Posts Tagged With: Ateista

Istota chrześcijaństwa

Dałem się ponownie sprowokować do przemyśleń apologetycznych, co świadczy o tym, że dyskusje są budujące, nawet jeśli trudne i mierzenie się z poglądami innych jest potrzebne, nawet jeśli bolesne. Otóż jeden z komentatorów napisał coś, co może być odczytywane jako oskarżenie chrześcijaństwa i ogólnie wiary w Boga o egoizm i hipokryzję. Z komentarza wynika, że ludzie, którzy czynią dobrze dlatego, że chcą otrzymać nagrodę, są hipokrytami. Nagroda ta to pobyt w niebie, czyli w wiecznej szczęśliwości z Bogiem. Przytoczono nawet cytat, popierający tę tezę: „Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie” (Mt 5, 11-12).

Owszem, Królestwo Niebieskie jest nam obiecane jako nagroda. Nauczanie Jezusa w dużej mierze oscylowało wokół nauki o Królestwie, które zamieszkuje Bóg, które buduje się wokół, które jest naszą przyszłością, które już trwa. Królestwo wiecznej szczęśliwości, do której mamy dążyć, którą mamy mieć przed oczami, żeby do niej dojść. Jednak rozumienie tego Królestwa jako nagrody w takim znaczeniu, w jakim my rozumiemy pojęcie nagrody, byłoby zbyt płytkie. Nagroda bowiem nie jest w tym wypadku jakimś nieosiągalnym, bliżej nieokreślonym cukierkiem, który dostaje się za dobre postępowanie. Nagrodą tu jest Królestwo, które rozwija się i buduje, ponieważ my je rozwijamy i budujemy. To nie jest dom nad jeziorem, który dostaniemy jeśli spełnimy ten a tamten warunek, lecz dom nad jeziorem, który sami musimy sobie zbudować. Mamy nagrodę w niebie, ponieważ sami tę nagrodę tworzymy. O tym świadczy wiele przypowieści Jezusa, np. ta o ziarnku gorczycy, które zmienia się w ogromne drzewo. Pan Jezus przyszedł do nas po to, by nam o Królestwie opowiedzieć, aby zasiać w nas ziarno, ale wszystko to musi w nas wykiełkować. Nie jesteśmy hipokrytami robiącymi dobro dla otrzymania nagrody, lecz tworzymy dobro, ponieważ właśnie to dobro jest prawdziwą nagrodą. Tym dobrem jest Królestwo Niebieskie i wieczna szczęśliwość, którą widzimy już tu, na ziemi, kiedy sami pracujemy nad jej wzrostem.

W jaki sposób pracuje się nad wzrostem Królestwa? Zdobywając dla tego Królestwa nowych członków. To oznacza, że nie czynimy dobrze po to, by samemu dojść do Królestwa, które w tym przypadku byłoby jakąś indywidualną hiperprzestrzenią, lecz po to, by innych do Królestwa doprowadzić. Naszym zadaniem jest głodnych nasycić, spragnionych napoić, strapionych pocieszyć, ale nie po to, by zdobyć dla siebie dodatkowe punkty w skali niebieskiej, lecz po to, by głodni, spragnieni i strapieni (a także chorzy i ci, co w więzieniu) zobaczyli jak dobry jest sam Bóg, w imieniu którego my działamy i jak dobrze jest być przy Nim i do Jego Królestwa dążyć. Nie jest to egoizm – wręcz przeciwnie! To nie nasze zasługi chcemy pokazać światu i nie chcemy, by to nas chwalono, lecz pragniemy by dzięki nam, jak najmniej widocznym, choć niekoniecznie anonimowym, chwalono i wielbiono Boga.

