Posts Tagged With: Benedykt XVI

Jaki powinien być prawdziwy Papież

Gazety Wyborczej właściwie nie czytam. Właściwie, bo wszędzie wokół jest mnóstwo Gazety Wyborczej i to za darmo. Tak więc można powiedzieć, że Gazety Wyborczej nie czytam za pieniądze, ale czytam za darmo. Właściwie w dwóch źródłach: w metrze i w Metrze. Tak swoją drogą skoro sąd zasądził że „W Sieci” musi zmienić nazwę, bo jest zbyt podobne do nazwy portalu „W sieci opinii” to dlaczego nie oskarżą dziennika Metro że ma nazwę zbieżną z innym źródłem przekazującym podobne treści, jakim jest metro?

Tak czy inaczej czytam Gazetę z dwóch źródeł: z ekranów przekazujących informację w warszawskim metrze (czasami też w autobusie) – tam przeczytałem na przykład, że w Rzeczpospolitej pisali o odkryciu w Tupolewie trotylu (nie przeczytałem już jednak, że prokuratura potwierdziła, że trotyl był, choć zdążono zwolnić z tego tytułu pół redakcji Rzeczpospolitej i drugie pół Uważam Rze; i pewnie już nie przeczytam) i z bezpłatnego dziennika Metro. Czytam i się wkurzam, skąd społeczeństwo czerpie swoją wiedzę i poglądy. Gazeta Wyborcza, a z nią Metro i metro, należą do podstawowych źródeł tak zwanego mainstreamu, obok telewizji TVN i tygodników w stylu lisowskiego Newsweeka. I choć mogę dostać setki wiadomości, by nie przejmować się przekazem medialnym, to muszę się przejmować, bo przekaz medialny kształtuje ludzkie rozumowanie.

I tak oto w numerze Metra na weekend 22-24 lutego natrafiłem na felieton naczelnego teologa Gazety Wyborczej Jana Turnaua. Sposób przekazywania wiedzy teologicznej przez tego pana już wielokrotnie doprowadzał mnie do białej gorączki (np. gdy podkreślał, że ktoś był „wielkim katolikiem; więcej – wielkim chrześcijaninem”. A więc więcej jest być chrześcijaninem niż katolikiem? To takie poprawne politycznie…) ale tym razem już zwyczajnie przegiął.

Turnau zastanawiał się nad tym, jaki powinien być następny po Benedykcie XVI Papież. Wszyscy już wiedzieli, że B-XVI abdykuje, wszyscy też musieli o tym pisać. I Turnau nie miał wyjścia, i musiał głos zabrać. Najpierw napisał, za co cenił dwóch poprzednich papieży – a cenił ich bardzo. Nie cenił ich bynajmniej za to, że byli wybitnymi teologami bo papież, jego zdaniem, powinien być ponad teologami, lecz „za gesty wyrażające to, co w chrześcijaństwie najważniejsze”. Jana Pawła II cenił za „przeogromny przełom ekumeniczny”, a Benedykta XVI za… „abdykację, czyli potężny akt najgłębiej chrześcijańskiej pokory”. A więc cenimy Jana Pawła II za to, że walczył o jedność chrześcijan (pamiętajmy, że to temat bardzo kontrowersyjny, bo choć walczymy o to, „aby byli jedno” to jednak musimy wypracowywać zasady, które nie są kompromisem), ale już nie np. za jego bardzo wielki wkład w nauki o rodzinie, o małżeństwie i rodzicielstwie. Oczywiście każdy może cenić JP-II za co innego, ale cenienie go za ekumenizm to cenienie za coś ładnego, prostego (w przekonaniu tłumu), zbliżającego. Weźmy się za ręce i zaśpiewajmy Barkę, odprawiając mszę ekumeniczną… A nie za to, co trudne, bolesne, nie do końca się podobające. Np. za naukę o antykoncepcji, tak trudną dla wielu, a przez Jana Pawła II poruszaną. Cenienie jednak Benedykta XVI za abdykację to szczyt szczytów. Bardzo cenię Papieża, bo zrezygnował. Wykazując tym głębię pokory chrześcijańskiej – w jakim znaczeniu? W takim, że był już stary i chory i należało ustąpić? Czy w takim że się nijak nie nadawał do roli Papieża i dobrze, że wreszcie sobie poszedł? Ja tę wypowiedź zrozumiałem w drugi sposób i obawiam się, że podobnie jest w przypadku większości czytających. Dlaczego Turnau nie ceni Benedykta XVI za naukę o miłości, o nadziei czy za przekazanie długiej, wielotomowej biografii Jezusa z Nazaretu? Oczywiście, można cenić za co się chce, ale dlaczego akurat za to, że (nareszcie) sobie poszedł?

