”. Tak felernej, ogromnej pomyłki słów dawno nie widziałem. Przecież usuwanie czy nieusuwanie ciąży to nie jest kwestia moralności tej czy innej kobiety. Bo to nie jest tak, że jednej moralność nie pozwala – więc to, co nosi pod sercem jest człowiekiem, a innej pozwala – więc to, co nosi pod sercem, człowiekiem nie jest. Nie! Coś (ktoś) albo jest, albo nie jest człowiekiem bez względu na moralność! Idąc w ślad za pani rozumowaniem, używając pani słownictwa sam mógłbym napisać, że „w moim kraju ten, kto chciałby wybić szybę sąsiadowi, mógłby to zrobić, a ten, któremu sumienie by to wyrzucało, by tego nie zrobił”. Albo „mój kraj byłby otwarty na ludzi, którzy chcieliby komuś coś ukraść, a także na tych, którzy by nie chcieli”. Mógłbym wymieniać dalej. W moim kraju kto chciałby pobić żonę, zakatować psa, zabić teściową, ten mógłby to zrobić. A komu moralność by nie pozwalała, ten by tego nie zrobił. I nie mówmy, że to wszystko nie to samo. Bo oczywiście teściowa to teściowa, niezależnie od moralności. Pies to pies, żona to żona, kradzież to kradzież – niezależnie od moralności. Szyba to szyba, a płód ludzki to płód ludzki. Jest takim samym płodem ludzkim bez względu na czyjąkolwiek moralność.

Odpowiecie, że płód ludzki nie jest jak teściowa, bo nie jest człowiekiem. Jak łatwo jest wam, w waszym państwie, wyrokować o czymś, na co nie macie żadnych dowodów. Nie jest człowiekiem, bo co? Nie ma rączek i nóżek? Oglądałem świadectwo jednego pana, który również nie ma rączek i nóżek, a chyba jest człowiekiem. Bo nie ma w pełni rozwiniętego układu nerwowego, nie myśli racjonalnie? Sam mam 5-miesięczne dziecko, które nie myśli racjonalnie, a w kościele co niedzielę widuję dziewczynkę niepełnosprawną, która z pewnością nie ma prawidłowo rozwiniętego układu nerwowego. Oboje oni są ludźmi. A może płód ludzki wygląda raczej jak glut (wcale nie wygląda jak glut) albo przypomina płód kota? Odpowiedzmy sobie na pytanie: co się z niego rozwinie, jeśli tacy jak pani, w pani państwie, nie zechcą go zabić? Glutoneria? A może dorosły kot? Nie. Raczej dorosły człowiek – i to w jakieś 18 lat od momentu, w którym jesteście w stanie stwierdzić, że już go nie można zabić, bo już jest człowiekiem. Choć to, że niby miałby się czymś różnić po wyjściu z łona matki od tego sprzed, również jest żadnym argumentem.

Tak więc Kinga Dunin sieje zamęt, myli pojęcia (jak zresztą i Unia Europejska, mówiąc o prawach podstawowych) i jeszcze opowiada coś o „jej” kraju, innym niż „ich” kraj. To nasuwa na myśl pytanie, czy ta kobieta nie planuje czasem startować w wyborach prezydenckich. Mam nadzieję, że z tymi poglądami, nie ma zbyt wielkich szans na sukces…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 komentarze

W kwestii Gościa Niedzielnego

Tak jest, w kwestii Gościa Niedzielnego napisano i wypowiedziano się wiele razy. Wiele osób postanowiło umieścić w różnych miejscach napisy, że aborcja jest jak holokaust, że powinniśmy zostać wszyscy pozwani, że opowiadają się po stronie redaktora naczelnego, ks. Gancarczyka. I nikogo chyba nie zdziwi, że ja również myślę podobnie jak oni. Choć wątpię, by kogoś takiego, jak ja, ktokolwiek chciał oskarżać i wodzić po sądach.

Ksiądz Gancarczyk w artykule (słowo wstępne do wydania Gościa Niedzielnego) z października 2007 roku napisał, że „pani Tysiąc otrzyma 25 tys. euro odszkodowania, plus koszty postępowania, za to, że nie mogła zabić swojego dziecka. Mówiąc inaczej, żyjemy w świecie, w którym mama otrzymuje nagrodę za to, że bardzo chciała zabić swoje dziecko, ale jej nie pozwolono”. Pośrednio porównał również sędziów wydających wyrok do hitlerowskich oprawców – pisząc, że „Zapewne na weekendy jeżdżą w różne urokliwe miejsca”, tak, jak robili to wyżej wspomniani oprawcy. Zaznaczył przy tym, i należy to podkreślić, że dziś jest „Inaczej, ale równie strasznie”. To znaczy – sędziowie trybunału to nie to samo co słudzy Hitlera. O co zaś ksiądz Gancarczyk został oskarżony (i za co, de facto, został skazany)? Za porównywanie pani Alicji Tysiąc do hitlerowców i za wielokrotne pomówienia, jakoby chciała zabić swoje dziecko. Miała to być, wg słów prokuratora, nie tyle mowa nienawiści, ile „przemowa nienawiści”.