Istotą chrześcijaństwa nie jest egoistyczne wpatrzenie się w nagrodę i czynienie dobra w hipokryzji (którego oczywiście nie można w tym przypadku zwać dobrem), lecz miłość. Jezus dał nam przykazanie miłości, które powinniśmy spełniać, będąc Mu wierni. I nie jest to powszechnie znane, starotestamentalne przykazanie „Miłuj bliźniego jak siebie samego” bo okazuje się, że ono właśnie oznacza swego rodzaju egoistyczne zapatrywanie. Jezus dał nam nowe przykazanie, większe i lepsze od tego starego: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,34-35). A jak Jezus nas umiłował? Tak, jak tylko Bóg może kochać. On zszedł do nas na Ziemię, choć wieczność spędzał wraz z Ojcem w szczęśliwości. On stał się jednym z nas, mówił do ludzi, pomagał im, leczył i nawracał. Dawał rozgrzeszenie. Wreszcie oddał życie za całą ludzkość i za każdego z nas z osobna. Jezus nie mówi „Kochaj innych tak, jak siebie”, lecz „Kochaj innych tak, jak Ja ciebie kocham”. Czyli ostatecznie i do końca – nawet jeśli to dla człowieka nieosiągalne. Jezus każe nam poświęcać swoje życie za innych z miłości – po tym inni poznają, że my podążamy za Nim. A jeśli poznają, to zrozumieją, że w Nim jest Prawda, że za Nim właśnie należy iść – a więc trzeba kochać się nawzajem. My jesteśmy Jezusa, a nie sami swoi. Nasze życie i postępowanie, nasza miłość przede wszystkim ma wskazywać właśnie na Jezusa. My budujemy Królestwo Niebieskie.

Świadkowie Jehowy rozumieją to wręcz tak, że w momencie, kiedy wszyscy będą kochać wszystkich, zapanuje raj na Ziemi i to będzie właśnie to Królestwo. Nie przychylam się do ich myślenia, ale rozumiem ich podejście – nagrodą nie jest nieosiągalny stan rzecz, nagroda jest tu i teraz. Nagrodą jest wieczna szczęśliwość w nieustającym kontakcie z Bogiem i Jezusem. Niebo nie leży gdzieś nad gwiazdami, lecz my właśnie, będąc uczniami Jezusa, budujemy to Niebo, którego On pokazał nam bramę i dał nam narzędzia do jego tworzenia. A my mamy sprawić, by ono zaistniało nie tylko w nas samych, lecz w innych na równi, w każdym człowieku. Jednym zaś ze sposobów dążenia do niego jest wspomniane przez Jezusa znoszenie cierpień od urągających nam wokół przeciwników Jezusa. Dla nas właśnie na plus jest to, że nam urągają, prześladują nas i mówią kłamliwie wszystko złe z powodu Jezusa. Bo dzięki cierpliwości i błogosławieniu naszych wrogów pomagamy Jezusowi budować Królestwo. Wielu takich urągających (np. św. Paweł czy św. Augustyn) w dziejach nawróciło się do Pana pod wpływem tej cierpliwości i znoszenia cierpień. Tak swoją drogą komentator nasz trafił w sam raz we właściwy cytat na dany moment.

Ateiści czy, jak dziś modnie, agnostycy sądzą, że oni są najlepsi na świecie, bo czynią dobrze nie dla własnego dobra, nie dla jakichś nagród, lecz dla dobra samego w sobie. Niestety nie zauważają tego, że za nimi w tym przypadku nie stoi nic, żadna większa Prawda, a z pewnością nikt, kto jest większy od nich. Dlatego jeśli uczynią coś dobrego, komuś pomogą, salwa pochwał i honorów na nich się zatrzymuje (dopóki w ogóle coś takiego jest widoczne). Za nami stoi Jezus Chrystus, widząc naszą miłość, widzi się Chrystusa. Nie zatrzymujemy dla siebie tego, co dobrego otrzymujemy, lecz stawiamy jako nową cegłę wciąż powstającego Królestwa Bożego. Nie chwalcie mnie – chwalcie Pana, który jest większy i silniejszy ode mnie. To jest brak fałszywej skromności, ale również brak ogromnego egoizmu!

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 6 Komentarzy

Wielka księga pytań i odpowiedzi

Każda strona od czasu do czasu jest przez kogoś odnaleziona za pomocą wyszukiwarki internetowej. WordPress ma to piękne narzędzie, które prowadzi z tych odwiedzin statystyki. Dzięki temu mogę zobaczyć, co najbardziej interesuje ludzi, którzy odnajdują mój blog. Mogę też czasem udzielić odpowiedzi na najczęściej zadawane przez Was pytania, które czasem nie mają najlepszych odpowiedzi w innych notkach. Oto najczęściej zadawane pytania i moja próba odpowiedzi na nie (z oczywistych względów pomijam wyniki wyszukiwania, dzięki którym ludzie znajdywali mój blog, właśnie go szukając. Najczęściej wpisywaną frazą dzięki której do mnie trafiano jest „studencki blog teologiczny”. Owszem, to tutaj :):

(Jakie są) warunki bycia chrzestnym?