Moim zdaniem Jan Paweł II był fascynującym Papieżem i nauczał pięknych rzeczy – o aborcji, antykoncepcji, rodzinie. Za to go cenię najbardziej. Mnóstwo ludzi najbardziej ceni go, jak Turnau, za ekumenizm, za kremówki, pielgrzymki i Barkę (która jest hiszpańska). Powołują się na „Papież mówił”, ale nie kiedy mówił niezgodnie z tym, co oni chcą usłyszeć. Benedykta XVI cenię za wykład dotyczący muzułmanów (zwłaszcza zdanie, że Islam jest niepotrzebny, bo cofa się z religii zbawienia ponownie do religii prawa), za kontrowersyjne i trudne dokumenty o zakazie wyświęcania homoseksualistów, o nieużywaniu imienia Jahwe w liturgii i o antykoncepcji w Afryce. Ale także za encykliki, które poruszają, są napisane łatwiej niż te Jana Pawła II i inspirują do teologicznych przemyśleń (patrz „Czyściec po benedyktyńsku”). Można oczywiście, podkreślam kolejny raz, cenić go za to, że odszedł (bo np. zdaniem niektórych już dość nabruździł w kwestii homoseksualistów wśród księży, przyjaźni z muzułmanami i antykoncepcji w Afryce), szkoda tylko, że właśnie to łyknie społeczeństwo jako właściwą wykładnię.

Na tym jednak niestety wywód Turnaua się nie kończy. Pan Jan chciałby, żeby kolejny Papież był podobny do Jana XXIII (sam zatytułował swój felieton „Czego oczekuję od Jana XXIV?”), który był wielkim reformatorem i zwołał Sobór Watykański II. Nie wspomniał w ogóle o Pawle VI, który był twardziakiem, wprowadził obostrzenia i zakazał antykoncepcji. Ale dlaczego? Dlatego, że dzisiaj w Kościele (nazwanym przez Turnaua „moim”; jeśli jego, to chyba nie moim, ale w tym przypadku każdy powinien jednak założyć swój własny Kościół) jest wiele poglądów rozmaitych i sprzecznych. Wśród nich Jan Turnau wymienia następujące: „celibat obowiązkowy, antykoncepcja, aborcja, homoseksualizm, kapłaństwo kobiet”. I co powinien zrobić nowy papież? „Marzę – pisze Turnau dalej – o papieżu, który podda je pod szeroką debatę. Pod debatę teologów, ale też zwyczajnych świeckich, którzy w sprawie antykoncepcji mają wiele do powiedzenia”. Sugeruje wręcz zwołanie Soboru Watykańskiego III. I dodaje na końcu, że przecież „vox populi, vox Dei” – głos ludu Bożego jest głosem Boga!

Jan Turnau nie chce kolejnego Pawła VI. Nie chce kolejnego Jana Pawła II ani Benedykta XVI. Tych trzech Papieży nie chce też „lud Boży”, kierowany opinią, czy raczej wypaczaniem opinii mainstreamowych mediów. Kierowany, w kwestiach teologii czy zwyczajnie wiary przez takie autorytety jak Jan Turnau, ks. Adam Boniecki, Stanisław Obirek czy Tomasz Polak (właściwie Tomasz Węcławski). Oni chcą kolejnego Jana XXIII, a właściwie tego, co sobie z Jana XXIII wybrali, a z niego akurat można było wybrać więcej. Chcą ekumenizmu i dyskusji. Nie zapomnijmy zaś, że dyskusja pozostanie aktualna dopóki my nie przystaniemy na to, co mówią oni. Dyskusja ma jeden cel – przekonać nas, że oni mają rację. Jeśli Sobór Watykański III odbędzie się i nie wyniknie z niego zgoda na antykoncepcję, będzie to oznaczało konieczność zmiany papieża i dalszej dyskusji. Debata musi trwać, bo świeccy mają w sprawie antykoncepcji (pewnie również aborcji) wiele do powiedzenia. I będzie trwała dopóki świeccy tej antykoncepcji nie przeforsują.