Podkreślę jeszcze raz, że to nie pani Tysiąc została porównana w ten mocny sposób, lecz sędziowie w Strasburgu. I to pośrednio, z zaznaczeniem, że to jednak nie to samo. A co do odszkodowania za chęć zabicia dziecka, na co jej nie pozwolono – jak inaczej można by to nazwać? Kim jest (poruszanie tego wątku jest, rzecz jasna, przekleństwem dla takich jak ks. Gancarczyk, a nie dla Alicji Tysiąc) dziewięcioletnia córka kobiety, jeśli nie dzieckiem, którego nie udało się usunąć? Za co pani Alicja raz po raz zgarnia kasę, jeśli nie za to, że jej córka żyje i ma się dobrze? Oczywiście można utrzymywać, że się to dziecko bardzo kocha i że jest bardzo chciane, że tu chodziło tylko o wzrok matki. Ale naprawdę nie wiemy – i pewnie się nigdy nie dowiemy – jak całą tę sprawę odbiera dziewczynka. Jak czuje się z tym, że mama ciągle się bogaci tylko dlatego, że ona żyje – a raczej przez to, że ona żyje.

I naprawdę nie przeszkadza mi w tym wszystkim stwierdzenie z mowy końcowej, że „wszystko to w imię fundamentalistycznego światopoglądu, nakazującego zrównać aborcję z zabójstwem a ubieganie się o realizację standardów demokratycznego państwa za równe sprzedawaniu Żydów z Getta czy uprawianie ludobójstwa – to jest mowa nienawiści”. Ponieważ próba zrównania aborcji z zabójstwem to nie jest fundamentalistyczne działanie, lecz dążenie do zrównania w prawach wszystkich ludzi – a czyjś fundamentalistyczny światopogląd nakazuje nam, katolikom i nie tylko, wierzyć w to, że płód ludzki nie jest jeszcze człowiekiem, choć wszelkie argumenty metafizyczne za tym przemawiają. I nie mogę się doczekać pytań: „Przepraszam, jakie argumenty…?”

Bo gdyby aborcja nie była zabójstwem, to jak nazwalibyśmy istotę, która przeżyła tylko dlatego, że kilku trzeźwych Polaków odmówiło dokonania aborcji na jej embrionie? Kiedy córka Alicji Tysiąc przestała być zlepkiem komórek, a stała się córką Alicji Tysiąc? I czym, jeśli chodzi o budowę DNA, potencjał rozwojowy i nieprzewidzianą przyszłość różni się dziś od owego zlepka, którego nie udało się usunąć, oprócz tego, że jest trochę starsza?

A mówienie o realizacji standardów demokratycznego państwa przypomina mi panią minister Ewę Kopacz, która jest katoliczką, ale swój światopogląd pozostawia za drzwiami urzędu. To nie jest śmieszne. To tragiczne. Nad tym trzeba płakać.

W tym samym czasie toczy się proces mojej ulubionej, od czasów wydania wraz z Terlikowskim „Agaty…”, autorki – Joanny Najfeld. Wszystkiego można się dowiedzieć z założonej przez nią strony. Po wyroku skazującym ks. Gancarczyka rosną obawy, że wyrok w tej sprawie również będzie niepomyślny. Szkoda, że mówienie prawdy może spotkać się z takim złym odbiorem… Pani Joannie należy się wsparcie, nawet od tak niewiele znaczących ludzi jak ja. A po wydaniu wyroku, jeśli będzie niepomyślny, również wsparcie finansowe (tak, jak Gancarczykowi, na zapłacenie 30 tysięcy). A zdawać się może, że to dopiero początek. Że teraz bezkarna, liberalna antykultura może poczuć, że jej czas właśnie się rozkręca. I to nie będzie ostatni wyrok sądowy.

Zdziwię się, jeśli ktoś za tą wypowiedź zaprowadzi mnie do sądu, bo póki co biorą się za tych sławniejszych. Jeśli jednak – mam nadzieję, że mogę liczyć na Wasze wsparcie…

A tak przy okazji – ciekaw jestem, czy ks. Gancarczyk wywiąże się z 2 części wyroku i przeprosi panią Tysiąc na łamach swego pisma za coś, czego nie zrobił (czyli za porównanie jej do nazistów). Chyba zacznę prenumerować Gościa Niedzielnego…

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 komentarze