Na ten temat napisałem kiedyś notkę i jest ona najpopularniejszą notką na blogu. Jednak aby najzwięźlej wyjaśnić problem, krótko jeszcze raz odpowiem. Otóż aby być chrzestnym, trzeba być katolikiem bierzmowanym, po przyjęciu Komunii Świętej. Tenże katolik musi również żyć po katolicku, a jego życie musi być zgodne z funkcją, którą ma pełnić. Co za tym idzie rodzic chrzestny musi być człowiekiem żyjącym zgodnie z zasadami Kościoła Katolickiego i jego poglądy również muszą być zbieżne z poglądami Kościoła (to oczywiście oznacza zgodę w m.in. takich sprawach, jak in-vitro, aborcja, związki homoseksualne czy antykoncepcja). Rodzic chrzestny musi mieć też ukończone 16 lat, choć w innym wypadku może otrzymać dyspensę i też zostać chrzestnym. Chrzestnym nie może być rodzic biologiczny chrzczonej osoby.

(Jakie są) obowiązki chrzestnego? Obowiązki chrzestnej?

Do obowiązków chrzestnego nie należy kupowanie drogich prezentów, finansowanie chrześniakowi studiów, zajmowanie się nim pod nieobecność rodziców itp. Oczywiście niektórzy tego oczekują, ale jeśli wiemy że ktoś, kto nas prosi o bycie chrzestnym ma takie oczekiwania, nie mamy obowiązku się zgadzać. Obowiązkiem chrzestnego jest natomiast przekazywanie wiary i dawanie świadectwa katolickiego życia swojemu chrześniakowi. Chrzestny ma takie obowiązki tym bardziej wówczas, gdy rodzice chrzczonego nie są wierzący lub praktykujący i nie zapewnią swojemu dziecku wychowania katolickiego. Pamiętajmy: rodzice nie muszą być ortodoksyjnymi katolikami. Chrzestni – owszem. Osobiście uważam również, że chrzestny powinien pamiętać o urodzinach, imieninach i dniach dziecka. Nie musi jednak kupować prezentów, wystarczy że zadzwoni.

Czy ateista może być chrzestnym?

Nie, z oczywistych względów ateista nie może być chrzestnym. W jaki sposób ateista miałby dbać o moje katolickie wychowanie i dawać mi przykład katolickiego życia? Jasna sprawa – wielu ateistów dostanie zaświadczenie od wielu księży i zostanie chrzestnym, choć absolutnie nie powinni. Nie odpowiadam jednak za sumienie ani tych ateistów, ani tych księży. Oni natomiast odpowiadają za sumienie tego chrzczonego, który zyskuje w rzeczywistości antychrzestnego. Który może kupi mu laptopa na Pierwszą Komunię…

34 osoby odnalazły mnie również wpisując: świadek chrztu ateista. Otóż Kodeks Prawa Kanonicznego ma zapis: „Ochrzczony, należący do niekatolickiej wspólnoty kościelnej, może być dopuszczony tylko razem z chrzestnym katolikiem i to jedynie jako świadek chrztu.” Świadkiem chrztu może być więc niekatolik, a więc np. protestant czy prawosławny, ale nie ateista. Nie i kropka. Tak właściwie to dlaczego aż tak bardzo nam zależy, żeby świadkiem całkowicie kościelnej (a więc i Bożej) uroczystości był ktoś niewierzący?

Czy ksiądz może być ojcem chrzestnym?

Tak, może. Chrzestnym nie może być tylko rodzic dziecka. Może nim być więc zarówno przyjaciel, znajomy, kolega ze wspólnoty, dziadek czy babcia chrzczonego, starszy brat lub siostra, albo ksiądz. Ksiądz nie ma zakazu bycia chrzestnym. Nie jestem pewien, czy nie powinien zapytać biskupa o zgodę. Ale mam znajomych księży, którzy mają chrześniaków.

Czy psy idą do nieba? Czy zwierzęta będą zbawione?