Jan Turnau wpaja tłumowi to, co forsuje w swojej linii lewicowy, antykatolicki i antyteistyczny mainstream. Że Jan XXIII był cool, bo dopuścił do dyskusji i zliberalizował Kościół. Że Benedykt XVI był niecool, więc dobrze, że już sobie poszedł. Że Jan Paweł II był cool, bo był Polakiem, ekumenistą i lubił kremówki. A o Pawle VI w ogóle nie warto wspominać, bo będzie hałas. Kościół zaś powinien zmienić się ze scentralizowanego, z jedną głową Kościoła, w demokratyczny. I aborcja, eutanazja, antykoncepcja, kapłaństwo kobiet itp. itd. powinny być poddane pod dyskusję. I głosowanie. A jeśli wynik będzie niepomyślny, to weźmiemy gejów, niech trochę pokrzyczą, a potem zagłosujemy jeszcze raz.

Tako rzecze teolog. Który mówi „mój Kościół”. Może i Pański, Panie Turnau. Ale zdecydowanie ja się z tym Pańskim Kościołem nie utożsamiam…

I mam nadzieję, że kogokolwiek by nie wybrano na Papieża, a modlę się o mądry wybór, będzie na tyle inteligentny, by nie utożsamiać hałasu rozkrzyczanej gawiedzi prowadzonej przez domorosłych (mediorosłych) teologów z głosem ludu Bożego.

______________________
Cytaty za „Metro”, nr 2503, str. 2.

Categories: Świat i Kościół | Tagi: , , , , , | 16 Komentarzy

Czyściec po benedyktyńsku

Sprawa czyśćca jest tematem, który od dłuższego czasu zaprząta moje myśli. Ponieważ jestem zwolennikiem starej średniowiecznej nauki „fides quaerens intellectum” – starałem sobie w głowie to wszystko poukładać. Jak mają się stany przejściowe do sądu ostatecznego (czy w związku ze stanami przejściowymi są dwa sądy?), jak długo trwa – i czy rzeczywiście trwa – taki stan przejściowy, skoro dla Boga czas nie istnieje? Czy męki czyśćcowe są czymś realnym, skoro człowiek biorący w nich udział nie ma ciała? I czy rzeczywiście mamy jakiekolwiek prawo uważać, że człowiek, który jest jednością ciała i duszy może istnieć w jakiś sposób bez ciała, a jednak w czasie i przestrzeni (którymi byłby czyściec) – i w tychże cierpieć? Te wszystkie wątpliwości pewnego dnia doprowadziły mnie do negacji czyśćca, oraz do wypracowania zdania: „Jeśli chcesz, możesz wierzyć w istnienie czyśćca, ale nie licz na to, że wszystkie twoje grzechy zostaną ci odpuszczone po śmierci. Żyj tak, jakby czyśćca nie było”. Miałem nawet napisać notkę, którą puentowałbym w ten sposób. Postanowiłem jeszcze zaczekać…

Pozwólcie, że skupię się przez sekundę na kilku teoriach czyśćca, które utkwiły mi w pamięci, a które postaram się przytoczyć zanim zwrócę się w stronę meritum.

Pierwsza opierała się na pewnym opowiadaniu, w którym chłopiec zachowywał się źle, ale chciał zmienić swoje zachowanie. Tatuś zaproponował mu więc, żeby za każdym razem gdy zrobi coś złego, wbijał w płot jeden gwóźdź, gdy zaś zrobi coś dobrego – by jeden gwóźdź z płota wyciągnął. Chłopiec robił więc to, co tata mu kazał. Po pewnym czasie płot był naszpikowany gwoźdźmi – chłopiec postanowił więc zmienić taktykę. Zaczął spełniać dobre uczynki, wyjmując potem po jednym gwoździu. Ostatecznie przyszedł do taty, by pokazać, że w płocie nie ma już żadnego gwoździa. „Ale spójrz” – rzekł tata – „Płot jest teraz pełen dziur”. Ot i całe opowiadanie. Osobiście wykorzystałem je by opowiedzieć drugoklasistom o sakramencie pojednania – że tylko Boże miłosierdzie jest w stanie załatać te dziury. Słyszałem jednak i inne interpretacje – że dziury łata czyściec, lub jeszcze docześnie – odpust zupełny. Nie podobała mi się ta interpretacja.

Druga zaś wypłynęła z ust mojego znajomego ojca franciszkanina. Powiedział on, że czyściec to takie miejsce i czas, gdzie my przygotowujemy się do spotkania z Panem. Stajemy w prawdzie przed samymi sobą i zauważamy, jak bardzo jesteśmy niegotowi. Pan przychodzi już po nas i zaprasza do siebie, ale my jesteśmy jak taka dziewczyna wybierająca się z chłopakiem na randkę. On już na nas czeka, bo on chce nas zobaczyć, chce mieć nas dla siebie, ale to my jesteśmy jeszcze niegotowi – i prosimy go, żeby na nas zaczekał. On to w tym wypadku oczywiście Bóg, a my – szykujący się – nie chcemy wyjść, bo nie czujemy się gotowi. Ta interpretacja również mi się nie podobała.