Ogólnie rzecz biorąc: nie wiadomo. W zasadzie są dwie różne szkoły. Jedni mówią, że ponieważ zwierzęta mają duszę nierozumną, to jest ona śmiertelna i w związku z tym zwierząt nie czeka zmartwychwstanie. Że nie należy kochać zwierząt tak, jak ludzi i oczekiwać spotkania z nimi. Inni twierdzą, że skoro zwierzęta są nierozumne, nie mogą popełnić grzechu i przez to są zbawione z zasady. Jako argument podają też to, że w Raju żyły zwierzęta, były też u Izajasza w zapowiedzi wiecznej radości. Ja pokusiłbym się o stwierdzenie, że rzeczywiście zwierząt nie należy obdarzać tą samą miłością, co ludzi, ale nikt nie zabrania nam mieć nadziei, że swojego pupila spotkamy kiedyś w Królestwie Niebieskim.

Ile trwa czyściec?

Znów: nie wiadomo. Dogmat o czyśćcu opiera się przede wszystkim na fragmencie jednego z listów św. Pawła, w którym ten stwierdza, że niektórzy ludzie będą zbawieni, ale tak jakby przez ogień. Tenże ogień ma właśnie wypalić w ludziach to, co złe, aby byli godni Królestwa Bożego. Co do trwania czyśćca są jednak różne teorie. Popularna jest ta, która mówi: im więcej nagrzeszyłeś, tym dłużej posiedzisz. Ale ostatnio coraz częściej słyszy się, że przecież dla Boga nie ma czasu. Bóg stworzył czas, ale Jemu samemu on nie był potrzebny. Dlatego dusza nie czeka na zmartwychwstanie, lecz, skoro człowiek jest jednością duszy i ciała, od razu zmartwychwstaje. Przy tym myśleniu pojawia się domniemanie, że czyściec nie trwa. Że ten stan oczyszczenia jest mniej-więcej równy czemuś, co możemy rozumieć jako przejście przez ogień. Tak, to może boleć. Ale nie martwcie się, prawdopodobnie za długo nie poboli.

Czy można mieszkać razem przed ślubem? Czy można przyjmować komunię?

To i inne podobne pytania pojawiają się ostatnio dość często – jest to spowodowane opublikowaniem dość kontrowersyjnej notki w tym temacie, do której trafia cała rzesza ludzi. Odpowiem więc krótko: nie wiem. Wiele osób twierdzi, że nie. Ze względu na pokusę współżycia i zgorszenie drugiego nie powinno się w ogóle mieszkać razem przed ślubem. Jednak od kilku lat się nad tym zastanawiam i żadnego oficjalnego dokumentu Kościoła o tym mówiącego znaleźć nie mogę. Owszem, wypowiedzi proboszczów czy nawet biskupów – ale nic płynącego z Watykanu. Co nie znaczy, że taki dokument nie istnieje. Dopóki jednak go nie znam, od siebie powiem: to zależy od ludzkiego sumienia. Jeśli ktoś nie czuje się z tym źle, a do tego nie ma nieopanowanych pokus (bo oczywiście współżycie pozamałżeńskie jest niedopuszczalne) i dąży bezpośrednio do małżeństwa, a nie na przykład sprawdza się jak to będzie, to myślę, że może się zdecydować na mieszkanie razem przed ślubem. Przy oczywistej rezygnacji w przypadku, gdy któryś z tych warunków okaże się niespełniony. Należy się przy tym liczyć z faktem, że mimo życia w czystości można nie otrzymać rozgrzeszenia w czasie spowiedzi. Wówczas już z pewnością, po nieotrzymaniu rozgrzeszenia, nie można przystępować do komunii. Ja jednak osobiście odradzam wspólne zamieszkiwanie przed ślubem. Skoro i tak dążycie do małżeństwa, to pozwólcie sobie poczekać. Gdy apetyt wzrośnie, to i słodycz spożywania będzie większa!

Udzieliłem odpowiedzi tylko na kilka pytań. Tych najczęściej zadawanych, albo najciekawszych. Ale może chcecie znać odpowiedzi na inne pytania? Nic nie stoi na przeszkodzie, byście pytali, np. w komentarzach. Zapraszam!

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 12 Komentarzy