Osobiście bowiem byłem zwolennikiem teorii, że człowiek zmartwychwstaje zaraz po śmierci. Wynikało mi to z faktu, że ponieważ jest jednością duszy i ciała – nie może istnieć jako sama dusza. Choć nie czytałem wciąż Sumy świętego Tomasza (pokornie się przyznaję, Elu), rozumiem, że dusza ludzka jest nieśmiertelna, ponieważ posiada właściwości które są tylko duchowe, niezależne od ciała (to dowodzenie filozoficzne, nie teologiczne). Zdaje mi się jednak również, że dusza nie może istnieć bez ciała, ponieważ jest jedynie formą, a nie całą substancją (którą nota bene jest człowiek) – i tym samym nie może istnieć bez materii. Dlatego dusza ludzka jednocześnie ma istnienie poza ciałem i nie ma istnienia poza ciałem. I dlatego też korzystając ze swej nieśmiertelności (czyli istnienia poza ciałem) jest zmobilizowana do znalezienia sobie nowego ciała w tym samym momencie, w którym poprzednie umiera (ze względu na niemożność istnienia poza ciałem). To bardzo skomplikowane rozumowanie doprowadziło mnie do wniosku, że człowiek mający możność istnienia tylko w ciele nie istnieje poza czasem (sama dusza może i istnieje – dlatego też mowa o zmartwychwstawaniu w momencie śmierci nie wyklucza istnienia „pozaczasu” tylko dla duszy), lecz jedynie w czasie przed śmiercią i w czasie po zmartwychwstaniu. A więc czas czyśćcowy nie istnieje.

Ufff… skomplikowane. Taka była moja teoria do niedawna – i nie miałem pojęcia, gdzie ja mogę ten czyściec wcisnąć. Stąd właśnie moja negacja czyśćca. Ale właśnie wtedy z pomocą przyszedł mi Benedykt XVI! Czytając na zaliczenie jego encyklikę „Spe salvi” natknąłem się na fragment dotyczący czyśćca, który z łatwością zapełnił dziury w moim rozumowaniu.

Benedykt XVI rozpoczyna od ukazania nauki chrześcijańskiej, która mówi, że ludzie na wskroś źli trafiają do piekła, a ci na wskroś dobrzy – do nieba. Wiemy jednak, że żaden z tych stanów nie jest normalnym stanem ludzkiej egzystencji – że człowiek z natury jest dobry, lecz tą dobroć pokrywa zazwyczaj pewna warstwa brudu, pewna warstwa zła. „Co dzieje się z takimi ludźmi, kiedy pojawiają się przed Sędzią?” pyta. „Czy wszystkie brudy, jakie nagromadzili w ciągu życia, staną się od razu bez znaczenia? Albo co jeszcze nastąpi?” (Spe salvi 46). Dalej powołuje się na słowa św. Pawła zapisane w Pierwszym Liście do Koryntian: „I tak ktoś na tym fundamencie [czyli na Chrystusie] buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drewna, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest. Ten, którego budowla wzniesiona na fundamencie przetrwa, otrzyma zapłatę; ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień” (1 Kor 3, 12-15).

No dobrze, to już wiemy. Właśnie to jest ten fragment, na którym przez wieki opierały się najróżniejsze nauki o czyśćcu. Co nowego mówi więc Benedykt XVI? Otóż powołuje się on na niektórych współczesnych teologów, którzy „uważają, że ogniem, który spala a równocześnie zbawia jest sam Chrystus” (Spe salvi 47). Cierpieniem, które jest tym ogniem, to, które spala nasz źle wybudowany przybytek, jest „Sędzia i Zbawiciel”. Nie tyle czas, nie tyle miejsce, co Osoba. „Ból miłości staje się naszym zbawieniem i naszą radością”. Co więcej jednak, papież kontynuuje w słowach, które niezwykle mnie ucieszyły: „Jest jasne, że nie możemy mierzyć ‚trwania’ tego przemieniającego wypalania miarami czasu naszego świata. Przemieniający ‚moment’ tego spotkania wymyka się ziemskim miarom czasu – jest czasem serca, czasem ‚przejścia’ do komunii z Bogiem w Ciele Chrystusa” (Spe salvi 47).

Jak możemy więc rozumieć, oczyszczający ogień zwany czyśćcem wcale nie jest (lub może – nie musi być) czasem przygotowania, miejscem pokuty, lecz pozaczasowym spotkaniem ze Zbawicielem w palącym ogniu Jego miłości. I przez ten ogień wypaleni – zmartwychwstajemy do nowego, lepszego życia. Bez pośrednich między doczesnością a życiem wiecznym łon Abrahama czy Pól Elizejskich. Albo czyśćców. Bez „trochę zbawieni” czy „tak jakby zbawieni”. Bez czekania duszy na ciało uwielbione.

Kiedy na wykładzie z dogmatyki o. Salij (którego naukę cenię niepomiernie) wspomniał o młodych teologach, z którymi nie do końca się zgadzał, a którzy twierdzili, że zmartwychwstajemy w momencie śmierci, wystawiał pewien poważny problem: Jeśli jest tak, jak mówisz, to na cóż zdać by się miała moja modlitwa za zmarłych, lub twoja modlitwa za mnie, gdy ja umrę? Benedykt XVI znakomicie radzi sobie i z tym problemem. Z Drugiej Księgi Machabejskiej wiemy, że modlitwa za zmarłych była praktykowana i że ma sens. „To przekonanie również dziś pozostaje pocieszającym doświadczeniem” – zaznacza papież w numerze 48, dodaje jednak: „Można (…) zapytać: jeżeli ‚czyściec’ oznacza po prostu oczyszczenie przez ogień w spotkaniu z Panem, Sędzią i Zbawcą, jak może wpłynąć na to osoba trzecia, choćby była szczególnie bliska?” Zaraz jednak odpowiada: „Kiedy zadajemy podobne pytanie, musimy sobie uświadomić, że żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami (…). Nieustannie w moje życie wkracza życie innych (…). I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych (…). Tak więc moje wstawiennictwo za drugim nie jest dla niego czymś obcym, zewnętrznym, również po śmierci. W splocie istnień moje podziękowanie, moja modlitwa za niego mogą stać się niewielkim etapem jego oczyszczenia. I dlatego nie potrzeba przestawiać czasu ziemskiego na czas Boski: w obcowaniu dusz zwykły czas ziemski po prostu zostaje przekroczony. Nigdy nie jest za późno, aby poruszyć serce drugiego i nigdy nie jest to bezużyteczne” (Spe salvi 48). Ja dodałbym jeszcze: nigdy nie jest za wcześnie. Jeśli nasza modlitwa ma wpływ na oczyszczenie, na zbawienie człowieka, który umarł przed nami, to ma ona również wpływ na zbawienie człowieka, który po nas się narodzi. Na zbawienie naszego wnuka, wnuka naszego wnuka, i tak dalej, i tak dalej.

Tak więc wolno nam, jak sądzę, rozumieć oczyszczenie, czyli tradycyjny czyściec, jako ‚moment’ sądu (śmiem wnioskować to z przytoczonego fragmentu encykliki). Czyściec to nie miejsce i czas oczekiwania, lecz etap (jak trudno dobrać ludzkie, czasoprzestrzenne sformułowanie) na drodze ze śmierci do życia, z grobu do zmartwychwstania. Stąd też moje przypuszczenia, że dzień sądu przyjdzie za naszego życia (dobrze kombinował św. Paweł) – a dokładniej – w dniu naszej śmierci. „A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Hbr 9, 27). Sąd – czyli czyściec?

Ten przydługaśny monolog (przepraszam stokrotnie) nie rozwiązuje jednak wszystkich jeszcze problemów. Ostatnio na dogmatyce z innym z kolei wykładowcą, o. Bartosikiem, poruszony został ten sam problem – problem zmartwychwstania w momencie śmierci wobec zmartwychwstania i wniebowzięcia Matki Boskiej. Skoro bowiem wszyscy umieramy i zmartwychwstajemy w chwili śmierci – to w czym lepsze było od naszego zmartwychwstanie (pierwszej wśród ludzi nie będących Bogiem) Maryi? Problem jest realny – i chętnie zadałbym to pytanie Benedyktowi XVI. Zanim odpowiem – przemyślę. Może coś ciekawego przejdzie mi jeszcze przez myśl?

I jest jeszcze problem odpustów. Na teologii odpustowej nie znam się jednak wcale. Na dzień dzisiejszy jestem na etapie negacji odpustów. Poczekajmy, z pewnością mi się jeszcze odmieni :).

Categories: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 8 Komentarzy